Dlaczego każdy telefon ma tysiąc funkcji, których nikt nie używa - historia o tym, jak urządzenie z kieszeni stało się najbardziej ambitnym projektem technologicznym naszych czasów - Adrian Oddwell - ebook

Dlaczego każdy telefon ma tysiąc funkcji, których nikt nie używa - historia o tym, jak urządzenie z kieszeni stało się najbardziej ambitnym projektem technologicznym naszych czasów ebook

Adrian Oddwell

0,0

Opis

Są przedmioty, które zmieniają świat powoli. I są takie, które robią to niemal niezauważalnie, wślizgując się do codziennego życia tak naturalnie, że po kilku latach trudno sobie wyobrazić, że kiedyś ich nie było. Smartfon należy do tej drugiej kategorii. To jedno z najbardziej niezwykłych urządzeń w historii technologii, a jednocześnie jeden z najbardziej zwyczajnych przedmiotów, jakie nosimy przy sobie każdego dnia.

Telefon leży w kieszeni, na biurku, na stole w kawiarni, na nocnej szafce. Towarzyszy nam od momentu, gdy się budzimy, aż do chwili, gdy zasypiamy. Wydaje się prosty i oczywisty. Wyciągamy go, aby sprawdzić wiadomości, zrobić zdjęcie, znaleźć drogę albo zapłacić za kawę. Wszystko trwa kilka sekund. Gesty są intuicyjne, aplikacje znajome, ekran reaguje natychmiast.

A jednak w tym niepozornym urządzeniu ukryta jest jedna z najbardziej absurdalnych historii współczesnej technologii.

Bo telefon potrafi zrobić niemal wszystko.

Potrafi nagrywać filmy w jakości, która jeszcze niedawno była dostępna tylko dla profesjonalnych kamer. Potrafi tłumaczyć teksty z obcych języków, rozpoznawać twarze, analizować zdjęcia, sugerować odpowiedzi na wiadomości i pomagać w planowaniu dnia. Może być centrum pracy, narzędziem twórczym, mapą świata, aparatem fotograficznym i biblioteką rozrywki.

Lista funkcji jest niemal nieskończona.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się największy paradoks smartfonów.

Większość ludzi korzysta z kilku.

Codzienność użytkownika telefonu wygląda zaskakująco prosto. Sprawdzenie wiadomości. Zrobienie zdjęcia. Przeglądanie internetu. Czasem mapa, czasem muzyka, czasem szybka płatność w sklepie. To kilka powtarzalnych czynności, które tworzą rytm dnia.

Tymczasem telefon w kieszeni potrafi setki innych rzeczy.

Część z nich została zaprojektowana z ogromną starannością przez zespoły inżynierów. Każda funkcja była testowana, analizowana i udoskonalana. Ktoś spędził miesiące pracy nad możliwością, którą użytkownik może odkryć przypadkiem albo nigdy.

Dlaczego tak się dzieje?

Dlaczego urządzenie, które potrafi tak wiele, jest używane w tak prosty sposób?

Ta książka jest próbą odpowiedzi na to pytanie.

To nie jest poradnik technologiczny. Nie znajdziesz tu instrukcji obsługi ani listy ukrytych trików w smartfonie. Nie jest to również książka o przyszłości technologii ani o tym, jakie funkcje pojawią się w kolejnych modelach telefonów.

To książka o absurdzie.

Absurdzie technologii, która rozwija się szybciej niż codzienne życie człowieka.

Autor przygląda się telefonowi z perspektywy kogoś, kto widzi go po raz pierwszy i nie może uwierzyć, jak dziwny jest to wynalazek. Dlaczego urządzenie, które nosimy w kieszeni, potrafi tak wiele rzeczy, z których prawie nigdy nie korzystamy? Dlaczego producenci telefonów wciąż dodają nowe funkcje, choć większość użytkowników pozostaje wierna kilku podstawowym czynnościom?

Odpowiedzi prowadzą przez niezwykle zabawny i jednocześnie trafny obraz współczesnej technologii.

