Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-902971-1-6
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Krokowej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 1995
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
pamięć
Europy
R : wa; CHIMl sn
3& 1
CHRISTIAN GRAF VON KROCKOW
Czas kobiet
•V . -. •*. % •'■■'*
■■-*#£.
-
v?mri
Axia r\
SK*^
""*' Jlkl
•■%. ■'m,nJ&r .%
c^r i m %
—Sioa* w mSte
/ ^
/ * / I'
m 1*
H-Sife JSfc. -i. -4&>W
OŁ rvx
i $ tis& JW rm
5--fkL'-,"»•»» '
Ul***" Cli
#%, *» -•••■ *• *•
a 3* A «*
" ^; *' *"'* - - -»,
r. vjl".. >i
CHRISTIAN GRAF VON KROCKOW
Czas kobiet
Do Zakenzina i z powrotem
Wiosna, jakiej jeszcze nie było
Letnie tygodnie w domku ogrodnika
Światła w ciemności
Żar pod popiołem
Podróż na zachód
Podróż na pomorze
AA
Czas kobiet
pamięć
Europy
CHRISTIAN GRAF VON KROCKOW
Czas kobiet
/Ągsjicj* Tli
Warszawa 1995
pamięć
Europy
Tłumaczenie IWONA BURSZTA
Redakcja serii: Anna Mieszczanek, Łukasz Małachowski Korekta: Maria Choińska
Znak graficzny serii oraz okładka: Maciej Sadowski Skład: Studio Furia
Znak graficzny Agencji: Ola Mieszczanek
© 1988 Deutsche Verlags - Anstalt GmbH, Stuttgart. Title of the German ori-ginal edition „Die Stunde der Frauen".
I wydanie polskie w Wydawnictwie CDN, 1990 - lst Polish edition by Wydawnictwo CDN, 1990.
© For the Polish edition 1995 by Agencja Wydawnicza Tu, 00-991 Warszawa 44, skrytka pocztowa 48, tel. 610 78 04
flguuj*i fOyiAHnUsa TU
ISBN 83-902971-1-6
Zdjęcie na okładce (na podstawie oryginału niemieckiego) przedstawia bohaterkę razem z matką i braćmi, którzy - jako młodzi podporucznicy zginęli podczas wojny.
Przedmowa
Książka ta zawiera dramatyczną opowieść. Dokładniej rzecz ujmując, opowiedziała mi tę historię, kawałek po kawałku, w długie zimowe wieczory moja siostra, Libussa Fritz-Krokow. Historia to nie zmyślona, lecz prawdziwa. Mówi o mrocznych czasach, pomiędzy rokiem 1944 a 1947. Przenosi nas na wschód, na Pomorze.
Koniec niemieckiego panowania, tryumf i zemsta zwycięzców, zagłada rodzinnego kraju i porządku życia, w ogniu i krwi. Właśnie tego nam jednak trzeba. Dowiadując się, co potrafimy sobie wzajem uczynić, odkryjemy zarazem jak wielką mamy siłę, by człowieczeństwo ratować. Książka ta bowiem opowiada o współczuciu i odwadze, o rozwadze i energii potrzebnej do działania, o sile słabych. Tam, gdzie rządzi strach, nietrudno spotkać również sytuacje groteskowe czy nawet komiczne.
Jak każda historia prawdziwa, również i ta jest całkowicie niepowtarzalna. Nikt nie przeżył jej dokładnie tak samo, jak moja siostra. A przecież, jak wiele spraw będących naszym udziałem, wraz z Libussą przeżywały tę historię miliony ludzi, kobiety i mężczyźni, starcy i dzieci, zwyciężeni i zwycięzcy, Niemcy, Rosjanie, Polacy. To współprzeżywanie sięga być może nawet jeszcze o wiele głębiej. Cóż właściwie się wydarzyło, gdy upadała Kartagina, Granada, Konstantynopol, Stary Meksyk albo dawne Południe w Stanach Zjednoczonych? I co przyszłość przynieść może Afryce Południowej? W napięciu pomiędzy tym, co jednorazowe, a tym, co uniwersalne, nie ma wszakże sprzeczności. Tu właśnie tkwi istota wszelkiej historii.
Powstaje oczywiście pytanie, jak dalece można polegać na wspomnieniach po czterdziestu z górą latach, po niemal półwieczu. Czasami pamięć milczy, gdy powinna mówić, a własne niedostatki tuszuje późniejszymi wymysłami. Porządkuje i objaśnia to, co w zamęcie zdarzeń było pogmatwane i wieloznaczne.
Często popełnia poważny błąd, stojąc po jednej ze stron. O wszystkim tym trzeba pamiętać, bo wykluczyć uchybień nie można.
Wątpliwości dotyczą jednak tylko szczegółów, następstwa zdarzeń i temu podobnych. Istota pozostaje ta sama, zwłaszcza tam, gdzie przydarza się coś niezwykłego, zupełnie nieprawdopodobnego, według naszej normalnej miary. Odpowiedzialnością możemy obarczyć w tej książce nie tylko pamięć - do rozdziałów „Podróż na Zachód" i „Podróż na Pomorze" siostra poczyniła zapiski już w 1947 roku. Również moja matka pozostawiła własną relację. Można było indagować świadków, albo wykorzystać częściowo ich pamiętniki. Zaznaczyć też trzeba, iż w niektórych przypadkach, ze względu na żyjących jeszcze bohaterów i ewentualne zastrzeżenia krewnych, zmieniono nazwiska postaci. O dziejących się w tle akcji wydarzeniach, o przyczynach zła mówią cytowane dokumenty - teksty zaznaczone kursywą. W przypisach podano ich źródła.
Kolejne ważne pytanie brzmi: czy autor nie ingeruje w opis przez swoje rozumienie bądź niezrozumienie wydarzeń, przez identyfikację lub dystans, przez wybór tego, co istotne i nieistotne? A nawet przez język, szczególnie wtedy, gdy w celu unaocznienia opowieści zachowuje „ja" swojej narratorki? Owszem, jest tak z całą pewnością. Nie może to jednak budzić zastrzeżeń. Niezbywalnym obowiązkiem autora jest nadawanie materiałowi - na miarę swych najlepszych możliwości - takiej formy, która pozwoli mu przemówić. Dopiero dzięki niej powstaje książka -świadectwo zdarzeń.
Czytelnik prawdopodobnie zauważy, że za burzliwą akcją książki kryje się jeszcze drugi, nie mniej dramatyczny wątek. Nie dotyczy on - przynajmniej w zwykłym sensie tego słowa - zwycięzców, Rosjan czy Polaków, jeszcze mniej zaś zwyciężonych. Dotyczy kobiet i mężczyzn.
W szczególny sposób wiąże się on z niemiecką historią. Nasze poglądy na to, co słuszne, a co nie, nasze poczucie porządku, nasze cnoty i przywary były przez długi czas bardzo jednostronnie kształtowane. Decydowała o nich na ogół tradycja protestancka, prusackie, militarne, bardzo męskie wychowanie, doprowadzane czasami do skrajności. Nasza zdolność do wielkich czynów i grożący nam zawsze upadek wyrosły właśnie z pragnienia sukcesu i gotowości do walki, do samoofiarowania się dla ideałów, do służenia państwu i majestatowi urzędu, do spełniania rozkazów i do posłuszeństwa. Wyrosły z poczucia obowiązku, według którego sens życia opromieniała dopiero śmierć. Ta jednostronność naszego charakteru nieuchronnie prowadziła do myślenia w kategoriach albo-albo: przyjaciel albo wróg, wszystko albo nic, zwycięstwo albo klęska.
