52,90 zł
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 509
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Is a River Alive?
© Robert Macfarlane, 2025 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Sławomir Królak, 2026
Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak
Redaktorka prowadząca: Weronika Jacak
Marketing i promocja: Agata Gać
Redakcja: Rafał Sarna
Konsultacja merytoryczna: dr Sebastian Szklarek
Korekta: Magdalena Owczarzak, Magdalena Mierzejewska
Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki
Grafika na okładce: Stanley Donwood, Meander (2024) © Stanley Donwood
Adaptacja projektu okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68800-61-6
Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wierzymy, że książki mogą zmienić świat. Wydajemy książki o przyrodzie, o naszych relacjach z dzikim światem, o tym, dokąd zmierza. Nasze książki pozwalają oderwać umysł, przynoszą ukojenie i pobudzają wrażliwość.
Chcemy pomóc Wam odkryć swoje zielone, naturolubne serce.
Chcemy przybliżyć Wam różnorodność naszej planety.
Bo to, co dzikie, nas zachwyca.
Inne naturolubne książki Wydawnictwa Poznańskiego:
Adam Zbyrt, Czego się boją ptaki?
David Attenborough, Colin Butfield, Ocean. Ostatnie dzikie miejsce, przełożył S. Królak
Oliver Franklin-Wallis, Zasypani. Sekretne życie śmieci, przełożył J. Konieczny
Robert Macfarlane, Dzikie miejsca, przełożyła K. Bażyńska-Chojnacka
Adam Zbyryt, Sensacyjne życie ptaków. Pierzaste wampiry, tęczowe albatrosy i trujące przepiórki
Łukasz Skop, Kwiaty bez ogródek
Łukasz Skop, Zrób ten zielnik
Jacek Karczewski, Zobacz ptaka. Opowieści po drodze
John Lewis-Stempel, Szarak za miedzą. Prywatne życie pola, przeł. H. Jankowska
John Lewis-Stempel, Prywatne życie łąki, przeł. M. Miłkowski
Łukasz Łebek, Co gryzie weterynarza
Dara McAnulty, Dziki rok. Zapiski młodego przyrodnika, przeł. K. Bażyńska-Chojnacka
David Attenborough, Życie na naszej planecie. Moja historia, wasza przyszłość, przeł. P. Surniak
Łukasz Łukasik, Magdalena Sarat, Łosie w kaczeńcach. O czym milczy Biebrza
Robert Macfarlane, Podziemia. Podróż w głąb czasu, przeł. J. Konieczny
Jacek Karczewski, Noc Sów. Opowieści z lasu
Jakub Chełmiński, Smog. Diesle, kopciuchy, kominy, czyli dlaczego w Polsce nie da się oddychać?
Jacek Karczewski, Jej wysokość gęś. Opowieści o ptakach
Daniel C. Taylor, Yeti. Jak poszukiwania legendarnego człowieka śniegu uratowały Himalaje, przeł. K. Bażyńska-Chojnacka
Robert Macfarlane, Góry. Stan umysłu, przeł. J. Konieczny
Robert Macfarlane, Szlaki. Opowieści o wędrówkach, przeł J. Konieczny
Magda Bloch, A Adi powiedział...
Charles Foster, Jak zwierzę. Intymne zbliżenie z naturą, przeł. J. Konieczny
Rzekom i stojącym na ich straży oraz Julii
pamięci Josefa DeCoux (1951–2024)
Jak ująć – nie w słowach, lecz w przekonaniu – że rzeka to ciało, równie żywe jak ty czy ja, że bez niej życia brak?
NATALIE DIAZ (2020)1
O, rzeki pokrzywdzone...
ALEXIS WRIGHT (2019)2
Dwanaście tysięcy lat temu. Rodzi się rzeka.
W niecce u podnóża wzgórza, gdzie krzemienie bieleją niczym oczy, po raz pierwszy ze szczeliny w wapiennej skale tryska woda – i odpływa. Wypływa i płynie, wypływa i płynie: dniami, latami, dziesięcioleciami, stuleciami, pod okiem letniego księżyca na dziennym niebie i jagodowoczerwonego słońca zimą, bez względu na pogodę, pod okiem dwumetrowych w kłębie jeleni, pod okiem czujnych strażników – jastrzębia i lisa, w deszczu ze śniegiem i gradem, pod okiem turów leśnych, mierzących trzy i pół metra od pyska po koniuszek ogona.
Woda z tych źródeł spadła na ziemię wpierw jako śnieg. Osiadała, topniała, wsiąkała z wolna w macierzystą skałę, po czym wytrysnęła na powierzchnię jako źródło – w niestrudzonym, falującym, srebrzyście migoczącym ruchu, marszcząc taflę sadzawki, którą wypełniła własnym szeptem i pomrukami.
Lata spędzone pod ziemią oczyściły tę wodę. Przejrzystą niczym szkło, połyskującą błękitem. Lodowce na północ stąd cofają się z niechęcią: ogromne kryształowe jęzory i dzioby lodu, trzeszczące, gdy ocieplający się klimat wlecze je z powrotem ku ostatnim posterunkom na wzniesieniach. Wielka pokrywa lodowa zostawia za sobą oskrobane do nagiej skały podłoże, porysowane równiny skały macierzystej, roztopowe jeziora i moreny. Ziemia zrzuciła z siebie ogromny ciężar i unosi się z ulgą. Drzewa ścigają lodowiec w jego drodze ku północy: najpierw brzozy i leszczyny, potem suną za nimi wierzby szare, wypełniając zagłębienia. Na południu szron wreszcie rozluźnia swój żelazny uścisk: woda może wsiąkać głęboko w ziemię, sycić wodonośne warstwy – i sprawić, że u stóp wzgórza tryśnie źródło.
Źródło staje się strumieniem, strumień zmienia się w rzekę: cała trójca szuka ujścia do morza.
Osiem tysięcy lat temu. Czas lip. Bujna puszcza lipowa sięga gęstwiną aż ku brzegom, okalając ściśle sadzawkę, w której bije źródło. Zasilany deszczem nurt pędzi ku morzu: siłą ciążenia bądź czegoś na kształt tęsknoty. Strumień łączy się z rzeką wijącą się meandrami ku ujściu, gdzie wreszcie – między brązowiejącymi plażami – trafia do oceanu, mącony falami pływów i zamętem wiatru.
Cienie prześlizgują się między drzewami wokół źródła: po raz pierwszy pojawiają się tu ludzie, zwabieni do miejsca, gdzie rodzi się woda. Źródło staje się odtąd stałym punktem na mapie ich wędrówek; osobliwym atraktorem w pętlach i zawijasach ich sezonowych migracji. Tutaj piją, jedzą, śpią i za pomocą jelenich poroży obłupują krzemień potrzebny im na narzędzia, pobielały na zewnątrz i mrocznie błękitny w środku. Osadzają ostrza na drewnianych drzewcach, wykonują szydła i ciosła, ostrzą rylce, którymi ryć będą w kościach. Układają z kamieni paleniska, pozostawiające po sobie osmalony wapień. Ogniska płoną nocą w całkowitej samotności tej niemal bezludnej Ziemi i w bezmiarze samotności wszechświata. Pewnej zimowej nocy na niebie migocze zorza: nieuregulowane rzeki światła płynące po niebie, splatające się swymi prądami, a różowawozielona poświata spływa na zwrócone ku niebu, zdumione oblicza ludzi – zanim wszystko pochłonie znów bezmiar ciemności.
Historia biegnie na przemian wartko i powoli, zawraca na wirażach, kłębi się tam, gdzie nurt spotyka prąd przeciwny. Życie i śmierć wznoszą się i opadają – a źródło jak zawsze skupia wokół siebie istnienie, wpływając na ziemię czymś na kształt własnej woli. Przybywają osadnicy: na wzgórzu górującym nad źródłem zostaje wykopany i obwałowany krąg – na tyle obszerny, by pomieścić dziesięć rodzin. Mijają stulecia. Obwałowanie pustoszeje, zarasta wchłonięte przez zieleń. W starym wapieniu chowa się nowych zmarłych, a razem z nimi składa dary grobowe: garnki, paciorki i rozłożyste rogi tura leśnego powalonego toporem, który roztrzaskał czaszkę zwierzęcia dokładnie pomiędzy podeszłymi krwią oczami.
Magiczna latarnia migocze coraz szybciej. Upływają kolejne dwa tysiące lat: kredowe wzgórza wieńczy teraz twierdza – ogromne grodzisko okolone fosą i palisadą. W niewielkim lesie wytryskają następne źródła: dziewięć z nich wypełnia dwie sadzawki. Nosiciele wody wydeptują ścieżki w wędrówce tam i z powrotem z grodu do źródeł, bezustannie. Kult wody zatacza coraz szersze kręgi. Źródła i strumienie zmieniają się w sanktuaria, gdzie woda przemawia niepojętymi głosami, na które nie sposób zamknąć uszu. W owych czasach rzeki uznaje się za boginie i obdarza się boskimi imionami: Dana (później Dunaj), Deva (Dee), Tamesa (Tamiza), Sinnann (Shannon). Jednak nawet jeśli strumień wypływający ze źródeł pulsujących u stóp bielejącego wzgórza obdarzony został kiedykolwiek imieniem, z biegiem czasu je zatracił.
Niezliczone „teraz” zmieniają się we „wtedy”. Pax Romana sprowadza pokój do źródlanej doliny. Małorolni chłopi dzielą grunty. Żelaznymi pługami krzeszą o zmierzchu pomarańczowe iskry z krzemieni, krusząc kamienie tak, że ostre odłamki przypominają do złudzenia te odłupane ludzką ręką cztery czy pięć tysięcy lat wcześniej. Rzymianie czczą w lasach drzewne driady i wodne nimfy. Woda z każdego źródła, z każdego strumienia jest czymś niepowtarzalnym. Źródło przepaja znaczenie. Bieg rzeki przenika znaczenie. Każda rzeka ma własnego ducha i własny język, wymaga zatem wyjątkowej czci. Daleko na północy, gdzie lodowce wlekły niegdyś brzuchem po ziemi, batawscy wojowie wznoszą świątynię nad źródłem i poświęcają ją bogini Kowentynie, której imię wywodzą od celtyckiego słowa gover, oznaczającego „strumyczek”. Bogini wody składa się tysiące darów: monety, paciorki z kości, ołowiu i gagatu, miedzianą broszę z motywem wodnych węży. Co roku paru legionistów zbacza z prostej, oflankowanej nasypem ziemnym drogi, biegnącej nieopodal, i przybywa ku źródłom o przejrzystej wodzie, by odłożyć na moment włócznię i sztylet, ugasić pragnienie i wyszeptać modlitwę. Miejsce to zwą Nona, od jednej z bogiń losu. Z czasem Nona zamieni się w Nine – Nine Wells, Dziewięć Źródeł. Źródeł losu, gdzie rodzi się rzeka.
Czas się zatrzymuje, cofa, przeskakuje i powtarza, a źródła biją nieustannie, rok po roku, niezależnie od jego pory. Bujnie rozrastają się tarnina, śliwa, głóg, dzika róża, trzmielina. Liście we wszelkich możliwych odcieniach zieleni: grab, leszczyna, dąb i klon. W lesie wokół źródeł w jesionach i bukach pohukują sowy, jedna do drugiej, rok w rok. Ktoś przytwierdza do drzewa nad brzegiem sadzawki żelazną chochlę na długim łańcuchu, by każdy mógł zaczerpnąć i napić się zimnej źródlanej wody.
Mijają kolejne stulecia. Zaraza kroczy z Europy na zachód w siedmiomilowych butach, dociera w ten rejon. Ostrozęba i wygłodniała zakrada się do młodej osady Cambridge, wyrosłej tymczasem w pobliżu źródeł, i pożera jej mieszkańców. Połowa miasta wymiera. Połowa Europy wymiera. Źródła obrasta bujnie stary głóg, przybywają w te strony suplikanci, by wiązać na jego gałęziach strzępy tkanin w nadziei, że żywotna moc wody uchroni ich przed śmiercią. Ale wrzody wciąż puchną im pod pachami i w pachwinach. Część zmarłych chowa się osobno, z troską, innych zrzuca się na stos do rowów wykopanych na przykościelnych cmentarzach. Źródła biją jednak dalej, a rzeka szuka ujścia do morza.
Jesteśmy w latach trzydziestych XVI wieku. Henryk VIII zrywa z Rzymem i odrzuca zwierzchnictwo papieża. Reformacja nabiera tempa, ale ogołaca się nie tylko ołtarze i nie same lektoria obraca się w drzazgi. Oczyszczające gromy spadają także na ożywioną ziemię, z zamiarem przegnania „najbardziej odrażającego z grzechów – bałwochwalstwa”1. Oddziały samozwańczych strażników rozpływają się po kraju. Płynąca woda, obdarzona mocą uzdrawiania, błogosławienia i działania, pada ofiarą najbardziej zajadłych prześladowań. Święte źródła zostają zasypane, tamuje się im ujścia. Kaplica wzniesiona nieopodal źródła przez jednego ze świętych z dalekiego zachodu obrócona zostaje w ruinę, a napastnicy poprzysięgają, że „nie pozostanie tu kamień na kamieniu”. Nielicznych pozostałych pielgrzymów niezłomnie wędrujących ku źródłom i rzekom zaczyna się ścigać i stawiać przed trybunałami. A jednak ludzie nie przestają tutaj ciągnąć, niekiedy pod osłoną nocy. I wciąż pozostawiają swe dary. Dla wielu z nich brutalne tłumienie kultu źródeł potwierdza jedynie numinotyczną moc wody tryskającej z tej ziemi w tajemnicy, niejako z własnej woli, nieustająco od tysięcy lat.
Prawie trzy stulecia później płomiennej urody młody chromy poeta, o którym krąży fama, że trzyma w swej studenckiej celi niedźwiedzia, pływa nago w zielonym nurcie rzeki nieopodal źródeł. Skomponuje następnie poemat o koszmarze, w którym Słońce gaśnie, a lodowata Ziemia ślepa i ciemniejąca pędzi pośród pustki i „stoją gładkie rzek, jezior, oceanu tonie, i nic się nie poruszy w ich milczącym łonie”2.
Końskie zaprzęgi ustępują miejsca traktorom na stokach Białego Wzgórza, jak zaczęto nazywać wyniosłość, spod której wypływają źródła. Wojna ogarnia świat, zagrażając tym ziemiom. Mieszkańcy miasta tłumnie, całymi tysiącami, przybywają tutaj, by wykopać długie na jedenaście kilometrów okopy, w których mają utknąć czołgi Wehrmachtu, jeśli zaatakuje on od południa. Ale żołnierze w szarych mundurach nigdy nie postawią tutaj swej stopy, rów zostaje na powrót zasypany, a w czasie pokoju, jaki nastaje, nieopodal źródeł wyrasta ogromny, błyszczący nowością szpital.
Najtęższa zima w dziejach przychodzi w 1967 roku: źródła zamarzają na kość na sześć tygodni, gałęzie uginają się i łamią pod ciężarem lodu. Najgorsza susza przychodzi w roku 1976: topi się nawierzchnia dróg, krzewy goreją, a miliardy mszyc unoszą się nad polami i miastami niczym obłoki zielonego dymu. Zwabione przez mszyce chmary biedronek roją się na południu, obsiadając ludzi w takiej masie, że ci ku swojemu zdumieniu zaczynają lśnić od tysięcy owadów, jakby wyrosły im własne pokrywy skrzydeł. Źródła wysychają po raz pierwszy od czasu cofnięcia się lodowców. A w sierpniu owego roku, w okresie największej suszy, rodzi się chłopiec o ciemnych włosach, które wkrótce pojaśnieją niczym len.
Gwałtownie rozrastające się miasto łaknie wody: do spłukiwania, do mycia, do picia. Wierci głębinowe studnie, narusza wodonośne warstwy skalne, rozpoczyna pobór ze źródeł i rzeki. Poziom wód gruntowych spada, bo swoje odbierają uprawy, krany, węże ogrodowe. Do źródeł prawie nikt już nie zagląda, ich bicie słabnie coraz bardziej. Strumień popada w zapomnienie, zdławiony zakwitami glonów i kożuchem rzęsy wodnej. Rzeka zwalnia, skażona coraz bardziej. Spółka wodociągowa, obawiając się złej prasy, gdyby za jej kadencji źródła ostatecznie wyschły, posyła ludzi z koparkami i kilometrami niebieskich plastikowych rur, by wdrożyć „strategię wspomagającą”: woda z innej części sieci zostanie przepompowywana do źródeł, by utrzymać je przy życiu.
Pół kilometra dalej, w szpitalu, dziesiątki ludzkich ciał spoczywają pod respiratorami, klatki piersiowe unoszą się i opadają w rytmie wybijanym przez pompy, przy akompaniamencie pikających kardiomonitorów. Nieopodal, w niewielkim lesie, przy życiu w podobny sposób podtrzymuje się źródła.
Chłopiec o płowych włosach, który tymczasem wyrósł na mężczyznę i po raz pierwszy został ojcem, przeprowadza się na obrzeża miasta, półtora kilometra od podnóży Białego Wzgórza. Dwa lata zajmuje mu odkrycie tych zapomnianych źródeł, ukrytych w zagajniku buków i jesionów, wciśniętych między pola pszenicy i jęczmienia, tuż obok linii kolejowej. Budzą w nim coraz większą fascynację. Coraz częściej zaczyna je odwiedzać. Wędruje piechotą, jeździ rowerem albo biegnie przez las trzy, a czasem nawet cztery razy w tygodniu. Lubi zaczerpnąć dłonią wody ze źródła; na języku czuje łagodny, przyjemny, jedwabiście chłodny posmak kamienia. Odkrywa, że wypływający ze źródeł strumień to tylko jeden z około dwustu bijących z wapiennych skał strumieni na całym świecie, że należą one do najrzadszych siedlisk na Ziemi. Odkrywa też, że przy obecnym tempie narastania zanieczyszczenia wód i zwiększania się ich poboru cała angielska sieć strumieni cieknących z wapiennych skał nie przetrwa zapewne do drugiej połowy naszego stulecia.
Mija kolejnych dziesięć lat. Mężczyzna, którym jestem ja, ma już troje dzieci. Jest lato 2022 roku, najgorętsze w historii pomiarów: lato, w którym wszystkie rzeki niemal umarły.
Bezdeszczowa pora rozpoczyna się w czerwcu. Dni suszy przechodzą w tygodnie, potem w miesiące. Plony zamierają na polach; spękaną glebę pokrywają gwiaździste desenie. Ostre światło obramowuje firanki i okiennice od świtu po coś, co uchodzi za zmierzch. Często śni mi się deszcz. Śni się nam wszystkim.
Pewnego poranka po przebudzeniu dostrzegamy, że południowe wiatry naniosły z Sahary drobny czerwonawy pył, oblepiający samochody, okna i liście. Wdziera nam się do ust, niesie posmak umęczenia. Przeświecające przez mgłę rdzawopomarańczowe promienie słońca budują atmosferę niczym z filmu katastroficznego albo z Kalifornii.
Czas wypada z ram. Umysł nie potrafi przetworzyć tego dysonansu. Pierwsza z dwóch jesieni w roku przychodzi na początku sierpnia, gdy drzewa w wyniku stresu cieplnego zaczynają zrzucać liście. Dęby i buki stoją nagie, z poczerniałymi konarami. Asfalt się topi, zaczyna błyszczeć na chodnikach, przyklejać się do podeszw niczym czarna guma do żucia. Każdy nowy dzień przynosi tę samą starą pogodę. Upał nosimy niczym zbroję.
Najgorzej mają się rzeki. Pad przemienia się w martwą kałużę. Niektóre odcinki Renu przestają być żeglowne nawet dla płytko zanurzonych barek podtrzymujących bicie serca Niemiec. W zachodniej Kanadzie łososie wędrujące na tarło gotują się żywcem w żwirowych tarliskach. Na brzegach Jangcy w Syczuanie dzieci sadza się w baliach z wodą, by uchronić je przed udarem cieplnym. Na pograniczu Anglii i Walii ścieki z gigantycznych ferm kurzych zatruwają leniwe wody rzeki Wye.
Radio podaje: „Źródło Tamizy przesunęło się o piętnaście kilometrów w dół rzeki”.
Gdy poziom wód na całym świecie opada, na powierzchnię wydostają się rzeczy pozostające dotąd w ukryciu, niektóre z nich wręcz cudowne: średniowieczne posągi Buddy, mająca sto tysięcy lat czaszka jelenia i miasto z epoki brązu, odsłonięte na brzegach Tygrysu w Iraku. Archeolodzy śpieszą na miejsce, przemierzając prześwietlone słońcem ulice, by sporządzić ich mapę. Znajdują tam pięć ceramicznych naczyń z ponad setką niewypalonych glinianych tabliczek gęsto pokrytych pismem, zdumiewa ich fakt, że te teksty zdołały przetrwać tak długo pod wodą.
Wysychające jezioro Mead na rzece Kolorado pogrąża się w głębi piaskowcowej niecki, zostawiając na brzegu motorówki warte miliony dolarów. Wyłaniają się złowieszcze widma: rozkładające się ciało, zmarłe od jednego postrzału, upchnięte w stalowej beczce o pojemności 250 litrów, w butach sportowych z początku lat osiemdziesiątych. Na powierzchni pojawia się jeszcze sześć kolejnych ludzkich zwłok; w jednym przypadku bierze się je początkowo za szkielet muflona. W pobliskiej Dolinie Śmierci chłopaki filmują, jak smażą jajka na rozpalonych maskach Lamborghini, i spieniężają te nagrania.
A wzdłuż brzegów Łaby wyłaniają się kamienie głodowe: głazy rzeczne, które pojawiają się na powierzchni, gdy poziom wód rozpaczliwie się obniża. Niosą wyryte daty i inskrypcje z wcześniejszych lat posuchy: 1417, 1473, 1616, 1830. Pod Děčínem, nieopodal granicy czesko-niemieckiej, wynurza się kamień niosący następującą przestrogę:
Wenn du mich siehst, dann weine.
Zapłacz, gdy mnie ujrzysz.
Pewnego dnia, pod koniec długotrwałego okresu suszy, wraz z moim młodszym synem Willem ruszamy ku źródłom.
Wiem, co tam tego dnia zastaniemy, dlatego nie do końca sam rozumiem, dlaczego w ogóle tam się wyprawiamy, ale ściskam Willa mocno za rękę i razem przekraczamy próg dzielący piekącą świetlistość pól od chłodu lasu.
Wilcze jagody, skrzeczenie srok, muchy w słonecznych cętkach w kółko kaligrafujące tę samą wiadomość.
Źródła wyschły niemal doszczętnie. Nadmierny pobór wód z warstw wodonośnych wraz z szeregiem lat posuchy dokonały swego dzieła, utorowawszy drogę uderzeniu suszy. Nigdy wcześniej nie widziałem tej sadzawki aż tak obumarłej. Jamę dusi gęsty, bujny kożuch liści. Poziom wody w korytku strumyka wypływającego ze źródła nie sięga dwóch i pół centymetra, nie sposób nawet wyczuć w nim bicia nurtu.
– Czy ta woda umarła? – dopytuje Will. Ma dopiero dziewięć lat. Trudno mu na to wszystko patrzeć. Rozumie doskonale, że dzieje się tu coś bardzo złego, choć nie potrafi jeszcze tego dokładniej nazwać. Coś z dawnej mocy tego miejsca i jego nowe rany głęboko go nurtują.
– Nie, oczywiście, że nie – uspokajam go, ale moja pewność jest oszustwem.
Opuściwszy las, spostrzegamy czaplę nadobną, bielejącą niczym płat śniegu, stojącą w bezruchu w wyczerpanym korycie, jak gdyby jej cierpliwość mogła wystarczyć, by przywrócić rzece życie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
AKTY PRAWNE, USTAWY, DEKLARACJE, ORZECZENIA, POSTANOWIENIA
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
1 Natalie Diaz, The First Water is the Body, [w:] tejże, Postcolonial Love Poem, Graywolf Press, Minneapolis 2020, s. 48. ↩
2 Alexis Wright, We All Smell the Smoke, We All Feel the Heat: This Environmental Catastrophe is Global, „Guardian” 18.05.2019. ↩
1 Opieram się tutaj na monumentalnym dziele Alexandry Walsham, The Reformation of the Landscape: Religion, Identity, and Memory in Early Modern Britain and Ireland, Oxford University Press, Oxford 2011, passim. ↩
2 George Gordon Byron, Ciemność, w przekładzie A. Mickiewicza, [w:] Adam Mickiewicz, Wiersze, tom 1, Czytelnik, Warszawa 1979, s. 239. ↩
