Dom na Groblach. Nowy Świt - Wiktoria Gische - ebook

Dom na Groblach. Nowy Świt ebook

Wiktoria Gische

0,0

Opis

Iwo opuszcza Kraków. Wraca do Londynu, gdzie niezwłocznie rozpoczyna prywatne śledztwo. Aby uwolnić Ewę z aresztu, zawiera umowę, która zmieni całe jego życie. Desperacko poszukuje prawdy, zagłębiając się w najciemniejsze zaułki miasta.

Pomocną dłoń wyciąga do niego inspektor Abberline. Tymczasem w samym środku wydarzeń, w życiu Iwo pojawia się dynamiczna Betti Barckley, której pragnieniem jest zostanie detektywem w prywatnej agencji.

Niestety w cieniu Whitechapel wciąż czają się Aaron Kośmiński i Seweryn Kłosowski. Na dodatek dochodzi do kolejnych brutalnych morderstw, co tylko wzmaga psychozę strachu.

Czas ucieka, a rozwiązanie kwestii uniewinnienia Ewy wymyka się Bironowi z rąk. Nieoceniona okazuje się pomoc panny Barckley.

Czy Ewa zostanie skazana?

Czy umowa, którą zawarł Iwo, aby Ewa odzyskała wolność, zostanie wypełniona?

Czy drogi panny Cavell i Birona rozejdą się na zawsze?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 328

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Joanna Misztal

Projekt okładki

Maksym Leki

Fotografie na okładce

OpenAI / ChatGPT Image

Redakcja techniczna, skład i przygotowanie wersji elektronicznej

Maksym Leki

Korekta

Katarzyna Nowakowska

Marketing

Magda Caboń

[email protected]

Wydanie I, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609, 664 330 229

[email protected]

www.videograf.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Mikołów 2026

tekst © Wiktoria Gische

ISBN 978-83-8293-426-7

Prolog

Londyn 1889

Od wyprowadzki z domu, która zakończyła się burzliwą, wręcz karczemną awanturą, minęło parę miesięcy, a ona dopiero teraz, we własnym, skromnym mieszkaniu w pełni rozumiała sens tego, o czym czytała, będąc dorastającą panienką. Sens słów o prawdziwej niezależności.

Mimo że czasami, szczególnie podczas długich samotnych wieczorów, dopadała ją nostalgia i tęsknota za zapachem drogich matczynych perfum oraz aromatem cygar papy, szybko odsuwała od siebie te uczucia, ciesząc się swobodą. Nareszcie mogła oddychać pełną piersią.

Czy żałowała?

Na pewno nie tego, że nie mieszkała już w ogromnym rodzinnym domu, w którym, z uwagi na liczbę służby, nigdy nie czuła się swobodnie. Nie mogła uwolnić się od wrażenia, że stale ktoś na nią patrzy. Ktoś zawsze śledził każdy jej krok. Nie zwracała na to uwagi, kiedy była dzieckiem. Wszystko zmieniło się, kiedy zaczęła dorastać. Rzucane w jej kierunku spojrzenia, czasami szepty, które udało jej się usłyszeć, stały się nie do zniesienia.

Chciała swobody, o której czytała kiedyś w jednym z feministycznych czasopism. Nawet teraz, po latach, doskonale pamiętała stojące na skrzyżowaniach ulic kobiety, które nazywały siebie sufrażystkami i które głośnymi nawoływaniami zachęcały do kupna kolportowanych gazet. Choć te czasopisma budziły jej ciekawość, matka na ich widok zawsze wykrzywiała twarz w grymasie pogardy i natychmiast przechodziła na drugą stronę, odciągając córki od stoiska.

Z czasem Betti potrafiła je już rozpoznać.

Sprzedawczynie i sympatyzujące z ruchem sufrażystek kobiety nosiły szarfy w kolorach fioletu, bieli i zieleni. Nagle zaczęła zauważać je także wśród odwiedzających matkę arystokratek. Chciało jej się śmiać, że ruch, który pani Barckley tak piętnowała, wchodził do jej domu, a ona przyjmowała damy z nim sympatyzujące z szerokim uśmiechem na ustach.

