Czerwona fala - Joanna Stingray,Madison Stingray - ebook
NOWOŚĆ

Czerwona fala ebook

Joanna Stingray, Madison Stingray

0,0

Opis

Joanna Stingray odkryła dla wolnego świata niezależną muzykę i sztukę, która w latach 80. w ZSRR była zakazana, a jej twórcy często prześladowani lub niedopuszczani na oficjalne sceny. W swoich wspomnieniach Czerwona fala doskonale uchwyciła emocje tamtego czasu – odwagę undergroundowych artystów, ich szalony entuzjazm i niepokorność. Ikony rosyjskiego rocka – Wiktor Coj, Siergiej Kuriochin, Timur Nowikow, Boris Griebienszczikow i inni – są tu ludźmi z krwi i kości. Pokazani zostali nie tylko podczas występów, ale też prywatnie – w ich leningradzkich komunałkach i w nielegalnych klubach muzycznych, gdzie ryzykowali wolność dla niczym nieograniczonej ekspresji… i rock’n’rolla.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 685

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Red Wave: An American in the Soviet Music Underground

By Joanna Stingray and Madison Stingray

Copyright © 2020 Joanna Stingray

Originally published by DoppelHouse Press, doppelhouse.com

Copyright for the Polish edition © by Fundacja Ośrodka KARTA and Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego, 2025

Copyright for the Polish translation © Ewa Horodyska, 2025

Koordynacja projektu: Agnieszka Knyt

Redakcja: Miłosz Niewierowicz

Korekta: Hanna Antos

Projekt graficzny, skład:

Zdjęcie na okładce: Boris Griebienszczikow (lider Akwarium – jednego z najbardziej znanych rosyjskich zespołów rockowych) podczas koncertu, 1984. Fot. Igor Petruczenko. Wszystkie zdjęcia w książce zostały wykonane przez Joannę Stingray i Judy Fields, chyba że zaznaczono inaczej.

Fundacja Ośrodka KARTA – niezależna organizacja pożytku publicznego, która chroni pamięć o doświadczeniach XX wieku Polski i Europy Środkowo-Wschodniej i upowszechnia ją, opierając się wyłącznie na źródłach. Prowadzimy największe archiwum społeczne w Polsce, realizujemy projekty badawcze i edukacyjne, wydajemy książki (m.in. serie „Świadectwa. XX wiek” i „Żydzi polscy”) oraz kwartalnik historyczny „Karta”, które pokazują człowieka wobec historii. Więcej: www.karta.org.pl.

Centrum Mieroszewskiego jest instytucją państwową z siedzibą w Warszawie, której misją jest wspieranie dialogu w relacjach Polaków z narodami Europy Wschodniej – w szczególności z Ukraińcami, Białorusinami, Gruzinami, Mołdawianami oraz Rosjanami sprzeciwiającymi się polityce agresji. Centrum prowadzi działalność badawczą, edukacyjną i wydawniczą, a także inicjuje projekty kulturalne i społeczne, które pozwalają lepiej rozumieć wspólną historię i współczesność regionu. Ważnym obszarem działań jest zwalczanie stereotypów i dezinformacji oraz tworzenie przestrzeni do rozmowy – od konferencji naukowych i seminariów, po warsztaty, szkoły letnie i debaty publiczne. Więcej: www.mieroszewski.pl.

Fundacja Ośrodka KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. (48) 22 848-07-12

kontakt do wydawnictwa: [email protected]

dystrybucja: [email protected]

księgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl

www.karta.org.pl

ISBN 978-83-67820-39-4

Wydanie I

Fragment

Zmian żądają nasze serca

Wstęp

Księga pierwsza 1984–1987

Prawda o komunizmie

W głąb króliczej nory

Przerywnik. Wywiad z Borisem Griebienszczikowem

Z powrotem w ZSRR

Buntowniczka bez pojęcia

Wilk i feniks

Gwiazda lśni, gwiazda błyszczy

Piękno w bestii

Fale

Czerwona fala i czarna lista

Kocham rock’n’rolla!

nie pękajcie

Dlaczego tak bardzo boją się miłości?

Pomóż Stingray

Spotkania i powroty

Rock'n'drollowy ślub

Księga druga 1988–1996

Z wielu jeden

Nie będziemy milczeć

Powitajmy Joannę Stingray

Święta 1988

Czarny rynek

Najszczęśliwsze miejsce na ziemi

Przestrzeń pośrodku

Igła

Czego sobie życzymy

Miałam przyjaciela o nazwisku Wiktor Coj

Wybierz nadzieję

Piętnaście minut wieczności

Nowy świat

Cienie

Czego nam brak

Przed kamerą

Muzyka na rzecz pokoju

Tydzień ze Stingray

Początkowe trudności

Epilog

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Zmian żądają nasze serca

Joanna – agentka czerwonej fali. To tytuł jednego z rozdziałów mojej książki Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu, poświęconego dziewczynie z Los Angeles, bez której podziemna scena muzyczna Leningradu lat 80. – prężna, lecz przed nadejściem zmian kompletnie odizolowana od świata zewnętrznego – nie miałaby szans na światowy rozgłos i logistyczno-techniczny rozwój.

Dziś dzięki książce Joanny i Madison Stingray Czerwona fala. Amerykanka w rockowym radzieckim undergroundzie można spojrzeć na tę niewiarygodną historię z perspektywy samej Joanny, a także jej córki Madison, która podłapała od matki bakcyla fascynacji Wschodem i pomogła jej spisać wspomnienia. Czasami brzmią one jak romantyczna bajka, czasami prawie jak szpiegowski thriller umiejscowiony w przełomowym momencie historii najnowszej. Przemyt sprzętu muzycznego z USA do ZSRR, wywózka stamtąd na Zachód nagrań audio, taśm VHS i awangardowych dzieł sztuki, wymiany prezentów z Davidem Bowiem i Andym Warholem... fart Joanny faktycznie zdumiewa. Służby specjalne obu supermocarstw deptały rock’n’rollowej pionierce po piętach, lecz jej miłość do muzyki, żelazna determinacja i misja łączenia ze sobą wolnych ludzi z obu stron linii frontu zimnej wojny okazały się silniejsze.

Pierwsza połowa lat 80., świat twardo rozdzielony żelazną kurtyną, galopujący wyścig zbrojeń. Czas mglisty i niepewny niczym informacje wyłapywane w nocy ze strojonych radioodbiorników, wyławiane spośród szumów i świstów fal krótkich i średnich. Nawet nad tekstami dyskotekowych przebojów (takich jak Vamos a la playa Righeiry czy Dancing with tears in my eyes Ultravox) unosiło się widmo nuklearnej zagłady, a popularną kulturą muzyczną tego okresu była dystopijna postpunkowa elektronika. Ludzie żyjący po obu stronach kurtyny nie mieli dużego wyboru, jeśli chodzi o dostęp do informacji na swój temat. Zmilitaryzowanemu blokowi wschodniemu rządzonemu przez geriatrycznych partyjnych sekretarzy przeciwstawiany był mityczny świat Zachodu, większości młodych mieszkańców Europy Wschodniej jawiący się jako film przygodowy i lunapark w jednym – neonowy kalejdoskop, kapitalistyczny raj pełen towarów, samochodów, rozrywek. W orwellowskim 1984 wydawać się mogło, że światy te w żaden sposób nie miały prawa się przenikać i że nie może się to wszystko dobrze skończyć.

Globalny mur miał jednak mnóstwo szczelin i pęknięć – czego dowodzi historia Joanny Stingray. Pewnego dnia teleportowała się ona ze słonecznego Beverly Hills do spowitych ciemnością zimowych blokowisk na przedmieściach ówczesnego Leningradu, niczym mała bohaterka Opowieści z Narnii przeniknęła ze starej szafy do leśnej krainy zamrożonej przez okrutną Białą Czarownicę. Od tej pory Joanna, sama utożsamiająca się bardziej z Alicją w Krainie Czarów, nie potrafiła już żyć beztroskim życiem bogatej nastolatki z Miasta Aniołów. Spragniona adrenaliny, przygody i prawdziwych emocji starała się wrócić na „drugą stronę lustra”, bo właśnie tam odnalazła prawdziwie undergroundowego rock’n’rolla z marzeń, jakiego nigdy w swoim życiu nie miała okazji doświadczyć na Zachodzie, bo w czasach kontrkulturowej rewolucji lat 60. była dzieckiem.

Jeszcze w czasach Cartera, na dobrych kilka lat przed pieriestrojką Gorbaczowa, dwa rywalizujące supermocarstwa zaczęły prowadzić ze sobą programy wymian uczniowsko-studenckich. W latach 80. dla strony radzieckiej był to ważny propagandowo element – pokazać, że nie wszyscy Amerykanie postrzegają ZSRR jako „imperium zła” i że na Zachodzie zwykli obywatele aktywnie protestują przeciw programowi gwiezdnych wojen Reagana. Najbardziej znanym symbolem tego okresu stała się dziesięcioletnia dziewczynka Samantha Smith, dziecięca aktorka z małego miasteczka na amerykańsko-kanadyjskim pograniczu, nazwana ambasadorką pokoju. W 1982 roku Samantha napisała list do nowo wybranego genseka Jurija Andropowa, w którym poprosiła go, by wspólnie z Ronaldem Reaganem nie dopuścili do zagłady ludzkości – po czym została przez Andropowa oficjalnie zaproszona na wycieczkę do ZSRR. Rok później odwiedziła obóz pionierski w Arteku na Krymie, gdzie zaprzyjaźniła się z dziećmi z różnych republik radzieckich, na konferencji prasowej w Moskwie powiedziała: „Russians are people like us” i zaśpiewała rosyjski szlagier Zawsze niech będzie słońce w wersji anglojęzycznej. Niedługo potem, po powrocie do USA, Samantha zginęła w wypadku prywatnego samolotu ojca, a jej tragiczna śmierć wzbudziła w radzieckich mediach szereg teorii spiskowych... Mniej więcej w tym samym czasie Joanna wraz z siostrą załapały się na jedną z zorganizowanych turystycznych wycieczek po Wenecji Północy, czyli mieście nad Newą. Ten zwrot akcji odmienił jej życie na zawsze.

