Domienikowe powiostczi - Augustyn Dominik - ebook

Domienikowe powiostczi ebook

Augustyn Dominik

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Gminna Biblioteka Publiczna w Krokowej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2015

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Domienikdwé powiostczi

Opowieści Dominika

GBP Krokowa Dominik, Augustyn (1915-... Domienlköwe pówtóstczl =... 39819 82-3 Reg.

Mecenat:

Kazimierz Plocke - poseł RP

Ryszard Stachurski - wojewoda pomorski

Wsparcia finansowego udzieliły także:

POWIAT PUCH

Bank Spółdzielczy w Krokowej

Starostwo Powiatowe w Pucku ul. E. Orzeszkowej 5 tel.:+48 586734202 fax:+48 586734191 [email protected]

Urząd Gminy Krokowa ul. Szkolna 2 84-110 Krokowa teL: +48 58675 41 00 fax: +48 58675 41 01 [email protected]

Bank Spółdzielczy w Krokowej ul. Żarnowiecka 1 84-110 Krokowa teł. 58 675-47-00 fax. 58 673-78-02 [email protected]

Augustyn Dominik

Domienikåwé pdwiSstczi

Opowieści Dominika

Multum Plimiennlctwa

I Muzyki Kaszubsko Pomorskiej w Wejherowie

S^ Region

Gdynia 2015

Augustyn Dominik

Domieniköwé pöwiostczi Opowieści Dominika

Uwspółcześnienie pisowni kaszubskiej: Roman Drzeżdżon Korekta tekstów kaszubskich: Sławomir Formella Tłumaczenie części tekstów na język polski: Roman Drzeżdżon Skład: Grzegorz Szczepaniak

Korekta: Anna Duczak, Grzegorz Szczepaniak

© Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział w Krokowej 2015

Wydawca:

Wydawnictwo Region ul. Gośka 8; 81-574 Gdynia [email protected]

x wydawnictwo

Region

wydawnictwo:- -,.p|

Koedyga:

Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie

Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko Pomorskiej w Wejherowie

Publikacja ukazała się z inicjatywy i na zamówienie Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego Oddział w Krokowej

/^OTE*,

w

Druk:

ReadMe Łódź

3 W

ISBN 978-83-7591-416-0 (Wydawnictwo Regior^)*^#

ISBN 978-83-89692-91-7 (Muzeum w Wejherowiej^3^**^

to. uto ?<i :

WSTĘP

Augustyn Dominik - trochę zapomniany autor kaszubskich gawęd i opowiastek, zbieracz miejscowych legend to postać związana z gminą Krokowa oraz parafiami: krokowską i żarnowiecką.

Z Żarnowca pochodzili jego przodkowie - nazwisko Dominik pojawiło się w księgach tej parafii już pod koniec XVI wieku, a dokładnie w roku 15941.

Oddawaną w setną rocznicę urodzin antologią twórczości Augustyna Dominika pragniemy przybliżyć i przypomnieć tego skromnego i wytrwałego tropiciela historii okolicy, w której żył i pracował2.

Augustyn Dominik urodził się 2 marca 1915 roku w Żarnowcu. Jego rodzicami byli Augustyn i Agata z domu Gaffke.

Wkrótce po narodzinach syna rodzina Dominików przeprowadziła się do osady Porąb w pobliżu Żarnowca, gdzie ojciec, będący drwalem w leśniczówce Sobieńczyce, otrzymał służbowe mieszkanie i kawałek uprawnej ziemi.

Autor gawęd spędził tam całe dzieciństwo. Pierwsze nauki pobierał w czteroklasowej szkole w Sobieńczycach. Jak wspominał w swojej autobiografii, jego dzieciństwo nie było lekkie i beztroskie. W wieku dziewięciu lat, podczas zabawy, uległ ciężkiemu wypadkowi. Spadając z drzewa, złamał nadgarstek prawej ręki. W źle zaopatrzoną ranę wdała się gangrena. Konieczna była amputacja ręki i to powyżej łokcia. Niepełnosprawność bez wątpienia wywarła duży wpływ na jego osobowość, na kształtowanie się charakteru, nie zwalniała jednak od ciężkiej, fizycznej pracy. Jak wspominał - nadal pasł krowy, orał, rozrzucał obornik, pomagał w sianokosach, żniwach i wykopkach ziemniaków. Przez dwa lata, wraz z ojcem i bratem, pracował w lesie jako drwal. Zmuszała go do tego bieda, która panowała w dziesięcioosobowej rodzinie.