To od jednej z nich otrzymała egzemplarz „English Woman’s Journal”, wydawany przez grupę aktywistek z Langham Place, w którym zaczytywała się pasjami. Może nie zgadzała się ze wszystkim, ale z jednym na pewno bardzo mocno się utożsamiała. Z prawem do decydowania o swojej przyszłości.

Kiedy po swoim debiucie odrzuciła wszystkie propozycje małżeństwa, stała się swoistym pariasem wśród towarzystwa. Czego nie mogła przeboleć jej matka.

– Jak do tego mogło dojść? – biadoliła pani Barckley, siedząc w fotelu, taksując wzrokiem Betti i kierując złowrogie spojrzenie na męża. – To wszystko twoja wina. – Kwitowała fakt, że starsza córka odrzuciła wszystkich konkurentów.

Zazwyczaj ojciec puszczał te połajanki mimo uszu, ale czasami uginał się pod naporem matki, a wówczas zapraszał Betti na rozmowę. Ileż to razy zapraszana była do ojcowskiego gabinetu na pogadankę?

Nie potrafiła zliczyć.

Słuchała jego wykładów, reprymend, próśb, a nawet gróźb, ale nie miała zamiaru się poddać. Nie chciała takiego życia. Nie chciała wychodzić za mąż, bo tak nakazywał zwyczaj. Bo po debiucie panna wybierała sobie kandydata na małżonka, o ile rodzice byli na tyle postępowi.

Widziała w swoim życiu wiele dramatów i złamanych serc.

Niechciane mariaże. Złamane życia.

Nie, nie godziła się na to, zwłaszcza że w głowie miała słowa Clementine Black i Annie Besant. Nie, kiedy pod wpływem ich płomiennych przemów i działań postanowiła, że nie będzie powielać schematu, jaki narzucał kobietom z jej klasy niepisany kodeks.

Poza tym zarówno wtedy, jak i teraz nie miała ochoty na małżeństwo. Nic się nie zmieniło, nawet po sześciu latach od debiutu.

– Nigdy nie wyjdziesz za mąż? – zapytała ją którejś nocy Lucy.

Ona i jej młodsza siostra miały w zwyczaju rozmawiać ze sobą, siedząc w łóżkach i wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność ich wspólnego pokoju, bo chociaż każda mogła mieć własną sypialnię, one wolały wciąż mieszkać razem.

Tamta rozmowa odbyła się prawie trzy lata temu, dokładnie trzy po debiucie Betti Barckley, w dniu jej dwudziestych pierwszych urodzin. Każdego roku w sezonie balów znajdował się jakiś kawaler, który próbował starać się o jej rękę, ale z roku na rok było ich mniej i byli znacznie starsi od niej, jednak wciąż podejmowano próby zaciągnięcia jej przed ołtarz.

Kiedy pojawiała się na balach, na które zapraszani byli Barckleyowie, powoli zaczynano postrzegać ją jako niewygodny balast, starą pannę, która mogła liczyć na przyjęcie tylko jako część rodziny Barckleyów.

Z czasem przestała bywać.

Zamiast tańczyć walca w sali balowej, siedziała w bibliotece i oddawała się lekturze, którą wolała czytać w samotności z uwagi na poruszane w niej tematy. Matka nie znosiła czytania, a jeżeli sięgała po jakąś powieść, był nią lekki romans, wywołujący na jej bladym obliczu rumieniec zawstydzenia, a może ekscytacji.

Dla Betti ckliwe opowiastki, którym ulegały inne panny, były jedynie marnowaniem czasu, tak cennego, bo upływającego zbyt szybko. Dla niej książki były krynicą wiedzy. Szukała w nich prawdy o świecie, tym znanym i tym tajemniczym.

