Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym - Maciej Czarnecki - ebook
Opis

Choć pięciomilionowa Norwegia przyciąga Polaków wysokimi zarobkami i poziomem życia, na idealnym obrazie tego kraju jest rysa. Barnevernet – instytucja siejąca postrach, przed którą imigranci z Europy Wschodniej ostrzegają się na forach internetowych: zabiera dzieci, rozdziela rodziny, posądza rodziców o niestabilność psychiczną, podburza małoletnich do zeznawania przeciwko bliskim.

Czy jednak na pewno wszystko jest czarno-białe? Jaki związek z Barnevernet miał Anders Breivik? I dlaczego detektyw Rutkowski w norweskiej prasie nazywany jest Rambo? Maciej Czarnecki przedstawia obie strony medalu, zamiast czerni i bieli ukazując całą gamę szarości i oddając głos norweskim pracownikom społecznym, rodzicom zastępczym, ekspertom. Przede wszystkim jednak słucha uważnie i dokumentuje dzieje rodziców i odebranych dzieci. Jego książka to wstrząsający reportaż o tym, jak cienka potrafi być granica między rajem a piekłem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 289

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

W serii ukażą się m.in.:

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Maciej Czarnecki

Dzieci Norwegii

O państwie (nad)opiekuńczym

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Ilona Wiśniewska

Copyright © by Maciej Czarnecki, 2016

Opieka redakcyjna Konrad Nowacki

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Edward Rutkowski / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-390-2

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie I

„Ktoś mieszka w Norwegii i może to potwierdzić? Jak nie lubię sąsiadki, to dzwonię, że uderzyła dziecko, wpada »gestapo«, odbiera jej dziecko, nie pytając nawet, co i jak?”

„Tutaj ojciec nawet nie może pocałować ani przytulić dziecka, bo pedofil… Chory kraj”.

„Nas ściągnięto z pracy, a dzieci już nie zobaczyliśmy. Walczymy w sądzie”.

„Często zabierają dzieci tam, gdzie wystarczy rozmowa z rodzicami. Ale nie: najpierw zabrać, wywieźć 1800 kilometrów na północ, a potem przez trzy do pięciu tygodni wyjaśniać sprawę”.

Na forach internetowych Polacy ostrzegają się przed Barnevernetem – norweskim urzędem ochrony dzieci. W 2011 roku ówczesna polska konsul Adrianna Warchoł porównała go do Hitlerjugend. Komentowała w ten sposób sprawę odebranej polskim rodzicom dziewięcioletniej Nikoli. Po tym komentarzu straciła stanowisko.

W 2014 roku Barnevernet odebrał Polakom co najmniej trzydzieścioro czworo dzieci, w roku 2015 – kolejne dwadzieścioro pięcioro. Tyle przypadków zgłosili do konsulatu rodzice.

Powiedz, że cię biją

Z Kasią i Sebastianem spotkałem się w listopadzie 2014 roku w restauracji IKEA pod Oslo, niedaleko ich domu. Wokół nas tłumy zadowolonych klientów objadały się szwedzkimi klopsikami, z głośników leciały kolędy, a oni opowiadali o swym dramacie. Barnevernet zabrał im ośmioletnią Natalkę i półtorarocznego Karola.

Oboje koło czterdziestki, mieszkali w Norwegii od 2006 roku. On ze Szczecina, mechanik samochodowy. Ona z Katowic. Jak tylko nauczyła się norweskiego, założyła firmę: transport, przeprowadzki, sprzątanie.

Wcześniej sami ostrzegali innych: nie bij dzieciaków, uważaj, gdy podnosisz głos, a jak robisz grill w ogródku, to tylko do dwudziestej drugiej, bo jeszcze sąsiad zadzwoni z donosem.

– 16 września córka poszła do szkoły. Syn został w domu z babcią, która przyjechała z Katowic – zaczęła Kasia. – Za dwadzieścia pierwsza zadzwonili do mnie, że mamy przyjechać do ratusza. Od razu mi się lampka zapaliła. Skontaktowałam się z Sebastianem.

Sebastian:

– Pojechałem do domu. Karol spał w łóżeczku. Pilnowała go babcia. Wtedy zobaczyłem syna ostatni raz.

W ratuszu czekało kilku pracowników Barnevernetu i policja. Poinformowali, że zabierają Natalkę, bo powiedziała, że została uderzona. Sprawę zgłosiła szkoła.

Kasia:

– Zaprzeczałam. Zrobiło mi się słabo. Pytali, czy potrzebuję pomocy. Odparłam, że wystarczy mi szklanka wody, i poprosiłam, żeby otworzyli okno. Napisali w dokumentach: matka odmówiła pomocy od Barnevernetu.

Gdy wrócili do domu, babcia płakała.

– Zabrali, zabrali Karolka! – wykrzyknęła.

– Jak to zabrali?

– Przyszli policjanci… nic nie rozumiałam, to podali mi telefon. Tłumacz przekonywał, że rodzice o wszystkim wiedzą.

