Czy ten świat się kończy? Rozmowy o niepewności, polaryzacji i solidarności - Małgorzata Kossowska, Katarzyna Sroczyńska - ebook

Czy ten świat się kończy? Rozmowy o niepewności, polaryzacji i solidarności ebook

Małgorzata Kossowska, Katarzyna Sroczyńska

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

„Czy ten świat się kończy?” to zbiór rozmów z prof. Małgorzata Kossowską o tym, jak w świecie nakładających się kryzysów rozumieć siebie, innych ludzi i mechanizmy, które sterują naszymi emocjami, myśleniem i zachowaniem.

Autorki, sięgając do wiedzy psychologicznej i formy pogłębionej rozmowy, pokazują, że wojny, kryzys klimatyczny, pandemia, przemoc, dezinformacja czy rozpad zaufania społecznego nie są oddzielnymi zjawiskami, lecz wspólnym doświadczeniem niepewności, lęku i przeciążenia. Zamiast moralizować i szukać winnych, proponują spojrzenie na kryzysy z perspektywy człowieka – jego potrzeb, ograniczeń poznawczych i emocji uruchamianych w sytuacjach zagrożenia. Wyjaśniają, dlaczego w czasach niepewności i destabilizacji tak łatwo ulegamy prostym narracjom, podziałom na „nas” i „ich” oraz emocjonalnym przekazom, a jednocześnie pokazują, że samo nazwanie tych procesów może przywracać poczucie sprawczości.

Autorki książki rozmawiają m.in. o tym:

- dlaczego ludzie chcą wierzyć, że świat jest sprawiedliwy?

- dlaczego Polacy nie wierzą, że świat jest sprawiedliwy?

- czy teorie spiskowe zmniejszają lęk?

- kto żywi więcej uprzedzeń: wyborcy prawicy czy lewicy?

- kto nas polaryzuje i po co?

- czy polaryzacja by wygasła, gdybyśmy wyłączyli media społecznościowe?

- dlaczego jesteśmy coraz bardziej podatni na dezinformację,

- jakie znaczenie mają poglądy polityczne psychologów społecznych?

- co może spoić podzieloną wspólnotę?

O autorkach książki:

Małgorzata Kossowska - psycholożka, profesorka nauk humanistycznych, szefowa Zakładu Psychologii Społecznej i Center for Social Cognitive Studies w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autorka ponad 100 artykułów w czasopismach polskich i zagranicznych oraz autorka i współautorka kilku książek poświęconych poznaniu społecznemu.

Katarzyna Sroczyńska - redaktorka i dziennikarka. Od ponad 20 lat związana z redakcjami gazet i magazynów, między innymi „Wprost”, „Focusa”, „Coachingu” i „Przekroju”. Gościnnie pojawia się jako autorka tekstów w serwisie OKO.Press i na łamach „Więzi”. Współautorka, razem z prof. Agatą Gąsiorowską, książki Pieniądze albo życie. Jak pieniądze wpływają na nasze zachowanie, emocje i relacje (2024).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 246

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Recenzja wydawnicza:

prof. Dariusz Doliński

Copyright © 2026 by Małgorzata Kossowska i Katarzyna Sroczyńska and Wydawnictwo Smak Słowa

Niniejsza publikacja została sfinansowana ze środków Projektu Flagowego pt. „Behaviour in Crisis Lab” w ramach Programu Strategicznego Inicjatywa Doskonałości w Uniwersytecie Jagiellońskim

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Opracowanie redakcyjne i korekta: Anna Mackiewicz

Okładka i strony tytułowe: Studio projektowe & Visual, Mira Larysz

ISBN 978-83-67709-91-0

Wydanie pierwsze

Smak Słowa

ul. Bohaterów Monte Cassino 6A

81-805 Sopot

tel. 507-030-045

www.smakslowa.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Kryzysy nie nadchodzą już falami, lecz nakładają się na siebie, przenikają się i wzajemnie wzmacniają. Kiedy zaczynałyśmy prace nad tą książką, trwały wojny w Ukrainie, Gazie i Sudanie, a Polacy z przerażeniem dyskutowali o ataku na lekarza w krakowskim szpitalu i o morderstwie na kampusie uniwersyteckim w Warszawie. Wprowadzaniu ostatnich poprawek do tekstu towarzyszyły zaś wiadomości o porwaniu wenezuelskiego dyktatora przez siły USA, a także doniesienia, że rok 2025 był jednym z trzech najgorętszych lat w historii pomiarów temperatury na Ziemi.

Wojna, pandemia, kryzys klimatyczny, inflacja, dezinformacja, spadek zaufania do instytucji i ludzi – to nie są osobne historie. Wszystkie te wydarzenia tworzą krajobraz, w którym próbujemy na co dzień funkcjonować. Coraz trudniej odróżnić w nim zagrożenia realne od wyobrażonych, a fakty od opinii. W porządkowaniu naszego rozumienia tej sytuacji może pomóc nauka. I właśnie to przekonanie stało się dla nas punktem wyjścia do rozmów, które złożyły się na tę książkę.

