Cytrusowy gaj - Katarzyna Kielecka - ebook + audiobook

Cytrusowy gaj ebook i audiobook

Katarzyna Kielecka

4,4

Opis

Ada, nauczycielka w przyszpitalnej szkole, wiedzie szczęśliwe życie u boku Jacka. Planuje ślub, jednocześnie angażując się w opiekę nad dziećmi z chorobami onkologicznymi. Jej narzeczony całą uwagę koncentruje na karierze w firmie farmaceutycznej, by już na starcie zapewnić rodzinie stabilność finansową.

Na szpitalnym oddziale krzyżują się ścieżki Ady i Jacka, ciężarnej Majki, nastolatka z białaczką oraz wolontariusza Bartka. Tymczasem wokół bohaterki narasta seria niepokojących wydarzeń, których źródło kryje się w dramacie sprzed dwudziestu lat. Dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jak wielkie grozi jej niebezpieczeństwo.
Czy Ada odważy się stanąć twarzą w twarz z bolesną przeszłością i skomplikowaną teraźniejszością, by ochronić swoje życie i spełnić marzenia?

Cytrusowy gaj to opowieść o różnych odcieniach przyjaźni i miłości, o rozczarowaniu i nadziei, a także o tym, jak wiele sekretów, wyzwań i niespodzianek niesie ze sobą życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 448

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 2 min

Lektor: Ilona Chojnowska

Oceny
4,4 (129 ocen)
77
29
20
3
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© Marta Teron | stock.adobe.com

© Denis Rozhnovsky | stock.adobe.com

Redakcja

Calibra | Sylwia Mosińska

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Barbara Kaszubowska

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-25-3

Dla Magdy I.

Dziękuję Ci za to, że zasiałaś w mojej rodzinie taniec, który po latach zakwitł muzyką i śpiewem.

Gdzieś, między dobrym złem a dobrem złym,

nie biały, nie czarny.

Człek, zawieszony jak podręczny rym.

Rym mały, rym marny.

Andrzej Poniedzielski, Żyłam tylko snem

Prolog

– Wiesz, coraz częściej dochodzę do wniosku, że chyba pora zrobić krok dalej. Człowiek nie może latami kręcić się w kółko po holu, skoro sala balowa stoi otworem. To idiotyzm i marnowanie życia. Sama pomyśl.

Ada Walicka zamarła z łyżką w połowie drogi do ust i utkwiła w swoim rozmówcy zbaraniały wzrok.

Próbowała poruszać ten temat wiele razy i zawsze kulawo szło. W zasadzie już jakiś czas temu dała sobie z tym spokój, bo przecież nic na siłę. Było nieźle. Mieli czas i wcale nie musieli się spieszyć. Znali się od zawsze, od dwudziestu ośmiu lat, od kiedy w upalną czerwcową noc świętojańską ich matki, połączone wspólnym bólem, niemal jednocześnie wydały ich na świat. Otumanienie oksytocyną i endorfinowy haj uderzyły kobietom do głów i obie z marszu uwierzyły w moc pogańskiego Kupały. Na wszelki wypadek dołożyły do tego pobożne: „O Jezusie święty, chroń dzieci nasze i trzymaj je razem w radości i smutku”, odmawiane na głos każdego wieczora, żeby sobie i obojgu zainteresowanym temat wpoić od małego jako oczywisty i przesądzony. W niewielkiej wsi specjalnej konkurencji nie było i żadne z młodych się nie buntowało. Potem, na studiach w Łodzi, wszystko szło już siłą rozpędu. Wyglądało na to, że ku dobremu.

– Jesteś innego zdania? – spytał Jacek Zawadowicz, widząc reakcję dziewczyny. – Uważaj, co ty wyprawiasz z tą łyżką? Zachlapiesz sobie bluzkę.

Ada szybko pokonała chwilowe odrętwienie i zanurzyła sztuciec w zawartości talerza. Też mi coś! Zachlapie, to zachlapie. To tylko łach, a tu się waży cała ich przyszłość i barszcz ukraiński z ziemniakami nie stanie jej na drodze.

– Skąd! Zgadzam się z tobą całkowicie.

– Czyli nie masz nic przeciwko?

– N…nie, to chyba dobry moment.

– Długofalowo oznacza to, jak się domyślasz, same zmiany na lepsze, jednak, co oczywiste, w najbliższej perspektywie możesz spodziewać się pewnych utrudnień, niewygód czy hm… jak by to powiedzieć… Chciałbym cię prosić o sporą wyrozumiałość. To będzie wymagać ode mnie dużego wysiłku, nakładu kosztów…

– Jacek, ale ja nie oczekuję od ciebie nie wiadomo czego. Wolę skromnie. Nie musisz wypruwać sobie żył i aż tak się starać. Poza tym wszystko możemy przygotować razem. To przecież nasza wspólna sprawa, nie? – trajkotała podekscytowana, bo chociaż rozmawiał z nią bez jakichkolwiek emocji i dość oficjalnie, nie ulegało dla niej wątpliwości, że sprawę gruntownie przemyślał i chce z nią spędzić resztę życia.

Po co inaczej zaczynałby gadanie o ślubie?

Przecież do tego się to wszystko sprowadzało. Do ślubu, do zamiany małej wynajętej klitki na porządne lokum pachnące farbą deweloperską, z imponującą ratą kredytu hipotecznego, i ostatecznie do przekształcenia dwuosobowej komórki społecznej w trzyosobową, a może nawet czteroosobową, jeśli fantazja ich za daleko poniesie i popłyną na fali wezbranej miłości, podsycanej wizją pięćset plus.

Sielanka.

– Mylisz się – wyprowadził ją z błędu przyszły mąż, wstając od stołu i wkładając swój talerz do zmywarki. – To przede wszystkim moja sprawa. O ile pamiętam, już dawno postanowiliśmy w tych kwestiach nie wchodzić sobie w drogę. Jednak ciebie to też dotyczy, bo znacznie rzadziej będę w domu – dokończył, opierając się tyłem o blat, i wyszperał z kieszeni spodni papierosy. Wysunął jednego, zapalił spokojnie i zaciągnął się głęboko, wnikliwie badając wzrokiem sufit.

– O czym ty, u diabła, mówisz? – wydusiła z siebie, stając naprzeciwko niego.

