Wojna i pokój. Tom 1-4 - Lew Tołstoj - ebook
PROMOCJA

Wojna i pokój. Tom 1-4 ebook

Lew Tołstoj

4,0

Opis

"Wojna i pokój" to powieść historyczna Lwa Tołstoja, często uznawana za rosyjską epopeję narodową.

Powieść skłąda się z 9 tomów. Wydawnictwo Avia Artis udostępniła wszystkie tomy w dwóch częściach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 876

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




TOM I.

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

XX.

XXI.

XXII.

XXIII.

XXIV.

XXV.

XXVI.

XXVII.

XXVIII.

TOM II

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

XX.

TOM III

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

TOM IV

I.

II.

III.

IV.

V.

VI.

VII.

VIII.

IX.

X.

XI.

XII.

XIII.

XIV.

XV.

XVI.

XVII.

XVIII.

XIX.

XX.

XXI.

XXII.

XXIII.

XXIV.

XXV.

XXVI.

XXVII.

XXVIII.

XXIX.

XXX.

XXXI.

XXXII.

XXXIII.

XXXIV.

XXXV.

XXXVI.

XXXVII.

Lew Tołstoj

WOJNA I POKÓJ

TOM 1, 2, 3, 4

Tłumaczenie: Anonim

Projekt okładki: Avia Artis

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie Lwa Tołstoja.

Autor: Anonim.

Wydawnictwo Avia Artis

2017

ISBN 978-83-65810-57-1

TOM I.

I.

Przed pokojem w Tylży.

— I cóż książę? Wszak przepowiadałam to, nieprawdaż? Genua i Lucca przeszły w posiadanie rodziny Bonapartego. Teraz więc oświadczam stanowczo, że przestanę uważać księcia za mego przyjaciela, za mego najwierniejszego niewolnika, jak utrzymujesz, jeżeli będziesz dłużej upierał się i nie uznawał potrzeby wypowiedzenia wojny, i jeżeli ośmielisz się bronić jeszcze i przeczyć okropnościom i okrucieństwom popełnianym przez tego Antychrysta... bo jestem najmocniej przekonaną, że to jest Antychryst w swojej własnej osobie. No... tymczasem witam cię, kochany książę; widzę żem ci strachu napędziła... usiądź tu, koło mnie i pogawędźmy...

 Temi słowami przemawiała po francusku w roku 1805 w lipcu, Anna Pawłówna Scherer, dama dworu carowej Marji Fedorówny, która należała nawet do kółka najściślejszego, do najserdeczniejszych jej carskiej mości. Przyjmowała zaś księcia Bazylego, osobistość poważną, sztywną, bawiącą się w męża stanu, który przybył pierwszy tym razem, z pomiędzy gości zaproszonych do niej na wieczór.

 Panna Scherer kaszlała i była mocno zachrypniętą od kilku dni. Utrzymywała, że dostała grypy. Był to wówczas wyraz zupełnie nowy, wymyślony na starą jak świat chorobę, a używany tylko w towarzystwie dystyngowanem.

 Lokaj w liberji pąsowej, używanej na dworze, roznosił wcześnie z rana po całem mieście bileciki jednakowo napisane:

 „Jeżeli książe... hrabio... i tym podobnie... nie masz przed sobą nic przyjemniejszego, a nie przestraszy cię zaś zbytnio myśl, że spędzisz wieczór cały z biedną, chorą istotą, byłabym uradowaną, gdybym cię ujrzała dziś u siebie między siódmą a ósmą godziną“.

 Rzecz naturalna, że bileciki były zredagowane w języku francuzkim.

 — Wielki Boże! Jakie wystąpienie gwałtowne a złośliwe! — książę odrzucił żartobliwie, nie zmięszany, ani zaniepokojony niezwykłem przyjęciem.

 Książe miał na sobie strój dworski, galowy, złotem bogato haftowany i okryty mnogiemi dekoracjami; pończochy jedwabne i płytkie trzewiki ze sprzączkami. Jego twarz płaska uśmiechała się wiecznie. Wyrażał się ową wytworną francuzczyzną której w tych czasach używano powszechnie w towarzystwie arystokratycznem. Wszak w owym czasie w Rosji, umieli nawet myśleć po francusku. Głos jego miał intonację łagodną, przyciszoną, przytem z lekkiem odcieniem protekcjonalnej wyższości człowieka wpływowego, który prawie wzrósł na dworze i postarzał się w tem dostojnem otoczeniu. Zbliżył się do Anny Pawłówny, ucałował jej rączkę, pochylając głowę nieco łysą, ale całą woniejącą, i usiadł rozparty wygodnie na miękkiej sofie.

 — Przed wszystkiem innem, droga moja przyjaciółko, uspokój moją troskę o twoje cenne zdrowie — odezwał się tonem słodziutkim, szarmanckim, w którym jednak przebijała się pewna lekceważąca żartobliwość i obojętność najzupełniejsza, pomimo powodzi słówek miodowych i grzecznostek.

 — Czyż mogę czuć się zdrową fizycznie, skoro cierpię moralnie? Serce tkliwe, czyż nie krwawi się co chwila obecnie? Spodziewam się, żeś wybrał się do mnie, książę kochany, na cały wieczór?

 — Nie, niestety; dziś mamy środę; poseł angielski daje bal. Muszę się tam pokazać. Przyjedzie po mnie moja córka.

 — Sądziłam że odłożono zabawę na inny dzień. Wyznam szczerze, że wszystkie te uczty wspaniałe i te ognie sztuczne zaczynają nudzić mnie śmiertelnie.

 — Gdyby byli przeczuli pani życzenie, byliby z pewnością bal odłożyli — książę bąknął machinalnie, niby zegarek dobrze nakręcony, nie roszcząc zresztą do tego pretensji, żeby ktokolwiek słowa jego miał brać serjo.

 — Nie przekamarzaj się ze mną książe, proszę bardzo. Ot! powiedz mi lepiej, ty, co wiesz wszystko, co postanowiono ostatecznie w sprawie depeszy Nowosilcowa?

 — Cóż mogę pani o tem powiedzieć? — Książe wzruszył nieznacznie ramionami z wyrazem nudy i wielkiego zmęczenia... — Chcesz wiedzieć na co się zdecydowano? Otóż, uznano że Bonaparte zamknął sobie drogę do wycofania się i zdaje się, że my coś podobnego uczynić zamyślamy.

 Książę Bazyli mówił ciągle od niechcenia, niby aktor powtarzający rolę odwieczną. Panna Scherer przeciwnie, siliła się mimo lat czterdziestu na żywość w każdej rozmowie. Starała się uchodzić za kobietę pełną zapału i animuszu. Zdarzało jej się często egzaltować na zimno, gdy nie miała do tego najmniejszej ochoty, jedynie by nie zawieść oczekiwania swoich znajomych. Uśmieszek przyczepiony stale do jej ust, nie licował co prawda, z rysami jej twarzy zwiędłemi i zmęczonemi, dowodził atoli jej przeświadczenia, o tym miłym błędzie, z którego na wzór dzieciaków popsutych a rozpieszczonych, nie mogła, czy też nie chciała się poprawić. Rozmowa o polityce rozdrażniła do reszty Annę Pawłównę.

 — Ah! tylko mi nie wspominaj o Austrji! Prawdopodobnie nie rozumiem się na tem nic a nic; ale według mego zdania, Austrja nigdy nie chciała i obecnie nie chce wojny! Zdradza nas i Rosja samopas wyratuje Europę! Nasz dobroczyńca ma poczucie swojej wielkiej misji, i nie zaniedba doprowadzić jej do skutku. Wierzę w to, i tego trzymam się duszą całą. Rolę wspaniałą odegra nasz cesarz najmiłościwszy, tak dobry, tak szlachetny! Bóg go nie opuści. Spełni swoje zadanie, zetrze na miazgę hydrę straszliwą rewolucji, która, jeśli to możebne, przybrała postać jeszcze ohydniejszą, gdy nią zawładnął ten potwór, ten morderca! Do nas należy zapłacić mu za krew sprawiedliwego, niewinnie przelaną. Czy można tu komu ufać, pytam cię książe? Anglja ma umysł zajęty wyłącznie sprawami handlowemi, nie zdolną jest zatem pojąć podniosłość i szlachetność duszy cesarza Aleksandra! Odmówiła odstąpienia wyspy Malty. Cóż odpowiedzieli Nowosilcowowi? Nic! Nie, nie, oni nie rozumieją abnegacji naszego monarchy, który dla siebie nie żąda niczego i pragnie tylko dobra całej ludzkości. Jakież ich obietnice? Żadne! A choćby i byli co obiecywali, czy możnaby się na to spuścić? Czyż Prusy nie ogłosiły Napoleona niezwyciężonym, Europę zaś nie zdolną do walki z nim? Nie wierzę ani Hardenbergowi, ani Haugwitzowi. Owa sławiona pruska neutralność, to prosta pułapka. Ufam jedynie Bogu i wzniosłemu przeznaczeniu naszego cesarza najmiłościwszego, przyszłego zbawcy całej Europy.

 Zatrzymała się nagle, z uśmiechem łagodnym, że dała się tak unieść namiętnemu zapałowi.

 — Czemuż nie jesteś pani na miejscu naszego milutkiego Wintzengroda! Dzięki twojej świetnej wymowie, byłabyś wzięła szturmem przyzwolenie króla Pruskiego. Koniec końców... czy mogę spodziewać się herbaty?...

 — Ależ natychmiast!... O czemże to miałam mówić? — teraz była znowu całkiem spokojna. — Aha, już wiem! Czekam dzisiaj i spodziewam się dwóch ludzi niesłychanie interesujących; wicehrabiego de Mortemart, spokrewnionego przez Rohanów z książętami Montmorency. Jedna z najświetniejszych rodzin we Francji. Emigrant, ale z tych dobrych, czystej wody! Drugim jest ksiądz Morjo. To umysł tak głęboki... Wiesz zapewne książe, iż był on na prywatnej audjencji u samego cesarza.

 — Tak? Będzie mi nader przyjemnie... Powiedz że mi pami — książe mówił z coraz większą nonszalansją, jakby szukał dopiero po głowie o co ma pytać, a tymczasem to pytanie było celem głównym tych odwidzin — chciej mi powiedzieć łaskawie, czy to jest prawdą rzeczywiście, że cesarzowa matka ma życzyć sobie zamianowania barona Funcke pierwszym sekretarzem poselstwa w Wiedniu? Baron wydaje mi się takiem zerem!

 Książe Bazyli pożądał właśnie tego miejsca, które starano się zdobyć dla barona Funcke, przez protekcją cesarzowej Marji Fedorówny, a pożądał go dla swego syna.

 Anna Pawłówna, przymknęła oczy. To miało znaczyć, że ani ona, ani nikt w ogóle nie wie, co może podobać się lub niepodobać najjaśniejszej pani.

 — Barona Funcke poleciła cesarzowej matce jej siostra — przemówiła tonem smutnym i dziwnie oschłym.

 Wymawiając te słowa Anna Pawłówna starała się nadać całej fizjonomji wyraz głębokiego i szczerego poświęcenia, z pewnym odcieniem melancholji. Tak zawsze wyglądała, ilekroć przyszło jej wspomnieć z namaszczeniem, o jej dostojnej protektorce. Przymknęła ponownie oczy, dodając nawiasem, że najjaśniejsza pani okazuje wiele łaskawości baronowi Funcke.

 Książę zamilkł, na pozór najzupełniej obojętny. A jednak Anna Pawłówna, z taktem i sprytem kobiety i w dodatku damy dworskiej, zadrapnęła go delikatnie pazurkiem za karę, że ośmielił się wydać sąd zuchwały o kimś, kogo polecono specjalnie dobroci niewyczerpanej carowej matki. Zaraz jednak pospieszyła pocieszyć księcia.