W centrum każdego kryzysu znajduje się człowiek. To jego emocje są uruchamiane, jego poczucie bezpieczeństwa zostaje naruszone, jego relacje są poddawane próbie. Sposób, w jaki reagujemy na kryzys, zależy od naszych wyobrażeń o świecie, od naszych oczekiwań, lęków, potrzeb i ograniczeń poznawczych. Dlatego też bez wiedzy o tym, jak działamy jako jednostki i grupy, nie da się zrozumieć ani skali kryzysów, ani ich społecznych konsekwencji.

Podstawowym stanem emocjonalnym, którego doświadczamy w czasie kryzysów, jest niepewność. Wpływa ona na nasze myślenie, odczuwanie i odnoszenie się do innych. Sprawia, że szukamy prostych odpowiedzi na złożone pytania, że silniej dzielimy świat na „nas” i na „nich”, że jesteśmy bardziej podatni na emocjonalne komunikaty i bardziej spragnieni opowieści, które nadają sens chaosowi. To, co często opisuje się jako kryzys demokracji, kryzys debaty publicznej czy kryzys relacji społecznych, w dużej mierze jest kryzysem psychologicznym – zbiorowym doświadczeniem lęku, przeciążenia i dezorientacji.

Dlatego w rozmowie sięgamy do wiedzy psychologicznej. Psychologia pozwala bowiem zobaczyć to, co w kryzysach, konfliktach i sporach publicznych często pozostaje niewidoczne: mechanizmy rządzące myśleniem, emocjami i zachowaniem człowieka. Psychologia pokazuje, że ludzie nie reagują na rzeczywistość czysto racjonalnie. Tłumaczy, dlaczego w sytuacjach stresu społecznego rośnie potrzeba prostych narracji, silnych liderów i wyraźnych podziałów, dlaczego fakty przegrywają z emocjami, a dobre intencje mogą prowadzić do nasilenia konfliktów. Dzięki temu pozwala lepiej rozumieć zjawiska, które z zewnątrz wyglądają jak przejaw głupoty czy złej woli.

Sięganie do ustaleń psychologii jest też sposobem na odejście od moralizowania. Zamiast pytać „kto ma rację?” lub „kto zawinił?”, możemy zapytać: w jakich warunkach ludzie zaczynają myśleć i działać tak, a nie inaczej? Jakie potrzeby są uruchamiane, jakie lęki podsycane, jakie mechanizmy wzmacniane przez otoczenie społeczne i medialne? To przesuwa rozmowę z poziomu oskarżeń na poziom zrozumienia – i siebie, i tych, których tak często postrzegamy jako „onych”.

Wreszcie psychologia, choć oddziałuje na umysł z taką mocą jak sztuka, daje też język do opisu takich doświadczeń, jak poczucie chaosu, bezsilności, przeciążenia informacyjnego czy utraty kontroli. Nazwanie tych procesów nie rozwiązuje problemów automatycznie, ale przywraca sprawczość. Bo to, co rozumiemy, przestaje być wyłącznie źródłem lęku.

Ta książka nie powstała, by oferować łatwe recepty ani uspokajające złudzenia. Jej celem jest zrozumienie mechanizmów, które uruchamiają się w ludziach, gdy świat traci stabilność. Wybrałyśmy formę rozmowy, gdyż naszym zdaniem lepiej niż wykład odpowiada potrzebom czasów kryzysu. Gdy świat jest niestabilny, autorytatywny ton „wiemy, jak jest” budzi opór lub nieufność. Forma dialogu sygnalizuje coś przeciwnego: gotowość do myślenia razem, do przyznania się do niepewności, do stawiania pytań, które są ważniejsze niż szybkie odpowiedzi. Rozmowa jest nie tylko formą przekazu, lecz także modelem tego, czego dziś tak często nam brakuje: uważnej wymiany myśli bez natychmiastowej potrzeby osądu. To nasz świadomy wybór metodologiczny i etyczny, naszym zdaniem adekwatny do tematu.

Książka mówi zatem o kryzysach widzianych nie z perspektywy systemów i statystyk, lecz z perspektywy człowieka. I o tym, jak w świecie niepewności nie stracić zdolności rozumienia siebie i innych.

Kraków – Warszawa, marzec 2025 – styczeń 2026

Rozmowa 1

Czy psycholodzy społeczni ulegają skrzywieniom poznawczym i czy mimo to można im wierzyć

W tym rozdziale rozmawiamy między innymi o tym:

• czy nauki społeczne się skompromitowały,

• jakie znaczenie mają poglądy polityczne psychologów,

• po co naukowcom praca w interdyscyplinarnych zespołach,

• czy dzisiaj łatwiej zmieniać poglądy niż dawniej,

• co jest modne w psychologii społecznej,

• po co ludziom przekonania.

Katarzyna Sroczyńska: Zawodowo analizujesz i opisujesz rzeczywistość społeczną. Badasz, co się dzieje z ludzkim umysłem i zachowaniem pod wpływem niepewności i w sytuacjach kryzysowych. Ale przecież sama należysz do świata, który opisujesz. Trudno w Twojej pracy o komfortowy dystans, jaki do swojego obiektu badań mogą mieć na przykład botanicy. Skąd wiesz, że możesz ufać swoim obserwacjom i wnioskowaniu?