Zainteresowanie zupą straciła zupełnie. Wyjęła z jego paczki czerwonego winstona. Nie chciało jej się szukać własnych mentolowych L&M-ów. Zostały gdzieś w torebce, w przedpokoju. Skrzywiła się, czując w ustach obrzydliwy smak, jednak moc nikotyny pozwoliła jej zachować panowanie nad sobą.

– O pracy. Nie będę przecież całe życie zasuwał za gówniane pieniądze na uczelni i wykładał totalnie niezainteresowanym kretynom czegoś, czego i tak nie są w stanie pojąć swoimi amebimi mózgami.

– Myślałam, że to lubisz – powiedziała, usiłując zdławić rozczarowanie.

– Poniekąd. Praca naukowa ma swój sens, jeśli do czegoś prowadzi. Badania i projekty są okej. Użeranie się ze zgrają studentów to strata czasu.

– Czyli chcesz odejść z polibudy? – podsumowała, sztachnęła się ostatni raz i pstryknęła niedopałkiem do zlewu.

Jacek natychmiast go wyjął, starannie zgasił o kuchenny ociekacz i wyrzucił do kosza. Resztki popiołu wytarł ściereczką.

– Tego nie powiedziałem. Od doktoratu dzielą mnie ostatnie miesiące i byłbym idiotą, gdybym się na to wypiął. Taki papier zawsze może się przydać. Dostałem jednak propozycję. Pewna firma farmaceutyczna, nawet blisko nas, na Chocianowicach, uzupełnia kadrę – wyznał lekkim tonem. – Dołączę do nich za jakiś miesiąc. Koniec listopada, początek grudnia.

– Chcesz pracować nad nowymi lekami? Przecież nie masz wykształcenia medycznego.

– Potrzebują w zespole chemika, a lepszego w Łodzi nie znajdą.

– Co to za firma?

– Nazwa ci nic nie powie.

– Mimo wszystko…

– Lami Solutions.

– Nie znam.

– Mówiłem – mruknął, wzruszając ramionami, po czym wyminął ją i sięgnął z lodówki dwie puszki żywca.

Zerknął pytająco, więc w roztargnieniu pokiwała głową. Machnął ręką, wskazując kierunek na pokój, i dalszą część dyskusji toczyli już w klimacie salonowym, z niewielką, acz ułatwiającą konwersację ilością chmielu we krwi.

Ada pozwoliła sobie wmówić, że to świetna okazja, żeby się wybić i wypracować niezłe stanowisko. Zapachniały jej w oddali pieniądze oraz wizja wygodnego życia w dostatku i luksusie. Ponadto spełniony zawodowo partner to szczęśliwy partner, a to przecież powinno przekładać się również na szczęście w miłości i – ostatecznie – na te wszystkie inne duperele, które zdążyły przelecieć jej przez głowę: rodzinna idylla, zapach ciasta, choinki i tego typu bajery.

– Sama widzisz, że są same plusy – podsumował Jacek, kiedy skończył pić piwo. – Najgorszy będzie pierwszy rok. Zrobię doktorat, jednocześnie ustawię się w firmie. Wtedy rzucisz tę swoją koszmarną robotę i skupisz się na tym, czego naprawdę chcesz.

– Lubię moją robotę – zaoponowała gwałtownie, podrywając się z kanapy.

Pociągnął ją z powrotem, przytrzymując za rękę, aż klapnęła na poduszki.

– Może i lubisz, co nie zmienia faktu, że chciałabyś już wić gniazdo, rodzić dzieci i chodzić z wózkiem na plac zabaw. Ja ci to zapewnię. Tylko mi zaufaj i uzbrój się w cierpliwość, okej? – mruknął, łapiąc ją za brodę i zaglądając głęboko w oczy.

– Okej – zgodziła się, bo faktycznie całość brzmiała jak dobry plan.

– Wiedziałem, że jesteś rozsądna – pochwalił ją, kładąc się na niej i wodząc czubkiem nosa od płatka ucha wzdłuż linii szyi. – Do tego kusząco seksowna. Twoje włosy pachną etanianem oktylu.

– Czym?

– Pomarańczami. Cudownie. Nowy szampon? W zasadzie z ważkich decyzji na dziś została jedna i tę akurat zostawiam tobie – ględził, gładząc dłonią jej dekolt.

– Hm? – mruknęła.

– Rozebrać cię od razu tutaj czy najpierw zanieść do sypialni?

Trzeba przyznać, że nie było źle. Czuła się szczęśliwa. Trafiło jej się udane życie i miało się zmieniać tylko na lepsze…

Rozdział 1

1.

Ada naprawdę lubiła swoją pracę.

Nawet bardzo.

Nie dawała kokosów, nie wróżyła kariery i nieraz oznaczała nieprzespane noce pełne łez, a jednak Walicka uparcie wierzyła, że ta robota ma sens i warta jest każdego wysiłku.

Mama byłaby z niej dumna.

Dawno, dawno temu, kiedy Ada była małą dziewczynką, każdego wieczoru mama sadzała ją na krześle w pokoju i rozczesywała jej włosy. Obie lubiły ten rytuał. Dziewczynka patrzyła na wspólne obicie w lustrze i prowadziła z mamą nadzwyczaj poważne rozmowy.

– Co trzeba zrobić, żeby zostać księżniczką? – pytała.

– Musisz żyć tak, byś zawsze przed snem mogła spojrzeć w swoją twarz w lustrze i powiedzieć: lubię cię, Ada, jesteś w porządku.

– I to wystarczy? Wtedy będę już księżniczką? – upewniała się mała, obgryzając białe skórki wokół paznokci.

Mama cierpliwie odciągała jej dłonie od buzi.

– Nie. Ale powinno wystarczyć, żebyś czuła się szczęśliwa.

– A co, jeśli się czasem nie uda?

– Wtedy próbuj to po prostu jak najszybciej naprawić.

Ada obgryzała skórki dalej, mama kończyła czesanie, udając, że tego nie widzi, a potem młodsza kładła się do łóżka i zasypiała przy dźwiękach starego singera, na którym starsza szyła różności na zamówienie, żeby dorobić do lichej pensji, której starczało ledwo na rachunki i chleb.