W czasach niespodzianego upadku, te jednostronnie „męskie" zasady tracą cały blask. Nagle stają się nic nie warte, nikomu nie są potrzebne, załamują się. By przetrwać klęskę i w ogóle żyć, potrzeba czegoś zupełnie innego. Nie uprzedzajmy jednak czego, o tym bowiem mówi książka w drugim, ale w rzeczywistości głównym, wątku.
Christian Graf von Krockow
Jeszcze jedno wielkie święto
Przedślubny wieczór
„Jobst-Werner Adam baron von Oldershausen, kapitan." Staromodne pióro skrobie, haczy o papier, bryzga atramentem. Ze ściany, wsparłszy rękę na biodrze, spogląda zadowolony FUHRER - w końcu przecież potrzebuje żołnierzy. W rodzinnym sztambuchu, na szpalcie poświęconej dzieciom jest miejsce na dziesięć wpisów. A może dwanaście? W każdym razie wystarczy. U dołu strony wydrukowano sentencję:
„Również małżeństwo nie może być celem samym w sobie, lecz. służyć powinno jednemu z największych zadań - pomnożeniu i utrzymaniu gatunku i rasy. Tylko to jest jego sensem i celem. - Adolf Hitler."
Tymczasem tuż obok Fuhrera, bardzo niestosownie, kapie do balii. Pan Jiirgens, urzędnik stanu cywilnego z Glowitz, okręg Stolp na Pomorzu, jest bowiem przede wszystkim fotografem naszej parafii, wszechobecnym przy chrztach, konfirmacjach i ślubach w okolicznych wsiach. Właśnie rozwiesił na sznurze odbitki do wyschnięcia.
Teraz na mnie kolej: „Eva-Margarete Libussa baronowa von Oldershausen..." Co dalej? Urzędowa rubryka jest zapełniona i więcej miejsca nie przewidziano. Ludzie nazywają się tu zwięźle: Karl Peske, Emil Klick, Grete Musch. Przez moment pan Jiirgens czuje się bezradny. Ale trzeba pisać dalej, więc niewiele się namyślając przenosi na następną stronę: „... urodzona w Wickerau hrabianka von Krockow".
Potem świadkowie. Najpierw „stary Glowitzer", rocznik 1859, brat babki, zmarłej przed rokiem „żelaznej hrabiny". Właśnie zakłócił urzędowe błogosławieństwo pana Jiirgensa, mrucząc pod nosem, jak zawsze jednak wystarczająco zwięźle: „Gerhard Eugen Friedrich Lorenz Karl von Puttkamer".
Potem ojciec Jesko, jak go wszyscy nazywamy, a dokładniej rzecz biorąc mój ojczym, bo matka wyszła za mąż po śmierci ojca: „Jesko Ludwig Giinther Nikolaus baron von Puttkamer". Ci baronowie to margines licznego pomorskiego rodu Puttkamerów, nie do nich bowiem należą majątki, baronowie jednak czy nie, prawie wszyscy noszą imię Jesko albo Jesco, ewentualnie (to już zbytek fantazji) Hans-Jesco albo Karl-Jesco. Wuj Gerhard jest więc jeszcze dodatkowo i w tym względzie na marginesie.
Znowu mruczy, tym razem głośniej, bo pan Jurgens wręcza tymczasem prezent, książkę Fuhrera „Mein Kampf". „Młodej parze z najlepszymi życzeniami szczęścia i błogosławieństwa Bożego w małżeństwie, ofiaruje zarząd gminy" - wstemplowano na przedzie. I jeszcze ręcznie dopisana data: piątek, 16 czerwca 1944 roku. Stary Glowitzer wciska na głowę kapelusz, bierze laskę do ręki i już wychodzi. Bez pożegnania.
- A to chytrus! Nie, złodziej! Za nim! - krzyczy ojciec Jesko. Na haku wisi bowiem już nie jego wyszukanie elegancki letni kapelusz, ale inny, zmiętoszony nie do poznania, od pół wieku noszony zapewne przez wujka Gerharda w wiatr i niepogodę, na polu, w stajni i do kościoła, dawno spłowiały od pierwotnego zielonego koloru do szarego czy brunatnego. - Trzeba po prostu uważać - brzmi melancholijny komentarz wuja, gdy doganiamy go wreszcie bez tchu.
Wracamy do powozu czekającego przed urzędem stanu cywilnego. Woźnicy, Karlowi Pallasowi bat potrzebny jest tylko jako symbol godności, wystarczy bowiem ciche cmoknięcie i niewielki ruch cugli, a Jaskółka i Zorza już kłusują. Parskają z zapału, pędząc ku domowej stajni. Ich kopyta wystukują takt na szosie przez Neu-Klenzin do Rumbske. Jakiż piękny dzień! Kilka białych obłoczków żegluje pod słońcem w ledwo wyczuwalnym wietrze. Po prawej pnie się zbocze, którego nazwa tak pasuje do sytuacji: Hochzeitsberg - Weselne Wzgórze. Zboże dojrzewa do żniw. Świergoczą skowronki. Po lewej, od rozległych łąk pachnie świeżo skoszonym sianem. Bociany kroczą dostojnie. Nad rowem stoi bez ruchu siwa czapla. A niewiele dalej widać sarny z ko-źlątkami, przysiadły przeżuwając, wóz im zupełnie nie przeszkadza. Obrazki pokoju.
Walki w Normandii z dnia na dzień coraz bardziej zacięte. Jeśli w pierwszych dniach zależało wrogowi jedynie na tym, by pewnie utrzymać się na wybrzeżu, to teraz próbuje rozszerzać swe przyczółki na wszystkie możliwe strony. Bitwa osiąga punkt kulminacyjny wśród salw najcięższych dział okrętowych, ciągłych ataków powietrznych i przy użyciu po obu stronach wciąż nowych sił pancernych i pieszych.1
Przedślubny wieczór. Niektórzy goście już zjechali - krewni Jobsta z Hanoweru i Holsztyna, moje przyjaciółki z okolic Berlina. Po jedzeniu trzaska ogień na kominku, bardziej po to, żeby było przytulnie niż ciepło. Rahnini - a właściwie panna Rahn, nasza gosposia - deklamuje w śląskim dialekcie własne rymowanki. Pojawiają się naturalnie również oryginalne pomorskie przyśpiewki, na przykład wierszyki z przedwojennych dożynek:
Życzymy łaskawej panience ogrodu różanego,
żeby mogła w nim czekać swego kochanego.
Innym razem śpiewano:
Życzymy hrabiance podcienia jaśminowego,
żeby mogła tam czekać na niego.
Teraz zaś dodano:
Zielone liście, biały strój -już czas najwyższy, Boże mój.
Kochana Rahnini, cóż ty wiesz? Jak ja „na niego" czekałam przed czterema laty! Nasze zaręczyny były już od dawna uzgodnione. Ale suche zawiadomienie z frontu głosiło, że „nie powrócił z lotu nad terytorium nieprzyjaciela."
Na dworze tłuką się jakieś duchy. Naczynia na schodach ganku porozbijane tak obficie, jakbyśmy je ciągle mieli w nadmiarze. Obyczaj nakazuje, by następnego ranka młoda para zamiotła skorupy, przy czym narzeczony musi wziąć miotłę, a narzeczona szufelkę. Gdyby się stało odwrotnie, gdyby narzeczona wzięła miotłę do ręki, byłby to zły omen, niemal wbrew porządkowi tego świata - w małżeństwie rządziłaby kobieta, a jej mąż byłby pantoflarzem.