Z radością oraz zapałem chłonęła traktaty filozoficzne i manifesty społeczne. W skrytości ducha tak wyrażała swój bunt przeciwko tradycjom, które coraz mniej szanowała i z którymi coraz bardziej się nie zgadzała.

Kochała także prasę. Tak jak ojciec, chociaż sięgała po inne tytuły.

W skrytości zaczytywała się w „Kronikach Newgate” Arthura Griffithsa, w których autor w obszerny sposób opisywał najgłośniejsze przypadki morderstw, korzystając z dostępnych, oficjalnych dokumentów.

– Mama martwi się, że jeżeli nie przyjmiesz kogoś najpóźniej w tym roku, to już nigdy nie staniesz na ślubnym kobiercu – ciągnęła wówczas Lucy, wytrącając Betti z zamyślenia. – Boję się o ciebie. Nie zniosłabym, gdyby zabroniono nam rozmawiać i się spotykać, a przecież tak może się stać, bo wówczas zostanie ci tylko klasztor. – Widząc zdziwienie wypisane na twarzy siostry, piętnastoletnia wówczas Lucy dodała nieco speszona. – Żeby zmyć z siebie hańbę staropanieństwa, jak mówiła Mary.

– Nie powinnaś słuchać tego, co mówi pokojówka, a poza tym w ogóle nie powinnaś podsłuchiwać i słuchać plotek. – Betti zganiła siostrę. – Poza tym nie powiedziałam, że nie wyjdę za mąż. Ja po prostu nie znalazłam jeszcze odpowiedniego mężczyzny.

Spojrzała w stronę Lucy. Uśmiech znikł z ust Betti. Nagle zrobiła się poważna.

– I ty też nigdy nie powinnaś wychodzić za mąż za pierwszego lepszego kandydata tylko dlatego, że tego chce matka. Wiem, że może ci się wydawać, iż takie małżeństwa są przemyślane, a przez to szczęśliwe. Patrząc na związek naszych rodziców, takie ma się wrażenie. Ale takich par, jak mama i papa, jest niewiele. To rzadkość. Większość z nich to interesowne umowy. Sprzedaż wiązana. Nie mają nic wspólnego ze szczęściem, szczególnie szczęściem kobiety, dlatego błagam, nie daj się omamić. Oczarować jakiemuś fircykowi. Zawrócić w głowie przez to, że używa pięknych słów i komplementuje twoje suknie, zachowanie, postawę, czy sposób mówienia. Nie zakochuj się tylko dlatego, że młodzieniec jest doskonałym tancerzem, albo że pięknie wygląda. Nie spiesz się. Nie uginaj pod naciskiem matki i towarzystwa. To bzdura, że musisz przyjąć oświadczyny podczas debiutu. Że tracisz na wartości i ważności z każdym kolejnym sezonem.

Betti podeszła do siostry i usiadła na skraju jej łóżka. Złapała Lucy za rękę, mocno ściskając.

– Zrozumiałaś? – Intensywnie wpatrywała się w dziewczynę, aż ta w końcu skinęła głową na znak zgody i zrozumienia.

I właśnie tego żałowała. Braku kontaktu z młodszą o sześć lat Lucy, która w tym roku miała debiutować. Na samą myśl Betti zacisnęła pięści.

Oficjalnie ojciec nie zakazał jej wyjazdu. Widziała jednak w jego oczach, że miał na to ogromną ochotę. Szczególnie wtedy, gdy mimo gróźb rodziców, że nie ma już powrotu do rodzinnego domu, uparcie pakowała walizki.

Była przeświadczona, że matka zrobi wszystko, aby stworzyć z Lucy idealną kandydatkę na debiutantkę. Posłuszną, ułożoną, bez własnego zdania, pokorną i cichą.

Wysłała do siostry kilka listów, ale jak do tej pory nie otrzymała odpowiedzi. Kontakty z Lucy stały się sporadyczne, co martwiło pannę Barckley tak mocno, że czasami nie potrafiła skoncentrować się na własnych celach.

