Dom pełen kosmitów - Justyna Walczak - ebook
Opis

Walczakowie to zwyczajni polscy Walczakowie z Trójmiasta. No, prawie zwyczajni. Bo jednak dziewięciorgiem dzieci mało którzy rodzice mogą się pochwalić. Mama tej niesamowitej zgrai po wielu przygodach z małymi kosmitami zwanymi dziećmi postanawia opuścić dziwną planetę zwaną własnym domem i powrócić do pracy. Wtedy jednak dzieje się coś niespodziewanego ? zachodzi w dziesiątą ciążę? Dom pełen kosmitów? to pełna dystansu opowieść Justyny Walczak o jej rodzinie. Momentami wzruszająca, częściej zabawna, mówi o szczęściu jakie daje rodzicielstwo pisane przez bardzo duże R. Jeśli czasem masz wrażenie, że wariujesz ze swoim jedynakiem czy bliźniakami, książka Justyny Walczak pozwoli ci zrozumieć, w jak komfortowej sytuacji się znajdujesz. Znajdziesz w niej też moc wychowawczych porad i matczynych podstępów przetestowanych na kosmitach w różnym wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 183

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ju­sty­na Wal­czak

DOM PE­ŁEN KO­SMI­TÓW

Jak nie zwa­rio­wać z dzie­wiąt­ką dzie­ci w dzie­sią­tej cią­ży

War­sza­wa 2013

Współautorzy

Mąż, Uko­cha­ny, Ślub­ny – bez nie­go nie by­ło­by tej hi­sto­rii,

Mar­ta – na­sza pier­wo­rod­na,

Staś, Jaś, Ja­cek – tych trzech pa­nów sa­mo­dziel­nie do­star­cza atrak­cji god­nych ma­łe­go kry­zy­su mię­dzy­pań­stwo­we­go,

Ma­ry­sia (Mary Lou), Zo­sia, Ha­nia – trzy gwiaz­dy z nie­zły­mi cha­rak­ter­ka­mi,

Jó­zef – upra­gnio­ny przez bra­ci, kla­sa sama w so­bie,

Asia, Ap­siul, Przy­tu­la­sia – pani dy­rek­tor w gro­nie ro­dzeństwa, rzą­dzi za po­mo­cą ca­łu­sów, nie­szczę­śli­wych mi­nek i wiel­kich oczu,

Ktoś – ta­jem­ni­czy osob­nik, któ­ry ujaw­ni się w od­po­wied­nim mo­men­cie,

Do­ro­ta – swo­imi ma­ila­mi i ko­men­to­wa­niem rze­czy­wi­sto­ści przy­wra­ca mi nad­wy­rę­żo­ny pion.

Chcia­ła­bym za­zna­czyć, że wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i wy­da­rzeń rze­czy­wi­stych jest wy­łącz­nie przy­pad­ko­we!!!!!

Wstęp

Ży­cia Ju­sty­ny i moje bie­gły so­bie rów­no­le­gle do cza­su, gdy ktoś po­sta­no­wił, że trze­ba je skrzy­żo­wać. A było to tak. Go­tu­jąc obiad dla swo­jej – li­czą­cej trój­kę dzie­ci i ich ojca, a mo­je­go męża – gro­mad­ki, a na­stęp­nie wsta­wia­jąc trze­cie tej so­bo­ty pra­nie, prze­mknę­ło mi przez myśl: cie­ka­we, ile prań dzien­nie włą­cza Ka­ro­li­na El­ba­now­ska. Tak, ta od sze­ścio­lat­ków, ale w tej hi­sto­rii to nie ma zna­cze­nia. Idzie o to, że ona ma szóst­kę dzie­ci, czy­li wy­cho­dzi­ło mi, że wszyst­kie­go musi ro­bić dwa, trzy razy wię­cej. Po­my­śla­łam, że moż­na by na­pi­sać na­praw­dę faj­ny tekst o ży­ciu w ro­dzi­nie wie­lo­dziet­nej, ku­po­wa­nych ki­lo­gra­mach cu­kru i mąki, ale tak­że o mo­rzu mi­ło­ści. Nie­wie­le my­śląc, za­dzwo­ni­łam do El­ba­now­skiej, żeby usta­lić, ile tych pra­lek dzien­nie idzie. Oka­za­ło się, że pięć. Przy oka­zji wspo­mnia­łam jej o po­my­śle na tekst i do­sta­łam kon­takt do ta­jem­ni­czych Wal­cza­ków. Za­dzwo­ni­łam na­stęp­ne­go dnia, w nie­dzie­lę. Po krót­kiej wy­mia­nie grzecz­no­ści za­czę­ła się roz­mo­wa i od razu jak u Hitch­coc­ka – trzę­sie­niem zie­mi.

