Opis

Metafizyczny thriller G.K. Chestertona łączy surrealizm z fantastyką w konwencji utrzymanej w zawrotnym tempie opowieści grozy.

W Londynie za czasów króla Edwarda z młodym człowiekiem nazwiskiem Gabriel Syme nawiązuje kontakt agent Scotland Yardu. Szybko zwerbowany przez policję, która dąży do infiltracji i sparaliżowania organizacji anarchistycznych, młody Syme zostaje skierowany w stronę podejrzewanego o anarchistyczne powiązania człowieka, który nazywa się Gregory. Wyrobiony literacko Syme debatuje z tym mężczyzną i zyskuje dostęp do jego szemranej organizacji - rady europejskich anarchistów. Tropy wiodą Syme’a do Francji, gdzie jego nadrzędnym celem staje się ustalenie tożsamościczłonków rady, których pseudonimy pochodzą od nazw dni tygodnia, i zdemaskowanie ich zbrodniczych planów…

„Prawdziwymi postaciami tej książki są idee. Zwariowany projekt Chestertona w sumie jest dość prosty: pokazać, że salonowy nihilizm i relatywizm moralny są diabelskie. Byłoby to jednak zupełnie nieciekawe, gdyby autor jednocześnie nie oddał diabłu tego, co mu się należy. Każdą cząstką swojej fantazji i retorycznej weny Chesterton ożywia siły chaosu i anarchii”.

Jonathan Lethem, autor Osieroconego Brooklynu

Jedna z najsłynniejszych brytyjskich powieści XX wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gilbert Keith Chesterton Człowiek, który był Czwartkiem Tytuł oryginału The Man Who Was Thursday ISBN Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Marta Stołowska Projekt graficzny okładki Mariusz Banachowicz Wszystkie cytaty z Biblii według wydania: Biblia Tysiąclecia, Poznań 1989. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Edmunda Clerihew Bentleya

Rozdział pierwszy

Dwaj poeci z Saffron Park

Przedmieście Saffron Park leżało tam, gdzie nad Londynem zachodzi słońce. Było zresztą tak czerwone i nieregularne, jak chmura o zmierzchu. Zbudowano je z czerwonej cegły; na tle nieba rysowało się niezwykłymi kreskami, nawet jego układ przestrzenny nie mieścił się w żadnych normach. Było to dzieło spekulanta budowlanego z pretensjami artystycznymi, utrzymane w stylu, który czasem porównywano do elżbietańskiego, a czasem do architektury z czasów królowej Anny, co prawdopodobnie wynikało z faktu, że wiele osób utożsamiało ze sobą te dwie monarchinie. Dzielnicę tę nie całkiem bezpodstawnie nazywano kolonią artystyczną, mimo że nie powstawała tam żadna sztuka z prawdziwego zdarzenia. Ale chociaż ambicje intelektualne Saffron Park budziły poważne wątpliwości, dzielnicy tej z pewnością nie można było odmówić miana przyjemnego miejsca. Przybysz, który po raz pierwszy patrzył na te cudaczne czerwone domy, nie mógł oprzeć się myśli, że muszą w nich mieszkać dziwni ludzie. A gdy ich w końcu spotykał, nie sprawiali mu zawodu. Dzielnica zasługiwała na to, by nazwać ją wręcz doskonałą, jeśli spojrzało się na nią nie jak na ułudę, lecz jak na marzenie. Nawet jeśli mieszkańcy nie byli artystami, całość miała artystyczny charakter. I tak młody człowiek z kasztanowymi włosami i zuchwałą miną nie pisał wprawdzie poezji, ale z pewnością był poetą. Starszy pan z fantazyjną białą brodą i w wymyślnym białym kapeluszu — ten czcigodny blagier — nie zaliczał się do grona filozofów, ale przynajmniej pobudzał innych do filozoficznych refleksji. Wreszcie uczony jegomość o jajowatej łysej głowie i ptasiej szyi nie miał realnych podstaw, by przybierać pozę uczonego biologa, bo nie dokonał żadnych nowych odkryć w tej dziedzinie — sam jednak stanowił nadzwyczajne zjawisko biologiczne! Właśnie tak i tylko tak należało postrzegać całą dzielnicę: nie jako warsztat dla artystów, lecz jak przemijające, ale skończone dzieło sztuki. Ten, kto zanurzył się w tamtejszej atmosferze, miał poczucie, że stał się postacią grającą rolę w komedii.

Ów przyjemnie nierzeczywisty klimat spływał na Saffron Park zwłaszcza po zapadnięciu nocy, kiedy chimeryczne dachy odcinały się ciemno od blasku zachodzącego słońca, a cała ta szalona miejscowość przypominała zbłąkaną chmurę. Oniryczna atmosfera panowała zwłaszcza wtedy, kiedy w Saffron Park świętowano — ogródki wówczas były rozświetlone, bo wielkie chińskie lampiony jarzyły się pośród listowia karłowatych drzew niby jakieś monstrualne dzikie owoce. W największym stopniu dotyczyło to jednego konkretnego wieczoru — wciąż mgliście pamiętanego przez mieszkańców — którego bohaterem był poeta o kasztanowych włosach. Człowiek ten miał zresztą prawo nazywać się bohaterem wielu innych wieczorów. Osoby przechodzące koło jego ogródka za domem mogły wtedy usłyszeć, jak wysokim, belferskim głosem wykłada zebranym, a zwłaszcza kobietom, zasady rządzące światem. Postawa kobiet w takich okolicznościach należała zresztą do paradoksów tej miejscowości. Większość z nich można było zaliczyć do kategorii, trochę na wyrost, nazywanej wyemancypowaną, która nieśmiało protestowała przeciwko męskiej supremacji. A przecież ze strony tych „nowoczesnych kobiet”, jak zaczęto je nazywać w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, spotykał owego mężczyznę wielki komplement, którego nie mógł oczekiwać od pospolitszych niewiast: mianowicie słuchały, kiedy mówił. Pan Lucjan Gregory, rudowłosy poeta, w pewnym sensie był człowiekiem, którego warto słuchać, nawet jeżeli wzbudzał w odbiorcach tylko śmiech. Starą śpiewkę o anarchiczności sztuki i sztuce anarchii mężczyzna ten wykonywał z zuchwałą świeżością, która pozwalała czerpać z jego występu przynajmniej chwilową przyjemność. Pomagała mu w tym osobliwość jego wyglądu zewnętrznego, który to atut potrafił wykorzystać. Ciemnorudych włosów, zakręconych w powłóczyste pukle jak u prerafaelickiej dziewicy, mogła mu pozazdrościć niejedna kobieta. Owal jego twarzy kojarzył się z wizerunkami świętych na obrazach. Lucjan Gregory odznaczał się jednak niespodziewanie ostrymi rysami, a jego podbródek sterczał do przodu ze wzgardliwą zuchwałością rdzennego londyńczyka. Zestawienie to drażniło i przerażało neurotyczną ludność. Człowiek ten był jak żywe bluźnierstwo — połączenie anioła i małpoluda.

