Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rafał wraca po paru latach emigracji do Polski i próbuje na nowo odnaleźć się w obcej mu rzeczywistości. Wynajmuje mieszkanie, które miało być azylem, a stało się jego przekleństwem. Stopniowo, dzień po dniu, w życiu mężczyzny dokonuje się przewrót. Najpierw odnosi wrażenie, że już kiedyś spotkał poprzednich mieszkańców tego domu, później narasta w nim przekonanie, że ich życia stale się przeplatały, a na końcu jest pewien, że tworzą jedność… Zaczyna żyć, równolegle, swoim i ich życiem… Pamięta wydarzenia, w których nigdy nie brał udziału, miejsca, w których nigdy nie był, ludzi, których nigdy nie znał. Zaczynają rządzić nim emocje niemające uzasadnienia, pragnie dziewczyny, o której istnieniu do niedawna nie miał pojęcia…
Tak oto mocno stąpający po ziemi lekarz, nauczyciel etyki zawodowej wkroczył w świat weneckiej legendy, zmieniającej jego życie w koszmar…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Rok wydania: 2013
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jolanta Kosowska
Déjà vu
Dziękuję wszystkim,
którzy towarzyszyli mi
w wędrówkach po Wenecji.
Pomysł napisania tej książki zrodził się jakiś czas temu. Pojechałam ze znajomymi kolejny raz do Wenecji. Odpoczywałam, siedząc na schodach przy Canal Grande. Nagle wydało mi się, że to sen, że nic nie dzieje się naprawdę. Nie ma miasta na dziesiątkach wysp, nie ma wąskich uliczek i kanałów, tramwajów wodnych i gondoli. Głos tenora śpiewającego O sole mio był czymś zupełnie nierealnym. Most Akademii wyglądał jak teatralna dekoracja, a pałace nad Canal Grande jak atrapy z papieru. Miałam wrażenie, że to nierealny świat, pełen iluzji, aktorów zmieszanych z tłumem, przygodnych widzów, sprytnie wciąganych w wymyślony przez kogoś, jeszcze niezrozumiały i nielogiczny scenariusz.
Pomyślałam, że jest to miasto z pogranicza snu i rzeczywistości, tak nierealne i wyjątkowe, że aż teatralne i sztuczne. Czas tu biegnie jakby zupełnie niezależnie, setki lat splatają się ze sobą, tworząc niesamowitą atmosferę tego niepowtarzalnego miejsca. I nagle przyszło mi na myśl, że w tym mieście może wydarzyć się wszystko. Tak zrodził się pomysł na powieść Déjà vu.
– I jak tam po powrocie? – Konrad rozsiadł się wygodnie w fotelu. Raz po raz spoglądał w moją stronę.
Przysunąłem szklankę z piwem, odruchowo przetarłem ręką zroszone szkło. Milczałem. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. Kiedyś, przed laty, byliśmy kumplami z jednej klasy w ogólniaku, później przyjaciółmi ze studenckiej grupy. Łączyło nas wiele. Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu. Mieliśmy wspólnych znajomych. Podobały nam się te same dziewczyny. Gustowaliśmy w tych samych trunkach. Podobnie patrzyliśmy na życie. Może ja trochę poważniej niż on.
Po studiach przez krótki czas pracowaliśmy razem w Zakładzie Etyki Zawodowej naszej uczelni. Potem wyjechałem na roczne stypendium, które później już tylko przedłużałem kolejnymi kontraktami. On został we Wrocławiu. Nasza przyjaźń wyblakła w natłoku codziennych spraw. Teraz wróciłem i poczułem się równie obco wśród swoich, jak tam wśród obcych. Wróciłem do czegoś, czego już nie było.
– Rozczarowany ojczyzną? – Konrad nie dawał za wygraną. – Żałujesz?
– Żałować nie żałuję, ale powroty są tak samo trudne jak wyjazdy – odpowiedziałem.
Przełknął kolejny łyk piwa i czekał.
– W pracy w porządku – powiedziałem z ociąganiem. – Jestem trochę jak powiew świeżego powietrza z zewnątrz.
– Zawodowo to wiem: jesteś na fali – przerwał mi. – A tak niezawodowo?
– Tak niezawodowo, to nie miałem jeszcze czasu – odpowiedziałem zupełnie szczerze. – Dawni znajomi rozjechali się po świecie. Nowi zachowują się z rezerwą. Ja też jestem odrobinę sztywny, mało spontaniczny. Odwykłem od prywatnych kontaktów z ludźmi z pracy.
– Nie tak sobie to wszystko wyobrażałeś? – dociekał.
– Odrobinę inaczej – przyznałem niechętnie. – Najwięcej kłopotów miałem ze znalezieniem odpowiedniego mieszkania. – Nareszcie udało mi się zmienić temat. – Ten nagrany przez ciebie pokój przestał mi już wystarczać. Zacząłem szukać.
– W tym mieście nie jest to łatwe – wtrącił.
– Chciałem, żeby mieszkanie było w miarę blisko uczelni i kliniki – zacząłem wyliczać. – Nie za duże, ale też nie klaustrofobiczne, gwarantujące niezależność, ciche, z garażem. Marzyłem o odrobinie zieleni.
– Ależ masz wymagania! – Przyglądał mi się rozbawiony. – Takich mieszkań nie ma. W każdym razie nie tutaj.
– Na początku też tak myślałem. Ale dwa dni temu coś znalazłem.
– Naprawdę? Miałeś fart.
– Rewelacyjne miejsce. Jedno piętro w domu ze sporym ogrodem. Mieszkanie ma cztery pokoje. No, właściwie trzy, bo jeden pozostaje zamknięty – opowiadałem. – Ma szokujący wystrój. Stylowe meble z innej epoki, obrazy w ciężkich ramach, stare lampy… Po właścicielach odziedziczyłem kota. Dachowiec, prążkowany jak tygrys. Wczoraj prychał na mnie wrogo. Dzisiaj miałem dla niego gęstość powietrza. Może z czasem się jakoś dogramy.
Reakcja Konrada była zaskakująca. Nagle się wyprostował, spiął się w sobie. Dziwny grymas przebiegł po jego twarzy.
– Masz w tym mieszkaniu werandę? – zapytał.
Zaskoczył mnie. W pierwszej chwili pomyślałem, że mu się coś stało w głowę.
– Duży taras położony na dachach dwóch przylegających do siebie garaży.
– Znam ten dom – powiedział nieoczekiwanie.
– Naprawdę?
– Tak. Znam go bardzo dobrze. Na brzegu balustrady stoi rząd skrzynek na kwiaty – zaczął opisywać, jakby uważał, że mu nie wierzę. – W rogu jest stary stół z metalowym blatem, rzeźbionym w postacie z mitów. Przy nim stoją dwa ratanowe fotele. Nad stołem wisi duża miedziana lampa z abażurem, na którym kapłanki bogini Westy pilnują ognia domowego. Tak naprawdę to nie jest lampa a lampion. Jeżeli włożysz do niego zapaloną świecę, to zobaczysz cienie postaci westalek przesuwające się po ścianie drzew rosnących w ogrodzie.
Słuchałem go w osłupieniu. Nie patrzył w moją stronę. Nagle zamilkł. Pił piwo. Bawił się bezmyślnie długopisem. Unikał mojego spojrzenia.
