Czy Jezus mógł się przeziębić? - Dariusz Kowalczyk SJ, Tomasz Rowiński - ebook

Czy Jezus mógł się przeziębić? ebook

Dariusz Kowalczyk SJ, Tomasz Rowiński

0,0

Opis

Czy Jezus mógł się przeziębić?
Czy śmiał się i płakał?
Czy był wybitnym cieślą?
Czy był przystojny?

To pytania o człowieczeństwo i cielesność Jezusa, których czasem, jak się nam zdaje, nie wypada zadawać. Co ciekawe, pytania takie nie były obce ani Ojcom Kościoła, ani średniowiecznym scholastykom. Dopiero w późniejszych epokach obraz Jezusa stopniowo odrywał się od Jego cielesności, przez co Chrystus bardziej zaczął przypominać ideę niż żywego człowieka - wcielonego Syna Bożego.

Autorzy książki odważnie przyglądają się różnym wymiarom ziemskiego życia Jezusa, by w przystępny sposób przybliżyć tajemnicę człowieczeństwa Boga.

ks. Dariusz Kowalczyk SJ, jezuita, profesor nadzwyczajny teologii, wykładowca teologii dogmatycznej na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W latach 2003-2009 przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego. Stały felietonista tygodników "Gość Niedzielny" oraz "Idziemy", prowadzi blog na portalu areopag21.pl.

Tomasz Rowiński, historyk idei, publicysta, autor. Jest redaktorem prowadzącym portalu Christianitas.org.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Dariusz Kowalczyk SJ

Tomasz Rowiński

CZY JEZUS MÓGŁ SIĘ PRZEZIĘBIĆ?

Rozmowy o człowieczeństwie Boga

Wydawnictwo WAM

Kraków

© Wydawnictwo WAM, 2015

Opieka redakcyjna Olaf Pietek

Redakcja Dorota Trzcinka

Korekta Dariusz Godoś

Projekt okładki Agnieszka Kierat

Zdjęcie: Sir John Everett Millais (1829-1896)

Chrystus w domu rodziców, 1849-50

©Tate, London 2015

Typografia i łamanie Jacek Zaryczny

Przygotowanie ebooka

Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0346-0

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Spis treści

Zamiast wstępu

1. Czy Jezus mógł się przeziębić?

2. Dlaczego Jezus się modlił?

3. Dlaczego Jezus wypełniał prawo żydowskie?

4. Czy Jezus śmiał się i płakał?

5. Czy Jezus wiedział wszystko?

6. Czy Jezus wiedział, że jest Bogiem?

7. Czy Jezus był wybitnym cieślą?

8. Czy Jezus był przystojny?

9. Czy Jezus był wewnętrznie rozdwojony?

10. Dlaczego Jezus jadł z uczniami po zmartwychwstaniu?

11. Czy ciało Jezusa ulegało rozkładowi po śmierci?

12. Co się stało z ciałem Jezusa podczas wniebowstąpienia?

13. Dlaczego Jezus nie pokonał grzechu raz na zawsze?

14. Czy Jezus miał wiarę?

15. Czy Jezus chciał takiego Kościoła, jaki znamy?

Zamiast wstępu

■ Dariusz Kowalczyk SJ: Za chwilę oddam się w pańskie ręce, najpierw chciałbym się jednak dowiedzieć, skąd pomysł, by „męczyć” mnie pytaniami o to, czy Jezus mógł się przeziębić lub czy był przystojny.

Tomasz Rowiński: Cóż, po prostu wiem, że ojciec pozwala się „męczyć” i nie potraktuje nawet takiego „głupiego” pytania jako głupiego. A o to trochę chodzi. Banałem jest stwierdzenie, że nie ma głupich pytań – niestety, bywają, niemniej te, które chcę zadać, do nich nie należą.

Mówiąc jednak poważnie, przynajmniej niektóre z nich poruszają kwestie, nad którymi się nie zastanawiamy, gdyż być może wydaje nam się to niestosowne. A przecież nie były one obce ani Ojcom Kościoła, ani mistrzom, w najlepszym tego słowa znaczeniu, scholastyki. W czasach nowożytnych jednak Jezus coraz bardziej odrywał się od swojej cielesności – nastąpiło, jak mówi współczesny katolicki myśliciel Fabrice Hadjadj, Jego odcieleśnienie. Jezus stawał się coraz bardziej wznios­ły, aż w końcu w zsekularyzowanych wizjach rozma­itych filozofów bardziej zaczął przypominać ideę niż żywego człowieka – wcielonego Syna Bożego. Duch epoki w mniejszym lub większym stopniu oddziaływał także na nas, wierzących. Maskowaliśmy ten problem rozwijaniem cnoty pobożności i szacunku, ale ostatecznie myślę, że też uczyniliśmy Pana Jezusa nieco… nierzeczywistym – podobnie jak to bywa z ideami, przynajmniej w takim sensie, w jakim rozumiemy to słowo dzisiaj. Ostatecznie nie żyjemy już w epoce klasycznej, w której idee uważano za myśli samego Boga. Choć może warto by było do tego wrócić…

■ Pytania, które pan zadał, są zróżnicowane, niektóre zdają się wyjątkowo szczegółowe. Bywało, że dzieliłem się treścią naszych rozmów z profesorami na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim – na przykład tą na temat urody Jezusa. Kilka razy usłyszałem, że na szczęście nie są to kwestie najważniejsze. Pan, zdaje się, uważa inaczej.