Wieczór ów miał się na długo zapisać w pamięci między innymi ze względu na niezwykły zachód słońca. Wyglądało to jak koniec świata. Całe niebo sprawiało wrażenie, jakby obrosło jaskrawymi piórami, które niemalże muskały ludzkie twarze. Większość niebieskiego sklepienia była szara, poprzetykana przedziwnymi odcieniami fioletu, bordo, nienaturalnego różu i jasnej zieleni, lecz na zachodzie firmament wymykał się wszelkim opisom: przezroczysty i ognisty, a ostatnie rozżarzone do czerwoności pióra zasłaniały słońce jak świętość, na którą nie wolno patrzeć. Całość znajdowała się tak blisko ziemi, jakby chciała zdradzić jakąś wielką tajemnicę. Sam niebo­skłon stał się tajemnicą. Objawiał rażącą małość duszy lokalnego patriotyzmu. Nawet niebo wydawało się małe.

Jak się rzekło, niektórzy mieszkańcy mogą pamiętać ten wieczór tylko ze względu na widok przytłaczającego nieba. Inni zaś mogą pamiętać o nim dlatego, że właśnie wtedy przybył do Saffron Park drugi poeta. Przez długi czas rudowłosy rewolucjonista nie miał żadnych rywali, lecz w ten wieczór nadzwyczajnego zachodu słońca jego samotność nagle dobiegła końca. Nowy poeta, który przedstawił się jako Gabriel Syme, był śmiertelnikiem o łagodnym obliczu z jasną spiczastą bródką, miał też rzadkie jasnożółte włosy. Okazało się jednak, że nie jest taki potulny, na jakiego wygląda. Swoje entrée zasygnalizował w ten sposób, że wyraził odmienne zdanie w kwestii natury poezji niż pogląd, który wyznawał zasiedziały poeta Gregory. Syme zadeklarował mianowicie, że jest poetą prawa, poetą ładu; ba, powiedział zgoła, że jest poetą konwencjonalnym. Wszyscy mieszkańcy Saffron Park spojrzeli na niego takim wzrokiem, jakby przed chwilą spadł z tego niewiarygodnego nieba.

Poeta anarchistyczny łączył zresztą ze sobą te dwa wydarzenia.

— Bardzo być może — powiedział do Syme’a z charakterystycznym liryzmem — że w tę noc chmur i okrutnych kolorów na ziemię zesłany został tak osobliwy stwór, jak poeta konwencjonalny. Pan nazywa się poetą prawa; ja nazywam pana contradictio in adiecto1. Dziwię się tylko, że w tę noc, kiedy pan się zjawił w tym ogrodzie, nie spad­ły komety, ani nie nastąpiło trzęsienie ziemi.

Mężczyzna o błękitnych oczach, noszący jasną spiczastą bródkę, przyjmował te gromy z godną podziwu uległością. Trzecia osoba z tego grona, Rosamund, siostra Gregory’ego, której rude i falujące jak u brata włosy okalały życzliwszą twarz, roześmiała się ni to z podziwem, ni to z dezaprobatą, w ten sposób bowiem zawsze kwitowała wypowiedzi rodzinnej wyroczni.

Gregory kontynuował podniośle oratorskim, lecz nienapastliwym tonem.

— Artysta jest tożsamy z anarchistą! — zawołał. — Może pan dowolnie przestawiać słowa w tym zdaniu, ale pozostanie ono prawdziwe. Anarchista jest artystą. Człowiek, który rzuca bombę, jest artystą, ponieważ nade wszystko przedkłada wielką chwilę. Dostrzega, że gejzer ognia, huk doskonałego grzmotu cenniejszy jest od pospolitych ciał kilku zmasakrowanych policjantów. Artysta lekceważy wszelką władzę, znosi wszelkie konwenanse. Poetę zachwyca wyłącznie bezład. W przeciwnym razie najbardziej poetycką rzeczą na świecie byłaby kolej podziemna.

— Bo też tak właśnie jest — odparł pan Syme.

— Bzdura! — zakrzyknął Gregory, który zawsze stawał w obronie rozumu, kiedy ktoś inny silił się na paradoksy. — Dlaczego wszyscy biuraliści i robotnicy w pociągach są tak bardzo smutni i znużeni? Powiem panu. Bo wiedzą, że pociąg jedzie tam, dokąd powinien, bo wiedzą, że dokądkolwiek kupili bilet, tam właśnie dojadą. Bo kiedy mijają Sloane Square, wiedzą, że następną stacją musi być Victoria, i nic innego, jak tylko Victoria. Ach, w jakież wpadliby szalone uniesienie, gdyby następną stacją, nie wiedzieć czemu, okazało się Baker Street! Ich oczy zapłonęłyby jak gwiazdy, a ich dusze ponownie znalazłyby się w raju!