Z decyzji szefa Barnevernetu w Røyken o zabraniu dzieci 16 września 2014 roku: „Urząd po raz pierwszy zetknął się z rodziną 15 września, gdy otrzymał telefon ze szkoły”.

Według dokumentu szkoła poinformowała, że w poprzednim tygodniu nauczyciel zauważył u Natalki rankę przy skroni. Dziewczynka powiedziała, że to mama ją uderzyła i że często ją bije. Pracownik Barnevernetu odwiedził szkołę, by porozmawiać z Natalką. Ta potwierdziła wcześniejsze słowa.

W dokumencie zapisano także: „Dziewczynka mówi, że była bita tylko otwartą dłonią”. Pracownik spytał, co się dzieje, gdy robi coś, czego jej nie wolno. „Mama krzyczy i robi się czerwona na twarzy”.

Pracownik spytał, czy ktoś dotykał jej w miejscach intymnych. „Dziewczynka po raz pierwszy milknie i po dłuższym czasie odpowiada: nie pamiętam […]. Barnevernet podejrzewa, że dziewczynka może być ofiarą molestowania seksualnego”.

Oraz: „Rodzice byli wyraźnie zdenerwowani i zirytowani”, „nie przyjmują informacji”. „Wydaje się, że dzieci są pod bardzo nieprzewidywalną i niestabilną opieką”.

Sebastian:

– Wyssali to z palca. W normalnym kraju, jak stawiają zarzuty o nadużycia seksualne, to na drugi dzień dzieci wysyła się do lekarza. Dlaczego nikt córki nie zbadał?

Kasia:

– Natalka powiedziała prawdę, że została uderzona w domu. Tyle że zabawką przez brata. To było draśnięcie. Ona od momentu urodzenia się Karola stała się bardzo zazdrosna. Czasem, kiedy go biła i nie chciała mnie słuchać, brałam ją wpół jak koc i wynosiłam do pokoju. Posiedziała, pomyślała – przyszła i przeprosiła. Po sprawie. Przyznaję, czasem krzyczałam. Ale pokaż mi rodzica, który nie krzyczy! Dwa razy dostała klapsa, bo uciekła nam na plaży, jeszcze w Polsce. Ale nigdy nie uderzyłam dziec­ka z siłą. Czasem było szarpnięcie, przytrzymanie. Jak szalała na ulicy z hulajnogą, biegała po domu. Niedawno przytknęłam jej dłoń do buzi, bo przeklinała. Ale jak w szkole powiedzieli jej, że to bicie, to zaczęła powtarzać: „Mama mnie bije”. Tu w pierwszych klasach non stop wkładają dzieciom do głowy, że mogą naskarżyć na rodziców.

Norweskie służby ochrony dzieci są bardziej rozbudowane niż polskie. Interweniują częściej i szybciej. W każdej z 428 gmin w Norwegii muszą sprawdzić każde doniesienie o złym traktowaniu dziecka: od pielęgniarki, nauczyciela, lekarza, sąsiada, a nawet od osoby anonimowej.

Pracownicy sektora publicznego (nauczyciele, przedszkolanki, pielęgniarki) oraz niektórzy z prywatnego (psychologowie, lekarze) mają obowiązek zgłaszania takich podejrzeń. Gdy zachodzi przypuszczenie stosowania przemocy albo molestowania seksualnego, obowiązek rozciąga się na wszystkich. Jeśli słyszysz, że sąsiad za ścianą leje dziecko, i tego nie zgłosisz, możesz powęd­rować na rok za kratki.

W praktyce w ponad połowie przypadków alarm wszczyna nauczyciel, opiekun w przedszkolu lub inny pracownik instytucji państwowej. Jedna czwarta sygnałów pochodzi od członków rodziny, w tym od samych dzieci. Reszta od lekarzy, sąsiadów, osób postronnych.

Po przyjęciu zgłoszenia urzędnik Barnevernetu ma tydzień, żeby zdecydować, czy wszcząć postępowanie. W tym czasie może odwiedzić dom dziecka i porozmawiać z nim sam na sam. Jeśli rozpocznie śledztwo, ma trzy miesiące na konkluzje. Jeździ do szkoły czy przedszkola, sprawdza rejestry i kartoteki, zasięga języka w lokalnej przychodni, rozmawia z rodzicami i dzieckiem, obserwuje rodzinę. Zwykle pomaga mu drugi pracownik.

Prawo nie precyzuje, jakie powinni wykonać czynności. Nie wygląda to na lukę, raczej na świadome rozwiązanie. Norwegowie nie są takimi legalistami jak Szwedzi. Owszem, zwykle są praworządni, ale ponad ścisłą literę prawa przedkładają poczucie sprawiedliwości. Przekonałem się o tym wiele razy.

Kiedyś kupowałem bilet na stacji kolei pod Oslo. Zapytałem stojącego obok mężczyznę, w której jesteśmy strefie. Odparł, żebym się tym nie przejmował:

– Ja zawsze płacę za jedną. Jeżdżę tylko kilka przystanków.