– Prze­pra­szam, że tak nie­skład­nie mó­wię, ale dzi­siaj tyle emo­cji. – Usły­sza­łam na­gle.

– A co się sta­ło? – py­tam.

– Oprócz pani wie tyl­ko mąż. Wła­śnie zro­bi­łam test i je­stem w cią­ży. – Pada od­po­wiedź.

– Wow! Gra­tu­lu­ję, su­per. A któ­re to? (Wie­dzia­łam, że prze­cież dzwo­nię do wie­lo­dziet­nych, ale SZCZE­GÓ­ŁY do­pie­ro mia­łam po­znać).

– Dzie­sią­te. – Usły­sza­łam.

– Halo, jest Pani tam? – py­tał ła­god­ny głos w słu­chaw­ce.

Za­re­ago­wa­łam po­dob­nie jak część zna­jo­mych, gdy z mę­żem ogła­sza­li­śmy, że bę­dzie­my mieć trze­cie dziec­ko. Kon­ster­na­cją. Ale po chwi­li zo­rien­to­wa­łam się, że moja roz­mów­czy­ni nie­zwy­kle się z tego fak­tu cie­szy. Coś bą­ka­ła o wie­ku i że już się mia­ła sta­rzeć i wró­cić do za­wo­du le­ka­rza, ale była szczę­śli­wa. Więc ser­decz­nie po­gra­tu­lo­wa­łam. I tak się za­czę­ło.

Tekst oczy­wi­ście po­wstał, ale zo­sta­ła też pięk­na zna­jo­mość, któ­ra prze­ro­dzi­ła się w co­dzien­ne ma­ilo­wa­nie nie­jed­no­krot­nie ra­tu­ją­ce przed de­pre­sją. Ta­kie bab­skie ga­da­nie. Cza­sem głu­pie, cza­sem mą­dre, pod­trzy­mu­ją­ce na du­chu. O dzie­ciach, domu, ży­ciu. Ko­lej­ne biu­le­ty­ny z ży­cia ro­dzin­ne­go Ju­sty­ny przy­pra­wia­ły mnie o na­pa­dy śmie­chu, łzy i roz­ma­za­ny ma­ki­jaż. Nic tak nie śmie­szy wie­lo­dziet­nej jak hi­sto­ria wie­lo­dziet­nej, tyl­ko trzy razy bar­dziej. Je­den z pierw­szych ra­por­tów brzmiał tak: „W ostat­nich dniach po­nie­śli­śmy cięż­kie stra­ty z po­wo­du szko­le­nia chło­pa­ków w za­kre­sie pra­nia. Ja­cuś miał pu­ścić przy­go­to­wa­ne pra­nie. Nie­ste­ty, w mię­dzy­cza­sie nasz ku­dła­ty lo­ka­tor (bisz­kop­to­wy la­bra­dor Ozi – znaj­da) do­ło­żył tam swo­ją wy­dzie­rankę (weł­nia­ny ko­cyk po­prze­dzie­ra­ny na far­foc­le – ta­kie ma hob­by). Ja­cuś bez cie­nia re­flek­sji pu­ścił wszyst­ko – pral­ka za­tka­na, rze­czy na­dzia­ne ma­ły­mi po­ma­rań­czo­wy­mi strzęp­ka­mi sfil­co­wa­ny­mi na amen. Woj­tek re­ani­mo­wał sprzęt dwie go­dzi­ny, żyje. Uff! Za­czy­nam się za­sta­na­wiać nad sen­sem po­łą­cze­nia chłop­cy–pranie. Może to jed­nak wbrew na­tu­rze?”.

Po kil­ku ty­go­dniach ma­ilo­wych wy­mian do­szłam do wnio­sku, że tak ge­nial­ny to­war nie może się zmar­no­wać. Po­ka­za­łam strzę­py hi­sto­rii Igo­ro­wi Za­lew­skie­mu, wy­daw­cy tego, co trzy­ma­cie w rę­kach, i tak tra­fia w Wa­sze ręce ta książ­ka. Za­czę­ło się od cią­ży, a skoń­czy­ło na pięk­nej, cie­płej, prze­za­baw­nej, wzru­sza­ją­cej opo­wie­ści o ro­dzi­nie, któ­ra się ko­cha, wspie­ra i do­pro­wa­dza do sza­łu jed­no­cze­śnie. Co ja mó­wię. Nic się nie skoń­czy­ło – wciąż trwa, ale frag­ment utrwa­lo­no. Cza­sem czy­ta się to jak za­pi­ski z domu wa­ria­tów, cza­sem nie moż­na się po­wstrzy­mać od śmie­chu, a cza­sem łza się w oku krę­ci. Ale tak jest w praw­dzi­wej ro­dzi­nie. Każ­de­go dnia.