Złe warunki życia nie ograniczały młodego Augustyna w dążeniach do zdobywania wiedzy. Był pilnym samoukiem, a jego wrodzone zdolności wspierało zamiłowanie do czytelnictwa. Z ogromną radością przyjął możliwość wypożyczania książek z biblioteki założonej przez Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, które powstało w Żarnowcu.

W tym też czasie nawiązał znajomość z wielkim miłośnikiem Ziemi Kaszubskiej i odkrywcą walorów przyrodniczych Dębek - doktorem Adamem Wrzoskiem, naukowcem z Poznania. Bardzo istotne dla tej znajomości było lato 1933 roku,

gdy osiemnastoletni Augustyn na Zamkowej Górze, w świeżym wykopie, znalazł kilka odłamków naczyń. Znaleziskiem zainteresował Adama Wrzoska, a sam stał się mimowolnie domorosłym archeologiem, który korzystając ze wskazówek swojego mentora, zaczął prowadzić poszukiwania dawnego grodziska. Drobne znaleziska z Zamkowej Góry koło Żarnowca, Tupadeł koło Jastrzębiej Góry oraz okolic Karlikowa były o tyle motywujące, że niosły drobny zarobek, ale też zachęciły do zdobywania wiedzy o historii tych okolic i archeologii. Bardzo często korzystał wówczas z księgozbioru doktora Wrzoska, zaczytując się w książkach i czasopismach historycznych. W tym samym czasie otrzymał od doktora propozycję spisywania legend i gadek związanych z miejscami, w których prowadzone były wykopaliska.

Znajomość z doktorem Wrzoskiem przyniosła też Augustynowi Dominikowi możliwość dokształcania się, gdyż dzięki niemu, w roku 1935, młody człowiek został słuchaczem pięciomiesięcznego kursu Uniwersytetu Ludowego Towarzystwa Czytelni Ludowych w Dalkach koło Gniezna. Jak wspominał, udział w kursie był dla niego ogromnym przeżyciem. Z zapałem uczestniczył w wykładach, dyskusjach i wymianie doświadczeń. Radość z możliwości zdobywania wiedzy tłumiła gorycz powodowana brakiem stałej pracy. 21-letni młodzieniec zdawał sobie sprawę, że wobec panującego bezrobocia, jako osoba niepełnosprawna ma nikłe szanse na jej zdobycie. Próbował różnych zajęć - przez kilka miesięcy uczył arytmetyki, geografii i historii Polski na kursie dla młodzieży w Sobieńczycach, pomagał leśniczemu

w obliczaniu zarobków pracowników, starał się o posadę listonosza w Urzędzie Pocztowym w Krokowej. W tym czasie zdał egzamin i zdobył świadectwo ukończenia siedmiu klas. Nadal spisywał gadki i opowieści związane z rodzinną okolicą. Zetknięcie z wydawanym w Wejherowie po kaszubsku czasopismem „Przyjaciel Ludu Kaszubskiego" przyniosło Dominikowi pierwsze doświadczenia literackie, gdyż zamieścił w nim kilka swoich utworów.

