Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 22.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
WSTRZĄSAJĄCA, PRAWDZIWA HISTORIA MORDERSTW JEFFREYA DAHMERA.
Pewnej nocy w lipcu 1991 roku dwóch policjantów zobaczyło mężczyznę uciekającego w kajdankach z mieszkania Jeffreya Dahmera. Podczas interwencji dokonali makabrycznego odkrycia: w lodówce znajdowały się trzy ludzkie czaszki, a w całym mieszkaniu porozrzucane były części ciał co najmniej jedenastu kolejnych ofiar.
Wkrótce potem reporterka Anne E. Schwartz otrzymała informację, która na zawsze odmieniła jej życie. Mając wyłączny dostęp do kluczowych osób, ujawniła sprawę i przedstawiła jej pełny obraz: mroczne życie Dahmera, przebieg śledztwa i jego następstwa. Szczegółowo opisała przerażające miejsca zbrodni, szokujące wydarzenia, zeznania Dahmera, a także analizy kryminalistyczne, pasjonujący proces i śmierć potwora w więzieniu.
Dzięki dostępowi do poufnych i unikatowych informacji książka Anne E. Schwartz stanowi najpełniejsze opracowanie sprawy Jeffreya Dahmera oraz kompleksową narrację o jednym z najbardziej znanych seryjnych morderców XX wieku. To lektura obowiązkowa dla widzów serialu „Monster: The Jeffrey Dahmer Story” oraz fanów gatunku true crime.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 314
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: MONSTER: The True Story of the Jeffrey Dahmer Murders
Copyright © by Anne E. Schwartz
Originally published in 1991 as The Man Who Could Not Kill Enough by Carol Publishing Group and in 2011 by Anne E. Schwartz
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Okładka: © 2021 Sterling Publishing Co., Inc.
Projekt okładki: © by Igor Satanovsky
Zdjęcie na okładce: © by Curt Borgwardt / Sygma via Getty Images
Redakcja, korekta, skład i łamanie: Studio Editio
Wydawczyni: Małgorzata Ochab
PR i marketing: Karolina Czwojdzińska
ISBN: 978-83-8441-480-4
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA NA FAKTACH
Mojej Mamie i Tacie, Jean i Victorowi Schwartzom, którzy zawsze robili wszystko, bym mogła spełniać marzenia – nawet gdy już ich zabrakło. Oraz Markowi A. McClainowi, który dziś dzieli ze mną te marzenia i urzeczywistnia kolejne.
Nigdy nie dziwiłem się na widok człowieka nikczemnego, ale często dziwią mnie ci, którzy się nikczemności nie wstydzą.
Jonathan Swift
Ponad trzydzieści lat po tym, jak w lipcu 1991 roku po raz pierwszy przekroczyłam próg rzeźni Jeffreya Dahmera, odbyłam inną podróż – powróciłam do tych, których życie i kariery zostały przez tę sprawę nieodwracalnie i brutalnie zmienione. Ja również się do nich zaliczam.
Od tamtego pierwszego dnia na całym świecie panuje chorobliwe pragnienie poznania wszystkich makabrycznych detali – coś więcej niż pragnienie: jakaś zachłanność, nieróżniąca się zbytnio od tej cechującej Dahmera. Niektórzy pewnie sądzą, że wiedza pozwoli im w jakiś sposób zapobiec podobnym wydarzeniom. Inni, po prostu, chcą znać szczegóły.
Nie miejcie złudzeń – relacjonowanie tej historii dzień po dniu było koszmarem, z którym musiałam żyć, pisząc pierwszą wersję tej książki dziesięć miesięcy po ujawnieniu tajemnic mieszkania Dahmera w 1991 roku. Wciąż zresztą jest we mnie żywa – nawet nie tyle jej makabryczne fragmenty, ile reakcje opinii publicznej wtedy i teraz. Wszechobecne dziś w kinie oraz telewizji realistyczne i brutalne sceny sprawiły, że seryjni mordercy nie robią już na ludziach takiego wrażenia. Dla mnie jednak, młodej reporterki kryminalnej, była to historia życia, która na zawsze połączyła mnie z jednym z najsłynniejszych seryjnych morderców naszych czasów – moje nazwisko wymienia się razem z nazwiskiem Dahmera nawet po trzech dekadach od zakończenia sprawy.
Uświadomienie sobie, że przez dziesięć lat seryjny morderca mieszkał w samym centrum miasta – i zabił tam 17 mężczyzn – postawiło na nogi całe Milwaukee i do dziś pozostaje tematem, o którym miejscowi raczej nie rozmawiają. Ludzie chętnie słuchają opowieści z dwudziestu sześciu lat mojej pracy jako reporterki kryminalnej i niemal dekady doświadczeń w organach ścigania, włącznie z najbardziej odrażającymi szczegółami spraw, które lądowały na pierwszych stronach gazet. Ale o sprawie Dahmera w moim rodzinnym stanie nikt nie chce słuchać. Nie w Wisconsin.
Od 1991 roku przypadek Dahmera był przedstawiany i szczegółowo analizowany przez specjalistów z najróżniejszych dziedzin: funkcjonariuszy organów ścigania, profilerów FBI, oskarżycieli, obrońców, biegłych sądowych, dziennikarzy i wszystkich tych, dla których okres zajmowania się tą sprawą należał do najbardziej surrealistycznych doświadczeń w karierze. Jak więc jedno z najbardziej makabrycznych widowisk w dziejach wyglądało z perspektywy ludzi, którzy zasiadali w pierwszym rzędzie?
Wróciłam, jeśli wolno mi to tak ująć, na miejsce zbrodni, by porozmawiać z osobami takimi jak ja: tymi, na których życiu i pracy sprawa ta odcisnęła trwałe piętno. Godzinami przesiadywałam z Geraldem Boylem, obrońcą Dahmera, który przez dwa lata – zanim Jeffrey został zamordowany – po cichu odwiedzał go w więzieniu. Jego relacja z Potworem była być może najbliższą ze wszystkich. Co ciekawe, przebywający obecnie na emeryturze detektyw Dennis Murphy, funkcjonariusz, który uzyskał liczące 150 stron zeznanie zawierające przyznanie się do winy, również kontynuował rozmowy z mordercą po wyroku, w nieustannej próbie znalezienia odpowiedzi na nurtujące nas wszystkich pytanie: dlaczego? Murphy cieszy się dużą popularnością jako prelegent na konferencjach dotyczących zabójstw, gdzie przedstawia szczegóły śledztwa; często też występuje w niezliczonych filmach dokumentalnych poświęconych Dahmerowi.
Były prokurator okręgowy hrabstwa Milwaukee E. Michael McCann, wracając myślą do sprawy, stwierdził, że koszmarne szczegóły nie wywoływały w nim lęku, ponieważ zawsze „był dość religijny”. Po trzydziestu latach wspomina, że to, czego dane mu było wysłuchać w trakcie procesu, skłoniło go do krytycznego przyjrzenia się swoim własnym fantazjom – i gorąco zachęca do tego innych.