Piliśmy dużo i dobrze. W pewnym momencie Jobst wziął do ręki gitarę i raczej głośno niż dźwięcznie zaczął śpiewać o Ma-ruszce, najpiękniejszym dziecku w Polsce. A potem „Im Ural, da bin ich geboren, bin eines Kosaken Sohn" (na Uralu, tam się urodziłem, ja Kozaka syn). Gdyby to Fiihrer wiedział!
Ach, Jobst. Nieodłączny przyjacielu mojego brata ze szkoły podchorążych, znam cię już siedem lat, od 1937 roku. Zawsze nazywałam cię „dużym bratem", bo jesteś nieco starszy. Twój przyjaciel padł już we wrześniu 1939 roku pod Warszawą. Mój drugi brat podążył wkrótce za nim. Jeden za drugim szli naprzód drogą bez powrotu. Ty zostałeś, choć z długą i głęboką szramą przez głowę. Zabiegałeś wytrwale, a ja się wytrwale broniłam -nie można poślubić brata. A może moja obrona należała do konwencji, która zaleca drogi inne od wskazywanych sercem? Było jak było, ale Rahnini miała chyba rację z tym „najwyższym czasem". Coraz dłuższy i dłuższy jest bowiem pochód umarłych.
Pruska precyzja
Czyż piąty rok wojny nie wymaga ścisłych ograniczeń, a przeto dyskretnego, cichego wesela w najmniejszym gronie? Czy można świętować tak, jakby panował pokój? Czy to w ogóle możliwe?
- Ależ oczywiście, właśnie teraz trzeba! - usuwa na bok moje skrupuły ojciec Jesko. - Powinno być tak, jak zawsze bywało, tylko daj mi działać. Ale kto wie...
Cień na twarzy, wahanie. - Ach, co tam! Jeszcze jedno wielkie święto. Pokażemy im, wszystkim!
Otwartą kwestią pozostaje, komu - zazdrośnikom, fanatykom w brunatnych mundurach, wrogom, przyjaciołom, sąsiadom czy nam samym?
- Tylko daj mi działać. - Do pasji i talentów ojca należy organizowanie i planowanie w wielkim stylu. Przydaje mu się teraz doświadczenie kadeta, pazia na dworze, pruskiego oficera, którym był kiedyś i wciąż pozostawał. Precyzja sztabu generał-nego - tego nam było trzeba. Niepostrzeżenie jednak, mimo najlepszych zamiarów ojca, wywołuje w nim ona potrzebę władzy i rozkazywania. Skoro inni, ze swym upodobaniem do przypadkowości, bezwładu i niechlujstwa, sieją tylko zło, to trzeba nimi - dla ich dobra - komenderować, trzeba ich kontrolować.
Plany są już bardzo zaawansowane. Z kampanii francuskiej 1940 roku przywiózł ojciec dużą skrzynię najlepszego szampana, umieścił ją w piwnicy i przykazał surowo: - Biada, jeśli ktoś to ruszy! - Znacznie dłużej przechowywano „wino weselne Libus-sy" - przezornie kupił je jeszcze mój rodzony ojciec. Również z Paryża pochodził czerwony jedwab, z którego uszyto mi sukienkę na przedślubny wieczór i podbicie płaszcza z białej wełny utkanej przez matkę. Ojciec odkrył jeszcze, że „chłopak" Jobsta pochodzi z Rudaw Czeskich, z rodziny prowadzącej warsztat koronkarski. Zaopatrzonego w pomorską szynkę i kiełbasy wysłano go na specjalny urlop. Na ślubną suknię i welon przywiózł najpiękniejsze koronki, o jakich tylko marzyć można nawet w czasach pokoju.
Tak samo szło dalej, punkt za punktem. Emil Klick, ochmistrz w Rowen, jednej ze wsi w naszym majątku, ma krewnych w Kluc-ken, rybackiej osadzie za wielkimi bagnami nad Lebasee. Przysłali oni niezrównanego sandacza. Leśniczy Drambusch, zastrzelił trzy kozły, a największy przysmak, szpikowany sarni comber uzupełniać miała pieczeń z cielęcia. W dniach poprzedzających wielkie wydarzenie, drzwi u Marii, naszej gosposi, w ogóle się nie zamykały. Wiejskie kobiety i ludzie z majątku przynosili co mieli, przede wszystkim masło. Było go aż w nadmiarze, przeto dostarczono masło również piekarzowi w Glowitz, ponieważ miał pomóc w pieczeniu ciast.
Matka chciała ozdobić świąteczny stół białymi i czerwonymi kwiatami rododendrona, ale oczywiście nie można było teraz plądrować krzewów przed własnym domem. Obdzwoniono więc sąsiadów w Grossendorf, Zemmin, Selesen i wcześnie rano nadeszły kosze pełne kwiecia. Przybyli też służący w liberiach, do pomocy naszemu staremu Vietzke, Friedzie i pokojówce. Kobiety we wsi całymi dniami siedziały w stodole i splatały girlandy.
Tak. Potem generalny plan sztabowy przebiegu uroczystości rozdano w odbitkach wszystkim zainteresowanym, wraz z ponurymi groźbami na wypadek karygodnego spóźnienia choćby o sekundę:
„Pallas i Peske 8.25 z wozami na kolei. Przyjazd pociągu 8.29. Frieda - przekąska dla gości 9.00. Wszyscy woźnice - wozy podjeżdżają 10.10. Wyjazd do kościoła 10.20. Przyjazd 10.50. Początek mszy 1.00. Koniec mszy i przyjazd wozów 11.35. Odjazd 11.45."
I tak dalej, aż do następnego ranka: „Śniadanie 5.00 - przyjazd wozów 5.50 - Odjazd na kolej 6.00 - Odejście pociągu 6.10". Nawet pan Sprondel, superintendent ze Stargardu, który został specjalnie zaproszony, ponieważ jako profesor konfirmował mnie przed laty, też otrzymał plan, żeby czasem nie przeciągnął swego kazania.
Nie obyło się jednak bez awarii. Girlandy przed domem miały być dodatkowo ustrojone kolorowymi wstęgami w rodowych barwach. Czarny i złoty lśniły u Krockowów, czerwony i złoty u Oldershausenów. Gdy ojciec ujrzał efekt, mało go szlag nie trafił: czarno-czerwono-złote barwy Republiki Weimarskiej, do której zawsze czuł odrazę, i którą zwalczał jako Prusak i monarchista, jako Deutschnationaler i przywódca Stahlhelmu.2 W mig zrezygnowano z obcych w tych stronach Oldershausenów i zachowano tylko barwy narzeczonej.
Znacznie gorsze zamieszanie spowodowała sama wojna. Przed dziesięcioma dniami zaczęła się inwazja, wielki desant aliantów w Normandii, i od tej chwili zarządzono dla całego Wehrmachtu ścisłą blokadę urlopów. Nie mógł przybyć nawet mój mały brat, chociaż skończył dopiero lat siedemnaście i nie był jeszcze prawdziwym żołnierzem, lecz tylko pomocnikiem przy działach przeciwlotniczych w Swinemiinde. Groziło nam, że wielki festyn przerodzi się w nudne babskie pogaduszki. Długo ustalany i pięknie wypisany porządek przy stole powędrował do kosza na śmieci. Od szacownych starców, takich jak stary Glo-witzer stanowczo nie można było oczekiwać, że na całą noc pójdą w tany, albo że wydadzą się młodym dziewczętom atrakcyjni.
