Czarownica - Michelet Jules - ebook + książka

Czarownica ebook

Michelet Jules

0,0

Opis

Uzdrowicielka, strażniczka dawnych wierzeń, buntowniczka i wyklęta. W „Czarownicy” Jules Michelet kreśli przejmujący portret kobiety, która w świecie naznaczonym lękiem, biedą i przemocą staje się powiernicą ludzkich pragnień oraz symbolem oporu wobec narzuconego porządku.

Łącząc historyczną narrację z literacką wyobraźnią, autor prowadzi czytelnika od przemian dawnych wierzeń i średniowiecznej codzienności do procesów o czary w czasach nowożytnych. Opowiada o ludowej medycynie, miłosnych napojach, sabatach i wyobrażeniach diabła. Przygląda się prześladowaniom, oskarżeniom o opętanie oraz głośnym sprawom Urbana Grandiera, Magdaleny Bavent i Katarzyny Cadière. W centrum tej opowieści pozostają ludzie uwikłani w konflikty religii, władzy, pożądania i strachu.

Czarownica w wizji Micheleta uosabia więź z naturą, poszukiwanie wiedzy i pragnienie wolności. Jego pełna pasji, romantyczna interpretacja przeszłości pozwala spojrzeć na dzieje czarostwa przez losy kobiet wykluczanych ze społeczności, a zarazem niezbędnych tym, którzy szukali pomocy i pocieszenia. To opowieść o mechanizmach prześladowania, cenie niezależności i sile buntu.

Wydanie Fosforosa ukazuje się w przekładzie Marii Kaliskiej, z ilustracjami Martina Van Maele’a oraz przedmową dr Joanny Mality-Król, która przedstawia autora i pomaga odczytać jego dzieło w kontekście historii badań nad czarownictwem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Jules Michelet

La Sorcière

Copyright for the Polish edition © Fosforos 2023

Tłumaczenie: © Maria Kaliska

Redakcja: Zuzanna Malinowska

Korekta: Wiktoria Zacharz

Ilustracje: Martin Van Maele

Skład i oprawa graficzna: Damian „Velkan” Mełgieś

Wydanie elektroniczne

ISBN 978-1-995773-31-5

Wydawnictwo Fosforos

www.fosforos.pl

Lydney 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Jules Michelet

Spis treści

Jules Michelet i jego pełna pasji wizja przeszłości

Wstęp

Księga pierwsza

Rozdział I — Śmierć bogów

Rozdział II — Rozpacz średniowiecza

Rozdział III — Diabełek domowego ogniska

Rozdział IV — Pokusy

Rozdział V — Opętanie

Rozdział VI — Pakt

Rozdział VII — Król umarłych

Rozdział VIII — Książę natury

Rozdział IX — Szatan lekarzem

Rozdział X — Uroki – napoje miłosne

Rozdział XI — Komunia buntu – sabaty – „czarna msza”

Rozdział XII — Miłość – śmierć – szatan znika

Księga druga

Rozdział I — Upadek czarownicy – szatan rozmnożony, zwulgaryzowany

Rozdział II — Młot na czarownice

Rozdział III — Sto lat tolerancji na ziemi francuskiej – reakcja

Rozdział IV — Czarownice baskijskie (1609)

Rozdział V — Szatan staje się duchownym

Rozdział VI — Gauffridi (1610)

Rozdział VII — Opętane z Loudun – Urban Grandier (1632–1634)

Rozdział VIII — Opętane z Louviers – Magdalena Bavent (1633–1647)

Rozdział IX — Triumf szatana w XVII wieku

Rozdział X — Ojciec Girard i Katarzyna Cadière (1730)

Rozdział XI — Cadière w klasztorze (1730)

Rozdział XII — Proces Katarzyny Cadière (1730–1731)

Epilog

Noty i objaśnienia

Źródła bibliograficzne

Przypisy

Jules Michelet i jego pełna pasji wizja przeszłości

Jules Michelet (1798–1874) zapisał się na kartach historii jako ten, który historię badał i opisywał z wielką pasją. Tym samym wywarł znaczący wpływ na to, jak w XIX wieku postrzegano historiografię. To nie było już tylko uporządkowanie poszczególnych faktów w odpowiedniej chronologii, ale wielka wizja, organiczna opowieść łącząca naukę, literaturę, społeczeństwo, wojny, religię, prawo, ekonomię… wszystkie aspekty składające się na skomplikowany obraz przeszłości. „[Michelet] sprawiał wrażenie, że rzeczywiście odwiedził średniowiecze, czy renesans, czy czasy reformacji i powrócił pełen reakcji tak żywych, jak gdyby opisywał współczesne wydarzenia”, pisał dziennikarz Edmund Wilson w 1932 roku1. Więcej, nie chodziło tylko o żywe odwzorowanie tego, co minęło, ale także wskazanie, jak przeszłość oddziałuje na teraźniejszość, co na tamte czasy było ruchem nowym i śmiałym2.

Sam Michelet upodobanie do literatury poniekąd wyniósł z domu: jego ojciec prowadził w Paryżu zakład drukarski i bardzo zależało mu na edukacji Jules’a. Przyszły historyk ukończył prestiżowe szkoły i szybko wkroczył na ścieżkę kariery akademickiej, zdobywając kolejne tytuły naukowe. Na przestrzeni całego życia pracował jako wykładowca historii i filozofii w wielu instytucjach, od École normale, przez Collège de France, aż po słynną Sorbonę. Dał się także poznać jako płodny autor, przede wszystkim opracowań historycznych, jak Historia rewolucji francuskiej (Histoire de la Révolution française, szósty tom wydano w 1853 roku) czy opus magnum poświęcone historii Francji (Histoire de France, siedemnasty tom ukończony w 1867 roku). Nie ograniczał się tylko do Francji: w 1851 roku popełnił tekst Kościuszko – legenda demokratyczna, w którym opisuje polskiego bohatera narodowego jako „ostatniego z dawnych rycerzy”3. Polityczne poglądy Michelet’go oscylowały wokół republikanizmu, uwielbienia dla rewolucji francuskiej oraz silnego antyklerykalizmu. Ten ostatni zainspirował nawet Cypriana Kamila Norwida do rozpoczęcia jednej z fraszek słowami: „Dewocja krzyczy: «Michelet wychodzi z kościoła!»”4.

Romantyczna wizja historiografii w ujęciu Michelet’go straciła nieco na znaczeniu w dobie pozytywizmu, ale pod koniec lat 20-tych XX wieku znów wróciła do łask. Wtedy właśnie twórcy historycznej szkoły naukowej Annales odkryli Michelet’go na nowo i obwołali go „założycielem nowożytnej francuskiej historiografii”5. Kolejne dekady XX wieku to tłumaczenia na języki z całego świata (choć właściwie wszystkie anglojęzyczne przekłady ukazały się jeszcze za życia samego Michelet’go), odkrywanie tez francuskiego historyka na nowo, docenienie jego barwnego stylu i analizowanie kontekstu politycznego, w jakim pisał. Na język polski jego dzieła przekładano już w XIX wieku, a pierwsze polskie wydanie Czarownicy ukazało się w 1961 roku w tłumaczeniu Marii Kaliskiej. Jeszcze wcześniej zaś tą romantyczną wizją inspirował się Bohdan Baranowski, znany polski historyk i badacz dziejów czarownictwa6.

Wczesnonowożytna epoka polowań na czarownice doczekała się w historiografii wielu opracowań i interpretacji. Pierwsze próby zrozumienia prześladowań zaczęły pojawiać się już w XVIII wieku, kiedy to zjawisko było jak najbardziej żywe i „namacalne”. W 1749 roku włoski uczony, Girolamo Tartarotti-Serbati, zasugerował, że u podłoża nowożytnych sabatów leżą starożytne zgromadzenia pogan7. Myśl ta przewijała się także w pismach niemieckich twórców, jak Karl Ernst Jarcke czy Franz Josef Mone, w pierwszej połowie XIX wieku. A potem przychodzi rok 1862 i Michelet’gowa Czarownica (La Sorcière), jedno z jego najbardziej znanych dzieł – acz swoją formą przypomina bardziej esej literacki niż właściwą analizę historyczną.