— To pan jest niepoetycki — odparł poeta Syme. — Jeśli to, co pan mówi o biuralistach, jest prawdą, to muszą być tak samo prozaiczni jak pańska poezja. Rzeczą rzadką i dziwną jest trafić, pospolitą i oczywistą chybić. Czujemy, że to heroiczne, kiedy zwykłą strzałą człowiek trafi szybującego w przestworzach ptaka. Czyż nie jest równie heroiczne, kiedy za pomocą lokomotywy trafi na oddaloną stację? Chaos jest nudny, bo w warunkach chaosu pociąg istotnie może pojechać dokądkolwiek, na Baker Street albo do Bagdadu. Człowiek jest jednak czarodziejem, a jego magia polega na tym, że mówi „Victoria” — i oto jest Victoria! Nie, nie, nie, niech pan zatrzyma swoje książki z poezją i prozą, ja ze łzami dumy w oczach poczytam rozkład jazdy. Niech pan sobie weźmie swojego Byrona, który upamiętnia klęski człowieka, a mnie da rozkład jazdy Bradshawa, który opiewa ludzkie zwycięstwa. Niech pan mi da rozkład jazdy, mówię!

— Już pan nas opuszcza? — zadrwił Gregory.

— Za każdym razem — ciągnął z pasją Syme — kiedy przyjeżdża pociąg, mam poczucie, że przedarł się przez linię oblężenia i że człowiek wygrał bitwę z chaosem. Pan mówi z pogardą, że kiedy odjedziemy ze Sloane Square, musimy dotrzeć do Victorii. Ja mówię, że może się wydarzyć tysiąc innych rzeczy, i kiedy rzeczywiście tam dojadę, mam poczucie, że o włos uniknąłem porażki. Kiedy słyszę, jak konduktor woła „Victoria”, nie jest to dla mnie słowo pozbawione znaczenia. To okrzyk herolda, który ogłasza zwycięstwo. Dla mnie jest to zaiste „Victoria”, zwycięstwo Adama.

Gregory ze smutnym uśmiechem potrząsnął swoją ciężką rudą głową.

— W tym miejscu — powiedział — my, poeci, zawsze zadajemy pytanie: „czymże jest Victoria, kiedy już tam dotarliście?”. Pan uważa Victorię za Nowe Jeruzalem. My jednak wiemy, że Nowe Jeruzalem w niczym nie będzie przewyższało Victorii. Tak, poeta będzie niezadowolony nawet wtedy, gdy będzie się przechadzał po ulicach w niebie. Poeta zawsze się buntuje.

— Cóż jest poetyckiego w buncie? — spytał Syme rozdrażnionym tonem. — Równie dobrze za poetycką można uznać chorobę morską. Wymiotowanie jest wyrazem buntu. W pewnych drastycznych okolicznościach wymiotowanie i bunt mogą być zdrowymi reakcjami, ale niech mnie powieszą, jeśli zrozumiem, dlaczego miałyby być poetyckie. Bunt w sensie abstrakcyjnym niczym się nie różni od rzygania.

Dziewczyna skrzywiła się przelotnie, lecz Syme za bardzo się zapalił do tematu, aby mieć na uwadze kobiecą delikatność.

— Poetyckie jest to, co biegnie właściwym torem! — zawołał. — Na przykład trawienie, które toczy się zbożnie i po cichu: jest fundamentem całej poezji. Tak, najbardziej poetycką rzeczą, bardziej poetycką od kwiatów, bardziej poetycką od gwiazd — najbardziej poetycką rzeczą na świecie jest nie wymiotować.

— Doprawdy — rzucił wyniośle Gregory — cóż za przykłady pan wybiera…

— Proszę o wybaczenie — odparł zgryźliwie Syme — ale sądziłem, że odrzuciliśmy wszelkie konwenanse.

Na czole Gregory’ego po raz pierwszy wykwitła czerwona plama.

— Chyba nie oczekuje pan ode mnie, że zrewolucjonizuję społeczeństwo w tym ogrodzie?

Syme spojrzał mu prosto w oczy i uśmiechnął się ujmująco.

— Nie, nie oczekuję, sądzę jednak, że gdyby traktował pan swój anarchizm poważnie, tak właśnie by pan postąpił.

Wielkie oczy Gregory’ego zapłonęły raptownie jak u rozwścieczonego lwa i można było odnieść wrażenie, że jego ruda grzywa się zjeżyła.

— Sądzi pan zatem — zapytał groźnie — że nie traktuję mojego anarchizmu poważnie?

— Słucham?

— Uważa pan, że nie traktuję mojego anarchizmu serio? — zawołał Gregory z zaciśniętymi pięściami.

— Ależ, drogi kolego! — odparł Syme i się oddalił.

Zaskoczony, ale również przyjemnie zaciekawiony, stwierdził, że idzie obok niego Rosamund Gregory.

— Panie Syme — zagadnęła — czy tacy ludzie jak pan i mój brat naprawdę myślą to, co mówią? Naprawdę myśli pan to, co pan przed chwilą powiedział?

Syme się uśmiechnął.

— A pani?

— Jak to ja? — spytała dziewczyna, patrząc na niego poważnym wzrokiem.

— Moja droga panno Gregory — powiedział łagodnie Syme — istnieje wiele rodzajów szczerości. Kiedy dziękuje pani za podanie soli, czy rzeczywiście przepaja panią wdzięczność? Nie. Kiedy mówi pani: „ziemia jest kulista”, czy ma to dla pani znaczenie? Nie. To, co pani mówi, jest prawdziwe, ale nie przywiązuje pani do tego większej wagi. Taki człowiek jak pani brat czasem znajduje coś, co trafia mu do przekonania. Może to być tylko pół prawdy, jedna czwarta prawdy, jedna dziesiąta prawdy, ale on wówczas tę prawdę wyraża dobitniej i bardziej zawzięcie, niż sam w nią wierzy.