Małgorzata Kossowska: W badaniach społecznych pełny obiektywizm to mit, z którym musimy się zmierzyć. Pracujemy na materiale, którego sami jesteśmy częścią. Badamy świat, w którym żyjemy, i procesy, które nas kształtują. Ten brak dystansu nie jest wadą, lecz fundamentem, który nadaje badaniom głębię i autentyczność. Świadomość tego faktu to pierwszy krok do rzetelnej, refleksyjnej pracy badawczej, gdzie introspekcja staje się siłą, a nie przeszkodą.

Naprawdę ma się dzięki takiej świadomości głębszy wgląd?

Być może. Mamy taką możliwość. Ale przecież nie ufamy swoim obserwacjom „na słowo”. Ufanie wnioskom, które formułujemy jako badacze, nie polega na wewnętrznym przekonaniu czy intuicji. Ono opiera się na metodologii, obejmującej teorie, zestaw narzędzi, procedur i praktyk, które zostały stworzone właśnie po to, by zminimalizować ryzyko błędów, zniekształceń i projekcji.

Wracając do Twojego pytania, nie, nie mam komfortowego dystansu. Ale mam narzędzia, które pozwalają mi ten brak dystansu rozpoznać, zrozumieć i pracować mimo niego.

Jak więc badacz procesów społecznych może kontrolować własną subiektywność, aby mimo to zachować rzetelność i wiarygodność wyników badań?

Zacznijmy od tego, że wbrew powszechnym wyobrażeniom badacz procesów społecznych nie jest skazany na swoje intuicje i przeczucia. Jak powiedziałam wcześniej, dysponuje wieloma narzędziami, które pozwalają uwiarygodnić wyniki badań. Teoria odgrywa tu rolę podstawową. Dostarcza ramy pojęciowej, która pozwala na precyzyjne nazywanie zjawisk i zachodzących między nimi relacji. Umożliwia formułowanie pytań badawczych i stawianie konkretnych hipotez, dotyczących natury badanych procesów oraz mechanizmów, które je kształtują. Tak – u podłoża pytań badawczych leży nasza ciekawość, wrażliwość, intuicja. Jak u każdego człowieka. Ale badacza od laika odróżnia właśnie posiadanie teorii. Co istotne, teoria nie tylko opisuje rzeczywistość, ale również pozwala ją wyjaśniać. Odpowiada nie tylko na pytanie: co się dzieje, lecz przede wszystkim: dlaczego się dzieje.

Dalej, dzięki teorii możliwe jest przełożenie przyjętych hipotez o naturze zjawisk na język empirii, a tym samym ich weryfikacja w badaniu. Dodatkowo pełni ona funkcję integracyjną. Porządkuje wyniki różnych badań, co pozwala na ich kumulację i budowanie spójnej wiedzy naukowej.

Wreszcie, teorie społeczne stanowią podstawę do projektowania konkretnych działań – politycznych, edukacyjnych czy społecznych. Umożliwiają więc praktyczne zastosowanie wiedzy naukowej w odpowiedzi na realne problemy społeczne.

Ale teoria to nie wszystko. Ważna jest także refleksja nad własnymi założeniami. Świadome rozumienie i ciągłe weryfikowanie swoich przekonań, punktów wyjścia oraz perspektyw ma kluczowe znaczenie, gdyż pomaga uniknąć ich wpływu na wyniki. Dlatego tak istotne jest ujawnianie swoich punktów wyjścia – by było jasne, z jakiej pozycji teoretycznej, a niekiedy również światopoglądowej, analizuje się dane zagadnienie.

Obiektywizację procesu badawczego wspiera również systematyczne korzystanie z różnorodnych metod i źródeł danych. To pozwala uzyskać efekt synergii oraz zminimalizować, choćby częściowo, ograniczenia poszczególnych technik. Takie podejście sprzyja też głębszemu poznaniu i zmniejsza ryzyko błędów. Dalej, niezwykle istotne są replikacje. Pojedynczy efekt uchwycony w badaniu nic nie znaczy. Ale ten sam efekt uzyskany w wielu badaniach, prowadzonych w różnych kontekstach, pozwala dobrze zrozumieć zjawisko, a dodatkowo umożliwia uogólnianie wyników.

Ważną rolę odgrywa także pełna transparentność całego procesu, szczegółowe dokumentowanie jego przebiegu, tak aby osoba z zewnątrz mogła zrozumieć i odtworzyć podjęte decyzje metodologiczne. To skuteczna metoda redukcji subiektywności, dzięki której badanie przestaje być jedynie indywidualnym doświadczeniem. Im większa przejrzystość i otwartość na zewnętrzną ocenę, tym wyższa wiarygodność wyników. Właśnie dlatego rozwój ruchu otwartej nauki stanowi przełomowy krok w budowaniu zaufania do badań społecznych.

Otwartej nauki, czyli…?