Znaczące wydaje się, że Michelet pisze o tej jednej czarownicy, jednej postaci, niezmiennej od czasów średniowiecza, ba, czasów starożytnych. Robi to w znanym już czytelnikom jego prac stylu: barwnie, z rozmachem, dramatycznie, wręcz patetycznie. Opisuje czarownictwo jako formę rebelii przeciwko zastanemu porządkowi (także porządkowi proponowanemu przez Kościół). Zniewolony, uciskany lud wykreował postać czarownicy jako remedium na wszystkie swoje opresje i nieszczęścia. Czarownica, lekarka ludu i prekursorka medycyny, istnieje „od czasów rozpaczy”8, pisze Michelet. Krytykuje jednocześnie pisma wczesnonowożytnych inkwizytorów jako jednostronne „brednie” i kreśli bardzo romantyczną wizję swojej tytułowej bohaterki, oblubienicy szatana, która czyniła tyle złego, co dobrego. Była w tym czynieniu mocno egalitarna: „Wszyscy się do niej [czarownicy – J.M.K.] schodzą. Nikt się nie wstydzi. Mówią bez ogródek, żądają od niej życia, żądają śmierci, leków, trucizn”9. Wspomniana niechęć autora do Kościoła katolickiego znalazła wyraz w wielu jego pismach i choć Michelet zgadzał się z Jarckiem i Monem, że do czasów Europy nowożytnej przetrwała wyłącznie zdegenerowana forma dawnych wierzeń, to jednak i tak stawiał ją wyżej niż religię chrześcijańską, a już szczególnie tę w wydaniu rzymskokatolickim. Czarownica to zatem nie tylko pełne pasji spojrzenie na formowanie się porządku społecznego, ale i opowieść o różnych formach duchowego i religijnego przywództwa nad ludem od czasów najdawniejszych. Czarownica, która „z dawnych bogów poczęła nowych”10, staje się oblubienicą diabła, archetypiczną buntowniczką, która za swoją naturę i mądrość, wedle Michelet’go, otrzymuje okrutną nagrodę: masowe donosy, męki tortur i śmierć na stosie.

Ta wyrazista wizja do dziś znajduje swoich zwolenników, nawet jeśli ówcześni francuscy historycy nie komentowali jej zbyt szeroko, a współczesna historiografia w inny sposób interpretuje czasy prześladowań. Warto jednak dodać, że przekonanie Michelet’go o tym, że ludzie prześladowani jako czarownice reprezentowali jakąś formę dawnych, pogańskich wierzeń, w XX wieku wróciło z całą mocą. Teksty antropolożki Margaret A. Murray, przede wszystkim jej Wiedźmi kult w Europie Zachodniej z 1921 roku, przyczyniły się do dyskusji o czarownictwie jako o religii i miały swój wpływ na akademię oraz praktykujące czarownice – dość przywołać Geralda B. Gardnera i brytyjską wicca tradycyjną11. Zresztą do Michelet’go i jego wizji czarownicy odnosili się także twórcy kultury popularnej, jak choćby japoński reżyser Eiichi Yamamoto w mocno psychodelicznym filmie animowanym z 1973 roku pt. Tragedia Belladonny (Kanashimi no Beradonna).

Uczciwszy wszystkie zastrzeżenia do wizji Jules’a Michelet’go, jego romantyczne ujęcie historii to potężna synteza wszystkich aspektów minionego życia, które wpływa na życie obecne. Przyszedł moment, żeby zadać sobie pytanie: dokąd zmierzasz, czarownico, archetypiczna buntowniczko? Jak twoje dawne dzieje wpływają na dzieje obecne? Co cię czeka w czasach, które nadchodzą? Niech nowe wydanie Czarownicy pozwoli Wam, drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, na rozmyślanie nad odpowiedziami.

dr Joanna Malita-Król

Wstęp

Sprenger (przed rokiem 1500) powiada: „Należy mówić: herezja czarownic, a nie: czarowników; ci niewiele znaczą”. A inny inkwizytor, za Ludwika XIII, mówi: „Na jednego czarownika — dziesięć tysięcy czarownic”.

„Są czarownicami z natury”. Jest to talent właściwy kobiecie, zgodny z jej temperamentem. Rodzi się ona wróżką. Przez regularny nawrót egzaltacji jest Sybillą. Przez miłość jest czarodziejką. Przez swą subtelność, złośliwość (często kapryśną i dobroczynną) jest czarownicą i kieruje losem, a przynajmniej uśmierza, oszukuje zło.

Każdy pierwotny lud ten sam ma początek; widzimy to w opisach podróżniczych. Mężczyzna poluje i walczy. Kobieta wysila umysł, imaginację, rodzi sny i bogów. Pewnego dnia staje się jasnowidzącą, zaczyna bezkresny lot marzenia i pożądania. Aby lepiej obliczać czas, obserwuje niebo. Ale nie mniej kocha ziemię. Z oczami spuszczonymi na zakochane kwiaty, młoda i sama jak kwiat, zawiera z nimi osobistą znajomość. Jest kobietą i żąda od kwiatów, aby uzdrawiały tych, których ona kocha.

Prosty i wzruszający początek religii i nauk! Później wszystko ulegnie podziałowi; ujrzymy mężczyznę, który specjalizuje się: jest żonglerem, astrologiem lub wieszczem, wywoływaczem duchów, kapłanem, lekarzem. Ale na początku to kobieta jest wszystkim.

Silna i żywotna religia, jaką było pogaństwo greckie, rozpoczyna się od Sybilli, kończy na czarownicy. Pierwsza z nich, piękna dziewica, wykołysała je w pełnym świetle dnia, dała mu wdzięk i aureolę. Później, w mrokach średniowiecza, czarownica przechowuje je, upadłe i chore, na landach i w lasach; żywi je swą nieustraszoną litością, przedłuża mu życie. Tak więc kobieta jest matką, czułą strażniczką i wierną karmicielką religii. Bogowie są jak mężczyźni, rodzą się i umierają na jej łonie.

Ile ją kosztuje ta wierność!... Czarodziejskie królowe Persji, zachwycająca Circe, wzniosła Sybillo! Niestety! Kim żeście się stały? Cóż za barbarzyńska przemiana!... Ta, która ze Wschodniego Tronu wykładała właściwości roślin i drogę gwiazd, a na delfickim trójnogu, promieniejąc boskim światłem, rzucała swą wyrocznię ludowi czekającemu na klęczkach, ona to tysiąc lat później szczuta jest jak dzikie zwierzę, ścigana po rozstajnych drogach, lżona, szarpana, kamienowana, sadzana na rozżarzonych węglach!...

Nie starcza klerowi stosów, ludowi obelg, dzieciom kamieni przeciwko tej nieszczęsnej. Poeta (także dziecko) innym w nią rzuca kamieniem, dotkliwszym dla kobiety. Sądzi bezpodstawnie, że była zawsze brzydka i stara. Czarownice wyobrażamy sobie jako straszliwe staruchy Makbeta. Ale okrutne procesy dowodzą czegoś wręcz przeciwnego. Wiele czarownic zginęło właśnie dlatego, że były młode i piękne.

Sybilla przepowiadała los. A czarownica go stwarza. To wielka, istotna różnica. Wywołuje, zaklina, oddziałuje na przeznaczenie. To nie antyczna Kasandra, która widziała przyszłość, opłakiwała ją, wyczekiwała jej. Ta Kasandra tworzy przyszłość. Mocniej niż Circe, niż Medea dzierży w ręku różdżkę cudów przyrody, a za pomoc i siostrę ma Naturę. Posiada już cechy nowoczesnego Prometeusza. Z niej rodzi się przemyślność, zwłaszcza ta najwyższa, uzdrawiająca, odnawiająca człowieka. W przeciwieństwie do Sybilli, która patrzała w jutrznię, ona spogląda na zachód; i właśnie na tym mrocznym zachodzie ukazuje się na długo przed brzaskiem (jak to zdarza się na szczytach Alp) przedwczesny świt.

Kapłan słusznie przewiduje niebezpieczeństwo, nieprzyjaciółkę, straszną rywalkę w kapłance Natury, dla której udaje pogardę. Bo ona z dawnych bogów poczęła nowych. Obok szatana przeszłości kiełkuje w niej szatan przyszłości.

Czarownica przez tysiąc lat była jedynym lekarzem ludu. Cesarze, królowie, papieże, najbogatsi baronowie miewali doktorów z Salerno, Maurów, Żydów, ale inne stany, można rzec, niemal wszyscy, radzili się tylko sagi, czyli babki. Jeżeli nie wyleczyła, przeklinano ją, nazywano czarownicą. Ale na ogół, przez szacunek zmieszany z obawą, zwano ją Dobrą Panią lub Piękną Panią (Bella Donna), tym samym imieniem, które dawano wróżkom.

Stało się z nią to, co dziś jeszcze dzieje się z jej ulubioną belladoną i innymi zbawczymi truciznami, których używała, a które stanowiły antidotum na wielkie plagi średniowiecza. Dziecko, nieświadomy przechodzień, przeklina te posępne kwiaty, nie znając ich. Przerażają go dziwnymi barwami, więc cofa się, ucieka. A jednak są one Pocieszające (Solanaceae) i, stosowane oględnie, często uzdrawiały lub uśmierzały ból.