Do­ro­ta Ło­sie­wicz

re­dak­tor na­czel­na por­ta­lu wsu­mie.pl

pu­bli­cyst­ka ty­go­dni­ka „wSie­ci”

ROZDZIAŁ 1

Ju­sty­na: Leżę.

Do­ro­ta: No to leż!

Nie tak daw­no ży­łam so­bie w za­ci­szu mo­je­go domu i za­czy­na­łam roz­wa­żać te­mat nad­cho­dzą­cej wiel­ki­mi kro­ka­mi sta­ro­ści. Nie mogę po­wie­dzieć, że ży­łam spo­koj­nie, bo wraz z mę­żem upra­wia­my od wie­lu lat sport eks­tre­mal­ny. Na­zwa dys­cy­pli­ny: ży­cie w wie­lo­dziet­nej ro­dzi­nie. Tak, tak, Sza­now­ny Czy­tel­ni­ku, to bar­dzo nie­bez­piecz­ne wy­zwa­nia da­ją­ce ogrom­ną daw­kę ad­re­na­li­ny, ży­cie w nie­ustan­nym ocze­ki­wa­niu na ko­lej­ne nie­spo­dzian­ki i brak ja­kiej­kol­wiek moż­li­wo­ści wcze­śniej­sze­go przy­go­to­wa­nia. Nasz prze­ciw­nik to zbio­ro­wi­sko nie­zwy­kłych umy­słów, ar­ty­stów w dzie­dzi­nie zna­jo­mo­ści na­szych za­cho­wań, nie­bez­piecz­nych i po­cią­ga­ją­cych jak te sy­re­ny, któ­re za­gra­ża­ły Ody­se­uszo­wi. Jed­no­cze­śnie usi­łu­jesz je opa­no­wać i masz świa­do­mość, że je­steś go­tów od­dać za nie ży­cie. To na­sze dzie­ci.

Przy­zwy­cza­jo­na przez wie­le lat do stą­pa­nia po nie­pew­nym grun­cie, nie ma­jąc pew­no­ści, czy wie­czór spę­dzę tak, jak za­pla­no­wa­łam rano, w mia­rę po­ja­wia­nia się i do­ra­sta­nia na­szej dzie­wiąt­ki na­by­wa­łam pew­nej ru­ty­ny. Nie to, żeby się nie sta­ra­li za­pew­nić nam atrak­cji lub za­bra­kło im po­my­słów. Nie, moja ru­ty­na do­ty­czy­ła przyj­mo­wa­nia tego nie­ocze­ki­wa­ne­go, po­zby­wa­nia się hi­ste­rii, a na­wet na­bra­nia pew­ne­go dy­stan­su do róż­nych dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń. Z tego zresz­tą po­wo­du za­czę­łam sły­szeć peł­ne wy­rzu­tu:

– Mamo, ty się w ogó­le mną nie przej­mu­jesz.

Przej­mu­ję, przej­mu­ję, tyl­ko sły­sząc po raz ko­lej­ny o kłót­ni z ko­le­żan­ką lub dziew­czy­ną, o tej ostat­niej śred­nio co dwa dni, już nie za­ła­mu­ję rąk i nie bie­gam wo­kół de­li­kwen­ta a to z cia­stecz­kiem, a to z her­bat­ką, jak to by­wa­ło na po­cząt­ku. Słu­cham, by być na bie­żą­co, i mam doj­mu­ją­ce wra­że­nie pew­ne­go déjà vu. I głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że za dwa dni usły­szę to samo.

Tak samo zo­sta­łam za­har­to­wa­na na wszel­kie wia­do­mo­ści szkol­ne: nie zdam do na­stęp­nej kla­sy – trud­no; na pew­no nie zdam ma­tu­ry – spo­koj­nie, zo­ba­czy­my, ja­kie będą wy­ni­ki. Dzie­je się tak nie dla­te­go, że mam wszyst­ko w no­sie, tyl­ko dla­te­go, że ja tej ma­tu­ry za moje dziec­ko nie na­pi­szę i nie będę utwier­dzać do­mo­we­go le­nia w prze­świad­cze­niu, że moż­na się nie uczyć po­mi­mo na­po­mnień, a po­tem ta­tuś i ma­mu­sia po­le­cą in­ter­we­nio­wać w szko­le. Kie­dyś bym po­le­cia­ła. Te­raz mam u boku do­ra­sta­ją­cych i do­ro­słych lu­dzi i nie mogę za nich żyć. To do­świad­czenie ich sa­mo­dziel­no­ści ra­tu­je mnie przed zwa­rio­wa­niem. Co praw­da na moje zdro­wie psy­chicz­ne czy­ha­ją w ko­lej­ce na­stęp­ni, ale tre­ning czy­ni mi­strza. Rów­nież w opa­no­wa­niu ca­łe­go roz­gar­dia­szu zwią­za­ne­go z ży­ciem du­żej ro­dzi­ny: co­raz szyb­ciej idzie mi go­to­wa­nie, pra­nie, pra­so­wa­nie i co­raz wię­cej obo­wiąz­ków oka­zu­je się zby­tecz­nych. Trze­ba też przy­znać, że nie­chęt­nie, ale dużą część bio­rą na sie­bie po­zo­sta­li lo­ka­to­rzy na­sze­go domu. Kłót­nie są głów­nie przy co­ty­go­dnio­wym usta­la­niu dy­żu­rów i wte­dy to sły­chać słyn­ne:

– A dla­cze­go ja?

Na­wet przy zaj­mo­wa­niu się ma­lu­cha­mi spę­dzam mniej cza­su, bo one ko­cha­ją star­sze ro­dzeń­stwo z wza­jem­no­ścią i po przyj­ściu ze szko­ły nie ma dla nich nic atrak­cyj­niej­sze­go niż prze­szka­dza­nie star­sze­mu bra­tu.

To wszyst­ko spo­wo­do­wa­ło, że za­czę­łam mieć wię­cej cza­su, rów­nież na roz­my­śla­nia. Te zaś do­pro­wa­dzi­ły mnie do smut­nych wnio­sków. Z wła­ści­wą so­bie prze­sa­dą i sza­leń­stwem stwier­dzi­łam, że moje ży­cie się koń­czy, że dużo rze­czy ro­bię już ostat­ni raz: ostat­ni raz kar­mi­łam pier­sią, za chwi­lę zmie­nię ostat­nie­go pam­per­sa, zo­sta­ły nam już tyl­ko czte­ry ko­mu­nie do prze­ży­cia i tak da­lej. Zo­ba­czy­łam też, że nie je­stem go­to­wa na re­zy­gna­cję z ko­cioł­ków do go­to­wa­nia czy du­że­go sa­mo­cho­du, a już na sta­rość ab­so­lut­nie się nie zga­dzam. Mój umysł przy co­dzien­nych czyn­no­ściach był mało za­ję­ty – po­szu­ki­wał al­ter­na­tyw­nych roz­wią­zań i cał­kiem do­brze mu po­szło. Wra­cam do pra­cy! Tyl­ko mu­szę zdać ten cho­ler­ny eg­za­min, by od­zy­skać pra­wo wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du. Nie­ste­ty, jako le­karz, któ­ry zre­zy­gno­wał na ileś lat z pra­cy, mam taki obo­wią­zek. Ale jest nie­źle, a poza tym co to taki eg­za­min dla mnie. Po zgro­ma­dze­niu od­po­wied­niej li­te­ra­tu­ry fa­cho­wej, przy wspar­ciu męża, któ­ry ode­tchnął z ulgą, bo już nie mu­siał uspo­ka­jać mych wzbu­rzo­nych emo­cji i od­po­wia­dać po ty­siąc razy na py­ta­nie:

– Czy wy­glą­dam już bar­dzo sta­ro?

sia­dłam do na­uki. Ups! Jed­nak umysł mi się po­sta­rzał, wie­lu rze­czy niby tak oczy­wi­stych nie pa­mię­tam i tej pra­cy jak­by wię­cej, niż my­śla­łam. Dziel­nie się prze­dzie­ra­łam przez dzie­ła na­uko­we i tyl­ko ter­min eg­za­mi­nu zmie­ni­łam na póź­niej­szy. Co­dzien­nie z dumą pa­trzy­łam na na­sze dzie­ci i roz­my­śla­łam o ich szyb­kim do­ra­sta­niu, o tym, że na­wet nasz naj­młod­szy okru­szek już jest co­raz bar­dziej sa­mo­dziel­ny. Śpi osob­no, wszyst­ko za­ła­twia bie­giem. Coś się dla mnie koń­czy… Łzy mi się krę­ci­ły w oczach i jesz­cze ta po­nu­ra li­sto­pa­do­wa po­go­da, to na pew­no wszyst­ko przez to. W grud­niu kom­plet­nie stra­ci­łam ocho­tę na na­ukę i na wszel­kie am­bit­niej­sze dzia­ła­nia. Tłu­ma­czy­łam to zmę­cze­niem, sza­ru­gą i bra­kiem świa­tła. Ale to nie było ta­kie pro­ste, jak to z eks­tre­mal­ny­mi wy­zwa­nia­mi bywa. Po raz ko­lej­ny na­de­szło nie­ocze­ki­wa­ne i moje ży­cie zno­wu fik­nę­ło ko­zioł­ka. Wy­lą­do­wa­łam w miej­scu, w któ­re tra­fić już się nie spo­dzie­wa­łam, i wraz z Uko­cha­nym mamy pod­jąć ko­lej­ne wy­zwa­nie. Gdzie ta sta­rość?