 — Mówmy trochę o pańskich dzieciach. Czy wiesz, książe, że twoja córka wprawia w zachwyt i jest rozkoszą całego naszego towarzystwa, od kiedy w świat weszła? Znajdują ogólnie, że jest prześliczną, czarującą.

 Książę skłonił się nisko, co miało oznaczać jednocześnie jego głęboki szacunek i wdzięczność.

 — Ileż razy uderzył mnie w życiu rozdział niesprawiedliwy szczęścia ziemskiego — wiodła dalej rozmowę Anna Pawłówna po krótkiej chwili milczenia. Przysunęła się bliżej, do księcia z uśmiechem najmilszym, chcąc mu dać do zrozumienia, że porzuca dziedzinę polityki, a nawet zwykłą gawędkę salonową, aby porozmawiać z nim od serca, jak z przyjacielem. — Dlaczego, naprzykład los obdarował ciebie, mój książe, tak miłemi dziećmi, z wyjątkiem Anatola, twego syna młodszego, którego wcale nie lubię? — dodała tonem stanowczym, osądzając go nieodwołalnie, z brwiami zmarszczonemi. — Jesteś ostatnim, który może je ocenić, zatem nie wart jesteś takich dzieci...

 Uśmiechnęła się swoim uśmiechem pełnym zapału.

 — Cóż pani chcesz? — książę potrząsł głową. — Lawater byłby odkrył z pewnością, że nie ma w mojej czaszce guza miłości ojcowskiej.

 — Dość tych żartów mości książe. Chcę pomówić z tobą całkiem serjo. Jestem mocno niezadowolona z twojego syna młodszego, mówiąc nawiasem. Wspominano o nim w obec jej carskiej mości (twarz mówiącej przybrała ponownie wyraz melancholiczny). Ubolewano nad tobą...

 Książę na razie nic nie odpowiadał. Ona patrzyła na niego w milczeniu i czekała.

 — Nie wiem doprawdy co począć — odrzucił wreszcie rozdrażniony. — Jako ojciec, robiłem co mogłem, aby ich wykształcić, a obydwaj są do niczego. Hipolit przynajmniej jest głupcem spokojnym, gdy przeciwnie młodszy Anatol, to głupiec niesforny i burzliwy. Jedyna to różnica między nimi.

 Tym razem uśmiechnął się szczerzej, dobitniej i coś gburowatego, nieprzyjemnego, zarysowało się w końcach jego ust mocno pomarszczonych i zapadniętych.

 — Ludzie, jak ty książe, nie powinniby mieć dzieci. Gdyby nie to twoje ojcostwo, nie mogłabym ci nic zarzucić — rzekła po chwili panna Scherer zamyślona.

 — Jestem, jak pani wiadomo, twoim wiernym niewolnikiem. To też li przed tobą jedną, mogę wyspowiadać się całkiem szczerze. Dzieci są dla mnie tylko nieznośnym ciężarem i krzyżem, który muszę rad nie rad dźwigać na ramionach przez resztę życia. Tak się na tę kwestję zapatruję. Cóż robić?... — zamilkł, wyrażając niemym ruchem swoje poddanie losowi nieubłaganemu.

 Anna Pawłówna zdawała się dumać i nad czemś zastanawiać.

 — Czyś nigdy książe o tem nie pomyślał, żeby ożenić tego twego „syna marnotrawnego“? Stare panny, jak złośliwi utrzymują, mają fiksacją swatów, i żenienia ludzi. Nie sądzę żebym i ja podpadała tej słabości, a jednak upatrzyłam dla niego młodą osobę, naszą daleką krewnę, księżniczkę Bołkońską, która ma być najnieszczęśliwszą przy boku ojca, dziwaka niesłychanego.

 Książę Bazyli nic na to nie rzekł; pewien jednak ruch głową dowodził, że decyduje się szybko. Szybkość ową posiadają bardzo często ludzie światowi. Namyślają się w jednej chwili, dochodząc natychmiast do tej lub owej konkluzji.

 — Czy wiesz pani, że ten mój hultaj, Anatol, kosztuje mnie czterdzieści tysięcy rubli rocznie? — westchnął, wypowiadając głośno myśli smutne, nurtujące mu po głowie. — Cóż to będzie za lat pięć, jeżeli pohula tak dalej? Oto cały zysk z tytułu ojcowskiego... Czy bogata ta twoja księżniczka?

 — Ojciec jej pan miljonowy, w dodatku skąpiec zawołany! To ten sam sławny książę Bołkoński, któremu kazano porzucić służbę wojskową za życia cara nieboszczyka, i którego nazywano „królem pruskim“... Ma być bardzo rozumny, ale dziwaczny i nader trudny, prawie nie do zniesienia w pożyciu codziennem. Biedną dziewczynę ponoś na śmierć zamęczą. Jest ich tylko dwoje. Brat jej ożenił się niedawno z Lizą Heinenn, i zamianowano go adjutantem Kotuzowa. Lizę zobaczysz książę za chwilę.

 — Moja droga Anetto — książe pochwycił nagle pannę Scherer za obie ręce — wyświadczyłabyś mi największą łaskę, doprowadzając do skutku te swaty, i zostałbym na całe życie twoim najpoddańszym niewolnikiem... jak zwykł podpisywać się na każdym raporcie mój rządca. Jest z dobrego rodu i bogatą. Tego mi właśnie potrzeba.

 Poczem, ruchem wytwornie poufałym, czem się odznaczał; ucałował rączkę damy dworskiej, ściskając ją czule w swojej dłoni. Tego dokonawszy rozparł się wygodniej i spojrzał w inną stronę.

 — Dobrze... posłuchajże mnie książe — odrzuciła Anna Pawłówna. — Jeszcze dziś wieczór pogadam o tem z Lizą Bołkońską. Kto wie? może to się da zrobić. W interesie twojej rodziny zacznę przyuczać się rzemiosła staro-panieńskiego, i zabiorę się na serjo do swatów.

II.

 Salon Anny Pawłówny zapełniał się zwolna. Zbierał się tam sam kwiat „towarzystwa“ petersburskiego. Wprawdzie towarzystwo składało się z osób różniących się z sobą tak wiekiem jak i usposobieniem. Wszyscy jednak wyszli jak to mówią: z pod jednego stempla. Córka księcia Bazylego, piękna Helena, właśnie przybyła aby zabrać ojca na bal do ambasady angielskiej. Była w stroju balowym, z liczbą złotą na ramieniu, jako freilina carowej. Nie brakło tam również kobietki najponętniejszej z całego Petersburga, drobniutkiej, śliczniutkiej i młodziutkiej księżny Bołkońskiej. Wyszła zamąż przeszłej zimy. Obecnie będąc w stanie poważnym nie mogła pokazywać się na wielkich balach; bywała jednak tu i owdzie na mniejszych zebraniach, w domach dobrych znajomych. Znajdował się również w salonie Anny Pawłówny książę Hipolit, starszy syn księcia Bazylego. Wszedł jednocześnie z Mortemart’em, którego przedstawiał wszystkim swoim znajomym. Przybył również ksiądz Morio, i wielu, wielu innych...

 — Widzieliście moją ciotkę? Nie znacie jeszcze mojej ciotki? — powtarzała bez zmiany każdemu z zaproszonych Anna Pawłówna, prowadząc ich do małej niskiej staruszki, z olbrzymim tokiem aksamitnym na głowie, która zjawiła się właśnie w salonie. Panna Scherer przenosiła zwolna spojrzenie powłóczyste, z przedstawionego na ową „ciocię“, i odchodziła natychmiast, aby przyprowadzić kogoś nowego. Wszyscy dopełniali ceremonji obowiązkowej przy tej ciotce nikomu nieznanej, nikomu na nic nie przydatnej, i która wszystkich na śmierć zanudzała. Anna Pawłówna słuchała i przytakiwała wymianie grzecznostek z obu stron, z miną uroczystą i smętną jednocześnie. Ciotunia zaś używała niezmiennie jednych i tych samych frazesów. Zapytywała troskliwie o zdrowie każdej osoby jej przedstawionej, następnie wspominała nawiasem o zdrowiu własnem i o zdrowiu najjaśniejszej pani: „które dzięki niebu polepszyło się znacznie“. Z grzeczności, starano się nie okazywać zbytniego pośpiechu, i nie zmykać natychmiast, ale wystrzegano się jak ognia, żeby nie znaleść się powtórnie w ciągu wieczora w bliskości nudnej staruszki. Młodziutka księżna Bołkońska przyniosła jakąś robótkę w torebce aksamitnej, złotem haftowanej, którą (jak wszystko zresztą) nazywano z francuzka ridicule’m. Jej górna warga prześliczna, malutka, a pełna i pąsowa jak wisieńka, pokryta lekkim, ciemnym meszkiem, nie mogła nigdy, mimo widocznego usiłowania złączyć się ściśle z wargą niższą. Ten wyskok natury, nadawał jej pewne piętno oryginalności, czyniąc ją tem ponętniejszą. Buzia przez pół otwarta, była jednym więcej urokiem, tej ślicznej i najmilszej osóbki. Każdy podziwiał młodziutką kobietę, pełną życia i zdrowia, która mając wkrótce zostać matką, znosiła tak lekko i swobodnie ten wielki ciężar. Zamieniwszy z nią słów kilka, wszyscy, czy to młodzi, znudzeni i zblazowani, czy starcy w humorze ponurym z powodu męczącej ich pedogry, lub jakiej innej choroby, nieodłącznej od wieku sędziwego, wyobrażali sobie, że są do niej podobni, lub że umieli być dla niej szczególniej przyjemnymi, tak potrafiła ująć i oczarować każdego swoim rozkosznym uśmieszkiem, i słówkami dowcipnemi, przyczem błyszczały jej bielutkie ząbki.

 Drobniutka i malutka księżna obeszła stół w koło, krokiem chwiejnym, kaczkowatym i zasiadła na kanapie obok samowaru, z minką osoby, która tylko o tem myślała, żeby sprawić przyjemność tak sobie jak drugim.

 — Przyniosłam moją robótkę — przemówiła otwierając torbeczkę i zwracając się z tem niejako do całego towarzystwa. — Strzeż się Anetko, mojego srogiego odwetu; widzę żeś mi spłatała nie lada figla. Napisałaś, że twój wieczorek będzie złożony z kilku zaledwie najserdeczniejszych, i oto ubrałam się jak nietoperz...

 Wyciągnęła przed siebie ramiona, jakby chciała pokazać lepiej elegancką suknię jedwabną popielatą, obszytą koronkami i związaną poniżej piersi od niechcenia pasem szerokim.

 — Bądź spokojna Lizo, będziesz zawsze najpiękniejszą.

 — Czy wiecie państwo, że mąż mnie porzuca? — mówiła dalej zwracając się z tym samem tonem do całego towarzystwa — chce gwałtem dać się zabić! Po co też ta straszna wojna? — spytała księcia Bazylego.

 Nie czekając na jego odpowiedź, rozpoczęła rozmowę z księcia córką, piękną Heleną.

 — Co też to za miła osóbka, ta malutka księżna — szepnął książę Bazyli na ucho Annie Pawłównie.