Znajdujecie je w najbardziej ponurych miejscach, w ruinach i na zwaliskach, samotne, zniesławione. Znowu podobieństwo z tą, która się nimi posługuje. Gdzieżby żyła, jeżeli nie na dzikich landach, nieszczęsna, prześladowana, przeklęta wygnanka, trucicielka, która leczyła i ratowała? Oblubienica diabła i Zła wcielonego, która zrobiła tyle dobrego, wedle słów wielkiego lekarza Odrodzenia. Gdy Paracelsus w Bazylei w roku 1527 spalił cały dorobek medycyny, stwierdził, że tyle tylko wie, ile nauczył się od czarownic.

To zasługiwało na nagrodę. Otrzymały ją. Wynaleziono specjalne męki, wymyślono cierpienia. Sądzono je masowo, skazywano na podstawie jednego donosu. Nigdy tak nie szafowano życiem ludzkim. Pomijając Hiszpanię, klasyczną ziemię stosów, gdzie Maur i Żyd idą zawsze w jednym szeregu z czarownicą, pali się ich siedem tysięcy w Trewirze i mnóstwo w Tuluzie, w Genewie pięćset w trzy miesiące (1513), a osiemset w Würtzburgu prawie za jednym zamachem, tysiąc pięćset w Bambergu (dwa małe biskupstwa!). Sam Ferdynand II, bigot, okrutny cesarz wojny trzydziestoletniej, był zmuszony nadzorować zacnych biskupów, inaczej spaliliby wszystkich jego poddanych. Znajdujemy na liście würtzburskiej czarownika jedenastoletniego, ucznia szkolnego, czarownicę piętnastoletnią, w Bajonnie dwie siedemnastoletnie, bezwstydnie urodziwe.

Pamiętamy, że w pewnych epokach jednym tym słowem, czarownica, nienawiść zabija, kogo chce. Zazdrość kobiet, pożądliwość mężczyzn chwyta za tak wygodną broń. Któraś jest bogata... Czarownica! Tamta ładna?... Czarownica! Mała żebraczka Murgui tym straszliwym kamieniem piętnuje śmiertelnie czoło wielkiej damy, pięknej pani de Lancineny.

Oskarżone, jeżeli mogą, uprzedzają torturę i zabijają się same. Remy, zacny sędzia lotaryński, spaliwszy osiemset czarownic, chełpi się tym terrorem. „Moja sprawiedliwość jest tak skuteczna — powiada — że szesnaście zatrzymanych tego dnia nie czekało, same udusiły się od razu”.

W pracy nad moją historią, w ciągu trzydziestu lat, które jej poświęciłem, straszliwa literatura czarnoksięstwa przepływała przez moje ręce i wciąż do nich powracała. Wykorzystałem w pierwszym rzędzie roczniki inkwizycji i brednie dominikańskie (Bicze, Młoty, Mrowiska, Chłosty, Latarnie itd., oto tytuły ich książek). Później czytałem dzieła członków parlamentu12, sędziów świeckich, którzy przychodzą po mnichach, pogardzają nimi, a są nie mniejszymi od nich głupcami. Mówię o tym na innym miejscu. Tutaj jedynie stwierdzam, że od roku 1300 do 1600 i później sprawiedliwość się nie zmienia. Poza krótkim okresem działania parlamentu paryskiego jest to zawsze i wszędzie to samo okrucieństwo głupoty. Nic tu nie znaczą talenty. Inteligentny de Lancre, urzędnik z Bordeaux za panowania Henryka IV, bardzo wyrobiony polityk, w sprawach czarów spada do poziomu jakiegoś Nidera czy Sprengera, głupawych mnichów z piętnastego wieku.

Zdumiewający jest fakt, że ci ludzie o różnym poziomie kultury, w tak różnych czasach, nie mogą postąpić ani kroku naprzód. Później staje się najzupełniej zrozumiałe, że jedni i drudzy zostali oślepieni, beznadziejnie otumanieni i zatruci przez pewne założenie kanoniczne. Tym założeniem jest dogmat podstawowej niesprawiedliwości. „Wszyscy są zgubieni przez jednego, nie tylko ukarani, ale tego godni, zepsuci i zdemoralizowani z góry, umarli dla Boga jeszcze przed urodzeniem. Dziecko przy piersi jest już potępione”.

Kto to mówi? Wszyscy, nawet sam Bossuet. Poważny doktor rzymski, Spina, mistrz ceremonii dworu papieskiego, formułuje jasno: „Dlaczego Bóg zezwala na śmierć niewinnych? Czyni to słusznie. Jeżeli bowiem nie umierają z powodu popełnionych grzechów, umierają zawsze winni grzechu pierworodnego” (De Strigibus, rozdz. 9).

Z tej potwornej zasady wypływają dwie konsekwencje w dziedzinie sprawiedliwości i logiki. Sędzia jest zawsze pewny swej sprawy, stojący przed nim człowiek jest na pewno winien, a jeżeli się broni, winien jest tym bardziej. Sprawiedliwość nie musi się wysilać, nie musi sobie łamać głowy, aby odróżnić prawdę od fałszu. W każdym wypadku wychodzi się od z góry powziętej decyzji. Logik, scholastyk nie potrzebuje analizować duszy, wnikać w jej subtelność, złożoność, w jej wewnętrzne sprzeczności i walki. Nie musi, tak jak my, tłumaczyć sobie, w jaki sposób ta dusza, krok za krokiem, może stać się występną. Gdyby nawet mógł zrozumieć te finezje, to szukanie po omacku, och, jakżeby się z nich śmiał i kiwał głową! I z jakim wtedy wdziękiem kołysałyby się wspaniałe uszy, którymi zdobny jest jego pusty łeb!

Jeśli chodzi zwłaszcza o pakt diabelski, przerażający układ, w którym za drobny jednodniowy zysk dusza sprzedaje się na wieczne męki, staramy się dziś odtworzyć sobie przeklętą drogę człowieka i okropne stopniowanie nieszczęść i zbrodni, które go tam zepchnęły. Ale nasz scholastyk wcale się o to nie troszczy. Dla niego dusza i diabeł zrodziły się jedno dla drugiego, tak, że przy pierwszej pokusie, dla kaprysu, zachcianki, przelotnej myśli, dusza od razu rzuca się w tę straszną ostateczność.

Nie widzę również, aby nasi nowocześni historycy troszczyli się zbytnio o chronologię moralną czarodziejstwa. Za wiele zwracają uwagi na związki średniowiecza ze starożytnością. Są to związki realne, rzeczywiste, ale słabe i o małym znaczeniu. Ani dawna czarodziejka, ani jasnowidząca celtycka i germańska nie są jeszcze prawdziwymi czarownicami. Niewinne sabazje (od Bachusa Sabazjusza), mały wiejski sabat, który przetrwał do średniowiecza, nie są jeszcze „czarną mszą” czternastego wieku, tym wielkim, uroczystym urąganiem Jezusowi. Te straszne koncepcje nie wypłynęły z dawnych, tradycyjnych źródeł. Wytrysnęły z grozy czasu.

Od kiedy rozpoczyna się istnienie czarownicy? Powiadam bez wahania: „Od czasów rozpaczy”.

Od głębokiej rozpaczy, którą wytworzył świat Kościoła. Powiadam bez wahania: „Czarownica jest jego zbrodnią”.

Nie biorę wcale pod uwagę ich słodziutkich wyjaśnień, udanej łagodności: „Słabe, płoche było stworzenie, podatne na pokusy. Do złego popchnęła je pożądliwość”. Niestety! w nędzy, w głodzie tych czasów nie to pobudzało do diabelskiego szału. Nie jest czarownicą zakochana kobieta, zazdrosna i porzucona, dziewczyna wygnana przez macochę, matka maltretowana przez syna (stare wątki legend), choćby doznawały one pokus i wzywały złego ducha. Z tego, że biedne te stworzenia wzywały szatana, nie można wnioskować, że on bierze je w swoją moc. Daleko jeszcze i bardzo daleko, do chwili, gdy do tego dojrzeją. Nie ma w nich jeszcze nienawiści ku Bogu.

Aby to nieco lepiej zrozumieć, przeczytajcie ohydne rejestry, które nam zostały po inkwizycji, nie w wyimkach Llorentego, Lamothe-Langona itd., ale w tym, co dochowało się z oryginalnych rejestrów Tuluzy. Odczytajcie je w całej ich pospolitości, ich ponurej, przerażająco dzikiej pedanterii. Po kilku stronicach czujemy się znużeni. Przenika nas okrutne zimno. Śmierć, śmierć, śmierć zieje z każdego wiersza. Jesteście już w trumnie lub w małej kamiennej komórce o omszałych ścianach. Najszczęśliwsi są ci, których się zabija. Potworność to in pace. Słowo to powraca stale jak dźwięk ohydnego dzwonu, niosący rozpacz żywym umarłym, zawsze to samo słowo: zamurowani.