Realny - nie ten pocztówkowy z Ermitażem, klasycystycznymi pałacami i mostami - Leningrad (obecnie Petersburg) to nie tylko ponura zimowa egzotyka oglądana oczami kalifornijskiej turystki: ludzie w futrzanych czapach marznący na przystankach trolejbusowych, zaradne babuszki, żule w bramach, żebrzący weterani Afganistanu czy posępni milicjanci w furażerkach. Inna odsłona tej rzeczywistości to rozległa szara strefa karmiąca się wszechobecną korupcją, cinkciarze pod hotelami łamaną angielszczyzną zaczepiający cudzoziemców o dżinsy i gumy do żucia, oferujący im towar na wymianę – a także śledzący ich tajniacy.

Kolejną powłoką, niedostępną dla niezorientowanych w temacie, był świat młodego artystycznego undergroundu, barwnych enklaw nieskrępowanej sztuki i wolności, żyjących poza oficjalnym obiegiem i według własnych zasad, na pohybel społecznemu marazmowi, zastraszeniu, szarości. Bezczelni i radośni outsiderzy nie starali się przebijać głowami muru, wybrali po prostu życie poza nawiasem radzieckiego ustroju i społeczeństwa. Jak coś takiego było możliwe w totalitarnym państwie? Stingray szybko się zorientowała, że radziecki system kontroli jest wyjątkowo nieszczelny i łatwo jest go wyrolować na wielu poziomach: „Rosja nie była przerażającą, dobrze naoliwioną maszyną”.

Podczas następnych wizyt w ZSRR Joanna odkrywała kolejne wyspy wolności w leningradzkich pustostanach, starych kotłowniach czy zakamarkach mieszkań komunałek, w których żyli jej nowi przyjaciele – muzycy, plastycy i performerzy. Na co dzień byli chłopakami, z którymi można było się powygłupiać i poimprezować, pogadać o muzyce i życiu – ale na scenie leningradzkiego Klubu Rocka stawali się charyzmatycznymi gwiazdami, lokalnymi odpowiednikami Davida Bowiego, Billy’ego Idola, muzyków Duran Duran czy The Cure. Stingray w Leningradzie dostrzegła elementy zachodniej kontrkultury lat 60., 70. i 80. w rozbuchanym rosyjskim wydaniu. Pop art Andy’ego Warhola mieszał się z ekspresjonizmem Nowych Dzikich, amerykański blues z francuskim chansonem, cyrkowy performance z brytyjską nową falą i post punkiem, rastafarianizm z buddyzmem i szamanizmem, elektroniczna awangarda z free jazzem. Całość osadzona była jednak przede wszystkim w rosyjskich tradycjach. Nad leningradzkim podziemiem unosił się duch poezji symbolistów „srebrnego wieku”, melancholia ballad bardów-emigrantów, szaleństwo awangardy lat 20., futurystów i oberiutów, Majakowskiego i Charmsa, lecz także... Gagarina, pierwszego zdobywcy kosmicznych przestrzeni.

Z dzisiejszego punktu widzenia zadziwiający może wydawać się fakt, że Petersburg jeszcze jako Leningrad końca lat 80. był miastem z największą liczbą squatów w bloku wschodnim – miastem, które choć było po drugiej stronie żelaznej kurtyny, można było pod tym względem porównywać z Amsterdamem i Berlinem Zachodnim.

Życie w leningradzkich komunach artystycznych bywało permanentną imprezą, doświadczeniem granicznym i jazdą bez trzymanki. I choć wszyscy byli na bieżąco z najnowszymi trendami, chcieli być modni i uwielbiali zachodnią popkulturę, nie było widać u nich oznak zblazowania charakterystycznego dla podobnych środowisk z Zachodu. Wulkan emocji przekładał się na nieustanne procesy twórcze, przy minimalnym budżecie i partyzanckiej logistyce. Osobnym doświadczeniem były duże koncerty na deskach Klubu Rocka, gdzie grały legendarne już składy, z powodu cenzury i systemowych barier niemające szans na profesjonalną działalność w ZSRR. Wiele zespołów miało już bogate dyskografie, a ich podziemna sława z masowo kopiowanych szpul i kaset sięgała dalekich zakątków Kraju Rad.

W konfrontacji z funkcjonariuszami władzy, urzędnikami i przedstawicielami mentalnego betonu muzycy rockowi zawsze trzymali głowy uniesione wysoko, znali cenę własnej godności. Spośród undergroundowych ikon, z którymi miała okazję się spotkać, Joanna wyróżnia zwłaszcza Wiktora Coja z zespołu Kino, z zaciętą miną przebijającego się na scenę przez ścianę milicjantów niczym jego idol, Bruce Lee. Albo Siergieja Kuriochina, akcjonistę i jazzowego awangardzistę na miarę nowojorskich mistrzów gatunku, kakofonicznym hałasem epatującego zahukanych widzów w szaroburych swetrach w programie telewizyjnym „Muzyczny Ring”. Chociaż to melancholijny Jurij Kasparian, gitarzysta Kina, podbił jej serce najbardziej. Ta książka jest też historią miłości dwojga wolnych ludzi z rock’n’rollowego wszechświata, wbrew globalnej geopolityce, głowicom jądrowym i zasiekom z drutu kolczastego. Jest zapisem walki o miłość w latach 80. – na pohybel obu agenturom, KGB i FBI.

Ale nawet jeśli walka ta została wygrana, to czy można mówić o happy endzie, czytając tę opowieść współcześnie?

„Zmian żądają nasze oczy, zmian żądają nasze serca” – śpiewał Wiktor Coj w 1987 roku, widząc przed sobą ocean światełek z zapalniczek. W międzyczasie buldożery systemu zabrały się do karczowania kolejnego już młodego bujnego lasu niezależnej rosyjskiej kultury. Spośród pozostałych przy życiu dawnych rosyjskich przyjaciół Joanny z pionierskich czasów undergroundu duża część przebywa dziś na emigracji – tam nadal tworzą i grają dla diaspor nowej rosyjskojęzycznej emigracji. Nie mieli sumienia prowadzić działalności artystycznej we własnym domu, za cenę milczenia o militarnej agresji i zbrodniach wojennych popełnianych w Ukrainie. Są tacy, którzy zostali w Rosji i zarabiają, grając duże stadionowe koncerty – za cenę niewtrącania się do polityki. Znalazłoby się też kilku nacjonalistycznie i imperialistycznie nastawionych starych rockmanów, dziś otwarcie popierających władzę i uczestniczących w propagandowych spędach. Co pomyśleliby sobie kilka dekad wcześniej, gdyby mieli szansę ujrzenia własnej przyszłości w lustrze, na imprezie w jednym z leningradzkich squatów czy komunałek?

Konstanty Usenko

Jestem niezmiennie wdzięczna Borisowi Griebienszczikowowi za to, że pomógł mi stworzyć siebie taką, jaką jestem i pokazał mi cel, gdy byłam bardzo młoda i naiwna. To błogosławieństwo, że wziął mnie pod swoje skrzydła, a jego ciepło podsycało moją pracę oraz miłość.

Wiktorowi Cojowi, jednemu z najwierniejszych przyjaciół, jakich można się w życiu spodziewać. Jego szczerość, śmiech i życzliwość zawsze mi towarzyszą, a jego skrzydła zawsze będą obejmować słońce nad St. Petersburgiem.

Siergiejowi Kuriochinowi, mojemu Kapitanowi, mojemu Papie, który zainspirował mnie, abym żyła z ogniem i przekraczała granice. Nauczył mnie nie bać się Wszechświata i wielkich marzeń, jakie nam oferuje.

Wszyscy moi kulturowi towarzysze – dziękuję Wam za to, że pokazaliście mi prawdziwą wolność i napełniliście moje serce oraz duszę najwspanialszymi kolorami. Daliście mi zabawę, twórczą energię i miłość, która poruszyła mnie do głębi i zainspirowała. MIR i rock’n’roll!

WSTĘP

Wciąż pamiętam dzień, w którym wpadłam do króliczej nory. Był kwiecień 1984 i właśnie wylądowałam na lotnisku Szeremietiewo w Moskwie. Gdziekolwiek popatrzyłam, panowała ciemność, zimno i martwota, a idąc betonowymi korytarzami, czułam pustkę i napięcie. Wydawało mi się, jakbym szła wiecznie, coraz bardziej oddalając się od domu i palmowych drzew, które były do tej pory nieodłączną częścią mojego życia.

Dotarłam do odprawy celnej, dołączając do długich szeregów ponurych ludzi, w milczeniu oczekujących na swoją kolej. Wszędzie stali nieruchomi żołnierze, bardziej podobni do manekinów czy wypchanych niedźwiedzi niż do prawdziwych ludzi. Czy oni w ogóle oddychają? A ja? Zaczerpnęłam tchu. W moich ustach dym papierosowy mieszał się z ciepłą wonią setki stłoczonych ludzi.

Przez następne trzy dni wciąż czułam się, jakbym spadała. Moskwa widziana przez okno autobusu była szara i upiornie ponura, choć pełna życia. Ulicami miasta sunęli ludzie ubrani na czarno i granatowo. Pamiętam, jak pomyślałam, że to miejsce, do którego nigdy nie wrócę, złe imperium rozpaczy za żelazną kurtyną. Mój ojciec chyba po raz pierwszy miał rację.

Czwartego dnia przyjechałam do Leningradu1, by ujrzeć kolejne monotonne pejzaże posępnego kraju. Brudne okna autobusu sprawiały, że odbierało się to jak w ruchomym więzieniu, jak wyuczoną historię uważnego przewodnika, jak poranne modły za gromadkę upadłych aniołów. Podczas popołudniowej przerwy w hotelu dla turystów uznałam, że mam dość i dzięki skomplikowanym manewrom wylądowałam u stóp ojca podziemnego rosyjskiego rock’n’rolla, magicznego Borisa Griebienszczikowa2. Przypominam sobie pobyt u niego w mieszkaniu: oto miałam przed sobą człowieka z krwi i kości, z błyskiem w oku i zarumienionymi policzkami. Słuchając rosyjskiego rocka, szalonego podkładu muzycznego pod życie, miłość i stratę, poczułam, że wreszcie przybyłam do swojej Krainy Czarów.

Od tej chwili całe moje życie uległo zmianie. Znalazłam się w leningradzkim muzycznym i artystycznym podziemiu, chaotycznym, urzekającym świecie – kawałku Związku Radzieckiego ukrytym jak serce za żebrami. Od chwili, gdy poznałam Borisa i innych twórczych piratów, przylgnęłam do tego miejsca, gdzie przekuwano nieszczęście w muzykę, a cierpienie w pieśń. Cztery następne lata życia spędziłam na przeskakiwaniu przez Atlantyk z kontynentu na kontynent, zamieniając jeden tydzień w zaczarowanej krainie sprzeczności i baśni na trzy miesiące w Los Angeles, usiłując przedrzeć się z powrotem.

