Drugie imię, Septologia I–II - Jon Fosse - ebook
BESTSELLER

Drugie imię, Septologia I–II ebook

Jon Fosse

3,8

21 osób interesuje się tą książką

Opis

„Pisarstwo Fossego pochłania czytelnika, jest czymś, w czym czytelnik znika niby wiatr w ciemnościach. (…) Jego głosu nie sposób pomylić” – Karl Ove Knausgård

Pierwszy tom prozatorskiego opus magnum jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy.

Malarz i wdowiec Asle mieszka samotnie w domu w Dylgja. Jedynymi osobami, z którymi wciąż się widuje, są jego sąsiad, rybak Åsleik i Beyer, właściciel galerii w Bjørgvin, kilka godzin jazdy na południe. W Bjørgvin mieszka także drugi Asle, jego sobowtór, a może cień albo druga wersja tego samego życia? Pierwszy z nich stał się religijny, rzucił picie i odniósł sukces, drugiemu przypadł trudniejszy los. Wszystko powoli zmierza do spotkania obu malarzy.

W tej porywającej rytmem, hipnotycznej prozie Fosse stawia fundamentalne pytania: co czyni nas tym, kim jesteśmy? Dlaczego prowadzimy takie, a nie inne życie? Z pomocą retrospekcji norweski mistrz portretuje życie obu malarzy, tworząc przejmujący obraz kondycji ludzkiej.

Septologia opowiada o sprawach najważniejszych: o naturze sztuki, Bogu, przemijaniu, nałogach, miłości i śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 480

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (73 oceny)
29
20
12
6
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ralphsan82

Nie polecam

Amelinium nie pomalujesz. Tego nie przeczytasz.
91
Reja9

Nie polecam

Widać, jestem za głupia na takie mądrości. Przeczytałam kilkadziesiąt stron, umordowały mnie: forma i przygnębiająca treść.
Kubutex

Nie oderwiesz się od lektury

9 października było pochmurno i deszczowo, a mimo to kurier zostawił szarą papierową kopertę z książką Jon Fosse Drugie imię na wycieraczce  przed domem.  Na okładce przekreślenie, duże X.   Chciałem tylko przeczytać pół stroniczki tak z ciekawości  pierwszej i dokończyć obiad , kartofelki, fasolka, buraki i nie miałem jak zrobić jakiejś logicznej przerwy,  przecinek, przecinek za przecinkiem, bez kropek z co chwilę  powtarzanymi słowami "mówię" i "myślę". Sposób opowiadania był inny niż ten do którego przywykłem i nie chodziło tu tylko o  odautorską interpunkcję ale i o narratora opowiadającego raz swoją historię w pierwszej osobie raz w trzeciej ale też o ciągłe powtórzenia,  powtórzające się obrazy, myśli, wspomnienia, wyobrażenia, pojawiające się odchodzące i wracające natrętnie  Depresyjny Kołowrót  samotność myśli samobójcze uzależnienie alkoholowe rozbite relacje  starość wspomnienia  Matka będzie krzyczała Matka mówiła że tego nie wolno Matka się boi  twarze Ojciec Pierwsza Dz...
116
MarukaKruka

Z braku laku…

Strumień świadomości starca.
105
Janicka_Marta

Nie polecam

Ciekawe, że Nobla zawsze musi dostać jakaś "trudna" książka, pozująca na elitarną, którą mało kto zrozumie, mało kto przeczyta lub mało kto strawi. Albo bajanie o niczym, albo strumień świadomości, potok słów i koniecznie bez interpunkcji, nowe zdania od małej litery, brak kropek, wszystko po przecinku. Koniecznie muszą być jakieś udziwnienia żeby się wyróżnić. Nie moje klimaty. Bardzo męcząca narracja.
31

Popularność




Jon Fosse

Drugie imię Septologia I–II

Z norweskiego przełożyła Iwona Zimnicka ArtRage

i dam mu biały kamyk, a na kamyku wypisane imię nowe, którego nikt nie zna oprócz tego, kto je otrzymuje.

Apokalipsa, 2, 17

Dona nobis pacem.