Okropny mechanizm druzgotania, spłaszczania, okrutna prasa do niszczenia duszy. Za każdym przykręceniem śruby dusza bez tchu ulatuje i zapada w nieznane.

Czarownica nie ma ojca ani matki, syna, małżonka, rodziny. Jest potworem, aerolitem przybyłym nie wiadomo skąd. Któż, wielki Boże, ośmieliłby się do niej zbliżyć?

Gdzie przebywa? W niewiarygodnych miejscach, w gąszczu tarniny, na landach, gdzie splecione ciernie i osty przejść nie pozwalają. W nocy — pod jakimś starym dolmenem. Gdy ją tam znajdziemy, jest wyizolowana przez ogólną grozę; otacza ją, jak gdyby ognisty krąg.

Ale — kto by w to uwierzył? — to jeszcze kobieta. Nawet to straszne życie wzmaga i potęguje jej kobiecość, kobiecą elektryczność. Obdarzona jest dwoma talentami.

Pierwszy z nich to iluminizm, wieszczy szał, który zależnie od stopnia nasilenia jest poezją, jasnowidzeniem, przenikliwością, wymową naiwną i chytrą, zwłaszcza zaś umiejętnością uwierzenia we wszystkie własne zmyślenia. Talent nie znany czarownikowi — mężczyźnie. Nic by się nie rozpoczęło od niego.

Z tego daru wypływa inny, wspaniała moc samoistnego poczęcia, samorództwo (parthenogenesis), którą nasi fizjologowie rozpoznają obecnie u samic wielu gatunków w dziedzinie płodności cielesnej, a które jest nie mniej pewne w sprawach ducha. Sama poczęła i porodziła. Kogo? Sobowtóra, który jest łudząco do niej podobny.

Syn nienawiści, poczęty z miłości. Bo nic nie powstaje bez miłości. Ona, przerażona tym dzieckiem, opanowuje się tak świetnie, znajduje takie upodobanie w tym bożyszczu, że umieszcza je natychmiast na ołtarzu, wielbi je, poświęca się i oddaje jako ofiara i żywa hostia. Sama bardzo często będzie to mówiła swemu sędziemu: „Boję się tylko jednego: że za mało dla niego cierpiałam” (Lancre).

Czy wiecie, od czego zaczyna to dziecko? — Od straszliwego wybuchu śmiechu. Czyż nie ma powodu do wesołości na wolnej przestrzeni, daleko od więzień Hiszpanii i Tuluzy? Jego in pace to cały świat. Odchodzi, wraca, wędruje. Do niego należy las bez granic, do niego landy o rozległych horyzontach, do niego cała ziemia w swej bogatej szacie! Czarownica mówi do niego czule: „Mój Robinie”, imieniem walecznego wygnańca, radosnego Robin Hooda, który żyje w cieniu zielonych drzew. Lubi także nazywać go imionami Zielonek, Laseczek, Zagajniczek. To są ulubione miejsca filuta. Ledwie zobaczył zarośla, już stworzył pojęcie wagarów.

Przedziwne jest, że czarownica od razu naprawdę stworzyła istotę. Szatan ma wszystkie pozory rzeczywistości. Widziano go, słyszano. Każdy umie go opisać.

Święci, ci ukochani synowie dobrych rodzin, poruszają się mało, kontemplują, marzą; czekają czekając, pewni, że otrzymają swoją część, przeznaczoną dla wybrańców. Odrobina ich aktywności koncentruje się w zaciśniętym kręgu naśladowania (to słowo jest całym średniowieczem). On, przeklęty bastard, który ma tylko bicz w udziale, nie czeka. Szuka i nigdy nie odpoczywa. Wędruje od ziemi do nieba. Jest niezmiernie ciekawy, szpera, przenika, bada, wszędzie wtyka nos. Śmieje się i szydzi z Consummatum est. Zawsze mówi: „Dalej!” i „Naprzód!”.

Nie jest zresztą wymagający. Bierze wszystkie odpadki; zbiera, co niebo odrzuci. Na przykład: Kościół porzucił Naturę jako nieczystą i podejrzaną. Chwycił ją szatan, stroi się w nią.

Więcej: umie ją wykorzystać, posłużyć się nią, przyczynić się do rozkwitu sztuki, przyjmując wielkie imię, którym chcą go napiętnować — Księcia świata.

Powiedziano nieostrożnie: „Biada tym, którzy się śmieją!” To z góry oddało szatanowi najpiękniejszą dziedzinę, monopol śmiechu i uczyniło go zabawnym. Powiedzmy więcej: koniecznym. Bo śmiech jest zasadniczą funkcją naszej natury. Jakże dźwigać życie, jeżeli nie możemy się śmiać, chociażby pomiędzy jednym a drugim utrapieniem?

Kościół, który uważa życie jedynie za próbę, strzeże się, aby go nie przedłużać. Jego medycyna jest rezygnacją, oczekiwaniem i nadzieją śmierci. Rozległe pole dla szatana! Oto on: lekarz, uzdrowiciel żywych. I jeszcze więcej, to pocieszyciel, który ukazuje nam łaskawie naszych zmarłych, wywołuje ukochane cienie.

Inny drobiazg odrzucony przez Kościół: logika, wolny rozum. Wielki to przysmak uchwycony łapczywie przez Tamtego.

Kościół wybudował solidne, małe in pace, wąskie, o niskim sklepieniu, oświetlone sączącym się przez szczelinę niepewnym blaskiem. Nazywało się to Szkoła. Wpuszczono tam kilku mnichów, powiedziano im: „Bądźcie wolni”. Wszyscy tam stali się kalekami. Trzy, cztery wieki utwierdziły ten paraliż. I punkt widzenia Abelarda jest ten sam co Ockhama!

Zabawne, że tam szuka się źródeł Odrodzenia! Powstało, ale jak? Przez szatańskie praktyki ludzi, którzy przewiercili sklepienie, przez wysiłek potępionych, którzy chcieli ujrzeć niebo. Ale powstawało przede wszystkim z dala od Szkoły i uczonych, na wagarach, gdzie szatan dawał lekcje czarownicy i owczarzowi.

Prawda, że wykształcenie to ryzykowne, ale ryzyko podniecało osobliwą miłość, gwałtowne pożądanie ujrzenia i poznania. Tam rozpoczęły się zgubne nauki, zabronione aptekarstwo trucizn i obrzydliwa anatomia. Owczarz, szpieg gwiazd, wraz z obserwacją nieba wnosił tam swe karygodne recepty, doświadczenia poczynione na zwierzętach. Czarownica przynosiła z sąsiedniego cmentarza wykradzione ciało; i po raz pierwszy (ryzykując śmiercią na stosie) można było podziwiać ten cud Boży, „który głupio ukrywano, zamiast go zrozumieć” (jak to trafnie powiedział pan Serres).

Jedyny tolerowany przez szatana doktor — Paracelsus — widział tam jeszcze kogoś trzeciego, kto przemykał się czasem na ponure zgromadzenie, wprowadzając chirurgię. Był to lekarz tych czasów dobroci, kat, człek o zuchwałej ręce, który igrał z żelazem, łamał kości i umiał je zestawiać, zabijał, a czasem ratował, wieszał tak, by nie powiesić.

Zbrodniczy uniwersytet czarownicy, owczarza i kata swymi świętokradczymi doświadczeniami dodał odwagi innemu uniwersytetowi, zmusił swego konkurenta do studiów. Bo każdy chciał żyć. Inaczej czarownica zagarnęłaby wszystko; odwrócono by się na zawsze od lekarza. Kościół musiał uznać te zbrodnie i zezwolić na nie. Stwierdził, że istnieją dobre trucizny (Grillandus). Zniewolony i zmuszony, zezwolił na publiczną sekcję. W roku 1306 Włoch Mondino robi pierwszą sekcję kobiety; następną w roku 1315. Święte objawienie, odkrycie świata (o wiele ważniejsze niż Krzysztofa Kolumba)! Głupcy zadrżeli, zawyli. A mędrcy padli na kolana.

Wśród takich zwycięstw szatan był całkiem pewny swego istnienia. Sam Kościół nigdy nie mógłby go zniszczyć. Nie stosy go zgubiły, lecz pewna określona polityka.

Podzielono zręcznie królestwo szatana. Przeciw jego córze i małżonce, czarownicy, uzbrojono jego syna, lekarza.

Kościół, który głęboko, z całego serca nienawidził lekarza, dał mu jednak monopol na wytępienie czarownicy. Stwierdził w czternastym wieku, że jeżeli kobieta ośmiela się leczyć bez uprzednich studiów, jest czarownicą i ma umrzeć.

Ale jak miałaby studiować publicznie? Wyobraźcie sobie śmieszną, okropną scenę, gdyby biedna dzikuska odważyła się wejść do Szkoły! Co za komedia, ile śmiechu! W ogniach świętojańskich palono związane łańcuchem koty. Ale czarownica przywiązana do tego miauczącego piekła, czarownica wyjąca i upieczona, oto gratka dla sympatycznych młodych mnichów i kleryków!