Czyli przekonania, coraz szerzej podzielanego w środowisku naukowym, że im więcej elementów procesu badawczego jest jawnych i dostępnych nie tylko dla innych badaczy, lecz także dla wszystkich zainteresowanych, tym lepiej. Otwarta nauka nie sprowadza się wyłącznie do bezpłatnego udostępniania publikacji. To również możliwość śledzenia całego procesu badawczego: od sposobu formułowania pytań, przez dobór metod, aż po analizę danych. Szczególnie istotna jest otwartość danych – udostępnione powszechnie dane można ponownie analizować, sprawdzać wnioski, proponować inne analizy i interpretacje, identyfikować błędy. Wszystko w trosce o jak najrzetelniejszy wynik. To samo dotyczy metod. Warto pytać, dlaczego badacz formułuje wnioski na podstawie takich, a nie innych wyników, albo dlaczego analizuje dany problem z jednej perspektywy, pomijając inne. To postulaty tych, którym zależy na tym, aby nauka była rzetelna, wiarygodna i społecznie użyteczna.

Od kiedy można mówić o tym ruchu?

Od początku naszego stulecia. Zapoczątkowały go nagłośnione procesy badaczy, którzy publikowali sfałszowane analizy lub sfabrykowane dane. Choć zjawisko to dotyczyło przedstawicieli różnych dyscyplin, w psychologii społecznej przełomowy okazał się przypadek niderlandzkiego psychologa Diederika Stapela, który opublikował wiele artykułów naukowych w prestiżowych pismach na podstawie nieistniejących lub sfałszowanych danych [np. opublikował serię badań, z których wynikało, że w brudnym, zabałaganionym otoczeniu ludzie wykazują więcej uprzedzeń – przyp. KS]. Dyskusja nad potrzebą weryfikacji pracy badawczej doprowadziła do tak zwanego kryzysu replikacyjnego. Nagle okazało się, że trudno powtórzyć wyniki fundamentalnych, podręcznikowych eksperymentów, nie tylko w psychologii i naukach społecznych, ale w nauce w ogóle.

Trudność replikowania jest jednak szczególnie widoczna w naukach społecznych, badających zjawiska dynamiczne, kontekstowe, kulturowo zapośredniczone i mające różne manifestacje w czasie. Weźmy pod uwagę, że na przykład dwadzieścia lat temu z czego innego ludzie się śmiali, co innego mogło budzić oburzenie, dlatego trudno replikować zjawiska, używając dokładnie tych samych metod, manipulacji czy pomiarów, co dawniej. Po prostu pewne sposoby reagowania na rzeczywistość się zmieniły.

Jestem pewna, że kryzys replikacyjny był ważnym momentem, w którym badacze zaczęli się zastanawiać, jak można poprawić rzetelność pomiaru oraz wiarygodność samych danych.

Czy jest jakieś badanie, którego nie udało się powtórzyć, i było to szczególnie trudne dla środowiska naukowego?

To może przypomnijmy, skąd wiemy, że jest kryzys. W 2011 roku Brian Nosek wraz z zespołem badaczy skupionych wokół Center for Open Science rozpoczął szeroko zakrojony projekt badawczy Reproducibility Project. Jego celem było sprawdzenie, czy i w jakim stopniu możliwe jest odtworzenie wyników stu klasycznych eksperymentów psychologicznych. Rezultaty okazały się zaskakujące – jedynie 36–39% badań udało się skutecznie powtórzyć. W wielu wypadkach zaobserwowano słabsze efekty niż w oryginalnych publikacjach, a także istotnie mniejsze siły efektu (effect size), czyli siły związku między zmiennymi lub różnice między grupami. Wyniki te wywołały burzliwą dyskusję na temat jakości badań w naukach społecznych.

Oczywiście problem niskiej replikowalności badań, jak już wspominałam, nie dotyczy wyłącznie psychologii. Jak pokazują liczne analizy, równie poważne wyzwania w tym zakresie obserwuje się w dziedzinach powszechnie postrzeganych jako „bardziej naukowe”, takich jak nauki o zwierzętach, nowotworach czy zjawiskach ekonomicznych. W tych obszarach również odnotowano alarmująco niski poziom replikowalności wyników, co dowodzi, że kryzys powtarzalności ma charakter systemowy i dotyczy całej nauki, a nie tylko wybranych dyscyplin.

Ale wracając do psychologii, artykuł podsumowujący Reproducibility Project ukazał się w 2015 roku na łamach prestiżowego czasopisma „Science” i był jednym z impulsów do rozpoczęcia kolejnych, podobnych inicjatyw. Moja grupa brała udział w replikacjach w ramach dwóch projektów. Projekt Many Labs 1 (2014) dotyczył replikacji 13 klasycznych efektów psychologicznych, między innymi efektu zakotwiczenia (anchoring), efektu ramowania (framing) czy efektu pierwszeństwa. Udało się odtworzyć 10 z nich, co daje wynik na poziomie 77%. Z kolei Many Labs 2 (2018), obejmujący 28 eksperymentów, przyniósł pozytywne wyniki replikacji w 62% przypadków. Zaobserwowano przy tym, że skuteczność replikacji była szczególnie niska w odniesieniu do badań opartych na zaskakujących czy intuicyjnie atrakcyjnych efektach. Nie udało się na przykład zreplikować efektu czyszczenia moralnego (moral cleansing), polegającego na tym, że ludzie po popełnieniu niemoralnego czynu częściej sięgają po produkty czystości lub odczuwają potrzebę umycia rąk. Podobnie niepowodzeniem zakończyły się próby powtórzenia efektu primingu, zgodnie z którym samo myślenie o starości sprawia, że ludzie zaczynają poruszać się wolniej (tzw. efekt Florydy).