Był przekonany, że powinien zapłacić niższą taryfę, mimo że – jak wyczytałem w końcu na tablicy informacyjnej – trasa wiodła z jednej strefy do drugiej. Jeździł z nieważnym biletem, ale nie wpadł ani razu, bo kontrole w komunikacji miejskiej są rzadkie. W styczniu 2016 roku na mistrzostwach Europy w piłce ręcznej w Polsce Norwegia doszła do półfinału. Odpadła w dramatycznych okolicznościach. Pół minuty przed końcem meczu prowadziła, ale Niemcy zdołali doprowadzić do dogrywki, w której wygrali jedną bramką. Po meczu Norwegowie przeanalizowali wideo i doszli do wniosku, że w kluczowej akcji Niemcy mieli na parkiecie jednego zawodnika za dużo. Złożyli protest – ale następnego dnia sami go wycofali. Uznali, że dyskwalifikacja Niemców byłaby jednak niesprawiedliwa.

W Polsce pieszy będzie czekał posłusznie na czerwonym świetle. Norweg, jeśli nic nie jedzie, ruszy do przodu – przecież ocenił, że jest bezpiecznie. Jeśli chcesz wywalczyć w hotelu zniżkę, bo dajmy na to nie działał internet, nie szukaj odpowiedniego przepisu. Powiedz po prostu, że byłoby to słuszne.

Ten sam duch jest obecny w przepisie o badaniu zgłoszeń przez Barnevernet – celowo nieostrym, by dać urzędnikom wybór metod, które uważają za najodpowiedniejsze.

Po zakończeniu dochodzenia Barnevernet może uznać, że interwencja nie jest konieczna – albo zaproponować pomoc. Ta zwykle polega na zapewnieniu darmowej opieki, porad, zasiłków. Jedynie w najpoważniejszych sprawach – i tego dotyczą spory – urząd wnosi o przejęcie opieki nad dzieckiem (osławiony artykuł 4-12 ustawy o ochronie praw dziecka z 1992 roku). Decyduje o tym tak zwana fylkesnemnda – komisja wojewódzka. Od jej decyzji można odwołać się do sądu.

Powody odebrania dziecka też są określone ogólnie:

„a) jeśli występują poważne braki w codziennej opiece lub poważne braki w kontakcie osobistym i bezpieczeństwie wymaganym przez dziecko w tym wieku i na tym etapie rozwoju;

b) jeśli rodzice nie mogą zapewnić dziecku, które jest chore, niepełnosprawne lub mające szczególną potrzebę, wsparcia, wymaganego leczenia i rehabilitacji;

c) jeśli dziecko jest źle traktowane lub poddawane innym poważnym nadużyciom w domu;

d) jeśli jest wysoce prawdopodobne, że zdrowie lub rozwój dziecka może doznać poważnej krzywdy, bo rodzice nie są w stanie wziąć za nie adekwatnej odpowiedzialności”.

Taki jest „zwykły” tryb. Istnieje jednak wyjątek. Jeśli dziecko pozostaje zupełnie bez opieki, na przykład dlatego, że rodzice są chorzy, albo istnieje ryzyko, że stanie mu się fizyczna krzywda, urzędnicy mogą zabrać je z domu natychmiast, tuż po otrzymaniu doniesienia – i dopiero potem prowadzić śledztwo (artykuł 4-6). Przy braku opieki muszą uzyskać zgodę rodziców na natychmiastowe zabranie, wobec ryzyka krzywdy – już nie. Muszą za to zawiadomić niezwłocznie fylkesnemndę, która albo nakazuje zwrot dziecka, albo przyznaje im rację (tę decyzję też można zaskarżyć do sądu).

W tym drugim przypadku Barnevernet ma obowiązek dalej badać sprawę, zwykle powołując biegłych i obserwując kontakty dziecka z rodzicami podczas organizowanych spotkań. To może prowadzić do powrotu dziecka na łono rodziny lub wniosku o przejęcie opieki na stałe (z artykułu 4-12).

W sprawie Kasi i Sebastiana 1 października 2014 roku, po dwóch tygodniach od zabrania dzieci, fylkesnemnda podtrzymała decyzję Barnevernetu.

Kasia nie mogła w to uwierzyć. Urodziła w Norwegii dwoje dzieci, związała z tym krajem swoją przyszłość. Myślała, że jest bezpieczna.

– A okazuje się, że tu mogą zabrać dziecko bez powodu. Czy oni zdają sobie sprawę, w jakim stanie psychicznym i zdrowotnym są rodzice i dzieci po tak brutalnym wtargnięciu w ich życie?! Jaka to trauma?! Ale Norwegia nic z tym nie robi. Cały czas słyszy się, że trzeba jeszcze więcej policji, jeszcze więcej pieniędzy dla Barnevernetu, że potrzebują więcej rodzin zastępczych. A dlaczego? Bo niszczą normalne.

Komisja przyznała im prawo do spotkań z dziećmi. Raz w tygodniu przez dwie godziny, w obecności urzędników i tłumacza.

