Dworce - Janusz Rudnicki - ebook + książka
NOWOŚĆ

Dworce ebook

Janusz Rudnicki

0,0

Opis

Książka o starzeniu się, pamięci, śmierci, biedzie, śmieszności ciała i potrzebie bliskości, o której najczęściej nie potrafimy mówić wprost. O ludziach, którzy powoli znikają z pola widzenia. Są tu dworce, balkony, podwórka, powodzie, szpitale, wagony ciszy, taczka z martwym psem i robot odkurzający, który wraca przez śnieżycę. Są ludzie próbujący jeszcze przez chwilę utrzymać się przy życiu, przy kimś, przy sobie. Rudnicki wraca do dzieciństwa, do matki i brata, do Kędzierzyna-Koźla, Warszawy i Ołomuńca, ale przede wszystkim do świata, który znika razem z językiem, gestami i pamięcią rzeczy. Groteska stale styka się tu z rozpaczą, a humor okazuje się jedną z ostatnich form obrony przed czarnym słońcem. Dworce to także opowieści o ludziach bocznych, przeoczonych, śmiesznych i wzruszających zarazem, próbujących ocalić choćby resztkę czułości wobec drugiego człowieka i świata, który coraz szybciej usuwa się spod nóg.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 79

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I

DworzecWarszawa Śródmieście

Niedziela, ranek. Warszawa już w słońcu, ale jeszcze ospała, jeszcze śpiochy w kaprawych jej ślepiach. W południe rozbiegną się jak spuszczone z łańcucha psy, wieczorem i w nocy zajdą pijaną mgłą.

Kierunek: Dworzec Centralny. Stacja docelowa: Ołomuniec, Czechy. Trasa w głowie na pamięć. Obwiążcie mi głowę szalikiem i pchnijcie, trafię, wyjdę z pociągu prosto na peron w Ołomuńcu. I prosto na nią, na Cześkę. Cześka do Czeszki.

Poznaliśmy się banalnie, na Moście Karola w Pradze, prowadziła wycieczkę z Niemiec, była przewodniczką. Mieli małą przerwę, podszedłem, powiedziałem: „Pani wygląda jak Praska Wiosna”. Ona na to, że po raz pierwszy słyszy komplement z podtekstem historycznym. Z bliska zobaczyłem, że ma kolczyki w formie dwóch złotych zębów, pochwaliłem pomysł, ona, co się później okazało prawdą, że to zęby prawdziwe, jej dziadka. Te kolczyki, jej perlisty śmiech do tego, kolory jej sukienki, nie mówiąc już o niej samej, to wszystko... Wyobraziłem sobie, że jej w głowie komórki też są kolorowe, a nie szare. Chciałem być zawadiacki, powiedziałem: „Chujem ci z oczu patrzy”, odpowiedziała natychmiast: „Bo się w nich odbijasz”.

Zostałem w Pradze dłużej, wyczerpała mi się transmisja danych, udostępniła mi hotspot z jej telefonu, gdy się oddalałem, traciłem sygnał, więc chodziłem za nią jak pies, prawie przy nodze, to nas zbliżyło. Wyjechałem, wróciłem do Polski, a kiedy zapytałem, jak spędza weekend, odpisała: „Przed komputerem na fotelu z piętą w piździe”.

Już blisko, mijam dworzec Warszawa Śródmieście. Wszyscy mówią „dworzec Śródmieście, dworzec Śródmieście”, ale ja jeszcze nigdy go nie widziałem. Zawsze tylko Centralny, a mieszkam przecież w tym mieście od dziesięciu lat. A on oddalony od Centralnego o rzut młotem.

Mój ma godzinę spóźnienia, wracam. Z Placu Centralnego schodami w dół, czterdzieści ich i już, jestem w podziemiu, na dworcu, na którym nie byłem, chociaż mieszkam w tym mieście dziesięć lat. Czterdzieści stopni i już, jakby się lód pode mną załamał. Jakbym z Dzisiaj spadł do Wczoraj. Tablice świetlne bez światła, kasy biletowe bez obsługi. Na peronie budki, trzy. Jedna z szyldem „Rajstopy, pończochy”, druga „Ciacho”, trzecia to kiosk Ruchu. Pod ziemię się tu zapadły, tu się schowały, nad nią po nich już ani śladu.

Niedziela, nie, nie całkiem tak, że bezludzie, że ziewająca pustka, widać tu i tam pojedyncze sylwetki. Ktoś siedzi na ziemi, opiera się o ławkę i śpi pijany. Jak mój ojciec kiedyś, ciało w ciało. Szukaliśmy go za każdym razem, kiedy wyszedł, a wychodził prawie codziennie. Raz mama zamknęła drzwi i połknęła klucze, żeby został, nie pomogło, zjechał po rynnie. Aż nastał ten ostatni raz, znaleźliśmy go na stacji kolejowej w Koźlu, przy ławce na peronie, oparty o nią spał, siedząc na ziemi, brudny, posikany, mama zaczęła go budzić, ale tym razem bez przekonania, aż machnęła ręką, powiedziała: „Niech śpi i nie obudzi się już nigdy”, i poszliśmy. Odwracałem się za nim, żal mi go było, pomyślałem, że kiedyś też musiał być taki mały jak ja, jeździł na sankach, uczył się pisać kredką („tata i mama”), a teraz ten sam człowiek, tylko większy, w jednym i tym samym życiu został odpadem komunalnym.

Poznali się tak, że on, wtedy żołnierz, stał na warcie przy bramie koszarów, a mama mieszkała z rodzicami w domu, który stał ze sto metrów od tej bramy. I ona w zimie, w nocy, kradła z tych koszarów węgiel. Bo wtedy bieda z nędzą tańcowała, nie było czym palić. Którejś nocy zawołał ją z daleka, mama szybko odstawiła wiadro i podeszła. Powiedział, że tak często ją widzi, i żeby się poznać, że nazywa się Tadeusz, i wyciągnął rękę. Mama powiedziała cicho „Wiesława”, ale obie swoje ręce trzymała z tyłu. I tak stali przez chwilę, a padał mocno śnieg i wszystko było białe, oprócz rąk mamy, czarne były od kradzionego węgla. Bała się, że kiedy wyciągnie rękę, to on się od razu domyśli. Ale Tadeusz był uparty, dłoni nie opuszczał i raz jeszcze powtórzył swe imię. A kiedy mu powiedziała dlaczego, od razu zapłonął do niej miłością gorącą jak piec węglowy i na pierwszą ich randkę przyszedł z wiadrem czarnego złota.

Tadeusz, ojciec mój, odszedł od mamy parę dni po weselu. Ich portret ślubny na ścianie był dla szczurów jak tort weselny, bo podróż poślubna Tadeusza i Wiesławy wiodła przez schody do piwnicy, w której kompoty, ogórki kiszone i ziemniaki asystowały im, uśmiechniętym na wieczność sztucznie pomalowanymi zębami, w miodowych miesiącach.

Pojawił się dopiero na moją pierwszą i ostatnią komunię. Rzucił kamieniem w okno i mama kazała mi do niego zejść. Wysoki był jak drzewo, a ja na nim jak jego korona, kiedy posadził mnie sobie na plecy. Korona na wietrze, wichurze, bo się zataczał pijany. Wczepiłem się w jego włosy i tak szliśmy, płynęliśmy raczej, gnący się maszt i mały marynarz na jego szczycie. Do kiosku jako portu. Kazał mi wybrać w nim sobie prezent, sam zamówił piwo. Czekałem na wiatr, bo wybrałem plastikowy wiatrak, ale wiatru nie było, i wtedy powiedział: „Jak nie ma wiatru, to go sobie zrób”. To jego zdanie też było jak komunia, w sensie pierwsze i ostatnie.

Ktoś siedzi na walizce i czyta książkę. W Ruchu kobieta z dzieckiem, w „Rajstopach, pończochach” tylko sprzedawczyni, w „Pieczywo i ciastka” sprzedawca. Wchodzę, kupuję drożdżówkę, siadam na ławce, odwijam bułkę z papieru, przykładam do ucha, jak muszlę. Szumi Bałtyk, jestem na koloniach, młodszy brat też, pilnuję go, mama kazała. Dosiada się do mnie kobieta z dzieckiem z Ruchu, przeprasza, mówi, że mało ławek. Chłopiec pyta mnie, dlaczego przykładałem drożdżówkę do ucha, przykładam jemu i szumię, śmieje się, cieszy.

Patrzę na nich ukradkiem, ona jak mama, kiedy młoda, ten chłopiec jak Boguś, brat. Je pączka, dżem kapie mu na ręce, mama wyciera mu je jednorazową chusteczką nawilżaną, moja miała chusteczkę wiecznego użytku, nawilżała ją śliną, mieszane miałem uczucia. Gdyby ściana naprzeciwko nas na tej ławce zamieniła się w lustro, zobaczyłbym całą naszą trójcę jedyną, mamę i małego brata wtedy oraz siebie dzisiaj. Jegomościa, który taki już trochę, jakby spadł z furmanki. Boguś będzie chorować na wszystko, ja na nic, mama powie, jakie to niesprawiedliwe, „weź zachoruj chociaż na anginę”. Umarła potulnie jak zmęczone dziecko. Chciała już, nie mogła znieść siebie w lustrze, „przecież to nie ja – mówiła – ja przecież lepiej wiem, jak wyglądam”. I nie mogła pogodzić się z tym, że traci pamięć, zapominała, jak nazywa się jej ulubione drzewo, implant? Palant? I że ciągle się powtarza. Kiedy zaczynała coś mówić, pytała mnie i brata z obawą, czy już to mówiła, za każdym razem mówiliśmy „tak”. A przecież mogliśmy przynajmniej czasami powiedzieć „nie”.

Wracam na Centralny, jeszcze do kiosku po gumę do żucia, pomaga w niepaleniu, pytam kioskarza o pociągi, bo żadnego jeszcze nie było, kioskarz prosi, żeby powtórzyć pytanie. Nie, żeby nie słyszał, słyszał, ale nie może uwierzyć, że ktoś go o cokolwiek pyta, mało kto do Ruchu przychodzi, jeden z kiosków na Placu Trzech Krzyży zapada się pod ziemię, dosłownie, odzwyczajony więc od pytań sprzedawca odpowiada ochoczo.

– Będzie jeden, za godzinę, ci tutaj o tym wiedzą, przyszliby chyba nawet wtedy, gdyby dziś nie było żadnego. Przychodzą w każdą niedzielę, jak na mszę. Do tego pociągu wsiądzie tylko ten na walizce. Nie wiem, dlaczego przychodzi wcześniej, może taki, jak to się mówi, rytuał, o, rytuał sobie uprawia. I zawsze siedzi na walizce, nawet kiedy ławka wolna. Wie pan, co on ma w tej walizce? Książki. Jedną książkę, w sensie, no, jeden tytuł, wie pan, jedna i ta sama razy nie wiem ile, chyba wiele, bo ciężka ta walizka, ledwo ją, biedny, niesie. Co to za książka? Jego własna. Nikt nie chciał mu wydać, no to wydał sobie sam, Wydawnictwo pod Gruszą, tak je sobie nazwał, bo ma gruszę w ogrodzie. I on, proszę pana, prawie w każdą niedzielę przychodzi tu z walizką, siada, czyta własną książkę, ja nie mam pojęcia, o czym ona jest, wchodzi do pociągu, jedzie parę stacji i rozdaje ją pasażerom. Rozdaje, nie sprzedaje. Ten, co śpi przy ławce, to jak pociąg przyjedzie, wyjdzie z niego kobieta z dzieckiem, z małą jeszcze córką, obudzą go i pójdą, będą go prowadzić, dziecko z matką ojca, jakby po niego przyjechali, a nie on po nich. Ta kobieta z dzieckiem na ławce sama chyba jest, bez męża, a dziecko bez ojca, widzi pan, jak to jest, jak to się kończy. A, z Centralnego pan jedzie, ale to szybciej przejściem podziemnym, po co górą.

Zgadza się, przejściem podziemnym szybciej. Na Centralnym prędko do sklepu, smalec wiejski z garnka, takiego w Czechach nie mają, frankfurterki wędzone, takich nie mają, ogórki małosolne, nie mają.

Peron trzeci, przeważnie z trzeciego. Nowy komunikat, spóźnienie powiększa się i może ulec zmianie. Zaraz EIC do Katowic, drogi, ale dla mnie nie, człowiek z legitymacją osób represjonowanych ma zniżkę, pięćdziesiąt dwa procent. Dodam, że jestem artystą w szerokim tego słowa rozumieniu. Trzymającym się jakoś na powierzchni dzięki zasiłkom właśnie z Urzędu do Spraw Osób Represjonowanych i datkom spod znaku Patronite.

Kupić bilet w sieci i jechać w komfortowym wagonie ciszy? Zjeść w Katowicach obiad i poczekać na ten mój do Ołomuńca? Tak.

Wagon ciszy, ulga. Żadnych rozmów, żadnych słów w stanie nieważkim, ludzie jako niemowy. Żadnych telefonów z obwieszczeniem na cały wagon, że ktoś był właśnie już wsiadł i już siedzi na swoim miejscu. Tym razem jednak nagle stop cisza, dwa rządki przede mną para, on szeptem scenicznym prosi ją o kanapkę z tuńczykiem, ona zaczyna szukać w torbie, każda kanapka w złotku, odwija pierwszą, to nie tuńczyk, i zawija. Odwija drugą, zawija. Ten żelazny szelest folii aluminiowej doprowadza mnie do nerwobólów. Otwiera trzecią, zawija. Każdą rozpakowuje z rozmachem i zawija skrupulatnie. To trwa. Jej torba jest wielka i pełna, ja z nerwów robię się mały i pusty. Dlaczego nie ma tych kanapek opisanych? „Tuńczyk”, „ser”, „szynka”? Otwiera piątą, tuńczyk, głaz spada mi z serca, dumna pokazuje ją mężowi, bez słowa, ten z aprobatą kiwa głową, też bez słowa, wiedzą przecież, wybrali wagon ciszy. Jadę, siedząc jak na krześle elektrycznym, jeśli on będzie chciał kanapkę drugą, zostanę porażony. I będę jechał dalej jako trup, w trumnie w postaci wagonu ciszy, bo ta okazała się ciszą śmiertelną.

Katowice, wsiadam w pociąg do Ołomuńca, jakbym wchodził do domu. Znam każdego konduktora i wszystkich z obsługi wagonu jadalnego, znam każdy po drodze dworzec i każdą stację, wiem, na której wyjść na peron i zdążyć zapalić. Tychy, za nimi zasnę, zawsze tak. Stare szyny, pociąg buja się, trzęsie jak na wybojach. Wyobrażam sobie, że mój wagon to wózek wiklinowy, i pcha mnie po dziurawych, nierównych chodnikach mama. Tylko skąd ten telefon nagle? W wózku wiklinowym?