Pracowała u Andrzejaka, lokalnego Onasisa. Podczas kilku owianych tajemnicą wyjazdów do Niemiec dorobił się majątku i otworzył we wsi szwalnię. Stanowił niemal jedyne dostępne na miejscu źródło zatrudnienia. Doił na umowach śmieciowych prawie wszystkie kobiety z okolicznych wsi, położonych dokładnie pośrodku, między Tatrami a Pieninami. Dość blisko, by zachłysnąć się czasem o poranku pięknem krajobrazu, i dość daleko, by turyści pojawiali się tam rzadko i tylko przejazdem.

Jacek mawiał, że to zapomniany przez Boga czyściec między dwoma niebami, jednak Adzie zawsze się zdawało, że odrobinę przesadza z pogardą dla rodzinnej wioski.

Gabriela Walicka wychowywała córkę sama. To nie to, że Ada ojca nie znała, odszedł, wyparł się jej czy przepadł bez wieści. Stefan Walicki zaliczał odsiadkę. Garował, siedział pod celą tudzież gnił w mamrze.

To się stało, kiedy Ada miała osiem lat.

W pamięci zachowała tylko tyle, że latem chodzili na łąkę. Uczył ją robić fikołki w trawie, plótł dla niej wianki z koniczyny, a potem opowiadał jej historyjkę o tym, jak to słonko tego dnia wstało wcześniej i od rana szykowało dywan kwiatków specjalnie dla Ady. Wierzyła w to przez wiele lat.

Potem go zabrali. Mama powiedziała, że już nie wróci. Dziewczynka bardzo długo nie mogła w to uwierzyć. W szkole dzieci nigdy nie dały jej zapomnieć, że jest córką lokalnego zbrodniarza. Jacek zawsze stawał po jej stronie. Tylko on. Może dlatego tak łatwo było jej go pokochać?

Gabriela Walicka zamknęła się w sobie i pokornie znosiła swoisty wiejski ostracyzm. Traktowano ją z mieszaniną pogardy i współczucia, niczym trędowatą. Przyjaźniła się jedynie z matką Jacka, chociaż także w ich relacji było sporo sztywnego dystansu. Gabriela skupiała się na pracy i wychowywaniu dziecka. Nie rozmawiała z córką o jej ojcu. Nigdy. Jakby po prostu nie istniał. Zresztą czemu Ada miałaby o nim pamiętać? Dostał dwadzieścia pięć lat… Póki dziewczynka była mała, kobieta starała się o tej sprawie nie myśleć. Potem już nie musiała się starać…

Ale wracając do tematu – mama byłaby dumna, gdyby wiedziała, czym jedynaczka się zajmuje. A może wiedziała? Córka bardzo chciała w to wierzyć. Jacek uważał, że praca Ady to zwykła walka z wiatrakami, ma tylko wartość doraźną, bo w ostatecznym rozrachunku i tak się nikomu nie przyda. Tak czy siak, ktoś będzie musiał wszystko po niej powtórzyć. Smutne. Jednak lubiła to robić, bez dwóch zdań.

We wczesny styczniowy poranek Walicka stanęła przed lustrem i związała włosy w luźny kok. Rozpuszczone przeszkadzały, dlatego rzadko pozwalała im na swobodę w czasie pracy. Co innego po. Sięgały sporo za łopatki, niby jasne, jednak tworzyły się w nich naturalne, nieco ciemniejsze pasemka. Mama miała kiedyś takie same…

Poprawiła dżinsy i luźny biały sweter, założyła czarną narciarską kurtkę i kozaki. Posmarowała usta wazeliną z tubki w kształcie sowy. Pachniała etanianem oktylu, fantastycznie. Ada miała od dziecka chorobliwą słabość do wszelkich cytrusów, z pomarańczami na czele. Naciągnęła na uszy czapkę z pomponem, omotała się pasiastym szalikiem stanowiącym komplet z czapką i była gotowa do wyjścia.

– Cześć, Jacek! – zawołała w stronę łazienki.

Zahurgotał zamek i drzwi się uchyliły. Pojawiła się w nich twarz ze szczoteczką między zębami.

– Poczekaj trzy minuty, to cię podrzucę. Tyłek ci urwie z zimna na przystanku.

Uśmiechnęła się i przysiadła z ulgą na komodzie. Poluzowała szalik i ściągnęła z głowy czapkę. Prawie codziennie tak to wyglądało. Jakby nie można było po prostu ustalić, że odwozi ją co rano do pracy, i nie robić tego przedstawienia. Cóż, widocznie taka wersja pozwalała mu w pełni czuć, jaki jest szlachetny i pomocny. Trzymał się jej uparcie, od kiedy kupił samochód. Adzie nie robiło to różnicy. Ważne, że nie marzła.

Sapnęła z zadowoleniem, wnioskując z tarczy zegarka, że zaoszczędzi jakiś kwadrans. Zdąży napić się kawy i wypytać o najnowsze wieści z Majkowego brzucha. Z toczącej się w nim rewolucji otrzymywała relację niemal codziennie, a i tak zawsze pojawiały się nowinki, o których koniecznie powinna wiedzieć. A to bóle odcinka lędźwiowego kręgosłupa, a to skurcze przepowiadające, a to zgaga i coraz większe trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji do wieczornych karesów z Tomaszem. Same utrapienia. W zasadzie Majka powinna już odpoczywać, siedzieć w domu i co najwyżej prasować śpioszki, bo nie było z niej większego pożytku, jednak czuła potrzebę ustawicznego terkotania i chyba tylko po to ciągle jeszcze zjawiała się w pracy. Potrzebowała cierpliwych słuchaczy.

Ada ją lubiła. Ba! Wszyscy ją lubili i dlatego przymykali oko na tę jej niewielką przydatność bojową. Przejściowy ucisk macicy na mózg. Podobno po porodzie mija, chociaż nie wszystkim od razu. Należało zwyczajnie poczekać.

Zostało około sześciu tygodni do finiszu. Może uda się nie zwariować.