– Skrzynki na kwiaty są teraz puste – powiedziałem.
– Te kwiaty były do niedawna chlubą Anki. Tworzyły gęsty dywan, który wylewał się ze skrzynek i sięgał prawie do ziemi. Justyna twierdziła, że to są surfinie.
Nie patrzył na mnie. Przymknął oczy.
– Tam wszędzie było mnóstwo roślin. Na tarasie stały gliniane donice z drzewkami pomarańczowymi, oliwnymi i bugenwillami. Te ostatnie rosły w donicach ustawionych rzędem przy ścianie przylegającej do wejścia do domu. Bugenwille, jak i całą resztę, przywiózł Marco z Włoch od swojej babci. To było coś niesamowitego. Jakby śródziemnomorski ogród, który ktoś przeniósł do środkowej Europy.
– Teraz tylko w jednej donicy rośnie drzewko oliwne.
Chyba niepotrzebnie mu przerwałem, bo znowu zamilkł. Po chwili dopił piwo.
– Przepraszam, stary, spieszę się. – Widziałem, że skłamał. – Mam jeszcze parę rzeczy do załatwienia. Muszę się zwijać. Czas mnie goni.
– Czyj to dom? – próbowałem go zatrzymać.
Nie odpowiedział.
– Pogadamy kiedy indziej, dzisiaj muszę już lecieć. – Nawet się nie starał, żeby zabrzmiało to wiarygodnie.
Przywołał ręką kelnera. Zapłacił rachunek. Ruszył w kierunku wyjścia. Nagle się zatrzymał.
– Ten kot nazywa się Murano, jak wyspa nieopodal Wenecji. Uwielbia sardynki.
Obserwowałem go, jak przepycha się pomiędzy gęsto ustawionymi stolikami, co rusz potykając się o niedbale pozostawione krzesła. Miałem wrażenie, że ucieka przed wspomnieniami o tamtym domu.
***
Nagle ten dom wydał mi się zupełnie inny. Nie był już zimny i bezosobowy. Wcześniej mieszkała tu jakaś Anna. Ten wychudzony dachowiec to Murano. Mieszkanie wypełniło się zapachem wędzonych sardynek, a na werandzie, w lampionie zawieszonym nad stołem zapłonęła świeca. Na drzewach w ogrodzie zobaczyłem cienie dziewczęcych postaci. Długie, powiewne, sięgające do kostek szaty, wysoko upięte włosy, uniesione ramiona… Nagle delikatny wiatr poruszył lampionem, cienie ożyły, zaczęły przesuwać się i tańczyć, wirować wokół mnie coraz szybciej i szybciej, coraz radośniej. Miałem wrażenie, że pęd uniósł brzegi ich szat, że dziewczyny podały sobie ręce, że słyszę ich śmiech.
Śmiech westalek splótł się z cichym dźwiękiem pozytywki. Wsłuchałem się w te dźwięki. Skądś to znam – pomyślałem. Znajome tony układały się w dobrze znaną melodię. Słyszałem to już wiele razy. Tylko że wtedy to na pewno nie była pozytywka. Ta melodia kojarzyła mi się raczej z barokowymi balkonami, z ciężkimi lampami, z grubą, purpurową kurtyną, tapicerowanymi głębokimi fotelami i orkiestrą. Już wiem, pamiętam, opera Giuseppe Verdiego Rigoletto, tenorowa aria księcia Mantui z trzeciego aktu opery, La donna è mobile, Pavarotti.
Dziwne – pomyślałem. – Trzeci akt opery? Pavarotti? Przecież ja nie chodzę do opery.
Świeca w lampionie syknęła i zgasła. Ogród nagle zamarł w bezruchu. Wokół zapanowała ciemność. Melodia pozytywki stawała się coraz cichsza, aż w końcu zlała się z dalekim szumem miasta.
Konrad powiedział, że tu mieszkała Anna. Musiała być kimś wyjątkowym. To jakaś dziwna historia. Konrad też zachowywał się dziwnie. Pożegnał się tak niespodziewanie. Wyszedł pospiesznie. Takiego Konrada nie znałem.
Długo nie mogłem zasnąć. Zimny blask księżyca sączył się przez nie do końca opuszczone rolety. W jego świetle wszystko wyglądało jeszcze bardziej tajemniczo. Stare, mahoniowe biurko z blatem inkrustowanym kością słoniową, mosiężna lampa z witrażowym abażurem, dwa duże fotele, których oparcia wieńczyły drewniane postacie skrzydlatych lwów. Mały stolik ustawiony pod oknem, z blatem z kawałków drewna, układających się w nieostrą, lekko rozmazaną postać uskrzydlonego lwa. W rogu duża, mahoniowa szafa z szybami z kryształu, pełna książek. Okrągły księżyc odbijał się w jej drzwiach.
Przesunąłem się lekko i wtedy w krysztale ożyły dziesiątki księżycowych blasków. Zimne, srebrzyste światło kładło tajemnicze cienie, oświetlało siedzącego na parapecie kota. Murano przeciągnął się leniwie, ułożył wygodnie, oparł głowę na przednich łapach i zasnął. Ja długo nie mogłem zasnąć.
Świtało, kiedy zmorzył mnie sen. Żałuję, że zasnąłem. Męczyły mnie koszmary, w których główną rolę odgrywało to mieszkanie. Nie mogłem się obudzić. Słyszałem dźwięk budzika, ale nie potrafiłem otworzyć oczu. Jeszcze raz La donna è mobile, jeszcze raz cienie przesuwające się po drzewach w ogrodzie, dziwny chichot westalek.
Zbudziłem się zlany potem. Usiadłem na łóżku i nie mogłem uspokoić myśli. Jedna z nich wydała mi się zaskakująca. Byłem pewien, że Anna miała jasne włosy opadające na ramiona. Anna miała jasne włosy?! Przeraziła mnie ta myśl. To jakieś brednie – pomyślałem. – To tylko moja wyobraźnia. Skąd niby miałbym to wiedzieć? Przecież nie znałem Anny.
***
Konrad nie spieszył się do naszej przerwanej rozmowy. Udawał, że o niej zapomniał. Każdego dnia widywaliśmy się na uczelni. Konrad kipiał nowymi pomysłami, chciał w pracy wykorzystać jak najwięcej moich zachodnich doświadczeń. Tak było zawsze. Owładnięty jakąś ideą, parł do przodu. Realizacja jakiegoś pomysłu wypełniała mu cały czas, stawała się jego jedynym celem, na krótko przysłaniała mu wszystko. A po paru miesiącach potrafił o tym pomyśle zupełnie zapomnieć. Pojawiały się nowe koncepcje i nowe idee, o wiele ważniejsze od poprzednich. Pod tym względem Konrad się nie zmienił. Nadal był sobą.
Podobnie było u niego z dziewczynami. Jak coś robić, to całym sobą – mówił w przeszłości. – Jak kochać, to bezgranicznie, do utraty tchu – stwierdził po raz pierwszy w maturalnej klasie. Jego życie biegło w cykliczny sposób. Od jednego zauroczenia do drugiego, od jednej miłości do drugiej i od jednego do drugiego rozczarowania.