Na pierwsze zabrali torbę wypełnioną po brzegi zabawkami i ubraniami dzieci. Przygotowali ich ulubione potrawy. Na korytarzu zobaczyli czterech policjantów.

– Sprawa dotyczy przemocy – wyjaśnili funkcjonariusze. – Musimy tu być.

Sebastian się wzburzył.

– Jak jestem podejrzany, to mnie aresztujcie, ale wypuśćcie moje dzieci! Na razie to one są w więzieniu.

Spotkania odbywały się w biurze Barnevernetu. Musieli wchodzić i wychodzić osobno: najpierw dzieci, potem Kasia i Sebastian – by nie podpatrzyli, jakim samochodem jeżdżą rodzice zastępczy.

Gdy półtoraroczny Karol zobaczył matkę, stanął jak wryty. Nie widział jej od trzech tygodni. Prawniczka Barnevernetu zeznała później w sądzie, że ją „odrzucał”.

Kasia:

– To małe dziecko, miesiąc mnie nie widziało. Które od razu podbiegnie? Ale po dwóch minutach nas poznał!

Za to Natalka od razu rzuciła im się na szyję. Zaczęli płakać.

Kasia:

– Próbowali nas zmuszać do rozmów po norwesku. Powiedziałam, że ze swoimi dziećmi będę rozmawiać po polsku. Mieli tłumacza, to nie mój ból. Najśmieszniejsze, że nie mogliśmy rozmawiać o sprawie. Ale Natalka sama zaczęła: „Mamo, jak wy się oduczycie bić, to wrócimy do domu”. Pewnie jej obiecali: powiesz coś o rodzicu źle, to my im pomożemy i wrócisz. Przecież to jest szantaż! To ja się pytam: „Natalko, naprawdę cię bijemy?”. Ona „Hmm” i patrzy na panią z Barnevernetu.

Sebastian:

– Tłumaczka próbowała przerywać. Powiedziałem: „Dziecko pyta, to czemu mam nie odpowiedzieć?”. Uciszyła się.

W pustym domu Kasia rozpamiętywała każde upomnienie czy podniesiony głos. Przypominało się jej, jak Natalka garbiła się, odrabiając lekcje, a ona klepnęła ją w plecy, by się wyprostowała. Jak czasem za karę nie pozwalała jej oglądać bajek. I noc polarna, gdy dziewczynka długo po północy buntowała się, że nie pójdzie spać.

Ale przecież Kasia sama była tak chowana. W górniczej rodzinie w Katowicach nie było pomarańczy, lalek Barbie, kolorowych książeczek. Też nie mogła siedzieć do późna przed telewizorem, też miała kary, jak rodzice coś kazali, to miało tak być.

Z tego powodu miałaby ich nie kochać?

Sebastiana poznała w Norwegii, krótko po przyjeździe, w 2006 roku.

– Początki nie były łatwe. Zaczepiłam się jako kierowca w polskiej firmie budowlano-transportowej, ale po czterech miesiącach zwinęła działalność – opowiadała mi.

Sebastian miał pracować jako mechanik. Nic z tego nie wyszło. Szukał dorywczych zajęć.

Socjolog Jon Horgen Friberg, który bada losy Polaków w Skandynawii, twierdzi, że to poniekąd typowy scenariusz:

– Początkowo wielu Polakom trudno się odnaleźć w nowym społeczeństwie. Nie znają języka, podejmują się prostych prac, często niestabilnych i relatywnie kiepsko płatnych. Wielu ma problem ze znalezieniem mieszkania, niektórzy oszczędzają na czynszu, by wysyłać pieniądze do Polski. Z czasem jednak pną się w górę.

Gdy urodziła się Natalka, Kasia została z nią w domu. Dopiero po dwóch latach dała córkę do przedszkola i otworzyła własną firmę: transport, przeprowadzki, sprzątanie. Szybko opanowała norweski. Paradoksalnie pomogło to, że nie znała angielskiego. Musiała skoczyć na głęboką wodę: słuchała Norwegów tak długo, aż zaczęła ich rozumieć.

Sebastian w końcu znalazł pracę w warsztacie. Przeprowadzili się do większego mieszkania. Potem do kolejnego. Od wszystkich gospodarzy dostawali referencje niezbędne do wynajęcia kolejnych lokali. Żadnych problemów, burd, hałasów. Czysto, czynsz płacony w terminie. Jedyne, co można im zarzucić, to kilka mandatów drogowych. Ani razu nie mieli kontaktów z Barnevernetem.

Gdy urodził się Karol, Kasia znów została w domu – tym razem przez pół roku. Nie narzekała na brak chętnych do pomocy: z Polski co chwila przylatywali rodzice to jej, to Sebastiana. Był też jego brat. Prowadzili otwarty dom.

Na wakacje czy Boże Narodzenie zabierali dzieciaki do Polski.

Kasia:

– Boże Narodzenie w Norwegii jest smutne. Oni są od pokoleń chowani na zimno. Tu nie ma tak, że dziadkowie mieszkają razem z rodzicami. Wszyscy są osobno. Może dlatego nie potrafią zrozumieć, jak boli zabranie dziecka? Dla nich to decyzja urzędowa.