Kolejne edycje projektu Many Labs (3, 4 i 5) dostarczyły dalszych dowodów na konieczność zmiany podejścia do prowadzenia badań w psychologii. Wskazywały one, że trudności z replikacją wyników nie są wyłącznie konsekwencją stronniczości publikacyjnej czy manipulowania analizami statystycznymi w badaniach pierwotnych (tzw. p-hacking). Mogą one również być rezultatem oddziaływania innych zmiennych niż te uwzględnione w badaniu. Owe niezidentyfikowane zmienne (nazywamy je moderatorami) mogą modyfikować badane relacje, ale badacz o tym nie wie. Mogą ponadto różnić się między badaniami oryginalnymi a ich replikacjami, co dodatkowo utrudnia odtwarzalność uzyskiwanych efektów. Istotnym problemem bywają także niedociągnięcia w realizacji samych replikacji, często wynikające z nieprzekazania zespołom replikacyjnym kluczowych informacji dotyczących metodologicznych szczegółów pierwotnych badań.

Dla mnie najbardziej zaskakujące były nieudane próby odtworzenia tak fundamentalnych efektów, jak koncepcja siły woli jako ograniczonego zasobu (ego depletion), zaproponowana przez Roya Baumeistera, eksperymenty Johna Bargha dotyczące primingu czy efekty związane z psychologicznymi konsekwencjami uświadomienia sobie własnej śmiertelności, opisane w teorii zarządzania trwogą autorstwa Jeffa Greenberga, Sheldona Solomona i Toma Pyszczynskiego. Przez lata ich badania stanowiły, także dla mnie, punkt odniesienia do rozważań o samokontroli, motywacji i nieuświadomionych procesach poznawczych.

Czy przyszło Ci kiedyś do głowy, że wszystko, co do tej pory uważałaś za prawdziwe, może być błędne?

Nigdy nie miałam momentu, w którym pomyślałam: to wszystko nie ma sensu, cała wiedza idzie do kosza. Ostatecznie podaje się, że około 54% klasycznych eksperymentów objętych dużymi projektami replikacyjnymi udało się powtórzyć w sposób pozwalający na stwierdzenie, że pierwotne ustalenia pozostają trafne. Szczególnie dobrze replikują się badania z zakresu klasycznie rozumianych procesów poznawczych i wpływu społecznego.

Można więc powiedzieć, że klasyczne efekty występują, choć skuteczność ich identyfikacji zależy od kontekstu – szczególnie emocjonalnego, motywacyjnego, no i kulturowego. To właśnie tutaj pojawia się więcej niejasności, ale też otwiera się przestrzeń do dalszych badań. Na przykład afekt bywa doświadczany subiektywnie, ale obecnie opisujemy go znacznie precyzyjniej niż kiedyś. Dawniej wystarczało rozróżnienie: pozytywny/negatywny. Dziś mówimy o subtelnych odcieniach emocji, ich dynamice i relacjach z poznaniem. Dawniej uwzględnialiśmy dwa wymiary kultury: indywidualizm i kolektywizm, i z grubsza cały świat według nich opisywaliśmy. Dziś aspekt kulturowy ujmuje się w bardziej złożony i zniuansowany sposób.

Uważam, że cała ta dyskusja przyniosła wiele dobrego. Znacząco podniosła świadomość metodologiczną w środowisku naukowym. Wypracowano nowe standardy prowadzenia badań, które dziś stają się normą. Coraz powszechniejsze są prerejestracje, udostępnianie danych, kładzie się też większy nacisk na replikowalność oraz projektowanie badań z większymi próbami. To wszystko realnie wpłynęło na jakość i przejrzystość pracy badawczej.

Ale jest jeszcze jeden kluczowy bezpiecznik, który może wspierać badaczy w tej złożonej rzeczywistości. Mam na myśli interdyscyplinarność. Dla mnie myślenie o wynikach badań psychologicznych i społecznych bez odniesienia ich do szerszej, wielodyscyplinarnej dyskusji po prostu nie ma sensu.

Z kim więc rozmawiasz o wynikach badań psychologicznych? Z naukowcami z jakich dziedzin współpracujesz?

Z naukowcami reprezentującymi wszystkie dziedziny, które składają się na analizę i opis życia społecznego. Od ludzi, którzy znają się na matematyce i modelowaniu zjawisk społecznych, przez biologów i neurobiologów, po osoby analizujące procesy ekonomiczne, politologiczne, etnograficzne i kulturowe. Wydaje mi się, że im więcej interdyscyplinarności i konfrontowania wyników z innymi podejściami, tym lepiej.

To oczywiście niezwykle trudne. Badacze często tego unikają, bo to wymaga czasu, wysiłku i gotowości do wychodzenia poza własny dyskurs. Posługujemy się różnymi językami, inaczej rozumiemy, co jest ważne, na co zwracać uwagę i czym ma się zakończyć sam proces badawczy. Różnice metodologiczne także bywają znaczne. A jednak wierzę, że to właśnie w tej różnorodności tkwi największy potencjał.