Doktorowi Jeffreyowi Jentzenowi, koronerowi hrabstwa Milwaukee, przypadło w udziale przeprowadzenie autopsji tego, co zostało z ofiar Dahmera – czasem szkieletu, czasem ludzkich organów znalezionych w garnku. Obecnie jest wciąż aktywnym emerytowanym profesorem patologii sądowej na Uniwersytecie Michigan.
Nadal zdarza mu się omawiać swoje doświadczenia z przebiegu śledztwa i uważa, że w tej sprawie „twierdzenie, że wymierzono sprawiedliwość, jest wielką hipokryzją”. Jego pamięć – jak zresztą pamięć wszystkich uczestników tamtych wydarzeń – działa selektywnie. Swoje braki we wspomnieniach tłumaczy „mgłą wojny”: zamieszaniem panującym w tamtym czasie.
Dotarłam także do następcy Jentzena, doktora Briana Petersona, który niedawno przestał pełnić funkcję prezesa Narodowego Stowarzyszenia Lekarzy Sądowych. Zdaniem Petersona sprawa Dahmera jest dla członków stowarzyszenia modelowym przykładem tego, jak powinno się wykonywać ich zawód, zarówno wtedy, jak i teraz.
Michael Dubis był jednym z pierwszych detektywów miejscowej policji, którzy dotarli na miejsce zbrodni po tym, jak w wypełnionym nieznośnym fetorem ciasnym mieszkaniu w Milwaukee dokonano makabrycznego odkrycia. Zwierzył mi się, że gdy czuje cokolwiek, co przypomina ten odór, natychmiast na nowo budzi w nim wspomnienia tamtej nocy.
Media, które w latach dziewięćdziesiątych odegrały olbrzymią rolę w kształtowaniu sposobu postrzegania tej sprawy przez opinię publiczną, dziś niewątpliwie nie przypominają już siebie z tamtych czasów. Kiedy w gazecie ukazał się mój pierwszy artykuł na temat Dahmera, Renee Raffaelli Bakken była młodą producentką w WISN-TV (ABC) w Milwaukee. Nasze drogi zawodowe skrzyżowały się, kiedy produkowała wieczorne podsumowania z każdego dnia procesu – wówczas był to niesłychany pomysł – w których ja pełniłam rolę komentatorki wydarzeń. Dziś, w 2021 roku, Renee nadal związana jest ze stacją – teraz już jako redaktorka prowadząca. Podczas naszego spotkania po latach wspominałyśmy wyczerpujące i żmudne dyskusje w redakcji na temat tego, co możemy puścić na antenie. Treści programów oraz podejście reporterów do zbrodni uległy, łagodnie rzecz ujmując, zmianom.
Przez trzydzieści lat sprawa doczekała się książek, reportaży dokumentalnych, filmów pełnych zmyślonych rekonstrukcji wydarzeń, sztuk teatralnych, komiksów, kart do kolekcjonowania, tematycznych wycieczek z przewodnikiem po Milwaukee – a nawet kolekcjonerskich figurek Dahmera. Sądy konsekwentnie opowiadały się za wolnością wypowiedzi, przez co wszystkie powyższe projekty zostały zrealizowane. Z pewnością pojawią się kolejne.
Ja pamiętam głównie długie godziny spędzone na potwierdzaniu niezliczonych szczegółów ujawnianych mi przez informatorów. Udzielałam wywiadów we wszelkiego rodzaju rzetelnych projektach dokumentalnych. I owszem, w końcu również sama rozmawiałam z Dahmerem. Po wszystkich tych latach moje wrażenia pozostają dokładnie takie same jak wtedy, gdy pisałam o nim po raz pierwszy.
Do dnia swojej śmierci Jeffrey Dahmer pozostał – parafrazując słowa irlandzkiego pisarza Jonathana Swifta – niezaprzeczalnie człowiekiem nikczemnym i bezwstydnym.
Zaplombowane i zabezpieczone taśmą drzwi mieszkania Jeffreya Dahmera w śródmieściu Milwaukee. Fotografię zrobiono 24 lipca 1991 roku, dwa dni po jego aresztowaniu.
© by Marny Malin/Sygma via Getty Images
Zbliżała się północ i funkcjonariusze z III Komisariatu Policji w Milwaukee Rolf Mueller i Robert Rauth mieli właśnie kończyć trwającą od 16:00 zmianę. Patrolowali okolice kwartału w rejonie numeru 2600 West Kilbourn Avenue: obskurną dzielnicę na obrzeżach śródmieścia w pobliżu Uniwersytetu Marquette, znaną wówczas z najwyższego w centrum współczynnika przestępczości. Ciągnąca się na północ główna arteria komunikacyjna usiana była klubami ze striptizem, a w witrynach niewielkich sklepików spożywczych na wyblakłych, podartych kartkach ogłaszano: PRZYJMUJEMY BONY ŻYWNOŚCIOWE.
Mieszkali tu handlarze narkotyków, prostytutki oraz otrzymujący państwowe wsparcie żywnościowe bezrobotni zmagający się z chorobami psychicznymi – zarówno ci, którzy dawali sobie radę sami, jak i ci zaludniający liczne w sąsiedztwie ośrodki readaptacyjne. Cały swój dobytek ciągnęli za sobą w zardzewiałych wózkach sklepowych i sypiali w bramach pamiętających dawno minione czasy świetności, o których wciąż przypominały okazałe wiktoriańskie wille z przełomu XIX i XX wieku, pełne zakamarków kompleksy mieszkalne i majestatyczne, przypominające katedry rezydencje. Z punktu widzenia policji, okolica zdobyła wątpliwą sławę jako ta, w której popełniono ponad połowę zabójstw odnotowanych w mieście w ciągu ostatnich pięciu lat.
W poniedziałek 22 lipca było nieznośnie gorąco i parno, ciało lepiło się od upału. Dla policjantów na służbie oznaczało to spływające po klatce piersiowej strużki, tworzące pod stalową kamizelką kuloodporną słone kałuże; obtarcia od niewygodnie wiszących na biodrach kabur oraz konieczność znoszenia odoru wozu patrolowego: cuchnącej mieszanki przegrzanego oleju silnikowego i potu ostatniego zatrzymanego, który siedział na tylnej kanapie. Właśnie w takie noce funkcjonariusze wprost nie mogli doczekać się powrotu do domów.