Ojciec Jesko znalazł jednakże wyjście. Od niedawna stacjonuje w Stolp oddział szkoleniowy jazdy liineburskiej. Przyczynił się do tego feldmarszałek von Mackensen. Jest on honorowym komendantem stolpskiego regimentu, który musiał niestety przesiąść się z koni na rowery. Stary huzar, chciał jednak mieć konnicę i dlatego ściągnął na Pomorze liineburczyków.
Ojciec dzwoni do komendanta - czy nie zechciałby pomóc wespół ze swymi oficerami? Kapela innej jednostki, cyklistów, jest już przecież zgodzona. Tak, dlaczego nie? Odkomenderowanie na wesele da się zaszeregować jako szczególny rodzaj służby i nie ma nic wspólnego z urlopem. Niezbędni mężczyźni przybyli pociągiem punktualnie o ósmej dwadzieścia dziewięć. Ku naszemu zaskoczeniu znalazł się pomiędzy nimi nawet Oldershausen, kuzyn Jobsta.
Das Gliick von Edenhall
Znów mamy prawdziwy letni dzień. Tylko leciutki podmuch od pobliskiego jeziora chroni przed upałem. Na niebie żadnej chmurki.
Punktualnie o dziesiątej podjeżdżają powozy, pięknie ozdobione girlandami. Najpierw dwa dla pary młodej i jej rodziców, potem dwa drabiniaste wozy dla gości. Po bokach umieszczono w nich ławki z desek, a z tyłu schodek do wsiadania - jak zimą na polowanie z nagonką.
Przeszkadza mi tylko stalowy hełm, który Jobst właśnie zakłada: - Musisz go mieć? Pomyśl o swojej ranie, znowu zacznie cię boleć głowa!
- To nie jest żaden on, tylko mój hełm. Poza tym muszę. Tak nakazują służbowe przepisy.
- Przepisy, o Boże! A dlaczego inni oficerowie noszą tylko czapki?
- Bo oni nie biorą ślubu.
- Ale ja ci obiecuję, że wałkiem do ciasta będę wymachiwać dopiero później, a nie już przed ołtarzem.
Ojciec Jesko, który podszedł do nas w swym mundurze majora, z czapką, nie widział w tym nic śmiesznego. - Już dosyć, Libussa, dziesiąta osiemnaście! Hełm na głowę i wsiadać!
W Glowitz roi się od ludzi. Setki przyszły z okolicznych wsi, nawet ze Stolp przybyli ciekawscy, w związku z obwieszczeniem tego wydarzenia w gazecie. Co najwyżej połowa zmieściła się w kościele. Również dzieci wyżebrały sobie wolne w szkole, jak niegdyś, gdy wypisywaliśmy na tablicy:
Niebo jest niebieskie, przepiękna pogoda,
Panie profesorze, siedzieć w szkole szkoda.
Nauczyciele przystali na propozycję aż nazbyt chętnie. Oberle-hrer Kosbab i tak od dawna ćwiczył ze swymi podopiecznymi z Rumbske i Rowen pieśń, którą teraz odśpiewali:
Co Bóg złączył,
niech człowiek nie rozdziela,
dlatego tam idziemy w boski pokój i radość.
Imiona wpisze Bóg w błogosławioną księgę.
On sam, Bóg zastępów będzie nam tarczą i nagrodą.
Było tak jakby wszyscy, duzi i mali, starzy i młodzi, chcieli to jeszcze z nami przeżyć, utrwalić sobie i wbić w pamięć - jeszcze jedno wielkie święto.
Do tradycyjnych obowiązków panny młodej należy rzucanie bułeczek. Dlatego właśnie zaopatrzono piekarza w masło i cukier. Gdy w kościele odbywał się ślub, podał on do powozu kosz na bieliznę, po brzegi wypełniony słodkimi, pulchnymi bułeczkami, które gdzie indziej zwą sznekami. Odjeżdżając rzucam je pomiędzy dzieci.
Ale droga przez tłum jest krótka, a konie idą kłusem. Nie zdołałam wyrzucić całego zapasu. Trochę później, gdy już wracamy do Rumbske, wywołuje to pierwszy krach w trwającym od niespełna godziny małżeństwie. Na podwórku Francuzi ustawili się bowiem szpalerem przed swymi kwaterami. Machali rękami i wołali „Vive les maries!" Też im więc pomachałam i rzuciłam bułki.
Kopnięcie w kostkę i syk Jobsta: - Zostaw, surowo zabronione, to jeńcy wojenni.
Co też, to są przede wszystkim „nasi" Francuzi! Jak przystało dostają na Boże Narodzenie pieczeń z zająca, a na Wielkanoc pisanki. Są tu już przecież od czterech lat, od dawna rozumieją pomorski plattdeutsch, z dawna przejęli wszystkie odpowiedzialne stanowiska, z których wojna wyrwała niemieckich mężczyzn. Opiekują się końmi i hodują źrebięta, jeżdżą traktorami i pługami parowymi. Cieplarni i jej przynależności w ogóle nie można sobie wyobrazić bez „Pierre'a ogrodnika". Nagle i niepostrzeżenie obudziła się w rozgoryczonych wygnańcach duma, radość z sukcesów i chęć dobrego wywiązywania się z obowiązków. Nie tak dawno pełniący funkcję zarządcy spichlerza, Vietzke, zameldował przestraszony: - Panie baronie, wciąż kradną owies. - Śledztwo wykazało, że złoczyńcami byli Francuzi. Ich kwatery miały bowiem dogodne usytuowanie, na parterze spichrza. Tyle tylko, że kradli nie dla siebie, ale jako woźnice dla „swoich" koni.
Z nagłym zdecydowaniem łapię kosz z resztą bułek i rzucam go Francuzom. Jobst patrzy przed siebie bez drgnienia. Gdy wtaczamy się ku dworowi przez parkową bramę, pod gęstą osłoną starych lip, podmuch wiatru rozwija wysoko ponad dachem stary herbowy sztandar Krockowów.
Wielkie święto. Jak na pomorskie wesele przystało, bardziej niż sowicie zadbano o rozkosze ciała i każdego gościa bez przerwy zmuszano, by sobie dokładał. Szampanowi z przekąską towarzyszyła kawa, przetańczoną noc przerwał o północy skromny posiłek i zamknęło spore śniadanie.
Centralny punkt uroczystości stanowił jednak wielki wieczorny obiad, diner, który trwał trzy godziny - od przekąski i zupy po deser i kawę. Salę zdobią gałązki brzozy. Na stole z ciężkim adamaszkowym obrusem połyskują w blasku ponad stu świec kwiaty rododendrona. Wrzawa głosów i śmiechów, wśród której Vietzke, od dziesiątków lat w służbie rodziny, uosabia godność podczaszego i ruchami rąk zawiaduje kolejnością pojawiania się na stole naczyń i półmisków.
Na honorowym miejscu naprzeciw pary młodej wuj Gerhard jako najstarszy, stuka w szkło. Mrukliwym głosem nakazuje ciszę. Krytycznie lustruje zgromadzonych i bardzo głośno mówi: - Zwyczajem ojców powstańmy i wznieśmy pierwszą szklanicę za naszego największego wojennego wodza - przerwa na wstanie, łomot krzeseł, potem cisza; i jeszcze trochę głośniej - Jego Majestat król Prus niech żyje, niech żyje, niech żyje! - Szybko spogląda na speszonych oficerów, którzy go nie znają i których on nie zna, a następnie mrucząc półgłosem dodaje: -1 pan Hitler także.