Cała ta twórcza energia i potężne emocje doprowadziły do tego, że zapragnęłam podzielić się piękną leningradzką muzyką i sztuką z Zachodem. Przemyciłam utwory przyjaciół i wydałam podwójny album pod tytułem Red Wave. Four Underground Bands from the USSR. Moją mantrą stało się hasło: „Muzyka nie zna granic”.

Czując się zupełnie jak na szalonej herbatce, zakochana bez pamięci w tych ludziach, mieście, a także kraju, odkryłam sposób na rozgrzanie zimnych ulic komunistycznej Rosji, zerwanie masek, by dostrzec przejawy indywidualności i życia. Było dla mnie jasne, że muzycy ci są tak twórczymi artystami, ponieważ nie mają nic, co mogłoby ich rozpraszać. Z amerykańskiego snu zrezygnowano na rzecz siedzenia przed telewizorem na podobieństwo warzyw tkwiących w mikrofalówce, ale w Związku Radzieckim ci ludzie nadal tworzyli swoje marzenia, wyrażając siebie.

W 1987 roku w ZSRR trwała w pełni głasnost´ i pieriestrojka, a nie było jasne, w jakim kierunku mogą zmierzać zmiany kulturowe. W owym czasie stałam się bohaterką dla młodych Rosjan i wrogiem rosyjskiego państwa, zablokowano mi wizę i przepadł mój ślub, przesłuchiwało mnie zarówno FBI, jak i KGB. Ale z końcem roku jakoś udało mi się wyjść za Jurija Kaspariana, Gorbaczow zaś zdołał uwolnić się z okowów starej gwardii. Dramatyczne zmiany dotyczyły wszystkiego i wszystkich łącznie ze mną, czekających, by zobaczyć, co nastąpi.

W Mateczce Rosji przerażało mnie to, że jedyną rzeczą, która nigdy się nie zmienia, jest nieprzewidywalność tego, co może się wydarzyć.

Przez 12 lat, od kwietnia 1984 do kwietnia 1996, byłam opętana Krainą Czarów i jej mieszkańcami, którzy potrafili obdarzać miasto elektrycznością, nawet gdy przypadkiem padało zasilanie. Starałam się spędzać w niej tyle czasu, ile tylko mogłam, wchłaniając to wszystko, dopóki królicza nora mnie nie wypluje i się nie zamknie, pozornie na zawsze. Opisana tu historia zawiera moje wspomnienia z przeżyć w Rosji, czasami wspomagane artykułami prasowymi i niektórymi z wielu taśm, na których w tamtych czasach nagrywałam wywiady, a także przywołuje wszystkie przygody, które dzieliłam z najwspanialszą galerią postaci.

PRAWDA O KOMUNIZMIE

Miałam sześć albo siedem lat, gdy tata zwrócił się do mnie ze słowami: „Nigdy, przenigdy nie wyjeżdżaj za żelazną kurtynę”.

Żywo utkwiło mi w pamięci wspomnienie o nim z połowy lat 60., siedzącym w ciepłym, wyłożonym drewnem gabinecie i realizującym film dokumentalny pod tytułem The Truth About Communism (Prawda o komunizmie), do którego napisał scenariusz, wyreżyserował go i wyprodukował3. Pochłonęło to trzy albo cztery lata jego życia – klejenie i przycinanie kolejnych rolek filmu, łączenie i rzucanie niewykorzystanych kawałków na podłogę jak opakowań po chipsach. Niezmiernie pasjonował się ZSRR, narrację w filmie zza ekranu prowadził Ronald Reagan i było to jedno z jego pierwszych wystąpień jeszcze jako gubernatora Kalifornii przeciw imperium zła. Pod koniec lat 70. film The Truth About Communism stał się dobrze znanym propagandowym, antykomunistycznym dziełem pokazywanym w całym kraju w szkołach średnich, łącznie z moją.

W owym czasie Rosja nie była jednak jeszcze prawdziwą częścią mojego życia. Wczesne lata spędziłam w kanionie Topanga w górach Santa Monica, włócząc się po wzgórzach, jeżdżąc do szkoły na rowerze lub podążając za mamą, gdy wyciągała mnie i moje siostry na każdy musical, który grano w Los Angeles. Gdy miałam dwanaście lat, rozwiodła się z ojcem i zabrała nas do wynajmowanego domku dwurodzinnego w Beverly Hills po złej stronie teoretycznie najsympatyczniejszych torów kolejowych na świecie, gdzie palmowe liście zaśmiecały zarośnięty ogród, a od północnej strony dobiegał szum Wilshire Boulevard. Było to o przecznicę od szkoły średniej Beverly Hills, która w owym czasie zajmowała najważniejsze miejsce w moich myślach. Korupcja w rządzie, niesłychanie długie kolejki po jedzenie i zastraszanie przez KGB? Bardziej skupiałam się na moich bujnych, miękkich włosach, wagarowaniu i podkradaniu tylu mrożonych ciastek brownies z lodówki mojej najlepszej przyjaciółki, ile tylko mógł pomieścić mój żołądek.

Wyjąwszy ojca, jedyny kontakt, jaki miałam z Rosją, wiązał się z kursem rosyjskiej historii, który bardzo lubiłam. Pod koniec lat 70. Departament Stanu zaaprobował wymiany edukacyjne z ZSRR i pewien niezwykły nauczyciel podjął się zaplanowania tygodniowego wyjazdu podczas ferii zimowych. Wybierała się tam moja najlepsza przyjaciółka Diana i desperacko pragnęłam do niej dołączyć; częściowo dlatego, że wiedziałam, jak bardzo to wkurzy mojego nienawidzącego komunistów ojca, a po części dlatego, że nie chciałam, by wykluczano mnie z jakiejkolwiek przygody. Mama jak zawsze wzięła mnóstwo dodatkowych godzin, usiłując wysłać mnie na wycieczkę, ale w końcu znalazłam się z powrotem w bliźniaku, podczas gdy wszyscy pozostali wsiedli do samolotu i polecieli w siną dal, pozostawiając mnie z moim rowerem i tak głębokim rozczarowaniem, że nie zapomniałam tego uczucia przez lata.

Mój ojciec Sidney Fields i Aleksandr Kierienski (rosyjski polityk emigracyjny) podczas kręcenia filmu The Truth About Communism, początek lat 60.

Na szczęście nie musiałam czekać na wyjazd do ZSRR, by po raz pierwszy usłyszeć rock’n’roll. Mój chłopak ze szkoły średniej Paul pokazał mi muzykę, którą David Bowie nazwał niebezpieczną i mroczniejszą niż my sami. Była jedyną rzeczą zdolną przyćmić moje egocentryczne problemy i nastoletnie lęki, sprawiając, iż czułam, że istnieje na świecie siła mogąca wywrzeć wpływ nawet na największych spośród olbrzymów. Paul był łowcą biletów – wysokim cwaniakiem, opłacającym grupę dziwacznych typów, którzy całymi dniami tkwili w kolejce, żeby dostać najlepsze miejsca. Siedziałam w pierwszym rzędzie na koncertach Davida Bowiego, Rolling Stonesów, Alice Coopera, Eltona Johna i Paula McCartneya z zespołem Wings, by wymienić choć kilku wykonawców. Uwielbiałam każdą gorącą, duszną noc w ścisku przed sceną, uczucie, że muzyka potrząsa kółkami w moich uszach i zupełnie oszalałam na punkcie Bowiego. Było coś w jego charyzmie, spojrzeniu kątem oka, zmysłowych wzruszeniach ramion i tym, jak lśnił w metalicznym stroju niczym jakiś upadły anioł. Sprawiał, że pragnęłam występować, wierzyłam, że to coś, dla czego warto żyć.

Pierwszym zespołem, do którego dołączyłam, kierował mój przyjaciel Jeff Smith, który zebrał grupę przyzwoitych muzyków o brudnych włosach i pogodnych oczach. Stojąc z przodu ze zbyt dużym mikrofonem i niesfornymi kręconymi włosami, byłam typową wokalistką ze szkoły średniej, która beczy jak karibu i nie potrafi czysto śpiewać; miałam prezencję, niewyczerpany zapał, ale również nie miałam pojęcia, co właściwie robię.

Joe, ojciec Jeffa, prowadził Capital Records. W owym czasie wytwórnia cieszyła się sławą – imponująca, górująca nad turystami 13-piętrowa wieża na skrzyżowaniu Vine i Hollywood Boulevard, z ogromnym napisem i aurą obojętności. Jeff mieszkał w dużym domu przy Roxbury Drive w Beverly Hills i jeździliśmy tam ćwiczyć, osłonięci cegłami i bluszczem. Jego ojciec przychodził do palarni posłuchać, jak przeraźliwie hałasujemy i podskakujemy, jakbyśmy już grali wielkie przeboje podczas trasy koncertowej – tak to jest stawiać własnego ojca w niezręcznej sytuacji. Ledwo nadawaliśmy się na szkolny pokaz talentów, ale Jeff wciągnął w to ojca, jakby ten miał natychmiast podpisać z nami kontrakt.

Trzeba przyznać, że Joe słuchał każdej okropnej piosenki, którą zdecydowaliśmy się grać, i po prostu kiwał głową. W końcu unosił wzrok i mówił: „Wiecie co, dzieciaki? Musicie po prostu ćwiczyć. Jeśli wystarczająco mocno tego pragniecie, pracujcie, a będziecie coraz lepsi”.

To był pierwszy raz, gdy doświadczyłam konstruktywnej krytyki jako artystka, jeśli można mnie tak nazwać. Naprawdę wzięłam to sobie do serca, trzymałam się tego, przebijając się przez studia i śpiewając w ciasnych, zapleśniałych kabinach prysznicowych, zmorze typowych amerykańskich akademików. Poszłam na Uniwersytet Południowej Kalifornii, korzystając z częściowego stypendium, potem dla odmiany na Uniwersytet Bostoński, gdzie zimno zmusiło mnie do powrotu na Uniwersytet Kalifornijski4 w Los Angeles i uzyskania dyplomu w krainie wiecznego lata i smogu. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że spędzę ponad dziesięć lat życia opatulona z powodu syberyjskich chłodów, odparłabym, że za żadne pieniądze.