Poznasz historię funkcji, które odkrywa się przypadkiem. Funkcji, o których dowiadujemy się od znajomych. Funkcji, które brzmią spektakularnie w reklamach, a potem spokojnie czekają w menu ustawień. Funkcji, które istnieją tylko na wszelki wypadek oraz takich, które są tak oczywiste, że nikt nie pamięta, kto je wymyślił.

Każdy rozdział tej książki to obserwacja jednego drobnego absurdu współczesnego życia z technologią.

Absurdów jest zaskakująco dużo.

Dlaczego nowe funkcje pojawiają się w najgorszym możliwym momencie? Dlaczego dzieci potrafią odkryć więcej możliwości telefonu w kilka minut zabawy niż dorośli przez miesiące korzystania? Dlaczego najbardziej imponujące funkcje aparatu w telefonie są używane najrzadziej?

A przede wszystkim dlaczego telefon z tysiącem funkcji jest w praktyce używany do kilku rzeczy.

To książka o technologii, ale jeszcze bardziej o ludziach. O naszych nawykach, przyzwyczajeniach i sposobach radzenia sobie z nadmiarem możliwości. Bo prawda jest taka, że smartfon nie jest tylko wynalazkiem inżynierów.

Jest lustrem współczesnego życia.

Pokazuje, jak bardzo lubimy mieć dostęp do wszystkiego, nawet jeśli korzystamy tylko z małego fragmentu. Pokazuje, że czasami najważniejszą funkcją technologii nie jest to, co potrafi zrobić, lecz to, że daje poczucie, że moglibyśmy zrobić znacznie więcej.

Dlatego właśnie telefon z tysiącem funkcji wcale nie jest przesadą technologii.

Jest bardzo ludzkim wynalazkiem.

Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 111

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


INTRO

Pierwszy raz naprawdę uświadomiłem sobie absurd nowoczesnego telefonu w chwili, która z pozoru nie miała w sobie nic szczególnego. Stałem w kuchni, trzymając w jednej ręce smartfona, a w drugiej łyżeczkę, którą właśnie mieszałem kawę rozpuszczalną w kubku z napisem „World’s Best Something”. Telefon wyświetlał komunikat o aktualizacji, który informował mnie z dumą, że urządzenie otrzymało siedem nowych funkcji poprawiających produktywność, bezpieczeństwo i doświadczenie użytkownika. W tym samym czasie próbowałem znaleźć w ustawieniach opcję, która pozwoliłaby mi po prostu wyciszyć powiadomienia na godzinę. Minęło pięć minut, zanim odkryłem, że funkcja ta została ukryta w sekcji o nazwie „Tryb skupienia”, który z kolei znajdował się w menu „Cyfrowa równowaga”, które znajdowało się w zakładce „Zdrowie cyfrowe”. Wtedy dotarło do mnie coś bardzo dziwnego: telefon był niezwykle inteligentny, ale jego właściciel coraz częściej czuł się przy nim jak ktoś, kto przypadkiem wszedł do kokpitu samolotu pasażerskiego.

To uczucie jest zaskakująco powszechne. Ludzie noszą dziś w kieszeni urządzenia, które są potężniejsze niż komputery, które jeszcze niedawno wysyłały sondy w kosmos, a jednocześnie bardzo często używają ich do trzech rzeczy: wysyłania wiadomości, robienia zdjęć i sprawdzania pogody. Cała reszta funkcji istnieje gdzieś w tle jak ogromne magazyny w centrum handlowym, do których nikt nigdy nie zagląda, ale które ktoś uznał za absolutnie niezbędne do działania całej konstrukcji. Smartfon jest więc jednocześnie najbardziej zaawansowanym narzędziem w historii codzienności i najbardziej przeprojektowanym pilotem do telewizora, jaki kiedykolwiek powstał.

Warto zatrzymać się na chwilę przy samym słowie „funkcja”. W teorii brzmi ono bardzo rozsądnie, wręcz elegancko. Funkcja to coś, co rozszerza możliwości urządzenia, czyni je bardziej użytecznym i dopasowanym do potrzeb użytkownika. W praktyce jednak funkcje w telefonie przypominają czasem szuflady w ogromnym biurku, które ktoś zaprojektował z nadzieją, że pewnego dnia znajdzie się dla nich zastosowanie. Z czasem okazuje się, że połowa z nich zawiera rzeczy, których nikt nie potrzebuje, a druga połowa jest tak skomplikowana w użyciu, że łatwiej byłoby wymyślić zupełnie nowe rozwiązanie niż nauczyć się korzystać z istniejącego.