Pew­ne­go so­bot­nie­go po­ran­ka za­czę­łam się do­ma­gać, by mąż na li­ście za­ku­pów umie­ścił rów­nież test cią­żo­wy. Ku­po­wa­nie te­stów ma dłu­gą hi­sto­rię w na­szym mał­żeń­stwie – nie tyl­ko z po­wo­du tych, któ­re oka­za­ły się po­zy­tyw­ne, ale ca­łe­go mnó­stwa ku­pio­nych wbrew roz­sąd­ko­wi. Mąż wcze­śniej usi­ło­wał pro­te­sto­wać i po­słu­gi­wać się ra­cjo­nal­ny­mi ar­gu­men­ta­mi, ale ze mną nie ma lek­ko. W koń­cu uznał, że każ­dy ma ja­kieś hob­by i mi wi­docz­nie po­trzeb­ny jest ten dresz­czyk i skok ad­re­na­li­ny w ocze­ki­wa­niu na wy­nik oraz triumf, gdy mu w koń­cu oznaj­miam, że mia­łam ra­cję i ja­kiś je­den na dzie­sięć oka­zu­je się do­dat­ni. Tym ra­zem tyl­ko tro­chę po­mru­czał na te­mat utrzy­my­wa­nia prze­my­słu far­ma­ceu­tycz­ne­go i po­je­chał na za­ku­py. Wró­cił z te­stem. Ja po­bie­głam do ła­zien­ki od­dać się roz­ryw­ce i no cóż… Mu­szę przy­znać, że tym ra­zem sama się nie spo­dzie­wa­łam, że mam ra­cję. A mia­łam, test był do­dat­ni bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści.

Co do te­stu, to wła­ści­wie mo­głam go nie ro­bić, bo świą­tecz­ne śle­dzie po­win­ny dać mi do my­śle­nia. Świą­tecz­ne, bo ro­bio­ne tyl­ko raz do roku. Są to śle­dzie naj­pierw wy­sma­żo­ne na chrup­ko, a po­tem za­la­ne za­le­wą octo­wą. Te śle­dzie były przez dłu­gi czas prze­kleń­stwem mo­je­go dzie­ciń­stwa. Na­le­ża­ły do ka­no­nu tra­dy­cyj­nych po­traw wi­gi­lij­nych ser­wo­wa­nych przez moją bab­cię, któ­ra jesz­cze upar­cie trwa­ła na sta­no­wi­sku, że nie moż­na odejść od sto­łu, a co za tym idzie, otrzy­mać pre­zen­tów, je­śli się nie spró­bo­wa­ło wszyst­kich dań. Pa­mię­tam, jak z moją sio­strą cio­tecz­ną sie­dzia­ły­śmy ni­czym dwa po­są­gi, pa­trząc tępo w pół­mi­sek i słu­cha­jąc wy­mó­wek do­ro­słych. Przy­szedł w koń­cu taki rok, kie­dy ona bo­ha­ter­sko się­gnę­ła po tego śle­dzia. Zja­dła i nie umar­ła. Mia­ła z gło­wy, nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak pójść w jej śla­dy, sko­ro opu­ścił mnie ostat­ni sprzy­mie­rze­niec. I, o dzi­wo, śle­dzik oka­zał się de­li­cje… Dla­cze­go ja tak dłu­go uni­ka­łam ta­kich pysz­no­ści?

W moim wła­snym domu tak­że re­gu­lar­nie po­ja­wia­ją się w cza­sie świąt. Moje dzie­ci ja­koś nig­dy nie mia­ły wąt­pli­wo­ści co do ich wa­lo­rów sma­ko­wych. Wręcz prze­ciw­nie. Kil­ka lat temu przy­go­to­wa­łam je nie­co wcze­śniej i to nie byle jaką ilość, bo od razu pięć kilo. Wcze­śniej i taka ilość ze wzglę­du na go­ści na Wi­gi­lii. No i nie mi­nął bra­ku­ją­cy do świąt ty­dzień, gdy w przed­dzień uro­czy­stej ko­la­cji zo­rien­to­wa­łam się, że śle­dzi jak­by uby­ło. I to nie tro­chę, tyl­ko znik­nę­ły wła­ści­wie wszyst­kie. Oka­za­ło się, że to moje po­cie­chy wraz z tatą „tyl­ko” pró­bo­wa­li. Dzie­cia­ki były dużo młod­sze, więc nie wiem, jak zdo­ła­ły to zro­bić, ale uda­ło się.