Rosamund patrzyła na niego spod zmarszczonych brwi. Na jej poważnej i szczerej twarzy położył się cień tego nieugruntowanego w racjonalnych przesłankach poczucia odpowiedzialności, które drzemie nawet w najbardziej lekkomyślnej kobiecie: stara jak świat macierzyńska czujność.

— A więc on naprawdę jest anarchistą? — spytała.

— Tylko w takim sensie, o jakim mówię — odparł Syme. — Czy też, jeśli pani woli, tylko w takim nonsensie.

Ściągnęła szerokie brwi i raptem spytała:

— Nie podłożyłby bomby ani nie popełniłby innej okropności…?

Syme gruchnął gromkim śmiechem, który wydawał się za głośny jak na jego drobną i nieco gogusiowatą twarz.

— Mój Boże, nie! Takie rzeczy robi się anonimowo.

Kąciki jej ust się uniosły i na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. Pomyślała, że Gregory jest nieco szalony, ale i bezpieczny — zarówno jedno, jak i drugie ją ucieszyło.

Syme podszedł z nią do ławki w rogu ogrodu i nadal wykładał swoje opinie. Był bowiem człowiekiem szczerym i, na przekór swoim snobistycznym i pretensjonalnym manierom, w głębi serca pokornym. Człowiek pokorny zawsze mówi za wiele, dumny zaś nadmiernie się pilnuje. Syme gwałtownie i przesadnie stawał w obronie tradycyjnego ładu. Zapalał się w swoich pochwałach porządku i stosowności, a wokół niego cały czas unosił się zapach lilii. Kiedy usłyszał w oddali odgłosy katarynki, miał wrażenie, że jego heroicznej przemowie towarzyszy ulotna melodia z zaświatów…

Patrząc na Rosamund, na jej rude włosy i rozbawioną twarz, mówił przez dobrych kilka minut. Potem, uznawszy, że w takim miejscu grupy rozmówców powinny zmieniać swój skład, wstał z ławki. Ku jego zaskoczeniu ogród był pusty, wszyscy dawno poszli. On sam również się oddalił z pospiesznymi przeprosinami na ustach. Czuł się tak, jakby w głowie szumiał mu szampan, czego nie potrafił później wyjaśnić. W szalonych wydarzeniach, które później nastąpiły, dziewczyna nie brała udziału. Ani razu jej potem nie widział, dopóki ta opowieść nie dobiegła końca. A przecież na trudną do opisania modłę Rosamund ciągle powracała jak motyw muzyczny we wszystkich jego obłąkanych przygodach, a burza jej niezwykłych włosów jak ruda nić przetykała wszystkie te ciemne i koślawo tkane gobeliny nocy. Wszystko, co potem nastąpiło, zdawało się bowiem tak nieprawdopodobne, jakby to był tylko sen.

Kiedy Syme wyszedł na rozjaśnioną gwiazdami ulicę, z początku nikogo na niej nie widział. Potem uświadomił sobie (nie umiałby tego wytłumaczyć), że otaczająca go cisza pulsuje życiem. Naprzeciwko furtki stała latarnia uliczna, której blask srebrzył liście pochylonego nad ogrodzeniem drzewa. O krok od słupa trwała w bezruchu postać niemal równie sztywna i nieruchoma jak sama latarnia. Wysoki cylinder i długi surdut były czarne, a otulona głębokim cieniem twarz nie mniej ciemna. Tylko kontury płomiennorudych włosów na tle światła latarni, a także coś agresywnego w postawie informowały, że jest to poeta Gregory. Kojarzył się z zamaskowanym awanturnikiem, który ze szpadą w ręku czeka na oponenta.

Zasalutował w ramach pozdrowienia, na co Syme odpowiedział zgodnie z normami przyjętymi wśród cywilów.

— Czekałem na pana — oznajmił Gregory. — Możemy zamienić parę słów?

— Naturalnie. O czym? — spytał nieco zaskoczony Syme.

Gregory uderzył laską w słup latarni, a potem w drzewo.

— O tym i o tym — wyjaśnił. — O ładzie i anarchii. Tutaj ma pan swój bezcenny ład, tę smukłą żeliwną latarnię, brzydką i gołą, a tutaj ma pan anarchię, bogatą, kipiącą życiem, ciągle się odnawiającą — anarchię jaśniejącą zielenią i złotem.

— A jednak — odparł cierpliwie Syme — w tym momencie widzi pan drzewo tylko dzięki światłu latarni. Ciekawe, czy kiedykolwiek zobaczy pan latarnię w świetle drzewa. — Po chwili dodał: — Mogę jednak zapytać, czy czekał pan tutaj w ciemnościach tylko po to, aby wznowić nasz spór?

— Nie! — zawołał Gregory, a jego głos niósł się echem w głąb ulicy. — Nie czekałem tutaj, żeby wznowić nasz spór, lecz by na zawsze go skończyć.

Zapadła cisza. Chociaż Syme nie wiedział, co to oznacza, instynktownie spodziewał się czegoś poważnego. Gregory zaczął mówić łagodnym tonem, zagadkowo się uśmiechając.

— Panie Syme, tego wieczoru udało się panu coś zgoła niezwykłego. Coś, czego nigdy nie dokonał żaden człowiek.

— Doprawdy!

— Chociaż pamiętam osobę — kontynuował Gregory tonem pełnym zadumy — której również się to udało: kapitan parowca (jeśli dobrze sobie przypominam) w South­end. Dziś mnie pan zdenerwował.

— Niezmiernie mi przykro — odparł z powagą Syme.

— Obawiam się, że zostałem zbyt ciężko znieważony, aby można to skwitować przeprosinami — powiedział Gregory bardzo spokojnie. — Zniewagi tej nie wymaże nawet pojedynek. Można ją wymazać tylko w jeden sposób i właśnie ten sposób wybieram. Zamierzam, być może kładąc na szali moje życie i honor, udowodnić, że nie miał pan racji, mówiąc to, co pan powiedział.

— A co powiedziałem?