Powtórzę, interdyscyplinarność działa jak bezpiecznik w naukach społecznych. Kiedy badania są przedyskutowane z wielu punktów widzenia, rośnie szansa, że będą wolne od błędów poznawczych i ślepych zaułków jednej tylko perspektywy.

A udaje Ci się tworzyć takie interdyscyplinarne zespoły?

Tak. Właściwie od pewnego czasu pracuję wyłącznie w takich zespołach – razem z filozofami, prawnikami, politologami, kulturoznawcami, medioznawcami, matematykami, inżynierami, neurobiologami. Trzeba uczciwie przyznać, że nie zawsze to są dobre doświadczenia, ale zawsze w dłuższej perspektywie korzystne. Dyskusjom interdyscyplinarnym towarzyszy poczucie intelektualnej bezradności. Często się po prostu nie rozumiemy, gubimy się we własnych analizach, nie wiemy, czy i dokąd zmierzamy.

Myślę, że nikt z nas nie jest po prostu gotowy na prawdziwie interdyscyplinarne działanie. Łatwiej jest pozostać przy swoim podejściu i uznać, że ma się rację.

Na jakie pytania staracie się w tej wspólnej pracy odpowiedzieć?

Tych projektów było kilka. W jednym z nich zastanawialiśmy się nad tym, dlaczego ludzie – mimo że znają dowody naukowe albo takie elementy wiedzy, które dziś są niepodważalne, w stosunku do których jest konsensus naukowy – budują przekonania i podejmują decyzje na podstawie danych, o których wiadomo, że są nieprawdziwe. Nazwaliśmy to zjawisko knowledge resistance, czyli odporność na wiedzę. Ten proces zawsze leży u podłoża podejmowania nieoptymalnych decyzji.

Zadawaliśmy sobie na przykład pytanie, dlaczego w sytuacji, gdy wychodzi kandydat na prezydenta i opowiada brednie, które łatwo można zdementować, ludziom to w ogóle nie przeszkadza i są gotowi nie tylko go popierać, ale wręcz za taką błędną narracją podążać, podejmując ważne życiowe decyzje, na przykład o nieszczepieniu się.

Wydawało się, że w tym wypadku najlepiej byłoby pracować w interdyscyplinarnym gronie, które też stworzyliśmy. Politolodzy potrafili opisać kontekst polityczny, medioznawcy – przeanalizować, w jaki sposób informacja w mediach zyskuje albo traci znaczenie, a psycholodzy – zbadać, dlaczego ludzie zwracają uwagę na jedne informacje, a ignorują inne. I tak dalej. Jestem zadowolona, bo to były fascynujące badania, ale wydaje mi się, że długo tkwiliśmy w punkcie wyjścia. Po sześciu latach mieliśmy taką refleksję, że właściwie jesteśmy gotowi zacząć wszystko od nowa, z tym bagażem doświadczeń, który zebraliśmy: uczenia się siebie, korzystania z tego, co jest mocną stroną poszczególnych dyscyplin, a omijając to, co jest ewidentną słabością. Częściowe wyniki analiz opublikowaliśmy w książce Knowledge Resistance in High-Choice Information Environments [1].

Teraz z kolei prowadzę interdyscyplinarny projekt o wpływie mediów społecznościowych na polaryzację, fragmentację i spójność społeczną. O naszych założeniach można przeczytać w tekście Internet-based micro-identities as a driver of societal disintegration [2].

A z kim tym razem siedzisz przy stole?

Tym razem to medioznawcy, politolodzy, kulturoznawcy, informatycy i specjaliści od data science, a nad całością czuwa filozof nauki i przedstawiciel policy makers. Ta współpraca jest wyjątkowo wymagająca!

Dlaczego?

Głównie ze względu na różnice w podejściu do wiedzy i do uzasadniania sądów. Na przykład dla nas, psychologów, kluczowa jest empiryczna podstawa refleksji – potrzebujemy danych, dowodów, sprawdzalnych wyników. Tymczasem humaniści formułują trafne i głębokie obserwacje świata, ale nie opierają ich na metodach empirycznych. To zupełnie inny język myślenia. Praca z nimi to często długie, wymagające rozmowy, które chwilami wydają się jałowe. Jakbyśmy krążyli wokół siebie, nie znajdując wspólnego gruntu. Ale prawda jest taka, że to właśnie z tych najtrudniejszych spotkań rodzi się coś rzeczywiście nowego. Jakość, której sami nie bylibyśmy w stanie osiągnąć.

Bardzo ciekawe są także różnice między naukami społecznymi i informatycznymi. Najważniejsze mają swoje źródło w odmiennym sposobie myślenia o danych, odmiennym podejściu do weryfikacji wiedzy, ale też w odmiennym języku. Dla informatyków dane „mówią same za siebie”, tak więc zadaniem badacza jest znalezienie wzorców i zależności za pomocą algorytmów. Dla nas dane są zawsze efektem kontekstu, założeń, konstrukcji kategorii, wyborów metodologicznych – zatem „mówienie danych” zależy od tego, jak zostały one zebrane i zinterpretowane. Informatycy posługują się terminologią techniczną: pipeline, batch learning, overfitting, accuracy, loss function. My mówimy o konstrukcji rzeczywistości, kontekście kulturowym, dyskursie, intersubiektywności, znaczeniu.