A te były zacne, ale trudne do zrealizowania, chociaż nie niemożliwe. I mimo że miała małe szanse, aby spełnić postawiony warunek, postanowiła, że zrobi wszystko, aby zdobyć pracę, o której zawsze marzyła.

Podeszła do okna, patrząc na zatłoczone ulice Bloomsbury. Uwielbiała tę dzielnicę nie tylko z powodu bliskości nowej siedziby Muzeum Brytyjskiego, które obecny kształt zyskało ledwie cztery dekady wcześniej, po tym jak stara siedziba okazała się za mała, aby pomieścić wszystkie fascynujące eksponaty oraz University Collage London, gdzie studiowały kobiety, ale właśnie dlatego, że na każdym kroku mogła spotkać młode intelektualistki.

Westchnęła.

Zanim podjęła drastyczną decyzję o wyprowadzce, wiele razy próbowała na ten jakże drażliwy dla rodziców – a szczególnie dla matki – temat porozmawiać. Wyłuszczyć argumenty, przekonać do swoich racji.

Spokojnie, bez uniesień, krzyków, łez, którymi zazwyczaj w trakcie konwersacji zalewała się matka, wznosząc oczy ku niebu, jakby tam miała nadzieję zobaczyć Boga, na imię którego wtedy się powoływała.

Tłumaczyła, wyjaśniała, przekonywała do swoich poglądów. W oczach ojca czasami widywała zrozumienie. Była pewna, że gdyby nie histerie matki i brewerie, jakie odprawiała, papa machnąłby ręką na jej pomysły i w końcu wyraziłby zgodę, wyznaczając jakiś warunek do spełnienia.

Wiele razy właśnie tak robił. Pamiętała to z czasów dzieciństwa, a także kiedy stała się młodą panienką. Akceptował pomysły córek, jeżeli wypełniły wyznaczone przez niego niełatwe zadanie. Lucy z reguły poddawała się już na starcie, ale nie Betti. Zazwyczaj to ona wygrywała, a ojciec przychylał się do jej pomysłu.

Uśmiechnęła się na myśl o nim. Na wspomnienie o twardym właścicielu ziemskim, który zarządzał wielką posiadłością, a który stawał się spolegliwym małżonkiem wobec żony. Ustępował pani Barckley prawie na każdym kroku, jeżeli chodziło o wychowanie córek, bo do zarządzania majątkiem czy finansami matka się nie wtrącała.

Ale w jednej kwestii postawił na swoim. Kwestii wykształcenia.

– To, że zostaną żonami, nie oznacza, że mają być bezwolnymi kukłami.

Matka nawet nie próbowała podważać tej decyzji. To dzięki ojcu Betti mogła mieć nauczycieli, którzy uczyli także jej kuzynów od strony matki. Żałowała, że w kwestii jej zamążpójścia ojciec nie był taki stanowczy.

Czara goryczy przelała się po wizycie Betti w Muzeum Historii Naturalnej, gdzie podczas zwiedzania spotkała pannę Emmę Owen. Nie znały się zbyt dobrze, ale środowisko, z którego obie się wywodziły, było na tyle szczelne i zamknięte, że – takie Betti miała wrażenie – wszyscy znali wszystkich.

Panna Owen oprowadziła ją po gmachu, którego kluczową postacią był jej wuj, sir Richard Owen. Betti spędziła wówczas miłe godziny, słuchając nie tylko o życiu niezwykłej osoby, ale przekonując się, że nawet będąc bratanicą człowieka, który stał za powstaniem terminu Dinosauria, można poświęcić się pasji, a jednocześnie przy aprobacie rodziny uczestniczyć w jej życiu.

Podczas kolacji, do której zasiadła tego dnia z całą rodziną, Betti opowiedziała o spotkaniu. Nie kryła fascynacji dotychczasowymi osiągnięciami panny Owen, co oczywiście nie spodobało się matce. Od razu pokazała swoje niezadowolenie, nie tylko z kierunku, który obrała rozmowa podczas kolacji, lecz także z powodu znajomości Betti, tak jakby sama nie rozmawiała z Owenami podczas przyjęć czy wizyt w teatrze.