 W chwilę później zjawił się gość nowy w salonie. Był nim młody człowiek otyły i ciężki, z włosami obciętemi przy samej głowie. Nosił okulary. Był ubrany według ostatniej mody, w jasne pantalony, z olbrzymim żabotem na piersiach, w wierzchniem ubraniu barwy bronzowej. Był on synem naturalnym hrabiego Bestużewa, wielkiego pana, grającego rolę wybitną za czasów Katarzyny, który teraz dogorywał w Moskwie. Młodzieniec ten nie obrał sobie dotąd żadnego zawodu; wracał obecnie z zagranicy, gdzie go kształcono, i po raz pierwszy pokazywał się w wyższem towarzystwie. Anna Pawłówna przyjęła go owym ukłonem, którym obdarzała gości najmniej u niej znaczących. Na widok Piotra jednakże, mimo, że mu ledwie głową skinęła, w jej fizjonomji odbił się niepokój, połączony z trwogą, jakiej doznajemy, patrząc na przedmiot olbrzymich rozmiarów, który nie został ustawiony w miejscu właściwem. Piotr rzeczywiście górował po nad całem towarzystwem. Niepokój Anny Pawłówny pochodził jeszcze z innej przyczyny: lękała się tego wzroku poczciwego i nieśmiałego, patrzącego atoli bystro i oceniającego wszystko szczerze, czem wyróżniał się najzupełniej pośród zgromadzonych.

 — Bardzo to grzecznie z twojej strony, panie Piotrze, żeś przyszedł odwidzieć biedną chorę — bąknęła zamieniając z ciotką w chwili, gdy jej przedstawiała nowoprzybyłego, spojrzenie pełne pomieszania.

 Piotr wycedził nawzajem słów kilka niezrozumiałych, powodząc dalej w koło oczami. Nagle uśmiechnął się wesoło, skinął głową poufale malutkiej księżnej, którą znał dobrze, skłonił się sztywnie „ciotuni“, i nie czekając nawet na koniec frazesu tradycjonalnego o zdrowiu najjaśniejszej pani, drapnął czemprędzej. Nie daremnie czuła Anna Pawłówna trwogę instynktową, na widok tego olbrzyma. Zatrzymała go przerażona:

 — Znasz pan księdza Morio? — spytała. — Człowiek niesłychanie interesujący...

 — Słyszałem o nim i o jego projekcie pokoju wiecznego; paradoks przedstawiony nader dowcipnie... ale niestety niewykonalny.

 — Tak pan sądzisz? — wtrąciła Anna bezmyślnie, byle coś odpowiedzieć i nie wyjść z roli uprzejmej gospodyni.

 Piotr popełnił natychmiast błąd drugi, postępując w brew przyjętym formom, w doborowem towarzystwie: porzucił bowiem za prędko osobę z nim rozmawiającą, nie czekając końca frazesu, a teraz znowu zatrzymywał tamtą, która pragnęła skończyć z nim i odejść. Tłumaczył jej szeroko i długo, z nogami rozstawionemi i jakby przykutemi do posadzki, dla czego projekt księdza Morio jest wprost niemożliwym.

 — Pogadamy o tem później — przerwała mu z uśmiechem Anna.

 Skoro udało się jej pozbyć młodego człowieka, niemającego wyobrażenia o delikatnych formach światowych, wróciła do swoich zajęć. Odtąd patrzyła i nadsłuchiwała, gotowa przyjść w pomoc słabszym i podtrzymać rozmowę urywającą się z braku tematu zajmującego. Naśladowała w tem podmajstra w przędzalni. Ten przechadzając się pomiędzy robotnikami, zwraca baczną uwagę tak na ruchy, jak i ton fałszywy, niezwykły, wrzecion u kołowrotków. Stara się on bądź zatrzymać takowe, bądź też puścić je w ruch na nowo w tempie właściwem. I Anna Pawłówna przechadzając się po swoim salonie, zbliżała się z kolei do kółka zupełnie milczącego, lub zbyt głośno rozprawiającego. Słówko z jej ust rzucone od niechcenia, przestawienie zręczne i umiejętne osób w inne miejsce, ożywiało rozmowę, albo uspakajało dysputę nadto gorącą i znowu szło wszystko spokojnie, przyzwoicie, aż miło! Strach, którego jej Piotr napędził, był i teraz widocznym, wśród innych trosk i kłopotów gospodyni domu. Śledząc go wzrokiem niespokojnym, widzi, że zbliża się do osób otaczających Mortemart’a, a później zaś nadsłuchuje co mówią w kółku księdza Morio. Co się tyczy Piotra, wychowanego za granicą, był to jego pierwszy wieczór w Petersburgu i w ogole w Rosji. Wiedział że znajduje się w gronie ludzi najbardziej inteligentnych z całej stolicy. Nie można się było dziwić, że wytrzeszczał oczy, przenosząc wzrok szybko z jednych na drugich, na wzór dziecka wprowadzonego po raz pierwszy do wielkiego magazynu z zabawkami i lękał się utracić choćby jedno słówko, z rozmów dowcipnych i rozumnych, które w salonie prowadzono. Patrząc na te osoby pełne dystynkcji i pewności siebie, oczekiwał od każdej z nich słówka bystrego, dowcipnego i rozumnego. Rozmowa księdza Morio pociągnęła go sympatycznie. Zatrzymał się więc, czekając na dobrą sposobność, żeby wystąpić z własnem zdaniem: jest to poniekąd słabostką wszystkich młodzików.

III.

 Wieczór panny Scherer był w pełnym biegu. Wrzeciona pracowały bez przestanku we wszystkich kątach salonu, gładko i równo. Jedyny wyjątek stanowiła „ciotunia“ siedząca obok damy także już niemłodej, z twarzą żółtą pomarszczoną, z oczami wyblakłemi od łez, która była dziwnie pomieszana i nie swoja w tem świetnem towarzystwie. Utworzyły się w salonie trzy kółka odrębne. W środku pierwszego, gdzie przeważała płeć męzka stał ks. Morio, żywo rozprawiający. W drugiem, złożonem z samej młodzieży, błyszczała jak metor piękna Helena Bazylówna, obsypywana hołdami, składanemi u jej stóp, jak zwyczajnie; a dodawała mu pieprzyku i zacięcia pewnego, milutka i dowcipna księżna Bołkońska, mimo stanu poważnego, świeża i ponętna, jak róża. W trzecim kółku prezydowała panna Scherer, z nieodstępnym od jej boku wicehrabią Mortemart’em.

 Wicehrabia, o rysach łagodnych i wzięciu wytwornem, prawdziwie salonowem, pozował na człowieka sławnego. Dla przyzwoitości jedynie zostawiał towarzystwu które go otaczało staranie żeby mu oddawało cześć należną, sam zaś usuwał się skromnie z pierwszego planu. Anna Pawłówna używała go i wyzyskiwała jego osobistość jak wprawny w służbie kamerdyner, który zaleca pewne potrawy wyborowe i smakowite. To samo przyrządzone innemi rękami, byłoby może nie do jedzenia. W ten sposób, potraktowała swoich gości najprzód Mortemart’em, następnie ks. Morio, dwoma kąskami niesłychanie delikatnego smaku. W koło Mortemart’a rozprawiano o zamordowaniu księcia d’Enghien. Wicehrabia utrzymywał, że książę zginął samochcąc, przez zbytek szlachetności, Bonaparte zaś, miał przyczyny osobiste, dla których go znienawidził.

 — Ah tak! opowiedz nam to hrabio — zawołała wesoło Anna Pawłówna, której ten frazes francuzki contez-nous-cela, wydał się czemś przypominającem czasy Ludwika XV.

 Hrabia uśmiechnął się słodziutko i skinął głową na znak przyzwolenia. Utworzono koło, Anna Pawłówna zaś wszystkich zachęcała do słuchania ze skupieniem.

 — Hrabia — rzekła cichutko do jednego sąsiada najbliższego — znał księcia jak najściślej; hrabia — powtórzyła drugiemu — opowiada cudownie! hrabia — szepnęła na ucho komuś trzeciemu — należy do sfer najwyższych; widzi się to na pierwszy rzut oka.

 Oto w jaki sposób hrabia został podany publiczności zgromadzonej, jako nader wytworna zwierzynka. Trzeba przyznać, że podawano go w sposób dystyngowany i zachęcający. Uśmiechnął się znowu znacząco, zanim rozpoczął opowiadanie.

 — Usiądź tu bliżej przy mnie, kochana Helenko — przemówiła czule Anna Pawłówna do młodej osoby, która stanowiła centrum innej grupy.

 Księżniczka Helena zachowała wstając ten sam uśmieszek niewzruszony, który igrał na jej ustach, odkąd weszła do salonu. Był on niejako dopełnieniem tej piękności tryumfującej i nie mającej równej sobie. Dotykając zaledwie mężczyzn po drodze swoją białą suknią gazową, przybraną nenufarami i trawami morskiemi — mężczyźni zresztą usuwali się pospiesznie aby jej zrobić miejsce, szła zwolna, cała lśniąca blaskiem pereł i brylantów, połyskiem włosów i oczów prześlicznych, alabastrową białością szyi i ramion, obnażonych jak tego wymagała toaleta balowa. Nie patrzyła właściwie na nikogo; uśmiechała się jednak do wszystkich. Zdawała się udzielać niejako prawa każdemu, podziwiania jej kibici wspaniałej, ramion toczystych, i biustu mocno odsłoniętego według mody ówczesnej. Helena była tak cudownie piękną, że nie miała w sobie cieniu zalotności. Czuła się przeciwnie prawie zażenowaną pięknością tak doskonałą i tryumfującą. Radaby była prawie osłabić tejże wrażenie, ale nie mogła tego dokazać.

 — Jaka czarująca! Jaka piękna! — wykrzykiwano mimowolnie spojrzawszy na nią.

 Hrabia drgnął nieznacznie i spuścił powieki, jakby nie mógł znieść blasku tej postaci uroczej, tego zjawiska nadziemskiego, gdy Helena siadała naprzeciw, oświetlając go swoim nieśmiertelnym uśmieszkiem.

 — Jestem zupełnie onieśmielony — rzekł — podobnem audytorjum.

 Z ramieniem opartem na stoliczku marmurowym, z główką na dłoni, Helena nie uznała za potrzebne odpowiedzieć cokolwiek na ten komplement. Uśmiechnęła się i czekała. Dopóki trwało opowiadanie, siedziała sztywnie wyprostowana; spozierając kiedy niekiedy to na piękną i pulchną rączkę, to na gors jeszcze ponętniejszy. Bawiła się przytem perłami na szyi, bransoletą brylantową, układając także suknię, aby nie zmięła się przypadkiem. W miejscach szczególniej dramatycznych spozierała ukradkiem na Annę Pawłównę, aby naśladować wyraz jej fizjonomji; poczem wracała czemprędzej do swojego spokojnego i bezmyślnego uśmieszku.

 I malutka księżna Bołkońska wyszła z po za stołu herbacianego:

 — Zaczekajcie chwilkę moi państwo... wezmę tylko moją robótkę. O czemże książe tak się zamyśliłeś? — rzuciła od niechcenia Hipolitowi Bazylewiczowi. — Ruszże się przecie i przynieś mi mój ridicule.

 Księżna szczebiocąc i śmiejąc się głośno, spowodowała ogólne poruszenie.

 — Bardzo mi tu dobrze — mówiła dalej usiadłszy na fotelu, który podsunął jej książę Hipolit, oddając torbeczkę jednocześnie.

 „Czarujący Hipcio“, był uderzająco podobny do siostry „piękniejszą od najpiękniejszych“, pomimo że był znakomicie brzydkim. Rysy były prawie te same; tylko u siostry przeistoczone i opromienione uśmieszkiem rozkosznym, młodocianym, pełnym zadowolenia, i klasyczną doskonałością tak linji w twarzyczce, jak i w całej ciała budowie. Przeciwnie w brata fizjonomji, odbijał się prawie idjotyzm, połączony z humorem wiecznie kwaśnym i nadąsanym. Postać jego była wątła i chuda jak szczypka; oczy, nos, usta zdawały się łączyć w jedno skrzywienie nieokreślone i znudzone, podczas gdy jego długie nogi i ręce jeszcze dłuższe, skręcały się przybierając kształty iście niemożliwe.