Te różnice podejść, choć męczące, są też twórcze. I to w nich widzę największą wartość. Ale żeby się porozumieć, potrzebujemy czasu, a w pracy projektowej zwykle mamy go niewiele.

W badaniach, o których opowiadasz, interesujący jest nie tylko analizowany przez was problem, ale też to, czego się uczycie o współpracy. To ciekawy model życia społecznego.

Mam takie przekonanie, że aby można było opisywać świat społeczny, trzeba to robić z wielu perspektyw, ale potrzebny jest także moment integracji różnych podejść. Nie może być tak, że psychologowie wiedzą to, a prawnicy tamto, bo to jak oglądanie słonia w kawałkach: jedni widzą tylko uszy, inni – tylko nogi. Musi być ten moment integracji, poprzedzony konfrontacją różnych punktów widzenia. One często okazują się niekompatybilne, a ich integrowanie stanowi ciężką pracę. To jest walka z myśleniem silosowym (myśleniem przez pryzmat pojedynczych dyscyplin), nieprzywiązywanie się do własnych paradygmatów i większa otwartość. Nie wiem jednak, jak nas, naukowców, do tego przekonać, bo na razie nie widzę w systemie nauki mechanizmów skłaniających do takiej interdyscyplinarności. Wręcz przeciwnie, moim zdaniem raczej się nas za te wysiłki karze, aniżeli nagradza. A już na pewno w instytucjach, w których pracujemy, nikt nas za ten wysiłek nie docenia.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą uczę się ostatnio doceniać, czyli zapraszanie do procesu badawczego osób, których ten proces dotyczy. Nazywamy to współtworzeniem (co-creation) – wspólnym aktywnym tworzeniem wiedzy przez badaczy oraz interesariuszy spoza środowiska akademickiego. Obejmuje ono kluczowe etapy procesu badawczego, w tym definiowanie problemów, formułowanie pytań badawczych, projektowanie metod, interpretację wyników oraz ich upowszechnianie. Tak zaprojektowany proces ma charakter dialogiczny i iteracyjny. Pozwala uwzględnić wiedzę kontekstową, doświadczenie praktyczne oraz zróżnicowane perspektywy uczestników. Chodzi o to, że jeśli masz pomysł na badanie jakiegoś aspektu życia społecznego, to idź z nim do tych, których ten pomysł dotyczy, poddaj to pod dyskusję, zobacz reakcję. Potraktuj tych, których będziesz badać, jak współpracowników. Długo budziło to mój opór: po co to robić? Przecież to ja mam wszystkie narzędzia, mam kompetencje.

Naukowcy nie rozmawiają ze szczurami laboratoryjnymi.

No właśnie! Przez długi czas miałam w sobie opór przed dopuszczeniem laików do procesu badawczego, aż w jednym z realizowanych projektów stało się to po prostu wymogiem. Zostaliśmy zobowiązani do przygotowania aktywności typu knowledge exchange – elementu zakładającego współpracę między środowiskiem akademickim a szeroko rozumianą „nie-akademią”. Nie chodzi tu tylko o transfer wiedzy, czyli jednokierunkowe przekazywanie wyników badań na przykład do przemysłu, ale o współpracę i wzajemne uczenie się. Naukowcy uczą się od praktyków, a praktycy korzystają z dorobku nauki, a efektem jest jakieś innowacyjne rozwiązanie. Nawiązałam wtedy kontakt z Centrum Nauki Kopernik i od ponad dwóch lat prowadzimy naprawdę owocną współpracę. Wspólnie stworzyliśmy Living Labs – interaktywną ekspozycję, dzięki której odwiedzający muzeum mogą, w formie zabawy, testować cztery procedury opracowane przez nasz zespół. Dla nich to ciekawe doświadczenie, dla nas – źródło bezcennych uwag oraz danych. Nasza ekspozycja została otwarta także w Centrum Nauki w Grenadzie w Hiszpanii.

Czyli idę sobie do Centrum Nauki Kopernik i tam mogę doświadczyć czegoś, co zaprojektowałaś razem ze swoimi współpracownikami? Czego to doświadczenie dotyczy?

Tak, jako osoba zaciekawiona nauką możesz pójść do muzeum i obejrzeć naszą wystawę, a właściwie jej doświadczyć. Nasze cztery obiekty ogólnie dotyczą problemu wpływu mediów cyfrowych na kształtowanie mikrotożsamości. Zajmujemy się między innymi tym, jak ludzie budują swoją tożsamość społeczną. Co sprawia, że identyfikują się z jednymi grupami, a nie z innymi. Interesują nas emocje i motywacje, które temu towarzyszą, oraz to, jak na te procesy wpływają media społecznościowe. Patrzymy również na to, jak różne potrzeby, na przykład potrzeba przynależności, wyjątkowości czy wpływu, sprawiają, że ludzie wybierają grupy głównego nurtu albo, przeciwnie, identyfikują się z grupami z obrzeży społeczeństwa, zarówno politycznymi, jak i pozapolitycznymi. Pytamy, które grupy są dla ludzi najważniejsze, gdzie je sytuują – w centrum czy na marginesie społecznym – i czy ta lokalizacja jest dla nich źródłem komfortu, siły czy może frustracji. Te obiekty opowiadają o tym, jak konstruujemy społeczne „my” i co z tego wynika.