U Konrada każde kolejne uczucie było pierwszym prawdziwym, każda wybranka była tą wyjątkową, dla każdej gotów był zrobić wszystko, nawet wyrzec się samego siebie. Targała nim burza niesamowitych uczuć i namiętności, która cichła tak szybko, jak wybuchała, a potem przechodziła w nudę, monotonię i rutynę. Przez parę miesięcy sprawy toczyły się jeszcze jakby siłą rozpędu, ale coraz więcej było już szarości i znużenia. Aż któregoś dnia pojawiał się ktoś nowy i wszystko rozpoczynało się od początku. Pierwsze przelotne spojrzenia, niby przypadkowe muśnięcia dłoni, pierwsze pocałunki, motyle w brzuchu, marzenia senne. Znowu wzloty i upadki, szał namiętności, potem ponownie nuda, monotonia i gorycz kolejnego rozczarowania – może nią, a może samym sobą. Konrad się nie zmienił, był taki sam jak przed laty. Jego obecny związek z Justyną przechodził powoli w okres stabilizacji, a więc trwał co najwyżej od wczesnej wiosny. Bywali razem u Anny. To musiało być zupełnie niedawno, najwyżej parę miesięcy temu. Pośrednik, który wynajął mi mieszkanie, twierdził, że właścicielka wyjechała przed paroma tygodniami.
Z dnia na dzień coraz bardziej mnie to intrygowało – zamknięty na głucho pokój, osierocony Murano, stare meble, wiszące wszędzie obrazy. Każdy z nich był niesamowity.
Najbardziej fascynował mnie obraz wiszący w kuchni nad stołem. W pierwszej chwili myślałem, że to półotwarte okno. Wszystko wydawało się takie realne, jakby czuło się powiew rozgrzanego, napływającego z zewnątrz powietrza. Za tym oknem rozciągał się widok na taras ze stojącymi w olbrzymich donicach drzewkami pomarańczowymi. Taras kończył się kamienną balustradą, na której brzegu stała postać Madonny o dziewczęcych rysach twarzy, która trzymała na rękach Dzieciątko. Gdzieś w oddali górował nad wszystkim barokowy kościół z okrągłą kopułą. Kościół Santa Maria della Salute, Matki Boskiej Uzdrawiającej. Nie miałem pojęcia, skąd to wiem, ale byłem tego pewny.
Z każdym dniem coraz więcej rzeczy w tym domu nie dawało mi spokoju. Musiałem dowiedzieć się czegoś więcej. Postanowiłem zaprosić Konrada i Justynę na kolację.
***
Konrad przyjechał sam. Z lekkim ociąganiem wszedł do środka. Rozejrzał się niepewnie po mieszkaniu.
– Gdzie Justyna? – zapytałem zaskoczony.
– Nie chciała. – Nie szukał żadnych wymówek.
– Nie przepada za mną? – zapytałem.
– Nie o to chodzi.
– Nie zna mnie dostatecznie? – dopytywałem.
– Nie w tym rzecz.
– W takim razie, dlaczego nie przyszła z tobą?
Przyglądałem mu się z zainteresowaniem.
– Nie chodzi o ciebie, tylko o to mieszkanie – powiedział krótko. – Za dużo jest wspomnień, które są z nim związane.
Usiadł przy stole w kuchni, wyciągnął odruchowo paczkę papierosów, wygrzebał z kieszeni zapalniczkę.
– Nie pal tutaj!
– Nigdy tutaj nie paliłem. Muszę czymś zająć ręce. To mnie uspokaja.
Zamilkł. Rozglądał się dookoła.
– Kuchnia jest taka, jaka była – Nie wiem, dlaczego zacząłem się tłumaczyć. – Nic tu nie zmieniałem. Prawie jej nie używam.
Zastanawiałem się, co jest takiego w tej kuchni, że on się jej tak przyglądał. Kuchnia, jak kuchnia – pomyślałem. – Może odrobinę staromodna – drewniane, jasne meble z szybami koloru miodowego, zielone blaty, mosiężne lampki, oświetlające wszystko zbyt jasnym światłem.
– I jak? Jest tak, jak pamiętasz? – spytałem.
– Nie, zupełnie inaczej – zaprzeczył. – Dom to nie pomieszczenia, to ludzie. – Zamyślił się na chwilę. – Uwielbiałem tę ich kuchnię. Marco przywiózł te meble spod Wenecji. Zrobił to po śmierci swojej babci – rozgadał się niespodziewanie. – Transport tych mebli do Polski kosztował go majątek. Pamiętam, że zapytałem go wtedy, czy warto to robić. Był bardzo zaskoczony moim pytaniem. Odpowiedział, że te meble to historia jego rodziny, jakby kawałek jego samego. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy je zobaczyłem. Marco wynajmował dwupokojowe mieszkanie na starym mieście. Sprzęty wylądowały u Ani − stare weneckie meble, koronki z Burano, kolorowe szkło z Murano.
Nagle zamilkł i zaczął się przechadzać po kuchni.
– Ten dom miał niesamowitą atmosferę.
– To znaczy?
– Po przekroczeniu jego progu pojawiały się inne zapachy, inne kolory, czuło się na twarzy powiew ciepłego powietrza. To było jak magia południa Europy. Rozumiesz?
– Staram się to sobie wyobrazić.
– Magia południa Europy i do tego oni. Wchodziłeś do ich domu i nagle wszystko cichło i powolniało, jak gdyby czas płynął tu inaczej. Dwoje ludzi jakby przeniesionych z innych czasów, z innej przestrzeni. Nie znałeś ich, nie masz nawet szansy zrozumieć – mówił cicho i spokojnie. – Dom to ludzie.
Nie przerywałem mu. Zamarłem w bezruchu. Starałem się nie uronić ani słowa, by choć trochę zrozumieć.
– Bardzo lubiłem ich kuchnię. Na parapecie stały tu zawsze doniczki z ziołami. Obok nich wylegiwał się Murano. Za oknem widać było kwiaty, a na stole stały misy z owocami i słoje pełne oliwek. Kot na powitanie ocierał się o nogi, a w całym domu rozchodził się zapach świeżo parzonej kawy. Magiczna oaza szczęścia i spokoju. Tu było tak zawsze – powtórzył. – Nawet wtedy, kiedy przyszedłem tutaj po raz ostatni. – Na chwilę zamilkł. – Chodź, zjemy coś na mieście! – zmienił temat. – Tutaj nic nie przejdzie mi przez gardło.
Ale nie zbierał się do wyjścia. Usiadł. Bawił się pudełkiem papierosów. Raz po raz wysuwał papierosa, żeby po chwili wsunąć go do środka. To zajęcie pochłonęło go całkowicie, jakby nagle w tym wszystkim ono stało się najważniejsze. Wiedziałem, że chce mi jeszcze coś powiedzieć.
– Kiedy widziałem Marca po raz ostatni, też siedzieliśmy w tej kuchni – odezwał się cicho. – Wpadłem do nich wtedy niespodziewanie. Ani nie było jeszcze w domu. Miała za chwilę skądś wrócić. Marco zachowywał się tak, jakby się gdzieś spieszył. Co chwilę spoglądał na zegarek. Poczułem się niezręcznie. Miałem wrażenie, że mu przeszkadzam.
– Ania obiecała mi pomóc kupić pierścionek dla Justyny – zacząłem się odruchowo tłumaczyć. – Znalazłem coś ciekawego. Chcę się jej poradzić. To niedaleko, zajmie to nam najwyżej godzinę.