Przez pierwszy miesiąc po wykonaniu testu ciążowego przejęta do granic możliwości Majka Lipska wybierała wózek, przez drugi – łóżeczko, a w kolejnych – pozostałe sprzęty do obsługi potomka. Kiedy podczas połówkowego USG lekarz wypatrzył kranik z oprzyrządowaniem, zgłupiała ze szczęścia, że ma syna, i zajęła się wyborem imienia. Tomasz, człowiek cierpliwy, spokojny, a w dodatku ślepo w nią zapatrzony, przyjmował te szaleństwa z pełną aprobatą. Uiszczał opłaty za niezbędne elementy wyposażenia niemowlęcia i z pobłażliwym uśmiechem akceptował coraz to nowe pomysły na to, jak nazwać pierworodnego. Zarejestrować dziecko w urzędzie pójdzie i tak on. Na żadne durne imiona nie będzie wtedy miejsca. Niby taki zwykły Tomasz, motorniczy łódzkich linii tramwajowych, a naprawdę mądry facet. Żaden doktorant chemii organicznej. Szczęściara ta Majka. Może on też szczęściarz?

Po kilku minutach czekania Ada wybiegła przed blok, wciągając w płuca głęboki haust zimnego powietrza. Z przyjemnością, bo wiedziała, że nie zdąży przemarznąć aż do kości. Jak zwykle pomachała stojącemu za firanką sąsiadowi z parteru. Pokonując ten krótki odcinek dzielący ją od parkingu, wygrzebała z torebkiL&M-y, zapaliła, złapała w locie rzucone przez Jacka winstony, podpaliła papierosa dla niego i wsadziła mu go do ust, podczas gdy on wyjął z samochodu skrobaczkę i energicznie doprowadzał oblodzoną octavię do użytku.

Niepotrzebne były słowa, działali jak doskonale zgrane stare małżeństwo. Tego roku, już pod koniec grudnia, Łódź zmieniła się w coś na kształt przedsionka Syberii. Prawie Irkuck. Na szczęście „prawie” robi różnicę.

Zima skuła lodem na amen całe miasto, a nawet kraj, i zlepiła tych dwoje do kupy tak, żeby stali się całkiem nierozłączni. W sielskiej świątecznej atmosferze, przy choince i kluskach z makiem Zawadowicz, podpuszczony ostro przez matkę, sięgnął do rodzinnych klejnotów i wepchnął dziewczynie na palec złoty pierścionek z rubinem. Podobno po prababce Austriaczce, co to ją pradziadek spod Wiednia przywiózł jeszcze za galicyjskich czasów. Ada wzruszyła się ogromnie, matka też, chociaż narzeczony nie padł na kolana i w zasadzie o nic nie pytał, tylko uroczyście poinformował, że odtąd będą zaręczeni.

Świeżo upieczona narzeczona zgodziła się bez szemrania.

Od tego czasu pierścionek świecił na jej palcu. Zahaczał, darł po kolei wszystkie rękawiczki i rozmazywał błogość po sercu niczym nutellę po chlebie tostowym. A podobno nutella niezdrowa i lepszy dżem. Takie tam głupie gadanie.

– Daj znać, kiedy skończysz – powiedział ów narzeczony po przedarciu się przez miasto, w którym jak zwykle zima zaskoczyła drogowców. – Może będę mógł cię odebrać.

– Dam – obiecała i wysiadła z auta.

Uniosła kciuk na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła do budynku.

Kochany ten Jacek. Przystojny, cholernie zdolny, zna się na etanianach oktylu i innych takich, a w dodatku odwozi ją do pracy, chociaż wcale nie ma po drodze. I chce się z nią ożenić. Dobiją do Lipskich z pieluchami jeszcze przed trzydziestką. Na pewno.

Z dużego neutralnego i pozbawionego charakteru holu wąskie przeszklone drzwi prowadziły do świata, który porywał Adę bez reszty na kilka godzin dziennie. Bywało, że chociaż wracała do domu, jej myśli tu zostawały, krążąc po pustych korytarzach lub przysiadając cichutko na krześle w kąciku którejś z sal. Chyba musiało tak być. Nic nie dało się na to poradzić.

Skierowała kroki do niedużego pomieszczenia, które mogła szumnie nazywać klasą szkolną. Swoją i Majki. Dzieliły ją na pół, chociaż formalnie w tym tandemie to Ada grała pierwsze skrzypce. Nie miało to jednak znaczenia. Doskonale się uzupełniały i pracowało im się razem wyśmienicie.

Zaczęło się na studiach.

Poznały się na samym początku. Ada biegła z rozwianym włosem, przekonana, że za moment spóźni się na inaugurację roku akademickiego i zaliczy gigantyczny obciach. Nagle wyprzedził ją wyfryzowany na sztywno żelem i woniejący duszącym zapachem tanich perfum gbur. Przez nieuwagę przywalił prawym ramieniem w plecy dziewczyny. Nawet się nie obejrzał. Wyminął ją tylko i wrzucił wyższy bieg. Nogi miał długie, nie było to zatem trudne.

Ta akcja dodała jej nieco za dużo pędu. Pochylona do przodu przebiegła parę kroków, po czym zaryła kolanami w chodnik. Niemal gołymi, bo w cieniutkich cielistych rajstopach. Szkoda gadać. Poległy na łódzkim bruku równie łatwo jak młody dziewczęcy naskórek.

Nadszedł przełom września i października. Babie lato nie odpuszczało i panowała piękna jasna aura. Słońce szczerzyło się z nieba. W tym momencie siedząca na chodniku postać miała wrażenie, że złośliwie i szyderczo.

Krew i łzy popłynęły równym strumieniem. Kupa nieszczęścia w pełnej krasie.

Tak ją znalazła Majka.

– Popierdoleniec – warknęła, podchodząc. – Tylko jaja urwać. Żyjesz?

Ubrana była w elegancki galowy strój przykładnej studentki rozpoczynającej naukową karierę. Czarna spódnica, czarne rajstopy, biała bluzeczka. Na głowie gęste ciemne włosy ledwo zakrywające uszy, bardzo krótka grzywka i wielkie pstrokate kolczyki. Do tego ogromne piersi. Fantastyczne. Najpierw szły one, a potem dopiero ich szczęśliwa posiadaczka. A pod biustem talia osy. Dziewczyna zrobiła wrażenie nawet na Adzie, chociaż ta zawsze uważała, że jest aż do bólu hetero. Seksbomba wyciągnęła z torebki wilgotne chusteczki i zaczęła usuwać z ofiary losu ślady jatki.

– Lecisz na Gaudeamus? Jaki kierunek? – zagadnęła, nie przerywając taplania się we krwi.

– Pedagogika.

– Serio? – ucieszyła się. – Ja też. Pójdziemy razem.