 — Czy to będzie historja o upiorach — spytał tonem nosowym, wkładając na nos lornetkę, jakby mu miała ułatwić czy to wysłowienie się, czy też zrozumienie przedmiotu, o którym będzie mowa.

 — Bynajmniej — bąknął hrabia osłupiały.

 — Bo podobnych rzeczy nie znoszę! — dodał Hipcio z miną, z której można było poznać, że odczuł po niewczasie całą doniosłość słów swoich. Mówił jednak zawsze z taką pewnością i naciskiem, że pytano się za każdym razem, gdy się z czem wyrwał, czy to było proste głupstwo, czy też głupstwo dowcipem zręcznie przysłonięte? Młody książę był ubrany we frak ciemno-zielony z długiemi połami, w pantalony koloru ciała nimfy wzruszonej (jak sam się o nich wyrażał;) na nogach miał płytkie trzewiki ze sprzączkami brylantowemi.

 Hrabia opowiadał gładko i przyjemnie anegdotę powtarzaną w Paryżu z ust do ust, o księciu d’Enghien. Miał on się udać potajemnie do Paryża na schadzkę z panną George i spotkał się tam z Bonapartem, dla którego artystka znakomita była również łaskawą... Wskutek tego nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Napoleon dostał był jednego z owych ataków nerwowych, którym czasem podpadał, a które ubezwładniały go na przeciąg kilku godzin. Był więc rzucony na pastwę swojemu rywalowi. Książę jednak nie korzystał z tej sposobności; Bonaparte zaś następnie tak odwdzięczył mu się za jego wspaniałomyślność, że kazał go najnikczemniej zamordować. Opowiadanie prowadzone zręcznie, stawało się szczególniej dramatycznem w chwili spotkania dwóch rywali u sławnej aktorki. Damy słuchające, były do głębi wzruszone.

 — Cudownie! — szepnęła Anna Pawłówna, badając spojrzeniem małą księżnę.

 — Niesłychanie zajmujące! — powtórzyła Liza niby echo, wpinając igłę w robotę na znak, że czar opowiadania tak jej myśl przykuwa, iż nie jest w stanie dłużej haftować.

 Hrabiemu pochlebiało niezmiernie to nieme uznanie i gotował się mówić dalej, gdy Anna nie spuszczająca z oka „strasznego“, zbiegającego się Piotra, widząc go, jak o czemś żywo i głośno rozprawia z księdzem Morio, podbiegła ku nim, aby zażegnać wcześnie możliwe niebezpieczeństwo. Udało się Piotrowi rzeczywiście wciągnąć księdza w rozmowę o równowadze politycznej, i księżunio zachwycony naiwnym zapałem młodego słuchacza, rozwijał przed nim szeroko i długo projekt czule przezeń upieszczony. Obaj mówili głośno z żywością i uniesieniem, co właśnie niepodobało się pannie Scherer.

 — Jakim sposobem, pytasz hrabio? Ależ równowaga polityczna, toć odwieczne prawo ludzkości! — ksiądz zapalał się coraz bardziej. — Jedno państwo silne jak Rosja, używająca sławy zacofanej i barbarzyńskiej, niech stanie uczciwie i szczerze na czele przymierza mającego na celu równowagę Europy, a świat będzie uratowany.

 — Jakżeby jednak było możliwem ugruntować ową równowagę? — zauważył Piotr w tej samej chwili, kiedy Anna Pawłówna zmierzywszy go wzrokiem surowym, spytała nagle Włocha, o ile znosi mroźny klimat Północy? Twarz księdza zmieniła się natychmiast; przybrał wyraz słodziutko-czułostkowy, który go nigdy nie opuszczał gdy mówił z kobietami.

 — Odczuwam nadto żywo czar inteligencji i rozumu towarzystwa pań, do którego mam zaszczyt należeć, abym miał czas zastanawiać się nad ostrym tutejszym klimatem — odrzucił najuprzejmiej, podczas gdy panna Scherer usiłowała zbliżyć obu i wcielić niejako do swego kółka, aby nie tracić ich z oczu.

 Wszedł jeszcze jeden gość do Anny salonu: był nim młody książę Bołkoński, mąż milutkiej Lizy; przystojny mężczyzna, wzrostu średniego, z rysami wybitnemi, z wyrazem twarzy ostrym i surowym. Wszystko w nim, zacząwszy od wzroku wiecznie zamglonego i zmęczonego, a skończywszy na chodzie równym i spokojnym, stanowiło kontrast w oczy uderzający z jego drobniutką żoneczką, tak żywą i ruchliwą. Znał całe towarzystwo w salonie zgromadzone. Wszyscy nudzili go na śmierć, i byłby drogo opłacił możliwość niewidzenia i niesłyszenia nikogo z pomiędzy nich, nie wyłączając nawet własnej żony. Zdawać się mogło, że do niej cierpiał szczególniejszą antypatję, odwrócił się bowiem od niej z takiem skrzywieniem, że prawie zbrzydła jego twarz wcale piękna i wyrazista. Pocałował w rękę Annę Pawłównę, spojrzawszy w koło chmurnie z brwiami ściągniętemi.

 — Gotujesz się książę do wojny? — spytała.

 — Jenerał Kotuzow raczył przyjąć mnie na swego adjutanta — odrzucił Bołkoński, akcentując mocno, rosyjską sylabę „zow“.

 — A twoja żona?

 — Pojedzie na wieś.

 — Że też nie wstydzisz się książe, pozbawiać nas towarzystwa twojej najmilszej, zachwycającej żoneczki.

 — Jędrusiu! — zawołała malutka księżna, tak samo kokietująca męża, jak i wszystkich zresztą — gdybyś wiedział, jaką nam tu opowiadał interesującą historyjkę wicehrabia o pannie George i Bonapartem.

 Książę Andrzej skrzywił się znowu niemiłosiernie i odszedł nie oglądnąwszy się nawet.

 Piotr czatujący na niego odkąd wszedł i ścigający go wzrokiem wesołym a pełnym przychylności, zbliżył się teraz aby mu podać dłoń do uścisku. Teraz dopiero, gdy spojrzał w twarz uśmiechniętą i poczciwą Piotra, rozchmurzyło się księcia czoło i jego twarz nagle wypiękniała, opromieniona również uśmiechem szczerym i serdecznym.

 — Ejże! i ty zatem należysz do naszego świata wielkiego.

 — Wiedziałem że ty tu będziesz. Radbym pójść do ciebie na kolacją, czy mogę? — dodał Piotr cichuteńko, żeby nie przeszkadzać wicehrabiemu, który dotąd jeszcze nie skończył opowiadania.

 — Nie, nie możesz! — roześmiał się w głos Bołkoński, dając mu do zrozumienia ciepłym ręki uściskiem, jak niepotrzebnem wydało mu się owe pytanie ceremonjalne ze strony przyjaciela.

 Chciał mu jeszcze coś powiedzieć, gdy powstali książę Bazyli i jego córka. Zaczęto usuwać się, aby im do drzwi głównych drogę utorować.

 — Chciej nam wybaczyć, kochany wicehrabio — przemówił książę Bazyli zmuszając ugrzecznionego Mortemart’a, żeby nie ruszał się wcale z fotelu. — Ten nieszczęsny bal w poselstwie Angielskiem, pozbawia nas największej przyjemności i musimy przerwać twoje tak zajmujące opowiadanie. Ze szczerym żalem opuszczamy twój najmilszy wieczór, kochana Anno Pawłówno!

 Jego córka potrafiła przesunąć się pomiędzy krzesłami, przytrzymując suknię jedną ręką, i z uśmiechem wiecznym na ustach. Piotr wytrzeszczył oczy na tę piękność olśniewającą, z zachwytem pomięszanym z rodzajem trwogi zabobonnej.

 — Prześliczna! — bąknął książę Andrzej od niechcenia.

 — Bezwątpienia! — odrzucił Piotr.

 Książę Bazyli uścisnął dłoń obu, obok nich przechodząc.

 — Zlituj się pani! — zwrócił się błagalnie do Anny Pawłówny — okrzesaj mi trochę tego niedźwiadka. Mieszka u mnie rok blisko, a raz pierwszy widzę go w porządnem towarzystwie. Nic zaś tak nie kształci i nie cywilizuje młodego człowieka jak towarzystwo dam dystyngowanych.

IV.

 Anna Pawłówna przyrzekła ze śmiechem zająć się Piotrem, o którym wiedziała, że jest z księciem Bazylim spokrewniony przez ojca. Poważna dama, siedząca obok „ciotuni“, zerwała się nagle i dopędziła księcia Bazylego w przedpokoju. Jej twarz o wyrazie dobrodusznym, z policzkami zapadniętemi, z oczami wyblakłemi od płaczu, starała się dotąd okazywać wielkie zainteresowanie się i uwagę wytężoną. Obecnie odmalował się w niej niepokój i trwoga.

 — Cóż mi powiesz książę o moim Borysie? — Wymawiała imie Borysa, kładąc nacisk na samogłoskę „O“. — Nie mogę zostać dłużej w Petersburgu. Powiedz-że mi z łaski swojej, co mam zwiastować memu chłopcu biednemu?

 Mimo widocznej przykrości i prawie impertynenckiego traktowania ze strony księcia Bazylego, uśmiechnęła się i przytrzymała go siłą mocą, aby jej nie uciekł.

 — Cóżby cię to kosztowało przemówić słówko, wspomnieć o nim najjaśniejszemu panu? Wziętoby go zaraz do carskiej gwardji!

 — Bądź księżna przekonaną, że zrobię co tylko będzie w mojej mocy, trudno mi jednak żądać czegoś podobnego od najjaśniejszego pana. Radziłbym ci szczerze, udać się z tem raczej do Rumiancowa za pośrednictwem księcia Galiczyna. To byłaby droga najprostsza.

 Niemłoda kobieta nazywała się księżną Trubeckoj. Był to jeden z pierwszych rodów w Rosji. Zubożawszy usunęła się od świata od dawna, i wyszła zupełnie ze stosunków z dawniejszymi znajomymi. Przybyła tylko po to do Petersburga, aby ułatwić synowi jedynemu przyjęcie do gwardji przybocznej. W nadziei że zastanie tam księcia Bazylego, przyszła na wieczór do panny Scherer. Jej twarz niegdyś bardzo piękna, drgnęła kurczowo; uczuła się tknięta do żywego księcia niegrzecznem lekceważeniem. Trwało to jednak nader krótko. Opanowała rozdrażnienie i uśmiechnęła się na nowo, przytrzymując silniej ręką księcia:

 — Posłuchaj mnie książe, nigdy niczego nie żądałam od ciebie i na przyszłość niczego więcej żądać nie będę. Nigdy również nie przechwalałam się przyjaźnią, która łączyła ojca mego z tobą. Teraz jednak na miły Bóg! uczyń to dla mego syna, a staniesz się naszym dobroczyńcą! — dodała szybko. — No! nie gniewaj się i przyrzeknij mi. Błagałam Galiczyna... odmówił mi wręcz. Bądź tym dawnym poczciwym serdecznym Bazylkiem — mówiła dalej głosem stłumionym, siląc się do uśmiechu, a z oczami łez pełnemi.

 — Papa! — przemówiła po francuzku księżniczka Helena, stojąca na progu. — Spóźnimy się najniezawodniej.