— Powiedział pan, że nie traktuję mojego anarchizmu poważnie.

— To się daje stopniować — odparł Syme. — Nigdy nie wątpiłem w pańską całkowitą szczerość, w tym sensie, że to, co pan mówił, uważał pan za warte upublicznienia, wierzył pan, że paradoks może otworzyć ludzkości oczy na zaniedbaną prawdę.

Gregory patrzył na niego zasmuconym wzrokiem.

— I w żadnym innym sensie nie uważa mnie pan za poważnego? Widzi pan we mnie zatem flâneur2, który od czasu do czasu podrzuca ludziom jakiejś prawdy? Nie sądzi pan, że mogę być poważny w głębszym, bardziej niebezpiecznym sensie?

Syme stuknął mocno laską w uliczny bruk.

— Poważny! — zawołał. — Dobry Boże, czy ta dzielnica jest poważna? Czy te przeklęte chińskie lampiony są poważne? Czy mieszkańcy Saffron Park są poważni? Człowiek przyjeżdża tutaj i opowiada farmazony, a może nawet trochę mówi z sensem, ale nie ceniłbym wysoko osoby, która nie miałaby jakiegoś poważniejszego zaplecza niż całe to gadanie — czy to religii, czy tylko pijaństwa.

— Doskonale — powiedział Gregory i twarz mu pociemniała — zobaczy pan coś poważniejszego od pijaństwa i religii! — Syme stał i czekał z jak zawsze łagodną miną. — Wspomniał pan o religii. Czy rzeczywiście jest pan religijny?

— Och — odparł Syme z promiennym uśmiechem — wszyscy jesteśmy dzisiaj katolikami.

— Mogę zatem poprosić o przysięgę na bogów czy świętych pańskiej religii, że tego, co powiem, nie wyjawi pan żadnemu synowi Adama, a zwłaszcza policji? Przysięgnie pan? Jeśli zdobędzie się pan na to nadludzkie wyrzeczenie i zgodzi się obciążyć swoją duszę ślubowaniem, którego nie powinien pan składać, i wiedzą, o której się panu nie śniło, obiecuję w zamian…

— Obiecuje mi pan w zamian…? — dociekał Syme, bo tamten umilkł.

— Obiecuję interesujący wieczór.

Syme nagle zdjął kapelusz.

— Ta propozycja jest za bardzo idiotyczna, aby ją odrzucić. Mówi pan, że poeta jest zawsze anarchistą. Nie zgadzam się, ale mam przynajmniej nadzieję, że zawsze przestrzega zasad fair play. Pozwoli pan, że z tego miejsca przysięgnę jako chrześcijanin i obiecam jako dobry towarzysz i kolega w artystycznym fachu, że cokolwiek od pana usłyszę, nie doniosę o tym policji. A teraz, na wszystkich obłąkańców świata, proszę powiedzieć, o co chodzi.

— Myślę — odparł wymijająco Gregory — że wezwiemy dorożkę.

Zagwizdał przeciągle dwa razy i natychmiast usłyszeli w głębi ulicy turkot kół i odgłos końskich kopyt. Po chwili obaj bez słowa wsiedli do dwukółki. Gregory podał dorożkarzowi adres podrzędnej knajpy na brzegu rzeki po stronie Chiswick. Powozik pomknął ku Tamizie, a dwaj fantaści opuścili razem z nim fantastyczne przedmieście.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1Contradictio in adiecto (łac.) — „sprzeczność w przymiotniku” (wszystkie przypisy, jeśli nie zaznaczono inaczej, pochodzą od redakcji).

2Flâneur (fr.) — włóczęga.

Rozdział drugi

Tajemnica Gabriela Syme’a

Dorożka zajechała pod wyjątkowo zapyziałą i brudną piwiarnię, do której Gregory powiódł swojego kompana. Usadowili się w ciasnej i ciemnej salce przy poplamionym drewnianym stoliku podtrzymywanym przez jedną drewnianą nogę. Sala była tak mała i ciemna, że prawie nie widzieli wezwanego przez Gregory’ego kelnera, odnieśli tylko ogólne wrażenie, że stanęło koło nich coś zwalistego i brodatego.

— Przekąsi pan coś na kolację? — spytał uprzejmie Gregory. — Pâté de foie gras1mają tu kiepskie, ale z czystym sumieniem mogę polecić dziczyznę.

Syme uznał te słowa za żart i podejmując humorystyczną konwencję, powiedział z wystudiowaną nonszalancją:

— Proszę mi przynieść homara w majonezie.

Ku jego zdumieniu mężczyzna odparł tylko: „wedle życzenia, sir!” i poszedł, jakby zamierzał zrealizować zamówienie.

— Czego się pan napije? — podjął Gregory z tą samą swobodną, a jednocześnie przepraszającą miną. — Ja wez­mę tylko crème de menthe2, ponieważ jadłem już kolację. Ale tutejszemu szampanowi można zaufać. Pozwoli pan, że rozruszam pana za pomocą połowy butelki?

— Dziękuję! — powiedział osłupiały Syme. — Bardzo pan łaskawy.

Jego dalsze, trochę chaotyczne próby zagajenia rozmowy na temat jadłospisu ostatecznie uciął grom z jasnego nieba, jakim było pojawienie się homara. Syme skosztował dania — było wyjątkowo smaczne — i zaczął je z wielkim pośpiechem i apetytem pałaszować.

— Proszę wybaczyć, że delektuję się tak ostentacyjnie — zwrócił się z uśmiechem do Gregory’ego. — Nieczęsto zdarzają mi się takie sny.

— Zapewniam, że to się panu nie śni — powiedział Gregory. — Wręcz przeciwnie, nadchodzi najbardziej rzeczywista i przełomowa chwila pańskiego życia. O, jest szampan! Przyznaję, że istnieje — nazwijmy to — pewna drobna dysproporcja między tym, jak ten wyśmienity hotel urządzony jest w środku, a jego prostym i bezpretensjonalnym wyglądem zewnętrznym. Wynika to jednak z naszej skromności. Jesteśmy najskromniejszymi ludźmi świata.

— My, czyli kto? — zapytał Syme i duszkiem wypił cały kieliszek szampana.

— To bardzo proste — odparł Gregory. — Jesteśmy poważnymi anarchistami, w których pan nie wierzy.

— A! — podsumował krótko Syme. — I umiecie zadbać o dobre trunki.

— Tak, wszystko traktujemy poważnie — odrzekł Gregory, a po chwili dodał: — Gdyby za jakiś czas stolik zaczął wirować, proszę nie przypisywać tego odrobinie szampana. Nie chciałbym, aby niezasłużenie obwiniał się pan o słabą głowę.

— Jeśli nie jestem pijany, to zwariowałem — stwierdził Syme z całkowitym spokojem — ale ufam, że w każdej z tych sytuacji potrafię się zachować jak dżentelmen. Mogę zapalić?

— Ależ naturalnie! — odparł Gregory i wyjął cygarnicę. — Proszę się poczęstować.

Syme wziął cygaro, wyjętym z kieszeni kamizelki nożykiem odciął koniec, włożył cygaro do ust, powoli zapalił i wypuścił długą smugę dymu. Trzeba przyznać, że odprawił ten rytuał z godnym podziwu opanowaniem, bo jeszcze zanim do niego przystąpił, stolik zaczął wirować, najpierw powoli, a potem szybko, jak na seansie spirytystycznym.

— Proszę nic sobie z tego nie robić — powiedział Gregory. — Działa tutaj coś w rodzaju śruby.

— Ależ oczywiście, zwyczajna śruba! Jakie to nieskomplikowane!

W tej samej chwili dym z jego cygara, który do tej pory wił się po sali niczym wąż, wystrzelił w górę jak z fabrycznego komina, obaj mężczyźni razem z krzesłami i stolikiem zapadli się pod podłogę, jakby pochłonęła ich ziemia. Z hurkotem lecieli przez pewnego rodzaju szyb, jakby spadali w windzie, której ktoś odciął sznury, i z hukiem zatrzymali się na dole. Jednak kiedy Gregory otworzył podwójne drzwi i wpuścił do środka czerwone światło, Syme nadal palił z nogą założoną na nogę i nie zjeżył mu się ani jeden jasnożółty włos na głowie.

Gregory poprowadził go niskim, sklepionym przejściem, na którego końcu paliło się owo czerwone światło. Jego źródłem był ogromny karmazynowy lampion, prawie wielkości kominka, zamontowany nad niewielkimi, lecz ciężkimi żelaznymi drzwiami. Gregory zastukał pięć razy w klapkę w drzwiach. Tubalny głos zapytał z obcym akcentem: „kto tam?”. Odpowiedź, która padła, była dosyć nieoczekiwana: „pan Joseph Chamberlain”. Ciężkie zawiasy zaskrzypiały… Widać Gregory podał hasło.

Korytarz za drzwiami błyszczał, jakby był obity stalową siatką. Przyjrzawszy się dokładniej, Syme zobaczył, że na te połyskujące wzory składają się ciasne rzędy strzelb i rewolwerów.

— Najmocniej przepraszam za te wszystkie formalnoś­ci — powiedział Gregory — ale musimy być w tej kwestii bardzo rygorystyczni.

— Niech pan nie przeprasza — odparł Syme. — Znam pańskie zamiłowanie do prawa i porządku.

Wszedł na ozdobiony stalową bronią korytarz. Z długimi jasnymi włosami, w fircykowatym surducie wyglądał wyjątkowo krucho i nieporadnie, kiedy maszerował tą roziskrzoną aleją śmierci.

Pokonali kilka takich korytarzy i dotarli do przedziwnej sali z zakrzywionymi ścianami, niemal kulistej, która ze względu na schodkowe rzędy krzeseł przypominała amfiteatralną salę wykładową. W tym pomieszczeniu nie było strzelb ani pistoletów, lecz na wklęsłych ścianach wisiały jeszcze bardziej bulwersujące i okropne kształty — przypominały cebulki żelaznych roślin lub jaja żelaz­nych ptaków. Były to bomby. Zresztą całe pomieszczenie kojarzyło się z wnętrzem granatu.

Syme strzepnął popiół z cygara o ścianę i wszedł do środka.

— A teraz, drogi panie Syme — powiedział Gregory i z rozmachem usiadł na ławce pod największą bombą — skoro już się tak wygodnie umościliśmy, możemy porozmawiać. Zacznę od tego, że żadne ludzkie słowa nie potrafią wyrazić, dlaczego pana tutaj przyprowadziłem. Działałem pod wpływem jednej z tych zupełnie nieprzewidywalnych emocji, które ogarniają człowieka, gdy skacze ze skały lub gdy się zakocha. Dość powiedzieć, że był pan nad wyraz denerwujący i, żeby oddać sprawiedliwość, nadal pan jest. Złamałbym dwadzieścia ślubów milczenia dla przyjemności utarcia panu nosa. Widok tego, w jaki sposób zapala pan cygaro, popchnąłby księdza do naruszenia tajemnicy spowiedzi. Wyraził pan pogląd, że nie jestem poważnym anarchistą. Czy to miejsce wydaje się panu poważne?

— Lokal rzeczywiście sprawia takie wrażenie, jakby za całą jego żartobliwością krył się jakiś morał — przyznał Syme — ale czy mógłbym zadać dwa pytania? Nie ma potrzeby ukrywać przede mną tych informacji, bo jak pan pamięta, bardzo mądrze wymógł na mnie obietnicę, że nie powiem niczego policji — obietnicę, której stanowczo zamierzam dotrzymać. Moje dociekania biorą się z czystej ciekawości. Po pierwsze, czemu to wszystko służy? Jaki przyświeca wam cel? Chcecie obalić rząd?