Nadejdzie zupełny upadek szatana. Żałosna opowieść. Spacyfikowany, staje się starym poczciwcem. Okrada się go, grabi do tego stopnia, że z dwóch masek, które miał na sabacie, wstrętniejszą zabrał mu Tartuffe.

Jego duch jest wszędzie. Ale on sam, w swej osobie, tracąc czarownicę, utracił wszystko. Czarownicy byli nudziarzami.

Teraz, gdy go tak skutecznie popchnęli do upadku, czy chociaż wiedzą, co uczynili? Czyż nie był koniecznym aktorem, niezbędną częścią wielkiej machiny religijnej, trochę już nadpsutej? Każdy dobrze funkcjonujący organizm jest podwójny, ma dwie strony. Tylko tak może żyć. Jest to pewna równowaga dwóch sił przeciwstawnych, symetrycznych, ale nierównych; mniejsza jest przeciwwagą, odpowiednikiem drugiej. Większa niecierpliwi się, chce zniszczyć mniejszą. Niesłusznie.

Gdy Colbert (1672) bez ceremonii złożył szatana z urzędu, zabraniając sędziom wszczynać procesy o czary, uparty parlament normandzki ze swoją poczciwą normandzką logiką, ukazał niebezpieczną stronę takiej decyzji. Diabeł jest również dogmatem, który wiąże się ze wszystkimi innymi. Podważyć tego wiecznie zwyciężonego czyż nie jest to podważyć Zwycięzcę? Wątpienie w czyny pierwszego prowadzi do zwątpienia w czyny drugiego, w cuda, które czyni właśnie po to, aby zwyciężyć diabła. Kolumny niebiańskie tkwią stopami w otchłani. Nierozważny, kto wzruszy tę piekielną podstawę, bo może zarysować mury raju.

Colbert nie posłuchał. Miał tyle innych spraw na głowie. Ale diabeł może usłyszał. I uznał to za bardzo pocieszające. Godzi się na skromne zajęcia, którymi zarabia na życie (spirytyzm albo wirujące stoliki), i uważa, iż w każdym razie nie umiera sam.

Księga pierwsza

Rozdział IŚmierć bogów

Niektórzy pisarze zapewniają nas, że tuż przed zwycięstwem chrześcijaństwa tajemniczy głos rozlegał się wzdłuż wybrzeży Morza Egejskiego: „Wielki Pan nie żyje!”

Starożytny powszechny bóg Natury przestał istnieć. Wielka radość! Wyobrażano sobie, że gdy umarła Natura, umarła pokusa. Dusza ludzka, tak długo miotana burzą, zazna więc spokoju.

Czy chodziło po prostu o kres dawnego kultu, jego porażkę, zanik dawnych form religijnych? Nic podobnego. Badając pierwsze pomniki chrześcijańskie, napotyka się w każdym wierszu nadzieję, że Natura zniknie, życie zgaśnie, że wreszcie zbliża się koniec świata. Tak stało się z bogami życia, którzy długo przewlekali czas złudzeń. Wszystko pada, wali się, pogrąża. Wszystkość staje się nicością: „Wielki Pan nie żyje!”

Nie było to nowością, że bogowie muszą umierać. Wiele dawnych kultów opiera się właśnie na motywie śmierci bogów. Ozyrys i Adonis umierają, co prawda, aby zmartwychwstać. Ajschylos w teatrze nawet, w tych dramatach, które grywano tylko w święta bogów, oznajmia im wyraźnie głosem Prometeusza, że muszą kiedyś umrzeć. Ale jak? Zwyciężeni i poddani Tytanom, antycznym potęgom Natury.

Tu zaś całkiem inna sprawa. Pierwsi chrześcijanie zbiorowo i indywidualnie, w przeszłości i przyszłości przeklinają samą Naturę. Potępiają ją całkowicie, widzą wcielone zło, demona nawet w kwiecie13. Nadchodzą więc aniołowie, którzy niegdyś strącili w przepaść miasta Morza Martwego. Niech porwą, zniszczą jak zasłonę marny kształt świata, niech wyzwolą nareszcie świętych od tej długotrwałej pokusy!

Ewangelia mówi: „Bliski jest dzień”. Ojcowie mówią: „Natychmiast”. Upadek Imperium i najazd barbarzyńców napełniają świętego Augustyna nadzieją, że z państwa pozostanie już wkrótce tylko Państwo Boże.

Jakże jednak trudno umiera ten świat, jakże upiera się przy życiu! Żąda, jak Ezechiasz, wytchnienia, jeszcze jednego obrotu zegara czasu. Dobrze więc, zgoda, aż do roku tysięcznego. Ale później już ani dnia dłużej!

Czy jest rzeczą pewną (jak to wielokrotnie powtarzano), że dawni bogowie skończyliby się sami, znudzeni, zmęczeni życiem? Że byliby ze zniechęcenia sami niejako podali się do dymisji? Że wystarczyło, aby chrześcijaństwo tylko dmuchnęło na te czcze cienie?

Pokazuje się te bogi w Rzymie, pokazuje się je na Kapitolu, dokąd zostały przyjęte dopiero po śmierci, chcę rzec, gdy zrezygnowały z soków rodzimych, wyparły się ojczyzny, przestały być duchami reprezentującymi swoje narody. Zanim je przyjął, Rzym przeprowadził na nich surową operację, osłabił je, pozbawił krwi. Ci wielcy bogowie, scentralizowani, stali się w swym oficjalnym życiu smutnymi urzędnikami imperium rzymskiego. Ale ta olimpijska arystokracja zupełnie nie pociągnęła za sobą do upadku tłumu bogów tubylczych, pospólstwa bogów władających dalej bezmiarem wsi, lasów, gór, źródeł, splecionych głęboko z życiem okolicy. Ci bogowie, mieszkający w pniach dębowych, w bieżących a głębokich wodach, nie zostali stamtąd wygnani.

A kto to mówi? Kościół. Ostro przeczy sam sobie. Obwieścił śmierć bogów, a oburza go ich życie! Poprzez wieki groźnym głosem swych soborów14 rozkazuje im umrzeć!... Więc jakże? Żyją jednak?

„Są demonami”... — A więc żyją. Nie mogąc z tym dojść do ładu, pozwala się niewinnemu ludowi stroić je, przebierać. Poprzez legendę chrzci się je, narzuca się je nawet Kościołowi. Ale czy są przynajmniej nawrócone? Jeszcze nie. Chwyta się je na tym, że potajemnie zatrzymują swą własną, pogańską naturę.

Gdzie się gnieżdżą? Na pustyni, na landach, w lesie? Tak, ale zwłaszcza w domach. Wchodzą najgłębiej w domowe zwyczaje. Kobieta trzyma je i ukrywa w domu, nawet w łóżku. Mają to, co jest najlepsze na świecie (lepsze niż świątynia), ognisko domowe.

Nigdy nie było tak gwałtownej rewolucji jak rewolucja Teodozjusza. Ani śladu w starożytności takiego wyplenienia jakiegoś kultu. Pers, czciciel ognia, w swej bohaterskiej czystości mógł znieważać widzialne bogi, ale pozwalał im istnieć. Był bardzo łaskawy dla Żydów, opiekował się nimi, zatrudniał ich. Grecja, córka światła, kpiła z mrocznych bogów, brzuchatych Kabirów, tolerowała ich jednak, przyjęła jako robotników, tak że stworzyła z nich swego Wulkana. Rzym w swoim majestacie przyjął nie tylko Etrurię, ale i wiejskich bogów starego rolnika italskiego. Nie prześladował druidów aż do czasu, gdy stali się niebezpieczni jako przedstawiciele oporu podbitych plemion.

Zwycięskie chrześcijaństwo postanowiło wytępić nieprzyjaciela. Zmiotło Szkołę przez wygnanie logiki i przez zagładę filozofów, którzy zostali zmasakrowani za Walensa. Zmiotło z powierzchni ziemi albo opróżniło Templum, zmiażdżyło symbole. Nowa legenda mogłaby sprzyjać rodzinie, gdyby nie przekreślono ojca w świętym Józefie, gdyby matka została wywyższona jako mistrzyni, która duchowo zrodziła Jezusa. Płodna droga, którą porzucono od początku przez ambicję wzniosłej, jałowej czystości.

Tak więc chrześcijaństwo wkroczyło na samotną drogę, na którą świat sam już wkraczał, drogę celibatu, zwalczanego na próżno przez prawo cezarów. Stoczyło się po tej pochylni poprzez zasady życia zakonnego.