 I zwróciła ku ojcu swoją prześliczną twarzyczkę.

 Władza i wzięcie u dworu, są kapitałem, który powinno się bardzo oszczędzać. Książę Bazyli wiedział o tem lepiej od innych. Wstawiać się za każdym, kto udawał się do niego o protekcję, znaczyło tyle, co nie otrzymać nigdy nic dla siebie samego. Zrozumiał to od razu. Nader też rzadko używał dla kogokolwiek z proszących, swoich wpływów osobistych. Głos błagalny księżnej Trubeckoj zbudził w nim atoli coś, niby wyrzut sumienia. Przypomniała mu bowiem szczerą prawdę. Zawdzięczał rzeczywiście jej ojcu pierwsze kroki na arenie, gdzie czekała na niego tak świetna przyszłość. Zauważył również, że jest ona jedną z tych kobiet, z tych matek szczególniej, które wytrwale, bez wypoczynku, z uporem kamiennym, dążą do celu, dopóki nie stanie się zadość ich pragnieniom. Są gotowe, jeżeliby się nie uwzględniło ich proźb, prześladować kogoś co chwila i na każdem miejscu wyrzutami i scenami. Ta ostatnia pobudka szalę ku niej przechyliła.

 — Kochana Anno Michałówno — przemówił tonem znudzonym i ze zwykłą u niego nonszalansją — jestem prawie w niemożności uczynienia tego, czego wymagasz odemnie. Spróbuję jednak, aby dowieść ile jestem do ciebie przywiązanym i jak czczę pamięć twego ojca. Syn twój wejdzie do gwardji. Daję ci na to moje słowo! Czyś zadowolona?

 — Drogi przyjacielu, jesteś moim dobroczyńcą. Spodziewałam się tego po tobie; znam przecież twoją dobroć. Jeszcze słówko! — zawołała widząc, że myśli umknąć. — Gdy raz dostanie się do gwardji — zatrzymała się zawstydzona — jesteś w tak serdecznych stosunkach z Kotuzowem... Wspomnisz mu przychylnie o Borysie nieprawdaż? Mógłby przyjąć go na adjutanta. Byłabym wtedy zupełnie spokojną, i nigdy więcej...

 Książę uśmiechnął się drwiąco.

 — Tego nie mogę obiecywać. Odkąd zamianowano Kotuzowa wodzem naczelnym, jest przeciążony suplikami ze wszystkich stron. Sam mnie o tem zapewniał, że wszystkie damy z wielkiego świata w Moskwie, proponują mu to ustnie, to listownie, swoich synów na adjutantów.

 — Nie, nie, przyrzecz mi to, mój przyjacielu, mój dobroczyńco! inaczej jeszcze cię nie wypuszczę!

 — Papa! — powtórzyła tym samym tonem Helena — przyjdziemy na bal ostatni.

 — A zatem, do widzenia! Widzisz księżno nie mogę dłużej...

 — Wspomnisz zatem najjaśniejszemu panu?

 — Najniezawodniej; ale co do Kotuzowa, nie przyrzekam wcale!

 — Mój drogi Bazylku — szepnęła Anna Michałówna, z uśmieszkiem zalotnym na ustach, którym za młodu czarowała wszystkich. Zapomniała nieboga, że ten uśmiech dawny, nie licował wcale z jej twarzą zwiędłą, z bruzdami głębokiemi, wyżłobionemi przez łzy i troski. Nie myślała o swoim wieku, przywołując na pomoc cały arsenał kobiecej kokieterji. Zaledwie jednak książę znikł jej z oczu, twarz przybrała wyraz smutku i przygnębienia. Wróciła do kółka, w którem wicehrabia kończył opowiadanie, udając znowu wielkie zainteresowanie. Myślami atoli była przy synie i czekała tylko chwili sposobnej aby wynieść się z salonu, skoro załatwiła sprawę z księciem Bazylim.

 — Cóż państwo powiecie o tej ostatniej komedji z koronacją w Medjolanie? — wtrąciła panna Scherer — i o ludności z Genui i z Lucci, która zgromadziła się tłumnie, aby złożyć życzenia panu Buonapartemu. PanBuonaparte rozparty na tronie i wysłuchujący błagania narodów? Cudowne! Nie, jest od czego oszaleć, naprawdę! Możnaby przypuścić, że świat cały stracił głowę.

 Książę Andrzej uśmiechnął się patrząc na Annę Pawłównę:

 — Bóg mi ją daje, biada temu ktoby jej się tknął! — rzekł mimochodem.

 Były to słowa Bonapartego, które wypowiedział wkładając koronę na głowę.

 — Utrzymują, że mówiąc to wyglądał wspaniale — dodał i powtórzył po włosku: „Dio mi la dona, guai a chi la toca!“

 — Sądzę — Anna Pawłówna wzruszyła ramionami — że to będzie ową kroplą za wiele, która czarę przepełni. Monarchowie rzeczywiście nie mogą znosić dłużej człowieka, który jest dla nich groźbą uosobistnioną i nieustanną.

 — Monarchowie! Nie mam tu Rosji na myśli — odparł wicehrabia grzecznie ale ze smutkiem — monarchowie pani? A cóż oni zrobili dla Ludwika XVI., dla królowej, dla księżniczki Elżbiety? Nic — mówił dalej zapalając się coraz bardziej — i chciej mi pani wierzyć, są oni obecnie ukarani za zdradę, za sprzeniewierzenie się sprawie Burbonów. Monarchowie? Wszak wysyłają posłów z gratulacjami dla Uzurpatora!... — Machnąwszy ręką pogardliwie, wstał i usiadł opodal.

 Książę Hipolit, który nie przestał ani na chwilę przypatrywać się wicehrabiemu przez lornetkę, zwrócił się nagle ku księżnie Bołkońskiej, prosząc ją o igłę. Otrzymawszy takową zaczął rysować na stole i tłumaczyć jej z powagą niewzruszoną, herb Kondeuszów, jakby ona tego pragnęła i o to go prosiła.

 — Tarcza czerwona, w koło lazur i złoto.. dom Kondeuszów.

 Liza słuchała z uśmiechem.

 — Jeżeli Bonaparte zostanie rok jeszcze na tronie Francji — zaczął mówić znowu Mortemart, przyzwyczajony iść za swojemi własnemi myślami, a nie troszczyć się zbytecznie i nie zwracać uwagi na zdanie innych w kwestjach które znał na wskróś — wszystko ułoży się przedziwnie. Towarzystwo we Francji... mówię naturalnie o najlepszem... wyborowem... zostanie rozbite, zniszczone przez piekielne intrygi, gwałt, wygnanie i wyroki krwawe... a wtedy!...

 Wzruszył miłosiernie ramionami wyciągając obie ręce ku niebu. Piotr chciał mu wpaść w słowo; wyprzedziła go jednak panna Scherer, nie spuszczająca go z oka.

 — Car Aleksander — zaczęła z owym odcieniem melancholijnym, który zawsze przybierała mówiąc o carskiej rodzinie — zadecydował, że trzeba pozwolić Francuzom wybrać dobrowolnie formę rządu. Jestem najpewniejszą, że naród cały, skoro zrzuci z karku jarzmo Uzurpatora, wpadnie w otwarte ramiona swojego króla prawowitego.

 Anna Pawłówna chciała widocznie pochlebić królewskiemu emigrantowi.

 — Jest to nader wątpliwem — wtrącił książę Bołkoński. — Wicehrabia przypuszcza słusznie, że wypadki zaszły obecnie za daleko, i że będzie prawie niepodobieństwem, wrócić do przeszłości.

 — Słyszałem — wmięszał się Piotr do rozmowy, zbliżając się do stolika — że Napoleon potrafił zjednać sobie przeważną część szlachty francuzkiej.

 — Tak utrzymują Bonapartyści — wykrzyknął wicehrabia nie patrząc wcale na Piotra.

 — Obecnie nie można wiedzieć na prawdę, jaka opinja góruje we Francji.

 — Bonaparte powiedział to przecie najdobitniej — bąknął tonem szyderskim Bołkoński, niepodobał mu się bowiem wicehrabia na pierwszy rzut oka i jego miały na celu księcia ostre przycinki. — „Pokazałem im drogę sławy, nie chcieli pójść nią“ — oto słowa, które kładą w usta Napoleonowi. — „Otworzyłem im moje przedpokoje, i wtłoczyli się do nich“... — Nie wiem do jakiego stopnia miał prawo tak się wyrazić.

 — Nie miał po temu prawa żadnego! — po zamordowaniu księcia d’Enghien, najzapaleńsi nawet przestali widzieć w nim bohatera, choć może przedtem takim wydawał się niektórym osobom. — Teraz zwrócił się ku Annie Pawłównie. — Po tem niecnem morderstwie, powiedzieliśmy sobie, że przybył nam jeden więcej męczennik w niebie, a ubył prawdziwy bohater na ziemi.

 Nie miano czasu odpowiedzieć uśmiechem stosownym na to wystąpienie patetyczne wicehrabiego, gdy Piotr wyrwał się nagle, nie dopuściwszy tym razem do interwencji panny Scherer, która przeczuwała coś niesłychanego.

 — Wyrok spełniony na księciu d’Enghien, był poetyczną koniecznością. Napoleon dowiódł zatem, jak jest wielkodusznym, biorąc na siebie całą odpowiedzialność za ten akt.

 — Boże, Boże — szepnęła panna Scherer z najwyższem przerażeniem.

 — Jakto, panie Piotrze, znajdujesz wielkodusznym czynem spełnienie morderstwa? — spytała naiwnie i z uśmiechem mała księżna przysuwając bliżej robótkę.

 — No, no! — odezwało się kilka innych głosów.

 — „Capital!“ — wykrzyknął Hipcio w języku angielskim, uderzając się dłonią po kolanie. Wicehrabia ograniczył się na ponownem wzruszeniu ramionami.

 Piotr spojrzał poważnie na swoje audytorjum z pod okularów:

 — Mówię w ten sposób, bo Burboni uciekli przed rewolucją, zostawiając ludność wydaną na pastwę anarchji! Napoleon jedynie zrozumiał i potrafił ją zwyciężyć. Dla tego, mając na celu dobro publiczne, nie mógł dać się wstrzymać w pochodzie przez życie jednego człowieka.

 — Czy nie chciałbyś pan przejść do innego stołu? — bąknęła Anna Pawłówna.

 Piotr jednak zapalając się coraz bardziej, kończył swój wywód.

 — Tak, tak, Napoleon stał się wielkim, bo potrafił wznieść się ponad rewolucję, ukrócił jej nadużycia, a zachował co miała w sobie dobrego: Równość obywateli, wolność prasy i słowa, i tym sposobem zdobył władzę.

 — Gdyby był korzystał z tej władzy, aby oddać ją w ręce króla prawowitego, zamiast jej użyć do popełnienia morderstwa, byłbym i ja go nazwał wielkim — odezwał się wicehrabia.

 — Tego nie mógł uczynić. Naród nadał mu władzę pod tym jedynie warunkiem, aby pomógł mu do pozbycia się Burbonów. Lud poznał w nim człowieka wyższego. Rewolucja była bądź jak bądź czynem potężnym. — Piotr dowodził dalej, zdradzając tem niedoświadczenie pierwszej młodości, która zwykła wypowiadać naiwnie opinie i poglądy własne częstokroć nadto skrajne i drażniące.

 — Rewolucja i królobójstwo czynem potężnym! Tego tylko brakowało!... ale... czy nie przeniósłbyś się pan do innego stołu? — powtórzyła tracąc przytomność z oburzenia Anna Pawłówna.