— Chcemy obalić Boga! — powiedział Gregory, szerzej otwierając swe oczy fanatyka. — Zależy nam na czymś więcej niż na zlikwidowaniu paru despotycznych instytucji i przepisów policyjnych. Tego rodzaju anarchizm, owszem, istnieje, lecz jest tylko odłamem nonkonformizmu. My kopiemy głębiej i mierzymy wyżej. Pragniemy podważyć wszystkie arbitralne rozróżnienia na występek i cnotę czy honor i łajdactwo, którymi posiłkują się zwykli buntownicy. Ci sentymentalni durnie od rewolucji francuskiej ciągle mieli na ustach prawa człowieka! My nienawidzimy praw, tak samo jak nienawidzimy bezprawia. Zlikwidowaliśmy prawo i bezprawie.

— Mam nadzieję, że zlikwidujecie również prawo i lewo — powiedział Syme z prostodusznym entuzjazmem. — Znacznie bardziej mi przeszkadzają.

— Chciał pan zadać dwa pytania — burknął Gregory.

— Z przyjemnością — podjął Syme. — Z wszystkich pana działań i otoczenia przebija naukowa dbałość o zachowanie tajemnicy. Mam ciotkę, która mieszkała nad sklepem, ale po raz pierwszy widzę ludzi, którzy wolą mieszkać pod piwiarnią. Aby przejść przez te ciężkie żelazne drzwi, musi się pan upokorzyć i przedstawić jako Chamberlain. Otacza się pan żelaznymi instrumentami, które, jeśli wolno mi to powiedzieć, przydają temu lokalowi grozy, lecz nie przytulności. Mogę zapytać, dlaczego po tych wszystkich uciążliwych staraniach o zabarykadowanie się pod ziemią wyjawia pan całą tajemnicę, perorując o anarchizmie w obecności wszystkich nierozgarniętych gospodyń domowych w Saffron Park?

— Odpowiedź jest prosta — odparł z uśmiechem Gregory. — Mówiłem, że jestem poważnym anarchistą, a pan mi nie uwierzył. Otóż one też mi nie wierzą. Żeby mi uwierzyły, musiałbym je przyprowadzić do tego pokoju z piekła rodem.

Syme palił zamyślony i z zainteresowaniem patrzył na rozmówcę.

— Historia tego lokalu może pana rozbawić. Na początku, kiedy zostałem neoanarchistą, wypróbowywałem przeróżne przebrania i maski. Stroiłem się w szaty bis­kupie. Przeczytałem wszystko o biskupach w naszych anarchistycznych pamfletach, „Wampirze zabobonu” i „Krwiopijcach w ornatach”. Wyniosłem z tej literatury pogląd, że biskupi to dziwaczni i okropni starzy mężczyźni, którzy strzegą przed ludzkością mrocznej tajemnicy. Wprowadzono mnie w błąd. Kiedy po raz pierwszy wystąpiłem na salonach w biskupich szatach i zagrzmiałem: „precz z aroganckimi roszczeniami rozumu ludzkiego!”, jakimś sposobem zwęszyli, że wcale nie jestem biskupem. Natychmiast mnie zdemaskowali. Potem udawałem milionera, ale broniłem kapitału tak inteligentnie, że każdy głupi mógł poznać, iż nie śmierdzę groszem. Próbowałem też wcielić się w majora. Jestem wprawdzie humanitarystą, ale pochlebiam sobie, że mam dostatecznie szerokie horyzonty myślowe, aby zrozumieć stanowisko tych, którzy — jak Nietzsche — wynoszą na piedestał przemoc — dumną, obłąkaną wojnę w naturze i tak dalej, nie muszę panu tego tłumaczyć. Wskoczyłem w mundur majora. Wyjąłem szablę i bez ustanku nią machałem. Wołałem: „krwi!”, jak inni wołają: „wina!”. Mówiłem: „niech słabi wyginą, zgodnie z prawem natury”. Okazało się jednak, że majorzy tak nie robią. W końcu zrozpaczony udałem się do przewodniczącego ­Najwyższej Rady Anarchistów, który jest najwybitniejszym człowiekiem w Europie.

— Jak się nazywa? — spytał Syme

— Z pewnością pan o nim nie słyszał — odparł Gregory. — Na tym między innymi polega jego wybitność. Cezar i Napoleon dołożyli wszelkich starań, by zdobyć sławę — i rzeczywiście znają ich wszyscy. On włożył cały swój geniusz w to, żeby o nim nie słyszano, i rzeczywiście jest o nim głucho. A jednak każdy, kto spędzi z nim pięć minut w tym samym pomieszczeniu, nie oprze się poczuciu, że Cezar i Napoleon to przy naszym przewodniczącym nieporadne dzieci. — Umilkł i pobladł na chwilę, a potem kontynuował. — Jego rady zawsze są frapujące jak epigramy, a jednocześnie praktyczne jak Bank Anglii. Spytałem go: „Jakie przebranie ukryje mnie przed światem? Czy znajdę coś lepszego niż biskupia szata albo mundur majora?”. Spojrzał na mnie, a wyraz jego dużej twarzy był niemożliwy do rozszyfrowania. „Chce pan niezawodnego kamuflażu, tak? Chce pan wcielić się w postać, która przekona ludzi, że jest pan nieszkodliwy, w związku z czym nikt nie będzie szukał u pana bomby?”. Skinąłem głową. Nagle podniósł głos. „To niechże się pan przebierze za anarchistę, głupcze!” — ryknął głośno, aż ściany się zatrzęsły. „Wtedy nikt nie będzie podejrzewał, że jest pan niebezpieczny”. Potem bez słowa odwrócił się do mnie plecami. Posłuchałem jego rady i nigdy tego nie żałowałem. Dniem i nocą głosiłem potrzebę krwi i mordu, a kobiety były skłonne powierzać mej opiece wózki z niemowlętami!

Syme spojrzał na niego z pewnym szacunkiem w dużych błękitnych oczach.