Ale czy człowiek na pustyni był sam? Demon mu towarzyszył wraz z wszystkimi pokusami. Ale nadaremnie! Człowiek musiał na nowo stworzyć społeczności, miasta samotników. Znamy czarne miasta mnichów, które powstały w Tebaidzie. Wiadomo, jaki dziki, niesforny duch ich ożywiał, znamy ich mordercze wyprawy do Aleksandrii. Mówili o sobie, że są nękani, popychani przez demona, i nie kłamali.

Ogromna pustka zrobiła się na świecie. Kto ją wypełnił? Chrześcijanie odpowiadają: Demon, wszędzie demon: Ubique daemon15.

Grecja, jak wszystkie ludy, miała swych opętanych, pomieszanych na umyśle, opanowanych przez duchy. Jest to związek całkiem zewnętrzny, pozorna analogia, w istocie zupełnie co innego. Tutaj nie ma żadnych duchów. Tu są czarni synowie otchłani, szczyt przewrotności. Wszędzie widzi się tych biednych melancholików, którzy się nienawidzą, czują wstręt do siebie samych. Osądźcie, co to znaczy czuć się istotnie podwojonym, wierzyć w tego drugiego, okrutnego gościa, który przychodzi, odchodzi, spaceruje w was, zmusza do wędrowania tam, gdzie on chce, na pustynię, do przepaści. Człowiek chudnie i słabnie. A im nędzniejsze i słabsze ciało, tym gwałtowniej miota się demon. Zwłaszcza kobieta jest nawiedzona, napełniona, wzdęta przez tych tyranów. Napełniają ją aurą piekielną, zmuszają do grzechu, doprowadzają do rozpaczy.

Nie my tylko, cała — niestety — natura staje się demoniczna. Jeżeli diabeł znajduje się w kwiecie, o ileż mocniej tkwi w mrocznym lesie! Światło, uważane za tak czyste, pełne jest dzieci nocy. Niebo pełne piekła! Cóż za bluźnierstwo! Boska gwiazda poranka, której wspaniałe lśnienie tyle razy oświeciło Sokratesa, Archimedesa czy Platona, czym się teraz stała? Diabłem, wielkim diabłem Lucyferem. Wieczorem diabeł Venus wiedzie mnie na pokuszenie swą miękką i słodką jasnością.

Nic dziwnego, że to społeczeństwo staje się straszne i wściekłe. Oburza je własna słabość wobec demonów, ściga je wszędzie, początkowo w świątyniach i na ołtarzach dawnego kultu, później w pogańskich męczennikach. Żadnych festynów, mogą być przecież zebraniami bałwochwalców. Podejrzana jest nawet rodzina, ponieważ zwyczaj mógłby ją zgromadzić dokoła larów starożytnych. I dlaczego rodzina? Cesarstwo jest państwem mnichów.

Ale samotna jednostka, człowiek odosobniony i niemy, patrzy jeszcze w niebo, w gwiazdach odnajduje i czci dawnych bogów. „To sprowadza głód — rzekł cesarz Teodozjusz — i wszystkie plagi Cesarstwa”. Straszliwe słowa, które rozpętały przeciw bezbronnemu pogaństwu zimną wściekłość ludu. Prawo wypuszcza na oślep wszystkie rozpasane furie przeciw pogaństwu.

Dawni bogowie, zejdźcie do grobu! Bogowie miłości, życia, światła, zgaśnijcie! Załóżcie kaptur mnisi. Dziewice, zostańcie zakonnicami! Małżonki, porzućcie waszych mężów lub, jeśli zostaniecie w domu, bądźcie dla nich zimne jako siostry.

Ale czyż to wszystko możliwe? Któż będzie miał tak potężny oddech, aby zgasić od razu płomienną lampę Boga? Ta nierozważna próba bezbożnej pobożności może ściągnąć dziwne, potworne cuda... Drżyjcie, winni!

Wielokrotnie w średniowieczu powróci ponura historia oblubienicy z Koryntu. Opowiedziana tak wcześnie przez Flegona, wyzwoleńca Adrianowego, powraca w dwunastym wieku, spotyka się ją w szesnastym, jak ciężki wyrzut sumienia, nieposkromione żądanie Natury.

„Młody Ateńczyk udaje się do Koryntu, do człowieka, który mu przyrzekł swą córkę. Pozostał poganinem i nie wie, że rodzina, do której zamierza wejść, przyjęła właśnie wiarę chrześcijańską. Przybywa bardzo późno. Wszyscy już śpią, prócz matki, która podaje mu posiłek jako gościowi i pozwala mu ułożyć się do snu. Młodzieniec pada ze zmęczenia. Ledwie się zdrzemnął, w pokoju zjawia się postać; to dziewczyna w bieli szat i welonu, na czole ma czarno-złotą przepaskę. Spostrzega go. Zdziwiona, wznosi białą dłoń i mówi:

— Jestem więc już tak obca w domu? Niestety! biednam ja pustelnica... Wstyd mi, odchodzę. A ty odpoczywaj.

— Pozostań, piękna dzieweczko, oto Ceres, Bachus, a z tobą i Amor! Nie bój się, nie bądź taka blada!

— Ach, z dala ode mnie, młodzieńcze! Nie dla mnie już radość! Na życzenie mojej chorej matki młodość i życie są mi na zawsze wzbronione. Bogowie uciekli. A jedynymi ofiarami są ofiary ludzkie.

— Cóż to! byłabyś być to ty? Ty, moja miła narzeczona, którą przeznaczono mi w dzieciństwie? Przysięga naszych ojców związała nas na zawsze pod błogosławieństwem nieba. O dziewico, bądź moją!

— Nie, przyjacielu, nie ja. Dostaniesz moją młodszą siostrę. Gdy ja jęczę w mym zimnym więzieniu, ty w jej ramionach pamiętaj o mnie, o mnie, która niszczeję i myślę tylko o tobie, o mnie, którą znów przykryje ziemia.

— Nie, wzywam ten płomień na świadka, to pochodnia hymenu. Pójdziesz ze mną do mojego ojca. Zostań, ukochana moja!

— Na dar weselny ofiarowuje jej złotą czarę. Ona mu daje swój łańcuch, ale od czary woli pukiel jego włosów.

Nadchodzi godzina duchów, dziewczyna pije bladymi wargami ciemne wino koloru krwi. On pije chciwie po niej. Wzywa Miłości. Ona opiera się jeszcze, choć pęka jej biedne serce. Ale on rozpacza, pada we łzach na łoże. Wtedy rzucając się obok niego woła:

— Ach! nie mogę znieść twego bólu! Ale jeśli mnie dotkniesz, przerazisz się! Biała jak śnieg, zimna jak lód... taka jest twoja narzeczona!

— Ja cię rozgrzeję; pójdź! Skoro wyszłaś z grobu... — Wymieniają westchnienia, pocałunki.

— Czy nie czujesz, jak płonę? — Miłość ich zbliża ku sobie i łączy. Łzy mieszają się z rozkoszą. Zmieniona, pije ogień z jego ust; zastygła krew płonie miłosnym szałem, ale serce nie bije w łonie.

Tymczasem matka tam była, słuchała. Słodkie przysięgi, okrzyki skargi i rozkoszy. — Cyt.… to pianie kura! Do jutra, nocą! — Żegnają się, pocałunki za pocałunkami!

Matka wchodzi wzburzona. Widzi córkę. On ją chowa, okrywa. Ale ona uwalnia się i rośnie z łoża do powały:

— O matko, matko! zazdrościsz mi tej pięknej nocy, wyganiasz mnie z tego ciepłego miejsca. Czyż nie dość, żeś mnie zawinęła w całun i tak prędko zaniosła do grobu? Ale tajemnicza siła podniosła kamień. Wasi księża daremnie mruczeli nad jamą. Co może sól i woda, gdy płonie młodość? Ziemia nie zmroziła miłości!... Przyrzekliście, przyszłam po moje dobro...

Zmieniona, pije ogień z jego ust; (s.36)

Niestety, przyjacielu, musisz umrzeć. Uschniesz, uschniesz tu z tęsknoty. Mam twoje włosy, jutro będą białe16... Matko, ostatnia prośba, otwórz mój czarny loch, wznieś stos i niech kochanka znajdzie spoczynek w płomieniach. Niech rozżarzy się iskra i sczerwienieje popiół. Pójdziemy do naszych dawnych bogów”.

Rozdział IIRozpacz średniowiecza

„Bądźcie jako dziatki nowo narodzone” (quasi modo geniti infantes), bądźcie mali, maleńcy przez niewinność serca, przez pokój, zapomnienie kłótni, pogodni, w ręku Jezusa.

Taką radę daje Kościół burzliwemu światu nazajutrz po wielkiej klęsce. To znaczy, mówi: „Wulkany, szczątki, popioły, lawo, zieleńcie się! Pola wypalone, pokryjcie się kwieciem!”