Niecierpliwie pragnący zobaczyć się z żoną i córką Mueller miał nadzieję, że uda mu się dociągnąć do końca zmiany bez żadnych nadgodzin. Ze swoim dziesięcioletnim stażem ten urodzony w Niemczech, mierzący ponad 180 centymetrów trzydziestodziewięciolatek mógł uchodzić za weterana policji w Milwaukee. Choć przeprowadził się do Stanów jeszcze jako dziecko, starał się zachować pamięć o swoich korzeniach i czasem w domu rozmawiał z córką po niemiecku. Przepadał za horrorami i zawsze powtarzał, że uwielbia się dobrze przestraszyć.
Partner Muellera, czterdziestojednoletni Bob Rauth, spędził w wydziale trzynaście lat. Jego rudawo-blond włosy – w odróżnieniu od wiecznie potarganej szopy jasnych loków kolegi – zaczynały się już przerzedzać, odsłaniając długą bliznę na czole: pamiątkę po tym, jak podczas wypadku samochodowego wypadł przez przednią szybę. Umięśniony i krępy, sylwetką bardziej przypominał zapaśnika niż policjanta. Podobnie jak wielu kolegów był rozwiedziony. Wszyscy w komisariacie wiedzieli, że Rauth należy do funkcjonariuszy „polujących na nadgodziny”: zawsze brał tyle dodatkowych godzin, ile tylko mógł, chętnie wynajdując sobie nowe przydziały, o ile tylko pozwalały mu one zachomikować trochę dodatkowego grosza. Praca z Rauthem oznaczała pracę w nadgodzinach. Część współpracowników opisywała go też jako człowieka, któremu na służbie przytrafiają się najdziwniejsze, niemal niewiarygodne przypadki. Na szczęście potrafił śmiać się z siebie i często rozbawiał cały posterunek opowieściami o tym, co go spotkało w trakcie zmiany.
Gdy Mueller i Rauth siedzieli w radiowozie, czekając na osadzonego, którego mieli przewieźć do więzienia, podszedł do nich niski, żylasty, czarnoskóry mężczyzna. Z lewego nadgarstka zwisały mu kajdanki. „Kolejna letnia noc, która wydobywa z ludzi to, co najlepsze” – pomyśleli.
– Któremu z naszych uciekłeś? – rzucił przez uchylone okno jeden z policjantów.
Mężczyzną okazał się trzydziestodwuletni Tracy Edwards. Choć na eleganckich przedmieściach Milwaukee widok kogoś idącego ulicą z kajdankami na ręce wzbudziłby sensację, na skrzyżowaniu 25. i Kilbourn nie był niczym niezwykłym. W tym rejonie policyjne wezwanie może obejmować wszystko, od mężczyzny w czapeczce z folii aluminiowej wymalowującego sprayem symbole na budynkach po nagiego faceta kierującego ruchem na głównym skrzyżowaniu. Pełno tu tak zwanych „MO”: mieszkańców, którzy po aresztowaniu zamiast do więzienia trafiają na „mental observation”, czyli obserwację psychiatryczną do Ośrodka Zdrowia Psychicznego Hrabstwa Milwaukee.
Ponieważ Rauth i Mueller nie wiedzieli, czy Edwards rzeczywiście nie uciekł jakiemuś innemu funkcjonariuszowi, nie byli pewni, czy mogą puścić go wolno. Zapytali więc, czy sfatygowane srebrne bransoletki nie są aby pamiątką po jakiejś przygodzie seksualnej. Każdej policyjnej zmianie przyświeca to samo motto: „chroń swój tyłek”. Nikt nie ma ochoty następnego dnia stać w przeszklonym biurze komendanta zalanego skargami obywateli, słyszeć w telefonie własnego nazwiska i numeru odznaki oraz tłumaczyć się ze swojego odjazdu, który skutkował wymknięciem się sytuacji spod kontroli.
Stojąc przy radiowozie, Edwards nie przestawał mówić o „dziwnym kolesiu”, który zaprosił go do siebie i nagle zakuł w kajdanki. Początkowo policjanci starali się go zbyć, proponując, by uwolnił go jego „znajomy”, ale w końcu wysłuchali opowiadanej historii. Choć obaj z łatwością mogliby zlekceważyć ten incydent jako kolejny przykład nieudanej randki, Rauth wyczuł szansę na nadgodziny i poprosił Edwardsa, żeby zaprowadził ich do miejsca, w którym doszło do zdarzenia. Niewiele brakowało, by Jeffrey Dahmer wyślizgnął się. Przestępcy czasem unikają aresztowania właśnie dlatego, że zatrzymujący ich policjant akurat kończy zmianę, albo po całej nocy pracy nie uśmiecha mu się wizja kolejnego dnia spędzonego w sądzie tylko po to, by wieczorem znów zgłosić się na służbę.
Policjanci postanowili udać się z Edwardsem do mieszkania numer 213 w Oxford Apartments przy 924 North 25th Street. Nie znali za dobrze okolicy, ponieważ większość lokatorów tego nieźle utrzymanego, trzypiętrowego budynku z cegły miało pracę i prowadziło spokojne życie. Po wejściu do środka, funkcjonariuszy uderzył unoszący się w powietrzu odór zgniłego mięsa, rosnący na sile w miarę zbliżania się do właściwego mieszkania.
„Tu wszędzie śmierdzi”, pomyśleli. Policjantów wysyłanych do sprawdzenia sytuacji w mieszkaniu pełnym dzieci witają najprzeróżniejsze zapachy, gdy – jak się okazuje – siedzą one same przez kilka dni we własnych odchodach albo używają wymiennie toalety i wanny pod nieobecność matki bawiącej się w barze przy końcu ulicy. Fetor jest nieodłączną częścią śródmieścia w takim samym stopniu jak zbrodnia.
– Policja Milwaukee! – krzyknął Rauth na tyle głośno, by usłyszeli go wszyscy zastanawiający się, czyja potężna ręka wali w drewniane drzwi mieszkania 213.
Trzydziestojednoletni Jeffrey Dahmer, atrakcyjny, choć zaniedbany blondyn z blizną nad prawym okiem, otworzył drzwi i wpuścił policjantów oraz Edwardsa do środka.
Po wejściu Mueller i Rauth zapytali Dahmera o incydent z Edwardsem i poprosili go o klucz do kajdanek. Gdyby otrzymali właściwe odpowiedzi, mogliby poprzestać na pouczeniu: rozwiązaliby problem bez konieczności wystawiania mandatu czy aresztowania.
Dahmer prowadził rozmowę spokojnym głosem, którym – jak dowiemy się później – w przeszłości zdołał już zmanipulować wiele ofiar i funkcjonariuszy różnych służb. Stwierdził, że zostawił klucz w sypialni. Zanim jednak wyszedł z pokoju, Edwards rzucił, że znajdą tam też nóż, którym Dahmer mu groził.
Nie wyglądało na to, że Mueller będzie w domu na czas, ale gdyby nóż się nie znalazł, wciąż istniała szansa, że wszystko skończy się na pouczeniu. Mueller kazał Dahmerowi czekać i sam poszedł do sypialni.