Latem 1981 w trakcie studiów na UCLA poszłam do pracy w sklepie z odzieżą. Niewątpliwie nawet w najmniejszym stopniu nie wiązało się to z kwestią, o którą chodziło Joe, kiedy zachęcał mnie do ćwiczenia śpiewu. Już po kilku dniach byłam śmiertelnie znudzona, uwięziona w monotonnym porządku dnia: jedzenie, sen, praca, jedzenie, sen. Właśnie wtedy uznałam, że nigdy nie podejmę pracy w stałych godzinach 9.00–17.00. Jakkolwiek ciężko musiałabym ćwiczyć, ilekolwiek rozgryźć nut i wysokich tonów, zrobię to.

W ciągu kilku tygodni razem z najlepszą przyjaciółką postanowiłyśmy założyć inną grupę. Zespół Go-Go’s z Los Angeles składał się z samych dziewcząt i osiągnął sławę, więc w typowy dla tej krainy marzeń sposób uznałyśmy, że ten sen na jawie może się też stać naszym udziałem. Postanowiłyśmy, że ona będzie grać na gitarze, a ja śpiewać. Chciałam również komponować muzykę, jak Bowie, co jest nie lada wyczynem, gdy nie gra się zbyt dobrze na żadnym instrumencie. Zmagałam się z tym, mnąc niezliczone kawałki papieru, ale zdołałam ułożyć tylko kilka głupawych młodzieńczych piosenek pod tytułami Beverly Hills Brat i Boys, They’re My Toys.

Moim zdaniem to było to. Chciałam rzucić studia i zostać gwiazdą rocka. Moja mama wyszła ponownie za mąż za niezwykłego, zawdzięczającego sukces samemu sobie prawnika, pośrednika handlu nieruchomościami, kolekcjonera sztuki i powszechnie znanego filantropa5. Obydwoje uznali moje plany za co najmniej idiotyczne, a w najgorszym razie autodestrukcyjne. Twarz mojej mamy zbielała jak prześcieradło, gdy spojrzała na mnie i zapytała: „Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jakie masz szczęście, że ojczym łoży na twoje wykształcenie?”. Zagroziła, że zerwie ze mną kontakty, jeśli nie ukończę studiów, więc nie mając lepszego wyjścia, pogodziłam się z tym. W głębi duszy zamierzałam jednak zostać gwiazdą rocka.

Brnęłam przez studia i odwlekałam wszystko, pisząc piosenki. Zanim w 1983 roku obroniłam dyplom, miałam kilka tekstów, które mogły postawić mnie w blasku neonów na Sunset Strip. Nagrałam minialbum ze starymi kumplami ze szkoły średniej i z demo w ręku wyruszyłam, by dobić targu z wytwórnią, jak kobieta z XVIII wieku usiłująca wymienić srebro na złoto. Za pośrednictwem dawnego chłopaka, Paula, poznałam Marshalla Berle’a, bratanka komika Miltona Berle’a6. Ze swoją podłużną, szczupłą twarzą i zbyt dużymi okularami został moim menedżerem i wydał mój minialbum pod szyldem własnej niewielkiej, niezależnej wytwórni Time Coast Records. Marshall miał dobre powiązania i wkrótce namówiliśmy kilka osób, by zainwestowały w moją karierę. Ponownie nagrałam Beverly Hills Brat jako mój pierwszy singiel i nakręciliśmy wideo między palmami i bramami posiadłości, pędząc szerokimi ulicami Rolls-royce’em ze mną z rozwianym włosem. Płyta została wydana i można ją było kupić w Tower Records, sklepie, w którym zjawiałam się codziennie, przystając przed moim minialbumem, puchnąc z dumy i uśmiechając się radośnie i z nadzieją do każdego przechodzącego punka, hipstera czy biznesmena.

Wyjechałam w krótką trasę promocyjną, zagrałam tu i tam kilka kameralnych koncertów, ale największy występ odbył się w Studiu 547. Było to w 1983 roku, gdy Nowy Jork chlubił się olśniewającą renomą i pełno w nim było soulu, mocnych charakterów i artystycznej ekspresji wyrażającej się w cekinach, jaskrawych kolorach oraz dziko wykrzywionych twarzach.

Kilka lat wcześniej moja mama i ojczym wydali w domu przyjęcie dla Andy’ego Warhola i poprosiłam go o podpisanie okładki płyty Rolling Stonesów Sticky Fingers8, którą zaprojektował, a on zamiast tego narysował waginę. Jakoś udało mi się zorganizować powtórne spotkanie w wyłożonym białymi płytkami Studiu 54 i w końcu skontaktował mnie z zarządcami klubu. O północy 4 października 1983, gdy miasto, które nigdy nie śpi, tańczyło na zewnątrz, w Studiu 54 nadano wideo Beverly Hills Brat, na którym poruszałam ustami na wysokim moście wynurzającym się z rozmigotanego tłumu. Czułam się tak, jakbym czegoś dokonała, jakbym była gwiezdnym pyłem spadającym ludziom na oczy.

Niestety, moja amerykańska kariera rockowa potrwała zaledwie kilka miesięcy. Mój menedżer Marshall wziął pieniądze, które razem zebraliśmy od moich przyjaciół i znajomych, po czym zainwestował je w Ratt, heavymetalowy zespół z tatuażami, długimi włosami i umalowanymi oczami. Przeminęły dni mojej ambitnej kariery.

Wszystko poświęciłam dla tych kilku piosenek, mając żywo w pamięci mantrę Joe Smitha, że jeśli będę się starać, uda mi się. Po raz pierwszy w życiu wszystko się posypało, jak niedopieczone ciasto, które rozpada się na kawałki, nim zdążysz je przełożyć na talerz. Byłam zdruzgotana i pogrążona w depresji, zaszyłam się w ciemnym pokoju, krzycząc na mamę i nienawidząc świata, ponieważ nie miałam pojęcia, co dalej robić. W końcu już bez menedżera, z matką mającą mnie dość i przyjaciółmi podążającymi własnymi drogami życiowymi podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam do mojej siostry Judy, która studiowała za granicą, w Londynie. Oddzielona kontynentem i oceanem jeszcze nie zdążyła mieć mnie powyżej uszu.

Na występie w Studiu 54, z moim byłym chłopakiem Paulem Goldbergiem, 4 października 1983

Ulotka z informacją o moim występie w Studiu 54

– Potrzebuję zmiany otoczenia – oznajmiłam. – Wariuję, od kiedy tu utknęłam. Mogę cię odwiedzić?

– Nie wiem – odparł jej daleki głos. – Wybieram się ze studencką wycieczką do ZSRR, do Moskwy i Leningradu. Wszystko razem kosztuje tylko trzysta dolarów.

Był początek 1984 roku. Przy Ronaldzie Reaganie w Białym Domu Departament Stanu zaczął naciskać na więcej wymian edukacyjnych i kulturowych, aby tym niemal wywrotowym sposobem pokazać obywatelom radzieckim, że Amerykanie cieszą się większą swobodą, bogactwem i szczęściem. Powróciło wspomnienie mojej straconej wycieczki do ZSRR w szkole średniej, zmieszane z niepokojem o karierę jako gwiazdy rocka i zapiekło tak mocno, jakby przystawiono mi do twarzy rozgrzaną patelnię.

– Chcę pojechać.

Sprawdziła, czy jest wolne miejsce. Było. Gdy dołączyłam do grupy, nie miałam bladego pojęcia, że ta wycieczka stanie się przełomową chwilą w moim życiu – odczuwałam po prostu ulgę, że przynajmniej na kilka miesięcy uniknę nudnej pracy w sklepie. Ponownie podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam do mojej najlepszej przyjaciółki ze szkoły średniej, by powiedzieć jej, że w końcu zobaczę Związek Radziecki.

– Hej, przecież moja siostra wyszła za rosyjskiego emigranta! – przypomniała mi.

Podała jego nazwisko – Andriej Fałalejew9 i zaprosiłam go na lunch, by porozmawiać o mojej podróży.

– Musisz poznać mojego kumpla – oznajmił na wstępie, gdy tylko usiedliśmy w knajpce na czerwonych plastikowych ławeczkach. – Jest niesamowity. Wybierasz się do Leningradu?

– Taki jest plan – odparłam. – Ale nie jestem pewna, czy uda się nam jakoś urwać w trakcie wycieczki.

– Jest najsłynniejszą gwiazdą podziemia rockowego w Rosji. Wszyscy go uwielbiają.

– Nie wiedziałam, że w Rosji istnieje rock – zaśmiałam się, zadając sobie pytanie, co mogłoby się równać z amerykańskimi gwiazdami, których słuchałam. – Jak się z nim skontaktuję?

Jak można się było spodziewać po undergroundowym, ciężko pracującym twardzielu, kumpel Andrieja nie miał telefonu, ale dysponował nim jego przyjaciel. Zapisałam nazwisko i numer, stwierdzając, że spróbuję go wytropić.

– Musisz być ostrożna, Joanno – powiedział Andriej. – Ci ludzie nie powinni się pokazywać z cudzoziemcami. To jest uznawane za działalność wywrotową – pochylił się nad talerzem z naleśnikami i lepkim stołem, jakby powierzał mi sekret. – Ale Boris Griebienszczikow się tym nie przejmuje.

W GŁĄB KRÓLICZEJ NORY

Wysiadłyśmy z samolotu, przeszłyśmy kontrolę paszportową i dotarłyśmy do hali przylotów, przy której stał rząd ponurych, uzbrojonych w karabiny strażników o kamiennych twarzach. Przypomniałam sobie zawody w nurkowaniu, chłód rozległej, lecz zamkniętej przestrzeni i uczucie, że wszyscy, z pochylonymi głowami i napiętymi ciałami, są przeciwko tobie. Bez zastanowienia zaczęłam rozciągać ramiona – sportowy rytuał, o którym, jak sądziłam, dawno już zapomniałam. Nigdy nie przepadałam za zawodami i teraz też nie sprawiało mi to przyjemności.

Strażnicy ustawili nasze bagaże w świetle jarzeniówek i przeszukali wszystko, odkładając na bok ubrania, aż zostały tylko puste walizki. Stałyśmy tam z Judy ramię w ramię, przestępując z nogi na nogę, jakby czas stał się jeszcze jednym zagranicznym wymysłem. Nienawidziłam doskwierającego poczucia bezradności, podobnie, jak byłoby zapewne dzisiaj, gdybym odwiedziła na przykład Koreę Północną.