Jeszcze się konsternacja nie zdążyła rozpłynąć w ponownym gwarze, w odzywającym się tu i ówdzie chichotliwym śmiechu, a już wystąpił ojciec Jesko. Zniknął na chwilę i dreszcz mnie przeszedł, gdy powrócił. Przyniósł bowiem, troskliwie trzymając go w obu rękach, i ostrożnie postawił na stole puchar, szacowną pamiątkę rodzinną, nazywaną przynajmniej od czasów ballady Uhlanda „das Gliick von Edenhall".
A z Edenhallu młody lord,
podniósłszy się zza swego stołu,
nakazał zagrzmieć dźwiękom trąb i krzyknął pośród gości gwaru:
„Sprowadźcie szczęście z Edenhallu!"
W XVI wieku przywiózł puchar z Francji nasz przodek, Reinhold von Krockow. Otrzymał go w prezencie od księcia Nawarry, który wsławił się później jako dobry król Henryk IV. Pradziad wielekroć służył w dyplomacji. Poza tym, albo przede wszystkim, zatrudniał się zarówno na wschodzie, jak i na zachodzie, jako przedsiębiorca wojenny. Kroniki mówią, że pomagał polskiemu królowi w wyprawach przeciw Moskwie, potem zaś we Francji hugenotom, na czele których stał właśnie książę Nawarry. Jednak po powrocie niemieckiego generała do dalekiej ojczyzny, huge-noci zostali w pień wycięci podczas „paryskiego krwawego wesela", nocy św. Bartłomieja. Ponadto dla dobrego Henryka korona
Francji warta była mszy więc zmienił wyznanie, a Reinhold von Krockow i jego potomkowie nigdy nie otrzymali zwrotu poważnej części sumy 315 296 florenów, zainwestowanych niegdyś przez przedsiębiorcę. Jako symbol zmiennego szczęścia pozostał mu tylko ten puchar.
Ojciec skinął na Vietzkego.
Zaś podczaszy, sługa stary,
słucha pana nie bez żalu,
sięga kryształowej czary,
skrytej w jedwabistym szalu,
zwanej szczęściem z Edenhallu.
Znam ten puchar tylko z widzenia, z dystansu. W krysztale wyrżnięto sceny z polowania, pokrywę zdobi złota gałka. Kosztowny przedmiot ma swe honorowe miejsce w bibliotece, w specjalnie dla niego sporządzonej szklanej gablotce, ozdobionej złotymi listwami i zabezpieczonej złoconym zamkiem. Tradycja głosi, że pucharu można użyć tylko raz na pokolenie - na weselu kolejnych spadkobierców. Ostatni raz das Gliick von Edenhall został podany podczas pierwszej wojny światowej memu ojcu i matce.
Lord rzecze - uhonoruj szkło czerwonym winem z Portugalii,
a ręce starca cicho drżą gdy się purpura w okrąg pali,
bijąc od szczęścia z Edenhall.
Ojciec nakazuje Vietzkemu nalać trunku szlachetniejszego od szampana - wina weselnego z mojego rocznika, pochodzącego z Burgundii. Mówi o dziedzictwie: - Libussa, twoi bracia Klaus-Wilhelm i Hans-Kasper nie mogą już objąć schedy. Polegli za ojczyznę. Ty jednak przejmujesz jej część. A ty, Jobst, razem z nią. Nigdy o tym nie zapomnijcie, utrzymajcie dziedzictwo! - A teraz pijcie!
Wielkie święto, jakby na przekór czasowi, którego powstrzymać nikt nie potrafi. Jeszcze przed nami długa, ale i tak za krótka noc poświęcona tańcom i już świta ranek. Ale żadne, nawet najbardziej upojne uniesienia nie wygrają z pruską precyzją:
„Śniadanie 5.00. Przyjazd wozów 5.50. Odjazd na kolej 6.00. Odejście pociągu 6.16."
Głucho zatrzaśnięte wrota
Jesienny powrót do domu
Nad Kanałem Leopolda, na północny wschód od Brugii, liczne ataki Kanadyjczyków zakończyły się niepowodzeniem. W wyniku strat, w tym ponad trzystu czołgów i pancernych wozów zwiadowczych, które ostrzeliwały nasze oddziały w dniach od 29 września do 6 października, nieprzyjaciel kontynuował ataki na granicy belgijsko-holenderskiej ze zmniejszoną siłą. Utrzymał jednak napór na terenach na północ od Antwerpii. Pancerne przyczółki wroga, które próbowały przedzierać się na północ od Baarle-Na-ssau, zostały odparte przez kontruderzenie. Wiele czołgów zniszczono.
Atakowaliśmy wrogie przyczółki mostowe na południowy wschód od Wageningen, nadal odzyskując teren, angielskie kontrataki nie powiodły się. Na obszarze opanowanym przez wroga, na południe od Gei-lenkirćhen jego impet przybrał na sile. Wobec naszego zaciętego oporu przeciwnik zdołał wprawdzie dokonać kilku wyłomów na linii walk, stracił przy tym jednak 69 czołgów.
Ostatniej nocy nasze samoloty bojowe wzięły na cel wrogie oddziały w okolicach Aachen. Załoga fortu Driant nad Mozelg. odparła silne ataki wroga. Oczyszczono z nieprzyjacielskich oddziałów dalsze części lasu Parroy. Po obu stronach Remiremont wzmocniły Amerykanów jednostki marokańskie i algierskie. Zacięte walki toczą się głównie o wyloty doliny, na wschód od Remiremont.
Z fortów i punktów oporu na Atlantyku doniesiono o uwieńczonych sukcesem przedsięwzięciach naszych oddziałów szturmowych i o walkach artyleryjskich.
Ogień rakiet VI spadł na Londyn również i wczoraj.
Wskutek pogarszania się pogody osłabło natężenie walk w środkowych Włoszech. Lokalne ataki wroga na nasze pozycje i stanowiska górskie po obu stronach szosy Florencja - Bolonia, utknęły w zmasowanym ogniu naszych broni.
Dalej toczą, się walki przeciw bandom na Bałkanach. Czołówka sowieckich czołgów osiągnęła ujście Cisy, zostały jednak wyparte na wschód od Belgradu. Tutaj i pod Zajecar nadal toczą zacięte walki z wrogiem nasi grenadierzy i strzelcy górscy. Przy granicy węgierskiej, na północ od Arad wróg rzucił wszystkie siły do ataku i po gwałtownych walkach z oddziałami zaczepnymi osiągnął Keresz Szybki. Kolumny wroga skutecznie ostrzeliwały nasze samoloty bojowe. Podjęto też dalsze kontrataki. Na północny wschód od Turdy i nad Mareszą, liczne ataki bolszewików spełzły na niczym. Wzmogła się też aktywność bojowa w przełęczach Karpat.
Nasze ataki jeszcze bardziej ścieśniły mostowy przyczółek nieprzyjaciela na dolnej Narwi, na północ od Serocka. Pod wrażeniem swych wysokich strat, wróg prowadził tylko pojedyncze, bezskuteczne ataki na południe od Różanu. Pomiędzy Niemnem i górnym brzegiem Windawy rozgorzała gwałtowna walka odporna. Nasze dywizje stawiały zacięty opór wrogowi przedzierającemu się naprzód z wielkimi siłami i wsparciem samolotów bojozm/ch oraz zniszczyły wiele czołgów.