Rzuciwszy okiem na wnętrze otwartej szuflady w komodzie, policjant dojrzał coś, co do dziś opisuje z trudnością: zrobione Polaroidem zdjęcia męskich ciał w różnych stadiach rozczłonkowania, fotografie czaszek pochowanych w szafkach kuchennych i zamrażarkach oraz ujęcia ludzkiego szkieletu zwisającego ze słuchawki prysznicowej. Wstrzymał oddech i zamarł, nie mogąc oderwać wzroku od makabrycznych obrazów, na których z ledwością dało się rozpoznać istoty ludzkie.
– To się chyba nie skończy na pouczeniu, Bob – krzyknął z dozą czarnego humoru, pozwalającą policjantom zdystansować się od stresu związanego z pracą. Gdy tylko Dahmer zdał sobie sprawę, że zostanie aresztowany, stał się agresywny: Rauth zdołał go skuć dopiero po szarpaninie na podłodze salonu. Mueller wyszedł z sypialni z kilkoma kliszami.
– Masz cholerne szczęście, stary – powiedział Edwardsowi. – To mogłeś być ty – dodał, machając mu przed nosem trzymanym w drżącej dłoni zdjęciem odciętej ludzkiej głowy. Edwards spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami i opowiedział, jak Dahmerowi „odbiło”, gdy tylko zbliżył się do lodówki, by wziąć sobie piwo.
– Może tam też trzyma jakąś głowę – stwierdził.
– Ta, jasne, może jest tam jakaś głowa – wyśmiał go Mueller. Otworzył drzwiczki tylko po to, by się z nim podrażnić. Dwa okrzyki, które z siebie wówczas wydał, pochodziły gdzieś z samej głębi trzewi: sąsiedzi będą później mówić, że to właśnie one ich obudziły. Zatrzasnął lodówkę i wydarł się: – Bob, kurwa, w lodówce jest głowa!
Któryś z gliniarzy musiał zorientować się, że cała sprawa będzie świetnym materiałem dla dziennikarzy. Policja Milwaukee nie miała zbyt dobrego kontaktu z mediami – komendant Philip Arreola uważał, że zadaniem prasy jest przekazywanie dobrych wiadomości i publikowanie dowcipów. Nie lubił, kiedy podlegli mu funkcjonariusze rozmawiali z dziennikarzami na miejscach zbrodni, i zażarcie sprzeciwiał się ujawnianiu im jakichkolwiek informacji. Niektórzy policjanci dawali cynk gazetom tylko po to, by wkurzyć szefa.
Informator dzwoniący w środku nocy to marzenie każdego reportera – marzenie, które czasem zmienia się w koszmar. Gdy w poniedziałek 22 lipca tuż przed północą obudził mnie dzwonek telefonu, odruchowo sięgnęłam po notes i długopis, które zawsze trzymam przy łóżku na wypadek, gdybym musiała zanotować coś, co chce mi przekazać dzwoniący.
Osoba po drugiej stronie słuchawki nie przedstawiła się, ale rozpoznałam podniecony głos jednego z moich policyjnych informatorów: „Rauth i Mueller znaleźli ludzką głowę w lodówce mieszkania 213 przy 924 North 25th Street. Są tam też inne części ciała. Nie uwierzysz, co jeszcze jest w mieszkaniu tego gościa. Kroił czarnych facetów na kawałki i zostawiał sobie pamiątki. Musisz się tam dostać, zanim zjawi się góra, inaczej zostaniesz tylko z idiotycznym komunikatem prasowym”. Gliniarze! Żartownisie. A jeśli to jednak nie kawał? Poufne informacje wyszeptywane na parkingach przez Głębokie Gardło Bobowi Woodwardowi z „Washington Post” doprowadziły do wybuchu Watergate – ogólnokrajowej afery dotyczącej samego prezydenta USA.
Ale przecież byliśmy w Milwaukee. Tu nigdy nic się nie dzieje.
Wybrałam numer porucznika Kryminalnego Biura Śledczego policji Milwaukee. Zwykle beszta on dziennikarzy marnujących mu czas – jego zdaniem – kretyńskimi donosami i bezwartościowymi informacjami, za którymi każą im się uganiać redaktorzy. Na służbie przez całą zmianę siedzi za biurkiem: rozsyła detektywów na różne miejsca zbrodni, śledzi postępy każdego dochodzenia i odpowiada na telefony od mediów – przy czym spośród jego licznych obowiązków ten ostatni jest zdecydowanie najmniej lubiany.
– Panie poruczniku, co może mi pan powiedzieć na temat zawartości pewnej lodówki z North 25th Street? – zapytałam zaspanym głosem i czekałam na nieuniknioną ripostę.
– Skąd, do diabła, pani o tym wie? – warknął. – Jezu Chryste, dziennikarze! Może choć raz łaskawie poczekalibyście, aż zjawimy się na miejscu i dowiemy się, co się dzieje, zanim rozpowiecie całemu światu?
Przeciętnemu człowiekowi wyszykowanie się do pracy zajmuje mniej więcej godzinę. Reporter, który pragnie być na miejscu pierwszy, zakłada na siebie cokolwiek, co znajdzie w pobliżu łóżka. Ja dopiero dużo później, w świetle reflektorów ustawionych przez ekipę telewizyjną, zdałam sobie sprawę, że chodzę w dwóch różnych tenisówkach, a do białych szortów dobrałam czarną bieliznę.
Wskoczyłam do swojego Chevroleta Caprice z 1979 roku i, wciskając gaz do dechy, przejechałam kilka mil dzielących moje sąsiedztwo od trzewi miasta.
Znałam okolicę Oxford Apartments – to tam dochodziło do dziesiątek opisanych przeze mnie strzelanin, bójek z użyciem noża, napadów z bronią w ręku i podpaleń. Już na oko rozpoznawałam dziuple, w których handlowano narkotykami – godzinami wystawałam pod nimi w oczekiwaniu na nalot brygad antynarkotykowych: funkcjonariusze potem się z nich wylewali, chełpiąc się aresztowaniami.
Kiedy podjechałam, bloku Dahmera nie otaczał tłum gapiów, kamer telewizyjnych i innych dziennikarzy. Może było już po wszystkim. Czerwone błyski koguta wozu strażackiego stojącego przed budynkiem raz po raz przeszywały ciemność: strażacy zawsze pierwsi odpowiadali na każde wezwanie.
Na schodach prowadzących do wejścia 924 North 25th Street dostrzegłam siedzącą kobietę – prawdopodobnie szukała chwili wytchnienia od upału panującego wewnątrz. Pamela Bass, słusznych rozmiarów czarnoskóra trzydziestolatka z mocno zaczesanymi do tyłu włosami, podniosła na mnie wzrok i otworzyła przeszklone drzwi prowadzące do holu.