Kiedy oddano nam bagaże, wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy do hotelu Kosmos, zaledwie dwadzieścia minut jazdy od centrum Moskwy. Było to posępne, opustoszałe i zaniedbane miejsce znajdujące się na rogu szpetnej ulicy. Spytałam jakąś kobietę, jak dojść do windy, by dostać się do pokoju, a ona tylko popatrzyła na mnie, jakby obserwowała schnącą farbę łuszczącą się na ścianie. Włączyłam tryb przetrwania i sama odnalazłam windę.

Rozpakowując się, uświadomiłam sobie, jak bardzo ograbiono moje walizki. Zajmujący się bagażami na lotnisku zabrali suszarkę do włosów, tampony, pastę do zębów, szminkę i wszystko inne, czego nie można było łatwo dostać. O dziwo, nie tknęli okładki albumu ani zdjęć z prasy, które zabrałam, by pokazać Borisowi, jak zachowuje się prawdziwa gwiazda rocka. Po zastanowieniu powinnam była to uznać za znak, że moskiewscy celnicy woleli tampony niż mój album.

Grupa wycieczkowa spotkała się ponownie na dole, gdzie wbijano nam do głów, że przez cały czas musimy trzymać się razem. Jeśli tego nie zrobimy, wykopią nasze obleczone w dżinsy tyłki na najbliższy nocny lot. Widziałam, że przepisy są niezmiernie istotne dla naszych komunistycznych „mistrzów zamieszania” gorzka pigułka do przełknięcia dla kogoś, kto prowadzi auto od czternastego roku życia i co tydzień urywa się ze szkoły średniej.

Spędziliśmy w Moskwie trzy dni, które równie dobrze mogłyby być dniami na innej planecie, otoczeni przez natrętne malowidła ścienne z epoki komunizmu oraz posągi gloryfikujące ciężką pracę i społeczeństwo. Były zniewalające i barwne niczym przyprawiające o mdłości halucynogenne prochy. Żadnych reklam, billboardów, żadnych dużych znaków drogowych, jedynie zwykłe rosyjskie słowa na budynkach, które wielkimi literami wskazywały takie miejsca, jak aptieka (apteka) czy bułocznaja (piekarnia). Ludzie nosili niebieskie i szare ubrania, jak sińce na ciałach, niewielu się uśmiechało i nikt mi nie odmachał. Wszyscy wydawali się nieszczęśliwi, że znajdują się tutaj, czekając w długich kolejkach po lekarstwa i chleb. Całe miasto wydawało się zimne, nieprzyjazne i surowe.

Wycieczka do Moskwy, kwiecień 1984

Wkrótce jednak zaczęłam dostrzegać także artystyczne oblicze Moskwy, błysk w oku tego zasępionego i obojętnego miasta. Oglądaliśmy zabytki, muzea, budynki i parki miejskie, z których wiele powstało przed rewolucją komunistyczną i nadal zachowało zalotną nostalgię minionych czasów. Cebulaste kopuły soboru św. Wasyla wydawały się psychodeliczne na tle wzburzonego morza uśpionych kolorów. Z wolna zaczynałam czuć, że gdzieś w głębi miękkie podbrzusze Związku Radzieckiego jest ciepłe i pełne życia, ukryte pod całą tą metalową zbroją. W czasach komunizmu kraj najwyraźniej wyszkolił się do akceptowania bezosobowego chłodu, ale pod niewzruszoną fasadą wciąż kryła się bogata kultura. Odkryłam, że pragnę, by Rosjanie mogli cieszyć się swoim barwnym obliczem, by ktoś się przelotnie uśmiechnął albo zaśmiał. Złościło mnie, gdy widziałam, jak ludzie dostosowują się do tej oficjalnej, komunistycznej moskiewskiej mentalności. Pamiętam, jak myślałam, że mój ojciec w gruncie rzeczy miał rację, że Związek Radziecki to straszne miejsce, rządzone przez gargulce i nigdy więcej nie zechcę go ponownie odwiedzić.

Czwartego dnia pojechaliśmy do Leningradu. Od razu stało się jasne, że to miasto jest pełne energii i emocji, o wiele łatwiejszych do znalezienia niż w Moskwie. Było więcej kolorów, ciepła żółć, blady błękit i głęboka zieleń odbijały się w srebrzystej wodzie rzecznych kanałów, błyszczało więcej barokowej i neoklasycznej architektury oraz cerkwie o cebulastych kopułach. Moje niezadowolenie ustąpiło miejsca zadziwieniu, ciemna zasłona miasta była raczej urokliwa niż złowieszcza, jak coś wyjętego z syberyjskiej baśni.

Gdy tylko zameldowałyśmy się w hotelu, oznajmiłam siostrze, że spróbuję odnaleźć tego rockmana Borisa. Miałam już dość oficjalnej wycieczki, ograniczonej do lodowego szlaku posągów i parków. To nowe miasto wydawało się inspirujące, a poszukiwanie Griebienszczikowa było wyzwaniem dodającym życiu pikanterii. Jeśli przyłapią mnie na odłączeniu się od wycieczki, czy naprawdę odeślą mnie do domu? Byłam głęboko przekonana, że nic mi się nie stanie – mnie, urodzonej i wychowanej w Ameryce, z krążącym w żyłach poczuciem wyjątkowości.

Bardzo szybko się przekonałam, że w Związku Radzieckim nic nie jest łatwe. Podeszłyśmy z Judy do starszej Rosjanki, babuszki rezydującej na naszym piętrze, rządowej opiekunki i miejscowej wicekrólowej nadzorującej wszystko, co się działo na jej terytorium, włącznie z pełną jurysdykcją rozstrzygającą, czy udostępnić dwóm naiwnym młodym Amerykankom telefon, czy nie.

– Witam, jestem Joanna – obdarzyłam ją szerokim, promiennym uśmiechem.

Ani drgnęła. Hmm.

– Chciałabym. Wykonać. Telefon – powiedziałam to poważniej, starając się podkreślić każde słowo.

Obserwowała mnie, gdy wyjmowałam skrawek papieru z numerem.

– Proszę. Zadzwonić. Pod. Ten. Numer. Dziękuję – położyłam go przed nią i czekałam, jak się zdawało, godzinami, przygryzając wargę.

Wreszcie chrząknęła, co uznałam za sukces. Boris nie miał telefonu, ale jego wiolonczelista Sewa Gakkiel10 miał. Po kilku dzwonkach odebrała kobieta, prostym pozdrowieniem:

– Dobryj dień.

– Witam, jestem Joanna z Kalifornii! Zastałam Sewę?

Trzask.

Obejrzałam się na Miss Sympatyczności, wzruszyłam ramionami i ponownie podsunęłam jej numer telefonu. Głęboko westchnąwszy, wybrała go po raz drugi.

– Słucham? – tym razem głos był męski i mówił po angielsku.

– Cześć! – prawie krzyknęłam w pośpiechu, by go złapać, zanim usłyszę ten wstrętny trzask na linii. – Mam na imię Joanna, jestem z Ameryki i mój przyjaciel Andriej powiedział mi, żebym zadzwoniła do ciebie, by skontaktować się z jego przyjacielem Borisem. Też jestem muzykiem!

– Ach, tak, gdzie się zatrzymałaś? – spytał.

Nie władał angielskim od urodzenia, ale mówił płynnie i szybko, z miękkim rosyjskim akcentem, który każdemu słowu nadawał wagę i znaczenie. Starałam się wymówić nazwę hotelu – Moskwa.

– Przyjdź na dużą stację metra za rogiem obok twojego hotelu o piątej po południu – powiedział i rozłączył się.

No i tyle. Dostałyśmy zaproszenie.

Popatrzyłyśmy z siostrą po sobie. Nie czekając, aż coś powiem, Judy zapytała:

– Zaraz, mamy się odłączyć od wycieczki?

– A czemu nie?

– Nie możemy, będziemy mieć poważne kłopoty – oznajmiła, dowodząc, że przekaz kierowników dotarł przynajmniej do jednej z nas.

– Nie wiem, co ci powiedzieć – stwierdziłam. – Naprawdę chcę tam pójść. Musimy po prostu stawić temu czoło.

– Joanno, tutaj w czoło można dostać kulkę...

Przerwałam jej.

– Powiemy po prostu, że nie czujemy się dobrze, musimy zostać i wcześnie położyć się spać.

Nikt nie podejrzewał, że gdy grupa wyszła, zakradłyśmy się z Judy na dół, a potem na zewnątrz przez tylne drzwi ordynarnego budynku, pozostawiając zasłane, puste łóżka. Nie znając ani słowa po rosyjsku, znalazłyśmy drogę do stacji metra. Nie miałam pojęcia, co robić dalej, gdy setki ludzi przepychały się obok nas, wracając do domu w godzinach szczytu. Byli jak morze pełne ciemnych, złowieszczych okrętów płynących po betonie. Stałyśmy nieruchomo obok głównego wyjścia, a ja trzymałam ręce w kieszeniach, ściskając paszport i portfel. Po raz pierwszy od przyjazdu tutaj poczułam mrowienie w całym ciele, przypominające, że jestem ludzką istotą zdolną do wszystkiego.

– Powiedział ci, jak wygląda? – spytała Judy.

– Rozłączył się, zanim zdążyłam zapytać.

– No cóż, to dobrze, że się wyróżniasz.

Zerknęła na moją jasnoblond grzywkę i wygolone skronie. Wyglądałam, jakbym występowała z jakąś punkową kapelą o mrocznej nazwie i ze smętną listą utworów.

Nagle się pojawił. Od razu wiedziałam, że to Boris. Na pierwszy rzut oka nie różnił się od innych Rosjan, w typowej zimowej futrzanej czapce i długim tweedowym płaszczu. Ale nasze oczy się spotkały i w owej chwili po prostu wiedziałam, że w moje życie wkracza wyjątkowa, magiczna osoba. Nie miałam pojęcia, jak i dlaczego, ale czułam, że już nigdy nie będę taka sama jak przedtem.

– Witajcie, miło was poznać – odezwał się Sewa zza pleców Borisa.

Przyjrzałam mu się dostatecznie uważnie, by dostrzec jego pociągłą twarz i zamyślone niebieskie oczy. Ale gdy spojrzałam ponownie w oczy Borisa, nie mogłam oderwać wzroku. To było jak patrzenie prosto w słońce wystarczająco długo, by już zawsze mieć je pod powiekami.

Sewa i Boris złapali Judy i mnie za ramiona, po czym ruszyli naprzód.