– Czy to musi być dzisiaj? – zapytał.
– Nie musi. – Próbowałem ukryć rozczarowanie. – Jeżeli ci przeszkadzam, to już pójdę – powiedziałem z ociąganiem. – Wpadnę innym razem.
– Mam do ciebie prośbę. Weź to! – Podał mi kopertę. – Gdyby coś mi się jutro stało, to dasz tę kopertę Ani.
– Co ma ci się stać? – Spojrzałem na niego zaskoczony. – Stary wezwie cię na dywanik? Studenci wygwiżdżą cię na wykładzie? Pacjenci naubliżają ci w poradni? – pytałem ogłupiały.
– Coś zupełnie innego – powiedział cicho. – Najlepiej gdybyś przeczytał to wtedy na głos.
– O czym ty mówisz? – Nic z tego nie zrozumiałem. – Piłeś coś? – Spojrzałem na niego uważniej. – Studenci odpalili ci działkę w ramach wdzięczności za niekonwencjonalne ćwiczenia?
Nie odpowiedział. Wstał i zaczął parzyć kawę. Robił to tak powoli, że już myślałem, że o mnie zapomniał.
– Obiecujesz, że przeczytasz? – Spojrzał w moją stronę.
– Obiecuję! – Nie wiem, dlaczego to powiedziałem.
– Jeżeli przeżyję, to mi to oddasz – powiedział, stawiając przede mną filiżankę z parującą kawą.
– Przeżyjesz?! O czym ty mówisz, do diabła? Popierniczyło cię do reszty?!
– Wiem, co mówię. Wypij kawę i zbieraj się do domu! Za chwilę przyjdzie Ania. Dzisiejszy wieczór chcę spędzić tylko z nią.
– Powiedz, o co chodzi – nalegałem.
– Jutro mam operację – mruknął pod nosem.
– Operację? Tak nagle?
– Przed tygodniem, w trakcie zajęć ze studentami, miałem nagle niedowidzenie połowiczne. Trwało to kilkanaście minut. Od paru tygodni mam bóle głowy. Na początku bolała mnie tylko rano. Od paru dni ten ból towarzyszy mi ciągle.
– Zapewne to jakaś nietypowa migrena – przerwałem mu. – Za dużo pracujesz. Zajęcia na uczelni, praca w szpitalu, godziny w poradni, dyżury w pogotowiu i jeszcze ta fucha psychologa w opiece paliatywnej. Musisz trochę odpuścić, trochę zwolnić. Nie jesteś maszyną – próbowałem uspokoić samego siebie.
– Początkowo też tak myślałem – powiedział spokojnie. – Kumpel z neurologii też miał podobną teorię, ale dla pewności skierował mnie na rezonans. To nie migrena. Mam tętniaka zlokalizowanego blisko skrzyżowania nerwu wzrokowego. Lokalizacja fatalna. Może się nie udać. Nie mam specjalnie na co czekać.
– Sprawdź to jeszcze! Pójdź do kogoś innego!
– Profesor oglądał to badanie – przerwał mi. – Nie ma mowy o pomyłce. Ten tętniak jest jak bomba zegarowa tykająca w mojej głowie. Nie wiadomo, na kiedy nastawiony jest zapalnik. – Zamilkł na chwilę, spojrzał na mnie. – Nie chcę czekać. Nie mogę wylądować na wózku. Ania kochałaby mnie nadal, ale ja nienawidziłbym samego siebie. Nie mogę jej tego zrobić! Rozumiesz? Będzie, co będzie. Ten zabieg to jakaś szansa…
– Co na to Ania? – zapytałem.
– Ona o niczym nie wie – odpowiedział.
– Ty chyba żartujesz!
– Ona jest za delikatna. Podejmowanie takich decyzji by ją zabiło. Jeżeli przeżyję, to mi wybaczy. Jeżeli umrę, nie będzie się przynajmniej czuła współodpowiedzialna.
Pomyślałem, że coś mu się stało z mózgiem. Siedział naprzeciw mnie, pił kawę, uśmiechał się idiotycznie. Opowiadał o tym wszystkim jak o wakacjach.
– Nie masz prawa decydować za was dwoje.
– Mylisz się!
Wstał gwałtownie, potrącił stół. Odskoczyłem do tyłu jak oparzony. Kawa chlusnęła mi na spodnie.
– Moje życie i moje decyzje! – powiedział podniesionym głosem.
– Pożegnał się ze mną przez podanie dłoni – opowiadał dalej Konrad. – Wcześniej nigdy tego nie robił. Wyszedłem z tą kopertą w kieszeni. Stał w półotwartych drzwiach i czekał, aż zbiegnę na parter. Odwróciłem się jeszcze i spojrzałem w górę – Marco jak Marco, nawet uśmiechał się jak zawsze. Nigdy później nie byłem w tym domu.
Skończył, a ja nie miałem odwagi o cokolwiek zapytać. Wiatr poruszył lampionem na tarasie, przez uchylone okno usłyszałem znajome dźwięki. Znowu w kółko Verdi, Rigoletto i to nieśmiertelne La donna è mobile.
– Umarł? – zapytałem niepewnie.
– Umarł, odszedł na stole operacyjnym, a ja nie potrafię się z tym pogodzić.
– A ona? – wszedłem mu w słowo.
– Ona? – Nie zrozumiał.
– Co stało się z Anną?
– Nie wiem – odpowiedział matowym głosem.
– Jak to nie wiesz? Przecież to absurd!
– Nie wiem. Przeczytałem ten list na jego pogrzebie, a ona zabrała mi tę kartkę z rąk i odeszła. Wszyscy byli zaskoczeni. Nikt nie zdążył jej nawet zatrzymać.
– Niemożliwe – szepnąłem. – Przecież to idiotyczne. Jak mogliście pozwolić jej odejść?!
Konrad wstał, zaczął się zbierać do wyjścia. Chyba przeszła mu już nawet ochota na kolację na mieście.
– Ale ona żyje? – zapytałem pospiesznie.
– Myślę, że żyje. W końcu ktoś kazał agencji nieruchomości wynająć to mieszkanie.
***
Coraz bardziej mnie to wszystko intrygowało. Konrad dawkował mi informacje. Półsłówka i niedopowiedzenia podsycały tylko ciekawość, pobudzały i tak już nadmiernie rozbudzoną wyobraźnię. Coraz bardziej intrygowało mnie to mieszkanie. Coraz mocniej ciekawili mnie jego dawni mieszkańcy. Kusił mnie ten niedostępny dla mnie pokój. Drzwi były szczelnie zamknięte, ale klucz tkwił w zamku. Każdego dnia walczyłem ze sobą. W końcu zwyciężyła ciekawość. Przekręciłem klucz, nacisnąłem klamkę i wszedłem do tego pokoju.
To była chyba jej sypialnia. Jej albo ich, nie wiem. Konrad wspominał, że Marco wynajmował mieszkanie na mieście. W pokoju panował półmrok, wąskie smugi światła przeciskały się przez szpary w żaluzjach. W powietrzu unosił się zapach lawendy. Podszedłem do okna, wpuściłem więcej światła. Promienie zachodzącego słońca wdarły się do środka, dodając ciepłych barw przytulnemu wnętrzu.