 — Kontrakt socjalny! — zawołał wicehrabia z uśmiechem pełnym rezygnacji.

 — Nie mówię o królobójstwie tylko o idei.

 — Naturalnie! idea rabunku, morderstwa i królobójstwa! — przerwał mu głos drugi tonem szyderskim.

 — Zapewne, że dopuszczano się smutnych ostateczności, podstawą jednak tej idei jest wyzwolenie z przesądów kastowych, równość w obec prawa obywateli państwa; to zaś wszystko zagwarantował ludowi Napoleon w całej rozciągłości i nietykalności.

 — Wolność! równość! wtrącił wicehrabia pogardliwie, chcąc dać do zrozumienia młodemu człowiekowi, wielką niedorzeczność tego rezonowania. — Te wyrazy tak głośno brzmiące, straciły już dawny urok... Któżby nie kochał wolności i równości. Wszak pierwszy nasz Zbawiciel uczył nas tego. Czyśmy jednak szczęśliwsi po rewolucji? Przeciwnie! Pragnęliśmy wolności, a Bonaparte nam ją wydarł.

 Książe Andrzej patrzał z uśmiechem sarkastycznym, to na Piotra, to na wicehrabiego, to na gospodynię domu, która mimo wprawy i wzięcia salonowego, była niemal ubezwładniona gwałtownem Piotra wystąpieniem. Spostrzegłszy jednak, że te słowa świętokradzkie, nie wywołują u wicehrabiego wybuchów gniewu, przekonawszy się również że niepodobieństwem było przytłumić i zatrzeć wrażenie piorunujące, złączyła się ściśle ze szlachetnym i wysoko urodzonym emigrantem. Wszelkie siły zebrawszy, uderzyła tedy impetycznie na niefortunnego oratora:

 — Kochany panie Piotrze — przemówiła — jak możesz wytłumaczyć postępowanie tego wielkiego człowieka, który morduje księcia krwi... powiedzmy po prostu... swojego bliźniego... kogoś zresztą, który nie popełnił żadnej zbrodni, i to bez sądu?

 — Chciałbym również — zauważył wicehrabia — prosić pana, żebyś mi raczył wytłumaczyć dzień ośmnastego brumaire’a. Czyż to nie było zdradą, lub, jeżeli wolisz to drugie określenie, sztuczką kuglarską, nie licującą bynajmniej z czynami wielkiego człowieka?

 — A więźniowie wymordowani w Afryce z jego rozkazu? — wykrzyknęła mała księżna — to coś przerażającego.

 — Prostymużyk! mówcie sobie co chcecie — machnął ręką książę Hipolit. Piotr nie wiedząc wcale komu odpowiadać, patrzał tylko w koło z uśmiechem, nie z owym bezmyślnym i zaledwie widocznym, ale z uśmiechem szczerym, serdecznym, który jego twarzy zwykle ponurej i jakby skwaszonej nadawał wyraz dobroci naiwnej. Wyglądał wtedy na dzieciaka poczciwego, choć swywolnego czasami, który błaga o przebaczenie.

 Wicehrabia, mimo że go widział po raz pierwszy, zrozumiał natychmiast, że ten Jakobin, mniej był straszny, niż jego słowa. W salonie milczenie zapanowało.

 — Jakże możecie chcieć, żebym wam wszystkim naraz odpowiadał? — odezwał się nagle książę Andrzej. — Czyż niema różnicy między czynami człowieka prywatnego, a męża stanu, wielkiego wodza, lub monarchy? Zdaje mi się, że jest różnica, nawet ogromna.

 — Ależ najniezawodniej! — Piotr lżej odetchnął, uszczęśliwiony tą pomocą niespodzianą.

 — Napoleon na moście w Arcole, lub podający dłoń zadżumionym w szpitalu w Jaffie, jest wielkim jako człowiek, niepodobna tego nie przyznać. Są jednak, co prawda, inne czyny trudne do usprawiedliwienia — mówił dalej książę Andrzej, chcąc widocznie zatrzeć wrażenie i naprawić niezręczne a zbyt szczere przemówienie Piotra. Powstał równocześnie, dając tem znak żonie, że chce z nią odejść.

 Książę Hipolit zrobił to samo, zachęcając jednak ruchem ręki tych wszystkich, którzy zamierzali pójść za ich przykładem, do pozostania na miejscu.

 — Ale, ale! — żywo zawołał — opowiadano mi dzisiaj anegdotkę moskiewską, niezrównaną... pragnę państwo nią uraczyć. Przepraszam cię wicehrabio; muszę jednak opowiedzieć ją w języku ruskim, inaczej straciłaby cały pieprzyk...

 I zaczął mówić po rosyjsku, z akcentem atoli Francuza, który zaledwie rok jeden spędził w Rosji.

 — W Moskwie mieszka pewna dama... bardzo wielka pani, ale skąpa niesłychanie. Potrzeba jej było dwóch drabów wysokich, aby ich postawić w tyle powozu... Posiadała również (taki już był jej kaprys i upodobanie) pokojówkę wzrostu olbrzymiego...

 Tu Hipcio zaczął się namyślać, jakby mu przychodziło z pewną trudnością kończyć opowiadanie:

 — Powiedziała tedy do niej: tak jest powiedziała najwyraźniej: — „Dziewko... taka i taka... ubierz się w liberję lokajską i stań za powozem... jadę z wizytami...“

 W tem miejscu Hipcio parsknął śmiechem. Na nieszczęście, nie znalazł wiernego echa w swojem audytorjum. Opowiadający zmieszał się tem cokolwiek, niezadowolony, że jego historyjka jakoś nie robi wrażenia. Kilka osób grzeczniejszych sprobowało uśmiechnąć się z lekka, między innemi panna Scherer i owa starsza matrona.

 — Pojechała — kończył. — Nagle zerwała się burza... dziewczynie spadł z głowy lokajski kapelusz i rozwiązały się jej długie włosy...

 Nie mogąc dłużej śmiechu powstrzymać, wziął się za boki wijąc się i śmiejąc spazmatycznie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie przemówić; dusił się najzupełniej.

 ...Tak, tak! — dokończył nareszcie przegięty do samej posadzki — rozplotły się jej długie włosy... ha! ha! ha!... i... i... całe miasto dowiedziało się o tem.

 Nikt Bogiem a prawdą nie mógł pojąć sensu tej anegdoty, i dla czego właściwie musiała być opowiedzianą w języku rosyjskim? Sama gospodyni domu i część towarzystwa, wdzięczni jednak byli Hipolitowi, że tak w porę przerwał Piotrowi nieznośną i niestosowną polemikę.

 Rozmowa rozdrobiła się następnie, przeskakując motylkowato z przedmiotu na przedmiot. Wspomniano nawiasem o balu przeszłym, o tym, który miał nastąpić, o teatrach, mięszając do wszystkiego pytania, gdzie i kiedy mają się zejść znowu razem jutro i pojutrze?...

V.

 Po tem wypadku z anegdotą genjalną Hipcia, goście Anny Pawłówny, podziękowawszy jej serdecznie za tak miły wieczór, zaczęli wychodzić jedni za drugimi.

 Wzrostu olbrzymiego, szeroki w plecach i niesłychanie niezgrabny Piotr, miał jeszcze w dodatku do wielu innych niekorzystnych stron fizycznych, ręce ogromne a czerwone. Nie umiał wcale wchodzić do salonu, a jeszcze mniej z niego wychodzić jak należy, i rozrzucać w koło siebie słówka ugrzecznione a pochlebne. Dzięki roztargnieniu, którem wsławił się szeroko i daleko, wstając, wziął do rąk zamiast swojego kapelusza, kapelusz stosowany z pióropuszem jakiegoś jenerała. Wywijał nim i miął go niemiłosiernie, póki nie spostrzegł tego właściciel i skoczył ku niemu przestraszony, aby uratować swoją własność od zagłady. Trzeba jednak dodać, że okupywał te wszystkie braki i niezgrabności, swoją dobroduszną naiwnością i skromnością.

 Panna Scherer zwróciła się ku niemu na pożegnanie, z wyrazem pełnym łaskawości i przebaczenia chrześcjańskiego:

 — Spodziewam się — przemówiła tonem łagodnym — że jeszcze nieraz zobaczę pana kochanego u siebie. Nie tracę przytem nadziei, że wtedy zmienisz zdanie, pod wielu a wielu względami...

 Nic jej na to nie odpowiedział. Tylko gdy nawzajem oddawał jej ukłon pożegnalny, wszyscy obecni mogli widzieć igrający na jego ustach uśmiech szczery, który zdawał się mówić:

 — Zdanie, zdaniem, każdemu wolno mieć inne, ale w końcu musicie przyznać, że jestem chłopcem zacnym i poczciwym.

 To było taką prawdą, że wszyscy ją odczuli, nie wyłączając samej panny Scherer.

 Książę Andrzej wyszedł do przedpokoju w ślad za swoją żoną i Hipciem. Słuchał obojętnie i ze znudzeniem Hipcia głupiej paplaniny, zarzucając płaszcz na ramiona, który mu lokaj podawał. Hipcio z lornetką na nosie wpatrywał się uporczywie w ładniutką, małą księżnę.

 — Wróć do salonu, Anetko — rzekła Liza do panny Scherer, ściskając ją czule na pożegnanie. — Tu o wiele chłodniej niż w salonie, jeszcze się gorzej zaziębisz!... To już rzecz umówiona! — dodała szeptem.

 Anna Pawłówna, potrafiła znaleźć chwilę stosowną i wspomniała nawiasem księżnie o małżeństwie przez nią projektowanem, między księżniczką Bołkońską, a Anatolem Bazylewiczem.

 — Liczę na ciebie najdroższa — ta jej równie cicho odpowiedziała. — Napiszesz jej o tem i powtórzysz mi, jak ojciec będzie zapatrywał się na tę sprawę. Do zobaczenia!...

 Wróciła do salonu.

 Hipcio zbliżył się do Lizy. Pochylony nad nią, śmiał się i szeptał jej coś do ucha.

 Dwóch lokajów czekało na koniec tej francuzkiej paplaniny; jeden, służący księżnej, trzymał jej szal i zarzutkę; drugi, strzelec Hipolita, miał w rękach jego płaszcz oficerski. Udawali, że słuchają rozmowy, mimo iż była dla nich zupełnie niezrozumiałą. Robili też miny, jakby domyślali się czegoś.

 Mała księżna mrugała oczkami figlarnie, śmiała się w głos i mówiła jednocześnie.

 — Jestem uszczęśliwiony żem nie pojechał na bal do ambasadora — mówił Hipcio. — Nudy śmiertelne! Spędziliśmy razem wieczorek rozkoszny, nieprawdaż? Najmilszy w świecie!...

 — Zaręczano jednak — wtrąciła księżna — że bal będzie wspaniały. Wszystkie tutejsze piękności tam się wybierały.

 — Nie wszystkie, skoro ciebie, księżno, na nim nie będzie — odrzucił śmiejąc się. Wyrwawszy okrycie z rąk lokaja, odepchnął go i zaczął księżnę otulać starannie. Ręce Hipcia trochę za długo były zajęte około szyji młodej kobiety, którą zdawały się obejmywać jakby do uścisku (czy z umysłu, czy też przez niezgrabność, trudno byłoby osądzić). Ona cofnęła się zręcznie nie przestając się uśmiechać. Odwróciwszy się, spojrzała na męża który stał z oczami przymkniętemi, z miną zaspaną i znudzoną jak zwykle.

 — Czyś wreszcie gotowa? — bąknął od niechcenia, podnosząc leniwo powieki ociężałe i patrząc z pod nich na żonę koso i gniewnie.