– Na pani miejscu bym tam nie szła – powiedziała wyraźnie wstrząśnięta, usilnie próbując owinąć się bordowym szlafrokiem. – To był mój sąsiad, wie pani. Niczego nie podejrzewałam, nie miałam bladego pojęcia. Znaleźli głowę w lodówce, wie pani.
Gorączkowo zapisałam wszystko w notatniku i wymogłam na Pameli obietnicę, że później opowie mi wszystko, co wie. Wiedziałam, że muszę dostać się na górę jako pierwsza.
Budynek, choć z zewnątrz wyglądał nędznie, w środku był czysty, co natychmiast wyróżniało go na tle większości bloków w centrum. Przeskakując po dwa stopnie, dotarłam do drugiego piętra, ale wystarczył jeden krok w głąb wyłożonego wykładziną korytarza, by panujący tam mdlący fetor – mieszanka rozkładu i czegoś chemicznego – sprawił, że ugięły się pode mną nogi. Nie był to odór śmierci. Jeśli zapytasz doświadczonego gliniarza, jak pachnie śmierć, odpowie po prostu: „Kiedy raz ją poczujesz, nigdy nie zapomnisz. Tego zapachu nie da się z niczym porównać”.
Mieli rację. Podczas akcji policyjnych, których byłam świadkiem, wielokrotnie dane mi było się z nim zetknąć. W tamtym korytarzu pachniało jednak inaczej – fakt ten nabierze znaczenia później, kiedy ludzie zaczną wypytywać, dlaczego wyczulone nosy policjantów skierowanych pod ten adres całe miesiące wcześniej nie wykryły odoru śmierci.
Podeszłam do otwartych drzwi mieszkania 213 i ostrożnie weszłam do środka. Od trzech lat zdawałam relacje z różnych miejsc zbrodni, dlatego większość funkcjonariuszy mnie kojarzyła i często wpuszczano mnie tam, gdzie innym reporterom drogę zagradzała taśma z napisem POLICJA. Nierzadko też policjanci dzielili się ze mną szczegółami sprawy wiedząc, że mnie zainteresują, choć nie będę mogła ich opisać w druku (pracowałam dla dziennika, który czytały całe rodziny).
Smród w mieszkaniu Dahmera nie był po prostu odorem śmierci, było w nim coś jeszcze – tak jak jego ofiary nie zostały po prostu zamordowane: ich życie zakończono w niewysłowiony sposób.
Byłam nastawiona na sporządzenie obszernych notatek, ale w ciągu kilku minut spędzonych w środku, nie zdołałam dostrzec niczego niezwykłego. Mieszkanie – zaskakująco schludne jak na kawalerskie standardy – składało się z jednej sypialni oraz drugiego pomieszczenia pełniącego jednocześnie funkcję kuchni, jadalni i salonu.
Policjanci, którzy pojawili się w nim we wtorkowe popołudnie, by wynieść meble i zerwać wykładziny, odkryli pod nimi rozległe plamy wyschniętej krwi, przesiąkającej deski drewnianej podłogi.
Ze zdziwieniem zauważyłam, że na tylnej ścianie pomieszczenia Dahmer zamontował celującą w drzwi wejściowe kamerę monitoringu, podobną do tych spotykanych w bankach (później policja ustaliła, że to atrapa). Nie wchodziłam głębiej do środka, ale wychyliłam się za róg po lewej, by zerknąć do kuchni. Nie chciałam zacierać dowodów własnymi odciskami palców albo zobaczyć czegoś, co mogłoby mnie później nawiedzać w koszmarach, więc nie otworzyłam lodówki, gdzie znajdowała się idealnie zachowana ludzka głowa ani otwieranej od góry zamrażarki, w której – jak się potem dowiedziałam – w plastikowych workach leżały następne. W kolejnych dniach mój wypad do mieszkania Dahmera miał stać się tematem rozmów w lokalnych redakcjach: zgromadzeni wokół dyspenserów wody dziennikarze będą debatować: „A ty zajrzałbyś do lodówki?”. Powiedzmy, że poczułam wówczas, iż nawet dziennikarstwo obywatelskie ma swoje granice.
Na stojącym między kuchnią a salonem stole walały się puszki po piwie, otwarta paczka chipsów, utensylia do akwarium, popielniczka pełna niedopałków i gejowskie czasopismo pornograficzne. Ściany salonu ozdobiono czarno-białymi plakatami przedstawiającymi nagie torsy prężących mięśnie kulturystów. Na innej ścianie wisiała surrealistyczna wizja zaświatów namalowana przez Salvadora Dalego. W jednym kącie pokoju stała niebieska lampa lawa, w innym – akwarium na czarnym stoliku, w którym pływało kilka ryb. Wszystko wyglądało na zadbane. Obok obitej teksturowanym materiałem w neutralnym kolorze kanapy stał pojemnik z wybielaczem i jakieś narzędzie przypominające wiertarkę elektryczną. Na przylegającej do niej taniej, brązowej konsolce zobaczyłam kolejne puszki po piwie, popielniczkę, szczoteczkę elektryczną, puste pudełko po chusteczkach i puszkę sprayu do dezynfekcji marki Lysol.
W drzwiach przesuwnych prowadzących do sypialni, łazienki i garderoby zamontowano zamek ryglowy. Policjanci niemal niedosłyszalnym szeptem wyjaśnili mi, co się za nimi znajdowało: na podłodze szafy wnękowej poniewierały się różne narzędzia i luźne kawałki kabli, ale w głębi, w metalowym garnku wielkości rondla do gotowania homarów, rozkładały się ludzkie dłonie i penis. Na półce powyżej ustawiono dwie ludzkie czaszki. Poza nimi zabezpieczono także pojemniki z alkoholem etylowym, chloroformem i formaldehydem oraz kilka szklanych słojów z męskimi genitaliami zakonserwowanymi w formalinie. Obok lustra w łazience, gdzie – jak sam przyznał – Dahmer rozczłonkował wiele swoich ofiar, było przyklejone taśmą zdjęcie nagiego mężczyzny.
Na ustawionej w sypialni komodzie stał telewizor, puszka piwa i kaseta wideo z gejowskim porno, jej górna szuflada zawierała zaś około trzydziestu zdjęć wykonanych Polaroidem, na których Dahmer dokumentował różne etapy ćwiartowania swoich ofiar. Jedna z fotografii ukazywała ludzką głowę wciąż obciągniętą skórą, leżącą w zlewie; na innej widać było przypominające tuszę patroszonego jelenia ciało rozcięte od szyi aż po krocze, tak czysto, że wyraźnie widać było kości miednicy. Mną wstrząsnęło zdjęcie potraktowanego wybielaczem szkieletu powieszonego w szafie – kości wystawały z celowo zostawionej na głowie, dłoniach i stopach całkowicie nietkniętej skóry.