Bombowce amerykańskie prowadziły pod osłoną myśliwców terrorystyczne naloty na stolicę Rzeszy, na Hamburg, Stralsund i Szczecin, jednostki brytyjskie zrzucały bomby na teren Nadrenii-Westfalii, w czasie nocnych nalotów zniszczyły dzielnice mieszkalne w Dortmundzie i Bremie. Zeszłej nocy osłabiony oddział samolotów brytyjskich podjął kolejny atak na Berlin. W zaciekłych walkach powietrznych i dzięki artylerii przeciwlotniczej strącono nad terenem Rzeszy i zachodnim obszarem bitewnym 72 samoloty, w tym 54 bombowce czterosilnikowe,.3
Od pełni lata do jesieni - tylko kilka miesięcy, ale karta wojenna zdecydowanie się odwróciła. Amerykanie walczą już nie o Wał Atlantycki, ale o Aachen, a Rosjanie stoją nie gdzieś daleko nad Dnieprem, lecz u granic Prus Wschodnich i na linii Wisły.
Dlatego też matka prosi w każdym liście: - Dziecko, wracaj do domu! - za każdym razem bardziej usilnie. Odkąd wie, że jestem w ciąży, słowa jej nabierają mocy, bo apelują do poczucia obowiązku. - To niedobrze, gdy noc w noc tkwisz w schronie przeciwlotniczym, nie wolno ci teraz myśleć tylko o sobie!
Mieszkamy w Krampnitz, tuż przy północnych przedmieściach Poczdamu, blisko Berlina. Jobst stacjonuje tu przy jednostce szkoleniowej. Rana znowu sprawia mu kłopot, dochodzą do tego gwałtowne ataki astmy. Do służby frontowej jest, chwała Bogu, niezdolny. Tymczasem syreny wyją nie tylko nocą, ale coraz częściej już za dnia. Powietrze wibruje od ryku samolotowych silników, ognia dział przeciwlotniczych i uderzeń bomb.
Pojawia się też jeszcze zupełnie nowy element - między Job-stem i mną gromadzą się napięcia. Przed ślubem wierzyłam, że znam go dobrze, ale to była pomyłka. Nie wiedziałam jak bardzo - by nie rzec: jak jednostronnie, jak zawzięcie jest on żołnierzem. Prawie nie można przejść z nim ulicą, żeby nie dochodziło do nieprzyjemnych dla mnie scen. Stale nosi mundur, wokoło roi się od mundurów, a przepis nakazuje każdemu żołnierzowi pozdrawiać każdego oficera. Jeśli któryś tego nie zrobi, bądź zrobi nieprzepisowo czy nie dość zgrabnie, pan kapitan wpada w furię i ryczy, jak może najgłośniej. Niektórzy przechodnie przystają, wszyscy zaś patrzą w naszą stronę. Zostaję w tyle albo spacerkiem idę dalej, jakby mnie to w ogóle nie dotyczyło. Nie mogę się jednak otrząsnąć z uczucia przykrości. Na nieszczęście chodzi tu o hitlerowskie pozdrowienie, w którego jarzmo przymusowo wprzęgnięto Wehrmacht po zamachu w kwaterze głównej Hitlera. Gdy czynię Jobstowi wymówki, karci mnie. Padają wielkie słowa: morale jednostki, siła obronna...
- Ależ na Boga, cóż to ma wspólnego z tym dziarskim pozdrowieniem?
- Bardzo dużo! To rygor i posłuszeństwo, dyscyplina i porządek - nic tu nie można puścić płazem. Bo jak one się rozpadną, to wszystkiego najlepszego!
No i mamy teraz rozgardiasz, całkowicie zgodny z przepisami.
Po nowym i szczególnie ciężkim ataku na stolicę Rzeszy również Jobst nabrał przekonania, że powinnam wyjechać. Pakuję walizki. Właściwie to zdumiewające, że tyle rzeczy jeszcze funkcjonuje. S-Bahn z Poczdamu do berlińskiego Stettiner Bahn-hof kursuje jak zawsze, mijając rumowiska, które teraz kształtują obraz miasta. Rozkład jazdy obiecuje pociąg na Pomorze o ósmej pięć. Punktualnie kwadrans przed czasem jest już podstawiony. I dokładnie w tym momencie wyją syreny. Głośniki skrzeczą: „Achtung, Achtung! Opróżnić peron, zachować spokój, proszę się udać do przewidzianych schronów! Achtung, Achtung..." Ludzie do schronów się nie udają, oni pędzą, potykają się, skaczą, gnają. Drugi komunikat, a ja wciąż zwlekam przytłoczona bagażem - „Achtung, Achtung! Pociąg natychmiast odjeżdża!" Wrzucam walizy w drzwi wagonu, wskakuję za nimi. Byle daleko stąd!
Już toczą się koła - „dla zwycięstwa", jak zewsząd obwieszczają napisy. Pociąg zaczyna jazdę, przyspiesza, nabiera tempa, pędzi, ciska się przez zwrotnice, przez zakręty. Cóż znaczą ograniczenia prędkości z czasów pokoju. Pociąg ucieka, najszybciej jak może.
Nie dość prędko. Dla stalowych jastrzębi to gnuśny padalec, którego łatwiej odkryć na wolnej przestrzeni, niż w plątaninie szyn i ruin wielkiego miasta. Minęło może dziesięć minut od odjazdu, może kwadrans. Nagle łoskot i bryzgi, myśliwce w ataku! Rzucam się na podłogę pod siedzenie, jakby ono mogło dostarczyć schronienia. Hamulce piszczą i piszczą, pociąg zatrzymuje się z trudem.
Gramolę się do okna, wyglądam. Widać dom, dom, który się rusza - jak w kinie, film jeszcze niemy, ale już z techniką zwolnionego tempa - powoli, bardzo powoli, najpierw ruch w bok, potem przerwa, obrót, ukłon, głęboki, coraz głębszy. Potem tuman kurzu.
Byle daleko stąd - kolejowy żwir, nasyp, zarośla, drzewa, zbawczy las. I już znowu przelatują nad nim ogniste ptaki.
Gdy zdawało się, że niebezpieczeństwo już minęło, okrzyk konduktora zwołał około trzydziestu pasażerów. Wszędzie odłamki szkła z popękanych szyb. Jeden wagon wyrwało na odległość metra, inny został podziurawiony jak sito. Ponieważ jednak pociąg był prawie pusty, nikt nie poniósł szkód, pomijając stłuczenia, otarcia i poszarpane w czasie ucieczki ubrania. I wszystkie koła mogły się jeszcze toczyć. Dalsza jazda, bardzo powolna, ostrożna, tym razem do Eberswalde. Tam odłączają uszkodzone wagony i zaraz potem pociąg kontynuuje swą podróż, jakby nic się nie stało. W Szczecinie mamy ledwo godzinę spóźnienia.
Most na Odrze, wjazd na Pomorze. Odprężenie, powrót do domu, do poczucia bezpieczeństwa, do dobrze znanych stacji: Stargard, Ruhnow i Labes, trochę czule a trochę kpiąco nazywane „Schlurr-Labs", gdyż produkowano tu ulubione przez młodych i starych noszone zimą i latem drewniaki. Potem Schivelbein, Bel-gard, Kóslin, Schlawe. Wkrótce będę u celu.
Czekała mnie jednak jeszcze groza, obraz o wiele gorszy niż domy uginające się pod koszącym lotem szturmowców. Gdzieś pomiędzy Schlawe i Stolp widać masę ludzi, głównie kobiet, uzbrojonych w rydle i łopaty. Jak okiem sięgnąć kopią głęboki rów ponad kilometrowej długości.
- Co oni tam robią, na Boga? - pytam żołnierza, który dosiadł się w Kóslinie.
- Rowy przeciw czołgowe. Powinny powstrzymać Iwana!
- Jego powstrzymać! Jakim to sposobem?
- Bardzo prostym. Czołgi toczą się bezmyślnie przed siebie i trafiają na okopy. Fikają jak chrabąszcze na grzbiet. Taka jest w każdym razie idea.