A co to daje Wam, badaczom?

Przede wszystkim otrzymujemy niezwykle cenny feedback. W postaci nie tylko danych liczbowych, ale też refleksji uczestników. Ludzie dzielą się swoimi przemyśleniami, opowiadają, co ich poruszyło, co zaskoczyło, co skłoniło do myślenia. A jednocześnie nasza ekspozycja pozwoliła nam zebrać dane od ponad dziesięciu tysięcy bardzo różnych osób, co daje ogromną siłę statystyczną. To połączenie twardych danych i żywej reakcji odbiorcy tworzy zupełnie inny wymiar badań. Bardziej dynamiczny, osadzony w rzeczywistym doświadczeniu społecznym.

Tu mamy tę rozmowę ze szczurem laboratoryjnym, tak?

Tak, ale mamy też coś więcej – element dydaktyczny. To okazja, by pokazać, czym właściwie jest badanie społeczne, jak formułuje się hipotezy, skąd biorą się naukowe wnioski. Uczestnicy nie tylko biorą udział w eksperymencie, ale też uczą się rozumieć, jak działa nauka. I co ważne, wszystko to dzieje się poza murami uniwersytetu, w przestrzeni publicznej, muzealnej. W miejscu, gdzie nauka spotyka się z codziennością.

Czy to ma znaczenie?

Ogromne. Tam odbiorcy obcują z treściami i obiektami w sposób spontaniczny, naturalny. To zupełnie inna sytuacja niż w laboratorium uniwersyteckim, gdzie ktoś ma za zadanie przeprowadzić określoną procedurę. Wiemy przecież, że w sytuacji, gdy autorytet naukowy nakazuje coś zrobić, włącza się mechanizm spełniania oczekiwań i podporządkowania. W muzeum jest inaczej. Uczestnicy sami z siebie, bez przymusu, angażują się w działanie i chętnie dzielą swoimi opiniami. To właśnie tutaj udaje się przezwyciężyć jeden z największych problemów badań społecznych: sprawić, by ludzie chcieli mówić i uczestniczyć w badaniu naukowym z własnej woli.

A czy bywa też tak, że Wy, badacze, kierujecie swą uwagę na samych siebie? Że sami stajecie się obiektem swoich badań?

Faktycznie, podejście, w którym badacze traktują samych siebie jako część badanej rzeczywistości, a nie jedynie jako jej zewnętrznych obserwatorów, zyskuje coraz większe znaczenie, zwłaszcza w badaniach nad złożonymi zjawiskami społecznymi. To tak zwana autoetnografia, inaczej badania refleksyjne, gdzie przedmiotem badania stają się własne doświadczenia, postawy lub tożsamość badaczy.

W klasycznych badaniach psychologicznych czy poznawczych na ogół zakłada się dystans i obiektywizm badacza, jednak w bardziej skomplikowanych kontekstach społecznych świadomość własnej pozycji, motywacji i wpływu na badany temat jest kluczowa.

Na przykład w badaniach nad radykalizacją i tożsamością społeczną coraz częściej podkreśla się, że radykalizacja to proces, który może dotyczyć każdego – nie jest zjawiskiem występującym wyłącznie u „innych”. Uwzględnienie perspektywy badacza jako elementu badanej rzeczywistości pomaga zrozumieć, jakie warunki i motywacje wpływają na zachowania, a także przeciwdziała uproszczonym, stereotypowym wyjaśnieniom.

Mimo rosnącej popularności tego podejścia nadal nie jest ono standardem we wszystkich dziedzinach nauk społecznych i psychologii. Wymaga bowiem otwartości, refleksji i często przełamywania tradycyjnych metodologicznych założeń. I ponadprzeciętnego – podkreślam: ponadprzeciętnego – rozumienia metodologii badań.

Przypomniał mi się cytat z Rejsu: „Nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem”. Może stąd ten opór, to nie jest łatwe.

Myślę, że opór wynika też z tego, że my przez długi czas, mówię o psychologii, chcieliśmy doszlusować do prawdziwych nauk, takich obiektywnych.

Być bliżej przyrody niż nauk społecznych.

Do tej pory często oczekiwano od badacza, że będzie pełnił funkcję zewnętrznego obserwatora – że będzie osobą, która nie dzieli z badanymi żadnych doświadczeń ani wartości. Nie jestem pewna, czy podejście, w którym badamy także samych siebie, to nowa ideologia, czy raczej wartościowe narzędzie badawcze. Opiera się na założeniu, że badacz nie ma przewagi nad badanym, że tworzy z nim równy, partnerski układ. Wydaje się, że znajdujemy się teraz w ciekawym momencie. Być może to tylko chwilowe zamieszanie, które nie przyniesie trwałych efektów, ale może to właśnie dzięki temu proces badawczy stanie się bardziej uczciwy i otwarty.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Rozmowa 1. Czy psycholodzy społeczni ulegają skrzywieniom poznawczym i czy mimo to można im wierzyć

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji