Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niepodległościowa retoryka naszych partii irytuje mnie. Nie dlatego, że niepodległość lekceważę, lecz z tego powodu, że ta retoryka brzmi fałszywie. Deklamacje niepodległościowe nie wyrastają ze zrozumienia rzeczy, są płytkie i nie towarzyszy im świadomość, co trzeba w obecnych warunkach historycznych robić, aby niepodległość zachować i mieć z niej wymierne korzyści.
Bronisław Łagowski
Łagowski stanowi wzór bezkompromisowości i odwagi myślenia. Choć jego podejście do polityki traktuje kompromis jako wielką wartość, dziedzina myślenia jest dla niego tą sferą, w której nie należy iść na kompromisy.
Piotr Kimla
Wiele jego uwag, zazwyczaj przestróg, odnośnie do stanu polskiej polityki i państwa niestety potwierdziło się. „Lekcje Łagowskiego” w wielu obszarach są wciąż do odrobienia.
Maciej Zakrzewski
Łagowski uświadamia, że pytanie „Czy Polskę stać na niepodległość?” to nie jest retoryczny chwyt, wezwanie do boju czy okrzyk na wiecu, ale realny problem, nad którym elity narodu powinny się stale pochylać. Odpowiedź na to pytanie nie jest funkcją naszych pragnień, ale tego, czego potrafimy realnie dokonać. Polski z pewnością nie stać – jak podczas ostatniej wojny pouczał Ksawery Pruszyński – na luksus niemyślenia. Publicystyka Łagowskiego na taki luksus nie pozwala.
Jan Sadkiewicz
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 560
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jan Sadkiewicz
Kłopot zniepodległością
„Nieinterwencja, proszę Pani– miał powiedzieć Talleyrand– to pojęcie zdziedziny polityki imetafizyki, które oznacza mniej więcej to samo, co interwencja”. Podobny– ba!– większy nawet zamęt myślowy towarzyszy polskiemu rozumieniu słowa „niepodległość”.
Ajest to pojęcie wpolitycznym słowniku Polaków bodaj najważniejsze. Niepodległość jest najdonośniej świętowana, nie tylko zresztą 11 listopada, bo przecież i3 maja, 1 i15 sierpnia, 22 stycznia i29 listopada czy wreszcie 1 września celebrowane są walka oniepodległość, obrona niepodległości czy manifestowanie woli niepodległości. Wedle niepodległościowego kryterium oceniane są postacie historyczne iwspółcześni przywódcy. Oniepodległości mówią politycy, piszą publicyści ianalitycy, ajeśli ktoś chce swego przeciwnika woczach opinii całkiem spostponować, to ultima ratio wtakich sytuacjach jest oskarżenie obrak uczuć niepodległościowych, ozdradę sprawy niepodległości, odybanie– wporozumieniu, rzecz jasna, zzagranicą– na naszą niepodległość.
Być może nie ma wtym niczego zaskakującego. Skoro wzaraniu epoki kształtowania się nowoczesnych nacjonalizmów straciliśmy własne państwo– najdoskonalsze (przynajmniej wówczas idługo potem, być może do dzisiaj) narzędzie obrony dobra wspólnego oraz rozwoju duchowego imaterialnego, skoro nad polską tożsamością od ponad dwustu lat ciąży przeświadczenie, że Polska jest, ale może jej nie być, że może ona „zginąć”, to trudno się dziwić, że idea niepodległości zdominowała wyobraźnię polityczną Polaków. Nie może jednak nie martwić, że temu intensywnemu przeżywaniu niepodległości (bądź jej braku) nie towarzyszy choćby wporównywalnym stopniu żywa refleksja nad zagadnieniem czym ta niepodległość faktycznie jest, jakim uwarunkowaniom podlega, jakie jest jej miejsce whierarchii celów narodowych (przyjmuje się bez dyskusji, że jest celem najwyższym), czemu powinna służyć ico warto dla niej poświęcać.
„Pragnienie jest ojcem myśli”– wyjaśniali genezę własnych icudzych rozważań anglosascy teoretycy stosunków między narodami, podając postawienie celu za pierwszy inieodzowny etap analizy iobmyślania pozwalających na jego osiągnięcie środków. Ointeresującym nas tutaj przypadku nie możemy jednak tego powiedzieć. WPolsce hasło niepodległości– acz nie można mu odmówić mocy pobudzania patriotyzmu iskłonności do poświęceń– do rzetelnej pracy umysłowej pobudzało nielicznych, znacznie częściej było czynnikiem odbierającym jasność myślenia iparaliżującym racjonalne działanie, apopychającym do czynów lekkomyślnych izgubnych.
Już wXIX wieku stało się narzędziem „powstańczego szantażu”, osłoną dla postępków niegodziwych, jak działalność tzw. sztyletników wokresie powstania styczniowego, czy wreszcie glejtem na bezkarność za spowodowane katastrofy. Kto brał na sztandar hasło niepodległości, otrzymywał we własnych oczach, a– co gorsza– także woczach dużej części rodaków, współczesnych ipotomnych, prawo do samowolnego rozporządzania losem narodu izwolnienie zodpowiedzialności za ściągnięte nań klęski. Niepodległość– ito ujmowana wbardziej symboliczny niż realny sposób– zaczęła spychać wcień wszelkie inne cele narodowe, wtym te, które faktycznie decydowały idecydują opozycji wotoczeniu międzynarodowym. Działalność wzamyśle „niepodległościowa” niejednokrotnie największe usługi oddawała nie Polsce, ale jej przeciwnikom. Niepowodzenia nie prowokowały do refleksji iracjonalizacji działania, wręcz przeciwnie– niepodległość stawała się czymś coraz bardziej oderwanym od rzeczywistości, czego logika ani związki przyczynowo-skutkowe nie dotyczą.
Kiedy zaś wXX wieku Polacy najpierw nieoczekiwanie odzyskali niepodległe państwo, anastępnie wgwałtowny sposób zostali go pozbawieni, wszystkie te niedostatki politycznego rozumu jeszcze się pogłębiły irozszerzyły, awszelkie próby intelektualnej reakcji zostały zepchnięte ma margines. Zaczęło się od zrodzonego po 1918 roku złudzenia, brutalnie rozwianego 21 lat później, że Polska zawdzięcza niepodległość swojej własnej sile, anie nadzwyczajnej konfiguracji politycznej powstałej wwyniku pierwszej wojny światowej. Już wpierwszych latach II Rzeczypospolitej publiczna debata oniepodległości przybrała, jak wspominał Dmowski, kształt licytacji, kto pierwszy ikto głośniej oniej mówił. Niepodległościowość powiązano wzasadzie wyłącznie zbuntem iwalką zbrojną, dezawuując niemal całkowicie inne, być może ważniejsze, pola zmagań między narodami. Niepodległość woczach Polaków stała się funkcją mobilizacji moralnej, czymś niezależnym od warunków zewnętrznych iswych materialnych podstaw, niepodlegającym kalkulacji zysków istrat.
Powstały iznalazły rzesze zwolenników teorie– na niczym nieoparte, awręcz sprzeczne zlogiką ihistorią– wiążące niepodległość ato zprzegranymi powstaniami, ato zniepodległością państw ULB, ato zutrzymaniem hegemonii amerykańskiej nad światem. Niepodległość zaczęła być uważana za coś, co się Polsce należy, anie coś, co trzeba nieustannie budować własnym wysiłkiem, nie tylko inie przede wszystkim zbrojnym. Ostopniu myślowego zamętu może świadczyć fakt, że odpowiedzialnością za polską niepodległość obarczono innych– Francuzów, Anglików, Amerykanów, generalnie Zachód– zasypując ich pretensjami ioskarżeniami ozdradę, ilekroć się ztego rzekomego obowiązku nie wywiązują. Wobec własnego narodu zaczęto zaś egzekwować, poprzez rozmaite formy zbiorowej presji, nakaz jednomyślności wmyśleniu oniepodległości, odmawiając rodakom prawa do różnic winterpretacji narodowych interesów.
Umiłowanie niepodległości, przy pozorach szlachetności, stało się maską postaw niebezpiecznych iskrajnych: pseudopatriotycznego konformizmu, moralnej megalomanii, zaniku obserwowanego wśród narodów cywilizowanych szacunku do przeciwnika inieumiejętności wyzwolenia się zdawnych wrogości. „Wszystko, czego dokonują Polacy, jest wykonywane pod tchnieniem ukrywanej nienawiści, która im paraliżuje dłonie iwykrzywia idee…– zauważał blisko sto lat temu zagraniczny obserwator– Irządzą tak, jak rządzi niewolnik, dorwawszy się do władzy…”. Ten zbudowany na nienawiści patriotyzm „jest niesłychanie groźnym niebezpieczeństwem– pisał jeszcze wcześniej obserwator polski– bo stanowi prostą drogę do narodowego samobójstwa (…) rozgląda się tylko za wrogami swoich wrogów, ażeby się im wysługiwać”.
Zaiste trudno mówić opostępie, skoro jeszcze wXIX czy na początku XX wieku realizm wmyśleniu oniepodległości mogli reprezentować ludzie dochodzący do stanowisk władzy, jak Wielopolski, czy liderzy znaczącej części społeczeństwa, jak Dmowski, ajuż wpołowie XX wieku co najwyżej niszowi publicyści, jak Aleksander Bocheński czy Stanisław Stomma. Kolejne kilkadziesiąt lat później niewiele zostało nawet ztego namiętnego oddania sprawie, jakiego nie można odmówić dawnym pokoleniom niepodległościowców, aktóre ustąpiło miejsca jałowemu podnieceniu iupajaniu się niepodległościowym dyskursem, przeobrażonym już niemal bez reszty wgmatwaninę metafor inie wiadomo co znaczących frazesów, coraz bardziej irytującą swoim oderwaniem od realnych problemów iwyzwań stojących przed narodem wtrzeciej dekadzie XXI wieku.
Aprzecież– ito być może najboleśniejsza konstatacja wdotychczasowym wywodzie– Polacy potrafili rozważać to zagadnienie wsposób rzeczowy, głęboki, praktyczny. Jeszcze przed wybuchem powstania listopadowego (Antoni Trębicki), apóźniej po klęsce styczniowego (Stanisław Tarnowski) zwracano uwagę, że niepodległościowe intencje nie mogą zwalniać zodpowiedzialności za skutki podejmowanych działań. Już wtedy apelowano osamodzielność wmyśleniu, umiarkowanie icierpliwość wdziałaniu (Fryderyk Skarbek); piętnowano zjednej strony patriotyzm obchodowy, zdrugiej– niepodległościowy fanatyzm (Paweł Popiel), domagano się wzięcia na samych siebie– anie przerzucania na innych– odpowiedzialności za własny los (Michał Bobrzyński). Przede wszystkim zaś już wtedy Stanisław Koźmian położył podwaliny pod nowoczesne iomalże naukowe myślenie polityczne, nauczając wRzeczy oroku 1863 odwóch fundamentalnych prawdach: że niepodległość jest wartością względną iże jest właściwością stopniowalną.
Niepodległości nie można absolutyzować, ponieważ obok niej istnieje jeszcze coś ważniejszego: byt narodowy, czyli ludność ijej materialne zasoby, stanowiące fundamenty siły politycznej. Abez odpowiednich środków materialnych można się cieszyć co najwyżej formalną suwerennością, faktyczna niepodległość musi opierać się na sile zdolnej oprzeć się naciskom innych podmiotów polityki międzynarodowej. Dlatego rzekomo niepodległościowe dążenia, tłumaczył Koźmian, których skutkiem jest niszczenie materialnych podstaw bytu narodowego iprzesuwanie stosunków sił na niekorzyść Polski, są nierozumne izgubne, prowadzą do celu dokładnie odwrotnego od zamierzonego.
Po drugie, niepodległość nie jest wartością zero-jedynkową. Niepodległości nie można traktować– pisał Adolf Bocheński– jako rzeczy, którą się nagle odzyskuje inagle traci. Rozsądnie mówić można jedynie omniejszej lub większej niepodległości, omniejszej lub większej możliwości niepodlegania woli innych narodów inarzucania im swej woli. Formalna suwerenność to tylko jeden ze szczebli, jakie można zajmować whierarchii międzynarodowej, aszczebli tych jest wiele– od mocarstwa światowego do zupełnego wyniszczenia fizycznego– irywalizacja narodów ojak najlepsze miejsce wtej hierarchii nigdy nie ustaje.
Itu być może dochodzimy do sedna polskiego problemu zniepodległością, ponieważ wydaje się, że marzeniem Polaków jest, aby właśnie ustała. Żeby raz wywalczona niepodległość była już na zawsze, żeby nie trzeba było już toczyć tych nieustannych zmagań, do których Polacy zdają się nie mieć ani głowy, ani charakteru. Nie przypadkiem tak 1918, jak i1989 rok obrodziły wPolsce pragnieniem czegoś na kształt zamrożenia stosunków międzynarodowych, aby już zawsze było tak jak jest, inie zczego innego bierze się tak silna wPolsce tęsknota za końcem historii. Naszym ideałem jest, kpił Dmowski, żeby granice między narodami zostały raz na zawsze uświęcone iżeby każdy mógł spokojnie spać na swoim.
Jeżeli wpolskim nurcie realizmu politycznego chciałoby się znaleźć jedną nić, łączącą tych, którzy tę tradycję wXIX wieku zapoczątkowywali, przez tych, którzy ich dorobek wXX stuleciu podejmowali irozwijali, po tych, którzy– jak Bronisław Łagowski– wXXI wieku wciąż go wzbogacają inie pozwalają mu zginąć, to moim zdaniem jest nią nieustający apel oosiągnięcie politycznej dojrzałości. Oodrzucenie młodzieńczej próżności, efekciarstwa, arogancji, oskończenie zbłazenadą, jaką jest przypisywanie sobie zalet, jakich się nie posiada, siły, ojakiej się tylko marzy. Ozrozumienie zasad rządzących polityką międzynarodową, aodrzucenie chełpliwego przekonania, że my te mechanizmy możemy zmienić, nagiąć do swojej woli. Owykształcenie tych właściwych wiekowi męskiemu cech, których Polsce najbardziej brakuje: wytrwałości, konsekwencji, opanowania, roztropności, odwagi– ale nie odwagi fizycznej konfrontacji zwrogiem, tylko odwagi spojrzenia na siebie we właściwych proporcjach, pogodzenia się zuwarunkowaną rzeczywistym potencjałem rolą, jaką możemy pełnić, iuświadomienia sobie ogromu pracy, jaką trzeba wykonać, aby ten potencjał dorównał naszym aspiracjom. Ozrozumienie, że naród wkażdej chwili swych dziejów zdaje egzamin ze swojej siły isprawności, ażadne prawdziwe czy mniemane historyczne zasługi ztego sprawdzianu nie zwalniają. „Polska powinna wreszcie dorosnąć”– tytuł wywiadu udzielonego przez pewnego polityka jesienią 2009 roku1– to surowe przesłanie, zjakim rodzima szkoła realizmu występuje przeciw tym, wedle których Polsce należą się, tu iteraz, partnerskie stosunki zmocarstwami iprawo nieliczenia się zsiłą iinteresami innych państw, ito świat jest głupi ipodły, nie my, jeżeli tego natychmiast nie otrzymujemy.
„Wielu sobie wyobraża, że niepodległość jest wydarzeniem jak wygrana bitwa”– pisze Łagowski, podczas gdy „wrzeczywistości dochodzi się do niej stopniowo, etapami”. To, czy naród posuwa się wgórę, czy wdół międzynarodowej hierarchii, zależy po części od jakości organizacji politycznej, jaką jest wstanie stworzyć, po części od zmieniających się warunków zewnętrznych, od nas niezależnych. Zasadniczymi wątkami publicystyki Łagowskiego przez cały okres III RP było po pierwsze wskazywanie tych zjawisk zewnętrznych, na które nasz wpływ jest ograniczony lub żaden, zczego trzeba sobie zdawać sprawę, po drugie– formułowanie warunków, jakie trzeba spełnić, aby ten poziom niepodległości, jaki jest udziałem naszego pokolenia, wypełnić jak najlepszą treścią istworzyć, być może, podstawy do jego podniesienia.
Lekka, felietonowa forma nie może przesłaniać faktu, że mamy tu do czynienia zgłęboko przemyślaną filozofią państwa, opartą na dokonaniach najlepszych przedstawicieli zachodniej myśli politycznej (nie ma tu nawet miejsca na wymienianie tych wszystkich teoretyków ipraktyków polityki, zktórych dorobku Łagowski swobodnie czerpie). Każdy tekst– nie spośród tych przeszło stu, które składają się na niniejszy wybór, ale tych ponad tysiąca, które stanowiły jego podstawę– jest tylko pretekstem do wypowiedzenia jakiejś ponadczasowej myśli, jakiejś uniwersalnej reguły, jakiejś przenikliwej obserwacji otaczającej nas rzeczywistości. Ajako że wnaszym niezwykle złożonym świecie nigdy wszystkiego przewidzieć nie można, mądrość polityczna, poucza Łagowski, polega na kierowaniu się słusznymi zasadami.
Ktokolwiek zagłębi się wto pisarstwo, pozna podstawowe prawdy dotyczące państwa iżycia społecznego, zbiorowości politycznych iwładzy nad nimi, ustalania hierarchii wartości idefiniowania interesu narodowego. Łagowski przypomina oznaczeniu ładu– prawnego imaterialnego– wstosunkach wewnętrznych, siły wpolityce międzynarodowej, uczciwości wmyśleniu. Uczy, jak wyciągać nauki zhistorii iwzbogacać nimi tradycję narodową. Uwrażliwia na bałamuctwa polityków imanipulacje mediów. Pokazuje, jak potężnym narzędziem rozumienia świata może być niezależny umysł uzbrojony wwielowiekowy dorobek myślicieli politycznych rodzimych iobcych, atakże jak ważnym zadaniem jest eliminowanie nieracjonalności zżycia politycznego ispołecznego. Uświadamia wreszcie, że „Czy Polskę stać na niepodległość?” to nie jest retoryczny chwyt, wezwanie do boju czy okrzyk na wiecu, ale realny problem, nad którym elity narodu powinny się stale pochylać. Odpowiedź na to pytanie nie jest funkcją naszych pragnień, ale tego, czego potrafimy realnie dokonać. Nie sposób udzielić jej inaczej, jak przez rzetelną analizę uwarunkowań wewnętrznych izewnętrznych, sił własnych iobcych, dynamiki zmian wstosunkach międzynarodowych.
Narodu słabego wanarchicznym otoczeniu międzynarodowym nie stać– jak podczas ostatniej wojny pouczał Ksawery Pruszyński– na luksus niemyślenia. Publicystyka Łagowskiego zpewnością na taki luksus nie pozwala.
1 Zob. s. 296 niniejszej książki.
Bronisław Łagowski
Czy Polskę stać na niepodległość?
Teksty wybrane zlat 1991–2019
Na rozstajnych drogach
Społeczeństwom postkomunistycznym wydaje się, że– stawiając sobie Europę za wzór– rozstrzygnęły jakiś problem. Wrzeczywistości stanęły na rozstajnych drogach imuszą zdecydować: pójść wlewo czy pójść wprawo. Zachód nie jest jeden. Był podzielony dawniej ijest podzielony dziś. Zmieniły się jedynie niektóre kryteria podziału.
(...)
Wybór między polityką lewicową iprawicową nie rysuje się dziś wPolsce wsposób bardzo wyraźny inie musi angażować przeciętnego człowieka pracy. Ale postawieni twarzą wtwarz zEuropą nie unikniemy innego wyboru– głębszego, bo moralnego.
Zachód jest postrzegany jako region nagromadzenia wielkich bogactw iobfitej konsumpcji. Przeciętnemu Polakowi, Rosjaninowi, jak też przeciętnemu człowiekowi Zachodu te dwa bardzo różne pojęcia– bogactwo ikonsumpcja– zlewają się wjedno. Nietrudno jednak zauważyć, że wytwarzanie bogactw wymaga zupełnie innego sposobu postępowania, awięc też innej moralności aniżeli oddawanie się przyjemnościom konsumpcji. Moraliści chrześcijańscy iinni widzą na Zachodzie głównie „konsumeryzm”, „materializm praktyczny”, hedonizm jako wszechobejmujący sposób życia. Spostrzeżenie to jest dalekie od wyczerpania prawdy. Gdyby było trafne, nie moglibyśmy zrozumieć, skąd się biorą, jakim cudem właśnie tam powstają owe niezwykłe wskali historii ogólnoludzkiej ilości dóbr przeznaczonych do spożycia.
Prawda jest taka, że na Zachodzie współistnieją dwie kontrastowo odmienne etyki– hedonistyczna iascetyczna. Jedna panuje nad czasem wolnym, druga– wdziedzinie pracy ipolityki. Ta pierwsza bezwzględnie afirmuje przyjemność, „zaspokojenie potrzeb”, stawia wstan podejrzenia wszelkie normy zagradzające drogę do przyjemności, podważa zobowiązania iodpowiedzialność, przerabia na swoje kopyto ideologię praw człowieka. Przenika kulturę masową, wjeszcze większym stopniu kontrkulturę, ma na swoje usługi niektóre awangardy imody intelektualne. Odrzucony jest wszelki przymus, od przymusu nauki poczynając, ana „przymusie” racjonalności kończąc. Wyrazem tej etyki jest m.in. edukacyjny permisywizm, który zrywa ciągłość przekazu cywilizacyjnego idegraduje szkolnictwo. Coraz więcej absolwentów szkół nie umie pisać ani czytać, ico ciekawsze, coraz większa liczba ludzi tych umiejętności nie potrzebuje. Wwielkich miastach Ameryki praca, to „przekleństwo Adama”, jak mówi poeta, nie jest już wielu ludziom potrzebna jako sposób na życie lub na cokolwiek. Miliony ludzi żyją zzasiłku, wielu znich już wtrzecim pokoleniu. Całe dzielnice miast prowadzą leniwe, przyjemne życie na koszt jakiegoś społeczeństwa, którego nie rozumieją. Poza tym wwielu dziedzinach przemysłu iusług praca została do tego stopnia ułatwiona, że zpowodzeniem mogą ją wykonywać leniwi iniewykształceni.
Bogactwa Zachodu są tworzone przez wyższe itak zwane średnie warstwy społeczne. Nie wtych warstwach dominuje etyka hedonistyczna. Przeciwnie, jej panowanie jest tym bardziej niepodzielne, im niżej schodzi po drabinie społecznej.
Żeby należeć do warstwy twórców bogactwa, lata szkolne trzeba spędzić wrozumnej dyscyplinie uczenia się iopanowywania instynktownych pragnień, irracjonalnych afektów, całkiem inaczej, niż głosi modna pedagogika. Mamy więc na Zachodzie jakby dwa, na zupełnie różnych zasadach etycznych oparte społeczeństwa: zjednej strony zdyscyplinowane społeczeństwo ludzi wprowadzonych warkana najwyższej, najbardziej wyrafinowanej techniki iniewiele mniej wyszukanej organizacji społecznej. Właśnie to społeczeństwo tworzy bogactwa. Na drugim krańcu istnieje leniwa, rozluzowana tłuszcza, tanim (lub żadnym) kosztem ztych bogactw korzystająca.
Co łączy te dwa odległe od siebie społeczeństwa? Niewiele poza cieniutką, ale niesamowicie silną linką demokratycznej zasady one man– one vote, jeden człowiek– jeden głos. Oglądanie, jak ta linka ulega tu iówdzie erozji, jest zajęciem równie pasjonującym, co budzącym niepokój.
Ludzie zEuropy Wschodniej mają wzrok wlepiony whedonistyczny aspekt społeczeństw zachodnich, pożądają prawie wyłącznie obfitości konsumpcyjnej. Europejska asceza, opanowanie, dyscyplina, higiena psychiczna icielesna, cały ten zespół cnót cywilizacyjnych znajduje się poza zdolnością ich spostrzegania. Znaczy to, że społeczeństwa pokomunistyczne nie znajdują się jeszcze pod wpływem Zachodu iwcale nie dążą do Europy. Znajdują się pod wrażeniem jednego zaledwie aspektu Europy ichcą upodobnić się nie do Zachodu, lecz do zachodniego plebsu zjego konsumeryzmem iroszczeniowym stosunkiem do społeczeństwa iświata.
Po to, by zaistniał dobrobyt iżeby praca mogła być lekka, musi zostać zgromadzony odpowiednio wielki kapitał. To zkolei wymaga, ażeby wodpowiednich segmentach społeczeństwa zapanowała etyka ascetyczna.
Nic nie jest bardziej charakterystyczne dla stosunku Europy Wschodniej do Zachodu niżeli pożądanie już, natychmiast, zachodniego kapitału. Zneokolonializujcie nas!– woła chórem Europa Wschodnia. Stoi za tym milczące postanowienie, żeby samemu nie podjąć ani wysiłku pracy isamodyscypliny, ani moralnego wysiłku tolerowania tych, którzy są zdolni igotowi tworzyć kapitał.
„Kapitalista Powszechny”, 27 października 1991
Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego
„Miłość rzeczy starych igłębokich daleko wprzeszłość iprzyszłość idących daje spokojną wiarę iwytrwałość”.
Stanisław Brzozowski
Książka Roberta Jarockiego Ostatni Ordynat1 należy do ważniejszych prac zdziedziny literatury faktu, jakie opublikowano wostatnich latach. Jest to zasadniczo biografia hrabiego Jana Zamoyskiego, ostatniego właściciela Ordynacji Zamojskiej, rozszerzona na dzieje rodu iOrdynacji.
(…)
Okresem, który ma dramaturgię najbardziej dynamiczną, jest oczywiście czas wojny, od kampanii wrześniowej, wktórej Zamoyski bierze udział jako oficer, do opuszczenia Klemensowa w1944 roku. Wtych latach życie według zasad, wjakich był wychowany, według, że tak powiem, deklaracji obowiązków szlachcica ioficera, oznacza heroizm. Podobnie jak jego młodszy brat Marek, działa wZWZ iAK, czego ja akurat bym się od żadnego ordynata nie domagał ani mu nie doradzał. Związany głęboko zziemią ihistorią Ordynacji stanowi czysty typ, doskonałe wcielenie tego, co Carl Schmitt nazywa „tellurycznym partyzantem”. Ktoś inny na jego miejscu mógłby eksperymentować zrolą kosmopolitycznego arystokraty, ale obawiam się, że wdanych warunkach ten ktoś niewiele miałby do zyskania. Znane są jego ijego żony Róży zasługi wratowaniu dzieci, przechowywaniu konspirantów, ukrywaniu Żydów. Wsetkach trzeba liczyć ludzi zawdzięczających im dosłownie przeżycie. Ale też wsetkach trzeba zapewne liczyć te sytuacje, wktórych ich własne życie (oraz los tych, którzy od nich zależeli) było zagrożone przez ludzi nieczujących wagi egzystencjalnej poszczególnych czynów cudzych iwłasnych. (Wksiążce ilustruje to kapitalna historia zdwoma Francuzami zbiegłymi zobozu jenieckiego). Nie jest moim przekonaniem, że wielcy posiadacze albo wielcy pracodawcy, albo wielcy artyści mają takie same obowiązki patriotyczne, jak ludzie odpowiedzialni tylko za swoje własne życie. Zamoyscy kiedyś umieli zresztą dzielić się rolami wpolityce. Najlepszego przykładu dostarczają Stanisław Kostka Zamoyski (rozumny zachowawca ilojalista, człowiek przy każdej decyzji politycznej odczuwający realistycznie ciężar wielkiej fortuny ilos ludzi, którzy zależeli od jego decyzji) ijego synowie, uczestnicy powstania.
Odpowiedzialność moralną ipatriotyczną trzeba rozumieć bardzo konkretnie, jako odpowiedzialność za los danych osób iza stan określonych rzeczy. Słusznie mówił Goethe, że zawołanie „ojczyzna wniebezpieczeństwie” to frazes, prawdziwa tragedia ma miejsce, gdy chłopu stodoła się spali.
Wpatriotycznej ruletce powstań ikonspiracji polska szlachta przegrała wiele majątków iściągnęła wiele cierpień na ludzi, których byt od tych majątków zależał. Jakże więc głęboko musiała pogrążyć się wmoralnym irrealizmie opinia publiczna, która to chwaliła iniekiedy domagała się jeszcze więcej szaleństwa. Tego nie wolno łatwo usprawiedliwiać. Do tych uwag skłaniają mnie skojarzenia, jakie budzi wspomniana wksiążce postać Stanisława Kostki Zamoyskiego, prezesa senatu Królestwa Kongresowego. Jest to jedna zmoich sympatii historycznych. Miał on bardzo złą opinię upowstańców listopadowych iich późniejszych apologetów. Echo tej opinii odzywa się też wksiążce Roberta Jarockiego. Prezesa Senatu gotów byłbym bronić wsposób zasadniczy, awięc broniąc polityki ugodowości ilojalizmu, której był wybitnym przedstawicielem.
Mowa obrończa dziewiętnastowiecznego ugodowca mogłaby brzmieć następująco: Jesteśmy posłusznymi poddanymi naszych cesarzy, ale jeśli kiedyś spodoba się Bogu, żeby powstała niepodległa Polska, to my się woli Bożej sprzeciwiać nie będziemy. Istniejąca władza wie, że wobec niej jesteśmy lojalni, ito jest prawda, ale czekamy na odpowiedni moment. Ale moment musi być naprawdę odpowiedni. Stać nas na długie czekanie, czego nie można powiedzieć otych radykalistach, którzy, gdy nie walczą inie konspirują, to natychmiast zapominają, oco chodzi. Zarzucają niektórym znas, że zbliżamy się do granicy zdrady narodowej. Jeżeli gdzieś istnieje granica, to ważne jest nie to, czy ktoś znajduje się bliżej, czy dalej od granicy, ale po której stronie granicy się znajduje. Widzimy wielką różnicę między lojalistą arenegatem. Respektujemy prawa ustanowione przez zaborców, to prawda, bo sądzimy, że porządek zawsze jest potrzebny. Ktoś musi trochę przytłumić pospólstwo wjego instynktach przeciwcywilizacyjnych, iczyż nie ma dobrej strony wtym, że czyni to władza obca? Znamy swój naród iwiemy, że nasza robiłaby to gorzej, zczego jednakże nie wyciągamy daleko idących wniosków. Polski nie zdradzamy, bo jej teraz nie ma, co do przyszłości zaś, to Polska będzie potrzebowała nie tylko ministrów, wojewodów, generałów iambasadorów, którymi radykaliści od biedy mogą być, ale także kanalizacji wWarszawie, uniwersytetu wKrakowie, przemysłu włókienniczego wŁodzi idobrego rolnictwa wpoznańskim, atego wszystkiego to już radykaliści na pewno nie stworzą.
Wramach istniejących praw nie uprawiamy polityki, lecz pracujemy. Jeżeli wtym jest jakaś polityka, to można ją nazwać polityką narodowego instynktu samozachowawczego. Rozróżniamy mianowicie ucisk od eksterminacji. Zakładając, że warunki niepodległości kiedyś zaistnieją, trzeba się starać dotrwać do tego czasu jako naród iwmożliwie najlepszych warunkach cywilizacyjnych. Radykaliści mówią ozaborcach zjadowitą złośliwością, ale tak naprawdę to mają onich dość optymistyczne wyobrażenia. Wswoich rachubach zdają się wcale nie brać pod uwagę, że eksterminacja jest możliwa. My, lojaliści, jesteśmy pesymistami iuważamy, że wkrytycznym momencie od zaborców należy spodziewać się wszystkiego najgorszego ijeszcze być przygotowanym na to, że rzeczywistość może przejść nasze najgorsze obawy. Mówicie, że nami powoduje strach? Udowodnijcie jeszcze, że nie ma czego się bać.
Książka Jarockiego zawiera także krótką historię Biblioteki Zamoyskich ichociaż dzieje książek same przez się nie należą do tematów zbyt pasjonujących, to jednak czyta się tę historię ze ściśniętym sercem. Dzięki naszym dzielnym powstańcom warszawskim ten przez ponad trzysta lat gromadzony, bezcenny księgozbiór został zniszczony razem zwieloma innymi nieodtwarzalnymi dobrami kultury. Tylko małą część tej biblioteki udało się ordynatowi wydobyć zgruzów.
Jan Zamoyski działał wwarunkach wykluczających jakąkolwiek formę ugodowości, ale iwtych warunkach wykazywał cnotę roztropności, która, jak łatwo zdać sobie sprawę, ma nieubłaganego wroga wtradycji powstańczej ijako cnota polityczna nie uchowałaby się, gdyby nie było tradycji ugodowości.
Wksiążce interesujące rzeczy powiedziano także oMaurycym Zamoyskim, ojcu ostatniego ordynata. Odegrał on rolę wzabiegach oniepodległość Polski na forum międzynarodowym. Jego postawa polityczna wniepodległej Polsce jest niekiedy błędnie rozumiana. Widzi się wnim głównie rywala Gabriela Narutowicza wpierwszych wyborach prezydenckich. Zamoyski wystąpił wtych wyborach trochę contre coeur, wogóle mało skłonny do gry politycznej według reguł niedojrzałej demokracji. Wpierwszym głosowaniu otrzymał największą liczbę głosów (222), ale przypadkowość sojuszy partyjnych sprawiła, że wkońcu przegrał zNarutowiczem, który po pierwszym głosowaniu (62 głosy) wydawał się bez szans. Inną osobliwością sytuacji było to, że wgronie pięciu kandydatów akurat Zamoyski iNarutowicz byli sobie ideowo ikulturalnie stosunkowo najbliżsi! Przedostatni ordynat był jedną ztych wybitnych postaci, które odsunęły się bądź zostały odsunięte od życia politycznego wII Rzeczypospolitej zwielką szkodą dla państwa izwielką korzyścią dla legionistów.
Przed czytelnikiem Ostatniego Ordynata pojawia się pytanie, na które niełatwo znaleźć odpowiedź. Zawodzi odpowiedź polityczna ipsychologiczna, bezużyteczne wydają się realizm iromantyzm. Odpowiedź może powinna być filozoficzna? Dlaczego Jan Zamoyski nie uciekł na Zachód? Możliwości po temu miał wystarczające. Czym grozi radziecki komunizm– wiedział bardzo dobrze już we wrześniu 1939 roku, po tym, jak Klemensów znalazł się pod władzą radziecką. Jeszcze lepiej zdał sobie ztego sprawę po Katyniu.
Po wyjściu zwięzienia w1956 roku (przesiedział osiem lat zdwudziestu pięciu, na które był skazany) na każdym kroku mógł się przekonać, że nie czeka go wPolsce nic prócz kondycji skromnego pracownika zatrudnionego poniżej kwalifikacji. Poza tym powrotu do „komunizmu wojennego” też nie można było wykluczyć, ataka perspektywa mogła zapowiadać powrót do więzienia. Swoich dzieci również nie wysyłał za granicę. Nie przypiszemy mu nadprzyrodzonego daru proroczego nakazującego czekać na godność senatorską wniepodległej Rzeczypospolitej. Wtym „tu pozostanę” musiało być coś zkilkusetletniej tradycji rodu, jednego ztych kilku, może kilkunastu, które zarozumiale, ale nie bez pewnego uzasadnienia myślały: Polska to my.
Tak się składało, że wróżnych okolicznościach spotykałem ludzi, którzy osobiście znali Jana Zamoyskiego: urzędnik zWarszawy, fornal ordynacki, profesor F. zKrakowa znający go zceli więzienia śledczego. Wszyscy wspominali go zsympatią, szacunkiem izjakimś przyjaznym podziwem. Wksiążce Jarockiego występuje jako człowiek bardzo osobiście skromny, bardzo delikatny, poza tym zdolny do precyzyjnego rozeznania wtych sprawach moralnych, wktórych pospólstwo zdyplomami uniwersyteckimi dokonuje jedynie topornego podziału na „dobro” i„zło”.
Jest poza tym doskonale wolny od resentymentów. Zaciekawia jego stosunek do ludzi „władzy ludowej”. Władza ta zabrała mu wszystko, co można było zabrać: kilkadziesiąt tysięcy hektarów ziemi, pałace, zakłady przemysłowe, wreszcie osiem lat wolności itrochę zdrowia. Tymczasem ani wjego wyznaniach, ani wpostępowaniu nie widzi się śladu nienawiści czy chęci odwetu. Chętnie inaturalnie, bez uprzedzeń ipóz wchodził wstosunki zwojewódzką czy warszawską nomenklaturą, gdy było to potrzebne dla odbudowy Zamościa. Współdziałał wtej sprawie z„prominentami”, doradzał im. Doskonale rozumie względność rzeczy, zwłaszcza wpolityce.
Ta trzeźwa wyrozumiałość, to widzenie ludzi ispraw wtakim aspekcie moralnym, wjakim one naprawdę występują na tym świecie, nie może się podobać pokoleniom ikręgom, które znienawiści do ludzi upadłego reżimu czyniły sobie podstawę dla wysokiej samooceny inamiastkę przeżyć religijnych (zwłaszcza że realnego Kościoła wielu znich nienawidzi tak samo jak „nomenklatury”). Otóż tym ludziom (którzy upadłemu systemowi często wrównym stopniu zawdzięczają swoją pozycję społeczną, jak moralną dezorientację) spokojna, mądra wyrozumiałość Jana Zamoyskiego musi wydawać się „nienormalna”. Wkażdym razie oni się ztaką postawą wżyciu nie spotkali inie życzą spotkać.
Polska tradycja polityczna jest silna tylko pod jednym względem: poczucia tożsamości narodowej izwiązanej znim pewności, że Polska musi istnieć jako państwo niepodległe. Zasada niepodległości ma jednak charakter negatywny iniczego nie proponuje ani nie rozstrzyga wzakresie wewnętrznego ustroju iżycia społecznego. Wewnętrzne życie państwowe potrzebuje form prawnych iobyczajowych, potrzebuje instytucji. Jedne idrugie kształtują się wdługich procesach historycznych; najgenialniejsze improwizacje prawne potrzebują długiego okresu potwierdzenia przez życie praktyczne, aby weszły na trwałe whistoryczny organizm narodowy. WPolsce już przed zaborami, wczasach anarchii, tradycja instytucjonalno-prawna została niebezpiecznie osłabiona, pod pewnymi względami zerwana. Rozbiory narzuciły krajowi nową logikę rozwoju, fragmentarycznie iokresowo korzystną, co nie zmienia faktu, że wwymiarze politycznym oznaczały zerwanie.
Tym większe znaczenie miała trwałość familijnych form życia społecznego (zwracał na to uwagę Mochnacki), azwłaszcza trwałość Wielkich Rodzin– szlacheckich, magnackich czy mieszczańskich. Status arystokratyczny rodów magnackich wdawnej, przedrozbiorowej Polsce był wątpliwy, prawo nie pozwalało na instytucjonalne wyodrębnienie się arystokracji. Było to jedną zprzyczyn rozkładu państwa. Kategoria „panów” zbliżała się do oligarchii raczej niż arystokracji. Sytuacja zmieniła się– przynajmniej formalnie isymbolicznie– po rozbiorach, gdy rodziny „panów” uzyskały status zbliżony do arystokracji państw zaborczych. Ale jednocześnie stały się też arystokracją wramach symbolicznej struktury polskiego narodu politycznego. Na tych głównie rodzinach, na ich majątkach iprestiżu, aprzede wszystkim na poczuciu zobowiązań narodowych wspierała się tradycja polityczna. Zczasem, jak wmiarę procesów demokratyzacji upolitycznienie rozszerzało się na coraz szersze kręgi społeczne, rola arystokracji malała, ale nie znikła całkowicie. Poprzez takie postacie jak Maurycy Zamoyski dokonywało się przejście instytucji rodzinno-politycznej winstytucje prawno-państwowe II Rzeczypospolitej. Wielkie Rodziny nadal miały do odegrania role będące uzupełnieniem niewypróbowanych instytucji państwowych, co bardzo szybko zrozumiał nawet ekssocjalista Piłsudski. Jednakże polityka socjalna państwa, atakże ekspansja kultury masowej iobyczajowości plebejskiej, nieomijająca przecież młodszych pokoleń Wielkich Rodzin, skazywała arystokrację na przyspieszone zanikanie.
Ordynacja Zamojska była swego rodzaju małym państwem wwielkim państwie iodgrywała rolę wykraczającą poza cele gospodarcze. Te inne cele uwydatniły się na nowo wtragicznych okolicznościach ostatniej wojny. Wwymiarze realiów jej historia dobiegła kresu wroku 1944. Wwymiarze symbolicznym trwa jako maksyma ewolucyjnego konserwatyzmu.
Dwudziesty wiek żyje wpsychozie reformizmu, rewolucjonizmu, awangardyzmu. Zmiana za wszelką cenę ma być znakiem żywotności, wymaganiem rozumu. Ale żeby mogły zachodzić bezustanne zmiany, musi bezustannie coś trwać. Itrzeba jeszcze rozróżnić zmiany będące następstwem tworzenia nowych organizmów społecznych od zmian niszczycielskich. Wpolskiej historii zbyt dużo było tych drugich.
„Kapitalista Powszechny”, 16 lutego 1992
1Ostatni Ordynat. ZJanem Zamoyskim spotkania irozmowy, PIW, Warszawa1991.