Agnus Dei

Dla Anny

I

I widzę siebie, jak stoję i patrzę na obraz z dwiema kreskami, fioletową i brązową, które krzyżują się pośrodku, na podłużny obraz, i widzę, że malowałem te linie powoli, gęstą farbą olejną, a farba spłynęła i w miejscu, gdzie brązowa linia krzyżuje się z fioletową, kolory, ściekając, pięknie się mieszają, i myślę sobie, że to nie jest żaden obraz, ale jednocześnie obraz jest taki, jaki powinien być, jest skończony, nie pozostało nic więcej do zrobienia, myślę, i muszę go usunąć, nie chcę, żeby dłużej stał na sztalugach, nie chcę więcej na niego patrzeć, myślę, no i myślę, że dziś jest poniedziałek, myślę też, że muszę odstawić ten obraz do innych obrazów, nad którymi pracuję, ale których jeszcze nie skończyłem, tych, które stoją zwrócone blejtramami na zewnątrz między drzwiami do alkowy a drzwiami do sieni, pod haczykiem, na którym wisi brązowa skórzana torba na ramię, mam w niej szkicownik i ołówek, a potem patrzę na dwa rzędy gotowych obrazów opartych o ścianę koło drzwi kuchennych, mam gotowych z dziesięć większych obrazów i cztery czy pięć małych, mniej więcej, w sumie jest ich czternaście i stoją w swoich rzędach jeden za drugim koło kuchennych drzwi, bo niedługo mam mieć wystawę, większość obrazów jest mniej lub bardziej kwadratowa, jak mawiają, myślę, ale czasami maluję też obrazy, które są długie i wąskie, a ten z dwiema krzyżującymi się liniami jest prostokątny, jak mawiają, ale tego obrazu nie chcę na swojej następnej wystawie, bo właściwie ani trochę mi się nie podoba, może to w ogóle nie jest żaden obraz, tylko dwie kreski, albo może chcę go zachować dla siebie, nie sprzedawać? bo są takie obrazy, które chcę zachować dla siebie i nie chcę ich sprzedawać, może to właśnie jeden z nich, chociaż mi się nie podoba? tak, może nawet jeśli trzeba powiedzieć, że to nieudany obraz, mimo wszystko będę chciał go zachować dla siebie? i nie wiem, dlaczego chcę go sobie zachować razem z kilkoma innymi obrazami, które trzymam na poddaszu, w jednym z pokoików, i nie chcę się ich pozbyć, może zresztą Åsleik zechce ten obraz? no tak, żeby dać go w prezencie gwiazdkowym Siostrze? bo on co roku w adwencie dostaje ode mnie obraz, który daje Siostrze w prezencie gwiazdkowym, a ja dostaję od niego mięso, ryby, drewno i inne rzeczy, no tak, i nie wolno zapominać, jak zwykle mówi Åsleik, o tym, że on mi zimą odśnieża drogę do gospodarstwa, no tak, jeszcze i to, a kiedy ja na to mówię, za ile taki obraz sprzedał się w Bjørgvin, to Åsleik mówi, że dla niego to niepojęte, że ludzie są gotowi tyle zapłacić za obraz, tak, ci, którzy tyle płacą, muszą w każdym razie mieć mnóstwo pieniędzy, mówi, a ja na to mówię, że rozumiem, że jemu się wydaje, że to dużo pieniędzy, bo też tak uważam, a Åsleik mówi, że skoro tak, to on właściwie robi dobry interes i w takim razie co roku daje Siostrze za drogi prezent gwiazdkowy, mówi, a ja mówię tak, tak, potem zapada cisza, aż w końcu mówię, że zdarza się przecież, że wtykam mu parę banknotów za jagnięce żeberka i solone mięso, za suszoną rybę i drewno, i za odśnieżanie, a czasami daję mu torbę artykułów spożywczych kupionych w Bjørgvin, kiedy się tam wybiorę na zakupy, mówię, a on trochę zakłopotany mówi, że tak, rzeczywiście, to trzeba przyznać, mówi, a ja myślę, że nie powinienem był tego mówić, bo Åsleik nie chce brać ani pieniędzy, ani nic innego, ale kiedy uważam, że sam mam dość dla siebie, że mi wystarczy, a on jest, można powiedzieć, bez grosza, to wtedy po prostu wtykam mu kilka banknotów szybko, jakby potajemnie, jakbyśmy w ogóle tego nie zauważali, i tak samo kiedy jadę na zakupy do Bjørgvin, myślę, wtedy też zawsze kupuję coś dla Åsleika, bo chociaż zarabiam mało, to on w porównaniu ze mną nie zarabia prawie nic, myślę i patrzę na rzędy gotowych obrazów, które stoją zwrócone własnej roboty blejtramami na zewnątrz, a każdy obraz ma tytuł namalowany gęstą czarną farbą olejną na górze ramy, a ten, który stoi ostatni, ten, na który patrzę, nazywa się A fale wciąż biją, tak, tytuły są dla mnie ważne, stanowią jakby część samego obrazu i zawsze maluję je czarną farbą na górze blejtramu, a blejtramy zbijam sam, zawsze tak robiłem i będę tak robił, dopóki będę malował, myślę, no i myślę, że właściwie może tych obrazów na wystawę jest za dużo, ale wezmę wszystkie i zawiozę do Galerii Beyer, niech raczej Beyer niektóre odstawi do bocznego pomieszczenia przylegającego do samej galerii, do Banku, jak nazywa pokój, w którym składuje niewystawione obrazy, myślę, a potem idę i znów patrzę na ten obraz z dwiema krzyżującymi się liniami, obie są namalowane na grubo, impastem, jak mawiają, a farba lekko spłynęła i w miejscu, gdzie te dwie linie się krzyżują, powstał taki zadziwiający kolor, to piękny kolor bez nazwy, jak bywa najczęściej, bo oczywiście nie może być nazw dla wszystkich tych niezliczonych barw, które istnieją, myślę i odchodzę kilka metrów od obrazu, stoję i patrzę na niego, a potem gaszę światło i dalej stoję, patrząc na obraz po ciemku, bo na dworze jest ciemno, o tej porze roku jest ciemno albo prawie ciemno przez całą dobę bez przerwy, myślę, patrząc na obraz, a oczy przyzwyczajają się do ciemności i widzę te linie, widzę, jak się krzyżują, i widzę, że w tym obrazie jest dużo światła, tak, dużo niewidzialnego światła, więc tak, więc to chyba jednak może być dobry obraz, myślę i nie chcę dłużej na niego patrzeć, myślę, a mimo to dalej stoję i dalej patrzę, muszę w końcu przestać, myślę, patrzę więc na okrągły stół przy oknie, przy okrągłym stole są dwa krzesła, na jednym, tym z lewej strony, siedziałem i siedzę ja, a na tym z prawej stale siadywała Ales, tak, dopóki żyła, ale umarła zbyt młodo, nie chcę o tym myśleć, i siostra Alida też umarła zbyt młodo, i o tym też nie chcę myśleć, myślę i widzę siebie, jak siedzę na swoim krześle i patrzę na swój stały punkt na morzu, na Sygnesjøen, na który zwykle patrzę, na mój punkt orientacyjny, czubek sosny rosnącej poniżej domu ma się znaleźć pośrodku środkowej szybki w dwuskrzydłowym oknie, tej z prawej strony, bo okno jest podzielone na dwie części, oba skrzydła dają się otworzyć, a w każdym są trzy szybki, i właśnie na środku tej z prawej strony ma się znajdować czubek sosny, i dostrzegam sosnę, a przy tym moim punkcie orientacyjnym widzę w ciemności fale i widzę siebie patrzącego na fale, widzę też siebie idącego do samochodu, który stoi zaparkowany przed Galerią Beyer, idę w swoim długim czarnym płaszczu, a przez ramię mam przewieszoną tę brązową skórzaną torbę, właśnie byłem w Kawiarni, ale dziś nie miałem wielkiego apetytu i stanęło na tym, że jak wiele razy wcześniej nie zamówiłem obiadu, tylko kanapkę z kotletem siekanym i smażoną cebulą, a teraz zrobiło się już późno, a ja kupiłem wszystko to, co zamierzałem kupić w Bjørgvin, więc pora, żebym wracał do domu, do Dylgji, to mimo wszystko kawał drogi, myślę i wsiadam do samochodu, brązową torbę odkładam na siedzenie pasażera, uruchamiam auto i wyjeżdżam z Bjørgvin tą drogą, którą Beyer kiedyś nauczył mnie jeździć, tak, bo pewnego dnia nauczył mnie i wjeżdżać do Bjørgvin, i z niego wyjeżdżać, nauczył mnie jeździć do Galerii Beyer jedną drogą i wyjeżdżać z Galerii Beyer tą samą drogą w przeciwnym kierunku, myślę, wyjeżdżając z Bjørgvin, i zapadam w przyjemny stupor, jaki potrafi wywołać jazda samochodem, i widzę, że wkrótce będę przejeżdżał obok bloku, w którym mieszka Asle, tam, nad zatoką Skutevika, blok stoi na samym brzegu morza, a przed blokiem jest niewielka przystań, myślę, i widzę Aslego leżącego na kanapie, trzęsie się, całe jego ciało drży, a on myśli, czy ten dygot nie mógłby ustąpić? i myśli, że wczoraj po prostu zasnął na kanapie, bo nie miał siły wstać, rozebrać się i położyć do łóżka, i psa, nawet psa, Bragego, nie miał siły wyprowadzić, na pewno okropnie mu się teraz chce, myśli, no ale nie może się tak trząść, bo cały się trzęsie, nie tylko ręce, myśli Asle, no i myśli, że musi się jakoś zwlec na nogi, przejść do kuchni i wlać w siebie trochę alkoholu, żeby to drżenie ustąpiło, bo wczoraj wieczorem się nie rozebrał i nie położył do łóżka, tylko odsypiał odurzenie na kanapie, myśli, i ciągle na niej leży, patrzy przed siebie, a ciało nie przestaje mu drżeć, myśli, i wszystko jest, no właśnie, czym? pustką? nicością? dalekością? tak, tak, być może, tak, może dalekością, myśli, ale teraz musi się trochę napić, żeby to najgorsze drżenie ustąpiło, myśli Asle, a potem, potem wyjdzie i wejdzie w morze, właśnie tak, myśli Asle, jedyne, czego pragnie, to zginąć, zniknąć, tak jak zniknęła siostra Alida, będąc zaledwie dzieckiem, po prostu leżała martwa w łóżku, Siostra, myśli Asle, i tak jak zniknął chłopiec od sąsiadów, ten, który miał na imię Bård i który wypadł z łodzi ojca do morza, a nie umiał pływać i nie dał rady wciągnąć się z powrotem do łodzi ani dopłynąć do brzegu, myśli Asle, no i myśli, że teraz weźmie się w garść, wstanie, pójdzie do kuchni i naleje sobie duży kieliszek, żeby to drżenie trochę ustąpiło, potem obejdzie mieszkanie i pogasi światła, tak, obejdzie całe