Najbardziej fascynujące w tym wszystkim jest jednak to, że nikt nie wydaje się szczególnie zdziwiony. Gdy kupujemy nowy telefon, pierwszą rzeczą, o której słyszymy, nie jest to, że urządzenie świetnie dzwoni lub że bateria wytrzymuje trzy dni. Zamiast tego prezentowane są nam funkcje, które brzmią jak nazwy projektów badawczych: adaptacyjny balans kolorów, inteligentna optymalizacja baterii, predykcyjne zarządzanie energią, kontekstowa automatyzacja aplikacji. W tym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że telefon nie jest już narzędziem komunikacji, lecz małym laboratorium eksperymentalnym, które przypadkiem można też wykorzystać do zadzwonienia do mamy.

To prowadzi do pewnego cichego paradoksu, który prawdopodobnie rozpoznaje każdy użytkownik smartfona. Im więcej funkcji ma telefon, tym częściej człowiek korzysta z bardzo małej ich części. Z jednej strony producenci prześcigają się w dodawaniu nowych możliwości, z drugiej strony większość ludzi ma w głowie bardzo prostą mapę używania urządzenia. Ta mapa składa się z kilku aplikacji i kilku gestów, które wykonujemy niemal automatycznie. Cała reszta przypomina ogromne, słabo oświetlone skrzydło biblioteki, w którym znajdują się książki tak rzadko otwierane, że zaczynają wyglądać bardziej jak element dekoracji niż rzeczywiste źródło wiedzy.

Nie oznacza to oczywiście, że te funkcje są całkowicie bezużyteczne. W rzeczywistości często są one bardzo sprytne, pomysłowe i technicznie imponujące. Problem polega raczej na tym, że życie przeciętnego użytkownika rzadko wymaga tak imponujących rozwiązań. Człowiek budzi się rano, sprawdza godzinę, odpowiada na kilka wiadomości, robi zdjęcie psa lub kota, czasem zamawia jedzenie, a wieczorem ogląda film. W tym rytmie dnia trudno znaleźć moment, w którym ktoś nagle pomyśli: „Szkoda, że mój telefon nie ma funkcji dynamicznego zarządzania przepływem danych w oparciu o kontekst lokalizacji”.

A jednak te funkcje powstają. Co więcej, powstają w ogromnej liczbie. Każdy nowy model telefonu wprowadza coś, co wcześniej nie istniało lub przynajmniej nie było dostępne w takiej formie. Czasem są to rzeczy naprawdę użyteczne, które szybko stają się standardem. Bardzo często jednak są to rozwiązania, które wyglądają świetnie w prezentacji marketingowej, ale w codziennym życiu pozostają w stanie lekkiego uśpienia. Są jak eleganckie narzędzia w zestawie majsterkowicza, który kupiliśmy z entuzjazmem, a potem odkryliśmy, że w praktyce używamy głównie jednego śrubokręta.

Najciekawsze jest to, że ludzie zdają się jednocześnie rozumieć ten absurd i całkowicie go akceptować. W rozmowach o telefonach często pojawia się pewien charakterystyczny moment. Ktoś mówi wtedy z lekkim rozbawieniem, że jego telefon ma mnóstwo funkcji, których nigdy nie używa. Wszyscy wokół kiwają głowami, jakby była to oczywista prawda o świecie, podobna do tej, że drukarki zawsze psują się w najgorszym możliwym momencie. Następnie ta sama osoba z entuzjazmem zaczyna opowiadać o nowym modelu telefonu, który ma jeszcze więcej funkcji.

To zdanie warto zapamiętać.

Telefon, który ma więcej funkcji, których nikt nie używa, jest często postrzegany jako lepszy telefon.