Ja rów­nież po nie się­gam, gdy tyl­ko za­sią­dzie­my do ko­la­cji wi­gi­lij­nej. A w tym roku coś nie bar­dzo. Na­wet su­ge­ro­wa­łam obec­nym, że mi nie wy­szły. Zo­sta­ło to przy­ję­te z nie­do­wie­rza­niem i uśmiesz­ka­mi po­li­to­wa­nia, że oni na ta­kie sta­re nu­me­ry się nie na­bio­rą. To praw­da, kie­dyś mój mąż, usi­łu­jąc oca­lić przed trą­bą po­wietrz­ną zwa­ną dzieć­mi ja­kiś przy­smak, wmó­wił im, że jest nie­do­bry i on się dla nich po­świę­ca, zja­da­jąc go. Nie­ste­ty, był to nu­mer na raz i to w daw­nych cza­sach. Moje sło­wa nie zo­sta­ły więc przy­ję­te z na­le­ży­tą po­wa­gą i śle­dzie znik­nę­ły w nor­mal­nym tem­pie, tym ra­zem bez mo­je­go udzia­łu. Po­win­no mi to dać do my­śle­nia.

Tam­tej so­bo­ty lek­ko zszo­ko­wa­na po­ka­za­łam test mę­żo­wi. Chy­ba się ucie­szył, bo ma­rzył o jesz­cze jed­nym brzdą­cu, ale ja by­łam tak za­sko­czo­na, że wła­ści­wie nie za­re­je­stro­wa­łam jego re­ak­cji. Mu­sia­łam się oswo­ić z tą wia­do­mo­ścią. I trwa­jąc w moc­nym po­sta­no­wie­niu, by na ra­zie ni­ko­mu nie mó­wić, ode­bra­łam te­le­fon od dzien­ni­kar­ki, któ­ra chcia­ła z nami zro­bić wy­wiad. Oczy­wi­ście, to była jed­na z pierw­szych rze­czy, któ­rą jej wy­ga­da­łam. Bę­dzie­my mie­li dzie­sią­te. Fak­tycz­nie, peł­na dys­kre­cja…

Dys­kre­cja dys­kre­cją, ale trze­ba po­wia­do­mić wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych. Przez te wie­le lat na­sze­go mał­żeń­stwa zwięk­szy­ła się li­sta osób, któ­re mogą się w nie wtrą­cać. Jako mło­de stu­denc­kie sta­dło wal­czy­li­śmy o to, by za­cząć żyć na wła­sny ra­chu­nek i sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wać de­cy­zje. Uda­wa­ło się raz le­piej, raz go­rzej, ale ro­dzi­ców o na­szych wy­bo­rach ra­czej po­wia­da­mia­li­śmy, niż py­ta­li­śmy ich o zda­nie. Oni cza­sa­mi po­chwa­la­li na­sze de­cy­zje, cza­sa­mi z nami dys­ku­to­wa­li, ale my by­li­śmy sa­mo­dziel­ni. Z bie­giem lat i na­by­wa­nia do­świad­cze­nia ży­cio­we­go mia­ło być co­raz le­piej i tu się po­my­li­li­śmy.

Daw­no nie czu­łam ta­kie­go drże­nia w ko­la­nach jak wte­dy, gdy współ­spraw­ca po­sta­no­wił po­wia­do­mić na­sze la­to­ro­śle o dzie­sią­tym. Tak na­praw­dę nie wiem, jak to się sta­ło, że nie­któ­rzy nie­daw­no sami bie­ga­ją­cy w pie­lu­chach (we­dług mnie) mają pra­wo wy­po­wia­dać się na te­mat mo­je­go ży­cia (we­dług nich). Nie po­trak­to­wa­łam mą­dro­ści po­ko­leń po­waż­nie: pierw­szą po­ło­wę ży­cia psu­ją czło­wie­ko­wi ro­dzi­ce, a dru­gą – dzie­ci. W tym mo­men­cie by­łam pew­na, że wo­la­łam tę pierw­szą. Te­raz wi­dzia­łam dzie­więć par oczu wpa­trzo­nych w męża. Część z nich szyb­ko po­wró­ci­ła do swych za­jęć – wia­do­mość nie przedar­ła się do ich mó­zgu. Część za­czę­ła wy­ra­żać ra­dość i już w ku­lu­arach od­by­ło się ob­sta­wia­nie płci ko­lej­ne­go ro­dzeń­stwa oraz nie­zbęd­ne w ta­kim wy­pad­ku szer­mier­ki słow­ne. Po­zo­sta­ły dwie pary oczu, te do­ro­słe. Jed­ne wy­ra­ża­ły tro­skę, a dru­gie – nie­smak. To był mo­ment, w któ­rym ko­niecz­nie mu­sia­łam po­czuć się sła­bo i zrej­te­ro­wa­łam z pola ata­ku. Nie wiem, ja­kie sło­wa pa­dły po obu stro­nach, ale sy­tu­acja się unor­mo­wa­ła.