mieszkanie, sprawdzi, czy wszystko jest w porządku, a potem wyjdzie z mieszkania, zamknie za sobą drzwi na klucz i zejdzie nad morze, a potem wejdzie w morze i dalej będzie szedł, myśli Asle i powtarza tę myśl raz po raz, to jedyne, o czym jest w stanie myśleć, o tym, że wejdzie w morze i że zniknie w morzu, w nicości fal, myśli Asle, a ta myśl krąży mu po głowie, myśl się nie poddaje, bo tylko ta myśl, ta jedna myśl ma w sobie bliskość, wszystko inne jest pustą dalekością, pustą bliskością, nie, nic nie jest puste, ale mimo wszystko jest pusto tam, w tym mroku, i nie daje rady pomyśleć wszystkich innych myśli, które próbuje snuć, są za ciężkie, za ciężka jest nawet myśl o podniesieniu ręki i Asle czuje, że się trzęsie, chociaż się w ogóle nie rusza, całe jego ciało się trzęsie i dlaczego nie może wytrzymać myśli o tym, żeby wstać? unieść rękę? dlaczego jest w stanie myśleć jedynie o tym, że chce wejść w morze? wypije dostatecznie dużo, żeby to drżenie ustało, potem pogasi światła w domu, może przed wyjściem posprząta, gdyby się okazało, że to konieczne, bo wszystko musi zostać w porządku, myśli Asle, no i myśli też, że może powinien napisać parę słów do Młodego, który jest już dorosły, tak, jest dorosły od dawna, a teraz mieszka w Oslo, albo może mógłby do niego zadzwonić? ale ani on, ani Młody nie za bardzo lubią rozmawiać przez telefon, myśli Asle, albo może powinien napisać list do Liv? byli przecież małżeństwem przez kilka lat, tyle czasu już minęło, odkąd się rozwiedli, że nie ma już między nimi złych uczuć, no bo przecież nie może ot tak po prostu zniknąć, z nikim się nie żegnając, czuje, że tak nie powinno być, ale o tej drugiej, z którą był żonaty, o Siv, nie ma siły nawet myśleć, ona po prostu zabrała Syna i Córkę i wyprowadziła się od niego, nagle po prostu jej nie było, tak, jemu w ogóle nie przyszło do głowy, że się rozwiodą, kiedy powiedziała, że ma już dość, i zabrała Syna i Córkę, i się wyprowadziła, powiedziała, że już zdążyła znaleźć dla nich dom, a on nic z tego nie rozumiał, myśli Asle, a potem Syn i Córka przez pewien czas przyjeżdżali do niego co drugi weekend, myśli, ale później Siv znalazła sobie nowego mężczyznę, zabrała Syna i Córkę i przeprowadziła się gdzieś do Trøndelag, do tego nowego mężczyzny, którego sobie znalazła, zabrała dzieci, wyjechała, a on został sam, a potem Siv pisała, domagając się, żeby płacił za to i tamto, a on płacił, wszystko jedno, o co prosiła, jeśli miał pieniądze, myśli, ale po co o tym myśleć? myśli Asle, to przecież było kiedyś, a teraz wszystko jest już uporządkowane, wszystko przygotowane, wszystkie przybory malarskie leżą na swoich miejscach na stole, a obrazy stoją w rzędzie ustawione blejtramami na zewnątrz, umyte pędzle leżą obok siebie, ułożone według wielkości, wszystkie starannie oczyszczone terpentyną, a tuby z farbą olejną też leżą jedna koło drugiej ułożone według ilości farby, jaka została w tubie, każda zakrętka jest starannie dokręcona, sztalugi stoją puste, wszystko jest posprzątane, wszystko jest uporządkowane, a on tylko leży, trzęsie się i nie myśli o niczym, tylko się trzęsie, a potem znów myśli o tym, że wstanie, wyjdzie, zamknie za sobą drzwi na klucz, pójdzie nad morze i wejdzie w morze i będzie szedł aż fale zamkną się nad nim i zniknie w morzu, myśli o tym w kółko, i nie ma już nic, nic oprócz mroku nicości, który momentami, w nagłych przebłyskach, wybucha w nim jak oświecenie, a wtedy, tak, wtedy wypełnia go coś w rodzaju szczęścia i Asle myśli, że być może istnieje gdzieś jakaś pusta nicość, puste światło, i gdyby wszystko mogło nim być, myśli Asle, być pustym światłem, i gdyby takie miejsce istniało? w swojej pustce, w swojej jaśniejącej pustce? w swojej nicości? myśli Asle i myśląc o takim miejscu, które oczywiście nie jest żadnym miejscem, Asle zapada w coś w rodzaju snu, który nie jest żadnym snem, tylko poruszaniem się ciała, podczas którego on pozostaje nieruchomy, w całym tym swoim dygocie, tak, chociaż nieustannie drży, to jednak wszystko jest ciężkie i gdzieś tam, wśród tego wielkiego ciężaru, istnieje to niesłychanie lekkie światło, tak, jak wiara, myśli Asle, a ja widzę, jak leży w salonie czy w atelier, czy jak to nazwać, myślę, leży na kanapie stojącej pod oknem, które wychodzi na morze, a przy kanapie stoi niski stolik, na którym leżą dwa zamknięte szkicowniki i kilka ołówków, wszystko równo ułożone obok siebie, to jego pokój, pokój Aslego i tylko jego, myślę, a wszystko w jego pokoju jest uporządkowane i pod jedną ścianą stoi duże płótno odwrócone blejtramem na zewnątrz, a obrazem do ściany, i widzę, że Asle namalował czarną farbą na górze blejtramu napis Świetlista ciemność, a więc taki jest tytuł tego obrazu, myślę, i widzę, że w kącie stoi rolka płótna, w innym kącie drewniane listwy na blejtramy, i widzę też Aslego leżącego na kanapie, cały się trzęsie i myśli, że musi wlać w siebie alkohol, żeby ten dygot ustąpił, i siada, i tak siedzi na kanapie, i myśli, że teraz to już na pewno musi zapalić, ale trzęsie się tak, że nie jest w stanie nawet skręcić sobie papierosa, więc będzie musiał wziąć jednego gotowego z paczki leżącej na stoliku, i wyjmuje papierosa z paczki i wkłada go do ust, z kieszeni spodni wyciąga pudełko zapałek, zapala jedną i w jakiś sposób udaje mu się przypalić papierosa, kilka razy mocno się zaciąga i myśli, że nie będzie wyjmował papierosa z ust, popiół niech się sypie, i teraz to już naprawdę niedługo musi się napić, myśli Asle, i dalej się trzęsie, ale udaje mu się schować zapałki z powrotem do kieszeni spodni i nachyla się do popielniczki stojącej na stoliku, wypluwa do niej papierosa, a ja jadę na północ i myślę, że powinienem był się zatrzymać i zajrzeć do Aslego, nie powinienem był tak po prostu przejechać obok jego domu w Skutevika, lecz jeśli on naprawdę tego chce, to i tak nie zdołam go powstrzymać od pójścia nad morze i od wejścia w morze, jeśli zechce to zrobić, to to zrobi, myślę i jadę na północ, i widzę siebie, jak stoję i patrzę na obraz z dwiema krzyżującymi się liniami, i widzę siebie, jak wchodzę do kuchni w swoim starym domu, bo to jest stary dom i stara kuchnia, i widzę, że wszystko tam jest na swoim miejscu, blat kuchenny jest wytarty i stół kuchenny też, jak widzę, wszędzie jest czysto i porządnie jak należy, i widzę siebie, jak wchodzę do łazienki i zapalam światło, tam też jest porządek, umywalka jest czysta, sedes jest czysty, i widzę siebie, jak staję przed lustrem, i widzę swoje siwe cienkie włosy, siwy zarost, i przeciągam ręką przez włosy, a potem zdejmuję czarną gumkę, którą są związane na karku, a wtedy długie, cienkie, siwe włosy opadają mi na ramiona, na pierś, przeciągam przez nie palcami, zatykam za uszy, potem biorę czarną gumkę i wiążę nią włosy na karku, później wychodzę do sieni i widzę, że wisi tam mój czarny płaszcz, ileż to już lat go mam, myślę, nikt mi nie zarzuci niepotrzebnego kupowania nowych ubrań, myślę, i widzę też dużo szalików na wieszaku, i myślę, że mam dużo szalików, bo Ales często dawała mi szaliki na Gwiazdkę albo w prezencie urodzinowym, ponieważ właśnie tego sobie życzyłem, pytała, jaki prezent chciałbym dostać, a ja najczęściej odpowiadałem, że szalik, i dostawałem szalik, myślę, potem idę z powrotem do pokoju czy do atelier, czy jak to nazwać, to chyba jedno i drugie naraz, ale ja mówię pokój, i widzę, że brązowa skórzana torba na ramię wisi na haczyku nad obrazami, które odstawiłem, nad tymi, z których nie jestem całkiem zadowolony, nad tymi stojącymi między drzwiami do alkowy a drzwiami do sieni, a kiedy wychodzę, zawsze mam przy sobie tę brązową torbę, w niej szkicownik i ołówek, myślę i widzę, że torba leży na swoim miejscu na siedzeniu pasażera, a ja jadę na północ i myślę, że cieszę się z powrotu do domu, do swojego starego dobrego domu w małej wiosce Dylgja, i widzę siebie, jak stoję i patrzę na okrągły stół, który stoi przy oknie, i na dwa puste krzesła przy stole, na oparciu jednego wisi czarna aksamitna marynarka, tak, ta, którą teraz mam na sobie, na tym bliżej kredensu, tym, na którym zawsze siedzę ja, bo Ales siedziała naprzeciwko, to było jej krzesło, myślę, i znów widzę, jak stoję i patrzę na obraz z dwiema krzyżującymi się liniami, nie lubię patrzeć na ten obraz, ale poniekąd muszę, myślę, i dalej jadę na północ w ciemności, i widzę Aslego siedzącego na kanapie, on na coś patrzy i nie patrzy na nic, i trzęsie się, drży, cały czas się trzęsie i drży, a ubrany jest dokładnie tak jak ja, w czarne spodnie i sweter, na oparciu krzesła, które stoi przy niskim stoliku, wisi czarna aksamitna marynarka, taka sama jak ta, którą mam teraz na sobie i która zwykle wisiała na krześle przy okrągłym stole, Asle ma siwe włosy, tak jak moje związane czarną gumką na karku, i ten jego siwy zarost, ja też mam siwy zarost, który przycinam mniej więcej raz w tygodniu, myślę, i widzę Aslego siedzącego na kanapie, cały się trzęsie, lekko unosi rękę przed siebie, nieco w bok, ręka się trzęsie, a on myśli, że teraz z jakiegoś powodu czuje się lżej, lepiej, i myśli, że powinien coś zjeść, ale