– Raczej się nie pokażę z takimi kolanami – zaoponowała Walicka niepewnym głosem.

Majka zdążyła już wygrzebać z torebki plastry i zaklejała jej kolana. Kiedy skończyła, podała dziewczynie rękę i podniosła ją z chodnika. Pociągnęła na ławkę, przysiadła obok i szybko zdjęła swoje czarne rajstopy.

– Wciągaj – poleciła.

– Co?

– No, wciągaj. Rajstopy zakryją opatrunki. Ja wystąpię z gołymi nogami. Trudno. Akurat mam ogolone. W nagrodę zabierasz mnie po tej całej szopce na kawę, a potem podpowiadasz mi na egzaminach podczas pierwszej sesji.

Poszły na tę i na milion innych kaw. Ada podpowiadała jej przez sześć kolejnych sesji aż do licencjatu, po którym Majka uznała, że ma dość i tyle jej wystarczy w zakresie kariery naukowej. Obie rwały się do praktyki, jednak Walicka nie przerwała nauki. Po magisterce z pedagogiki wczesnodziecięcej skończyła studia podyplomowe z pedagogiki dzieci przewlekle chorych. Od czterech lat przyjaciółki pracowały razem, stanowiąc dla siebie pomoc i wsparcie nie tylko merytoryczne, lecz także duchowe i wszelkie inne.

Ten piątek zaczął się jak każdy inny. Zanim Ada dotarła do klasy, minęła długi korytarz. Było tuż po ósmej i panowało zwykłe codzienne poruszenie. Dwa czy trzy razy kiwnęła głową i mruknęła coś konwencjonalnie pod nosem w formie powitania. Kilkakrotnie pomachała ręką i rozciągnęła usta w uśmiechu w ramach entuzjastycznego odzewu do kogoś, kogo dostrzegła w oddali. Wreszcie uchyliła właściwe drzwi i westchnęła głęboko, rozpinając kurtkę.

– Cześć! Rozbieraj się i siadaj. Zrobię ci kawę. Muszę ci się do czegoś przyznać – zaatakowała ją od progu Majka, napierając na nią swoim wielkim brzuchem.

Wyrwała Adzie torebkę, by rzucić ją w kąt na krzesło, po czym wróciła do przyjaciółki i zaczęła zdzierać z niej czapkę.

– Znowu zmieniłaś imię mojego chrześniaka? Nie będzie Afanazego? No wiesz? – zakpiła Walicka, głaszcząc ją po potężnej piłce z przodu i jednocześnie wyplątując się z szalika.

– Nie w tym rzecz. Chociaż ten Afanazy trochę mi nie pasi… Ostatnio mam fazę na imiona staropolskie. Mieszko albo Dobromir. Co ty na to? – pytlowała Lipska, nastawiając wodę w czajniku.

– Bezprym. Proponuję Bezpryma. Siadaj z tym bębnem przy biurku, zanim wszystko pozrzucasz, ja przygotuję coś do picia. Wolisz herbatę zieloną czy owocową?

– Wolę martini. Wstrząśnięte, nie mieszane.

– Mhm. Nie ma sprawy. To robię ci inkę. Mów, jakie masz dla mnie rewelacje.

Majka opadła na obrotowe krzesło za biurkiem. Oparła się, odginając nieco plecy i wsuwając dłonie pod dolną część kręgosłupa. Mościła się jak kura na grzędzie, wreszcie sapnęła z zadowoleniem i oświadczyła:

– Po weekendzie idę się byczyć. Dziś męczysz się ze mną ostatni raz.

– Zwolnienie?

– Ano. Tomasz z ginekologiem wleźli mi na łeb. Ty, nie wymawiając, ględziłaś to samo. Skała by się ugięła. Granitowa, o wapiennej nie wspomnę.

– Cholera – mruknęła Ada, rozsypując cukier na niewielkim stoliku w kącie, który służył jako aneks kuchenny, jadalnia i w razie potrzeby miejsce audiencyjne. – Myślałam, że jesteś twardsza od skały.

– Spojenie łonowe mi popuszcza, to mięknę. Szyjka macicy szykuje się…

– Błagam, nie kończ – przerwała jej Walicka, stawiając oba kubki na biurku i upijając niewielki łyk kawy z mlekiem. – Nie wiesz, czy dostanę wsparcie?

– Echeś. W poniedziałek rano Maruda osobiście przyprowadzi ci to cudo.

– Na etat?

– Na umowę na zastępstwo.

– Z dnia na dzień znalazła jakąś dziewczynę za te grosze, które płaci? Rany, byle nie studentkę albo mądralę po menopauzie, która całe życie pracowała w szkolnej świetlicy i zdążyło jej się znudzić.

– Podobno to siła fachowa. Z doświadczeniem.

– Pytanie: w czym?

– Co ty tak kręcisz nosem?

– A bo ciebie, ty koszmarna gaduło, nikt nie zastąpi – wypaliła Ada i obie zaczęły się śmiać.

Coś w tym było. Od dawna wiedziała, że musi nadejść moment, kiedy Majka da za wygraną i zniknie na dłużej z pracy, jednak nie potrafiła się na to przygotować. Głupie i dziecinne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przecież formalnie Lipska pełniła tylko rolę nauczyciela wspomagającego, a większość decyzji i pracy koncepcyjnej należała do Ady. Poradzi sobie niezależnie od tego, kogo dostanie na pomocnika.

– Spróbuj może nie skreślać dziewczyny, jeszcze zanim ją zobaczysz, co? Maruda byle kogo nie przyjmuje. Popatrz na nas.

– Fakt. Z nami trafiła idealnie.

Danutę Marudowicz, zwaną przez wszystkich uporczywie Marudą, nie łączyło z tym ponurym rzeczownikiem absolutnie nic poza faktem, że fonetycznie stanowił źródłosłów jej nazwiska. Przez ten drobiazg miała przefikane i już dawno, jeszcze w szkole podstawowej, zdążyła się z tym pogodzić. Ksywa ciągnęła się za nią jak smród za wojskiem przez liceum, studia, dziesięć lat pracy w korporacji oraz dwa nieudane małżeństwa. Tymczasem usposobienie miała nader pogodne, upór godny stada osłów i żadne malkontenctwo się jej nie imało. Pseudo przyszło za nią również do miejsca, które od początku do końca stanowiło jej dzieło, sukces i owoc ciężkiej harówy. Było jej dzieckiem tak samo, jak dzieckiem Majki był Afanazy, Bezprym czy jak mu tam… Maruda wzbiła się na szczyty bezczelności, przedsiębiorczości i geniuszu. Zdobyła dotacje, fundusze jednorazowe i stałe źródła finansowania, wszelkie możliwe zgody, uprawnienia, upoważnienia, zobowiązania współpracy i założyła fundację Szkiełko i Onko.