Nie tego się spodziewałem. Myślałem, że pokój będzie mroczny i ponury, a on był jasny i radosny. Na środku pokoju stało duże, drewniane łóżko z białą pościelą w kwiaty lawendy. Pod oknem było niewielkie biurko z przystawionym do niego ratanowym krzesłem, z lampką ze szkła. Nacisnąłem włącznik. Strumień światła padł na zeszyt. Nie zauważyłem go wcześniej. Na otwartej stronie było tylko parę zdań, napisanych drobnym pismem. Przeczytałem je odruchowo. Nic z tego nie zrozumiałem.
Marco, wbrew wszystkim i wszystkiemu, wierzę Ci. Nigdy mnie nie zawiodłeś. Nic się nie zmieniło. Ufam ci bezgranicznie. Będę tam.
Uciekłem wzrokiem, odwróciłem się gwałtownie.
Nie mam prawa tego czytać – pomyślałem. – Nie czyta się cudzych listów, pamiętników ani wspomnień.
Spojrzałem w bok. Obok biurka była szafka z książkami. Tuż nad szafką wisiał portret dziewczyny. To musiał być portret Anny. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że to lustro. Kształt i oprawa przypominały zwierciadło, ale w środku zamiast srebrzystej tafli szkła tkwił namalowany na płótnie portret młodej kobiety. Konrad nigdy nie mówił, jak wyglądała Anna. Wspomniał tylko, że była ciepła jak Marco, delikatna i wrażliwa jak dziecko, jak mała dziewczynka. Nigdy się nie zastanawiałem, jak mogła wyglądać. Dziewczyna na portrecie miała jasne, proste, opadające do ramion włosy, niebieskie, duże, radosne oczy, regularnie wykrojone usta. W pierwszej chwili pomyślałem, że ona siedzi na tle jakiegoś otwartego okna, ale to nie było okno, tylko drzwi prowadzące na taras. W tle widać było kamienną balustradę, a na niej postać Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Gdzieś w oddali majaczyły białe mury barokowej świątyni. Wiem, że to nielogiczne, ale wszystko wydało mi się takie znajome: taras, balustrada, kościół i ta dziewczyna. Czułem, jak moje serce przyspiesza.
Rozejrzałem się dookoła. Przy oknie wisiały zdjęcia, przypięte kolorowymi pinezkami do korkowej tablicy. Było ich wiele. Trzy z nich przykuły moją uwagę – napis na mokrym piasku: „Kocham cię bardziej niż Wenecję”, dwa serca splecione ze sobą, namalowane na jakimś murze obok setek podobnych serc, i zdjęcie kobiety w objęciach mężczyzny na tle zachodzącego słońca. On był wyższy od niej prawie o głowę, ona przy nim drobna i krucha. Tuż obok zdjęć wisiał ścienny kalendarz, na którym przy zaznaczanych datach i godzinach powtarza się wciąż to samo imię – Marco.
W pokoju był też dziwny zegar. Okrągły, wiszący na ramieniu wychodzącym ze ściany, z dwoma cyferblatami pokazującymi czas na dwie strony. Podobny był do zegarów, które czasami bywają na dworcach. Z jednej strony pod cyferblatem widniał napis Marco, a z drugiej Ania. Ten pierwszy zegar stanął, drugi nadal chodził. Poczułem się nieswojo. Dreszcz przebiegł mi po plecach. – To jakiś obłęd – pomyślałem. – Co to za pokręcona historia!
Nagle przeraził mnie ten pokój. Tylko Murano czuł się tu dobrze. Wskoczył na krzesło przy biurku, zwinął się w kłębek, zamruczał cicho i zasnął.
Pamiętam, jak Marco wszedł z impetem do pokoju asystentów. Zbyt mocno pchnięte drzwi trzasnęły głośno o framugę. Nagle wszyscy odwrócili się w jego stronę.
– Przepraszam! – rzucił niepewnie Marco.
– Co mi po twoim „przepraszam”, kiedy prawie dostałam zawału? – Melania rzuciła się do niego.
– Naprawdę nie chciałem. – Marco uśmiechał się miło.
– Coś się stało? – Melania nie dała za wygraną. Przyglądała mu się uważnie.
– Nie, nic. Zupełnie nic. To nie ja, to przeciąg – bronił się Marco.
– Nie czułam żadnego przeciągu – powiedziała bez przekonania.
Nie było czasu na dyskusję. Za chwilę zaczynały się zajęcia. Zostaliśmy sami. Marco usiadł na blacie biurka sąsiadującego z moim.
– Weź ode mnie grupę dwudziestą czwartą. Dopłacę, ile będziesz chciał, oczywiście w granicach moich możliwości i rozsądku. – Propozycja zabrzmiała poważnie i rzeczowo, nie wyglądała na żart.
– Nie musisz dopłacać. Możemy się zamienić.
– Dobrze, zamieńmy się.
– Weź ode mnie grupę dwudziestą pierwszą. Jej nikt nie chce, bo ich zajęcia kończą się w piątek o dwudziestej.
– W porządku – powiedział bez chwili zastanowienia.
– W porządku? Jesteś pewny, że w to wchodzisz?
– Wchodzę, oczywiście, że wchodzę, od razu, czyli od przyszłego piątku.
Zeskoczył z biurka, odwrócił się do mnie plecami. Uznał sprawę za załatwioną.
– Może dorzucisz choć parę informacji? – Zacząłem mieć wątpliwości. Jego zachowanie było dziwne, zupełnie dla niego nietypowe. – Stało się coś?
– Nic godnego uwagi – rzucił, nie odwracając się nawet w moją stronę.
– Chamowaci? Aroganccy? Złośliwi? – próbowałem go sprowokować. – A może po prostu głupi?
– Bez obaw. Fajna grupa.
– Dlaczego w takim razie chcesz się ich pozbyć? Musi być w tym jakiś haczyk.
– Nie ma. Ręczę za nich – powiedział poważnie. – Nic, zupełnie nic – powtórzył.
– Nic i nagle bez mrugnięcia okiem bierzesz ode mnie najgorsze godziny w uczelnianym grafiku. Przed paroma tygodniami profesor wymyślił losowanie, bo jakoś nikt dobrowolnie nie chciał prowadzić tych zajęć. Z tego co pamiętam, ty też zasłaniałeś się wtedy częstymi wyjazdami na weekendy i koniecznością opieki nad babcią.
– To prawda – potwierdził.
– Skąd ta nagła zmiana zdania? Opieka nad babcią ci zbrzydła? – Z jego miny wywnioskowałem, że przesadziłem. – Przepraszam – burknąłem pod nosem.
– Nie ma sprawy. Nie gniewam się.
Marco szykował się do wyjścia. Uważał sprawę za załatwioną.
– Stało się coś? – nie ustępowałem.
– Nic, co mogłoby mieć dla ciebie jakiekolwiek znaczenie – powtórzył kolejny już raz.
– A tak w ogóle? – nie dawałem za wygraną.
– A tak w ogóle, to może i coś się stało. – Z minuty na minutę był coraz bardziej rozdrażniony. – Czemu ty jesteś dzisiaj taki upierdliwy?
– Chcesz pogadać? – Zżerała mnie ciekawość.
– Niespecjalnie. W każdym razie nie tutaj – dorzucił.