– Nie rozumiem twojego zachwytu, kochanie – odezwała się pani Barckley, dając wyraz zdegustowania kwaśną miną, jaką tylko ona potrafiła zrobić. – Zachowujesz się tak, jakbyś nie słyszała o skandalach, wszak nie tak dawnych, bo zeszłorocznych, których panna Owen była uczestniczką. Owo pamiętne przyjęcie zaręczynowe, na którym miała przyjąć oświadczyny pana Hunta, przejdzie do annałów kronik towarzyskich. Mimo upływu miesięcy wciąż się o nim mówi. I możecie być pewni, nie w sposób pozytywny. Odrzuciła wówczas taką znakomitą partię. Dla kogo? Dla nieznanego, obcego człowieka, którego imienia i nazwiska już nawet nie pamiętam…

– Iwo Biron.

Słowa ojca były wypowiedziane szeptem, jakby pan Barckley mówił do siebie, a nie do zebranych wokół stołu. Betti udało się je usłyszeć tylko dlatego, że w jadalni było idealnie cicho, a ona siedziała obok niego.

– A tak, masz rację, mój drogi. – Najwyraźniej matka też miała doskonały słuch. – Iwo Biron, który został później aresztowany i zapewne zostałby za kratami aż do rozpoczęcia procesu, oskarżono go bowiem o morderstwo. Jednak działania panny Owen pozwoliły mu wyjść na wolność. Zresztą, jak mi wiadomo, to niejedyna dzierlatka, która dała temu ladaco alibi. Tamta jednak, jak mniemam, miała znacznie konkretniejsze powody, aby wikłać się w składanie fałszywych zeznań. Żal mi panny Owen. Swoją postawą liczyła zapewne na jakąś wdzięczność. Może na oświadczyny. A tymczasem on…

Wypowiedź matki zawisła w powietrzu. Uwielbiała robić takie przerwy, aby budować zainteresowanie i napięcie. Popatrzyła na siedzących przy stole. Widząc ich zaciekawienie, ciągnęła dalej.

– A on zainteresował się tamtą drugą. Zwykłą dziewoją mieszkającą w Whitechapel, która – podobnie jak jej absztyfikant – trafiła do aresztu. Kto wie, czy nie działali wspólnie? Panienka ta zapewne czeka na swojego rycerza. Problem polega na tym, że ten wyjechał nie wiadomo dokąd, o czym dowiedziałam się od swojej przyjaciółki, która mieszka po sąsiedzku z Morganami. To taka zacna rodzina, ci Morganowie. – Mówiąc to, pani Barckley załamała ręce. – Współczuję im tego wstydu, jaki musieli czuć w związku z krewnym. Na ich usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że rodziny sobie nie wybieramy.

Tamtego dnia Betti nie odezwała się już ani słowem. Zamiast debat i prób przekonania rodziców do swoich racji, zaczęła rozglądać się za miejscem, do którego mogłaby się przeprowadzić. O swoich planach nie wspomniała nawet siostrze, wiedząc, że Lucy chciałaby przenieść się razem z nią.

Kiedy w końcu dotarła na Bloomsbury Square, wiedziała, że znalazła swoje miejsce na ziemi. Wielkie rodzinne rezydencje zaczęły zmieniać się w mniejsze apartamenty albo pensjonaty, takie jak ten, w którym znalazła pokój.

Bała się, że dochody z pracy guwernantki, jaką podjęła do czasu otrzymania wymarzonej posady, oraz z dorywczego pisania artykułów do prasy kobiecej nie pozwolą na wynajęcie pokoju akurat tutaj, ale była tak urzeczona tym spokojem, prywatnymi ogrodami i szerokimi ulicami, że postanowiła zrobić wszystko, aby tu pozostać.