Przewrotna nazwa miała nasuwać skojarzenia nie tyle związane z Mickiewiczem, co z nauką, doświadczaniem i racjonalnym myśleniem, a jednocześnie podkreślać istotę problemu zawartą w słowie „onko”. Podstawowe i nadrzędne zadanie fundacji to opieka nad dziećmi z chorobami onkologicznymi, jednak nie w sensie medycznym, bo tę niósł szpital przy ewentualnej współpracy z innymi organizacjami charytatywnymi. Myślą Danuty Marudowicz było zapewnienie dzieciom najlepszych możliwych warunków rozwoju i utrzymanie ich w dobrej formie intelektualnej w czasie walki z chorobą, aby zminimalizować straty, jakie poniosą w zakresie edukacji w stosunku do rówieśników. Wysiłek fundacji skupiał się zatem na tym, by nauczyć jak najwięcej, korzystając z chęci, zainteresowania, chwil dobrego samopoczucia i zapału dzieci. W efekcie powstał twór na bazie placówek edukacyjnych, choć nie stanowił szkoły w pełnym znaczeniu tego słowa. To raczej coś między korepetycjami, zajęciami wyrównawczymi a szkolnymi kółkami zainteresowań.

W całej fundacyjnej machinie Ada i Majka były zaledwie ułamkiem – i to o tyle nietypowym, że jako jedne z niewielu zatrudniono je na pełnoetatową umowę o pracę. Maruda opierała działalność w dużym stopniu na nauczycielach prowadzących zajęcia ze starszymi uczniami przez kilka godzin w tygodniu i na wolontariuszach – ludziach, którzy z własnej woli przychodzili spędzać z dziećmi trochę czasu, żeby ubarwić im szarość dnia pełnego bólu i choroby.

Praca Danuty różniła się od zarządzania zwykłą szkołą diametralnie. Założycielka fundacji szanowała założenia podstawy programowej i próbowała się ich trzymać, jednak nie było to łatwe przy wciąż zmieniającej się grupie uczniów i ich zróżnicowanym wieku. W zamknięty krąg, jaki tworzył świat medycyny z rodziną chorego dziecka, Maruda musiała wciskać swoje trzy grosze i często, niemal siłą, dopraszać się o uwagę, wywieszając swoje nazwisko jak sztandar i nie dając za wygraną. Przy onkologach nauczyciele z fundacji pełnili rolę drugorzędną, co wcale nie dziwiło. Należało zachować czujność, by z tej drugorzędnej roli nie wypaść całkowicie poza boisko. Wyglądało to jak wieczna akrobatyka obarczona ryzykiem oberwania po łbie za niewinność. Poziom niemal kaskaderski. Maruda była w tym mistrzem, a Majka – jej doskonałym naśladowcą, nawet z brzuchem. Jej przyjaciółce nie szło tak dobrze. Ot, życie. Nie można we wszystkim zgarniać laurów.

– Idziemy po dzieci? – spytała Lipska, podrywając się dziarsko z krzesła i natychmiast podtrzymując z jękiem brzuch. – Jest prawie wpół do.

– Możesz tak nie szarżować? – spytała Ada, odstawiając oba kubki na bok i uznając niefrasobliwie, że umyje je potem. – Idziemy. Lokomotywa toczy się pierwsza.

2.

Wygospodarowanie pomieszczeń do nauki na terenie oddziału onkologicznego to trudna sprawa i wymaga niezłego uporu. Dzięki temu, że sam oddział został świeżo wyremontowany i przebudowywany, a uzyskane przez fundację środki częściowo dosponsorowały wystrój szpitalnych wnętrz, udało się wycyganić dwa nieduże pokoiki pełniące rolę klas, jeden większy będący zarazem świetlicą i w razie potrzeby salą bankietowo-widowiskową, gabinet Marudy, pokoik socjalny dla wolontariuszy i małą komórkę na rupiecie, tuż przy wyjściu na taras, za którym znajdował się zieleniec z placem zabaw. Przy oddziale zorganizowano hospicjum dla około dwadzieściorga dzieci z przeznaczeniem dla tych małych pacjentów, którym rodzice nie potrafili lub nie byli w stanie zapewnić opieki w domu. Jego mieszkańcy, dopóki ich stan na to pozwalał, także mogli się uczyć. Prezes fundacji Szkiełko i Onko na każdym kroku podkreślała, że właśnie w przypadku tych dzieci czerpanie radości z poznawania świata jest szczególnie ważne, żeby zdążyły doświadczyć jak najwięcej, zanim będą musiały odejść.

Przyjaciółki wędrowały powoli przez korytarz, zaglądając do każdego pomieszczenia. Medyczny obchód zdążył już przetoczyć się przez oddział, zatem śmiało zapraszały uczniów w wieku od sześciu do dziewięciu lat na zajęcia. Na starszych pacjentów polowali inni fundacyjni nauczyciele. Część dzieci nie czuła się dobrze, kilkoro zwyczajnie nie miało ochoty. Były też takie, którym zaplanowano na rano zabiegi i mogły wziąć udział w lekcjach dopiero po południu. Reszta chętnie podrywała się z łóżek i zgarniała z szafek nocnych swoje zeszyty i piórniki.

W jednej z sal nauczycielki znalazły obcego chłopca, przycupniętego skromnie na samym brzeżku łóżka. Miał na sobie bluzę z logotypem Realu Madryt i grał na telefonie. Na krześle siedziała jego matka. Założyła nogę na nogę, bębniła końcami długich paznokci w jasny materiał dżinsów na kolanie i wytrwale wpatrywała się w widok za oknem. Na propozycję dołączenia do zajęć zareagowała za trzecim razem. Wcześniej nie słyszała, że w ogóle ktoś mówi. Całkiem się wyłączyła. Myślami próbowała uciec ze szpitalnych murów.

– Czy to obowiązkowe? – mruknęła.