Jedno, to prawda, obiecywało odnowicielski pokój: położono kres wszystkim szkołom, porzucono drogę logiki. Nieskończenie prosta metoda zwalniała od rozumowania, wskazywała wszystkim wygodne zbocze, po którym należało już tylko schodzić w dół. Jeżeli wyznanie wiary było niejasne, to życie zostało całkowicie wyznaczone wzdłuż ścieżki legendy. Pierwsze i ostatnie słowo było to samo: naśladowanie.

„Naśladujcie, wszystko będzie dobrze. Powtarzajcie i kopiujcie”. Ale czyż to jest droga prawdziwego dzieciństwa, które ożywia serce człowieka, pozwala mu odnaleźć świeże i obfite źródła? Widzę zresztą w tym świecie stworzonym przez młodych i dzieci jedynie atrybuty starości: chytrość, uległość, bezsiłę. Czym jest ta literatura wobec wspaniałych pomników greckich i żydowskich? Nawet wobec geniuszu rzymskiego? Jest to ściśle taki sam upadek literacki, jak w Indiach od braminizmu do buddyzmu; puste gadulstwo po wzniosłym natchnieniu. Książki kopiują książki, kościoły kopiują kościoły, a nawet nie umieją już kopiować. Okradają się wzajemnie. Zdobi się Akwizgran marmurami wydartymi Rawennie. Takie jest całe to społeczeństwo. Biskup, król miasta, barbarzyńca, król plemienia; kopiują sądy rzymskie. Francuscy mnisi, których uważamy za oryginalnych, odnawiają w swych klasztorach jedynie rzymską villa (jak trafnie powiada Chateaubriand). Nie umieją stworzyć nowego społeczeństwa ani zapłodnić nową ideą dawnego. Naśladowcy mnichów Wschodu pragnęli początkowo, aby ich słudzy byli również małymi mnichami-rolnikami, jałowym ludem. To wbrew nim odnawia się rodzina i świat.

Widząc, jak ci starcy szybko się starzeją, jaka w ciągu jednego stulecia wyrasta przepaść między mądrym mnichem, świętym Benedyktem a pedantycznym Benedyktem z Aniano, możemy być pewni, że ci ludzie nie mieli nic wspólnego z wielką twórczością ludową, która zakwitła na ruinach; mam na myśli żywoty świętych. Pisali je mnisi, ale tworzył lud. Ta młoda roślinność może piąć się liśćmi i kwiatami w szczelinach starej romańskiej ruiny zamienionej w klasztor, ale na pewno stamtąd nie wyrasta. Ma swe korzenie głęboko w ziemi, lud ją tam zasiewa, a rodzina pielęgnuje, pomagają wszyscy: mężczyźni, kobiety i dzieci. Niepewne, niespokojne życie tych czasów przemocy popychało te biedne, łatwowierne, pełne wyobraźni plemiona ku ich własnym, niosących spokój, marzeniom. Marzenia dziwne, pełne cudów, szaleństw absurdalnych i czarujących.

Te rodziny, odosobnione w lesie, w górach (jak się dziś jeszcze żyje w Tyrolu, w Wysokich Alpach), schodzące w dolinę raz na tydzień, przeżywały halucynacje w swych samotniach. Coś zobaczyło dziecko, zamarzyła o czymś kobieta. Wyrastał nowy święty. Opowieść obiegała wieś w żałosnej, niezdarnie rymowanej pieśni. Śpiewano i tańczono przy niej wieczorami pod dębem, u źródła. Ksiądz, który przybywał w niedzielę, by odprawić nabożeństwo w leśnej kaplicy, słyszał tę śpiewaną legendę ze wszystkich już ust. Mówił sobie: „Ostatecznie opowieść jest piękna, budująca... Przynosi honor Kościołowi. Vox populi, vox Dei\... Ale skąd oni to wzięli?” Pokazywano mu świadków wiarygodnych, prawdomównych: drzewo, kamień, które widziały zjawienie, cud. Cóż na to odpowiedzieć?

Przyniesiona do opactwa legenda trafi na mnicha niedojdę, który nic nie umie poza stawianiem liter, a jest ciekawy, wierzy we wszystko, we wszystkie te cudowne rzeczy. Zapisuje legendę, haftuje ją swą płaską retoryką, trochę psuje. Ale oto, przechowaną i uświęconą, czyta się ją w refektarzu, rychło w kościele. Przepisana, obciążona, przeładowana ozdobami, często groteskowymi, pójdzie przez wieki, aż do czasu, gdy zajmie ostatecznie honorowe miejsce w Złotej legendzie.

Gdy czyta się dziś te piękne opowieści, gdy słucha się prostych, naiwnych i poważnych melodii, w które ten wiejski lud włożył całe swe młode serce, czuje się w nich powiew wielkości i smutno pomyśleć, jaki los je spotkał.

Wzięli dosłownie wzruszającą radę Kościoła: „Bądźcie jako dziatki nowo narodzone”. Ale zastosowali ją w sposób, o jakim wcale nie myślano w pierwotnym założeniu. O ile chrześcijaństwo obawiało się, nienawidziło Natury, o tyle oni kochali ją, uważali za niewinną, uświęcili nawet, włączając do legendy.

Zwierzęta, które Biblia tak brutalnie zwie „kudłatymi”, którym mnich nie ufa, obawiając się natknąć na demony, weszły do tych pięknych historii w najbardziej wzruszający sposób (na przykład łania, która ogrzewa i pociesza Genowefę z Brabantu).

Nawet poza legendą, we współżyciu z ludźmi, skromni przyjaciele ogniska domowego, dzielni pomocnicy w pracy, zwierzęta zdobywają coraz większy szacunek człowieka. Mają swoje prawo17. Mają swój byt. Jeżeli w niezmierzonej dobroci Bożej jest miejsce dla maluczkich, a wydaje się, że ma On dla nich szczególną litość, „dlaczegóż by — mówi lud wiejski — dlaczegóż by mój osioł nie mógł wejść do Kościoła. Ma swoje wady, bez wątpienia, ale tym bardziej jest do mnie podobny. Jest wytrwałym pracownikiem, ale tępą ma głowę; jest krnąbrny, uparty, jednym słowem — zupełnie taki sam jak ja”.

Stąd te czarowne święta, najpiękniejsze święta średniowiecza, Niewiniątek, Szaleńców, Osła. To sam lud w ośle prowadzi swój obraz, staje przed ołtarzem brzydki, śmieszny, poniżony! Wzruszające widowisko! Wprowadzony przez Balaama, wchodzi uroczyście między Sybillą i Wergiliuszem18, zjawia się, aby dać świadectwo. Jeżeli niegdyś wierzgał przeciwko Balaamowi, to dlatego że widział przed sobą miecz dawnego prawa. Ale tu Prawo przestało działać, a świat Łaski wydaje się otwierać szeroko dla maluczkich, dla prostaczków. Lud w swej niewinności wierzy w to. Stąd wspaniała piosenka, w której przemawiał do osła, tak jak mówił to był do siebie:

Na kolana i mów Amen!

Dość już zjadłeś traw i siana!

Porzuć, co stare i chodź!

Nowe stare porywa!

Prawda przepędza cień!

Światło zabija noc!19

Srogie zuchwalstwo! Czy tego od was żądano, dzieci popędliwe, krnąbrne, gdy wam kazano być jako dzieci? Ofiarowano wam mleko. Pijecie wino. Prowadzono was łagodnie za uzdę przez wąską ścieżkę. Łagodni, nieśmiali, wahaliście się iść naprzód. I nagle uzda zerwana... Skokiem pędzicie przed siebie.

Och, jakąż nieostrożnością było pozwolić wam tworzyć swoich świętych, wznosić ołtarz, stroić go, ozdabiać, zarzucać kwiatami! Oto zaledwie go już widać. A to, co się widzi, to starożytna herezja, potępiona przez Kościół niewinność natury; co mówię! nowa herezja, która nie skończy się jutro: niezależność człowieka.

Słuchajcie i bądźcie posłuszni!

Zakazuje się wynajdywać i tworzyć. Żadnych legend, żadnych nowych świętych. Jest ich już dość. Zakazuje się wprowadzać innowacje do kultu poprzez nowe pieśni; natchnienie jest zabronione. Męczennicy, których by odkryto, winni pozostać skromnie w grobie i czekać, aż zostaną uznani przez Kościół. Zakazuje się klerowi i mnichom dawać osadnikom, niewolnikom tonsurę, która ich wyzwala. Oto ciasny, drżący duch Kościoła Karolingów20. Sam sobie przeczy i zadaje kłam, mówiąc dzieciom: „Bądźcie stare”.