– Idziemy do mojego mieszkania – oznajmił Sewa, ciągnąc mnie za sobą przez tłum. Miał długie nogi, stawiał jeden krok, gdy ja robiłam dwa. – Tam możemy porozmawiać. Nie powinniśmy spotykać się z cudzoziemcami. Nigdy nie wiadomo, kto donosi.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Czy naprawdę sądził, że ktokolwiek mógłby uznać mnie za zagrożenie, z moimi dyndającymi tanimi kolczykami i źle wycieniowanymi włosami?

Zniżył głos.

– Mówię poważnie.

Odciągnął nas na bok do osłoniętej bramy. Boris oparł się o nią niedbale, kiwając głową, gdy Sewa dawał nam wskazówki.

– Nie mówcie po angielsku w miejscach publicznych i nie zdradzajcie nikomu, że jesteście Amerykankami – szarpnął krótką brodę kciukiem i palcem wskazującym. – Chodźcie, musimy zejść z tej ulicy.

Ruszyłyśmy znowu naprzód dziarskim krokiem.

– Jesteście tu na wycieczce, tak? – zapytał.

Judy przytaknęła.

– Jeśli ktoś was przyłapie same w miejscu publicznym, powiedzcie, że oddzielono was od grupy, dobrze? Najlepiej unikać kłopotów.

Podczas tego pierwszego spotkania trudno było zrozumieć powagę spraw, o których mówił. W tamtej chwili byłam zaślepiona i oczarowana; coś w chodzie Borisa i delikatny, skryty uśmiech zawsze obecny na jego twarzy sprawiały, że czułam się silna i pełna pasji w mieście Lenina, a szare chmury stawały się srebrzyste.

Sewa mieszkał w centrum Leningradu, w neoklasycznym stalinowskim budynku, zapadniętym i zszarzałym. Główne wejście i schody były zbudowane z szarego betonu i wszystko pochylało się lekko w jedną stronę, jakby sam budynek czuł się wyczerpany. W mieszkaniu Sewy czuło się ludzką obecność, na ścianach wisiały stare ozdoby, które przypominały mi dom dziadków. Wisiała tam też gitara akustyczna. Tuż za głównymi drzwiami stała ława wypełniona stertami tapek, czyli kapci. Po tym mieszkaniu nie wolno było chodzić w butach. Gdy przeglądałam zapasy na ławie, próbując znaleźć coś dla siebie, zauważyłam, że tapki, podobnie jak ten budynek, wydają się stare, zniszczone i używane.

Ktoś otworzył drzwi kuchni i jakaś kobieta przebiegła obok nas do wyjścia.

– Kto to był? – zapytałam Sewę.

– Moja mama.

– Mogę ją poznać? – choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, spotkanie z Sewą i Borisem skłoniło mnie do próby przeniknięcia beznamiętnej rosyjskiej maski.

– Nie teraz. Może następnym razem.

Usadowiliśmy się z Judy i Borisem przy nakrytym obrusem stoliku, podczas gdy Sewa wyjmował kiszone ogórki, ciasteczka i nalewał bursztynową herbatę. Kiedy krążył wokół przestrzeni oświetlonej przez wysokie okna, sufit wznosił się trzy metry nad nim. Dostrzegłam dwa główne pokoje, duży pokój rodzinny z mniejszym nierównym łóżkiem i prawdziwą sypialnię z małą łazienką i jeszcze mniejszą kuchnią wpasowaną w mieszkanie pod dziwnymi kątami. Było mi ciepło i czułam się uszczęśliwiona; wszystko wydawało się jakieś radosne mimo ciężkich chmur oraz zimna wciskającego się przez okna. Rosyjska gościnność jest czymś, co zawsze będzie równie serdeczne i ciepłe jak przy pierwszej wizycie, za każdym razem. Różnica między Rosjanami w miejscach publicznych i prywatnych była uderzająca, jak kąpiel w lodowatej wodzie i gorący prysznic.

W sypialni Sewy wszędzie wisiały plakaty, kilka przedstawiało The Beatles i Johna Lennona, a stare, poblakłe ikony zawieszono na białych ścianach i wypłowiałym gobelinie. Otaczały je naszyjniki i inne ozdoby ścienne z paciorków, niczym na fotografiach w sepii z lat 70. Istnieje świetne zdjęcie Sewy w łóżku pod kolażemze zdjęć, otulonego wzorzystym kocem i z czołem owiniętym bandaną.

Sewa wyglądał jak skrzyżowanie George’a Harrisona z Jezusem Chrystusem – długie włosy, ciemne wąsy i broda. Emanował stonowaną aurą i przyjmował niedbałą postawę. Mówił w sposób, który sprawiał, że czułam się tak, jakby skupiał na mnie całą uwagę i tak samo działał jego skromny uśmiech, który odbijał się w oczach. Siedząc po raz pierwszy naprzeciw niego i Borisa, dostrzegłam, że naprawdę bardzo się od siebie różnią. W przeciwieństwie do delikatnej powagi Sewy Griebienszczikow zachowywał się nierozważnie i spontanicznie. Olśniewał w sposób, który sprawiał, że wpatrywałam się w niego, przypominając sobie nieustannie Davida Bowiego z blond włosami okalającymi kanciasty podbródek i jasnoniebieskimi oczami. Jego wyjątkowy duch przezwyciężył fizyczną posturę i sprawił, że wydawał się mieć dziesięć stóp wzrostu, rozparty obok mnie.

Ku memu zaskoczeniu Boris mówił po angielsku równie dobrze jak Sewa. Gdy rozmawialiśmy, wydobył kartkę białego papieru i starą plastikową puszkę po taśmie filmowej. Wysypał trawkę z puszki na papier, polizał, zwinął i zapalił. Myślałam, że pali jointa, ale gdy zapytałam, wyjaśnił, że to się nazywa papirosy. Dym słodko pachniał, był przezroczysty i okalał jego twarz w anielski sposób, który czynił go jeszcze bardziej nadprzyrodzoną istotą.

– Jakim cudem tak dobrze władacie angielskim? – spytała Judy.

Ja, Boris Griebienszczikow i Sewa Gakkiel w mieszkaniu Sewy, Leningrad, kwiecień 1984

– Mieliśmy czterech najlepszych nauczycieli na świecie: Elvisa, Dylana, Lennona i McCartneya – odparł Boris, starając się powściągnąć dowcipny uśmiech. Podjął: – Gdy słuchasz ich nagrań codziennie, zaczynasz się zastanawiać, co mówią. Wtedy bierzesz dwujęzyczny słownik i zaczynasz wyszukiwać słowa. To naprawdę nie takie trudne.

– Skąd macie ich płyty? – dopytywała się Judy.

– Na początku słuchaliśmy na falach krótkich londyńskiego radia. Ale na czarnym rynku jest prawie wszystko – wyjaśnił Sewa.

– Nie tylko słuchamy – powiedział Boris. – Także śpiewamy te piosenki. Każdy, kto gra muzykę, prawdopodobnie zna angielski, przynajmniej na podstawowym poziomie. Po tym, jak odkryłem Beatlesów, zacząłem czytać amerykańskich poetów, takich jak Jack Kerouac i Allen Ginsberg.

Otworzyłam szeroko oczy i kiwnęłam głową, jakbym również była ich wielbicielką, ale tak naprawdę miałam zaledwie blade pojęcie o zmysłowych, natchnionych postaciach, które nosiły te nazwiska. Wszystko, co zapamiętałam z uniwersytetu, to semestr nad morzem, kiedy podróżowałam po świecie, zanurzając stopy w Morzu Śródziemnym, ale nigdy nie czytałam W drodze ani Dharma Bums. Ci ludzie wiedzieli o mojej kulturze więcej niż ja.

– Czasami – ciągnął Boris – wpada komuś w ręce amerykański film i zbieramy się wszyscy, żeby go obejrzeć.

– Ale opowiedz nam o swojej muzyce, Joanno – wtrącił Sewa. – Chętnie jej posłuchamy.

Odtworzyłam Beverly Hills Brat i Boys, They’re My Toys na walkmanie. Boris założył słuchawki, odchylony do tyłu na wytartej kanapie, z jedną nogą niedbale zarzuconą na drugą i zamkniętymi oczami.

– To naprawdę niezłe – orzekł. – Ale co to znaczy brat?

Wytłumaczyłam, że chodzi o bogate dzieciaki, z którymi dorastałam, pozerów i podrywaczy w lśniących autach, zadzierających nosa.

– Ha! Tutaj nie mamy takiego problemu – oznajmił Sewa; wziął plastikowe słuchawki. – Przyznaję, podoba mi się.

– Macie jakąś swoją muzykę? – spytałam, zadowolona z reakcji i pragnąc się odwzajemnić.

– Tak, ale tylko na kasecie, nie na płycie, jak twoja – powiedział Boris. – Nie mamy dostępu do studia. Potrzebujemy kogoś, kto pracuje w prawdziwym studiu, by wypożyczył nagrywarkę na weekend. Jak ktoś złapie na kilka dni magnetofon szpulowy, wszyscy przychodzą nagrywać. Taśmy są kopiowane i rozprowadzane po całym kraju. Czasami robimy nawet artystyczne okładki, zupełnie jak w Ameryce.

– Dlaczego nie możecie nagrywać w prawdziwym studiu? – zapytałam.

– Nie jesteśmy oficjalnym zespołem – odparł Sewa.

– Niektóre grupy podpisały umowy z władzami. Mogą występować przed publicznością i otrzymywać wynagrodzenie – wyjaśnił Boris. – Mają dostęp do studiów nagrań i mogą wydawać płyty w Miełodii, jedynej wytwórni płytowej w ZSRR.

– Dlaczego wy tego nie robicie? – spytałam.

Boris umilkł i pochylił się do przodu, jakby jednocześnie pouczał dziecko i chciał podzielić się sekretem, zupełnie jakby znał mnie całe życie.

– Ponieważ oficjalne zespoły muszą najpierw przedkładać teksty władzom. Teksty są cenzurowane. Dlatego są nudne. Ale tutaj każdy musi mieć rządową posadę, więc dla niektórych bycie w oficjalnym zespole to praca jak każda inna. Pracowałem jako nocny stróż. To było świetne – jeśli miałem dwudziestoczterogodzinną zmianę, mogłem wziąć pięć dni wolnego. Dawało mi to czas na granie. Teraz jestem nauczycielem muzyki i pracuję, kiedy chcę. Mógłbym grać własną muzykę nielegalnie w podziemiu, ale w ten sposób mam więcej swobody. To naprawdę nie takie złe.

Wszystkiemu, co mówił, towarzyszył zawsze lekki uśmiech błąkający się na ustach albo skryty błysk rozbawienia rozjaśniający jego oczy, jakby wszystko trochę go bawiło i nie traktował świata zbyt poważnie.