Mijały kolejne tygodnie.

W czasie spotkań z dziećmi tańczyli, bawili się, kolorowali. Kasia miała pretensje, że w raportach pracowniczki Barnevernetu piszą co innego: że dzieci są niezadowolone, a Karol nie wykazuje więzi rodzinnych. Jak miała z tym dyskutować?

Kasia:

– Manipulowali. Syn miał półtora roku, więc zrozumiałe, że pobiegnie za matką zastępczą. Córka była w złym stanie psychicznym. Nie spała, buntowała się, potrafiła parę dni nie jeść. Powiedziała mi, że rodzice zastępczy się na nią denerwują, bo nie chce mówić po norwesku, odrabiać zadań.

Dowiedzieli się, że matka zastępcza jest Dunką, ojciec zastępczy Norwegiem. Odchowali już swoje dzieci. Na zdjęciach, które pokazała im Natalka, wyglądali na ludzi po sześćdziesiątce.

Kasia i Sebastian poprosili, by przed ich spotkaniem z dziećmi opuszczali biuro Barnevernetu.

Na drugim spotkaniu dzieci bawiły się klockami. Pracowniczka Barnevernetu zanotowała: „Natalka powiedziała, że Karol często rzucał w nią różnymi zabawkami i potem ją bolało”.

Kasia uważa, że po tym sprawa powinna się skończyć.

– Tłumaczyłam pochodzenie ranki wiele razy, a oni nie wierzyli.

Natalka narysowała serce. „Kochamy i teńsknimy i serca nam penkajon” – napisała kolorowymi kredkami. Powiedziała, że chce wrócić do domu. Ale nadal opowiadała urzędnikom, że była bita – już nie tylko przez mamę, ale i tatę. Mówiła też o Karolu.

Dopiero 16 października, miesiąc po zabraniu, dzieci przeszły badania lekarskie. Nie stwierdziły one śladów przemocy ani molestowania.

Mimo badań lekarskich 29 października sąd odrzucił odwołanie Kasi i Sebastiana. Dwóch sędziów uznało, że istnieje ryzyko przemocy i należy dalej obserwować rodzinę w czasie cotygodniowych spotkań. Jeden uważał, że żadnej przemocy nie było, tylko klepnięcia.

20 stycznia zebrała się fylkesnemnda. Miała postanowić, czy na stałe odebrać opiekę nad dziećmi Kasi i Sebastianowi. Obradowała w innym składzie niż wcześniej.

Po tygodniu wydała jednogłośną decyzję: dzieci mają wrócić do rodziców.

Z akt fylkesnemndy:

„Komisja uważa, że ślad na czole Natalie powstał najprawdopodobniej w wyniku trafienia zabawką. Nie jest prawdopodobne, by taki ślad powstał po uderzeniu otwartą dłonią”.

„Natalie nigdy nie spytano, czy to możliwe, by została zraniona w sposób, który opisała. Przeciwnie, została pochwalona za opowiedzenie o tym. Komisja uważa za prawdopodobne, że to spowodowało, iż opowiadała później o stosowanej w domu przemocy, również wobec jej brata. Wizja, że rodzice bili ją i brata, stała się dla niej prawdą. Powtarzała to przed rzecznikami, a żaden nie postawił krytycznych pytań”.

„Natalie składała odmienne zeznania przed różnymi osobami”.

„Wykonanie badań lekarskich [miesiąc po interwencji] było niepoprawne. Barnevernet powinien zacząć badania bezpośrednio po decyzji o zabraniu dzieci z domu”.

„Kwestią oceny jest to, czy Natalie i Karol [rzeczywiście] są narażeni na przemoc ze strony rodziców. Nie ma jednak powodu, który uzasadniałby przejęcie nad nimi opieki”.

– W piątek oddali nam dzieci. W sobotę byliśmy na promie do Polski.

Wiosną 2015 roku spotkałem się z Kasią w Katowicach. Wynajęła tam mieszkanie, Sebastian dalej pracował w Norwegii. Przyjeżdżał co dwa tygodnie.

– Mieszkaliśmy w Norwegii tyle czasu, ale nie zastanawialiśmy się ani przez chwilę. Dzieci są najważniejsze. Na ostatnim spotkaniu w Barnevernecie pytali nas: „Co będziecie robić? Wyjeżdżacie do Polski?”. Trzeba było ich uśpić do końca. „Ależ skąd, mam nową pracę! Mąż dostał awans! Jutro jedziemy na basen”. Natalka całą noc nie spała. Stała przy oknie. Sąsiad odśnieżał, trzasnął drzwiami od traktora. Natalka na to: „Mamo, idą po mnie!”. Mówię jej: „Natuś, teraz nic ci nie zrobią, mamy takie pismo”. Mały płakał całą noc. Jadł tylko frytki i suchy chleb. Leżał na wznak. Natalka powiedziała, że był wiązany na noc, by nie wychodził z łóżka. Dwa czy trzy razy przejechał radiowóz. Mówimy: aha, to już wiemy, co jest grane. W nocy wywieźliśmy walizki do koleżanki. Rano wyjechaliśmy zabytkowym golfem z 1982 roku, niby w krótką trasę na basen – na tylnej szybie nadmuchane koła, porozrzucane ręczniki. Przebraliśmy się u koleżanki, zabraliśmy walizy i wieczorem byliśmy już na promie. Sąsiedzi powiedzieli nam później, że w poniedziałek znów byli u nas urzędnicy z policją.