W pytaniu o to, czy Jezus był przystojny – mimo że jest ono sformułowane z beztroską pięknoducha – zawarliśmy pewne klasyczne zagadnienie kultury europejskiej. Nie chcę zawczasu zdradzać, o co chodzi, warto jednak podkreślić, jaka zasada przyświeca naszej rozmowie: żadne z pytań nie służy tylko zaspokojeniu błahej ciekawości.

Myślę, że w czasach, gdy religiom przypisuje się coraz mniejsze znaczenie, gdy są one zespołem prywatnych przekonań, który wielu służy jako jeszcze jedno narzędzie konsumpcji – wprawdzie duchowej, ale jednak konsumpcji – warto przypomnieć, że co najmniej jedna z tych religii jest prawdziwa i namacalna, że nie da się jej zepchnąć w świat mitologii. Jezus naprawdę chodził po ziemi – umarł i zmartwychwstał, wypełniając proroctwa.

Czy można nasze rozważania nazwać czczą scholastyką? Być może, ale osobiście uważam, że nie ma wiary bez konkretu, bez tego, co rzeczywiste, wręcz bez dotykania. Chciałbym w naszych rozmowach pokazać, że chodzi o ciało, a nie o ideologię. O ciało Boga, które wywraca całe nasze rozumienie świata – jeśli tylko zechcemy je zauważyć.

■ Ponoć w IV wieku spory chrystologiczne były na tyle żywe, że nawet przekupki na targach sprzeczały się o to, ile natur ma Zbawiciel. Ale to było dawno temu. Myśli pan, że dziś „normalni” ludzie zadają sobie czasem takie pytania?

Trudno powiedzieć. Akurat ten spór został rozstrzygnięty, więc nie wracamy do niego z taką intensywnością.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwa zagadnienia dotyczące naszych czasów i naszej wiary. Pierwsze to duża potrzeba konkretności i namacalności właśnie – myślę tu o chrześcijanach, dla których wiara jest faktycznie centralnym punktem odniesienia w życiu. Widzę tę potrzebę w różnych przejawach pobożności – choćby w żywotności adoracji Najświętszego Sakramentu, szczególnie wśród rozmaitych wspólnot powstających w Kościele. Czasem posuwają się one chyba aż nazbyt daleko – do dotykania monstrancji, niemniej taka praktyka dobitnie wskazuje na chęć ucieczki od odcieleśnienia. Nie jest to chyba najszczęśliwsza postawa, bo przecież realne dostrzeżenie, do kogo należy Ciało w monstrancji, powinno pobudzać raczej do bojaźni Bożej i szacunku niż do przesadnej poufałości. Widzę tę potrzebę także w zwrocie części młodych katolików ku starym formom liturgicznym, zapewniającym rytualny porządek kultu – a zatem także pewnego rodzaju konkretność i namacalność, które dostrzegają w tym, że nie od nich zależy to, co się dzieje w tajemnicach ołtarza. Można by dodać do wymienionych elementów jeszcze stałość – pewien rodzaj niezmienności, nawet jeśli jest ona dość względna historycznie. Powyższe przykłady, i nie tylko one, ukazują, że wierzący mają potrzebę powszechnej bliskości Jezusa – czasem bardziej spontanicznej, czasem bardziej hieratycznej, ale powszechnej. Mają potrzebę zrozumienia, jaki był nasz Pan, gdy chodził po ziemi, i jaki jest teraz, w chwale po prawicy Ojca. Sądzę, że pytania, na które staraliśmy się odpowiedzieć podczas naszych rozmów, są bliskie dzisiejszym poszukiwaniom ludzi wierzących.

Drugie zagadnienie, na które chciałbym zwrócić uwagę, dotyczy już bardziej tych przekupek, o których ojciec wspomniał, i ich sporów. Targ, rynek to nie są już miejsca, gdzie się dziś prowadzi spory. Ich miejsce zajęły serwisy społecznościowe – wręcz wrą od nieustannych dyskusji pomiędzy wierzącymi. Często patrzymy na to niechętnie, ponieważ uderza to w nasz ideał jedności. Sądzę jednak, że należałoby spojrzeć na to inaczej – nie dyskutuje się przecież z zaangażowaniem o sprawach, które nie są ważne. Gdy papież Franciszek poruszył niedawno kwestię i problemy współczesnej rodziny, rozgadaliśmy się na ten temat dość mocno. Niemal jak te przekupki.