Nałożyłam słuchawki, gdy Boris włożył kasetę do mojego walkmana i nacisnął klawisz „play”. Już pierwszy akord wypełnił moją głowę. Ta natchniona muzyka zapadała w pamięć, a gdy Boris śpiewał, jego głos był przeszywający i absolutnie nieokiełznany. Muzyka była pełna gorączkowej energii, jak wycie wilka lub wodospad huczący wśród głazów i spływający z 25 metrów; choć nie rozumiałam ani słowa, czułam się oświecona i wywyższona. To wydawało się głębokie, wspaniałe i intensywne, wyrażające na przemian rozpacz i nadzieję, smutek i radość, ciemność i ekstazę. To było czyste. To był Boris.

Zarumieniłam się i odchyliłam na oparcie krzesła, wzburzona trudnym do zniesienia połączeniem zażenowania i paniki, gdy wezbrało we mnie ciepłe i niemal przyprawiające o mdłości uczucie. Myślałam, że jestem ważną amerykańską rockmanką ze Studia 54, na widok której ci represjonowani rosyjscy muzycy będą się ślinić, ale bardzo się myliłam. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że nie jestem artystką, tylko po prostu niemądrym dzieciakiem snującym naiwne marzenia i piszącym głupie piosenki o kolegach ze szkoły. Boris zawarł więcej talentu w jednej piosence, niż ja kiedykolwiek mogłabym mieć w całej sobie. To było jak błyskawica rozświetlająca dla mnie świat muzyki i wreszcie zrozumiałam siłę, rezonans i podstawę, jaką powinna mieć niezwykła piosenka.

Gdy zaczęłyśmy się zbierać, Boris pochylił się do mnie i powiedział:

– Jutro wieczorem gram undergroundowy koncert, gdyby znowu udało wam się wymknąć. Bardzo bym chciał, żebyście przyszły. To nie jest występ naszej kapeli rockowej, ale szalony eksperymentalny wieczór prowadzony przez Siergieja Kuriochina11 albo Kapitana, jak go powszechnie nazywają.

Wymówił „Kap-ii-TANA”, wciąż z błyskiem w oku.

– To będzie coś zupełnie nie do przewidzenia – oznajmił Sewa z przejęciem.

Rzecz jasna chciałam pójść. Czułam, że nic nie będzie miało znaczenia, dopóki nie usłyszę więcej tej muzyki i nie zobaczę więcej tych ludzi, którzy wydawali się doświadczać życia na głębszym, ezoterycznym poziomie. Następnego dnia znowu poinformowałyśmy naszą przewodniczkę, że nie czuję się dobrze, a Judy musi zostać, żeby się mną zaopiekować. Wieczorem wymknęłyśmy się około ósmej i spotkałyśmy z jedną z koleżanek Borisa i Sewy za rogiem hotelu, gdy słońce nadal jasno świeciło. Kiwnęła mi głową, co potraktowałam jako znak, by podążać za nią. Byłyśmy tak ostrożne, jak to tylko możliwe, nie odezwałyśmy się ani słowem po angielsku i zrobiłyśmy, co w naszej mocy, by wyglądać tak chłodno i obojętnie, jak tylko potrafiłyśmy. Kątem oka złowiłam spojrzenie Judy i wymieniłyśmy szybkie uśmiechy.

Siergiej Kuriochin, Kapitan, organizował i prowadził koncerty undergroundowe

Koleżanka zaprowadziła nas w miejsce, które wyglądało na opuszczony stary dom, popękany i ledwo dyszący, z pochyłym dachem i zasłoniętymi oknami. Weszłyśmy do pokoju, gdzie odsłonięte, przerdzewiałe rury wydawały się gotowe eksplodować na białe cegły i okna zakryte zbyt wielkimi płachtami czarnej tkaniny. Gdyby taki budynek znajdował się gdziekolwiek w Los Angeles, na drzwiach frontowych wisiałaby wielka tablica z napisem: „Do rozbiórki”.

Główną zaletą pokoju były jego znaczne rozmiary. Gospodarze rozstawili około czterdziestu niedobranych drewnianych krzeseł i wszystkie były zajęte. Boris otoczył silnymi palcami gryf wiolonczeli i spróbował zagrać, trzymając smyczek nieporadnie, jak widelec. Kilku innych muzyków uderzało pałkami perkusyjnymi i wciskało obcasy w podłogę, usiłując dotrzymać mu tempa. Jeden gość grał na niepodłączonej basowej gitarze elektrycznej, podczas gdy Siergiej dyrygował z saksofonem przy ustach, a wszystko to za konstrukcją z podwieszonych ciężarków i odważników, które brzmiały jak syntezator. W odróżnieniu od Sewy i Borisa, zachowujących się spokojniej, Siergiej Kuriochin był żywiołowym i psotnym jak dziecko strumieniem ruchu i światła. Miał młodzieńczą, kanciastą twarz, ale był już mistrzem w swoim fachu i w pełni kontrolował całe to szaleństwo. To były tak eklektyczne dźwięki, że przez chwilę zastanawiałam się, czy można nazwać je muzyką, ale w jakiś sposób cały ten bezładny chaos przeobraził się w coś wyczuwalnego i wibrującego, co wypełniło całe moje jestestwo. Ta sztuka, ten transformacyjny eksperymentalizm był najczystszą formą tworzenia i istnienia, z jaką kiedykolwiek zetknęłam się w życiu.

Boris grający na wiolonczeli podczas pierwszego undergroundowego koncertu, na którym byłam w Leningradzie, kwiecień 1984

W latach 80. Leningrad przypominał to, co słyszałam na temat hipisowskich lat 60. w Ameryce, czasów wspominanych dekady później z błyskiem w oku i smakiem euforii wciąż na języku. Był to jeden z najlepszych wieczorów w moim życiu i patrząc wstecz, stwierdzam, że w owej chwili zdałam sobie sprawę, iż doświadczam czegoś absolutnie wyjątkowego i surrealistycznego. Moi nowi znajomi byli niesamowitymi muzykami, a także artystami i potrafili przekuć tę intensywność oraz intymność w malarstwo, taniec, poezję itd. Odkryli sposoby wypełniania długich, pustych dni komunistycznych przedsięwzięć swego rodzaju pośrednim protestem, tworząc obrazy, teksty i filmy, które łączyły uczestników i kształtowały solidarność. Spojrzałyśmy z siostrą na siebie i wiedziałyśmy, że musimy uchwycić ten impet i percepcję świata, kręcąc później film, robiąc zdjęcia i przeprowadzając tyle wywiadów z naszymi nowymi przyjaciółmi, ile się da w czasie, który pozostał. Ta zawilgła undergroundowa scena przy bocznej uliczce w Leningradzie była okiem cyklonu, otaczającego nas elektryzującą i przemożną siłą nie do uniknięcia.

Po występie Boris i Siergiej zabrali mnie na spotkanie ze swoim przyjacielem Kolą Wasinem, lepiej znanym jako Beatlesowiec12. Jego mieszkanie komunalne wypełniało ponad tysiąc przedmiotów związanych z Beatlesami: ogromne plakaty, kolorowe płyty, po ponad dwudziestu latach od wydania wciąż dostępne w Rosji jedynie na czarnym rynku, portrety, przypinki i magnesy z czterema kultowymi twarzami, promiennymi, otwartymi i gotowymi zacząć śpiewać w tym samym języku, którego Judy i mnie zabroniono używać. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego ani nie spotkałam kogoś tak pełnego pasji i oddania jak Kola. Z wypiekami na policzkach opowiadał nam, że co roku wysyłał Johnowi Lennonowi teleks na urodziny i za którymś razem otrzymał w odpowiedzi podpisany album Johna i Yoko.

Kola zupełnie nie wyglądał jak ktoś, kogo oczekiwałam, gdy powiedziano mi o Beatlesowcu. Był postawny i krzepki, miał ciemną zmierzwioną brodę i wąsy, które przesłaniały szeroki, wciąż powracający uśmiech. Nie mógłby być bardziej jowialny. Nie znał angielskiego poza tym, czego nauczył się z tekstów piosenek Beatlesów, więc kierowało to naszą rozmową, gdy podawał nam ciepłe jedzenie i napoje wypełniające szklanki po brzegi.

– Bardzo dziękuję za kolację, Kola – powiedziałam.

– Johnny! – odparł, wymawiając moje imię podobnie jak odbierało je wielu Rosjan. – All you need is love!

– Słusznie, Kola, potrzebujemy tylko miłości – odparłam. – Świetna jest ta kolacja.

– Johnny! I Am the Walrus!13 – brzmiała jego odpowiedź.

Wskazał w stronę wypchanego kolorowego albumu ze zdjęciami z życia Johna Lennona i wykonał gest, jakby podpisywał coś w powietrzu. Kiedy się bliżej przyjrzałam, uświadomiłam sobie, że kazał wszystkim gościom wpisać nazwisko „John Lennon” na szerokich białych kartkach. Uśmiechnął się do mnie, gdy pisałam swoją wersję.

Siergiej Kuriochin też tam był. W tym wczesnym okresie trzymał się Borisa i mnie przez większość wieczorów, które spędziłam w Leningradzie. Nic nie szkodziło, że podobnie jak ja nie palił i nie brał narkotyków, co się rzadko zdarzało wśród Rosjan. Pił, owszem – bez tego nie byłby Rosjaninem – ale na tym kończyły się jego złe nawyki. Przyciągnęła mnie jego niewyczerpana energia i wyrazisty entuzjazm. „Jo” – mówił, zmagając się z barierą językową, a potem robił zabawną minę, wydawał okrzyk albo chrząkał, żeby przekazać swoje myśli. Był chyba najbardziej sugestywną osobą, jaką znałam.

Siergiej był geniuszem i wiedział o tym. Wszyscy wiedzieli. Muzyczne pomysły nieustannie przepływały mu przez głowę jak lśniące meduzy na otwartym, nieskończonym oceanie. Bez przerwy postukiwał stopą albo poruszał gwałtownie palcami, jakby grał na urojonym pianinie. Nie wiem, kiedy sypiał. Przekraczał wszelkie granice – oficjalnie uznani muzycy rockowi, undergroundowe kapele, muzycy klasyczni, jazzmani, inteligencja czy krytycy muzyczni, wszyscy szanowali i kochali Siergieja Kuriochina.