Ten mechanizm działa tak sprawnie, że przestaliśmy się nad nim zastanawiać. Wydaje się czymś naturalnym, że każde kolejne urządzenie jest bardziej rozbudowane, bardziej skomplikowane i bardziej pełne możliwości niż poprzednie. Niewielu ludzi zadaje sobie pytanie, czy ta droga naprawdę prowadzi do lepszego doświadczenia użytkownika. Jeszcze mniej osób zastanawia się, czy w pewnym momencie liczba funkcji nie zaczyna przekraczać liczby rzeczy, które człowiek faktycznie chce robić w ciągu dnia.

Być może właśnie dlatego smartfon stał się jednym z najbardziej interesujących symboli współczesnego życia. To urządzenie, które obiecuje nieskończone możliwości, a jednocześnie towarzyszy nam głównie w bardzo prostych czynnościach. W tej sprzeczności nie ma jednak tragedii ani wielkiej filozofii. Jest raczej coś, co można nazwać spokojnym absurdem codzienności. Technologia rozwija się szybciej niż nasze potrzeby, a my z pewnym rozbawieniem próbujemy nadążyć za jej pomysłami.

W efekcie każdy z nas nosi w kieszeni coś w rodzaju małego centrum dowodzenia, którego większość przycisków pozostaje nietknięta przez całe lata. I chociaż mogłoby się wydawać, że to dowód na lekką przesadę inżynierów i projektantów, w rzeczywistości mówi to również coś bardzo ciekawego o nas samych. Ludzie lubią mieć dostęp do możliwości, nawet jeśli nigdy z nich nie skorzystają. Posiadanie opcji daje poczucie komfortu, podobnie jak posiadanie w szafie eleganckiego garnituru, który zakładamy raz na trzy lata.

Telefon jest więc trochę jak ta szafa. W środku znajduje się mnóstwo rzeczy, które w teorii mogą się przydać, ale w praktyce większość z nich pozostaje spokojnie na swoim miejscu. Mimo to nikt nie czuje potrzeby ich wyrzucenia. Wręcz przeciwnie. Z każdą nową generacją urządzeń dokładamy kolejne półki, kolejne przegródki i kolejne funkcje, które sprawiają, że cały system wygląda coraz bardziej imponująco.

A potem wyciągamy telefon z kieszeni, żeby sprawdzić godzinę.

I właśnie wtedy zaczyna się naprawdę ciekawa część tej historii.

Rozdział 1 - Funkcja, która istnieje tylko w prezentacji

Prezentacja nowego telefonu zawsze zaczyna się w podobny sposób. Na scenie pojawia się człowiek w czarnej koszuli lub minimalistycznym swetrze, a za nim ogromny ekran, na którym wyświetla się urządzenie obracające się w powolnym, niemal ceremonialnym tempie. W tle słychać muzykę, która sugeruje, że jesteśmy świadkami czegoś niezwykle ważnego dla przyszłości ludzkości. W tym momencie prowadzący mówi zdanie, które w świecie technologii pełni funkcję otwierającego gongu: „To najbardziej zaawansowany telefon, jaki kiedykolwiek stworzyliśmy”.

Publiczność reaguje tak, jakby była to nowa informacja, chociaż wszyscy doskonale wiedzą, że dokładnie to samo zdanie padło rok wcześniej. W rzeczywistości jednak nie chodzi o to, czy telefon jest bardziej zaawansowany niż poprzedni. Chodzi o to, że zaraz pojawi się coś znacznie ciekawszego. Prowadzący zacznie opowiadać o funkcjach, których nikt wcześniej nie widział, a przynajmniej tak to zostanie przedstawione. I właśnie wtedy zaczyna się najciekawsza część całego spektaklu.

Na ekranie pojawia się nazwa nowej funkcji. Jest krótka, elegancka i brzmi tak, jakby została zaprojektowana przez zespół lingwistów, psychologów i specjalistów od marketingu jednocześnie. Może to być coś w rodzaju „Smart Adaptive Context Engine” albo „Dynamic Neural Capture”. Nazwa jest na tyle abstrakcyjna, że trudno od razu zrozumieć, co właściwie robi ta funkcja, ale jednocześnie brzmi na tyle imponująco, że nikt nie czuje potrzeby zadawania pytań.