 Hipolit zarzucił płaszcz szybko, który był skrojony według ostatniej mody i spadał mu aż na pięty. Plącząc się pomiędzy jego długiemi połami, rzucił się najprzód, aby dopomódz księżnie wsiąść do karety.

 — Do zobaczenia księżno! — wybełkotał z językiem plączącym się tak samo jak jego nogi.

 Księżna układała suknią w głębi powozu; mąż jej przysuwał pałasz bliżej siebie.

 Hipcio, udając że im pomaga, w rzeczywistości tylko im przeszkadzał.

 — Przepraszam pana — odezwał się książę Andrzej sucho; szorstko w języku rosyjskim do młodego niezgraby, który ich dalej zatrzymywał. — Piotruś wsiadajże!... czekam na ciebie — zagadał do Piotra zupełnie innym tonem, miękkim i serdecznym.

 Stangret cmoknął na konie, i powóz potoczył się szybko.

 Hipcio stojąc w bramie śmiał się nerwowo i czekał na wicehrabiego, któremu obiecał, że go odwiezie.

 — Powiem ci, mój drogi, że twoja malutka księżna śliczna, szykowna, co się zowie! — przemówił wicehrabia wsiadając do powozu. Miasnął w dodatku językiem i ucałował końce palców.

 Hipcio wybuchnął głośnym śmiechem.

 — Wiesz co — żartował dalej wicehrabia — żeś wielce niebezpieczny z tą twoją minką niewiniątka. Żal mi męża biednego, owego oficerka, który pozuje w swojej bezgranicznej próżności i arogancji na księcia krwi.

 Hipcio wybełkotał wśród śmiechu:

 — A utrzymywałeś wicehrabio, że damy nasze nie warte rozwiązywać wstążeczek u trzewiczków waszych Francuzek! Widzisz! trzeba tylko umieć je zażyć...

VI.

 Piotr wszedł pierwszy do gabinetu księcia Andrzeja, jako gość codzienny, znający na wylot zwyczaje i urządzenie domu. Położył się wygodnie na szezlągu i sięgnął na chybił trafił po książkę. Tym razem dostały mu się „Komentarjusze Cezara“. Podparłszy głowę łokciem, wziął się natychmiast do czytania i to w samym środku.

 — Cóżeś znowu nagadał u panny Scherer za rzeczy niestworzone? — nabrał go z góry Bołkoński. Wszedł on w chwilę później od gościa zacierając nerwowo ręce zziębnięte, które miał prawdziwie rasowe, drobne i białe. — Gotowa rozchorować się jeszcze!

 Piotr zwrócił się nagle ku niemu całem ciałem. Szezlong aż zatrzeszczał od tego rzutu gwałtownego. Pokazał wchodzącemu twarz swoję ożywioną i uśmiechniętą, w dodatku machnął ręką, na dowód, że mu zdrowie panny Scherer było najzupełniej obojętne.

 — Ten księżunio, jest naprawdę bardzo zajmującym — zaczął mówić o czemś wręcz przeciwnem — tylko nie zapatruje się tak na tę kwestję jakby powinien... Mam to silne przekonanie, że byłby możebnym pokój niewzruszony i nietykalny, nie umiem atoli dobrze sformułować mojego zdania. W każdym razie, nie doszłoby się do tego za pomocą równowagi politycznej, i...

 Książę Andrzej, nie lubiący i nie interesujący się kwestjami metafizycznemi, wpadł mu w słowo, nie dozwalając dopowiedzieć zaczętego okresu.

 — Widzisz, mój drogi, co jest najbardziej niemożliwem, to głośne wypowiadanie wszem w obec, co myślimy w ducha skrytości. Cóż zdecydowałeś się na cokolwiek? Czy wstępujesz do konnej gwardji, czy do dyplomacji?

 — Czy dasz mi wiarę, że dotąd sam nic nie wiem?! Nie uśmiecha mi się wcale ani jedno, ani drugie — machnął ręką, siadając po turecku, z nogami podgjętemi na szezlongu.

 — Musisz jednak wybrać sobie jakiś zawód. Ojciec twój żąda tego i czeka na to.

 W latach dziesięciu wysłano Piotra do Paryża, z mentorem przy boku i został tam do lat dwudziestu pięciu. Gdy młodzieńcem wrócił do Moskwy, ojciec jego mentora pożegnał i rzekł do Piotra:

 „Teraz jedź do Petersburga, przypatrz się i wybieraj! Ja przystanę na wszystko. Oto list polecający ciebie księciu Bazylemu, a tu masz pieniądze. Pisuj do mnie i licz na moją pomoc w każdym wypadku“.

 Od trzech tedy miesięcy Piotr szukał zajęcia i karjery odpowiedniej, nie znajdując tejże i nic nie robiąc. Potarł ręką czoło zafrasowany:

 — Ten księżulek musi być chyba wolnym murarzem? — wtrącił wracając myślą do rozmowy z księdzem Morio, którego poznał na wieczorze.

 — Eh! to wszystko mrzonki bez realnej podstawy! — zniecierpliwił się na dobre książę Andrzej — mówmy raczej o twoich interesach. Byłeś w koszarach? Studjowałeś konną gwardję?

 — Nie byłem tam ani razu... Nad jednem atoli długo rozmyślałem i chciałem właśnie tobie o tem opowiedzieć. Mamy wojnę z Napoleonem. Gdyby tak szło o wolność, gdyby o nią walczono, zaciągnąłbym się pierwszy w szeregi. Pomagać jednak Anglji i Austrji w walce z najpotężniejszym człowiekiem, który obecnie na świecie istnieje, to nie jest dobrze i mnie się to nie podoba...

 Książę Andrzej wzruszył litościwie ramionami za całą odpowiedź, na to iście dziecinne wystąpienie. Nie racząc wdawać się w dysputę na serjo, z tem starem dzieckiem, bąknął jedynie mimochodem:

 — Gdyby każdy bił się tylko z przekonania i dla własnego widzimisia, nie byłoby nigdy i nigdzie wojny.

 — A toby było czemś doskonałem! — wykrzyknął Piotr.

 — Być może, ale to nigdy nie nastąpi — uśmiechnął się książę Andrzej. — Koniec końców, po cóż właściwie idziemy się bić?

 — Po co? Nic o tem nie wiem! Tak być musi i w dodatku idę na wojnę, ponieważ... — zatrzymał się chwilę, a potem wybuchnął gwałtownie: — Ponieważ życie które tu prowadzę... obmierzło mi po prostu!

VII.

 W pokoju przyległym zaszeleściała suknia kobieca. Na ten szmer, książę Andrzej zdawał się odzyskiwać świadomość siebie, równowagę i krew zimniejszą: drgnął, wyprostował się i przybrał minę, która nie opuszczała go ani na chwilę przez cały wieczór u panny Scherer. Piotr spuścił nogi natychmiast i usiadł przyzwoicie. Weszła księżna, która zmieniła tymczasem ubranie wieczorowe na szlafroczek domowy, nie mniej strojny i przyozdobiony kokieteryjnie wstążkami. Mąż powstał i przysunął jej fotel z galanterją.

 — Pytam często sama siebie — przemówiła szybko po francuzku, jak to było u niej w zwyczaju, siadając na podanym przez męża fotelu — dla czego też Anetta nie wyszła za mąż? Jacy wy też niemądrzy moi panowie, że żaden z was jej nie poślubił. Przepraszam za tę niegrzeczność, ale rzeczywiście nie znacie się zupełnie na kobietach. A to w panu siedzi duch niespokojny! Nie spodziewałam się wcale, że potrafisz, panie Piotrze tak zawzięcie dysputować.

 — Kłócę się tak samo z pani mężem, nie rozumiejąc po co właściwie wybiera się na wojnę? — odrzucił Piotr zwrócony ku Lizie, bez cieniu jakiegokolwiek zmięszania, lub wahania, jak to bywa często między młodym człowiekiem, a ładną młodą mężatką.

 Drgnęła nerwowo. Uwaga Piotra dotknęła ją do żywego.

 — I ja powtarzam mu to wiecznie — westchnęła. — Nie pojmuję na co też mężczyznom potrzebne to wojowanie? Dla czego my, kobiety, nie pragniemy żadnej zmiany w naszem życiu codziennem? Rozsądź pan sam tę kwestję. Przedstawiam mu, że jego stanowisko jako adjutanta mego wuja, jest świetne. Zna go tu każdy i ocenia należycie. Ot temi dniami, u Apraksinów, słyszałam pewną damę wyrażającą się o nim. — „Patrz! to ten sławny książę Andrzej!“ — powtarzam dosłownie! — Tu wybuchnęła śmiechem. — Tak go przyjmują wszędzie, najserdeczniej. Skoro zechce, może zostać adjutantem samego monarchy, bo car, trzeba panu wiedzieć, rozmawiał z nim tu kiedyś najmilej w świecie! Roztrząsałyśmy dziś wieczór tę sprawę z Anetką. Dałoby się łatwo wszystko ułożyć! Cóż pan o tem sądzi?

 Piotr spojrzał na Andrzeja i zamilkł widząc u przyjaciela czoło chmurne, a brwi gniewnie ściągnięte.

 — Kiedyż odjeżdżasz? — spytał księcia wprost, zostawiając Lizę bez odpowiedzi.

 — Ach! nie wspominaj mi pan o tym odjeździe! nie chcę o nim słyszeć — zawołała księżna z minką, na poły zadąsaną; rozkapryszoną, a na poły zalotną, którą miała rozmawiając i flirtując z Hipciem. Tu jednak, w obec Piotra, w tem otoczeniu czysto domowem, do którego i ona należała, ów tonik lekki nie był zupełnie stosownym i raził mimowolnie. — Gdy pomyślę, że będę zmuszoną zerwać z wszystkiemi mojemi serdecznemi przyjaciółmi... ja... ja... zresztą... czy wiesz Jędrusiu? — mrugnęła doń oczami nieznacznie, drżąc całem ciałem — lękam się...

 Mąż spojrzał na nią osłupiały, jakby w tej chwili dopiero spostrzegł jej obecność. Odpowiedział jednak grzecznie, choć zimno:

 — Czegóż lękasz się Lizo? Nic a nic nie rozumiem...

 — Oto jakimi są mężczyźni. Samobójcy! wszyscy jednakowi. Ponieważ coś mu do głowy strzeliło, porzuca mnie. Bóg raczy wiedzieć po co i na co, i zagrzebuje mnie na wsi samą jak palec.

 — Z moim ojcem i z moją siostrą... Zapomniałaś o tem?

 — To wyjdzie na jedno; będę czuła się tam zupełnie samotną, zdala od moich znajomych i przyjaciół. I chce żebym była spokojną?

 Mówiła coraz głośniej, nadąsana. Jej warga podniesiona, zamiast, jak zwykle, dodawać wdzięku jej twarzyczce, gdy była wesołą i uśmiechniętą, robiła ją podobną w tej chwili do szczurka psotliwego i gryzącego co mu pod pyszczek podpadnie. Zamilkła, znajdując może, że byłaby to rzecz nieprzyzwoita gdyby w obec Piotra wspomniała o swoim stanie poważnym. A właśnie tej chwili bliskiego rozwiązania, obawiała się najokropniej.

 — Nie umiem zagadek rozwiązywać. Nie mogę domyśleć się, czego się trwożysz — powtórzył mąż zwolna, wpatrując się w nią przenikliwie.

 Zarumieniła się z giestem rozpaczliwym:

 — Jędruś, Jędruś! dla czegoś ty taki zmieniony?

 — Lekarz zakazuje ci siedzieć długo w nocy... powinnabyś się już położyć.