Wła­ści­wie mó­wie­nie o tym, że wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my, jest gru­bą prze­sa­dą. Jak może być nor­mal­nie, je­śli ja wy­ko­rzy­stu­ję czas głów­nie na le­ża­ko­wa­nie za­miast na ak­tyw­ność do­mo­wą. Jesz­cze żeby po­go­da sprzy­ja­ła, ale nie będę się wy­ra­żać przy dziec­ku.

ROZDZIAŁ 2

Ju­sty­na: Jest spra­wa ły­że­czek, któ­re zni­ka­ją. Wy­bie­ra­ją lep­sze ży­cie w in­nej ro­dzi­nie?

Do­ro­ta: A u nas gra­su­je gang po­ry­wa­czy skar­pe­tek. Po­ry­wa za­wsze jed­ną, a dru­gą zo­sta­wia. Mam tony nie­spa­ro­wa­nych skar­pe­tek.

Ju­sty­na: Mamy to samo. Nie­ste­ty, nie uda­ło mi się prze­ko­nać dzie­cia­ków do no­sze­nia się à la Pip­pi – z dwie­ma róż­ny­mi.

Po­nu­ra po­go­da i po­czu­cie, że je­stem za sta­ra na ta­kie wy­zwa­nia, spo­wo­do­wa­ły moje przej­ście na oszczę­dza­ją­cy tryb ży­cia. Ten zaś spo­wo­do­wał róż­no­rod­ne kon­se­kwen­cje, któ­re w więk­szo­ści moż­na roz­pa­try­wać w ka­te­go­rii Wiel­kie­go Kry­zy­su.

Naj­szyb­ciej ob­ja­wił się krach w dzie­dzi­nie pra­nia pod wdzięcz­nym ro­bo­czym mia­nem Kry­zy­su Ga­cio­wego. Pra­nie w na­szej licz­nej ro­dzi­nie za­wsze jest spo­rym wy­zwa­niem. Zwy­kle za­ła­twia­łam to w ten spo­sób, że po wy­sła­niu wszyst­kich do ich obo­wiąz­ków i po­ło­że­niu naj­młod­szej spać z kawą uda­wa­łam się do ła­zien­ki i roz­po­czy­na­łam pro­ce­du­rę: se­gre­ga­cja pra­nia na ko­lo­ry i nie tyl­ko, pusz­cze­nie pral­ki i zdej­mo­wa­nie su­chych ubrań oraz roz­kła­da­nie ich na od­po­wied­nie kup­ki, łą­cze­nie skar­pe­tek w pary. Po­tem naj­czę­ściej wie­sza­nie no­we­go i pusz­cza­nie ko­lej­ne­go. Przy za­cho­wa­niu że­la­znej kon­se­kwen­cji w dzia­ła­niu koń­czy­ło się na dwóch, trzech pra­niach i nie zaj­mo­wa­ło wię­cej niż pół­to­rej go­dzi­ny dzien­nie. Je­śli się za­nie­dba­łam, to była cięż­sza prze­pra­wa – kie­dyś do­szłam do sied­miu pra­lek w cią­gu jed­nej se­sji. W tych dzia­ła­niach bar­dzo mnie wspie­ra­ła naj­star­sza cór­ka – czę­sto nie mu­sia­łam nic mó­wić, a pra­nie było już pusz­czo­ne lub roz­wie­szo­ne. Sto­ją­ce w ła­zien­ce ko­sze na czy­ste ubra­nia w za­ło­że­niu mia­ły uspraw­nić dzia­łal­ność pral­ni – po­szcze­gól­ne osob­ni­ki mia­ły za­bie­rać swo­je rze­czy. Nie­ste­ty, to była teo­ria, któ­ra nie we­szła w ży­cie. Naj­czę­ściej rze­czy wy­sy­py­wa­ły się już z ko­sza lub sły­sza­łam jęki typu: „nie mam żad­nych skar­pe­tek, gdzie są moje majt­ki?”, więc szyb­ciut­ko za­no­si­łam je do po­szcze­gól­nych po­koi. Po­mi­nę mil­cze­niem po­wszech­ne zja­wi­sko ist­nie­nia skar­pe­tek głów­nie w for­mie po­je­dyn­czych oka­zów. Dla­cze­go tak się dzie­je, nadal ni­ko­mu nie uda­ło się wy­ja­śnić.