Ten pierwszy wieczór, kiedy go poznałam, wciąż należy do moich ulubionych doświadczeń, wypełnionych olśniewającymi nieznajomymi i niezatartymi wspomnieniami. Gdy zbierałyśmy się z Judy, żeby wśliznąć się z powrotem do hotelu, Beatlesowiec spojrzał na mnie z promiennym uśmiechem i wykrzyknął: „Strawberry fields forever, Johnny!”.

Miałyśmy odlecieć następnego dnia, ale nie mogłam wsiąść do samolotu bez jeszcze jednego pożegnania z Borisem. Umówiliśmy się na ulicy, zasłonięci przez posępne, toczące się przed siebie ciała przedstawicieli klasy robotniczej i zaprowadził mnie do siebie. Mieszkał na najwyższym piętrze starego, krzywego budynku z długimi kondygnacjami schodów. Popłynął w górę jak anioł, którym był, podczas gdy ja rozpaczliwie starałam się za nim nadążyć, sapiąc i zdmuchując platynowe włosy z twarzy. Na ścianach klatki schodowej wisiały setki rysunków i zapisów, żółtych, czerwonych i czarnych portretów i wierszy podarowanych guru rock’n’rolla, gdzie fani mogli czasami nawet przystanąć i śpiewać. Gdy drzwi mieszkania otworzyły się na oścież, gromadka ludzi rozbiegła się z kuchni do kilku pokojów. Została tylko jedna twarz, którą znałam: Sewa.

Podpisany przez Yoko i Johna album był jedną z najcenniejszych pamiątek Koli Wasina

– To wspólne mieszkanie – wyjaśnił Boris. – Trudno dostać lokal mieszkalny, zwłaszcza w centrum miasta, dlatego większość ludzi żyje w takich grupach.

– Dlaczego uciekli?

– Można popaść w tarapaty, gdy rozmawia się z cudzoziemcami, ale jeśli ludzie są w pokojach, oficjalnie cię nie widzieli. To ich alibi. Mogę niemal zagwarantować, że po twoim wyjściu zjawi się tu KGB.

Starałam się zignorować tę myśl, gdy usiedliśmy przy słodkich ciasteczkach i gorzkiej herbacie, które Boris postawił na stole. Znowu skręcił sobie papirosa. Zazwyczaj nie znosiłam papierosowego dymu, ale kiedy Griebienszczikow palił, nie przeszkadzało mi to. Nawet wdychałam głęboko dym, próbując utrwalić w myślach tę aromatyczną woń, gdy słuchałam jego głosu.

– Kilka miesięcy temu był tu jakiś bankier, który mówił, że pracuje z Davidem Bowiem. Wziął kilka moich nagrań, podobno Bowie ich wysłuchał i mu się spodobały. Zapytał, czy Bowie może mi kupić coś potrzebnego. Zdołasz go odszukać? On mógłby mi pomóc.

Ja i Boris na dachu budynku, w którym mieszkał, Leningrad, 1984

– Spróbuję. Masz jego numer?

Boris podał mi go.

– Chcę tu wrócić – powiedziałam. – Uważam, że masz niezwykły talent. Ludzie w Ameryce powinni usłyszeć twoją muzykę, a ja chcę ci pomóc. Jeśli uda mi się wrócić, co mogę przywieźć?

– Wielu mówiło, że wróci – wtrącił Sewa. – Nigdy nie wracają.

Lekko wzruszył ramionami i uniósł ręce.

– Ja wrócę.

Nie mogłam myśleć o niczym innym. Jeszcze nawet nie wyjechałam, a już planowałam, kiedy, a nie – czy wrócę. Krótkie spotkania z tymi muzykami, niewypolerowane srebrne serce miasta już wtajemniczyły mnie w to, czego mi brakowało w domu i dotąd nie zdawałam sobie z tego sprawy. Do tamtej chwili zadowalałam się unoszeniem na falach życia bez prawdziwego zakotwiczenia. Ci ludzie, wielcy duchem i umysłem, byli dla mnie objawieniem. Pierwszy raz ujrzałam przed sobą nowy cel: zarówno muzyczną inspirację tych ludzi, jak i motywację, żeby tam wrócić, do miejsca, w którym zaczęłam się uczyć, co to znaczy być człowiekiem, a w konsekwencji, co to znaczy być sobą.

Tamtego przedpołudnia zanim opuściłam hotel, by odszukać Borisa, pomyślałam, żeby podarować mu jakiś prezent z Ameryki, dzięki któremu będzie o mnie pamiętał, kiedy wyjadę. Przypomniałam sobie butelki po alkoholach z Zachodu ustawione na półce w jego pokoju, czyste i lśniące, oraz plakat Boba Dylana na ścianie. Co mogłam mu dać z rzeczy, których jeszcze nie zaczął kolekcjonować? Przypomniałam sobie, jak powiedział, że nigdy nie widział takich czerwonych tenisówek jak moje Converse All Stars ani takich spodni jak moje obszerne workowate dżinsy z wystarczającą liczbą kieszeni, by pomieścić tam całą orkiestrę. Wiedziałam, że buty będą za małe, ale wzięłam je ze sobą i podarowałam mu. Patrzyłam, jak wykręca i obraca stopy, aż w końcu wcisnął je w tenisówki i zawiązał ciasne białe sznurowadła, a potem wykonał taki sam taniec z moimi dżinsami.

– Są idealne – oznajmił.

Nie wiedział, że kilka lat później to ja będę słuchała jego wskazówek w dziedzinie mody, obciążając palce srebrnymi pierścieniami z dużymi kolorowymi kamykami i zakochując się w pasiastych koszulkach, które nosił. Jego styl był niezwykle luźny, przypominał mi swobodę otwartych mórz, które byłam gotowa przepłynąć, żeby wrócić do Rosji i Borisa.

– Jeszcze mi nie odpowiedziałeś – przypomniałam, powracając do obecnej chwili. – Jeśli będę mogła znowu przyjechać, co byś chciał? I o co poprosić Bowiego?

– O gitarę Fender Stratocaster.

Powiedział to takim tonem, jakby przez całe życie wiedział, czego chce, i gdy obiecałam, że zapytam, jego policzki podjechały do góry w uśmiechu.

Zapytałam Borisa, czy mogłabym nagrać wywiad z nim na mojego walkmana. Okazał się pierwszym z wielu nagranych przez lata i zamieszczam w tej książce jego fragment.

Zanim się pożegnaliśmy na koniec tej pierwszej podróży, Boris powiedział, że chce mnie zabrać do cerkwi. Nadeszła prawosławna Wielkanoc, a według dokumentów on był chrześcijaninem, lecz w duchu mędrcem szerzącym akceptację, tolerancję i wiedzę. Dorastałam z matką wychowaną w wierze katolickiej i ojcem Żydem, co zaowocowało religijnym impasem i sprawiło, że stałam się podejrzliwa, nie reagując na możliwość uzdrowienia czy motywowania przez religię. Mimo to zgodziłam się pójść z Borisem. W ZSRR religia była oficjalnie zdelegalizowana, ale jak wiele innych rzeczy nieoficjalnie ją tolerowano. Gdy staliśmy przed budowlą o łagodnym pomarańczowym odcieniu i ściskaliśmy się na pożegnanie, widziałam, że oczy Borisa, jak wcześniej oczy Sewy, wątpią we mnie. Nie mógł wiedzieć, że gdy się oddalałam, spoglądając na niego w moich dżinsach, czerwonych butach i bandanie zawiązanej niedbale na złotych włosach, poczułam się wreszcie tak, jakbym w coś uwierzyła. Był światłem, a ja jak każda rozumna, podążająca za instynktem istota pragnęłam iść w stronę światła.

Tak się to zaczęło. Na następne dwanaście lat Rosja stała się moim życiem, bo dotrzymałam obietnicy i ciągle tam wracałam. Chyba po raz pierwszy Amerykanka dowiodła Borisowi i Sewie, że się mylą.

WYWIAD Z BORISEM GRIEBIENSZCZIKOWEM

Przeprowadzam wywiad z Borisem, Leningrad, listopad 1984

Joanna: Jakie były początki zespołu?

Boris: Zaczęliśmy grać około 1972 roku z moim przyjacielem14 z dzieciństwa. Nie mieliśmy żadnych wzmacniaczy i nie dbaliśmy o to. Po prostu zaczęliśmy pisać własne piosenki i wpadliśmy na pomysł stworzenia zespołu. Ludzie zaczęli krążyć wokół nas i pojawiło się kilku dobrych muzyków – tak się zdarzyło. Nikt nie próbował nikogo zapraszać, po prostu znajomi i znajomi znajomych okazali się dobrymi muzykami i teraz mamy świetnych wykonawców.

Kto pisze piosenki?

Ja piszę 99 procent z nich, ale muzykę układamy razem. Po prostu poddaję pomysł: zagrajmy coś. Myślę, że zrobię to i tamto, a potem zaczynamy próby, kiedy przyjdzie co do czego. Chociaż zwykle nie robimy prób.

Wyjechałbyś teraz z kraju, gdybyś mógł?

Wydaje mi się, że to, co tu robię, jest bardzo potrzebne. Ludzie potrzebują tego, co robimy, a jeśli nie my, to nikt tego nie zrobi. Dopiero teraz zaczynamy tworzyć miejsce dla siebie w tej strukturze społecznej. Szkoda, że wcześniej nie było miejsca dla ludzi takich jak my. Zanim to się stało, było do wyboru albo dostosować się do wszystkich innych i tego, co robią, albo trzymać się swojej etyki i robić, co chcesz, choć nikt o tym nie usłyszy. Teraz, przy tym, co robimy, stajemy się coraz więksi i zamiast nas powstrzymać... hm, no cóż, mogą powstrzymać nas w każdej chwili...

Jak?

Mogą nas wsadzić do więzienia albo coś w tym rodzaju, ale rozmawiamy o tym, co dzieje się teraz i zrobienie czegoś takiego byłoby poza kontrolą. Chcieliby mieć jakiś powód, żeby to zrobić, ale żadnego nie mają. Mimo to wciąż próbujemy czegoś zupełnie innego niż oficjalni artyści. Może piętnaście lat temu to było niemożliwe.

Dlaczego jest możliwe teraz?

Ponieważ nikt do końca nie rozumie, co się dzieje. Nikt nie wie na pewno, jaki będzie następny oficjalny prąd w sztuce, więc na wszelki wypadek dopuszczają po kawałku wszystkiego, a my próbujemy być naprawdę coraz większym kawałkiem.

Jak rozpowszechniacie swoją muzykę?