Pół godziny później siedzieliśmy w małej knajpie niedaleko naszej uczelni. O tej porze było tu jeszcze pusto i cicho. Zamówiliśmy piwo. Czas zwolnił. Marco nie spieszył się do rozmowy.
– To sprawa osobista? – próbowałem go sprowokować.
– Ależ ty się dzisiaj na mnie uwziąłeś… – Zabrzmiało to odrobinę wrogo. – Sprawa niewarta rozmowy – bąknął wymijająco. – Zupełnie nieciekawa.
Spojrzałem na niego uważniej i nagle wydało mi się, że zaczynam rozumieć.
– Zakochałeś się w studentce z tej grupy – palnąłem. – Znasz kodeks uczelni. Jest tak stary jak nasza buda, funkcjonuje od ponad dwustu lat. Nie było jeszcze nigdy żadnych odstępstw od obowiązujących reguł. – Przyglądałem mu się coraz uważniej. – Chyba oszalałeś! – Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. – Rozum ci odebrało? Stary wyrzuci cię z pracy, jak tylko zacznie cokolwiek podejrzewać. Jesteś skończony.
Nawet nie drgnął.
– A zresztą, może przesadzam – zacząłem kombinować. – To w końcu studenci ostatniego roku. Mógłbyś trochę zwolnić, odrobinę poczekać. Za parę miesięcy nie będzie to już miało dla rektora żadnego znaczenia.
– Zwolnić, przeczekać? I ty to mówisz? – Spojrzał na mnie lekko rozbawiony. A może tak mi się tylko wydawało. – Nie o to chodzi – powiedział nagle poważniej – Gdyby o to chodziło, to posada na uczelni nie jest szczytem moich marzeń. Nie ta praca, to inna.
– Chrzanisz! – przerwałem mu. – Nikt bardziej od ciebie nie nadaje się do tej pracy. A więc zakochałeś się? – drążyłem.
– Nie zakochałem się – powiedział dobitnie.
– W takim razie co?
– Czuję się pokonany.
– Pokonany? – Nie mogłem go zrozumieć. W pierwszej chwili myślałem, że się przesłyszałem. – Dałeś się pokonać studentom na swoich zajęciach? Oszalałeś? Ktoś wiedział o etyce zawodowej więcej niż ty? To niemożliwe.
– Może nie więcej, ale inaczej – przerwał mi spokojnie.
– Inaczej? – powtórzyłem za nim.
– To proste. Uczę czegoś, z czym sam do końca się nie zgadzam. Uczę w pewnym sensie wbrew własnym przekonaniom. Dystans, kontrolowana empatia, wyuczona, bezwarunkowa asertywność, profesjonalizm… Wmawiamy młodym ludziom, że w dzisiejszym świecie nie ma miejsca na emocje, w każdym razie nie w tym zawodzie, nie w medycynie, nie u nas.
Milczałem. Nie wiedziałem, do czego zmierza.
– Łudzimy się, że w ten sposób wyzwalamy w nich reakcje samoobronne, że uczymy ich bronić się przed nimi samymi. Tak nam się przynajmniej wydaje. Coraz mniej własnych uczuć, coraz mniej prywatności… Powoli miejsce człowieka zajmuje idealnie działająca maszyna. I nagle gdzieś po drodze zniknął człowiek – mówił głośno.
– Bzdura! – wszedłem mu w słowo.
– Bzdura?! Żadna bzdura. To coraz bardziej bezduszna medycyna. Światem rządzi ekonomia. Świat kręci się nie wokół uczuć, lecz wokół pieniędzy, zysków i strat.
– Pierniczysz! – przerwałem mu gwałtownie. – I ty to mówisz? Może ty już dzisiaj więcej nie pij… – spróbowałem zażartować.
– Uczę czegoś, czego do końca nie akceptuję i sam nie robię – nie dał sobie przerwać. – Jestem hipokrytą. Dzisiaj na zajęciach doszło do katastrofy. Znalazła się dziewczyna, która miała odwagę mi to powiedzieć.
– Zaatakowała cię? – zapytałem zaskoczony.
– Nie mnie bezpośrednio, tylko głoszone przeze mnie poglądy. W pewnym momencie zrozumiałem, że ja czuję i myślę tak jak ona. Mówiła rzeczy, do których nie potrafiłem się ostatnio przyznać sam przed sobą. Pokonała mnie.
– Przyznałeś jej rację? – Patrzyłem na niego przerażony. – Chyba oszalałeś!
– Nie, nie przyznałem. Kazałem jej usiąść. Poprosiłem, żeby po zajęciach została na chwilę.
– I została?
– Została. Sam nie wiedziałem, co chcę jej powiedzieć, ale musiałem z nią porozmawiać.
– I co?
– Przeprosiła mnie – powiedział po chwili. – Mówiła, że chodziło jej tylko o to, że dla niej etyka zawodowa jest pojęciem szerokim i skomplikowanym. Powiedziała, że tak naprawdę tego nie można się nauczyć, bo to jest w każdym z nas i dla każdego z nas znaczy coś innego, że to bardziej się czuje, niż wie, a przecież każdy czuje inaczej. Słuchałem jej i z minuty na minutę byłem coraz bardziej przekonany, że ona nazywa po imieniu coś, do czego ja ostatnio jakoś nie potrafiłem się przed samym sobą przyznać. „Przepraszam pana, wiem, że nie powinnam”, powiedziała, odwróciła się i odeszła. Nie mogę mieć z nią więcej żadnych zajęć – dokończył.
Milczał. Ja też milczałem.
– Idiotyczna sytuacja − przyznałem po chwili.
– Rozumiesz mnie?
– Jasne, że rozumiem.
Wracałam przygnębiona do domu. Dzisiaj nie musiałam się już nigdzie spieszyć. Nie było już po co. Nagle żałowałam, że mieszkam sama, że nie mogę rzucić się w wir domowej krzątaniny, w dziesiątki pozornie błahych spraw. O ile byłoby mi teraz łatwiej, gdybym mieszkała w akademiku. Tam nie byłabym sama. W domu czekał na mnie tylko kot.
Diabli by to wzięli – pomyślałam. – Wiele razy powtarzałam sobie, że moje poglądy są tylko moje. Wygłaszanie swojego zdania rzadko przysparza przyjaciół, znacznie częściej wrogów. Gdyby nie ten przeklęty poranek, nikt nie byłby w stanie mnie sprowokować. Zaatakowałam go, a przecież go lubię. To jest wyjątkowy człowiek. Na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic nadzwyczajnego, może trochę te ciemne włosy, czarne oczy, smagła cera, dziwnie miękki akcent. Jest coś w jego sposobie bycia, co każe go natychmiast polubić. Ciepły człowiek. Mówią, że jego babcia jest Włoszką, że często do niej wyjeżdża. Słyszałam, że się nią opiekuje. Ona ma ponoć tylko jego. Wychowywał się tam. Maturę zdawał jeszcze w Wenecji. Studiował już u nas, na naszej akademii. Jest pogodny, ciepły, uśmiechnięty, przyjazny, a ja go dzisiaj zaatakowałam. Właściwie to nie jego, lecz to, co mówił. Opowiadał o medycynie paliatywnej. Mówił, jak pomagać w sposób ograniczony, jak rozumieć, ale nie przeżywać, współczuć, ale nie angażować się emocjonalnie. Powiedział, że nie można nosić żałoby po każdym umierającym pacjencie, przeżywać uczucia klęski po każdej śmierci, traktować każdej śmierci jak osobistej przegranej. Twierdził, że musimy być profesjonalistami, a do profesjonalizmu należy dystans, że tylko wtedy ten zawód nas nie zabije, pozwoli nadal zachować samych siebie. W sumie wiem, że on ma rację, ale nie dzisiaj.