Natalka poszła do szkoły w Polsce.

– Na początku wszystkiego się bała. Teraz jest lepiej, ale ma w sobie dużo agresji. Chodzi do terapeuty. Nie chce spać sama. Zapytałam ją: „Czemu mówiłaś, żeśmy cię bili?”. „Bo powiedzieli, że jak tak powiem, to wrócimy do domu”. Podniosę lekko głos, upomnę, chwycę za rękę, jak biega po mieszkaniu, robi poważną minę: „Mamo, nie wolno bić dzieci”. Karol długo nie chciał nic mówić, a ma już dwa lata. Dopiero po miesiącu oduczył się spać jak w trumnie.

Dwa światy

W maju 2015 roku opisałem sprawę Kasi i Sebastiana w „Dużym Formacie”. Była niemal czarno-biała: urząd popełnił kardynalne błędy, fylkesnemnda nie zostawiła na nim suchej nitki, nie znaleziono żadnych dowodów na winę rodziców. Idealnie wpisywała się w krążącą wśród Polaków w Norwegii opowieść o złowrogich urzędnikach, którzy wchodzą z butami w życie rodziców i zamiast rzetelnie badać sprawę, by pomóc, szukają na nich haków.

Postanowiłem poszukać kolejnych rodzin. Chciałem sprawdzić, ile jest podobnych przypadków, a w ilu interweniowano jednak zasadnie. Czy odebranie Natalki i Karola było rzadkim błędem, czy też potwierdzało, jak przekonywał niedawno prezydent Czech Miloš Zeman, że Norwegia stworzyła z gruntu chory, „nazistowski” system?

Okazało się, że są też rodzice zadowoleni ze współpracy z urzędem. Oraz tacy, którzy grzmią, że zostali skrzywdzeni, ale sami popełnili błędy. Czasem ich opowieść brzmiała przekonująco, ale kiedy wczytywałem się w dokumenty sądowe, okazywało się, że urzędnicy mieli podstawy, by niepokoić się o dziecko.

Przekonałem się też, że przypadek Kasi i Sebastiana nie był jedynym, w którym Barnevernet popełnił szokujące błędy. Po wysłuchaniu innej historii (opisuję ją jako przedostatnią) napi­sałem wzburzony do norweskiego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Z uwagi na poufność Barnevernet musi milczeć. To zasadnicza niedoskonałość wielu relacji dziennikarskich, które oddają głos tylko jednej stronie. Dlatego w kontrowersyjnych przypadkach prosiłem rodziców o decyzje fylkesnemndy, sądu, opinie psychologów – tylko tak mogłem poznać argumenty urzędników. Niektóre pisma rodzice dostają w języku polskim. Inne przekazywałem tłumaczce. Czasem ludzie opowiadali mi swoją historię, a potem, wbrew wcześniejszym deklaracjom, nie dostarczali wyroków. Zdarzało się to jednak rzadko.

Podczas kilku podróży po Norwegii rozmawiałem z polskimi rodzinami, pracownikami Barnevernetu, rodzicami zastępczymi, wykładowcami pracy społecznej i opieki nad dzieckiem, którzy kształcą przyszłe kadry urzędu, prawnikami, psychologami, psychiatrami, dyplomatami, politykami, aktywistami. Każda z tych kilkudziesięciu osób miała nieco inny punkt widzenia.

Po pewnym czasie zrozumiałem, że pytanie o zasadność interwencji kryło w sobie pułapkę. Polak powie, że wiele z nich jest nieuzasadnionych. Dla Norwega będą uprawnione.

Norweskie państwo opiekuńcze zapewnia obywatelom i rodzinom szeroką pomoc: długie urlopy wychowawcze, hojne zasiłki, doradztwo, ale też szybko wkracza, gdy coś jest nie tak.

Państwo polskie daje mniej, ale i wymaga niewiele.

Sondaże pokazują, że Norwegowie są wśród narodów o najwyższym wskaźniku zaufania do władz. Czy jest ono uzasadnione, to inna kwestia. W wielu wypadkach tak; wszak Norwegia zajmuje pierwsze miejsce w corocznych ONZ-owskich rankingach najbardziej rozwiniętych krajów świata (Human Development Index; w rankingu z 2015 roku Polska jest trzydziesta szósta). Czasem jednak norweski ideał staje się karykaturą. W 2011 roku od Bergen po Kirkenes zabrakło masła, bo rząd wprowadził gigantyczne cło na ten produkt z zagranicy, a rodzimy monopolista nie nadążał z produkcją. Tego samego roku członkowie norweskich służb specjalnych, teoretycznie świetnie przeszkoleni, niemal potopili się na pontonie, próbując ratować ofiary Andersa Breivika na wyspie Utøya. Terrorystę można było zatrzymać już po podłożeniu bomby w dzielnicy rządowej, ale zabrakło odpowiednich procedur działania w takich przypadkach.