W roku 1937 został aktywnym członkiem Polskiego Związku Zachodniego, organizaqi, która przeciwstawiła się antypolskiej propagandzie na terenach położonych wzdłuż granicy polsko-niemieckiej. Przynależność do Związku miała konsekwencje, które wpłynęły na dalsze jego losy. Wiosną 1938 roku na zebraniu członków zorganizowanym w Krokowej wygłosił Dominik krótkie przemówienie w języku kaszubskim. Wytknął w nim sanacyjnym władzom złe traktowanie Kaszubów, niedopuszczanie ich do ważniejszych stanowisk, traktowanie ich jak nie-Polaków. Jak pisał we wstępie do zbiorku opowiadań Tona z pustk (Puck 1983) w swym wystąpieniu starał się udowodnić, że: „Kaszubi są takimi samymi członkami narodu polskiego jak Wielkopolanie, Ślązacy czy Górale". Mówcą zaczęła się interesować policja, dociekając, kto był inspiratorem treści przemówienia.

Kilka miesięcy po tym wydarzeniu Augustyn Dominik otrzymał propozycję pracy w Towarzystwie „Płomień" skupiającym absolwentów Uniwersytetów Ludowych. Przyjmując ofertę, zamieszkał w Gnieźnie. Wydawałoby się, że sprawa płomiennego przemówienia wygłoszonego w Krokowej

została zapomniana. Jednak, według Dominika, treść mowy zapamiętali Niemcy mieszkający w Krokowej i okolicy. Za ich sprawą jego nazwisko znalazło się na listach osób niebezpiecznych dla Rzeszy. Gdy w lasach piaśnickich zaczęły się egzekucje na Polakach, jedynie zmianie miejsca zamieszkania zawdzięczał swe ocalenie. Bowiem niemal wszyscy członkowie zarządu koła PZZ, do którego należał, zostali przez Niemców rozstrzelani w Piaśnicy. Hitlerowcy, szukając go, aresztowali o sześć lat młodszego brata Władysława. Otrzymawszy tę tragiczną wiadomość, Augustyn Dominik opuścił Gniezno. Działo się to prawdopodobnie na początku 1940 roku (wg informacji córki Felicji). Zamieszkał w Chełmcach koło Kruszwicy u księdza Ludwiczaka, którego poznał na Uniwersytecie Ludowym w Dalkach.

W Chełmcach mieszkał przez prawie cały okres okupacji. Podejmował każde zatrudnienie, by móc się utrzymać. Był pomocnikiem ogrodnika, stróżem, a najdłużej gońcem i pomocą biurową w miejscowym urzędzie gminnym. Podejrzewany przez Niemców o zdradę tajemnic służbowych i pomoc mieszkańcom Chełmc, został zwolniony z pracy, a następnie aresztowany. 21 listopada 1944 roku został uwięziony w Inowrocławiu, a 20 stycznia 1945 r, kiedy do tego miasta zbliżała się linia frontu, wraz z innymi więźniami został wywieziony do obozu w Waldheim w Saksonii. 7 kwietnia przemieszczono więźnia do zastępczego lagru w Lipsku. Dominik przebywał w nim przez 10 dni, to jest do wyzwolenia miasta przez wojska alianckie.

W drugiej połowie maja 1945 roku, po ponaddwutygo-dniowej wędrówce, Augustyn Dominik wrócił do Polski,

docierając do Chełmc. 1 lipca 1945 roku podjął pracę w urzędzie gminnym, a po likwidacji stanowiska, które w nim zajmował (referenta świadczeń rzeczowych), przez 15 lat był księgowym w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska" w tej miejscowości.

W tym też roku zmienił stan cywilny. Swoją żonę Irenę poznał jeszcze przed wybuchem wojny. Po wspólnych, wojennych przeżyciach w listopadzie 1945 roku zostali małżeństwem. Niestety, nie trwało ono długo, gdyż Irena chora na astmę, mimo dobrej opieki lekarskiej, zmarła w 1952 roku. Dominik, zostawszy sam z czwórką małych dzieci (z których najmłodsze miało zaledwie kilka miesięcy), postanowił wrócić w rodzinne strony. Zamieszkał w Krokowej. Najpierw był księgowym w gminnej spółdzielni, a następnie głównym księgowym w miejscowej Staqi Hodowli Roślin (SHR).

