Opis

Diabeł” to powieść Lwa Tołstoja, jednego z najwybitniejszych przedstawicieli realizmu w literaturze europejskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 58

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-66362-23-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Diabeł

A ja powiadam wam, iż każdy

kto spojrzał na niewiastę z pożąd- aniem, już ją cudzołożył w sercu swojem. A jeśli prawe oko swoje gorszy się, wyłup je i odrzuć precz od sie- bie, albowiem lepiej utracić jeden z członków, niż żeby całe ciało twoje miało pójść na zatracenie. A jeśli prawa twoja ręka gorszy cię, utnij ją i porzuć precz od siebie albowiem lepiej utracić jeden z człon- ków, niż żeby całe ciało miało pójść na zatracenie. (Mat. V. 28. 29. 30.)

I

Eugenjusza Irtenjewa oczekiwała świetna karjera. Posiadał ku temu wszelkie warunki: wykwintne wychowanie domowe, świetnie ukończony wydział prawny uniwersytetu petersburskiego, związki w najwyższych sferach, po zmarłym niedawno ojcu i nawet początki służby rządowej pod protekcją ministra. I majątek nawet wielki chociaż wątpliwej wartości. Ojciec przebywał zagranicą i w Petersburgu, na synów Eugenjusza i starszego Andrzeja, który służył w kawalergwardji wydawał po sześć tysięcy rocznie, na siebie i żonę również bardzo wiele. Do majątku przyjeżdżał tylko na dwa miesiące letnie, ale gospodarstwem się nie zajmował, zostawiając zarząd pełnomocnikowi, który również niebardzo dbał o gospodarkę, ale który mimo kłótliwego usposobienia posiadał zupełne zaufanie swego pana.  Po śmierci ojca, gdy przyszło do działu między braćmi, pokazało się tyle długów, że adwokat radził im nawet wyrzec się spadku z wyjątkiem tego, co im przypadało po babce. Ale właściciel sąsiednich dóbr, który związany był interesami ze starym Irtenjewem t. j. miał jego weksle i z tego powodu wyjeżdżał często do Petersburga, twierdził, że mimo długów można było poprawić stan rzeczy i uratować większą część majątku, trzeba było tylko sprzedać las i kilka oddzielnych szmatów pustkowi a zatrzymać jedynie złote jabłko, Siemionowskoje z czterema tysiącami dziesięcin czarnoziemu, fabryką cukru i dwustu dziesięcinami doskonale nawodnionych łąk. Naturalnie, trzeba było oddać się zupełnie tej pracy, osiąść na wsi, gospodarować rozumnie i z kredką w ręku. Oto Eugenjusz przyjechawszy wiosną do majątku (ojciec umarł w wielkim poście) i obejrzawszy wszystko, postanowił podać się do dymisji, osiąść z matką na wsi i wziąść się do pracy, aby uratować główny majątek. Z bratem, którego niebardzo kochał, umówił się co do spłaty czterech tysięcy rubli rocznie albo jednorazowo osiemdziesiąt tysięcy, za co tamtem zrzekał się swojej części spadku.  Osiadłszy z matką w wielkim pałacu, wziął się gorąco a ostrożnie do pracy.  Ludzie myślą zwykle, że wszelki konserwatyzm jest przywilejem starości a każdy nowator musi być młodym. Niezawsze to prawda. Konserwatyści najczęstszego typu — to z reguły młodzi ludzie. Młodzi, którzy pragną żyć, ale którzy nie myślą i nie mają czasu myśleć o tem, jak trzeba żyć i dlatego wzorują się na dawnym trybie życia.  Tak było i z Eugenjuszem. Gdy osiadł na wsi, marzył o wskrzeszeniu nie tego sposobu życia, który tu panował za czasów ojca — bo ten był złym gospodarzem — ale za czasów dziada. Starał się też wszędzie, w domu, w ogrodzie, w gospodarstwie wskrzesić zwyczaje dziadowskie rozumie się, ze zmianami, właściwemi duchowi czasu, gospodarka miała iść na szeroką skalę, dawać zadowolenie wszystkim dokoła i dobrobyt; ażeby zaś życie tak urządzić, pracy było aż nadto. Potrzeba było zaspokajać wierzycieli i banki, sprzedawać ziemię, prolongować spłaty, zdobywać grosz na robociznę w olbrzymim majątku Siemionowskim z czterystu dziesięcinami ornej roli i cukrownią. Dom i ogród należało utrzymać tak, aby pokryć zapuszczenie i upadek.  Pracy było wiele, ale też sił fizycznych i duchowych u Eugenjusza niemało. Miał lat dwadzieścia sześć, był średniego wzrostu, silnej budowy o rozwiniętych gimnastyką muskułach, żywy rumieniec krasił mu twarz, rzadkie, miękkie, wijące się włosy ociemniały czoło. Jedyną wadą jego fizyczną była krótkowzroczność, której sam był winien, zaczął bowiem używać szkieł. Teraz nie mógł już obyć się bez pince-nez, które wyżłobiło mu dwa ślady na grzbiecie nosa.  Takim był fizycznie. Duchową wartość zaś przedstawiał taką, że im kto więcej go poznawał, tem bardziej lubił. Matka zawsze kochała bez pamięci, teraz zaś po śmierci męża oddała mu wszystkie swe uczucia i żyła nim jedynie. Ale nietylko ona tak się do niego odnosiła. Koledzy ze szkół i uniwersytetu kochali go i szanowali, również na wszystkich wywierał podobny urok. Nie można było nie wierzyć mu, gdy mówił, przypuszczać fałsz i nieprawdę wobec tej otwartej, uczciwej twarzy a przedewszystkiem wobec jego oczu.  Sama postać jego była mu pomocą w pracy i interesach. Wierzyciel, który odmówiłby bez wahania każdemu innemu, jemu wierzył na słowo. Kupiec, starosta we wsi, chłop, który bez namysłu oszukałby haniebnie każdego, zapominał o tem pod miłem wrażeniem stosunku z tym, uczciwym a przedewszystkiem otwartym człowiekiem.