Ze wzglę­du na mój obec­ny tryb ży­cia i ma­tu­rę naj­star­szej cór­ki do pra­cy zo­sta­li za­pę­dze­ni do­tych­cza­so­wi wo­ła­cze. Ta­tuś wpro­wa­dził dy­żu­ry, stwier­dza­jąc, że do­brze się sta­ło, bo jest oka­zja na usa­mo­dziel­nie­nie na­szych syn­ków. Na efek­ty nie trze­ba było dłu­go cze­kać, jako że pa­no­wie do pra­nia wkła­da­li głów­nie swo­je rze­czy, ewen­tu­al­nie skar­pet­ki – zno­wu po­je­dyn­czo – a wszel­ką inną bie­li­znę skwa­pli­wie po­mi­ja­li. Już skar­pet­ki, rów­nież ich wła­sne, bu­dzi­ły w nich dreszcz obrzy­dze­nia i bra­li je w dwa pal­ce, by wrzu­cić do pral­ki.

Nad­szedł w koń­cu pięk­ny po­ra­nek, kie­dy oka­za­ło się, że nikt nie ma maj­tek i wszy­scy do swych za­jęć mu­szą się udać bez­ga­cio­wo. Nie­bie­ska kar­ta jak nic. Z pod­nie­sio­nym po­zio­mem ad­re­na­li­ny za­bra­łam się do przy­wra­ca­nia nor­mal­no­ści (choć czę­ścio­wej). Chłop­cy zo­sta­li po­ucze­ni. Nie­ste­ty, po kil­ku dniach na­stą­pił ko­lej­ny kry­zys. Ja­cuś, pew­nie roz­my­śla­jąc nad oba­le­niem teo­rii względ­no­ści, do pral­ki z ko­lo­ro­wym pra­niem do­ło­żył wy­dzie­ran­kę przy­wle­czo­ną przez na­sze­go psa. Jest to, a ra­czej był, strasz­li­wie po­szar­pa­ny ko­cyk (hob­by na­sze­go zwie­rza­ka to wy­dzie­ra­nie z nie­go po­je­dyn­czych ni­tek). Sfil­co­wa­ne nit­ki z wy­dzie­ran­ki wplo­tły się w do­kład­nie całe pra­nie. Tak na amen, nie do usu­nię­cia ani na su­cho, ani na mo­kro. Po tym wy­da­rze­niu pod­da­łam się i stwier­dzi­łam, że nasi pa­no­wie na­da­ją się do róż­nych rze­czy, ale od pra­nia na­le­ży trzy­mać ich z da­le­ka.

Ko­lej­ny kry­zys zy­skał mia­no Obia­do­we­go. Na­sze dzie­ci są bar­dzo sa­mo­dziel­ne i po­tra­fią za­dbać za­rów­no o sie­bie, jak i młod­sze ro­dzeń­stwo. Z dumą więc ob­ser­wo­wa­łam ich po­czy­na­nia w kuch­ni z mo­jej ka­na­py, na któ­rej re­zy­do­wa­łam, cza­sa­mi za­pa­da­jąc w krót­kie drzem­ki. Za­wsze sta­ra­łam się, by na zmę­czo­ne dzie­cia­ki i męża cze­kał już obiad. Te­raz czę­sto było tak, że sami zaj­mo­wa­li się tym do­pie­ro po po­wro­cie. Trze­ba przy­znać, że na­wet bar­dzo nie ma­ru­dzi­li. Może nie­ko­niecz­nie po­do­ba­ły im się moje pro­po­zy­cje do­ty­czą­ce menu – pro­po­no­wa­łam spa­ghet­ti lub ryż z jabł­ka­mi. Wo­le­li ro­bić za­pie­kan­ki, piz­zę lub fryt­ki. Ja­jecz­ni­ca też była świet­nym roz­wią­za­niem. Za­nim się zo­rien­to­wa­łam, że upra­wia­ją go­spo­dar­kę ra­bun­kową, znik­nął mie­sięcz­ny za­pas płat­ków i mle­ka – bo po co ka­nap­ki, po strasz­li­wych wy­da­wa­ło­by się ilo­ściach ja­jek nie po­zo­stał ślad, a i fi­nan­se zo­sta­ły po­waż­nie na­ru­szo­ne cią­głym ku­po­wa­niem fry­tek czy piz­zy dla ta­kie­go stad­ka.

Ze