Dzisiaj nie mogłam go słuchać, dzisiaj wszystko we mnie krzyczało. Od paru tygodni z samego rana, jeszcze przed zajęciami, pędziłam do Teresy. Chciałam choć z grubsza uporządkować jej mieszkanie, podać morfinę, przygotować coś do zjedzenia, zorganizować dzień, przynieść świeże pieczywo z piekarni i nowe krzyżówki z kiosku. Te krzyżówki były zawsze najważniejsze. Kiedy usłyszałam o tym po raz pierwszy, nie mogłam tego zrozumieć.
– Kup mi, proszę, krzyżówki. Dużo różnych – powiedziała do mnie Teresa. – Mój mózg jest usiany przerzutami, ale to nie znaczy, że nie może pracować. On musi działać. Wszystko przeżyję, ale nie to, że stanę się idiotką.
Dlatego krzyżówki były najważniejsze, właściwie to krzyżówki i szachy. Każdą wolną chwilę spędzałyśmy na grze w szachy. Ostatnio choroba przyspieszyła. Dawki morfiny były coraz wyższe, bóle przebijające pojawiały się coraz częściej, tępy ból głowy utrzymywał się ciągle. Pojawiły się nudności i poranne wymioty. Kroplówki z mannitolu nie były już w stanie zmniejszyć obrzęku mózgu. Olbrzymie dawki deksametazonu nie dawały żadnego efektu. Czaszka stała się za ciasna, żeby pomieścić mózg powiększający się z każdym dniem. Doktor Mayer z onkologii nie ukrywała, że Teresie nie można już pomóc. Lubię doktor Mayer, to ona wciągnęła mnie w wolontariat na onkologii, w pracę wolontariuszki w zespole opieki paliatywnej. Wczoraj wieczorem Teresa nie chciała już nic.
– Masz czas? – zapytała.
– Mam.
– Zagrajmy.
Męczyło ją to, ale i tak chciała grać dalej. Kiedy wychodziłam, wyciągnęła do mnie rękę.
– Dziękuję ci za wszystko, Aneczko. Chciałam się z tobą pożegnać.
– Ja nigdzie nie wyjeżdżam – powiedziałam szybko. – A pani, z tego co wiem, też się raczej nigdzie nie wybiera.
– Wybieram się, Aniu, wybieram – przerwała mi energicznie.
W pierwszej chwili nie zrozumiałam. Uścisnęła mi rękę jakoś inaczej. Przytrzymała ją odrobinę dłużej.
– Do jutra! – krzyknęłam, będąc już przy drzwiach.
Rano zadzwoniła do mnie pielęgniarka z opieki paliatywnej. Teresa zmarła w nocy. Cały poranek przepłakałam w domu. Siedziałam w fotelu z kotem na kolanach, wtulałam twarz w jego sierść i płakałam. Nie byłam w stanie ruszyć się z domu i iść na uczelnię. Nie chciałam do nikogo zadzwonić, z nikim rozmawiać. Próbowałam sobie to racjonalnie wytłumaczyć, ale nie umiałam. Coś pękło, coś odeszło na zawsze. Przeklęte krzyżówki, przeklęte szachy… Nagle przypomniałam sobie, że dzisiaj mam z nim zajęcia. Z nim i tylko z nim można o tym spróbować porozmawiać. Ubierałam się w szalonym tempie i tak samo wybiegłam z domu. Jeżeli ktokolwiek, to właśnie on mnie zrozumie. To ciepły, dobry, przyjazny człowiek. Jak na złość dzisiaj mówił o problemach etycznych w opiece paliatywnej, odpowiadał na pytania, których jeszcze nie zdążyłam postawić, rozstrzygał autorytatywnie dylematy, które mnie dręczyły. Nic o mnie nie wiedząc, krytykował postawę, którą ja reprezentuję. Mówił, że nie można nosić żałoby po każdym zmarłym pacjencie, że śmierć jest wpisana w nasz zawód. Zaatakowałam go, bo trudno zaatakować samą siebie, własną frustrację, lęk, przerażenie, uczucie totalnej bezsilności. Poprosił, żebym została. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej podle. Chciałam go przeprosić, opowiedzieć mu wszystko. Może by zrozumiał. Nagle zrobiłam unik. Brnęłam w idiotyczne wywody na temat wpływu wychowania na pojęcie etyki zawodowej, zamiast powiedzieć mu po prostu o Teresie. Kiedy się odwróciłam, żeby odejść, usłyszałam:
– Z tą etyką zawodową to ma pani trochę racji. Nie ma ścisłych reguł i dokładnie określonych zasad. To czysta teoria. Beznadziejnym lekarzem byłby człowiek, który by już nic nie czuł.
Ciekawe, czy on się domyślił.
Właściwie nie miałem żadnych wątpliwości, od początku wiedziałem, która to dziewczyna. Cały tydzień podświadomie czekałem na te zajęcia. Zżerała mnie ciekawość. Do sali wszedłem pewnym krokiem, na blacie biurka położyłem przyniesione przypadki kliniczne. Nie usiadłem, tylko rozejrzałem się po sali.
– Nazywam się Konrad Adamczak – zacząłem pewnym głosem. – Jestem doktorem nauk medycznych, lekarzem internistą, absolwentem naszej uczelni. Będę miał z państwem do końca roku akademickiego zajęcia z etyki zawodowej.
Nie dali mi dokończyć. Po sali przebiegł cichy szmer. Jakiś wysoki chłopak, siedzący w rogu sali, podniósł rękę. Dźwignął się powoli.
– Chce pan o coś zapytać?
– Jestem starostą tej grupy. – Chłopak mówił głośno i wyraźnie. – Nazywam się Tomasz Wójcicki. Czy mógłby nam pan doktor wyjaśnić, co się stało z doktorem Brzezińskim?
– Z doktorem Brzezińskim? – powtórzyłem. Grałem na zwłokę. Próbowałem szybko coś wymyślić. – Nic, zupełnie nic. – Czułem, że jestem mało przekonujący. Dziesiątki par oczu przyglądały mi się wnikliwie.
– Proszę nas źle nie zrozumieć – odezwał się chłopak siedzący tuż pod oknem. – Proszę nie brać tego osobiście do siebie, my pana zupełnie nie znamy, ale bardzo cenimy sobie zajęcia z doktorem Brzezińskim.
Rozumiałem ich. Pomyślałem nawet, że Marco powinien być z nich dumny.
– Doktor Marco Brzeziński zrezygnował z pracy z państwa grupą ze względów osobistych – palnąłem szybciej, niż pomyślałem.
Oczy wszystkich skierowały się w kierunku tej dziewczyny. Siedziała ze spuszczoną głową, kreśląc na leżącej przed nią kartce linie układających się w niezrozumiałe, pewnie nic nieznaczące esy-floresy. Nie widziałem wtedy jej twarzy, a tylko rękę trzymającą długopis i opadające na twarz jasne włosy.
– To nie jest jedyne miejsce pracy doktora Brzezińskiego – próbowałem ratować sytuację. – Godziny pracy z państwa grupą kolidują niestety z jego pracą poza uczelnią. Objął za mnie grupę dwudziestą pierwszą. – Widząc na ich twarzach coraz większe niedowierzanie, brnąłem dalej: – Ja osobiście przyjąłem tę zamianę z olbrzymią ulgą. Nikt nie lubi zaczynać weekendu w piątek o dwudziestej. Chyba czas już rozpocząć zajęcia – próbowałem zakończyć niewygodny temat.
Pozornie się uspokoili. Zacząłem prowadzić ćwiczenia.
Nie słuchali mnie. Początkowo milczeli, potem zaczęli szeptać coś między sobą. Po sali krążyły małe kartki, na koniec pojawiła się jakaś lista. Kiedy kończyłem zajęcia, byłem już pewien, że najgorsze jeszcze przede mną. Nie wstali, nie zaczęli się pakować, nie było słychać szurania książkami, stukotu pospiesznie odsuwanych krzeseł. Cisza. Nigdzie nie biegli i nigdzie się nie spieszyli. Czekali. Z końca sali dźwignął się jakiś chłopak, podszedł do mnie. Położył na moim biurku wypełnioną nazwiskami kartkę.
– To jest nasza prośba do rektora. My wszyscy jako grupa zgadzamy się przenieść nasze zajęcia na piątek. Myślimy, że koledzy z grupy dwudziestej pierwszej przyjmą tę propozycję z radością. Akceptujemy piątkowe popołudnia z doktorem Brzezińskim, nawet jeśli będą trwać dłużej niż do dwudziestej.
***
Poszliśmy we dwóch do rektora. Nie pozostało nam już chyba nic innego. Marco mówił i mówił, a oczy starego stawały się coraz większe. W głowie mu się chyba to wszystko nie mieściło. W końcu nie wytrzymał.
– Co ty mi tu, Marco, opowiadasz? Nie nadajesz się do pracy w katedrze etyki zawodowej? To w takim razie kto się nadaje? – mówił podejrzanie głośno. – Jesteś lekarzem i psychologiem. Skończyłeś dwa kierunki studiów. Nie znam nikogo, kto byłby lepiej od ciebie przygotowany do tej pracy. Jesteś bardzo młody. Im młodszy asystent, tym więcej kłopotów ze studentami. Myślisz, że inni ich nie miewają? Sądzę, że każdy z nas nie jeden, a wiele razy w życiu poczuł się przez nich pokonany. Czyjaś uwaga, luźno rzucony komentarz, nieksiążkowy punkt widzenia wzbudził panikę, utratę pewności siebie i w konsekwencji poczucie przegranej. To normalne. Pomysł z zamianą grup był idiotyczny. Powinniście byli od razu przyjść z tym do mnie. Teraz już nawet średnio inteligentny student wie, że poczułeś się urażony.
– Ja nie poczułem się urażony – głos Marca brzmiał zdecydowanie.
– Nieważne, jak to nazwiesz. – Stary przerwał mu niecierpliwie. – Według nich poczułeś się osobiście dotknięty i głęboko urażony. No nic… – Pozornie zabrzmiało to jak zmiana tematu. – Trzeba brnąć w to dalej. Nic innego nam już nie pozostaje. Grupa dwudziesta czwarta ma zajęcia od siedemnastej w piątek. Poprowadzi je doktor Brzeziński.
– Nie mogę – jęknął Marco.
– Nic mnie to nie obchodzi! – Rektor był wyraźnie poirytowany. – Co znaczy, do diabła, „nie mogę”? Możesz, a nawet musisz! – mówił głośno. – To wypowiedzenie schowaj sobie do kieszeni! Ty tu pracujesz na kontrakcie. Można go rozwiązać dopiero po zakończeniu roku akademickiego. Zerwanie kontraktu wiąże się z konsekwencjami prawnymi. Zastanów się! Bierz ten papier i do roboty! Chyba że jest jeszcze jakiś powód…
– Jest – powiedział nieoczekiwanie Marco. Spojrzałem na niego zaskoczony. – Zakochałem się – dodał.
– Zakochałeś się? – Stary osłupiał.
– Zakochałem się w studentce z tej grupy – powtórzył głośniej Marco.
Profesor spojrzał na niego uważniej, po czym wstał i zaczął przemierzać swój gabinet. Milczał. Słychać było tylko jego kroki. Kątem oka widziałem Marca. Siedział bez ruchu, dziwnie wyprostowany, ze wzrokiem wbitym gdzieś daleko przed siebie.
– A więc mówisz, że się zakochałeś? – Głos profesora wyrwał mnie nagle z odrętwienia. – Nic nie szkodzi.
– Co proszę? – Marco w pierwszej chwili nie mógł pojąć słów starego.
– Nic nie szkodzi – powtórzył spokojnie profesor. Przysunął sobie krzesło. Usiadł na wprost Marca. – Liczysz na to, że zwolnię cię ze względów dyscyplinarnych. Nic z tego, za dużo bym stracił, za dużo straciliby nasi studenci. – Uśmiechnął się pogodnie. – Zgodnie z regulaminem naszej uczelni pewnie i powinienem… Znam cię dobrze, wierzę w twój takt i zdrowy rozsądek – dokończył niespodziewanie.
– Nie rozumiem.
– Rozumiesz, dobrze rozumiesz. Mówisz, że się zakochałeś? – Stary nie odrywał od niego wzroku.
– Tak – potwierdził zdecydowanie Marco.
– To dobrze, nawet bardzo dobrze. Może czas się ustatkować. Wszystko jest porządku. Masz przecież trochę zdrowego rozsądku, trochę taktu, trochę oleju w głowie. Nie znam taktowniejszego człowieka. Wierzę, że nie będziesz się afiszować jeszcze przez te parę miesięcy. Przecież to studenci ostatniego roku.
Marco był zdruzgotany. Kolejny już raz wstawał, by usiąść ponownie. Co chwilę próbował ruchem głowy uporządkować opadające mu na twarz włosy.
– Nie mogę – powiedział odrobinę za głośno.
– Możesz, a nawet musisz. Nie masz innego wyjścia! – zabrzmiało kategorycznie. Nie było już szansy na dalszą dyskusję.
Profesor wyciągnął rękę na pożegnanie.
– No więc, panowie – zabrzmiało przyjaźnie – problem się rozwiązał.
Nacisnął klamkę i wymownym gestem wyprosił nas ze swojego gabinetu.
***
Wszystko ułożyło się dobrze. Dwa dni później ta dziewczyna zapukała do pokoju asystentów i poprosiła Marca na korytarz. Obserwowałem ich przez uchylone drzwi. Marco wyszedł bez ociągania. Nieśmiało wyciągnęła do niego rękę. Uśmiechnął się szeroko. Stanęli obok siebie przy lekko uchylonym oknie na korytarzu. Milczeli. Oboje patrzyli gdzieś daleko przed siebie za okno, jakby to brudne i nieprzyjazne przedwiośnie było ważniejsze od tego, co chcieli sobie powiedzieć.