-1 to działa?
- No, może się zdarzyć - pod jednym warunkiem: że Iwan nie ma granatów, albo saperów z ładunkami wybuchowymi, żeby nasyp rozerwać.
- Ale ten cały trud... Czy to oznacza, czy to ma znaczyć, że my mieszkający dalej na wschodzie... że z nas już zrezygnowano?
Żadnej odpowiedzi. Tylko przeciągłe spojrzenie, leciutkie wzruszenie ramion. Milczenie.
O schroniskach dla uciekinierów i skrzyniach ze skarbami
Niemal wszystko jest jeszcze takie, jak zawsze. Do pejzażu pomorskiej jesieni należą wykopki ziemniaków, tysiąc mórg w samym tylko zarządzie majątków w Rumbske, Rowen i Zedlinie. Każdy musi pomagać, pracuje się na akord. Maszeruję przez pole obok ciężkiego wozu ciągnionego przez cztery konie. Z boku doczepiono stopień. Dwóch krzepkich Francuzów zrzuca z niego z rozmachem drewniane skrzynie, które wypełnione bulwami ważą dobre półtora cetnara. Jako ktoś w rodzaju kartoflanego włodarza wydaję z bębna przewieszonego przez ramię jeden znaczek za każdą skrzynię. Znaczki te zostaną później wklejone do specjalnego zeszytu i zamienione na gotówkę w biurze majątku. W czasie przerw w pracy płoną kartoflane ogniska, ich zapach snuje się ponad ziemią.
Na ściernisku obok trąbią „Max" i „Moritz" - potężne bliźniacze pługi parowe. Na stalowej linie ciągną między sobą w tę i z powrotem zasilany ropą wielolemieszowy pług do wywracania ziemi. Ich trąbienie brzmi prawie jak tryumf, cieszą się, że z tego małego zwierzaczka, który chciał wyrugować czcigodne dinozaury, uszły niespodzianie wszelkie soki życiowe. Nie ma ropy, węgiel dla lokomobili wciąż zaś jeszcze jest, nawet jeśli trzeba nim oszczędnie gospodarować, wspomagając się dębowymi polanami. Podobnie opala się gorzelnię produkującą, jak kiedyś, spirytus, płatki ziemniaczane i brahę dla bydła. Doprawdy! Praca zawsze pozostaje pracą, również wtedy, gdy przy zbieraniu kartofli do niemieckich kobiet i dzieci przyłączają się Francuzi i Ukrainki, w Zedlinie rosyjscy jeńcy wojenni, a w Rowen -amerykańscy.
Jesienią 1944 roku Pomorze zdaje się być oazą pokoju. O potwornościach wyjących syren wie się tylko z pogłosek. Krzyżują się tutaj i odnajdują spokój dwa potoki, czy też na razie dwie strużki ludzi. Z Prus Wschodnich i z okręgu Kłajpedy przybywa długa kolumna wozów z ludźmi o niezwykłych nazwiskach, wozów zaprzężonych w dziwnie małe i kudłate, ale bardzo wytrzymałe konie. Rozlokowuje się ich po wsiach. Wciąż krąży stare i zarazem nowe słowo „kolumna". Z przeciwnej strony pochodzą uciekinierzy spod bomb, kobiety i dzieci z Zagłębia Ruhry, również oni noszą nieznane dotąd nazwiska. „Ty, Wanne-Eickel, Wanne-Eickel!" - wołają za obcymi rówieśnikami wiejskie dzieci, jakby odkryły celne wyzwisko.
Ścieśniliśmy się trochę w majątku, z cichym westchnieniem, dalecy jednak jeszcze od rzeczywistego skrępowania. Letnicy przemienili się w stałych mieszkańców: wuj Biedermann i ciotka Deten, stare małżeństwo malarzy z Berlina, panna Trautmann z Wuppertalu, z lekka zdziwaczała od staropanieństwa psychote-rapeutka, którą matka gdzieś kiedyś wynalazła. W związku z ucieczkami wydarzyło się też i jeszcze coś - niezwykle wytworny pan Grothe (zaklasyfikowanie go jako służącego głęboko by go uraziło) przywiózł z zamku Sommerswalde koło Berlina ogromną skrzynię. Zawierała pieczołowicie wyjęte z ram i zapakowane bezcenne obrazy - starych mistrzów holenderskich.
Przyczyną poruszenia stają się wkrótce skrzynie zupełnie innego rodzaju. Dworek w Klenzinie, ziejący pustką od dziesięciu lat, miał przyjąć przedszkole. Najpierw więc przybywają rzemieślnicy, a jeden z nich wzburzony pojawia się u ojca Jesko. - Panie baronie, opukiwałem ściany w piwnicy, w jednym miejscu brzmiało głucho. Prawdopodobnie drzwi, zamurowane. Rozwaliłem je więc, tylko kilka cegieł, a tam można iść dalej! Jest jeszcze jedna piwnica, może i więcej. A w kącie stoją dwie skrzynie, do połowy w wodzie gruntowej, trochę przysypane. Wyglądają prawie jak trumny, nie jak kufry...
- A więc jednak! - ciotka Deten, obdarzona bądź pokarana skłonnością ku rzeczom nadprzyrodzonym, zupełnie nie może się opanować: - Czy ja nie zawsze to mówiłam? Ale wszyscy mnie tylko wyśmiewali.
W rzeczy samej. Gdy po śmierci mojego ojca, około 1930 roku, mieszkaliśmy kilka lat w Klenzinie, objawiła się ciotce Deten we śnie biała dama. Duch wskazywał na podłogę w kącie pokoju -mniej więcej tam, gdzie teraz odkryto te kufry w piwnicy. - Tam leży skarb! - twierdziła ciotka.
Moi bracia i ja chcieliśmy naturalnie natychmiast zerwać podłogę i prowadzić wykopaliska. Zabroniono nam jednak -takie głupstwa! A przy tym biała dama wskazała przecież tylko miejsce, bo o zakopanym skarbie mówiono już od dawna. We wsi przez trzysta lat, z pokolenia na pokolenie, chłopi i ludzie z majątku przekazywali sobie jego historię. Zdrowy, chłopski rozsądek uparcie podsuwał pytanie, czy to możliwe, żeby taki wspaniały dom był podpiwniczony tylko w tak nikłej części.
Niesamowita historia. Dom został zbudowany w XVII wieku, w czasach gdy zaczynała się wielka wojna, wojna trzydziestoletnia - jakże niezmiernie na początku od nas oddalona! Ale krok za krokiem, nieprzerwanie, przesuwała się w pobliże Pomorza. Aż pewnego razu nadeszła. Co się wtedy zdarzyło? Może właściciele domu ukryli w zamurowanej piwnicy wszystko, co miało dla nich wartość, może musieli uciekać, a dosięgnięci gdzieś i zabici przez żołdactwo, nie mogli już nikomu przekazać, gdzie ich dobro i mienie czeka na swego dziedzica?
O grozie wojny opowiadają nie tylko zakurzone księgi. Jej ślady można do dziś oglądać, jeśli zna się miejsce ukryte poza wsią w lasach - „Szwedzkie szańce", jak się je zagadkowo nazywa. Jeden znajduje się w miejscu zwanym „Wossek" - koło Rumbske, drugi za Rowen, obok drogi na bagna Leby, trzeci między Klenzinem i Zedlinem. Są to niecki wkopane głęboko we wzgórza, wokół których spiętrzono ziemię w wałach. Przekaz przemilcza wprawdzie, czy te szwedzkie szańce przynosiły ratunek, czy też raczej zgubę. Czy żądza łupu nie pomaga bowiem odnaleźć ofiary? Może na pospiesznie zacierane ślady trafiały żądne krwi psy, a krowy ryczały nie dojone? I cóż mogły zdziałać siekiery i kosy przeciw szturmującym w zbrojach mordercom? Pytania bez odpowiedzi. Utrwalone zostało w wersach tylko uczucie strachu:
Módl się dziecię, módl do Boga,
przyjdzie jutro Szwed i trwoga,
Oxenstern za nimi bieży,
nauczy dziecię pacierzy.