Jeśli wśród chrześcijan zapanuje martwa cisza, będzie to bardzo zły znak.

Mam nadzieję, że nasze dialogi wydadzą się czytelnikom interesujące, sprowokują ich do własnych przemyśleń i przybliżą do spraw Bożych.

■ Rzeczywiście, w Internecie nie brakuje miejsc, gdzie odbywają się bardzo żywe dyskusje na tematy wiary, Kościoła, Boga. Niekiedy zastanawiam się, kim są ludzie, którzy poświęcają swój wolny czas na dyskusje, a czasem nawet sprzeczki na tematy wiary. Kim są ci teologowie, którzy na żadnym wydziale teologicznym nie studiowali, ale interesują się teologią, niekiedy bardziej niż teologowie profesjonalni. Innymi słowy, kto może zainteresować się naszą rozmową?

Coraz częściej mam wrażenie, że teologia opuszcza uniwersytet. Cóż, niewątpliwie pokazuje to, jak głęboki jest kryzys tej instytucji. Niemniej w III czy IV wieku po Chrystusie teologia również nie była uprawiana na uniwersytetach, bo ich po prostu nie było. Kto przeczyta tę książkę? Myślę, że zarówno część teologów profesjonalnych, jak i amatorów uzna nasze podejście za zbyt frywolne, mało poważne. Jestem jednak przekonany, że będą i tacy, również wśród osób z formalnym wykształceniem teologicznym, których właśnie taki sposób prowadzenia rozmowy zachęci do jej przeczytania. Dlatego też myślę, że dotrzemy z tym poszukiwaniem, nie tylko obrazu, ale i ciała Syna Bożego, do rozmaitych wierzących. No właśnie – do wierzących, ale może nie tylko. W końcu nie rozmawiamy tu po to, by zabłysnąć erudycją, ale by umocnić siebie oraz braci i ukazać odblask Światłości Świata tym, którzy jej jeszcze szukają.

1. Czy Jezus mógł się przeziębić?

■ Tomasz Rowiński: Ojcze Dariuszu, kiedy zastanawiam się nad tym, czy Jezus mógł się przeziębić, dochodzę do wniosku, że było to niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ jeśli mógłby się przeziębić, to mógłby także zachorować na zapalenie płuc i w efekcie umrzeć. A czy Mesjasz mógł umrzeć przed wypełnieniem misji? Nie sądzę.

Dariusz Kowalczyk SJ: Ciekawe rozumowanie! I ciekawa prowokacja: Czy Chrystus mógł umrzeć przed wypełnieniem misji? Odpowiem jednak zdecydowanie: Mógł, bo choć był prawdziwym Bogiem, to był także prawdziwym człowiekiem, a nie jedynie Bogiem, który założył człowieczą maskę, by się nam w takim przebraniu pokazać. Człowiek, który żyje na ziemi, może wpaść do rwącej rzeki i się utopić lub zapaść na śmiertelną chorobę. Twierdzenie, że Jezusowi takie niebezpieczeństwa nie groziły, dopóki nie wypełnił swej misji, zdaje się negować prawdziwość Wcielenia, czyli to, że Bóg rzeczywiście stał się człowiekiem, a nie jedynie ukazał nam się jako człowiek. Jeśli ciało Chrystusa od narodzenia miałoby jakieś specjalne właściwości, dzięki którym żadne choroby by się Go nie imały, to czy byłoby ono rzeczywiście ludzkim ciałem? W pierwszych wiekach istniała herezja zwana doketyzmem (gr. dokein – „wydawać się”). Głosiła ona, że tym, którzy spotykali Jezusa, tylko się wydawało, że mają do czynienia z człowiekiem, bo tak naprawdę nie miał on rzeczywistego, fizycznego ciała, lecz ciało eteryczne. Według niej Chrystus pozornie był człowiekiem, pozornie też umarł i cierpiał na krzyżu.

Kościół potępił takie koncepcje jako całkowicie niezgodne z wiarą chrześcijańską. W Liście do Hebrajczyków znajdujemy bardzo ważne zdanie: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana [Jezusa Chrystusa], który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (4,15). Przeziębienie samo w sobie nie jest grzechem, a zatem Jezus mógł być przeziębiony. Z kolei bycie bezgrzesznym nie osłabia człowieczeństwa, bo grzech nie należy do istoty człowieka, choć jest powszechny. Wręcz przeciwnie, bezgrzeszność odkrywa to, czym naprawdę jest człowiek stworzony na Boże podobieństwo. Zauważmy, że bez grzechu była też Maryja, najprawdziwsza z ludzi. A skoro o matce Jezusa mowa, to pewnie nie raz przygotowywała jakieś ziółka albo maści, by pomóc synowi, który odczuwał właśnie pewne dolegliwości. Także św. Józef nie był fikcyjnym opiekunem, mały Jezus naprawdę potrzebował opieki. Wszak mógł – jako niemowlę – zostać zabity przez siepaczy Heroda, gdyby ten działał szybciej i skuteczniej. Mógł zginąć w czasie ucieczki do Egiptu – podróż zapewne nie należała do łatwych i bezpiecznych. W tych i innych sytuacjach Józef był narzędziem w rękach Bożej Opatrzności. Nie należy jednak pojmować jej jako sytuacji, w której Bóg zawiesza prawa natury, tak że cegła nie spada, lub kieruje ludźmi jak marionetkami, by nie zrobili tego, co zamierzają. Bóg Ojciec w historii wcielonego Syna nie wpływał na stworzoną przez siebie naturę ani nie przekreślił ludzkiej wolności.

■ Ale posyłał swoich aniołów.

Tak! Posyłał swoich aniołów, gdy trzeba było natchnąć Józefa, by zaprowadził Maryję i Jezusa w bezpieczne miejsce do Egiptu. Posłannictwo aniołów nie stanowi jednak opozycji dla wolności człowieka. Troska Józefa o Świętą Rodzinę nie była wymuszona. Była działaniem podejmowanym w wolności. Józef mógł się sprzeciwić, powiedzieć: „Nie! Mam własny plan”. Historia Jezusa była prawdziwą historią ludzką, choć działali w niej Bóg Ojciec i Duch Święty. To, że ostatecznie Maryja powiedziała: „Niech się tak stanie”, a Józef posłuchał anioła, nie oznacza, że byli jakby zaprogramowani. Nie! To były odpowiedzi wolnych osób. Tak samo fakt, że Jezus nie zmarł przed wypełnieniem swojej misji na żadną chorobę, nie oznacza, że z definicji nie mógł na taką chorobę zapaść. Choć oczywiście można się zastanawiać, co by było gdyby.

■ Tak, z tym się zgadzam i jestem daleki od przyznawania racji doketom. Wydaje mi się jednak, że w kwestii człowieczeństwa Jezusa nie wystarczy rozróżnić prawowierności i herezji, miała ona bowiem w dziejach teologii różne ujęcia. Rozważmy takie spojrzenie: skoro Jezus jest nowym Adamem cudownie poczętym w łonie Maryi dziewicy, to jest człowiekiem, ale niedotkniętym upadkiem pierwszych ludzi. Tymczasem umarł, a czyż śmierć nie weszła pomiędzy ludzi przez grzech? Czy doświadczenie rajskie nie jest doświadczeniem natury ludzkiej nieosłabionej jeszcze przez niewierność Bogu – zatem nie tylko w jej wymiarze duchowym, ale i fizycznym?

To prawda, że Jezus jest nowym Adamem, w którym widzimy, czym naprawdę jest pełnia człowieczeństwa i kim jest człowiek stworzony na Boże podobieństwo. W tej perspektywie człowieczeństwo Jezusa jest nie tylko porównywalne z człowieczeństwem pierwszych ludzi, niedotkniętych grzechem pierworodnym, lecz je przewyższa, gdyż w osobie Chrystusa widzimy zarówno dobry początek dziejów człowieka, jak i ich ostateczne spełnienie. Zauważmy jednak, że chociaż sam Jezus był bez grzechu i był doskonale zjednoczony z Bogiem Ojcem, to przyszedł na świat, który był w grzechu pogrążony, oddalony od Boga. Jezus był narażony na skutki grzechu innych. Choć Jego człowieczeństwo, jako nietknięte grzechem, przywodzi na myśl „rajskie” człowieczeństwo sprzed upadku pierwszych rodziców, to przecież Jezus nie żył w raju, ale w bardzo konkretnej sytuacji geograficzno-społecznej, która była raczej daleka od rajskiej beztroski. Podobnie jest w przypadku Maryi, która – jak wierzymy – została niepokalanie poczęta, czyli zachowana od zmazy pierworodnej, ale mimo to cierpiała na tym skalanym grzechem świecie. Katechizm Kościoła Katolickiego stwierdza, że „Dopóki człowiek pozostawał w zażyłości z Bogiem, nie miał ani umierać, ani cierpieć” (376). Tyle że ów brak cierpienia był owocem nie tylko bezgrzeszności człowieka, lecz także jego harmonii ze stworzeniem. Tymczasem po grzechu pierworodnym całe stworzenie „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22).

■ Jakie były relacje między Jezusem a stworzeniem?

Jezus był w harmonii z sobą i z Bogiem Ojcem, ale nie mógł być w harmonii ze stworzeniem ze względu na jego skażenie grzechem. Tę harmonię zaczął przywracać.

Zauważmy ponadto, że objawienie przez Chrystusa miłości Boga do człowieka nie polega na tym, że druga Osoba Trójcy Świętej stała się człowiekiem i chodziła po świecie, demonstrując własną odporność na choroby i wszelkie inne małe i duże nieszczęścia. Wręcz przeciwnie, Bóg przekonuje o swej miłości do nas, okazując pełną solidarność z nami. Nie jest to solidarność teatralna, oparta jedynie na słowach, ale solidarność w znoju i trudzie aż po krzyż. Wyobrażenie „rajskiego” człowieka Jezusa, który tego i owego uzdrowi, ale sam żyje w nienaruszonej stresem czy bólem szczęśliwości, jest dosyć karykaturalne.

■ To jak to jest z tym rajem? Dziś wielu już sam raj postrzega jako karykaturalny lub mityczny.

Najpierw powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym właściwie jest raj i jaka była kondycja pierwszych rodziców. Czy rzeczywiście musimy wyobrażać sobie, że przed grzechem pierworodnym ludzie nie umierali, ale żyli nieskończenie w jakichś rajskich ogrodach? W zacytowanym powyżej fragmencie Katechizmu mówi się, że człowiek w raju nie miał ani cierpieć, ani umierać. W Księdze Mądrości czytamy, że „dla nieśmiertelności Bóg stworzył człowieka – uczynił go obrazem swej własnej wieczności” (2,23). To zdanie możemy jednak odnieść do tego, co Apokalipsa nazywa drugą śmiercią (zob. Ap 20,6.14), czyli śmiercią duchową, definitywnym oddzieleniem od Boga. Śmierć pierwsza natomiast, czyli fizyczna, byłaby w raju łagodnym przejściem z doczesności do życia wiecznego w Bogu. Istota raju nie polegałaby zatem na braku śmierci fizycznej, ale na głębokim, radosnym doświadczeniu wspólnoty z Bogiem w każdej sytuacji. Wiemy jednak, że dla Jezusa śmierć nie była spokojnym powrotem do Ojca. W Ogrójcu Syn Boży spływał krwawym potem, a na krzyżu doświadczył opuszczenia – wołał z niego: „Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). Chrystus bowiem rzeczywiście wziął na siebie skutki grzechu: cierpienie, opuszczenie, lęk, ciemność. Tak właśnie możemy rozumieć niesłychane słowa św. Pawła: „On to [Bóg Ojciec] dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). Jezus zatem nie tylko nie prowadził pełnej pokoju rajskiej egzystencji, ale miał radykalne doświadczenie rzeczywistości grzechu, mimo że sam był bezgrzeszny, święty.

■ Czy możemy zatem uznać, że w cielesnym życiu Jezusa z Nazaretu nie było żadnych elementów cudowności?

Odpowiedź na to pytanie w dużej mierze zależy od tego, co rozumiemy pod pojęciem cudu lub – jak to pan nazwał – elementów cudowności. Według tradycyjnego, scholastycznego pojęcia cudu, które uformowało mentalność wiernych, cud jest wydarzeniem zewnętrznym, które wykracza poza prawa natury i dlatego można je wytłumaczyć jedynie bezpośrednią ingerencją Boga. Takie rozumienie cudu nie jest oczywiście błędne, ale jest dość wąskie. W Biblii zostały opisane różne wydarzenia, które nam wydają się nadnaturalne, tymczasem dla autorów biblijnych ważniejsze było to, że Bóg działa na różne sposoby w naturze i historii i nie musi to oznaczać zawieszenia praw przyrody. Człowiek wierzący jako cud może postrzegać także to, co nie tyle łamie prawa natury, ile raczej je wydoskonala. Innymi słowy, nie ma w Biblii sztywnego rozdzielania natury, historii i nadprzyrodzoności. Ludzie Biblii nie tyle dociekali, czy dane wydarzenie, w którym dostrzegli ingerencję Boga, da się wyjaśnić empirycznie, ile raczej pytali o jego sens. Jeśli spojrzymy na życie Jezusa z takiej perspektywy, to możemy powiedzieć, że było ono prawdziwie ludzkie i naturalne, a zarazem w pełni cudowne i nadprzyrodzone. Nie mogło być inaczej, skoro Bóg wcielił się właśnie po to, aby połączyć to, co stworzone, z tym, co Boskie, cielesne i nadprzyrodzone.

Przypominam sobie audycję z pewnym niepijącym alkoholikiem, który opowiadał o swoim trzeźwieniu po wielu latach trwania w nałogu. Stwierdził, że w pewnym momencie zaczął dostrzegać cud życia w jego różnorodnych wymiarach. W miarę trzeźwienia rzeczywistość zaczęła mu się jawić jako cudowna, pełna znaków Bożej obecności i Bożego działania. Życie Jezusa było pełne cudowności, choć nie polegało to na cudownej odporności na wszelkie choroby. Ta cudowność pozostawała niejako ukryta, zanurzona w ludzkiej codzienności.

■ A co ojciec uważa za największy cud?

Wcielenie. To, że Bóg, nieskończony i wieczny ­Absolut, mógł stać się człowiekiem. Chrześcijanie zbytnio przyzwyczaili się do tego, że Bóg stał się człowiekiem, że Jezus jest i prawdziwym Bogiem, i prawdziwym człowiekiem. Tym bardziej warto sobie uświadomić, że wśród Żydów i Greków taka nauka mogła wywołać tylko oburzenie. Muzułmanie czczą Jezusa jako proroka, ale również nie uznają Go za Boga. Nie ma w tym nic dziwnego. Jak bowiem nieskończony Bóg może stać się skończonym stworzeniem? Ludzkie pojmowanie Boga wyklucza możliwość Boskiego uniżenia. Jeden, święty, transcendentny, wszechmocny, wszechwiedzący… – Bóg nie może podlegać ograniczeniom. Grecy mieli oczywiście mity, w których bogowie zachowywali się jak ludzie, ale Absolut greckich filozofów nie ma z nimi nic wspólnego. Prawdziwy Bóg zawsze jest doskonały, nie może być dotknięty żadną niedoskonałością.

Dlatego właśnie chrześcijańskie orędzie jest całkowitą nowością. Oto z jednej strony mamy jedynego Stwórcę i Pana wszystkiego, co istnieje, z drugiej zaś czytamy w Liście św. Pawła do Filipian: „On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem [Ojcem], lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi […] uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej” (2,6-8). Właśnie! W centrum chrześcijańskiej wiary stoi Bóg, który najpełniej objawił się w Jezusie zmartwychwstałym, ale wcześniej ukrzyżowanym, zabitym. Okazuje się, że Bóg nie jest Odwieczną Monadą, która kontempluje własną niezmącona doskonałość i dla której nie ma wielkiego znaczenia stworzony przez Niego świat. „Bóg jest miłością” – mówi św. Jan (1 J 4,8). Miłością odwieczną w sobie i Miłością do stworzenia. Nie mógłby jednak być naprawdę Miłością w sobie, gdyby pozostawał sam, jeden, samotny. Prawda o Trójcy Świętej, Bogu Ojcu, Synu i Duchu Świętym pokazuje nam, że Bóg nie jest samotny, ale jest wspólnotą Trzech. A zatem Bóg jest jeden, ale jest to jedność wspólnoty miłości; Bóg jest nieskończony, ale nie jest to jakaś abstrakcyjna, matematyczna nieskończoność, lecz nieskończoność miłości; Bóg jest wszechmogący, ale jest to wszechmoc miłości, a nie robienia czegokolwiek; Bóg jest całkowicie inny od stworzenia, przekraczający wszystko, co możemy pomyśleć, a zarazem jest bliski, bliższy nam, niż my jesteśmy sobie. Bóg jest zawsze większy od tego, co możemy o Nim pomyśleć, ale w pewnym sensie jest także zawsze mniejszy od naszych wyobrażeń, co pokazał poprzez śmierć na krzyżu. Dlatego właśnie Bóg mógł stać się człowiekiem autentycznym, we wszystkim do nas podobnym, z wyjątkiem grzechu. Czyż to nie cudowne, że Bóg jest właśnie taki?

■ Czy to oznacza, że Jezus przyjął także elementy naszej upadłej natury? Nie mam tu na myśli wzięcia na siebie naszych grzechów na krzyżu, ale właśnie poddanie się chorobom i cierpieniu. Pismo Święte mówi, że całe stworzenie jęczy i wzdycha, wypatrując objawienia się Synów Bożych, zatem cały świat jest w pewien sposób „zaburzony” przez grzech pierworodny lub może był taki już wcześniej – przez upadek aniołów. Kiedy ktoś doznaje cudownego uleczenia, to dokonuje się pewnego rodzaju naprawa świata, kiedy jesteśmy zdrowi, jest to naturalny stan chciany przez Boga. Dlatego wydaje mi się, że nie tylko to, co dotyczy życia wewnętrznego, życia duszy, jest dla Boga ważne i jest przedmiotem jego działania.

Ojcowie Kościoła mówili, że to, co nie zostało przyjęte przez Boga, nie może być zbawione. Jeśli zatem Bóg zbawił całego człowieka (duszę i ciało), to znaczy, że przyjął naszą naturę taką, jaka ona jest w rzeczywistości, czyli zranioną przez grzech. Choć sam był bez grzechu, to w swoim ciele był z nami solidarny do końca. Grecy postrzegali ciało jako klatkę dla duszy, dążyli więc do jej wyzwolenia z cielesnych ograniczeń. Nie dziwi więc, że kiedy Paweł Apostoł zaczął mówić na Areopagu w Atenach o zmartwychwstaniu, Grecy wyśmiewali się z niego i drwiąco stwierdzili: „Posłuchamy cię o tym innym razem” (Dz 17,32).

Chrześcijaństwo głosi coś innego. Zbawienie polega nie na odrzuceniu ciała i przeniesieniu się do świata czystych duchów, ale na przemienieniu całej rzeczywistości. Przywołany przez pana tekst św. Pawła o stworzeniu, które „jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22), pozwala nam powiedzieć, że zbawienie człowieka w jego wszystkich wymiarach ma znaczenie dla innych stworzeń. Nie umiemy wyobrazić sobie nowej ziemi i nowego nieba, zapowiadanych przez Apokalipsę (zob. Ap 21,1), ale widząc Jezusa, który zmasakrowany wisi na krzyżu, a potem kontemplując chwałę Chrystusa zmartwychwstałego, możemy mieć przedsmak tego, czym jest przemieniona rzeczywistość, w tym przemienione ciało. Chrześcijaństwo nigdy nie było rodzajem spirytualizmu. Czasem prowokuję, mówiąc, że chrześcijaństwo jest prawdziwym materializmem – oczywiście tylko w tym sensie, że mówi o zbawieniu ciała, a zatem nadaje wieczną wartość wymiarowi cielesnemu. Chrześcijańskiej duchowości nie możemy zatem redukować do życia duszy. Bóg chce uświęcić, przebóstwić całego człowieka: jego ciało, duszę i ducha.

2. Dlaczego Jezus się modlił?

■ Skoro Jezus był Bogiem, to dlaczego się modlił? I do kogo – czyżby do samego siebie?

Jezus jest Bogiem, ale nie jest Duchem Świętym ani Bogiem Ojcem. Bóg jest jeden, ale w trzech Osobach. Dlatego było możliwe rzeczywiste wcielenie się Boga, Jego śmierć i zmartwychwstanie. Gdyby Bóg był jednoosobowy, to cała ta historia byłaby jedynie jakimś udawaniem, teatrem, a nie rzeczywistym uniżeniem (kenozą) i wywyższeniem (zmartwychwstaniem i wniebowstąpieniem) Boga.

Nie można zrozumieć historii Jezusa z Nazaretu, nie uwzględniając Jego relacji z Ojcem w Duchu Świętym. W Ewangelii św. Łukasza anioł Gabriel oznajmia Maryi: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego [Boga Ojca] osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym [Jezusem Chrystusem]” (1,35). Nowy Testament poucza nas także, że Bóg Ojciec wskrzesił Jezusa z martwych (zob. Ga 1,1) mocą Ducha Świętego (zob. Rz 1,4). Jezus nieustannie odwołuje się do swej relacji z Ojcem, który Go posłał dla zbawienia świata. Wszystko, co Jezus czyni, ma na celu wypełnianie woli Ojca, może więc powiedzieć: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10,30). Żydzi chcą Go ukamienować, bo – jak mówią – „Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga” (J 10,33). Jezus rzeczywiście uważał siebie za Boga, ale jednocześnie wyraźnie odróżniał swoją osobę od Ojca i Ducha. Był prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. I jako taki zwracał się do Boga Ojca.

Dogmat chrystologiczny mówi, że Jezus jest drugą Osobą Boską, która ma dwie natury, Boską i ludzką. Prawda o Trójcy Świętej natomiast została wyrażona w klasycznej formule: trzy Osoby Boskie, jedna natura. Nasuwa się zatem pytanie: Do kogo właściwie zwracamy się podczas modlitwy? Otóż nie modlimy się do jednej natury Boskiej, ale do Osób Boskich – jednej, dwóch lub wszystkich trzech jednocześnie. Mówimy: Ty, Boże Ojcze, Ty, Jezu Chryste, Ty, Duchu Święty. Oczywiście, Bóg jest doskonałą wspólnotą miłości Trzech, a zatem jeśli zwracamy się do jednej z Osób, to nasza modlitwa dociera także do pozostałych dwóch. Jezus Chrystus również nie modlił się do abstrakcyjnej jednej Boskiej natury, którą sam posiadał, ale do Boga Ojca w Duchu Świętym. Czyli nie modlił się do samego siebie, ale do Ojca, z którym istnieje w odwiecznej Boskiej relacji. Modlitwa Jezusa, Syna wcielonego, była w pewnym sensie wyrazem tego, o czym pisze na początku swojej Ewangelii św. Jan: „Na początku było Słowo [druga Osoba Trójcy], a Słowo było u Boga [pierwsza Osoba Trójcy], i Bogiem było Słowo [miało Boską naturę, choć nie było Bogiem Ojcem]” (1,1). ­Modlitwa jest w gruncie rzeczy byciem wobec Boga, u Boga i z Bogiem. Jezus, modląc się, potwierdzał i objawiał swoje odwieczne bycie z Bogiem Ojcem. To właśnie modlitwa Jezusa jest szczególnym miejscem ­objawienia Jego relacji z Bogiem Ojcem, a w konsekwencji objawienia prawdy o Trójcy Świętej, tego, że Bóg nie jest Bytem absolutnym samotnym w swej Boskości, ale dynamiczną wspólnotą, wiecznym dialogiem miłości Trzech. Dlatego możliwe jest to, co w pierwszym momencie wydaje się absurdalne, a mianowicie modlitwa Boga do Boga.

■ Czy to oznacza, że Jezus nie miał stałej łączności z Ojcem, z którym jest jedno, tylko potrzebował się modlić? Ostatecznie przecież Trójca to nie trzech bogów – jeden większy, drugi mniejszy i trzeci jeszcze jakiś inny.

By odpowiedzieć na to pytanie, warto odwołać się do cytowanego już fragmentu z Listu do Filipian, który w tłumaczeniu ks. bpa Kazimierza Romaniuka brzmi tak: „On to istniejąc [od wieków] w postaci Boga, nie uznał za stosowne korzystać ze swej równości z Bogiem, lecz [przeciwnie] wyzbył się wszystkiego, co Boskie […] Zgodził się dobrowolnie na stan poniżenia” (2,6-8). Oczywiście, wcielony Syn Boży nie jest Bogiem mniejszym od Ojca – ma tę samą naturę co Ojciec, ale z własnej woli „wyzbył się wszystkiego, co Boskie”. W jaki sposób to zrobił? Można powiedzieć, że w pewnym sensie zostawił swą Boskość u Ojca. Okazuje się, że wszechmoc Boga mierzy się nie tylko tym, co Bóg może zrobić, lecz także tym, że z własnej woli może się ograniczyć i uniżyć, by móc wejść w relację z ograniczonym ze swej natury stworzeniem. Wszechmoc Boga jest bowiem wszechmocą miłości, a nie jakąkolwiek wszechmocą robienia czegokolwiek. Kiedy na kartach Ewangelii Jezus ujawnia swą Boskość, dokonując na przykład cudów, zauważamy, że czyni to, zawsze odwołując się do Ojca. Przy wskrzeszeniu Łazarza modli się: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał” (J 11,41-42). Syn Boży jest doskonale zjednoczony z Ojcem i właśnie dlatego nie chce działać sam, tylko we własnym imieniu. Jezus nie stawia w centrum swej misji własnego „ja”, ale osobę Ojca i Jego wolę. Chrystus oczywiście nauczał „jak ten, który ma władzę, a nie jak […] uczeni w Piśmie” (Mt 7,29), ale Jego władza pochodzi od Ojca albo inaczej: jest władzą zjednoczoną z władztwem Ojca. To swoiste podporządkowanie Syna Ojcu nie przekreśla równości Syna i Ojca w Bóstwie, ale – wręcz przeciwnie – ją objawia. Gdyby Syn robił coś we własnym imieniu, bez Ojca, oznaczałoby to, że działają Oni obok siebie i nie są we wszystkim równi. Tymczasem Syn wypełnia wolę Ojca, Ojciec zawsze wysłuchuje Syna, i dlatego istnieje między nimi doskonała równość. Syn jest posłuszny Ojcu, ale to posłuszeństwo nie jest ograniczeniem. Wręcz przeciwnie – posłuszeństwo w Bogu oznacza, że Syn odwiecznie otrzymuje całe Bóstwo od Ojca, który nic nie zatrzymuje dla siebie. W rezultacie Syn nie ma nic, co by nie było darem od Ojca, ale to paradoksalnie oznacza, że ma wszystko, bo – jak już zauważyliśmy – Ojciec daje się cały Synowi. Na tym między innymi polega trynitarna jedność i równość w Bóstwie. Analogicznie, człowiek, który jest posłuszny Bogu we wszystkim, nie umniejsza siebie, ale staje się doskonały, przebóstwiony. Modlitwa Jezusa jest wyrazem Jego posłuszeństwa wobec Boga Ojca. Owo posłuszeństwo z kolei wyraża jedność i jedyność natury Boskich Osób.

■ Gdzie w takim razie kończy się Boskość, a zaczyna człowieczeństwo w Jezusie?