– Nie, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się uczył – wyjaśniała spokojnie Ada, bo zazwyczaj tym pytaniem zaczynały się tego typu rozmowy.

– Jest chory, powinien odpoczywać – broniła dziecko matka i natychmiast się poprawiła: – Znaczy jeszcze go diagnozują, jeszcze nic nie wiadomo.

– No widzi pani. Trzeba mieć nadzieję, może nie będzie tak źle – wtrąciła się Majka, przysiadając obok chłopca na łóżku, i zagadnęła: – Jak masz na imię?

– Konstanty – odpowiedziała za niego kobieta, a chłopiec nawet nie podniósł głowy znad telefonu.

– Piękne imię – ciągnęła Lipska niezrażona. – Też będę mieć syna i tak się ciągle zastanawiam. Miał być Afanazy. Ada mi wymyśliła Bezpryma. Ale Kostek to fantastyczny pomysł.

– To jak, Kostek? – przerwała jej ten rodzicielski wywód przyjaciółka. – Masz ochotę pójść z nami i zobaczyć, jak wyglądają lekcje? Jeśli ci się nie spodoba, zawsze możesz tu wrócić.

– Konstanty nie ma ochoty – wypaliła jego matka, kładąc wyraźny nacisk na pierwsze słowo. – Proszę dać nam spokój.

Ada zmarszczyła czoło. Wiedziała już, że teraz nie zdoła się pohamować, a potem zrobi jej się zwyczajnie głupio.

– Pozwoli pani synowi wyrazić własne zdanie? Przecież nie ma już pięciu lat.

– Słyszała je pani.

– Nie. Słyszałam tylko pani opinię i naprawdę mnie ona nie dziwi. Proszę uwierzyć, nie jestem waszym wrogiem. Wszyscy chcemy pomóc.

Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała absolutna cisza. Przez uchylone drzwi docierał szum kroków i rozmów prowadzonych na korytarzu i w sąsiednich pomieszczeniach. Wreszcie chłopiec westchnął, odłożył telefon na poduszkę, wstał i zerknął na Adę nieco wyzywającym wzrokiem.

– Nie mam książek ani zeszytów.

– Nie szkodzi – odpowiedziała, uśmiechając się do niego szeroko. – Zabierz tylko dobry humor i kilka szarych komórek.

Matka Kostka drgnęła, jakby chciała go zatrzymać, jednak Majka nie dała jej na to szansy. Podniosła się i odgrodziła ją od oddalającego się dziecka wszystkim, co jej natura dała, czyli obfitym biustem i wielkim, wyprężonym na baczność brzuchem.

– Długo to potrwa? – spytała w końcu kobieta i zerkając na drgający materiał kwiecistej bluzki swojej rozmówczyni, dodała nieco cieplejszym tonem: – Matko kochana, aż tak kopie?

– Dwie do trzech godzin. Zależy od tego, jak się będą czuć i czy zdołają się skupić. Kopie bez ustanku. Kostek tak nie kopał? Lada dzień eksploduję.

– Nie pamiętam. Niech pani robi zdjęcia albo pisze pamiętnik, bo to się strasznie zapomina. To okropne. – Zaczęły trząść jej się ręce. – Co ja mam robić przez ten czas? Mogę iść zapalić?

– Proszę iść odpocząć, coś zjeść czy gdzie pani chce. Zapalić też. Zajmiemy się nim.

Kobieta powoli kiwnęła głową. Nim Majka i jej potomek ruszyli w ślad za Adą i Kostkiem, otrąbili w duchu mały rodzinny sukces.

Pokoik, w którym przyjaciółki piły wcześniej kawę, po wypełnieniu się dziećmi stał się prawdziwą salą szkolną. Na ścianie wisiała tablica, obok biurka i niewielkiego stołu w kącie stały trzy stoliki, a przy każdym z nich po cztery krzesełka. Przy maksymalnym obłożeniu dałoby się upchnąć dwunastu uczniów. Ada nie pamiętała, by kiedykolwiek miała ich naraz aż tylu. Tego ranka zebrała ośmiu, co uznała za niezły sukces. Dwoje dzieci przybyło z kroplówkami i na wózkach inwalidzkich, więc należało nieco przeorganizować pomieszczenie, żeby się wygodnie pomieścić. Dopiero wtedy mogła podjąć próbę łagodnego zbilansowania faktu, że siedzi przed nią przekrój maluchów od zerówki do trzeciej klasy. Większość z nich nie miała włosów. Kolejna rzecz, na którą nie było rady i z którą Ada zdążyła się już oswoić.

– Co tam dobrego od rana? – zagaiła.

– Doktor Maczek mówił na obchodzie – odezwała się Julitka, którą obie z Majką poznały już dość dobrze – że jak złapie jeszcze większy mróz, to wydusi wszystko, włącznie z rakiem. Myśli pani, że on tak na serio?

– Myślę, że żartował. Doktor Maczek to świetny lekarz i sam doskonale radzi sobie z wyduszeniem raka. Mróz mu niepotrzebny.

– Łe, to po co tak gadał? – Mała wyraźnie się rozczarowała.

– Każdy czasem potrzebuje poczuć, że stoi za nim potężny pomocnik. Kiedy robicie coś trudnego albo nowego, to chcecie, żeby pomogli wam mama czy tata…

– …albo pani – wpadła nauczycielce w słowo dziewczynka, łapiąc, o co chodzi.

– Albo ja. Doktor Maczek widocznie chciałby, żeby mu pomógł mróz. Jak widać za oknem, zima bardzo się stara. A teraz zarządzam głosowanie. Kto woli najpierw czytać, prawa ręka w górę, kto liczyć, lewa. Kubuś jako najmłodszy sumuje głosy.

Przedpołudnie upłynęło nie wiadomo kiedy. Kostek pod koniec zajęć nabrał śmiałości i wniósł nieco świeżego powiewu opowieściami ze zwykłej miejskiej szkoły. Był bystrym i nad wiek rozwiniętym drugoklasistą. Należało dołożyć starań, żeby tego nie zaprzepaścić.

– Przyjdziesz po południu? – spytała Walicka na odchodnym.

– Jeśli mama mi pozwoli…

– Na pewno pozwoli – zapewniła Majka, puszczając do niego oko. – Już moja w tym głowa.