W pięćdziesiątym roku życia zdał maturę, kończąc zaocznie technikum ekonomiczne. Jako pracownik SHR otrzymał mieszkanie służbowe w krokowskim zamku. Był nie tylko jego mieszkańcem, ale często przewodnikiem oprowadzającym po nim turystów. W trakcie tych wycieczek opowiadał zwiedzającym historię zamku i rodziny von Krockow, częstował ich gawędami i legendami, które tak chętnie zbierał w młodości. Nie odmawiał spotkań z dziećmi z miejscowej szkoły, wędrując z nimi nawet na Zamkową Górę. Cieszył się, że przylgnęło do niego miano kaszubskiego gawędziarza.

Augustyn Dominik zmarł 8 października 1987 roku w Krokowej. Grób tego zacnego Kaszuby nawiedza trójka jego dzieci - Felicja, Michał i Tadeusz (córka Teresa zmarła w 2012 r.). W serdecznej pamięci mają go wnuki i prawnuki oraz mieszkańcy Krokowej i okolicy.

Bożena Hartyn-Leszczyńska

Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie Oddział Krokowa

I.    TONAZPUSTK

1

W księgach parafialnych parafii Żarnowiec odszukał tę datę pan Stanisław Kur z Dębek.

2

Biografia autora opracowana została na podstawie jego autobiografii zamieszczonej w zbiorach Tona z pustk i Gawęd]/ kaszubskie oraz rozmowy z córką A. Dominika, panią Felicją Łepek.

TONA Z PUSTK

Na żarnowsczéch pustkach mieszkół so kiińsztórz Tona ze swójim tatka, nenką é sostrą Mariczką. Miele malinczé checze, trochä ju ze staroscé krzéwé, a prze nich stodółka, chlewik e buda dló psa Amisza. W chlewie stoją jedna zmiartó kruszka, jedna a czasä é nawet dwie pudżi, e nówikszi skórb - kóń. Jaczi ón ta beł, ale wiedno koń.

Do zweczajny robotę to ten Tona barzo nie beł, bó kóżdó wnet mii sä przikrzeła. Za to barzo lubił słechac różnech pówióstków, rozmiszlac é kombinować, co be tak zrobić, żebe dobrze zarobić, a sä prze tim nie narobić. Nówikszim jego marzenim beło bec róz tak bógatim, żebe nie brekówoł ju nic wicy robie. Wierził ón w różne bójczi ó iikrétech w zemi, nieróz nawet zaklätéch skarbach, o cedownym kwiace parparcé, ó dzewim widkii e wiele, wiele jinszech cedach.

Nic mii jednak nie szło tak, jak on be so żecził, toteż ledze le sä z niego wészczérzalé. Niejedno zdarzenie z jego żecó weszło do przesłowiów, jak na ten przikłód: „Tona, Tona pój le sa, jo cé dóm półósmóka". Czej Tona

I.    GAWĘDY KASZUBSKIE

TONA Z PUSTEK

Na wybudowaniu, zwanym żarnowieckimi pustkami, mieszkał cwaniak Tona, taki sobie trochę dziwak, trochę cwaniak. Mieszkał razem z ojcem, matką i siostrą Maricz-ką. Mieli małą chatkę, trochę już ze starości krzywą, przy niej stodółkę, chlewik i budę dla psa Amisza. W chlewiku stała jedna chuda krówka, jedna, a czasem dwie owce i największy skarb - koń. Jaki on tam był, to był, ale zawsze koń. Tona to tak do zwyczajnej roboty nie był, bo każda wnet mu się przykrzyła. Lubił za to bardzo słuchać różnych bajań, rozmyślać i kombinować, co by zrobić, żeby się nie narobić, a dobrze zarobić. Największym jego marzeniem było zostać tak bogatym, żeby nie musieć wcale robić. Wierzył on w różne bajki o ukrytych w ziemi, a nieraz i zaklętych, skarbach, o cudownym kwiecie paproci, o tajemniczych ognikach i o wielu, wielu innych cudach. Nic mu jednak nie wychodziło tak, jak by sobie życzył. Ludzie się tylko z niego wyśmiewali, a niejedno zdarzenie z jego życia weszło nawet do porzekadeł, jak na przykład:

- Tona, Tona chodźże, dam ci półósmaka.

ju dorósł do swójech lat, muszół też jic do wojska, a że kaszebsko zemia nóleża tej do Niemców, toteż szedł do niemiecczegó wojska.