W podręcznikach tego nie ma, ale zostało w głębi pamięci, przechowane i przekazane dzieciom, i dzieciom dzieci. Ojciec Jesko każe tymczasem zaprzęgać myśliwski powóz. Jadę z nim - w końcu Klenzin jest częścią mojego spadku. I faktycznie, w świetle latarki widać przez dziurę w murze obszerne sklepienie i sterczące nad wodami gruntowymi dwie skrzynie, wyglądające jak kufry pełne skarbów.
Zapłonęłam ciekawością: - Czy nie powinniśmy ich wyciągnąć teraz, natychmiast?
- Nie - decyduje ojciec Jesko - niech tu spoczywają. Nie każdą tajemnicę trzeba zaraz niszczyć. A w ogóle to teraz nie jest dobry czas na szukanie skarbów.
- No to kiedy? Może latem, jak stan wód się obniży?
- Może. Powinniśmy odczekać.
- Ale...
- Ale co? - głos ojca staje się nagle twardy. - Zastanowiłaś się już, gdzie powinniśmy w Rumbske zamurować srebra?
Jechaliśmy w milczeniu do domu, podczas gdy dziurę w ścianie pieczołowicie zamykano i pokrywano tynkiem.
Wszystko jak należy
We dworze w Rumbske kuchnia znajduje się w suterenie. Stamtąd strome schody prowadzą jeszcze głębiej, znikają w długim, prawie zapomnianym korytarzu. Ciemność i zaduch stęchlizny. Tylko z bocznego pomieszczenia, służącego niegdyś do uboju, wciska się do środka trochę mrocznego światła. W końcu korytarza znajduje się na wpół zrujnowany „zakątek", dawniejsza pijalnia - Trinkstube - długo już jednak nie używana. Legenda głosi, że spotykali się tam panowie z sąsiedztwa, gdy chcieli, by nikt im nie przeszkadzał. Jeśli zaś w czasie żniw słońce zupełnie nie chciało świecić, wpadało się tu na „zapijanie deszczu". Wlewanie do wnętrza miało przegnać wilgoć zewnętrzną. By osiągnąć sukces, należało trwać w zawziętym uporze, noce i dnie. Przy takiej bodaj okazji zdarzyło się raz, że ktoś zerwał z wściekłością ze ściany barometr, którego igła wciąż trwała na niżu, zaczął po nim deptać i krzyczeć: Już ja ci ścierwo pokażę, jak się idzie do góry!
Schodzę właśnie tymi schodami i oświetlam latarką korytarz, rzeźnię, „zakątek". Nieoczekiwana uwaga ojca Jesko działa bowiem jak haczyk, z którego nie można się uwolnić. Zastanawiam się, gdzie należałoby zakopać srebro. Chyba w rzeźni. Klepisko jest tam tylko luźno obłożone cegłami, łatwo by je można wyważyć, wykopać dziurę, a potem znowu zasypać i pokryć piaskiem.
Wzdragam się wprawdzie kogokolwiek o tej ekspedycji informować. Bo choć nikt się co do tego nie umawiał, gruba warstwa milczenia pokryła wszystko, co może nadejść. Zachować godność, wypełniać codzienne obowiązki, nie dopuszczać obaw. „Spokój jest teraz pierwszym obowiązkiem obywatela, wzywam mieszkańców Berlina, by go zachowali" - brzmiała często cytowana, ogłoszona w Prusach proklamacja z 1806 roku, po przegranej bitwie pod Jeną i Auerstedt Mówić znaczyłoby tyle, co ujawniać ukryty niepokój i składać na innych jego ciężar - to nie uchodzi.
Owo późne zwycięstwo pruskiego wychowania wsparte jest jeszcze innym, może bardziej decydującym faktem: nic się nie da zrobić. Każda szansa działania, nawet bardzo niewielka, uskrzydla nas. Pobudza nasze myślenie, fantazję, aktywność. Bezsilność zaś obezwładnia. Sprawia, iż przyszłość piętrzy się przed nami jak niepokonywalny mur, w którym umieszczono głucho zatrzaśnięte wrota. Nikt nie wie, co dzieje się za murem, nikt nie potrafi powiedzieć co będzie, gdy się te wrota kiedyś rozewrą.
Życie toczy się dalej, jak należy, w zwyczajnym trybie wiejskiego kalendarza. Nadchodzi grudzień, śnieg już w powietrzu. Ojciec Jesko i myśliwy Drambusch planują polowania z nagonką. Pewnie, nie będą już tak wielkie i świetne jak w czasach pokoju. Brakuje strzelców. I właśnie w tym czasie udaje się Jobstowi awansować do rangi majora. Bóle głowy zaś i astma zapewniają mu - „aż do odwołania" - urlop dla poratowania zdrowia. Kłopoty te jednakże nie wpływają na zmniejszenie jego myśliwskiej pasji, a ze względu na mnie rezygnuje nawet ze służbowego stroju. W Rumbske i tak nie roi się od umundurowanych, którym należałoby wpajać dyscyplinę. Ojciec Jesko zaś jest pomysłowy jak zawsze. Mój brat stacjonuje teraz w Stolp jako rekrut, czy więc nie można by go na ten lub inny dzień odłączyć od oddziału? Oczywiście z dowódcą szwadronu jako mile widzianym przydatkiem. Broni myśliwskiej, aby i jego uzbroić, dzięki Bogu nie brakuje.
Żadne jednakowoż zaaferowanie nie zagłusza nowych treści, jakie niesie raport Wehrmachtu. Gdy odczytują go w radiu i powoli - by umożliwić jego zanotowanie - powtarzają, mieszkańcy domu gromadzą się wokół odbiornika. Z napięciem wsłuchują się w głos przeznaczenia i próbują dociec, co kryje się za słowami.
Znaczne siły niemieckie, po krótkim ale potężnym przygotowaniu ogniowym, przystąpiły do ataku 16 grudnia o godzinie 5.30 szerokim frontem z Westfalii i zdobyły szturmem, w pierwszym natarciu, stanowiska amerykańskie pomiędzy Hohes Venn i północną częścią Luksemburga. Wielka bitwa zaczepna, osłaniana silnymi jednostkami samolotów myśliwskich, toczy się dalej. Szczegóły zostaną ujawnione dopiero później, by całkowicie zaskoczmemu wrogowi nie udzielać żadnych wskazówek. Według przedstawionych dotąd meldunków, w zualkach z lotnictwem nieprzyjaciela nad obszarem frontowym eskadry naszych myśliwców zestrzeliły 48 bombowców wroga. Poza tym artyleria przeciwlotnicza Luftwaffe unicestwiła 21 nieprzyjacielskich samolotów. W nocy silne oddziały bojowe przeznaczone do walk nocnych z dobrym skutkiem zaatakowały ruchome jednostki nieprzyjaciela i jego centra zaopatrzeniowe. Na pozostałej części frontu zachodniego...'1
- To cud, nareszcie, przełom - triumfuje wierząca ciotka De-ten - nasza wspaniała nowa broń! I Fiihrer...