— Mnie też pan nabrał — przyznał. — To jest naprawdę zmyślny patent. — Po chwili dodał: — Jak nazywacie tego niezwykłego przewodniczącego?

— Na ogół mówimy na niego Niedziela — odparł z prostotą Gregory. — Widzi pan, Najwyższa Rada Anarchistów ma siedmiu członków, których nazwiska pokrywają się z nazwami dni tygodnia. Jego nazywają Niedziela, a niekiedy Krwawa Niedziela. Ciekawe, że pan o tym wspomniał, ponieważ tego samego wieczoru, gdy pan do nas wpadł (jeśli wolno mi to tak ująć), nasz londyński oddział ma wybrać swojego przedstawiciela, który wypełni wakat w radzie. Jegomość przez lata udatnie i z powszechnym poklaskiem grający trudną rolę Czwartka nieoczekiwanie zmarł. W związku z tym zwołałem zebranie, na którym wybierzemy jego następcę.

Wstał i z uśmiechem zdradzającym zakłopotanie zaczął przechadzać się po pokoju.

— Z jakiegoś powodu ufam panu jak syn ufa rodzicom, Syme — rzucił od niechcenia. — Czuję, że nie muszę mieć przed panem żadnych tajemnic, ponieważ obiecał pan dyskrecję. Zdradzę panu coś, czego nie wyraziłbym tymi słowy, przemawiając do anarchistów, którzy za mniej więcej dziesięć minut zjawią się w tym pokoju. Naturalnie dochowamy wszelkich procedur i odbędą się wybory, ale nie ukrywam, że wynik jest w zasadzie pewny. — Na chwilę skromnie spuścił wzrok. — Jest prawie pewny, że Czwartkiem zostanę ja.

— Mój drogi kolego — powiedział Syme serdecznym tonem — ależ gratuluję panu! Wielka kariera!

Gregory uśmiechnął się i zaczął chodzić po pokoju, szybko wyrzucając z siebie słowa:

— Prawdę rzekłszy, na tym stole wszystko jest już dla mnie przygotowane, a ceremonia przypuszczalnie będzie krótka.

Syme również podszedł do stołu i zobaczył laskę ukrywającą — jak się okazało po uważniejszych oględzinach — szpadę, duży rewolwer Colta, puszkę na kanapki i wielką butelkę brandy. Na oparcie krzesła przewodniczącego zarzucono ciężką pelerynę czy też płaszcz.

— Kiedy odbębnimy procedury wyborcze — kontynuował z ożywieniem Gregory — wezmę tę pelerynę i szpadę, schowam pozostałe rekwizyty do kieszeni, opuszczę tę jaskinię drzwiami, które wychodzą na rzekę, gdzie czeka już na mnie parostatek, a potem — och, szalona radość bycia Czwartkiem!

Syme, który chwilę wcześniej ponownie usiadł z charakterystyczną dla siebie bezczelną rozlazłością, wstał z bardzo niezdecydowaną miną.

— Skąd się to bierze — zapytał niepewnie — że wydaje mi się pan na wskroś przyzwoitym człowiekiem? Dlaczego całkiem pana lubię, Gregory? — Umilkł na chwilę, a potem dodał takim tonem, jakby znowu rozbudziła się w nim ciekawość: — Czy dlatego, że jest pan takim skończonym osłem? — Zamyślił się, a potem zawołał: — Do diabła z tym wszystkim! To jest najbardziej komiczna sytuacja, w jakiej się znalazłem — i zamierzam się zachowywać stosownie do tego. Panie Gregory, zanim tutaj przyszedłem, złożyłem panu obietnicę. Dotrzymałbym jej nawet, gdyby szarpano mnie rozżarzonymi do czerwoności szczypcami. Czy dla mojego bezpieczeństwa również złożyłby pan mi pewną obietnicę?

— Obietnicę? — zapytał zdumiony Gregory.

— Tak — powiedział z powagą Syme — obietnicę. Ja przysiągłem na Boga, że nie zdradzę pańskiej tajemnicy policji. Czy przysięgnie pan na ludzkość czy w jakie tam diabelstwa pan wierzy, że nie zdradzi pan mojej tajemnicy anarchistom?

— Pańskiej tajemnicy? — Gregory nadal patrzył na niego wytrzeszczonymi oczami. — Ma pan jakąś tajemnicę?

— Owszem, mam tajemnicę. — A po chwili: — Przysięgnie pan?

Przez kilka sekund Gregory mierzył go srogim wzrokiem, a potem powiedział:

— Chyba mnie pan zaczarował, bo zżera mnie ciekawość. Tak, przysięgam nie wyjawić anarchistom tego, co usłyszę. Ale proszę się pospieszyć, bo będą tutaj za parę minut.

Syme wstał i wsunął długie białe dłonie do długich szarych kieszeni spodni. Niemal w tej samej chwili pięciokrotnie zastukano w klapkę żelaznych drzwi, co oznajmiało przybycie pierwszego ze spiskowców.

— Hm — zaczął powoli Syme — nie widzę innego sposobu, by szybko i zwięźle wyznać panu prawdę, jak stwierdzić, że fortel z udawaniem pogubionego poety nie jest wyłączną domeną pana i przewodniczącego waszej rady. Już od dłuższego czasu znamy tę sztuczkę w Scot­land Yardzie.

Gregory usiłował zerwać się na nogi, ale po trzykroć się zachwiał.

— Co… pan… mówi? — spytał nienaturalnym głosem.

— Tak — potwierdził Syme — jestem policyjnym śledczym. Ale słyszę, że idą pańscy przyjaciele.

Z korytarza dobiegły słowa „pan Joseph Chamberlain”. Potem zostały powtórzone — dwa, trzy, trzydzieści razy — i czereda Josephów Chamberlainów (przejmujący obraz) z tupotem maszerowała korytarzem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1Pâté de foie gras (fr.) — pasztet z gęsich wątróbek.

2Crème de menthe (fr.) — likier miętowy.