Zwłoki wielu ofiar rozpłatano i ułożono w różnych pozycjach na łóżku. Jedna z odbitek przedstawiała dłonie i genitalia umieszczone w garnku w szafie. Dahmer – prawdopodobnie uważając się za artystę – przed zrobieniem zdjęcia umyślnie aranżował części ciała zamordowanych: ustawił na przykład odciętą głowę (o wciąż rozpoznawalnych rysach, ze skórą i włosami) na białym obrusie, otaczając ją dłońmi ułożonymi na złożonej ściereczce z jednej i genitaliami z drugiej strony. Innym razem uwiecznił dwie czaszki leżące obok siebie na talerzu, udekorowane różnymi dodatkami, w czymś, co wyglądało na szafkę kuchenną. Sfotografował także dwie czaszki leżące w zamrażarce oraz ciało, które wcześniej pieczołowicie oskórował.
Oprócz dokumentowania swojego makabrycznego rękodzieła, Dahmer fotografował także przyszłe ofiary jeszcze za życia, upozowane w jednoznacznie seksualny sposób, między innymi sadomasochistycznie skrępowane kajdankami. Jedna z nich, czternastoletni Konerak Sinthasomphone, na zdjęciu pręży się w czarnych kąpielówkach jak kulturysta.
Na łóżku leżał aparat Polaroid, zaś pod nim walały się puszka piwa i nóż myśliwski, o którym Edwards wspomniał Rauthowi oraz Muellerowi.
W sypialni znajdowały się ponadto obudowa komputera z dwoma kolejnymi czaszkami w środku i rodzaj fotopamiętnika z obrazami rozczłonkowanych zwłok: ułożono je tak, jak większość ludzi układa swoje zdjęcia z wakacji, by potem móc z przyjemnością wspominać miniony czas. Jeffrey Dahmer przyznał później policji, że pragnął zatrzymać swoje ofiary przy sobie na zawsze. Ściany ozdobiono kolejnymi plakatami z kulturystami. Na metalowej szafce na dokumenty z dwoma szufladami – w górnej znaleziono trzy czaszki, w dolnej różne kości – leżały radiobudzik, pełna niedopałków popielniczka i pilot od telewizora. Porozrzucane kasety porno poniewierały się po podłodze.
W rogu pomieszczenia stała złowieszcza, dwustulitrowa plastikowa niebieska beczka z czarną pokrywą, zawierająca rozkładające się w mętnej chemicznej kąpieli szczątki ludzkie. Jedno spojrzenie na zbiornik i świadomość tego, co znajduje się wewnątrz, wystarczyło, by zrobiło mi się niedobrze. W sumie w mieszkaniu zabezpieczono siedem czaszek i cztery głowy wciąż obciągnięte skórą.
Przerażenie czynami Dahmera oraz osłupienie wynikające z faktu, że udało mu się ich dokonać niezauważenie w mieszkaniu w bloku w samym centrum metropolii, podziałały na mnie przytłaczająco. Stałam w jego mieszkaniu, głowa pulsowała bólem, a serce waliło – myślałam o moich sąsiadach i zapachu klatki schodowej w moim bloku. Choć Dahmer był już w rękach policji, mimo wszystko wycofałam się na korytarz.
W miejscach, gdzie popełniano przestępstwa, zawsze czułam się nieco skrępowana, ale tamtej nocy chodziło o coś więcej niż zwykły dyskomfort. W trakcie moich perypetii jako reporterka kryminalna, nieraz zdarzało się, że poszukiwania jakiegoś szczególnie niechętnego rozmówcy kończyły się przystawieniem mi pistoletu do głowy – mimo tego to teraz bałam się bardziej. W holu przebiegłam wzrokiem hieroglify w swoim notatniku i z trudem usiłowałam spisać, co widziałam i co mi opowiedziano. Było jasne, że Dahmer jest nie tylko facetem z ludzką głową w lodówce – niemal na pewno mieliśmy do czynienia z seryjnym mordercą.
Pragnęłam dowiedzieć się, jakim człowiekiem był Jeffrey Dahmer i co w życiu popchnęło go do takich czynów. Zastanawiałam się, w jaki sposób policja przekaże rodzinom tych mężczyzn, jak zginęli ich bracia i synowie. Choć może to zabrzmieć bezdusznie, wiedziałam, że mam przed sobą materiał życia – to przekonanie pozwoliło mi przetworzyć wszystko, co widziałam. Na to mnie przygotowywano. Zdałam sobie sprawę, że poza policjantami jestem ostatnim człowiekiem, który wyszedł z tego lokalu żywy i że jako osoba, która znalazła się najbliżej faktycznego miejsca zbrodni, będę mogła opowiedzieć tę historię z perspektywy niedostępnej innym dziennikarzom. Oni przyjadą pod blok, ale tylko ja widziałam wnętrze mieszkania i tylko ja byłam świadkiem przerażenia opanowującego mieszkańców tamtej nocy.
Powietrze na zewnątrz Oxford Apartments, choć gorące i wilgotne, wydawało się dobre oraz czyste. Mimo tego ciężki odór, jakby mięsa gnijącego w odłączonej od prądu lodówce, nie chciał mnie opuścić: przywarł do wnętrza moich nozdrzy, tak jak obrazy z wnętrza mieszkania wyryły się w moim umyśle. Jeśli ktoś dziś każe mi wrócić pamięcią do tamtej nocy, wciąż jestem w stanie przywołać tamten fetor i tamte fotografie. Całe godziny, a nawet dni później, zwykle podczas wykonywania prac domowych, wspomnienia tego, co zobaczyłam, przenosiły mnie z powrotem na miejsce zbrodni.
Tamtej nocy czekała mnie jednak robota do wykonania. Na tyłach budynku zaczynali zbierać się gapie – to był znajomy widok, a ja byłam w swoim żywiole. Zdążyłam odzyskać panowanie nad sobą i wiedziałam, co mam robić. Kto mieszkał w tym bloku? I jak mieszkańcom udawało się zajmować swoimi sprawami, kiedy tuż za progiem atakował ich ten okropny smród? Czy ktokolwiek znał Jeffreya Dahmera?
Na końcu ciemnej, brukowanej uliczki na tyłach budynku pojawił się wóz strażaków z jednostki ratownictwa chemicznego, zajmującej się materiałami niebezpiecznymi. Byłam ciekawa, czy wkładając swoje uniformy, przypominające kosmiczne kombinezony, mieli świadomość, po jaki ładunek jadą. Siedzący na tyle ciężarówki w oczekiwaniu na rozkazy strażak powiedział mi: „Poinformowano nas, że jest tam beczka z nieznaną substancją chemiczną”.
„Nieznaną” – stwierdził zdawkowo, a ja sumiennie zapisałam tę niewinną uwagę w notatniku. Jego poszarzała twarz i posępne ruchy zdradzały jednak, że wiedział, z czym będzie miał do czynienia.