Jaki upadek! Lecz czy to serio? Powiedziano nam, że mamy być młodzi. — Och! Ksiądz przestaje być ludem. Zaczyna się ogromny rozdźwięk, otchłanne oddalenie. Ksiądz, senior i książę, zaśpiewa pod złotym baldachimem, we władczym języku wielkiego imperium, które już nie istnieje. My, smutne stado, straciwszy ludzki język, jedyny, który usłyszałby Bóg, możemy już tylko ryczeć i beczeć wraz z niewinnym towarzyszem, który nami nie gardzi, zimą ogrzewa nas w obórce i okrywa swym runem. Żyć będziemy z niemymi, niemi jak oni.

Mniej się, co prawda, odczuwa potrzebę chodzenia do kościoła. Ale on nas od tego nie uwalnia. Wymaga, aby chodzić i słuchać słów, których się już nie rozumie.

Od tego czasu bezmierna mgła, ciężka, ołowiana mgła spowiła ten świat. Na jak długo? Na straszliwy okres tysiąca lat! Na całe dziesięć wieków przygnębienie, nie znane żadnej z poprzednich epok, owładnęło średniowieczem, częściowo nawet, w ostatnich czasach, w okresie pośrednim między czuwaniem a snem, pod panowaniem rozpaczliwego, nieznośnego zjawiska: grymasu nudy, który się zwie ziewanie. Toteż gdy dzwon nieznużony bije w zwykłych godzinach, ludzie ziewają; gdy śpiew nosowy rozbrzmiewa w starej łacinie — ziewają. Wszystko jest przewidziane; żadnej nadziei na tym świecie. Powrócą te same sprawy. Niechybna nuda dnia jutrzejszego zmusza już dziś do ziewania, a perspektywa dni, lat, które nadejdą, ciąży z góry, obrzydza życie. Od mózgu do żołądka, od żołądka do ust, automatyczny i fatalny grymas rozciąga szczęki bez końca ni rady. Prawdziwa choroba, do której przyznaje się pobożna Bretania, przypisując ją, co prawda, złości diabelskiej. Nuda siedzi skulona w lesie, powiadają chłopi bretońscy; tym, co przechodzą goniąc bydło, śpiewa nieszpory i wszelkie officja, zmuszając ich do iście śmiertelnego ziewania21.

Być starym znaczy być słabym. Ale gdy zagrożą nam Saraceni, Normanie, co z nami będzie, jeżeli lud pozostanie stary? Płacze Karol Wielki, Kościół płacze. Wyznaje, że relikwie nie chronią już ołtarza od barbarzyńskich demonów22. Czy nie trzeba by zawezwać na pomoc ramienia krnąbrnego dziecka, które skrępowano, ramienia młodego olbrzyma, którego chciano obezwładnić? Ruch pełen sprzeczności wypełnia wiek dziewiąty. Powstrzymują lud i popychają. Obawiają się go i przyzywają. Z nim, z jego powagą, w pośpiechu sypie się wały, buduje warownie, które powstrzymają barbarzyńców, uratują księży i świętych, zbiegłych ze swych kościołów.

Wbrew Łysemu cesarzowi, który zakazuje budować, wznosi się wieża na wzgórzu. Przybywa tam zbieg. „Przyjmijcie mnie w imię Boże, przynajmniej moją żonę i dzieci. Rozbiję obóz i osiądę z moimi zwierzętami na podgrodziu”. Wieża obdarza go zaufaniem i zbieg czuje się człowiekiem. Wieża go osłania. On jej broni, opiekuje się swym opiekunem.

Niegdyś maluczcy oddawali się z głodu możnym jako niewolnicy. Tu jednak dzieje się inaczej. On oddaje się jako wasal, co oznacza: dzielny i waleczny23.

Poddaje się i zastrzega sobie możliwość odejścia. „Pójdę dalej. Ziemia jest wielka. Jak każdy inny, mogę tam dalej wznieść moją wieżę... Jeżeli jej broniłem z zewnątrz, potrafię się utrzymać wewnątrz”.

Oto wielki, szlachetny początek świata feudalnego. Człowiek z wieży przyjmował wasali, ale mówił im: „Odejdziesz, kiedy zechcesz, a ja ci pomogę, jeśli będzie trzeba; tak dalece, że jeżeli ugrzęźniesz w błocie, wtedy ja zsiądę z konia”24 Jest to ściśle zacytowana stara formuła

Ale cóż ujrzałem pewnego ranka? Czy mnie wzrok myli? Senior doliny objeżdża ją konno, układa nieprzekraczalne znaki graniczne i wykreśla nawet niewidzialne miedze. „Co to jest? Nic nie rozumiem”. — Oznacza to, że dobra lenne są zamknięte: „Senior zamyka je na cztery spusty, od nieba do ziemi”.

Zgroza! Jakim to prawem ten vassus (co znaczy: waleczny) jest od tej chwili uwiązany? — Uzna się, że vassus może także znaczyć: niewolnik.

Tak samo słowo servus, używane jako: sługa (często bardzo wysoki sługa, hrabia lub książę Cesarstwa) będzie znaczyło dla słabego: poddany, nędzarz, którego życie jest warte denara.

Zaplątano ich w tę ohydną sieć. Jest jednak na tej ziemi człowiek, który utrzymuje, że ta ziemia jest wolna, że jest majątkiem własnym (allodium), lennem słońca. Zasiada na głazie granicznym, naciska kapelusz na oczy, patrzy, jak mija go senior, patrzy, jak przechodzi cesarz25. „Idź swoją drogą, cesarzu, mocny jesteś na swym koniu, a jeszcze mocniejszy na moim kamieniu granicznym. Mijasz, a ja nie przemijam... Bo ja jestem Wolność”.

Brak mi odwagi, aby powiedzieć, co się stało z tym człowiekiem. Powietrze zagęściło się dokoła niego i coraz trudniej mu oddychać. Wydaje się zaczarowany. Nie może już się poruszać. Jest jak sparaliżowany. Jego zwierzęta także chudną, jak gdyby na nie urok rzucono. Jego słudzy umierają z głodu. Jego ziemia nic już nie rodzi. Duchy pustoszą ją nocami.

Trwa jednak: „Biedny człek królem jest w swym domostwie”. Ale nie dają mu tam spokoju. Pozwany, musi stanąć przed sądem cesarskim. Idzie widmo dawnego świata, nikt go już nie zna. „Kto to jest? — pytają młodzi. — Jakże to, nie jest seniorem ani poddanym! Więc jest niczym?”

„Kim jestem? Jam zbudował pierwszą wieżę, jam was bronił, ja to opuszczając wieżę szedłem dzielnie na most, by tam oczekiwać pogańskich Normanów... Więcej jeszcze, ja zagradzałem rzekę, uprawiałem namuł, stworzyłem samą ziemię, jak Bóg, który ją wydobył z wód... Któż mnie z niej wygna?”

„Nie, przyjacielu — rzecze sąsiad — nikt cię nie wygna. Będziesz ją uprawiał..., ale inaczej, niż myślisz... Przypomnij sobie, poczciwcze, że nierozważnie, w młodości jeszcze (pięćdziesiąt lat temu), poślubiłeś Żaklinę, małą niewolnicę mego ojca... Przypomnij sobie zasadę: »Kto zapłodni moją kurę, jest moim kogutem«. Jesteś z mego kurnika. Zdejmij pas, rzuć miecz... Od dziś jesteś moim poddanym”.

Nic tu nie ma zmyślonego. Ta przerażająca historia powtarza się bezustannie w średniowieczu. Ach, jakim mieczem go przebito! Skracałem teksty, pomijałem fakty, bo ile razy się o tym pomyśli, ten sam sztylet, to samo ostrze przeszywa serce!

Był człowiek, który wobec tej wielkiej obelgi wpadł w taką furię, że nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Jak Roland zdradzony... Krew w nim zawrzała... dławiła go w gardle... Jego płomienne oczy, jego nieme, straszliwie wymowne usta przeraziły wszystkich zebranych... Cofnęli się... Nie żył już. Pękły mu żyły... Czerwona krew z jego arterii chlusnęła aż na czoło morderców26.

Niepewność położenia, straszliwie śliska pochyłość, po której stacza się człowiek wolny stając się wasalem, wasal poddanym, a poddany niewolnikiem, oto groza średniowiecza i źródło jego rozpaczy. Żadnego ratunku. Bo kto uczyni krok, jest zgubiony. Staje się obcym, niczyim, dziką zwierzyną, niewolnikiem lub trupem. Lepka ziemia zatrzymuje stopy, wciąga przechodnia. Zarażone powietrze zabija go, to znaczy staje się on martwą ręką, umarłym, nicością, zwierzęciem, duszą za pięć su, bo pięć su jest grzywną za morderstwo.

Oto dwie wielkie, zasadnicze zewnętrzne cechy nędzy średnich wieków, które sprawiły, że cała epoka oddała się diabłu. Przyjrzyjmy się teraz źródłom obyczajów i zbadajmy je od wewnątrz.