Potem pojawia się demonstracja. Prowadzący robi zdjęcie kota w półmroku, a telefon natychmiast przekształca je w obraz tak jasny i wyraźny, jakby zwierzę pozowało do profesjonalnej sesji fotograficznej w studiu. Następnie ktoś przesuwa palcem po ekranie i okazuje się, że można automatycznie usunąć z tła przypadkowych ludzi, zmienić kolor nieba i sprawić, że roślina w doniczce wygląda bardziej tropikalnie. Publiczność reaguje oklaskami, a prowadzący mówi z powagą, że to dopiero początek możliwości nowej technologii.

W tym momencie większość widzów zaczyna podejrzewać, że ogląda coś, co przypomina pokaz magiczny. Wszystko wygląda niezwykle przekonująco, ale jednocześnie każdy czuje gdzieś w środku delikatne pytanie: czy naprawdę będę tego używać. To pytanie jest jednak bardzo szybko zagłuszane przez kolejne funkcje, które pojawiają się na ekranie jak fajerwerki podczas letniego festynu technologicznego.

Najbardziej fascynujące jest to, że każda z tych funkcji została zaprojektowana przez ludzi, którzy prawdopodobnie spędzili nad nią miesiące, a czasem nawet lata pracy. Zespół inżynierów analizował problem, tworzył prototypy, poprawiał algorytmy i testował kolejne wersje rozwiązania. Na końcu powstało coś naprawdę imponującego. Problem polega tylko na tym, że przeciętny użytkownik dowiaduje się o istnieniu tej funkcji w dniu premiery telefonu, a następnie bardzo szybko o niej zapomina.

Telefon staje się więc czymś w rodzaju ogromnego muzeum technologicznych pomysłów. Każda funkcja jest jak eksponat, który ktoś kiedyś stworzył z ogromną pasją i przekonaniem, że zmieni sposób, w jaki ludzie korzystają z urządzeń. Z czasem jednak okazuje się, że większość odwiedzających przechodzi obok tych eksponatów dość szybko, zatrzymując się tylko przy kilku najbardziej oczywistych.

W tym sensie prezentacje telefonów przypominają trochę pokazy samochodów koncepcyjnych na targach motoryzacyjnych. Na scenie pojawiają się pojazdy z drzwiami otwierającymi się do góry, kokpitami przypominającymi statki kosmiczne i funkcjami, które brzmią jak fragmenty scenariusza filmu science fiction. Wszyscy wiedzą, że większość z tych rozwiązań nigdy nie trafi do codziennego życia kierowców. Mimo to publiczność ogląda je z fascynacją, ponieważ pokazują kierunek, w którym technologia może kiedyś pójść.

Telefony działają jednak w trochę bardziej przewrotny sposób. W ich przypadku wiele z tych eksperymentalnych funkcji faktycznie trafia do gotowego produktu. Problem polega na tym, że obecność funkcji w telefonie nie oznacza automatycznie, że stanie się ona częścią codziennych nawyków użytkowników. Czasami przypomina to sytuację, w której ktoś dodaje do pilota telewizora trzydzieści nowych przycisków tylko dlatego, że technicznie jest to możliwe.

Istnieje pewna subtelna różnica między funkcją, która istnieje, a funkcją, która żyje. Funkcja istnieje w momencie, gdy zostaje zaprojektowana i umieszczona w urządzeniu. Funkcja zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy ludzie zaczynają używać jej spontanicznie, bez zastanawiania się nad tym, gdzie znajduje się w menu. Większość funkcji telefonów pozostaje niestety w pierwszym stanie. Są obecne, ale nie do końca uczestniczą w życiu użytkownika.

Można to zauważyć w bardzo prostych sytuacjach. Wystarczy spojrzeć na telefon znajomego i otworzyć ustawienia aparatu fotograficznego. Tam znajduje się cała galeria trybów, które brzmią niezwykle profesjonalnie. Jest tryb nocny, tryb portretowy, tryb profesjonalny, tryb makro, tryb filmowy, tryb slow motion i kilka innych, których nazwy brzmią tak specjalistycznie, że nawet producent nie do końca wierzy, że ktoś będzie z nich korzystał regularnie.