Spojrzałam w stronę otwartych drzwi prowadzących do korytarza naprzeciwko mieszkania Dahmera i dostrzegłam opierającego się o ścianę Muellera. Patrzył w sufit; obok z rękami głęboko w kieszeniach stał Rauth. Obaj byli wyraźnie wstrząśnięci. Mueller zszedł na dół i przysunął się do mnie. Zgaszonym głosem stwierdził:
– Człowiek myśli, że widział już wszystko, a potem natyka się na coś takiego.
Zapytałam, co się działo, gdy ledwie godzinę wcześniej odkrył głowę w lodówce. Po długiej pauzie przyznał:
– Krzyknąłem, Annie. Ale nie pisz o tym w gazecie, dobra? Mam przeczucie, że na komisariacie i tak czeka mnie droga przez mękę.
Ich golgota dopiero miała się zacząć. Złożyli wprawdzie podanie o trzy dni urlopu, by uporać się z traumą po tym, co zobaczyli, ale komendant Arreola je odrzucił. Kiedy któryś z policjantów ma bezpośredni związek z jakimś zgonem lub ciężkimi obrażeniami ciała, wydział zwyczajowo przyznaje mu trzy dni wolnego i oferuje wsparcie psychologiczne. Mueller i Rauth musieliby kogoś zastrzelić, by dostać taką pomoc – kolejnego wieczora mieli normalnie stawić się w pracy.
Zostawiłam Muellera i przyjrzałam się tłumowi. Mieszkańcy Oxford Apartments, przyzwyczajeni do nocnych wystrzałów i uodpornieni na tragedie dziejące się wprost na ulicach, stali przed budynkiem, obserwując sceny rozgrywające się nad ranem 23 lipca na ich podwórku z niedowierzaniem, w niemal nabożnym skupieniu. Pomieszane z faktami plotki zdążyły już się rozejść zarówno wśród najemców, jak i przedstawicieli lokalnych mediów.
Miejscom zbrodni czy widowiskowym pożarom z reguły daleko do posępności. Gapie często popisują się przed kamerami i machają do mamy za plecami reporterów starających się zachować kamienną twarz w relacji na żywo. Chłopcy jeżdżą w tę i z powrotem na deskorolkach i stanowczo twierdzą, że wszystko widzieli; dziennikarze prasowi skrupulatnie spisują ich opowieści, a operatorzy telewizyjni skwapliwie podsuwają pod nos mikrofony. Młodzież przechadza się z wielkimi boomboxami na barkach, puszczając muzykę – słów nie da się zrozumieć – tak głośno, że mijający ich przechodnie czują w piersi wibracje basów. Tamtego wtorku 23 lipca było jednak inaczej.
W odróżnieniu od normalnego tłumu gapiów na miejscach zbrodni, grupka mniej więcej dwadzieściorga mieszkańców gromadzących się w alejce na tyłach Oxford Apartments zachowywała ciszę. Ludzie wyszli z domów różnie ubrani – w piżamach, luźnych bawełnianych koszulkach czy pospiesznie kompletowanej garderobie, jak kobieta, która pod szlafrok włożyła sportowe szorty i wybiegła na dwór w wytartych kapciach frotte. Mimo 1:00 w nocy wciąż było gorąco, temperatura oscylowała wokół 27 stopni.
Pamela Bass stała z mężem, Vernellem – jedną dłonią kurczowo trzymała go za rękę, drugą zaś przyciskała do ust. Jej szeroko otwarte oczy były mokre od łez. Bassowie spędzili ostatni rok w mieszkaniu dokładnie naprzeciwko Dahmera i już rozmawiali o przeprowadzce.
– To dobry blok. Rozumie pani, porządni ludzie, pracujący – wyjaśnił mi Vernell Bass. – Ale nie mógłbym tu zostać, wiedząc, że to wszystko działo się pod moim nosem. Nigdy tego nie zapomnę i z pewnością nie mam zamiaru zostać w miejscu, które będzie mi o tym codziennie przypominało.
Jak wielu innych najemców, Bassowie zauważyli różne dziwactwa Dahmera.
– O najróżniejszych porach słyszeliśmy dochodzące z jego mieszkania odgłosy piłowania – przypomniała sobie Pamela. – Którejś nocy około 2:00 nad ranem powiedziałam do Vernella: „Co on, na miłość boską, może budować o tej godzinie?”. Poszłam do niego, żeby mu powiedzieć, że ma to robić za dnia, ale nie odpowiedział. – Zamknęła oczy, wzdrygnęła się i mówiła dalej: – Poza tym był ten smród. Kilka razy zostawiłam mu karteczkę pod drzwiami, żeby coś z nim zrobił, ale stwierdzał tylko, że zepsuło mu się jakieś mięso w lodówce. Innym razem powiedział, że to z akwarium. Ale mówię pani, to musiałyby być całkiem niezłe ryby. To był okropny fetor, wie pani, jakby zepsuły się całe góry mięsa.
Większość mieszkańców odczuwała rozchodzący się po korytarzach odór, ale nikomu nie zgłaszano oficjalnej skargi.
Pochodzący z Afryki zarządca budynku raz nawet pomógł Dahmerowi wyczyścić lodówkę w nadziei, że to złagodzi nieprzyjemny zapach. Dzień przed odkryciem powiedział jednemu z mieszkańców, że jeśli smród nie zniknie, zadzwoni na policję, by zbadała sprawę. Mieszkańcy uważali Dahmera za „dziwnego białego kolesia”; wielu mówiło także, że wiedzieli, że jest gejem. Sąsiedzi opisywali go jako człowieka o osobliwych nawykach: takiego, który wynosi mnóstwo śmieci, ale nigdy nie przychodzi do domu z zakupami.
Doug Jackson, dwudziestolatek mieszkający dokładnie pod Dahmerem, często spotykał Jeffreya przy wielkim zielonym stalowym kontenerze na śmieci na tyłach budynku: zawsze otaczała go przy tym zgraja kotów.
– Te koty dostawały szału, byle tylko dostać się do kontenera i dobrać się do jego śmieci. I nie mówię tu o kilku kotach, było ich ponad dwadzieścia! – Jackson był przekonany, że Dahmer musiał wyrzucać sporo odpadków po rybach.
Policyjne odkrycie wstrząsnęło tym atrakcyjnym czarnoskórym mężczyzną z kręconymi włosami bardziej niż większością sąsiadów. Nieco ponad tydzień wcześniej Dahmer zaprosił go do siebie na piwo.
– Pomyślałem: „Jasne, czemu nie?”. Facet był miły i w ogóle. Ale moja dziewczyna powiedziała, że mam tam nie iść. Stwierdziła, że nie chodzi się do ludzi, których się nie zna, a zwłaszcza do mieszkania tego białego gościa.