Jak to tej doma u niego beło, sóm nieróz ópówiódół:

- Czej jo miół jic do wojska, tej doma wszétcé płakale. Tatk płakół, nénka płaka, sostra Mariczka płaka, cotka Klara płaka, a jo nie płakół. Ale jak jó zaszedł do chlewa, a cela zableczało „Antonie", tak tej mie serce w buksę wpa-dło, a jó płakół też. To płakanie nic jednak nie pomogło. Tona muszół jic do wojska e swoje lata ódsłużec. Pó ja-czimsz czasu przejachół sąsadów Julk, co też we Gduńskii w wojsku służił é przeniósł wiadomość ód Tóne, że je zdrowi, że żeje, le mó jedną prośba, żebe mu tatk przesłół jego niedzelné bóte, bó ni mó w czim wińc na miasto. Te wojskowe bóte, co mii dale, są na niego trochä za wialdże, a przé tim store, e wekószlawione, a swójech ni mó, bó do wojska doch jachół w korkach.

Tatk zapakówół Tóne niedzelné bóte w papiór, óbrzesził powrózka é zaniósł do Żarnowca na poczta. Pocztowi óbezdrzół paczka, zwóżił, napisół adresä é rzekł, że wesłanie paczczi do Gduńska mdze kóształo pół marczi. Na to Tonów tatk nic nie rzekł, le sä pódrapół pó głowie, wzął paczka nazód é weszedł. Jak ju beł za wsą, sódł so na rowie, dosc długo rozmiszlół, krącył głową é drapół sä za iiszame, jaż na ostatku zeblókł sä

Jak to wtedy u niego w domu było, sam nieraz opowiadał:

-Kiedy miałem iść do wojska, wszyscy płakali. Tata płakał, mama płakała, siostra Marika płakała, ciotka Klara płakała, ale ja nie płakałem. Ale kiedy zaszedłem do chlewa, a cielę zabeczało „Antonieee", tak wtedy serce w spodnie mi wpadło i ja też płakałem.

Ten płacz jednak nic nie pomógł. Tona musiał iść do wojska swoje lata odsłużyć. Po jakimś czasie przyjechał na urlop Julk od sąsiadów i przywiózł wiadomość, że obaj z Toną służą razem w Gdańsku. Tona żyje, jest zdrowy i ma tylko jedną prośbę, żeby mu tata przysłał jego niedzielne buty, bo nie ma w czym wyjść na miasto.

Wojskowe buty, które mu dano, są na niego trochę za wielkie i wykoślawione, swoich zaś nie ma, bo do wojska poszedł w drewniakach.

Ojciec zapakował niedzielne buty Tony w papier, obwiązał je sznurkiem i zaniósł do Żarnowca na pocztę. Pocztowy obejrzał paczkę, zważył, napisał adres i rzekł, że wysłanie paczki do Gdańska będzie kosztowało pół marki. Na to tata Tony nic nie rzekł, podrapał się po głowie, odebrał paczkę i wyszedł. Gdy już był za wioską, usiadł na kamieniu i długo rozmyślał. Kręcił głową, drapał się za uszami, kilka razy zażył tabaki, aż nareszcie ściągnął buty. Związane, wziął na ramię, w garść sękaty

na bósóka, zdrzeszoné bóte pówiesył na remiä, wzął w gorsc karkuleca a paczka pod pazechä e resził piechti do Gduńska. Pd drodze jesz le mreczół pod wąsa: Dwa półósmóczi jo móm dac tim kwókróm za zawiezenié botów dló mojego Tone, co jima muszi dwa lata za darmo służec, nie, puda piechti do Gduńska, a tim purtkóm detków nie dóm.

Jak jesme ju rzekle, robotę to Tona barzo nie lubił, za to lubił wanożec pó błotach, lasach é też pó wsach midze ledzame. Midze ledzy to ón nówicy sä wepuszczół, czej mii tobaczi do zażiwanió zabrakło. A zażewac lubił, bó to-bacznik z niego beł dobri, ale nóbarżi to ón lubił zażewac z cézégö rogu. Jego kóń, chtémégo miół jesz pó tatku, tak ju beł przézwéczajony, że jak spótkale jaczegó tobacznika, to zaró sóm óstół stojąc. Tej Tona witół sä ze znajomim:

-    Witójże, jak sä miewóme - e nadgadowół ó prizä tobaczi: - Ne, dój le zażec ti twóji tobaczi, bó taczi jak ta twoja, to le doch nicht ni mó.

A wiadomo, że prize tobaczi jesz nicht nikomu nie odmówił, toteż kóżdi chätnie wecygół swój róg, sepół prizä sobie e czastowół rogä Tona. Ten miół taczi zweczój, że jak wzął róg, wiedno óbrócół sä krzepła, nibe to za-stówiół sä ód wiatré, a tej sepół so nóprzód dwie, trze prize w gorsc, a tej dopiérze jedną na räka do zażecó. Jak ju so óbaji zażele, wsódzół räka w tasza, nibe to za

kij, i z paczką pod pachą ruszył pieszo do Gdańska. Po drodze jeszcze długo pomrukiwał pod nosem:

-Dwa półósmaki mam dać tym kwakrom za zawiezienie butów mojemu Tonie, a on musi dwa lata służyć im za darmo. Nie, nie dam. Piechotą pójdę do samego Gdańska, a im pieniędzy nie dam.

Długo ciągnęły się Tonie lata służby wojskowej, ale nareszcie się skończyły i wrócił do domu. W czasie służby wyrósł i zmężniał, ale tak jak dawniej do żadnej roboty się nie brał. Za to często wędrował po błotach, lasach i po wioskach między ludźmi i przemyśliwał nad łatwym zdobyciem bogactwa. Był przekonany, że najpewniejszym sposobem będzie znalezienie zakopanych w ziemi skarbów, a to może mu ułatwić tylko znalezienie paproci kwitnącej w noc świętego Jana. Często teraz spoglądał na różne paprocie i zastanawiał się, która też to może być, co kwitnie cudownym kwiatem. Doszedł na koniec do wniosku, że może to być tylko ta, której parę krzaczków rosło na Zamkowisku. Takiej bowiem paproci jak ta nigdzie indziej nie było. Postanowił więc sobie mocno, że gdy tylko nadejdzie sobótka, wybierze się po upragniony kwiat.

W wyczekiwany wieczór, gdy chłopcy i dziewczęta zaczęli się zbierać, by zapalić sobótkę i przy ogniu bawić się i tańczyć, zabrał swojego synka, małego jeszcze dzieciaka, i wyruszył w drogę. Gdy przyszli na Zamkowisko,

chustką, wecéröt zatobaczony wąs e chwólił sąsadową tobakä. Jak tak óbkóladowół prawie całą wieś, to miół w taszi tobaczi nazbiéroné na całi tidzeń.

Tona wierził, że nöpewniészim spósoba na należenie zakópónech w zemi skarbów je zdobecé kwiate parparce, co kwitnie w noc swiätégo Jana. Jak tak sä wałasoł pó lasach e chächach, nieróz wzerół na różne parparce e zastanówiół sä nad tim, chtérna też to z nich móże bec, co kwitnie tim cedownym kwiatä. Na ostatku doszedł ón do przekónanió, że móże to bec le ta, chterny pora krzóków rosce na Zómkówiszczu, bó taczi parparce nigdze dze jindze ni ma. To je barzo możlewe, bó jesz dzys rosce ta pora krzóków taczi parparce, a chto be beł baro czekawi, abó temu nie wierził, ten móże jic so jä óbezdrzec. A czejbé beł strachóblewi é bójół sä spotkać z zaklatą królewiónką z zapadłego zómkii, tej jo mogą jic z nim é mu ja pokazać, znaczi ta parparc, a nie dze zaklatą królewiónką.

Jak nen Tona so udbół, że to le móże bec parparc na Zómkówiszczu, tak też postanowił, że muszi jic za tim kwiatä. Jak postanowił, tak zrobił. We wilejä swiätégo Jana, czej knópi e dzéwczäta ze wsé zaczälé sä zbierać, be zapalec sobótka, a.prze ogniu sä zabawiać é tańcować, wzął swojego sena, mdłego jesz pursza, é weresził w droga. Czej przeszłe na Zómkówiszcze, belo ju dosc

było już dosyć późno. W lesie pod odwiecznymi bukami, okrytymi gęstym listowiem, mimo bezchmurnego nieba, było mocno ciemnawo. Tona jednak łatwo odnalazł wypatrzoną poprzednio paproć. Usiedli obaj tak, by mieć ją na widoku. Oparli się plecami o pień grubego drzewa i cierpliwie czekali, aż paproć zakwitnie pięknym świecącym kwiatem. Podczas czekania na kwiat przeżyli nie mało strachu, gdyż w lesie co chwila było słychać jakieś ciężkie kroki, jakieś tajemnicze sapanie i stękanie, a czasem jakoby głośny śmiech i chichot. Przerażała ich też bliskość Zamkowiska, gdzie głęboko pod ziemią znajdował się zapadły zamek z zaklętą królewną i gdzie czasem ukazywały się ludziom różne zjawy. Chęć znalezienia kwiatu paproci była jednak większa niż strach i wytrwale siedzieli na swych miejscach. Gdy na wschodzie niebo zaczęło się powoli rozjaśniać, Tona poznał, że noc miała się ku końcowi, a wymarzony i upragniony kwiat paproci, który miał mu zapewnić bogactwo, nie ukazał się.

- Synku - odezwał się zmartwiony - to jednak nie była ta prawdziwa paproć, która kwitnie w sobótkę. Żebym tak wiedział, gdzie ona rośnie, wtedy bieda by nam więcej nic nie zrobiła. Wykopalibyśmy ten największy skarb i kupili sobie żarnowiecki albo krokowski majątek.

Jest takie opowiadanie, że zakopane w ziemi złoto diabły, tego złota pilnujące, od czasu do czasu suszą nocami.

pózdze, a choc beta peszno pogoda, jednak przez to, że ksażec nie swiecył, pöd wióldżime drzewame beto decht cemno, ale że Tona miot so ju dobrze plac obezdrzóne, nalózł swoja parparc. Tero óbaji sadle pod grebirn buka, żebe żdac jaż parparc zakwitnie pésznym świecącym kwiatä. Żdale tak cerpléwie dłudżi czas. Trochä jima sä zrobiło straszno, bo dokoła nich po cemnym lese co sztót czéc beło jaczész dzywné głose: to jakbe chtosz cażko szedł, to jaczész stäkanié e sapanie, czasä jakbé sä chto głośno smiół é weszczerzół- ale iicec oni nie ucekle. Czas mijół baro pómale, a oni cerpléwie żdale. Na ostatku na wschodzę niebo zaczało sä robie pömalinku szare, po czim Tona póznół, że noc ju minała.

-    Synku - ódezwół sä zamészlony - to doch gwesno nie beła ta prówdzewó parparc, co kwitnie w sobótka. Żebe jo tak wiedzół, dze ona rosce, to be nóm bieda wicy nic nie zrobiła. Zaró mé bé wekópale ten nówikszi skórb é so kiipilé żarnowsczi abó krokówsczi majątk.

Jo jednak mészlä, że ón kwiaté parparcé nigde nie nalózł, bó do kiińca żecó ani żarnowsczegó, ani krokówsczegó majątku nie kupił.

Je tako gódka, że zakópóne w zemi złoto purtcé, co to złoto strzegą, ód czase do czasé po nocach seszą. Jak oni złoto seszą, tej na tim molu póli sä dzéwi widk. Chto bé taczi widk dozdrzół é bé chcół to złoto wekópac, muszi