trzęsie się tak, że musi najpierw stanąć na nogi i czegoś się napić, tak myśli, siedząc na kanapie, a ja myślę, że nie mogę zostawić Aslego samego w takim stanie, nie powinienem był mijać jego domu w Skutevika, bo przecież zdarza się, że do niego zaglądam, a on mnie teraz potrzebuje, myślę, ale już dawno przejechałem obok bloku, w którym mieszka Asle, a nie powinienem był tego robić, może trzeba by zawrócić i pojechać z powrotem? ale jestem taki zmęczony, myślę, i jadę dalej na północ, i dostrzegam przy drodze stary brązowy dom w ruinie, widzę, że brakuje niektórych dachówek, to w tym domu Ales i ja kiedyś mieszkaliśmy, myślę i mam wrażenie, jakby to było bardzo dawno temu, tak, jakby to było w innym życiu, myślę, i mijam ten dom, a po przejechaniu jeszcze kawałka widzę zatoczkę, więc zjeżdżam i zatrzymuję samochód, i dalej siedzę, dalej tylko siedzę w samochodzie, nie myślę, nic nie robię, tylko siedzę, a potem myślę, dlaczego na miłość boską zatrzymałem samochód w tej zatoczce? bo przecież nigdy wcześniej się tu nie zatrzymywałem, chociaż przejeżdżałem tędy tyle razy, no nie, muszę jechać do domu, powinienem był odwiedzić Aslego, ale teraz jest już za późno, myślę i dalej siedzę w samochodzie, i myślę, że może powinienem się pomodlić, i myślę o tych, którzy nazywają się wierzącymi i uważają, a przynajmniej uważali, że ochrzczenie dziecka jest niezbędne dla jego zbawienia, a jednocześnie uważają, że Bóg jest wszechmogący, więc dlaczego chrzest ma być niezbędny dla zbawienia? czy Bóg nie może robić tego, co chce? bo skoro jest wszechmogący, to chyba od Jego woli zależy, że jedni mają zostać ochrzczeni, a drudzy nie? nie, ta głupota, jaką jest wiara w niezbędność chrztu dla zbawienia, jest za duża, myślę i czuję, że od tej myśli robi mi się pogodniej na duszy na myśl o głupocie niektórych wierzących przekonanych, że chrzest jest niezbędny dla zbawienia, czym by ono nie było, ale ta myśl jest taka głupia, głupia w tak oczywisty sposób, że nawet nie warto się z niej śmiać, tak samo jak z głupoty tych, którzy określają się jako wierzący, z głupoty wielu z nich, nie wszystkich oczywiście, myślę, no i myślę, że ci, którzy tak myślą, nie mogą zbyt dobrze myśleć o Bogu, i myślę o Jezusie, o tym, jak On kochał dzieci, o tym, że powiedział, że dzieci są z królestwa Bożego i do królestwa Bożego należą, że to pięknie i prawdziwie pomyślane, myślę, więc dlaczego muszą zostać ochrzczone? one, które już należą do królestwa Bożego? myślę, no i myślę, że chrzest, chrzest dziecka, jest dobry, ale że on jest dla ludzi, a nie dla Boga, dla ludzi chrzest jest albo może być ważny, a najbardziej dla Kościoła, tak, głównie dla Kościoła, ale dla Boga ważny nie jest, bo one, dzieci, już są częścią królestwa Bożego i trzeba być jak one, jak dzieci, żeby do królestwa Bożego wejść, tak zostało napisane, myślę, no i myślę, że nie, muszę już przestać, bo sam myślę jak głupiec, myśląc o głupocie innych, jednocześnie sam nie mam jasności we własnych myślach, nie trzymają się kupy, bo oczywiście, aby być ochrzczonym, nie trzeba być ochrzczonym wodą, można się ochrzcić w samym sobie, poprzez ducha, którego ma się w sobie, którego się ma i którym się jest, ducha, którego człowiek dostaje w momencie przyjścia na świat, myślę, i ludzie w zdecydowanej większości, zarówno ci, którzy żyli wcześniej, jak i ci, którzy żyją teraz, są ochrzczeni wyłącznie w samych sobie, a nie wodą w jakimś kościele, przez jakiegoś księdza, są ochrzczeni poprzez tego ducha, którego otrzymali i którego mają w sobie, i może poprzez swoje więzy z innymi ludźmi, więzy wspólnego rozumienia, które przejawia się też w języku, myślę, no i myślę, że niektórzy ludzie zostali ochrzczeni jako dzieci albo jako dorośli, tak, niektórzy zostali oczyszczeni przez wodę, przez święconą wodę, myślę, i samo w sobie to w porządku, ale nic więcej z tego nie wynika, bo każdy chrzest, każdy pojedynczy chrzest jest, myślę sobie, chrztem dla wszystkich, dla całej ludzkości, bo wszyscy ludzie są ze sobą związani, żywi, zmarli, ci, którzy się jeszcze nie urodzili, i tego, co robi jeden człowiek, nie można w pewnym sensie oddzielić od tego, co robi ktoś inny, myślę, tak, tak jak Chrystus, będąc człowiekiem, żył, umarł, zmartwychwstał i stał się jednością z Bogiem, tak dzieje się też ze wszystkimi ludźmi, ponieważ są ludźmi w Chrystusie, czy tego chcą, czy nie, związanymi z Bogiem w Chrystusie i przez Chrystusa, przez Syna Człowieczego, wszystko jedno, czy wiedzą o tym, czy nie, czy w to wierzą, czy nie, to i tak właśnie tak jest, bo doprawdy, myślę, że również chrześcijaństwo coś wie, przecież sam przeszedłem na katolicyzm, czego raczej nigdy bym nie zrobił, gdyby nie Ales, skoro nawet w poglądzie na chrzest nie zgadzam się z Kościołem katolickim, ale nigdy nie żałowałem tego, że zmieniłem wyznanie, myślę, bo katolicyzm dużo mi dał i postrzegam siebie jako wierzącego, tak, trochę tak, jak postrzegam siebie jako komunistę albo przynajmniej socjalistę, i codziennie odmawiam różaniec na swój sposób, tak, modlę się kilka razy dziennie i chodzę na msze tak często, jak się da, owszem, bo również msza ma swoją prawdę, tak jak swoją prawdę ma chrzest, owszem, również chrzest ma swój udział w prawdzie, również on może prowadzić do, tak, prowadzić do Boga, myślę, przynajmniej do takiego Boga, jakiego potrafię sobie wyobrazić, ale do Boga prowadzą także inne sposoby myślenia i wiary w prawdę, wszystko, co z powagą zwraca się ku Bogu, bez względu na to, czy ktoś używa słowa Bóg, czy też jest taki mądry albo taki skromny, że w obliczu nieznanej boskości tego nie robi, wszystko prowadzi ku Bogu, więc pod tym względem wszystkie religie są jednością, myślę, i pod tym względem również religia i sztuka się ze sobą łączą, także dlatego, że zarówno Biblia, jak i liturgia są fikcją, poezją i obrazem, są literaturą, teatrem i sztukami wizualnymi i jako takie mają swoją prawdę, bo oczywiście również sztuka ma swoją prawdę, myślę, ale nie mogę dłużej tak siedzieć i rozmyślać, snuć mglistych myśli, myślę, muszę jechać dalej na północ, dotrzeć wreszcie z powrotem do swojego domu w Dylgji, do swojego starego dobrego domu, nie mogę tak siedzieć w samochodzie i zaczynać marznąć, muszę włączyć silnik i jechać do Dylgji, bo lubię jeździć samochodem, to mi przynosi swoisty spokój, zapadam się w pewien przyjemny stan, tak, to mi wręcz sprawia radość, podobnie jak myśl o powrocie do domu, do Dylgji, do mojego starego domu, myślę, chociaż teraz, kiedy Ales umarła, stale wracam do pustego domu, nie, to nieprawda, bo chociaż Ales umarła już dawno, to przecież ciągle jest w domu, myślę, no i myślę, że powinienem sprawić sobie psa, bo zawsze lubiłem psy, koty zresztą też, ale wolałbym mieć psa, bo z psem można się bardziej zaprzyjaźnić, myślę, a myślałem o tym często, ale nigdy nie doszło do tego, żebym wziął psa, nie bardzo wiem dlaczego, może dlatego że mimo wszystko najbardziej chcę być sam z Ales? bo chociaż ona nie żyje, to i tak tam jest, myślę, lecz może powinienem się wreszcie zdecydować i wziąć psa? myślę, no ale Asle ma psa, tak, miał psa przez wszystkie te lata, myślę, no i myślę, że nie powinienem tak mijać tego bloku, w którym mieszka Asle, bo przecież on w takim stanie nie może być sam, taki przybity jak teraz, tak przytłoczony brzemieniem własnego kamienia, drżącego kamienia, ciężaru, który wbija go w ziemię, myślę, więc muszę zawrócić i jechać z powrotem do Bjørgvin, myślę, a potem muszę iść i zobaczyć się z Aslem, myślę, bo muszę mu pomóc w oderwaniu się od siebie samego, myślę, i widzę Aslego, jak siedzi na kanapie i się trzęsie, powinienem jechać z powrotem, on mnie teraz potrzebuje, ale jestem zmęczony i tak bardzo chciałbym już wrócić do domu, po prostu jechać dalej na północ, wrócić do domu, bo byłem w Bjørgvin, kupiłem płótno w Sklepie dla Plastyków i drewniane listwy na blejtramy, te kupiłem w Hurtowni Materiałów Drewnianych, no i jeszcze zrobiłem duże zakupy spożywcze, a teraz chcę jechać prosto do domu, do Dylgji, myślę, chociaż właściwie zamierzałem zostać w Bjørgvin, żeby iść na wieczorną mszę do kościoła Świętego Pawła, ale byłem zbyt zmęczony, więc może raczej wybiorę się znów do Bjørgvin w najbliższą niedzielę i pójdę na poranną mszę, dawno już nie byłem na mszy, dobrze by było znów przyjąć komunię, wtedy mogę też odwiedzić Aslego, myślę i widzę, jak siedzi na kanapie i cały się trzęsie, ale czy on nie zamierza wkrótce wyjść i wyprowadzić psa? myślę i widzę Bragego leżącego przy drzwiach w przedpokoju, czekającego na spacer, i widzę, jak Brage wstaje i drepcze do kanapy, a potem wskakuje na kanapę, kładzie się na kolanach Aslego i tak leży, pies też się trzęsie, i Asle nie ma siły się ruszyć, nie ma siły nawet unieść ręki ani wypowiedzieć słowa, już samo wypowiedzenie jednego słowa to mordęga, jakby się do tego zmuszał, myśli Asle, lecz teraz, tak, teraz z jakiegoś powodu jego myśli nie są już takie zakleszczone, nie krążą już tak bardzo w kółko, już nie, zaczęły się poruszać, kiedy przyszedł pies i położył mu się na kolanach, myśli Asle

Dobry Brage, mówi Asle

Dobry, dobry Brage, mówi

i drżącą dłonią głaszcze sierść Bragego, mierzwi mu sierść i myśli, jak w ogóle mógł myśleć, że wejdzie w morze, kto by się wtedy zajął psem? że też naprawdę mógł chcieć zostawić psa, myśli Asle i teraz trzęsie się już mniej, ale ciągle się trzęsie, ciało mu drży, myślę, ale nie, nie chcę więcej myśleć o Aslem, nie chcę go więcej sobie wyobrażać, tych jego długich siwych włosów, siwego zarostu, nie chcę więcej o nim myśleć, dalsze myślenie o nim nie ma sensu, bo on jest tylko jednym z wielu sobie podobnych, jest sam, jest jednym z wielu samotnych, jest tylko jednym z wielu artystów, jednym z wielu malarzy, jest tylko jednym z wielu malarzy, których prawie nikt nie zna oprócz najbliższej rodziny, kilkorga znajomych z czasów studiów i jeszcze paru kolegów po fachu, on nie jest niczym mniej ani niczym więcej niż jakiś inny malarz, jest jednym z tysiąca, nie, nie chcę więcej o nim myśleć, myślę, no i znów myślę, że powinienem był do niego zajrzeć, jest przecież taki samotny, w rozsypce, powinienem był do niego zajrzeć i spytać, czy nie wyszlibyśmy razem czegoś się napić, tak, on mógłby wziąć sobie szklankę piwa z kieliszkiem czegoś mocniejszego, a ja kawę z mlekiem, ponieważ nie piję już piwa, nie piję już ani piwa, ani wina, ani wódki, odkąd stałem się abstynentem, właśnie to powinienem był zrobić, bo gdyby Asle się napił, byłoby mu lżej, przestałby się trząść, uspokoiłby się, gdyby tylko się napił, na pewno zelżałby w nim ten ciężar, kamień zrobiłby się lżejszy, tak, jego kamień być może trochę by się poruszył, wpuścił nieco światła i powietrza, więc powinienem był zabrać go w jakieś miejsce, gdzie są inni ludzie, gdzie inni coś piją, gdzie inni mają towarzystwo i znajdują pociechę dla duszy, właśnie to powinienem był zrobić, nie powinienem był tak minąć jego domu, tylko powinienem był się zatrzymać, zabrać go ze sobą gdzieś, gdzie jest życie, tak, żeby się ożywił, ale ja po prostu pojechałem dalej na północ, jakbym się o niego nie martwił, jakbym chciał jak najszybciej od niego uciec, bo nie dawałem rady, nie miałem siły patrzeć, jak Asle tam leży, myślę, no i po prostu przejechałem obok bloku, w którym jest jego mieszkanie, tym w Skutevika, jakby Asle był za ciężki, jakby jego ból czy też jego cierpienie, może to słowo jest lepsze, wzbudziło we mnie chęć oddalenia się, nie dlatego, że nie chciałem być razem z nim, tylko dlatego, nie, nie wiem, ale chciałem stamtąd odjechać i może myślałem, że w jakiś sposób zdołam zabrać ze sobą jego ból, pociągnąć go za sobą, że zdołam odciągnąć od niego cierpienie, jeśli po prostu odjadę? przynajmniej teraz myślę, że to z tej przyczyny się nie zatrzymałem i do niego nie zajrzałem, tylko po prostu pojechałem dalej, no bo dlaczego go nie odwiedziłem? dlatego że stchórzyłem? nie dałem rady dzielić z nim jego bólu? dzielić z nim cierpienia? ale co mam na myśli, myśląc w ten sposób? bo przecież tak się tylko mówi, dzielić z kimś ból, dzielić cierpienie, tak się tylko mówi, jakby się dało podzielić ból, podzielić cierpienie, myślę i widzę siebie, jak siedzę w samochodzie i patrzę na plac zabaw poniżej zatoczki, nie ma tam żadnych dzieci, ale na huśtawce, tak, na huśtawce siedzi młoda kobieta z długimi ciemnymi włosami, a na ławce obok huśtawki młody mężczyzna, ma brązowe półdługie włosy, jest w czarnym płaszczu, ma też szalik, jest późne popołudnie albo wczesny wieczór, a on tam siedzi i patrzy na nią, na tę, która siedzi na huśtawce, patrzy na nią i ma przez ramię przerzuconą brązową skórzaną torbę, kobieta patrzy przed siebie, jest jesień, część liści już zaczęła zmieniać kolor, to najlepsza i najpiękniejsza pora roku, myślę, a najpiękniej jest chyba pod wieczór, kiedy światło znika, gdy do światła przenika ciemność, ale wciąż jest na tyle jasno, bym z łatwością dostrzegł, że niektóre liście straciły zielony kolor, myślę, to moja pora roku, zawsze tak było, odkąd pamiętam, najbardziej lubiłem jesień, myślę i patrzę na tego młodego mężczyznę, który siedzi nieruchomo na ławce i patrzy przed siebie, jakby nie patrzył na nic, i patrzę na tę młodą kobietę, która siedzi na huśtawce, również ona patrzy przed siebie, jakby nie patrzyła na nic, no i dlaczego siedzą tak nieruchomo? dlaczego w ogóle się nie poruszają? myślę, on siedzi na ławce, ona na huśtawce, po prostu tak siedzą, dlaczego tak po prostu siedzą? dlaczego się do siebie nie odzywają? dlaczego tkwią całkiem nieruchomo, jak na obrazie? myślę, tak, właśnie jak na obrazie, jak na obrazie, który mógłbym namalować, myślę i wiem, że akurat ta chwila, akurat ten obraz już wrył mi się w pamięć i nigdy nie zniknie, mam wiele takich obrazów wrytych w pamięć, tysiące, i kiedy o czymś pomyślę, kiedy zobaczę coś podobnego albo nawet bez powodu, taki obraz potrafi się pojawić w najdziwniejszych porach i miejscach, obraz, nieruchomy obraz, który mimo wszystko ma w sobie jakiś ruch, jakby każdy z takich obrazów, każdy z tych tysięcy obrazów, które mam w głowie, czy gdzie tam one są, coś mówił, mówił coś prawie jednoznacznie, lecz mimo to nie do końca zrozumiale, oczywiście mogę wymyślić, że obraz mówi to czy tamto, oczywiście, że tak mogę, i oczywiście również to robię, po części też udaje mi się wymyślić, co mówi obraz, ale nigdy co mówi naprawdę, bo obraz nigdy nie jest zrozumiały do końca, jakby był nie całkiem z tego świata, jak mawiają, myślę, to dziwne, tak, wręcz zdumiewające, bo on i ona siedzą teraz tak, jakby byli na jednym z takich niewypowiadalnych obrazów, które mam w głowie, chociaż teraz widzę go w rzeczywistości, mężczyzna siedzi na ławce, kobieta na huśtawce, jakby nie mogli się poruszyć, siedzą, jakby przytrzymywało ich coś, czego nie można zobaczyć, i siedzą tak już długo, przynajmniej tak się wydaje, tak, siedzą tam, jakby siedzieli od zawsze, cały czas po wsze czasy, ona jest w spódnicy, w fioletowej spódnicy, a spódnica trochę pociemniała o wczesnym zmierzchu, tak, fiolet dąży ku czerni, a on siedzi w długim czarnym płaszczu, z brązową torbą przewieszoną przez ramię, brody na jego twarzy nie widać, no ale ja nie mogę tak tu siedzieć, myślę, no i myślę też, że oni, ona i on, siedzą nieruchomo, tak jak ja siedzę nieruchomo dokładnie tak samo jak oni, no a przecież nie mogę tak siedzieć w samochodzie, bo ludzie, którzy będą tędy przejeżdżać, zaczną się dziwić, dlaczego tak siedzę w samochodzie, dlaczego nie jadę dalej, no ale przecież nikt tędy nie przejeżdża, a nawet gdyby przejeżdżał, to nie zdziwiłby się, że zrobiłem sobie chwilę odpoczynku w tej zatoczce, jeżeli już ktoś ma się zdziwić, to tych dwoje na placu zabaw, jeśli mnie zauważyli, ale najwyraźniej nie, przynajmniej żadne nie spogląda w moją stronę, na mnie siedzącego w samochodzie, gdy powoli zaczyna się ściemniać, ciągle jest jasno, ale ciemność pojawiła się w powietrzu, powoli, powoli wnika w powietrze, myślę, siedzę i patrzę na młodego mężczyznę w czarnym płaszczu, który siedzi na ławce i ma przewieszoną przez ramię brązową skórzaną torbę, i na tę młodą kobietę, która siedzi w fioletowej spódnicy na huśtawce, bo oni ciągle tylko tam siedzą, nieruchomi, tak, jakby byli elementami namalowanego obrazu, tak, również, ale ja malując, zawsze usiłuję wy-malować obrazy, które utkwiły mi w pamięci, tak, takie jak ten, przedstawiający ją i jego, gdy tak siedzą, jakbym chciał się tych obrazów pozbyć, wyrzucić je, czasami myślę, że zostałem malarzem, ponieważ mam w głowie wszystkie te obrazy, tak, tyle obrazów, że są dla mnie udręką, tak, dręczą mnie, stale się pojawiając, prawie jak wizje, w dodatku w najprzeróżniejszych sytuacjach, a ja nie mogę nic na to poradzić, mogę jedynie malować, tak, podejmować próbę wymalowania tych obrazów, które we mnie utkwiły, nic innego, wymalowywać je po kolei, ale nigdy poprzez malowanie dokładnie tego, co widziałem i co we mnie utkwiło, nie, próbowałem tak wiele razy, ale wtedy maluję tylko to, co widziałem, i nic więcej, wówczas tylko jakby dubluję obraz i wychodzi z tego zła praca, a i tak nie mogę się pozbyć tego obrazu, który mam w sobie i który usiłuję wymalować, nie, muszę malować w taki sposób, który sprawi, że obraz, który we mnie utkwił, rozmyje się i zniknie, jakby stawał się niewidoczną i zapomnianą cząstką mnie samego, mojego wewnętrznego obrazu, tego jednego obrazu, którym jestem i który mam, bo ponad wszelką wątpliwość mam tylko jeden obraz, jeden jedyny obraz, a wszystkie inne, również te, które widzę i które we mnie utkwiły tak, że nie potrafię ich zapomnieć, mają w sobie coś podobnego do tego jednego obrazu, który mam w sobie, i chociaż tego nie widać, potrafię dostrzec w obrazie coś, co sprawia, że on we mnie zostaje, i właśnie tak jest z tym, co widzę teraz, siedząc w samochodzie i patrząc na młodego mężczyznę i młodą kobietę, którzy tylko siedzą i patrzą przed siebie, a nie na siebie i w ogóle się do siebie nie odzywają, ale jakby byli ze sobą związani, jakby byli jednością, bo jego w pewnym sensie nie można zobaczyć bez niej, a jej nie można zobaczyć bez niego, jej ciemne włosy, jego brązowe, jej długie włosy, jego półdługie, nie można ich od siebie oddzielić, kiedy tak siedzą, a to, że się nie ruszają, nie jest chyba wcale dziwniejsze niż to, że ja się nie ruszam, bo przecież też tylko siedzę nieruchomo w samochodzie, bez żadnego szczególnego powodu tak siedzę, i po co? myślę, i przychodzi mi do głowy, że mogę do nich zejść, wysiąść z samochodu i po prostu zejść do tych dwojga na placu zabaw, ale czegoś takiego nie można chyba zrobić? tych dwoje trzeba zostawić w spokoju, siedzą w takim wielkim, powolnym i kruchym spokoju, że nie mogę ich niepokoić, byłoby to dla nich przykre, gdybym do nich zszedł, bo przecież siedzą tak spokojnie, tak niespiesznie, myślę, ale jak można tak siedzieć w samochodzie, jakbym nie miał na nic siły, nie dawał rady niczemu więcej, jakbym był zbyt zmęczony po tym, jak widziałem Aslego, tak, w jego mieszkaniu nad morzem w Skutevika, po tym, jak widziałem drżenie jego ciała, i jakbym był zbyt zmęczony po tych wszystkich sprawach, które załatwiłem w Bjørgvin, myślę, muszę już jechać do domu, dotrzeć do swojego starego domu w Dylgji, do swojego dobrego domu, bo już dość, myślę, i patrzę na młodą kobietę, która siedzi na huśtawce, i na młodego mężczyznę, który siedzi na ławce i myśli, że kiedy był dzieckiem, to każdego roku latem spędzali kilka tygodni u jego dziadków, u rodziców matki, a ich dom stał koło placu zabaw zupełnie takiego samego jak ten, malutkiego placu zabaw, z huśtawką, ławką, drugą huśtawką, równoważną, i piaskownicą, to był szary murowany dom, niezbyt wielki, a w sieni była posadzka z płyt, przypomniał sobie, no i był wychodek, maleńka budka nieco schowana za tym szarym murowanym domem, otoczona krzewami, a koło domu, trochę dalej, był plac zabaw, on często tam chodził, myśli, i może jej o tym powie, chociaż jej pewnie nie interesują takie rzeczy, ale siedzą już tak długo, nic nie mówiąc, więc może przerwie ciszę mówieniem, że kiedy był mały, to czasami mieszkał w domu koło placu zabaw takiego jak ten, w szarym murowanym domu, myśli sobie, bo przecież nie mogą tak siedzieć w nieskończoność i nic nie mówić, myśli

Kiedy byłem mały, mówi

i patrzy na nią

Tak? mówi ona

i patrzy na niego, a w jej głosie słychać jakby ulgę i wyczekiwanie, on mimo wszystko siedzi dalej, nie mówiąc nic więcej, więc ona pyta, co chciał powiedzieć

No, kiedy byłeś mały? mówi

To mieszkałem czasami w takim domu koło placu zabaw prawie identycznego jak ten, mówi on

Aha, mówi ona

Prawie tak, jakby to był ten sam plac zabaw, mówi on

To trochę dziwne, mówi

Mam wrażenie, jakby to był ten sam plac zabaw, mówi

Ale tu w pobliżu nie ma żadnego szarego murowanego domu, prawda? mówi ona

Nie, nie, to nie jest ten sam plac zabaw, oczywiście, że nie, mówi on

Tylko takie wrażenie? mówi ona

Tak, mówi on

a potem już nic nie mówią i ona znów patrzy przed siebie, i on też patrzy przed siebie

To był nieduży domek, mały, szary murowany domek, mówi on

i dalej siedzą, ona na huśtawce, on na ławce, siedzą tak nieruchomi i nic nie mówią, a potem ona mówi, że on się wychował w niedużym gospodarstwie, w małym gospodarstwie nad Hordafjorden, w gospodarstwie z drzewami owocowymi, mówi ona, a on mówi, że tak, tak właśnie było, i mówi, że tylko od czasu do czasu mieszkał w tym małym murowanym domku, kiedy przyjeżdżali do rodziców matki, do jego dziadków, bo oni mieszkali w takim murowanym domku, koło takiego placu zabaw, mówi, a ja wiem, że muszę wymalować ten obraz, następny obraz, jaki zacznę, to będzie obraz tych dwojga, wymaluję ich, wmaluję w mój własny wewnętrzny obraz, bo kiedy to zrobię, jeśli mi się to uda, to ten obraz zniknie, przestanie mnie niepokoić i przyniesie raczej spokój, przestanie mnie nawiedzać, bo inaczej, wiem to, będzie wciąż wracał w mojej pamięci, ale prawdopodobnie już ten obraz namalowałem, albo jakiś podobny, mniej więcej taki sam jak to, co teraz widzę, lecz w takim razie muszę to wymalować jeszcze raz, muszę to wymalowywać wciąż i wciąż, myślę, ale teraz muszę jechać, nie mogę tak siedzieć w samochodzie i patrzeć na dwoje ludzi, którzy nie wiedzą, że siedzę i na nich patrzę, myślę i ogarnia mnie przygnębienie, smutek, tak, smutek, który się ze mnie wydobywa, znikąd i zewsząd, i mam uczucie, że ten smutek mnie dusi, jakbym go wdychał i nie zdołał wydychać, więc składam dłonie, biorę głęboki wdech i mówię w duchu Kyrie, i robię powolny wydech i mówię eleison, i biorę głęboki wdech i mówię Chryste, i robię powolny wydech i mówię eleison, powtarzam to kilka razy, a oddychanie i słowa sprawiają, że nie wypełnia mnie ten smutek, lęk, nagły lęk, ten smutek, który w lęku tak nagle mnie ogarnął, a teraz ma nade mną władzę i zmienił to, co jest mną we mnie, w małe nic, ale mimo wszystko to nic tam jest, tkwi mocno, niewzruszenie i staje się coraz wyraźniejsze w swoim nieporuszonym ruchu, więc biorę głęboki wdech i mówię w duchu Kyrie, robię powolny wydech i mówię eleison, i oddycham z samej głębi siebie, staram się oddychać z samej głębi siebie, i biorę głęboki wdech i mówię w duchu Chryste, i robię powolny wydech i mówię eleison, i staram się oddychać z najgłębszej głębi siebie, z tego obrazu, który tam jest i o którym nie potrafię nic powiedzieć, staram się oddychać z tego, co jest mną we mnie, ażeby nie dopuścić smutku albo przynajmniej utrzymywać go w ryzach, żeby lęk nie wziął nade mną góry, żeby lęk nie odebrał mi sił, i czuję, że ten nagły smutek, ten nagły lęk, który we mnie wezbrał, zmniejsza się, a ja się powiększam, i myślę, że jestem śmieszny, gdyby mnie teraz ktoś zobaczył, pękłby ze śmiechu, no bo proszę, siedzieć tak w samochodzie zaparkowanym w zatoczce i powtarzać Kyrie eleison Chryste eleison, przecież to śmieszne, nie inaczej, ale niech się śmieją, bo to pomaga! pomaga! tak, znów czuję się spokojniejszy i znów patrzę na tych dwoje na placu zabaw, i myślę, że już pora jechać do domu, do żony i do naszego dziecka, do tych, którzy są w domu i na mnie czekają, no ale przecież jestem w drodze do Dylgji, to przecież droga do Dylgji? tak, muszę jechać do Dylgji, oczywiście, dokąd indziej miałbym jechać? mam niby jechać do żony i do naszego dziecka, do żony i dziecka, nie, co ja w ogóle myślę? nie, muszę jechać do Dylgji, do tego starego domu, w którym mieszkam, w którym mieszkam sam, tak to wygląda, a ja myślę, że mam jechać do domu do żony i do dziecka, i może myślę tak, bo chciałbym, żeby tak było? że właśnie tego bym chciał? że chętnie wróciłbym do domu, do żony i do dziecka? żebym nie musiał wracać do pustego domu, do pustego i zimnego domu? żebym nie musiał wracać do własnej samotności? i dlatego myślę, że pojadę do żony i do dziecka, chociaż przyjadę do pustego domu, zimnego domu, ale chyba zostawiłem włączony piecyk? chociaż i tak dobrze będzie wrócić do domu, do starego dobrego domu, a z całą pewnością nie mogę tak siedzieć, w samochodzie, w tej zatoczce, myślę i patrzę na plac zabaw, już się nieźle ściemniło, i widzę, że ten młody mężczyzna wstał, stanął i stoi za młodą kobietą w tym swoim długim czarnym płaszczu, chwyta za liny utrzymujące siedzenie z poszarzałego drewna, na którym ona siedzi, i powoli ciągnie ją do tyłu

Nie, mówi ona

Nie chcę się huśtać, mówi

Nie jestem dzieckiem, mówi

a on puszcza liny i ona sunie do przodu

Nie, przestań, mówi ona

i sunie do tyłu

Przestań, przestań, woła

a on dalej łapie ją i odpycha od siebie, za każdym razem coraz mocniej, nadaje jej coraz większy pęd, a ona się huśta tam i z powrotem, a on myśli, że jeśli ona nie chce się huśtać, to przecież wystarczy, żeby dotknęła stopami ziemi i zatrzymała huśtawkę, to całkiem proste, przecież ma buty na nogach, ale ona nie zatrzymuje huśtawki

Nie chcę się huśtać, mówi

Dlaczego rozbujałeś huśtawkę, chociaż ja tego nie chcę, mówi

Nie prosiłam cię o to, mówi

Nie powiedziałam, że chcę się huśtać, mówi

Nie chcę się huśtać, mówi

A ty rozbujałeś huśtawkę, jakby nie miało znaczenia, czy ja tego chcę, czy nie, mówi

a on nie przestaje jej łapać i odpychać od siebie i zastanawia się, dlaczego to robi, dlaczego za każdym razem odpycha ją od siebie coraz mocniej, jakby z coraz większą siłą za każdym razem, a ona równo sunie w przód, oddalając się od niego, i równo wraca do niego, a on znów popycha ją do przodu, tam i z powrotem, z powrotem i tam

Nic złego nie miałem na myśli, mówi

i popycha z całej siły, huśtawka sunie do przodu, a ona krzyczy, spódnica łopocze, ciemne włosy układają się poziomo, tak, to krzyk, ona krzyczy, przenikliwie, że on ma przestać, nie podoba jej się to, on naprawdę musi już przestać, ona się boi, porządnie się boi, bo może spaść z huśtawki, krzyczy, niech on przestanie, dość już tego, ona nie chce więcej

Przestań, krzyczy

Ale tobie się to podoba? mówi on

Nie, przestań, mówi ona

Podoba ci się, mówi on

Nie, nie, mówi ona

Właśnie że tak, mówi on

a ona mówi, że nie, że co będzie, jeśli spadnie z huśtawki, kiedy będzie najwyżej, a on znów ją popycha, popycha z całej siły, ile tylko może, a ona frunie, jej ciemne włosy układają się poziomo, kiedy się wznosi, spódnica łopocze, a ona, będąc na samej górze, krzyczy, wydaje z siebie przenikliwy pisk, jeszcze głośniejszy niż przedtem, a kiedy opada i sunie do tyłu, jej ciemne włosy opadają na boki i do przodu, i krzyczy nie, nie, nie rób tak, nie podoba mi się, boję się, przestań, przestań

Właśnie że ci się podoba, mówi on

i kiedy ona wraca, on znów nadaje jej pęd, nadaje jej solidny pęd i ona frunie do przodu, w górę, i teraz już nie krzyczy, tylko zaczyna pomagać, kiedy jest na samej górze, zgina nogi w kolanach i jakby wyrzuca górną połowę ciała w przód, a huśtawka cofa się jeszcze szybciej i gdy dociera na sam tył, ona unosi stopy do przodu, a on w tym samym momencie popycha ją w plecy i ona wtedy jakby rzuca się do przodu, i prędkość rośnie, ona sunie dalej w przód i wyżej, za każdym razem dalej w przód i wyżej

Jeszcze szybciej, woła

Popchnij jeszcze mocniej, woła

Pchnij z całej siły, woła

i jest zdyszana, prawie zachrypnięta, a on pcha, ile tylko ma siły

Ooo, krzyczy ona

O, tak, krzyczy

O, tak, ile tylko masz siły, krzyczy

a on myśli, że nie da rady pchnąć mocniej, nie ma już siły, najmocniej, jak mógł, już pchnął, zaczyna być zmęczony, myśli

Mocniej pchaj, woła ona

a on już nie pcha tak mocno, tylko równo, mniej więcej z taką samą siłą za każdym razem, równo, wpadli w równy rytm, w górę i w dół, ona się huśta, w przód i w tył w równych wychyłach, i woła, że to cudowne, wspaniałe, że tak łaskocze w brzuchu, żeby nie przestawał, musi dalej pchać, musi ją łapać i odpychać od siebie, teraz jest dobrze, równo, tam i z powrotem, mówi ona, jeszcze trochę, tylko równo, mówi, a on musi jeszcze raz albo dwa pchnąć ją z całej siły, z całej siły musi parę razy pchnąć ją do przodu, woła ona, ale woła jakby ściszonym głosem i dalej, tak samo ściszonym głosem woła, że to tak łaskocze, tak przyjemnie łaskocze w ciele, w całym ciele, to jest straszne, okropne, okropnie straszne, ale zarazem przyjemne, niewiarygodnie przyjemne, woła cicho, zdyszana

Mocno, pchaj, ile tylko masz siły, woła

No, dalej, woła

Jeszcze parę razy i kończymy, woła

a on myśli, że teraz już dosyć, można się znudzić takim staniem i popychaniem, no i ściemnia się coraz bardziej, a ona najpierw nie chciała, żeby ją huśtał, a teraz nie chce, żeby przestał, tak to już jest, myśli, trochę się cofa, a huśtawka nadlatuje w jego stronę

Pchaj, popchnij mnie w plecy, woła ona

a on jeszcze bardziej się cofa

Nie możesz? mówi ona

więc on pcha, a ona też stara się rozpędzić jak tylko może, z całej siły trzyma się linek i pochyla do przodu, a kiedy jest najwyżej, woła aaach, aaach, aaach, zanim znów opadnie i posunie w tył

Cudownie, woła

Jeszcze, woła

a on patrzy na nią, a potem bierze rozbieg w stronę huśtawki i popycha z całej siły

Taaak, krzyczy ona

i przeciąga to, znów krzyczy taaak, a potem taak, już wolniej

Na początku nie chciałaś się huśtać, mówi on

Bo się bałam, mówi ona

A teraz nie chcesz przestać, mówi on

Nie, bo mi się to podoba, mówi ona

Ale dość się już nahuśtałaś, mówi on

To takie przyjemne, cudowne, mówi ona

a huśtawka buja się coraz mniejszymi wychyłami, do tyłu i do przodu, w górę i w dół, do tyłu i do przodu

Najpierw się bałam, a potem przestałam się bać, mówi ona

Często tak bywa, mówi on

Ale było fajnie, mówi ona

a huśtawka się uspokaja, porusza się tylko tam i z powrotem z niewielkimi wychyłami, a ona mówi, że jako dziecko nigdy nie miała odwagi się huśtać, huśtanie wydawało jej się straszne, to znaczy huśtała się, ale tylko troszeczkę, trochę do przodu, trochę do tyłu, a on mówi, że może nie powinien był popychać jej tak mocno, a ona, że dobrze, że tak popychał, podobało się jej, nawet kiedy mówiła, że się nie podoba, to właściwie się podobało, mówi, a on mówi, że tak, właśnie tak często bywa, że ktoś coś mówi, a myśli co innego, nawet wręcz przeciwnego, mówi, a ona mówi, że nie wie, czy tak jest często, ale w każdym razie z nią, kiedy się huśtała, właśnie tak było, a huśtawka ledwie się teraz buja, tam i z powrotem, a on łapie za linę i ją przytrzymuje, a huśtawka prawie nieruchomieje, a on staje za huśtawką i przytrzymuje mocno, aż huśtawka przestaje się poruszać, a potem on tylko tam stoi, a ona tylko siedzi, a potem patrzy na niego

Fajnie było, mówi

Tak, chociaż jesteśmy dorośli, mówi on

W każdym razie prawie, mówi ona

Przynajmniej trochę dorośli, mówi on

Tak, trochę, mówi ona

a on delikatnie odpycha huśtawkę do tyłu, puszcza linę

Trochę dorośli, mówi on

Trochę jak trochę, mówi ona,

a huśtawka huśta się sama z siebie, w tył i w przód, teraz krótkimi wychyleniami, w górę i w dół, powoli, powoli, w tył i w przód

W każdym razie wkrótce będziemy dorośli, mówi ona

Tak, mówi on

i znów łapie za linę, i huśtawka się zatrzymuje

Ale już się ściemnia, mówi on

Jest jeszcze trochę światła, mówi ona

Ostatni raz? mówi

więc on znów łapie za liny, idzie do tyłu, ciągnąc huśtawkę za sobą, odchodzi tak daleko, jak się da, i podciąga tak wysoko, jak tylko daje radę, a potem, pchając, biegnie do przodu, puszcza huśtawkę, a dziewczyna piszczy, nie, już nie, nie tak mocno, nie tak szybko, nie wytrzymam więcej, nie tak dużo, woła, o nie, nie, nie, krzyczy, a on odchodzi od huśtawki

Nie tak mocno, woła ona

To już za dużo, woła

Aaach, woła

a on staje, patrzy na nią i widzi, jak ona się huśta w tył i w przód, w górę i w dół, ale coraz wolniej, a potem sama trochę się rozpędza, w tył i w przód, w górę i w dół, prędkość się zmniejsza i huśtawka tylko się kołysze, w tył i w przód, a on odchodzi jeszcze dalej

Dokąd idziesz? mówi ona

Donikąd, mówi on

Ale idziesz do furtki, chcesz już iść? mówi ona

Nie, nie, mówi on

Nie zostawię cię, ale niedługo całkiem się ściemni, więc może wrócimy do domu? mówi

Zaczekaj tylko, aż huśtawka się zatrzyma, mówi ona

i dotyka stopami ziemi, hamuje i huśtawka całkiem się zatrzymuje, a ona patrzy na niego, uśmiecha się i mówi, że było bardzo fajnie, nie huśtała się, odkąd była dzieckiem, mówi, a wtedy niezbyt to lubiła, była taka strachliwa, jako dziewczynka wszystkiego się bała, mówi

Bałaś się huśtać? mówi on

Huśtałam się tylko tak trochę, mówi ona

Aha, mówi on

No tak, właściwie się bałam, a kiedy się huśtałam, tak tylko trochę, to chyba wyłącznie po to, żeby pokazać, że się nie boję, mówi ona

i mówi, że taka była jako dziecko, później zapada cisza, a jeszcze później ona pyta, czy on nie bał się huśtać, kiedy był mały

Nie bałeś się? mówi ona

a on kręci głową, a ona zsiada z huśtawki i podchodzi do niego, a on widzi, że jej długie ciemne włosy zwisają teraz prosto, a potem ona unosi twarz do niego, z rozchylonymi ustami, a on przybliża swoje usta do jej i ich usta na moment się spotykają

To był ostrożny pocałunek, mówi ona

a on zawiesza dłoń nad jej włosami, tuż nad nimi, nie dotykając ich, potem się obejmują i tulą do siebie, a on kładzie rękę na jej włosach i zaczyna głaskać te jej ciemne długie włosy, raz po raz, a ona opiera mu głowę na ramieniu i widzę, jak tam stoją, wydają się nieruchomi, jak jeszcze jeden obraz, jak jeszcze jeden z tych obrazów, których nigdy nie zapomnę, tak stoją jak obraz, który namaluję, namaluję ich i wymaluję, tak jak teraz stoją, namaluję ich i wymaluję, myślę, bo teraz bije od nich jakby światło, kiedy tak stoją, tak blisko siebie, jakby byli jednością, stoją tak, jakby dwoje ludzi było jednym człowiekiem, tak blisko siebie stoją, nadchodzi wieczór i ciemność pada na tych dwoje jak śnieg, jak płatki śniegu, a mimo to pada jako jedność, jedna ciemność, niepodzielna na kawałki, choć w płatkach, a im bardziej się ściemnia, tym więcej światła bije od nich, tak, bije od nich coś w rodzaju światła, widzę to, i chociaż tego światła być może nie widać, to jednak można je zobaczyć, bo również od człowieka może płynąć światło, zwłaszcza z oczu i najczęściej w przebłyskach, niewidzialne jaśniejące światło, lecz światło, które płynie od tych dwojga, jest równe, spokojne, cały czas jest tym samym światłem, jakby oni, stojąc razem, byli jednym światłem, tak, takie płynie od nich światło, jedno światło, myślę, a on czuje, że ona teraz jest prawie samym światłem, takie ma wrażenie, tak myśli, stojąc tam, ale jak można myśleć tak głupio? i stoi, i obejmuje kobietę z krwi i kości, i myśli, że ona jest światłem, niemądrze tak myśleć, ale do końca mądry przecież nigdy nie był, lecz właściwie tak to czuje, jakby obejmował światło, to dziwne, myśli i dziwi się, że może tak myśleć, kiedy tak stoją objęci, ona obejmuje jego, a on obejmuje ją, nie, to zbyt głupie, żeby tak myśleć, zwyczajnie niemęskie, myśli sobie, bo ona nie jest żadnym światłem, jest kobietą z krwi i kości, ma kształty kobiety z krwi i kości, nie, nie, nie jest żadnym światłem, jest kobietą, jest jego dziewczyną, a nie żadnym światłem, myśli sobie, a ja widzę, jak tych dwoje przestaje się obejmować i nieco się od siebie odsuwa, i widzę, że ciemność nieco odsuwa się od nich, a oni stoją jak wycięci z ciemności, nieco odsunięci od siebie, i wyglądają na trochę zmęczonych, a on myśli, że nie można myśleć, że ona jest światłem, co za głupia myśl, myśli sobie, takie myśli są wielkie i puste, myśli sobie i bierze ją za rękę, a potem idą do drugiej huśtawki, tej równoważnej, i puszczają swoje ręce, i ona siada z jednej strony, siedzi, prawie dotykając ziemi, szarej ziemi, porośniętej kępkami trawy, a on idzie na drugą stronę i lekko obniża huśtawkę, ona mu pomaga, odpychając się stopami, a on przekłada jedną nogę nad deską, stawia ją na ziemi i siada okrakiem na huśtawce, wtedy huśtawka opada ku ziemi po jego stronie, a wtedy ona podciąga stopy pod siebie i siedzi zawieszona w powietrzu

Przyjemnie tak się swobodnie unosić, mówi

Jakbyśmy znów byli dziećmi, mówi on

Robimy z siebie nawzajem dzieci, mówi ona

Znów jestem jak dziewczynka, albo fruwam w powietrzu, jak na tamtej huśtawce, albo wiszę w powietrzu jak teraz, mówi

Wszystkie dzieci lubią unosić się w powietrzu, mówi

Wszystkie dorosłe dzieci też, mówi on

Może i tak, mówi ona

Przynajmniej my lubimy, mówi on

Przynajmniej teraz, mówi

Ale teraz wygadujemy głupoty, mówi ona

Prawie się wstydzę, mówi

a on odbija się stopami i unosi w powietrze, a ona opada ku ziemi, a potem ona się odbija stopami i unosi w powietrze, a on opada ku ziemi

Wszyscy lubią się unosić w powietrzu, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

I lubią regularne ruchy, mówi on

a ona opada ku ziemi, dosięga do niej stopami i się odbija

Jak oddech, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

I jak bicie serca, mówi ona

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Być w tym samym ruchu, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Być razem w ruchu, mówi ona

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Być tym samym ruchem, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Jak fale, mówi ona

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Jak fale tego samego morza, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Jak nas dwoje razem, mówi ona

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Jak ty i ja, mówi on

i opada ku ziemi, i odbija się stopami

Jak my, mówi ona

i opada ku ziemi i odbija się stopami, a on się nie odbija i siedząc okrakiem na desce ze stopami na ziemi, przytrzymuje swoim ciężarem huśtawkę na dole, podczas gdy ona i jej stopy wiszą w powietrzu

Tak powinno być, mówi ona

Pewnie tak, mówi on

i odbija się stopami, a ona opada i dosięga stopami ziemi

I tak też, mówi ona

i odbija się

Tak też, mówi on

i siedzą tak, on przy ziemi, ona wysoko w powietrzu

Kiedy byłeś mały, mówi ona

Tak, mówi on

To latem, kiedy wyjeżdżaliście na wakacje, mieszkałeś w małym murowanym domku, w szarym, mówi ona

Przed chwilą opowiadałeś, mówi

Tak, mówi on

Ale wychowałeś się w małym gospodarstwie, tam mieliście szopę na łodzie i łódź? mówi ona

Tak, mówi on

I twoi rodzice ciągle tam mieszkają? mówi ona

Tak, mówi on

I jest tam sad? mówi ona

Tak, już mówiłem, mówi on

No tak, mówi ona

Tak, kilka razy, mówi on

a potem siedzą i nic nie mówią

Dlaczego znów o to pytasz? mówi on

Nie wiem, mówi ona

No tak, mówi on

Może niedługo tam pojedziemy? mówi ona

a on nic nie mówi

Zobaczyć się z twoimi rodzicami? mówi ona

Nie masz ochoty? mówi

Mam, mówi on

ale z wahaniem, jakby nie chciał o tym rozmawiać

Nie masz ochoty? mówi ona

Ale i tak możemy pojechać, mówi on

W Barmen jest ładnie, mówi

A gospodarstwo jest ładnie położone nad Hordafjorden i przyjemnie wypłynąć na fiord łodzią, mówi

Tak, opowiadałeś, mówi ona

I o tym, że lubisz pływać po morzu, mówi

Tak, zawsze lubiłem, mówi on

a potem zapada cisza, a oni tylko siedzą

Ale kiedyś musimy tam pojechać, mówi ona

I miło by było poznać twoich rodziców, mówi

Nie mam z nimi za wiele wspólnego, mówi on

No tak, ty i twoja matka, mówi ona

i urywa

Nie rozmawiajmy o tym, mówi on

i znów zapada cisza, długo tak siedzą, a ja się zastanawiam, dlaczego tylko tak siedzą? jakby zastygli i chyba oboje patrzą w bok, jakby utkwili wzrok w czymś, co jest obok nich, jak mogą tak długo siedzieć nieruchomo, że też to możliwe, myślę, a wtedy ona patrzy na niego

Chcesz, żebyśmy już poszli? mówi