Dla Polaków, Czechów czy Litwinów państwo przez ponad czterdzieści lat nie było oparciem, lecz faktycznym wrogiem. Bolesne przemiany po obaleniu komunizmu też nie przysporzyły mu zaufania. Wieści, że w Skandynawii fiskus pomaga ludziom rozliczyć podatki, by zapłacili jak najmniej, wciąż brzmią dla nas jak z kosmosu.

Do tego dochodzą różnice w wychowaniu dzieci. W Norwegii za przemoc uznaje się nawet klaps czy pociągnięcie za ucho. W Polsce co trzeci obywatel uważa, że „lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło” (sondaż TNSOBOP z 2014 roku).

Wszystko to częściowo tłumaczy, dlaczego przeciwko Barnevernetowi najgłośniej protestują imigranci. Wbrew obiegowym opiniom, urząd bynajmniej nie zabiera im więcej dzieci niż Norwegom. W przeliczeniu na tysiąc osób wskaźniki dla obu grup są niemal identyczne (dla Polaków nawet niższe). Ale obie mają różne oczekiwania wobec państwa.

Norwegia wymarzyła sobie system, który nie tylko chroni wszystkie dzieci przed przemocą czy molestowaniem seksualnym, ale czuwa również nad ich rozwojem; który dostrzega problemy w zarodku i działa prewencyjnie, a nie dopiero po fakcie.

To ambitny projekt. Nawet gdyby wprowadzono go w życie idealnie, i tak budziłby wątpliwości obcokrajowców. No bo jak Polak – wychowany w przeświadczeniu, że rodzina to rzecz święta, jakakolwiek by była – miałby zaakceptować stwierdzenie z raportu norweskich ekspertów, że „w najlepszym interesie dziecka jest żyć w warunkach sprzyjających jego rozwojowi, niekoniecznie z rodzicami biologicznymi”?

A tu jeszcze praktyka pozostawia sporo do życzenia.

Zaczynają to dostrzegać nawet Norwegowie. W czerwcu 2015 roku ponad stu prawników, psychologów i innych ekspertów zaapelowało w liście do rządu o poprawę funkcjonowania Barnevernetu, wytykając mu „daleko idące błędy w ocenach”. Inni eksperci krytykowali później te słowa jako zbyt ostre, ale rząd zaprosił ich na rozmowy i wprowadził kilka zmian.

W niektórych sprawach stykałem się błędami w postępowaniu dowodowym, upartym trwaniem przy z góry założonych tezach, niepokojącymi konfliktami interesów, niedbalstwem, naginaniem prawa. O innych problemach opowiadali mi eksperci: kłopoty z tłumaczami, zbyt mała liczba pracowników wobec ogromu zadań, niewystarczające kompetencje. Większość z ponad pięciu tysięcy stu zatrudnionych w gminnych urzędach ma za sobą trzyletnie studia z pracy społecznej lub ochrony dziecka. Niektórzy wykładowcy twierdzą, że należałoby wydłużyć naukę do pięciu lat.

Zmasowana krytyka Norwegii ze strony imigrantów wynika więc i z różnic kulturowych, i z rzeczywistych błędów pracowników społecznych. Te ostatnie są faktem, aczkolwiek ich skala jest wyolbrzymiana przez media i rodziców, zwłaszcza że Barnevernet nie może się bronić. Do tego wszystkiego dochodzi specyfika norweskiego systemu, który w sprawach o odebranie dziecka niejako ustawia urząd i rodziców po przeciwnych stronach barykady (by zagwarantować prawa tych ostatnich), znacznie rzadziej niż inne kraje przekazuje dzieci krewnym (zwykle trafiają do profesjonalnych rodzin zastępczych) i zwraca je rodzicom po dłuższym czasie (o ile w ogóle to następuje).

Podczas jednej z moich ostatnich wizyt w Norwegii pewna matka spytała mnie, co robić: zostać w Norwegii czy uciekać do Polski? Dostała wezwanie do szkoły, bo dała synowi klapsa i powiedział o tym nauczycielowi.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Nie wszystkie przypadki są czarno-białe. Czy zabrać dziecko matce, która mocno je kocha, ale pije na umór? Albo ojcu, który nie bije dziecka, ale często tym grozi?

Takich niejednoznacznych spraw jest w tej książce sporo (podobnie jak spraw, w których Barnevernet ewidentnie zawinił).

Nie ukrywajmy zresztą, że rodzice kontaktują się z dziennikarzem w określonych sytuacjach. Gdy skończyło się na miłej pogawędce, sprawa rozeszła się po kościach, nie widzą takiej potrzeby. Przecież tak powinno być, więc po co biec do prasy, rozpisywać się na forum, żalić znajomym? Takie osoby musiałem wyszukiwać sam i nakłaniać je do rozmowy. Udało się, bo krytyka Barnevernetu zaczęła je mierzić.