 Był koniec maja. Eugenjusz doprowadził nareszcie z trudem interesy do tego, że uwolnił pustkowia z pod zastawu i sprzedał je, a za nabyte pieniądze kupował inwentarz, żywy i martwy i rozpoczął budowę koniecznego chutoru. Zaczęto robotę zwożono drzewo, cieśle pracowali, na pola wywożono nawóz osiemdziesięciu fornalkami. Ale wszystko to jeszcze wisiało na włosku.

II

Wśród tych kłopotów zaszły okoliczności niezbyt ważne, ale męczące Eugenjusza. Młode swe lata spędzał on dotychczas jak wszyscy młodzi, zdrowi kawalerowie, utrzymując stosunki z rozmaitemi kobietami. Nie był rozpustnikiem, ale, jak sam mówił, nie miał powołania na mnicha. Używał, ile mu było tego potrzeba dla zdrowia fizycznego i umysłowej swobody, jak się tłumaczył. Zaczęło się to jeszcze w szesnastym roku życia i dotychczas szło szczęśliwie w tem znaczeniu, że nie doprowadziło go to ani do rozpusty, ani do choroby, ani do głębszego uczucia. Miał z początku w Petersburgu jakąś szwaczkę, a kiedy z tą stosunek się popsuł, urządził się inaczej w ten sposób, aby go to nie żenowało.  Tymczasem siedział już drugi miesiąc na wsi i stanowczo nie umiał sobie w tym względzie poradzić. Mimowolna wstrzemięźliwość zaczęła mu się dawać we znaki. Czyżby miał dla zaspokojenia jej jechać do miasta? Gdzie? Dokąd Niepokoiło to Eugenjusza Iwanowicza, a ponieważ wierzył, że, potrzebuje tego nieodzownie — zaczęło mu to rzeczywiście stawać się koniecznem, czuł, że nie jest tak swobodnym jak dawniej i że wbrew swej woli przeprowadza oczami każdą młodą kobietę.

 U siebie we wsi szukać jakiejś kobiety czy dziewczyny uważał za rzecz brzydką. Wiedział z opowiadania, że tak ojciec jego jak i dziad pod tym względem różnili się od okolicznych ziemian i nie trzymali we dworze żadnych faworyt z pośród poddanych, postanowił też, że i on ich mieć nie będzie; a potem czując się coraz bardziej związanym pokusami a z przestrachem myśląc, co się może z nim stać w miasteczku, postanowił, że można sprawę załatwić i na wsi, gdzie zresztą już niebyło dawnych poddanych. „Byle tak się urządzić, aby nikt o tem nie wiedział i nie dla rozpusty, ale tylko dla zdrowia“ — mówił do siebie. I kiedy powziął to postanowienie, ogarnął go jeszcze większy niepokój; czy to rozmawiał ze starostą wiejskim, czy z chłopem lub stolarzem swoim przy robocie mimowolnie kierował rozmowę na kobiety, albo przedłużał ją jeżeli była o nich mowa. Przyglądał się zaś każdej coraz bacznej.

III

Ale postanowić rzecz, nie było to jeszcze wykonać ją. Podejść samemu do kobiety — niemożliwe! do jakiej? Gdzie? Trzebaby zwrócić się z tem do kogoś, ale do kogo?  Raz zdarzyło mu się wejść do chaty strażnika leśnego, aby się pokrzepić wodą. Stróżował tam były gajowy ojca. Eugenjusz wdał się z nim w rozmowę, a strażnik zaczął mu opowiadać stare historje, jak to bawiono się niegdyś na polowaniach.  Eugenjuszowi przyszło na myśl, że mógłby to urządzić tu, w chacie czy w lesie. Nie wiedział jednak jak i czy stary Daniła zechce mu pomóc. „Może przerazi go taka propozycja i będzie mu tylko wstyd — a może... zgodzi się“ — myślał słuchając gadaniny strażnika, który właśnie opowiadał, jak raz na polowaniu zaszli do diaczychy i on tam Prjanicznikowi przyprowadził jakąś „babę“.  — O, można — pomyślał Eugenjusz.  — Wasz ojciec, panie, carstwo jemu niebieskie, nie bawił się takiemi głupstwami.  — Nie