 Nic nie odpowiedziała na razie, ale usta jej zadrgały jakby miała płaczem wybuchnąć. On zaś wstał, wzruszył miłosiernie ramionami i zaczął przemierzać szybkim krokiem swój gabinet.

 Piotr naiwnie zadziwiony patrzał to na niego, to na nią, nareszcie ruszył się jakby chciał odejść; zatrzymał się jednak w pół drogi.

 — To mi wszystko jedno, czy pan Piotr jest, czyby go nie było! — wykrzyknęła księżna, wstrzymując łzy siłą. — Od dawna chciałam spytać cię, Andrzeju: czemu tak dla mnie zobojętniałeś? Czem w obec ciebie zawiniłam? Wybierasz się na wojnę, nie mając litości nademną. Dla czego?

 — Lizo — odezwał się mąż.

 W tym jednym wyrazie, mieściły się: prośba, pogróżka i zapewnienie, że może gorzko słów tych pożałować.

 Mówiła jednak dalej gwałtownie:

 — Obchodzisz się ze mną jak z chorą, widzę to, traktujesz mię jak głupiego dzieciaka. Nie byłeś takim przed pół rokiem.

 — Lizo, skończ, proszę cię — mąż podniósł głos szorstko i groźnie.

 Piotr zaniepokojony i wzruszony coraz bardziej, nie mogąc patrzeć z krwią zimną na łzy młodej kobiety, zbliżył się do niej z miną tak nieszczęśliwą, jakby sam był bliskim płaczu:

 — Uspokój się, księżno... to ot! przywidzenia... myśli smutne, z których trzeba umieć się otrząsnąć... I ja, zaręczam pani, doświadczałem nieraz czegoś podobnego... ale... chciej mi pani wybaczyć... jako obcy jestem tu zbytecznym. Uspokój się. Adieu!

 Andrzej zatrzymał go:

 — Zaczekaj Piotrusiu. Księżna jest zanadto dobrą, żeby chciała mnie pozbawić przyjemności spędzenia z tobą reszty wieczoru.

 — Tak, tak, myśli wiecznie tylko o sobie — szepnęła łkając boleśnie.

 — Lizo! — krzyknął mąż tonem tak ostrym, że było widocznem, iż cierpliwość jego wyczerpała się zupełnie.

 Nagle jej ładny buziaczek przypominający kotkę gniewną, przybrał wyraz pełen trwogi, nieśmiałości i pokory, z jakim pies skarcony przez pana swojego, kładzie mu się u nóg, bijąc po ziemi ogonem szybko, a cichuteńko:

 — Mój Boże, mój Boże — szepnęła, rzuciwszy na męża spojrzenie błagalne. Jedną ręką unosząc powłokę od szlafroczka, zbliżyła się do niego i w czoło go pocałowała.

 — Dobranoc Lizo — odrzekł, całując ją również w rękę, jakby mu była zupełnie obcą kobietą.

VIII.

 Obydwaj przyjaciele milczeli. Ani jeden, ani drugi, nie mógł zdecydować się przemówić. Piotr patrzał ukradkiem na księcia Andrzeja, który tarł chmurne czoło swoją małą i białą ręką.

 — Idźmy jeść — odezwał się nareszcie gospodarz domu z westchnieniem i skierował się ku drzwiom od sali jadalnej. Weszli do pysznej komnaty. Wszystko tu lśniło nowością, jak bywa zwykle u młodego małżeństwa, srebro, kryształy i bielizna adamaszkowa na stole. Podczas wieczerzy, wyprawiwszy za drzwi zgraję służebną, książę Andrzej podparł głowę oburącz i z łokciami na stole, zaczął mówić z takiem nerwowem rozdrażnieniem, w jakiem go jeszcze nigdy Piotr dotąd nie widział. Było widocznem, że mu coś oddawna ciężyło na sercu, postanowił więc zrzucić nareszcie ten ciężar, i wejść na drogę serdecznych wynurzeń i zwierzeń:

 — Kochany mój Piotrusiu — zaczął — nie żeń się, póki nie dokażesz tego wszystkiego, czego dokazać pragniesz, póki w ogóle będziesz kochał się w kobiecie sercem wybranej, a nie wystudjowanej dostatecznie. Inaczej zawiedziesz się i oszukasz najokropniej, w sposób niepowetowany. Żeń się raczej na starość, gdy już będziesz do niczego! Wtedy nie narazisz się na to przynajmniej, żebyś zmarnował przedwcześnie wszystko, co jest w tobie wyższego, dobrego i szlachetniejszego! Tak, tak, wszystko marnotrawimy, rozsypując na monetę zdawkową. Nie patrz że na mnie z taką miną zdziwioną. Jeżeliś spodziewał się i liczył na to, że zostaniesz czemś sam przez siebie, odczujesz na każdym kroku, że twoja karjera skończona, zamknięta. Otwarte przed tobą jedynie salony, gdzie co chwila otrzesz się o lokaja, wycierającego pańskie przedpokoje, lub o wielkoświatowego idjotę... Na co jednak przyda się to?...

 Uderzył w stół pięścią z całej siły.

 Piotr zdjął okulary. Ten czyn zmieniający zupełnie jego twarz, nadawał jej wyraz jeszcze wybitniejszy dobroduszności, a chwilowo nawet osłupienia.

 Książę Andrzej mówiąc w ten sposób, robił się coraz mniej podobnym do owego Bołkońskiego, rozpartego niedbale w fotelu, na wieczorze u panny Scherer, z oczami na pół przymkniętemi; który bąkał od niechcenia i ciskał ludziom w oczy sarkastyczne frazesa francuzkie. Teraz drgał nerwowo każdy muskuł w jego fizjonomji suchej, o rysach wydatnych; oczy zaś, które na codzień zdawały się być obumarłe, promieniały i błyszczały ogniem pełnym zapału.

 Można było odgadnąć z łatwością, że stawał się o tyle gwałtownym, podczas tych krótkich chwil rozdrażnienia nerwowego i chorobliwego o ile wyglądał na oko słabym i bez energji w stanie zwykłym, codziennym.

 — Moja żona — mówił dalej — jest najlepszą w świecie kobietą; jedną z tych, które czci mężowskiej nigdy na szwank nie narażą. Czegóż bym jednak nie dał za to w tej chwili, o wielkie nieba! żebym nie był żonatym! Jesteś pierwszym i jedynym, któremu wyznaję to szczerze i otwarcie, bo kocham cię... Widzę w twoich oczach, żeś mnie nie zrozumiał, a to jednak historja całego istnienia. Mówisz o Bonapartem i o jego działalności — wtrącił nawiasem choć Piotr ani pary z ust nie wypuścił — ależ Bonaparte, gdy pracował, szedł prosto do celu, krok za krokiem, był wolny, miał ten jeden przedmiot przed oczyma i dokazał, czego pragnął. Skoro jednak losy twoje połączysz z kobietą, uczujesz się przykutym łańcuchami jak galernik. Co tylko będzie w tobie siłą i pragnieniem czegoś, po nad zwykły poziom, doda ci li ciężaru, przywali niby wiekiem trumny i napełni żalem spóźnionym, niestety! Otoczy cię koło zaklęte ploteczek salonowych, balów, próżnostek, drobnostek i w niem będziesz zmuszony obracać się wiecznie. Idę obecnie na wojnę, najpotężniejszą, według mego zdania, jaka kiedykolwiek była wydaną i nic nie wiem, na niczem się nie rozumiem, jestem słowem: do niczego! Natomiast w towarzystwie uchodzę za człowieka złośliwego, dowcipnisia, nader przyjemnego i słów moich słuchają jak wyroczni u panny Scherer. Ach! to głupie towarzystwo, bez którego żona moja obejść się nie może... Gdybyś tylko wiedział ile one warte, i w ogóle kobiety wszystkie. Mój ojciec ma słuszność. Samolubstwo, próżność, głupota, mierność w każdym kierunku... takiemi są kobiety, gdy okazują się nam bez maski łudzącej oko i zmysły. Widząc je w salonach, możnaby przypuścić, że w nich coś znajdziemy... tymczasem nic tam nie ma, nic zgoła. Tak, mój drogi, nie żeń się w ogóle...

 Temi słowy zakończył Andrzej swoją gwałtowny filipikę.

 — Co mnie w tem najbardziej uderza — Piotr zauważył — to okoliczność, że ty masz się za nieudolnego i sądzisz, żeś życie zmarnował, gdy tymczasem przed tobą cała przyszłość najświetniejsza i gdy...

 Sposób, jaki się wyrażał, dowodził, jak wysoko księcia oceniał i czego spodziewał się po serdecznym druhu.

 — Zkąd nabył do tego prawa? — myślał Piotr w duchu, dla niego bowiem książę Andrzej był uosobistnieniem wszelakich doskonałości, dla tego właśnie, że czuł u niego przymioty, których Piotrowi brakowało: siłę i prawdziwie męską energję. Podziwiał zawsze w swoim przyjacielu łatwość i giętkość w stosunkach z ludźmi ze sfer najrozmaitszych, jego pamięć niezrównaną i wiadomości różnorodne. Książę czytał bowiem, co mu tylko wpadło pod rękę i wypisywał wszystkie ustępy ważniejsze; był rzeczywiście niezmordowany w swojej pilności w nauce i chęci nabywania wiedzy, w coraz szerszych rozmiarach. Jeżeli Piotr był zdziwiony, nie spotkawszy w Andrzeju skłonności do filozofii spekulacyjnej, która była właśnie jego słabostką, nie widział w tem wady, ale przeciwnie jednę więcej siłę i dźwignię moralną.

 W stosunkach najserdeczniejszych, najprzyjaźniejszych i najprostszych, pochlebstwo i pochwała, są równie niezbędne jak oliwa, którą smaruje się tryby w maszynach, aby obracały się gładko.

 — Ze mnie nic już nie będzie! nie mówmy więc o tem. Raczej zastanówmy się nad tobą — rzekł po chwili książę Andrzej, uśmiechając się z zadowoleniem, że wprowadził rozmowę na tor właściwszy.

 I w twarzy Piotra odbiła się natychmiast ta szczęśliwa zmiana, która zaszła u jego przyjaciela.

 — Nademną? — powtórzył z uśmiechem na ustach wesołym i bezmyślnym. — Ależ o mnie nie da się nic powiedzieć. Czemże bo jestem w ogóle? Synem naturalnym!... — Zarumienił się nagle, przyszło mu bowiem z trudnością wymówić to słowo. — Bez nazwiska, bez majątku, jednak... na prawdę, czuję się mimo to swobodnym, nawet względnie szczęśliwym i zadowolonym, chwilowo przynajmniej. Nie wiem, tylko wyznaję szczerze czego się jąć, co rozpocząć? Chciałem właśnie pod tym względem prosić cię o radę całkiem serjo.

 Książę Andrzej patrzał na niego z serdeczną życzliwością. Przebijało się w niej jednak najwyraźniej poczucie, że jest wyższym od Piotra o całe niebo:

 — Przywiązałem się do ciebie — położył mu rękę na ramieniu poufale — bo jesteś jedynym człowiekiem żywym w całem naszem kółku. Jesteś zadowolony, a więc wybieraj jaki chcesz zawód. Wybór, to kwestja obojętna i podrzędna. Będzie ci wszędzie dobrze; tylko proszę cię na wszystko, przestań bywać u tych Kurakinów, nie wdawaj się z tą hołotą; nie prowadź dłużej życia hulaszczego. Ta cała rozpusta, to życie starego huzara, tak nie licuje z twojem usposobieniem z twoją...

 — Cóż chcesz, mój drogi — wpadł mu Piotr w słowo, wzruszając ramionami — kobietki, te czarujące kobietki!...

 — Tego