W desperacji była gotowa naruszyć swój fundusz, jaki ustanowił dla niej dziadek od strony ojca. Mogła już nim swobodnie dysponować i należał on tylko do niej. Podobny został powołany na nazwisko siostry, która wraz z ukończeniem osiemnastego roku życia, tak samo jak Betti, otrzymywała do niego wyłączny dostęp.

Praca pochłaniała znaczną część wolnego czasu Betti, ale nie narzekała, dopóki mogła mieszkać i wynajmować pokój w eleganckim i bezpiecznym pensjonacie przy Gower Street. Kilka razy udała się do kawiarni, gdzie – sącząc mocną herbatę – mogła przysłuchiwać się prowadzonym przez sufrażystki rozmowom.

Miała ogromną ochotę przyłączenia się do jednej z tych grup, ale za każdym razem, kiedy już podejmowała decyzję, że to zrobi, rezygnowała ze strachu przed odrzuceniem. Zwykle później, kiedy spacerkiem wracała do Chenies Street Chamber u zbiegu Gower, żałowała i obiecywała sobie, że zrobi to następnym razem.

Lubiła patrzeć, jak zmienia się okolica. Niedaleko, już na samej Gower, powstawał kolejny pensjonat Ladies’ Residential Chamber, a plotka głosiła, że wystrojem wnętrz zajmowała się właścicielka firmy dekoracyjnej, panna Garrett, która z pasją i dużymi sukcesami oddawała się projektowaniu wnętrz, oraz jej kuzynka Rhoda, będąca także właścicielką Chenies.

Szum na zewnątrz jej pokoju sprawił, że panna Barckley ocknęła się z zamyślenia.

Bardziej świadomym wzrokiem spojrzała przez okno, przy którym stała od dłuższego czasu. Nie powinna marnować ani chwili na dalsze rozważania o przyszłości i wspominanie przeszłości.

Dla niej liczyła się teraźniejszość, a ta wiązała się ze spacerem do miejsca, którego nigdy wcześniej nie miała okazji widzieć, a informacje na jego temat pochodziły z zasłyszanych przez nią opowieści i historii zamieszczanych w gazetach.

Zdecydowanym krokiem podeszła do łóżka, wzięła torebkę i już miała sięgnąć po kapelusz, kiedy do drzwi zapukał niezapowiedziany gość, nikogo bowiem się nie spodziewała, a mieszkanki pensjonatu nie miały w zwyczaju składać sobie wizyt. Rozmowy odbywały się co najwyżej we wspólnej jadalni czy bibliotece. Zresztą Betti nie zaprzyjaźniła się do tej pory z żadną z panien tak bardzo, aby gościć ją u siebie.

W pierwszym odruchu miała ochotę udawać, że nie ma jej w pokoju, ale przypomniała sobie, że nikt nie wszedłby na piętro bez pozwolenia właściciela. Ktoś, kto dobijał się do jej drzwi, musiał wzbudzić zaufanie, aby zostać tu wpuszczonym.

Z rezygnacją i świadomością, że wizyta się opóźni, a może nawet zniweczy dzisiejsze wyjście, podeszła, żeby otworzyć. Spodziewała się zobaczyć matkę albo ojca, którzy do tej pory jej nie odwiedzili, ale kilka razy, kiedy złożyła wizytę w domu, próbowali odwieść ją od dalszego mieszkania tutaj. Sądziła, że nie mogąc wpłynąć na córkę podczas rodzinnych spotkań, postanowili nagabywać ją w jej pokoju.

Jakież było zdziwienie Betti, kiedy jej wzrok padł na uśmiechniętą od ucha do ucha Lucy. Siostra, nie czekając na zaproszenie, pewnie wkroczyła do nowego królestwa starszej z panien Barckley. Betti wychyliła się na korytarz, aby poszukać wzrokiem pokojówki.

– Proszę, tylko nie mów, że przyszłaś tu absolutnie sama. – Mówiąc to, zamknęła za Lucy drzwi.