Jackson przypomniał sobie, że stali wtedy przy podeście na półpiętrze, Dahmer już na schodach prowadzących na drugie piętro, Jackson niżej. Jeffrey zapraszał go, nawet raz na niego nie spojrzawszy, ze wzrokiem wbitym prosto przed siebie, znieruchomiały.
– To moja głowa mogła być w tamtej lodówce – zauważył cicho Jackson, spuszczając wzrok.
Inny najemca zauważył, że Dahmer zawsze „przemykał” do siebie: otwierał drzwi tylko na tyle, by wślizgnąć się do środka, i natychmiast je za sobą zatrzaskiwał. Sąsiad podejrzewał, że pewnie ma w środku bałagan i nie chce, by inni go widzieli. Z perspektywy czasu to zachowanie mogło wydawać się dziwne, ale nie na tyle, by ktoś zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak.
Rozmowy mieszkańców – ze sobą nawzajem i z reporterami – umilkły, gdy o 4:00 nad ranem w zaułku pojawiła się wielka ciężarówka z napisem TJ ENVIRONMENTAL CONTRACTORS. Firma ta specjalizuje się w utylizacji materiałów niebezpiecznych. Jej właściciele, bracia Tom i Joel Jacobson, wysiedli z wozu ubrani w obszerne, jaskrawożółte kombinezony, połyskujące jak płaszcze przeciwdeszczowe. Zarzuciwszy na plecy butle z tlenem, wsunęli dłonie w wielkie, czarne robocze rękawice i wciągnęli gumowce. Na przykryte kapturem głowy nałożyli czerwone kaski. Gliniarze wchodzili i wychodzili z mieszkania w zwyczajnych bawełnianych mundurach; jeden z nich zastanawiał się na głos, dlaczego nie kazano im wyjść, skoro ci goście byli ubrani jak na sprzątanie Czarnobyla. Patrząc na nich, po wizycie w środku też zachodziłam w głowę, czy pamiątką po największej sensacji mojego życia nie będzie czasem dwugłowe dziecko.
Tłum rozstąpił się, by przepuścić białe kombi Jeffreya Jentzena, koronera hrabstwa Milwaukee. Jentzen, ze swoimi gęstymi, brązowymi włosami i okularami w drucianej oprawie na czubku zadartego nosa, mimo swoich 37 lat wciąż wyglądał młodo. Nie czuł się dobrze w towarzystwie kamer telewizyjnych i w miejscach nienaturalnych zgonów zachowywał nijaki, pozbawiony emocji wyraz twarzy. Tej nocy było podobnie, choć funkcjonariusze mówili potem, że gdy wszedł do mieszkania 213, był oszołomiony. Razem z zespołem dokładnie opisał położenie wszystkich znalezionych części ciał, co mogło pomóc w identyfikacji.
Później Jentzen przyznał, że wcześniej nie spotkał się z czymś takim o podobnej skali. „Słyszałem o czymś takim, ale nigdy nie widziałem”. W kolejnych dniach trzech zatrudnionych na pełen etat patologów, stomatolog sądowy i antropolog sądowy mieli stworzyć zespół wytrwale dążący do ustalenia tożsamości ofiar.
Po wejściu do mieszkania Jentzen zajął się zbieraniem różnych części ciał. Z zamrażalnika lodówki wyjął trzy plastikowe torby zawierające ludzkie głowy i przeniósł je do znajdującej się w pomieszczeniu osobnej zamrażarki skrzyniowej, a następnie dołożył do nich głowę, którą Mueller znalazł w lodówce. Zauważył wtedy, że przy tej ostatniej leżała otwarta torebka sody oczyszczonej i nieco ketchupu oraz musztardy. Czaszki z szafy włożono do kartonowych pudełek opisanych grubym czarnym markerem jako „Fragmenty czaszek”. Następnie Jentzen zapieczętował pudła, zamrażarkę i wielką niebieską beczkę srebrną taśmą. Jacobsonowie załadowali najpierw zamrażarkę, a potem beczkę na wózek i zaciągnęli je do swojej ciężarówki.
Gdy wyłonili się z budynku z zamrażarką, tłum wstrzymał oddech. „Jezu, to lodówka. Myślicie, że w środku jest głowa?”. Mylili się jednak: lodówkę, w której odkryto głowę, policjanci wynieśli dopiero później tamtego dnia.
Ludzie stali tak milcząco, a noc była tak spokojna, że ciszę przerywało jedynie upiorne, gardłowe poświstywanie ciężko oddychających przez maski tlenowe braci Jacobsonów – przywodzące na myśl oddech Dartha Vadera z „Gwiezdnych wojen” – w miarę jak powoli i ostrożnie schodzili ze schodów ze swoim makabrycznym ładunkiem.
Jentzen i kilku jego kolegów wytaszczyli pudła z napisem „Fragmenty czaszek”. Mieszkańcy cofnęli się, by zrobić miejsce dla lekarzy sądowych, dla nich było tego już za wiele. Ale nie dla dziennikarzy. Kamery walczyły o jak najlepsze zbliżenia kartonów ułożonych w aucie, najlepiej takie, na których wyraźnie byłoby widać zrobiony markerem napis. W jednym z pudeł z boku była dziura: bez trudu można było przez nią dostrzec włosy jednej z głów. To właśnie coś takiego media elektroniczne nazywają „świetnym programem”.
Gapie odskoczyli, gdy jeden z policjantów w szpitalnych, gumowych rękawicach otworzył zielony metalowy kontener na śmieci i, przyświecając sobie latarką, zaczął długim kijem rozgrzebywać odpadki.
– Czasami zachodziłem do Jeffa i zawsze tam śmierdziało – opowiadał mi Vernell Bass, usiłując odzyskać panowanie nad sobą. – Widziałem tę wielką beczkę i zapytałem, jak udało mu się ją przewieźć autobusem, bo wiedziałem, że nie prowadzi. Po prostu zignorował pytanie. Ale nigdy nie podejrzewa się przecież czegoś takiego.
Do mieszkańców prawda dopiero zaczynała docierać. Po raz pierwszy w historii miasta żył wśród nich seryjny morderca.
Historia Jeffreya Dahmera szybko zaczęła przypominać ośmiornicę: jej liczne macki rozchodziły się we wszystkie strony. Tej pierwszej nocy jednak była to po prostu wielka sprawa kryminalna. Wzmianki o dziewczynie, z którą Dahmer poszedł na studniówkę, czy rozłożone na czynniki pierwsze nawyki z dzieciństwa oraz ich konsekwencje miały zapełniać szpalty brukowców, dzienników i mediów elektronicznych nie tylko w kolejnych dniach tamtego tygodnia, ale także przez całe kolejne miesiące.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wstęp
Rozdział 1. Odkrycie
Rozdział 2. Poskramianie ośmiornicy
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