A potem przychodzi moment robienia zdjęcia.

Człowiek wyciąga telefon z kieszeni, szybko uruchamia aparat i naciska jeden przycisk.

To wszystko.

Ten prosty gest pokazuje coś bardzo ciekawego o relacji między technologią a codziennym życiem. Ludzie lubią narzędzia, które działają natychmiast i bez zastanowienia. Każdy dodatkowy krok, każda dodatkowa decyzja i każde dodatkowe ustawienie sprawiają, że narzędzie zaczyna przypominać bardziej panel sterowania niż pomocnika.

Właśnie dlatego tak wiele funkcji telefonów istnieje głównie w prezentacjach. Na scenie wszystko wygląda idealnie. Prowadzący ma czas, żeby pokazać każdy szczegół, wyjaśnić każdy gest i podkreślić każdy efekt wizualny. W codziennym życiu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Człowiek robi zdjęcie, bo autobus właśnie odjeżdża, pies właśnie zrobił coś zabawnego albo zachód słońca właśnie wygląda wyjątkowo dobrze.

W takich momentach nikt nie myśli o aktywowaniu trybu dynamicznej analizy światła.

I to jest prawdopodobnie najbardziej elegancki sekret nowoczesnych telefonów.

Najbardziej imponujące funkcje bardzo często istnieją po to, żeby ktoś mógł powiedzieć, że istnieją.

• Funkcja prezentacyjna to rozwiązanie, które wygląda rewelacyjnie na scenie, ale w codziennym życiu jest używane tak rzadko, że zaczyna przypominać przycisk alarmowy w windzie - wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt nie chce być pierwszą osobą, która sprawdzi, jak działa.

• Największym paradoksem nowoczesnych telefonów jest to, że im więcej mają możliwości, tym bardziej użytkownicy uczą się ignorować większość z nich, ponieważ życie jest zbyt krótkie, żeby codziennie studiować instrukcję obsługi własnej kieszeni.

W tym wszystkim nie ma jednak żadnej złośliwości ani złej woli. Inżynierowie tworzą funkcje, bo potrafią je stworzyć. Marketing pokazuje funkcje, bo trzeba pokazać coś nowego. Użytkownicy kupują telefony, bo lubią mieć poczucie, że ich urządzenie jest nowoczesne i pełne możliwości. W rezultacie powstaje bardzo ciekawy układ równowagi, w którym wszyscy są w pewnym sensie zadowoleni, nawet jeśli połowa możliwości urządzenia nigdy nie zostaje naprawdę odkryta.

Telefon staje się więc czymś więcej niż narzędziem.

Staje się katalogiem pomysłów na to, jak technologia mogłaby wyglądać, gdyby ludzie mieli trochę więcej czasu na eksperymentowanie z własnymi urządzeniami.

Problem polega tylko na tym, że następny rozdział tej historii zaczyna się w miejscu, w którym większość użytkowników nawet nie zagląda.

W ustawieniach.

Ustawienia telefonu są jednym z najbardziej niedocenianych muzeów współczesnej technologii. To miejsce, do którego użytkownicy trafiają zazwyczaj tylko wtedy, gdy coś przestaje działać tak, jak powinno, albo gdy ktoś w internecie powiedział im, że istnieje sposób, żeby bateria wytrzymywała dłużej o siedem minut. Wtedy zaczyna się powolna podróż przez kolejne menu, które przypominają trochę labirynt zaprojektowany przez ludzi bardzo przekonanych, że wszystko jest logiczne.

Na pierwszy rzut oka wszystko rzeczywiście wygląda rozsądnie. Mamy sekcję poświęconą baterii, sekcję dotyczącą dźwięku, sekcję prywatności i sekcję aplikacji. Człowiek czuje się pewnie, ponieważ struktura jest znajoma i przypomina katalog w bibliotece. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczynamy wchodzić głębiej, bo w każdej z tych sekcji znajdują się kolejne poziomy ustawień, a w nich kolejne opcje, które brzmią tak, jakby zostały napisane przez bardzo ambitny podręcznik do zarządzania systemami operacyjnymi.