– Ciebie, kochana, także miło widzieć.

Lucy uśmiechnęła się zawadiacko. Od dawna przestała być już naiwnym podlotkiem, przeistaczając się nie tylko w atrakcyjną młodą kobietę, ale także sprytnego łobuza w niewieściej skórze.

– Nie rób już, proszę, takiej wystraszonej miny. Po każdym bym się tego spodziewała, ale nie po tobie. Jednak, żeby cię uspokoić, dodam, że Molly czeka na dole. Umościła się wygodnie na jednej ze stojących tam kanap. Podąża za mną niczym cień. Odetchnęłam, kiedy dała mi nieco swobody. Swoją drogą nie powinno jej interesować, o czym rozmawiam ze swoją siostrą. Nie ufam jej. Jest szpiegiem matki i oczywiście wypaple, że byłam u ciebie, ale przynajmniej nie powie, o czym konwersowałyśmy.

Lucy opadła na wygodny fotel, stojący w rogu pokoju, w którym Betti miała zwyczaj poświęcać się lekturze. Betti otaksowała ją spojrzeniem. Wydawało się, że siostra urosła od ostatniego ich spotkania, ale to było raczej niemożliwe, co najwyżej wyszczuplała. Nagle gdzieś zniknęły nastoletnie rysy. Twarz stała się bardziej kobieca, przez co uwydatniła się jej uroda.

– Tęskniłam – mówiła Lucy, świadoma, że siostra poddaje ją ocenie. – Dziś jest taki piękny dzień. Kiedy więc powiedziałam mamie, że wychodzę na spacer po parku, nie nabrała żadnych podejrzeń. Owszem, po raz kolejny ten wybieg może się nie udać, ale mam w zanadrzu jeszcze kilka małych szantaży, aby wyrwać się z domu, żeby zobaczyć siostrę, która odwiedza mnie od wielkiego dzwonu.

W głosie Lucy słuchać było pretensję. Betti chciała coś powiedzieć, usprawiedliwić się. Zrzucić wszystko na karb braku czasu, zapracowania. A może nieco zaoponować. Nawet zbesztać dziewczynę za podstęp, ale ta nie dała jej dojść do głosu.

– Wychodziłaś? – zapytała, patrząc na trzymany przez Betti kapelusz. – A więc przyszłam w samą porę, abyśmy zrobiły sobie spacer, dzięki czemu moje kłamstwo nie będzie totalne.

Panna Barckley spojrzała na niego zdziwiona. Zupełnie o nim zapomniała. Skinęła głową. Najście Lucy wybiło ją z rytmu.

– Tak, zamierzałam udać się do… – urwała w pół słowa.

Nie, nie powinna mówić, dokąd się wybierała. Nie, żeby jej nie ufała, ale dlatego, że było to miejsce zupełnie nieodpowiednie dla takiej młodej panny.

– Do… – naciskała Lucy.

Betti opadły ramiona. Westchnęła głęboko, czuła się pokonana. Wiedziała, że siostra się nie podda, a gdyby ona upierała się przy zachowaniu tajemnicy, Lucy byłaby gotowa ją śledzić.

– Do Whitechapel, ale ty z pewnością nie udasz się tam ze mną – zaprotestowała, machając kapeluszem przed nosem siostry. – To nie jest dzielnica dla ciebie. Jest niebezpieczna i…

– I nie powinnaś chodzić tam sama. – Lucy poderwała się na nogi. – Dlatego bez dalszego zbędnego marudzenia, czym bardzo przypominasz matkę, chociaż za grosz nie chcesz się do tego przyznać, zgodzisz się na wspólny wypad. Jedyne, co musimy zrobić, to pozbyć się Molly, prawda?

Betti schowała twarz w dłoniach. Nie tak wyobrażała sobie odwiedzenie miejsca związanego z morderstwami, które wciąż stanowiły nierozwiązaną zagadkę.