Jednocześnie, kiedy rodzice czują, że naprawdę mocno zawinili, też unikają rozgłosu, a przynajmniej dokładnego prześwietlenia sprawy. Przekonałem się jednak, że nawet wówczas mogą wręczyć mi dokumenty – a trzeba zakładać, że takich historii jest więcej. Któż chciałby chwalić się dziennikarzowi, że pobił własne dziecko?

O tragicznych historiach mogłyby opowiedzieć same odebrane dzieci, lecz te polskie jeszcze nie dorosły. Bądź co bądź, Polacy przyjechali do Norwegii niedawno. Rozmawiałem z kilkoma ofiarami maltretowania, ale żadną z Polski.

To nie jest książka o Barnevernecie, którego działalność znacznie wykracza poza odbieranie dzieci. Ani o Polakach w Norwegii, bo większość nigdy nie miała do czynienia z urzędem. To opowieść o przypadkach, w których te dwa światy się stykają.

Niektórzy rodzice prosili, by nie podawać ich nazwisk. Inni nie mieli nic przeciwko, a nawet na to nalegali. Ze względu na dzieci postanowiłem jednak zrezygnować z nazwisk we wszystkich historiach. W kilku zmieniłem też imiona bohaterów i nazwy miast, z których pochodzą.

Ze względów językowych i w dążeniu do obiektywizmu zdecydowałem się pisać o Barnevernecie w rodzaju męskim („ten urząd”), choć Polacy zwykle mówią o nim w rodzaju nijakim: „Barnevernet przyszło”, „Barnevernet zabrało” – w takich opowieściach urząd kojarzy się z jakimś niejasnym zagrożeniem, czymś nieludzkim i bezdusznym.

Nocny kowboj

Klimatyzowany pociąg norweskich kolei relacji Oslo–Bergen sunął wśród gór, zabierając po drodze pasażerów z okolicznych mieścinek. Większość miała na sobie ortalionowe ochraniacze na spodnie. Niektórzy przybyli na nartach. Po wejściu do przedziału radośnie otrzepywali się ze śniegu, parskając, uderzając po udach i odprawiając podobne rytuały, które miały podkreślić, jak dobrze zrobiła im krótka, ledwie kilkukilometrowa przechadzka na świeżym powietrzu.

Wydawało mi się, że im dalej na zachód, tym energiczniej pakują się do środka. Podobno mieszkańcy zachodniej Norwegii uważają tych z Oslo za mieszczuchów, stołeczni zaś tych z zachodu – za prowincjuszy.

W Bergen – gdzie umówiłem się z Aldoną i Ryśkiem, którym Barnevernet zabrał na krótko dziesięcioletniego Kacpra – jak zwykle padało.

Rysiek wyjechał po mnie samochodem.

– Wziąłeś hotel? A po co? Trzeba było zostać u nas. Źle ci nie będzie! – przywitał mnie mocnym uściskiem dłoni.

Miał około pięćdziesięciu lat, sporo więcej niż Aldona. Zaparkował nieopodal dworca, chyba niezgodnie z przepisami.

– Co za naród! Tu każdy podkabluje. Źle się ustawisz i już dzwoni. Ostatnio podjechałem pod szkołę. „Nie można, to dla rodzin”. Ogrodzenie se zróbcie i prywatny parking!

Wsiedliśmy do auta. Rysiek uparł się, żeby przed wywiadem pokazać mi miasto. Mieszkali na przedmieściach, kawał drogi od centrum.

– Tu po prawej lokal z maszynami do gry – oznajmił tonem przewodnika, ale zaraz wyszedł poza rolę: – Ile ja tu pieniędzy straciłem! Przyjechałem kilkanaście lat temu, wtedy w Polsce nie było czegoś takiego. Ludzie przepuszczali renty, emerytury, zasiłki. Aż wiesz, wprowadzili specjalne karty z blokadą. Teraz można przegrać maks tysiąc pięćset koron dziennie.

Minęliśmy supermarket.

– Pampersy tańsze niż w Polsce. Sprzedają tylko trzy paczki na klienta. Musieli zmienić przepisy, bo raz wparowali tacy, co wykupili wszystkie. Jak masz specjalną kartę, dostaniesz mleko za osiem koron.

Zapalił papierosa. Sunęliśmy przedmieściami po norwesku, pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, przepuszczając na pasach dzieci i staruszki w sportowych bluzach, ale czułem, że Rysiek z trudem hamuje się, by nie depnąć na gaz.

– Studencka dzielnica. Kiedyś tu mieszkałem. Człowieku, co za dupy chodziły pod oknem! Czasem, zwłaszcza w sobotę, wychodziłem na balkon, żeby popatrzeć. Wiadomo: piwko, muza, te sprawy. To mnie wywalili, że za głośno.

Rysiek zawsze lubił prowadzić. Do Polski wolał jeździć samochodem, niż latać.

– Kurwica mnie brała na to całe czekanie.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.