Gdy dzieci wróciły do swoich sal, nauczycielki posprzątały klasowy rozgardiasz. Ada zrobiła przyjaciółce herbatę, a sobie kawę i zarządziła chwilę odpoczynku, po której czekały je odwiedziny przy łóżkach tych dzieci, które nie mogły uczestniczyć w lekcjach, a później druga seria zajęć popołudniowych.

– Jacek w sobotę pracuje? – zagaiła Lipska, grzejąc dłonie o ciepły kubek z naparem żurawiny zakropiony obficie cytryną.

– Nie wiem, pewnie tak. A co?

– Mama zapraszała na obiad i marudziła, żeby zabrać cię ze sobą.

– Daj spokój, nie może ciągle dożywiać wszystkich twoich koleżanek.

– Zwariowałaś? Od kiedy ty jesteś „wszystkie moje koleżanki”? Poza tym ona jest od lat przekonana, że nie dojadasz, i nie traci nadziei, że cię zaokrągli gdzieniegdzie. Obiecała mielone.

– W sprawie cycków raczej nic nie wskóra. Kotlety twojej mamy nie zmienią mi rozmiaru stanika, chociaż są genialne.

– Przyjedź, proszę. Posiedzimy, pogadamy. Tata potem odwiezie ciebie i mnie. Też będę sama.

– Tomasz planuje bujać się na pantografie?

– Niestety. Bądź człowiek, nie daj się prosić.

Ada była człowiek i się zgodziła.

Lubiła rodziców Majki. Od wielu lat stanowili dla niej jedyną oazę normalności pośród wiecznie pędzącej dokądś dziczy. Żyli z pełnym spokojem, zawsze zadowoleni, nigdzie się nie spiesząc. Cieszyli się z tego, co mają, i szanowali siebie nawzajem. On maniacko oglądał Animal Planet, a ona powtórki seriali z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kupili więc dwa telewizory, ustawili je w osobnych pokojach i nie wchodzili sobie w drogę. Spotykali się przy wspólnych posiłkach w kuchni, przy grze w scrabble i wypadach na działkę nad Zalewem Sulejowskim. Być może także w sypialni, jednak w to przyjaciółki wolały nie wnikać. Kiedy tylko przypadkiem pojawiał się w rozmowach z nimi temat łóżka, rumieniły się jak idiotki. Dzieciom zawsze się zdaje, że rodzice tego nie robią. Zabawne.

Nauczycielki zaliczyły ostatnie wspólne popołudnie w pracy i Ada miała dziwne wrażenie, że Jacek zjawił się po nią za wcześnie. Ostatnio zmienił zwyczaje i zamiast wysłać esemesa, a potem czekać na parkingu, paląc papierosa, wchodził wprost na oddział. Szukał jej po salach i pokoikach szpitalnych, żeby jak najszybciej pokazać, że już jest, zgarnąć ją i wyjść. Zrobił się dziwnie niecierpliwy. A może po prostu brakowało mu czasu?

Tym razem były już z Majką gotowe do wyjścia, więc bez ociągania mogła omotać się stertą zimowych ciuchów i wybiec za narzeczonym w szarość zimowego zmroku.

– To do jutra! – zawołała do Lipskiej, która wolnym krokiem potoczyła się do swojego fiata, wołając po drodze:

– No ja myślę!

Jacek zaciągnął się winstonem i zerknął na Adę, unosząc lekko brwi. Nie znosił zapachu nikotyny w samochodzie, dlatego odstanie tych kilku minut przy aucie, przed odjazdem, nabierało powoli cech rytuału.

– Umówiłaś się?

Ada wysupłała z kieszeni mentolowe L&M-y i wyjęła mu z ręki zapalniczkę.

– Tak, przecież pracujesz, nie?

– Pracuję – przyznał. – A ty byś nie wolała pomyśleć o jakichś kursach? Może językowych albo jeszcze jednej podyplomówce? Bez sensu tracisz czas. Co będziesz z nią robić? Prasować śpioszki?

– To przytyk? – spytała, choć w zasadzie nie miała wątpliwości. – Chcesz mi dokopać? Nic nie będę prasować, po prostu spędzę z nią popołudnie. Tomasz też pracuje, odwiedzimy jej rodziców.

Jacek wzniósł wzrok do nieba, jakby zamierzał sięgać po pomoc wyższych instancji w sprawie przywrócenia Adzie równowagi umysłowej.

– Nie chcę ci dokopać, oszalałaś? Po prostu uważam, że się marnujesz. Jesteś bardzo inteligentna, a nie korzystasz ze swoich możliwości. W dodatku obracasz się wśród osób, które cię uwsteczniają. Musisz tam iść?

– Nie muszę. Chcę. Lubię ich.

– Ada, to prymitywni ludzie, niewykształceni. Ciągle siedzą przed telewizorem. Sama mówiłaś.

– Nasi rodzice też są niewykształceni.

– Dlatego nie zostaliśmy w tamtym środowisku, tylko szukamy innego. Przyjaźnisz się z Majką, okej, ale zupełnie nie rozumiem, po co ci oni.

– Jacek, nie chcę siedzieć wiecznie sama, kiedy cię nie ma.

– Przecież to ustaliliśmy, uprzedziłem cię, że przez pewien czas tak będzie.

– Uprzedziłeś. Nie mam pretensji. Po prostu czasem czuję się samotna.

– Dobrze, idź – mruknął, wyrzucając niedopałek. Zdeptał go butem i uniósł ręce w geście poddania. – Podjadę po ciebie, kiedy skończę, i wynagrodzę ci tę twoją samotność. Może być?

– Może być. Wycyganię od mamy Majki mielonego dla ciebie. Robi najlepsze na świecie.

– Nie chcę. Wolę twoje kotlety, nawet gdy przypalasz. Są kapitalne. A jeśli nie zdążysz dla mnie zrobić, to też nie problem. Kupię chińczyka po drodze.

Otworzył drzwi od strony pasażera i szarmanckim gestem zaprosił ją do środka. Obdarzyła go łaskawym uśmiechem, pozbyła się peta i z westchnieniem ulgi wsiadła do samochodu.

3.

Magdalena Pilch przeczesała lśniące ciemne długie włosy i pociągnęła usta pomadką. Uśmiechnęła się do swojego odbicia i zupełnie niepotrzebnie jeszcze raz skropiła perfumami tuż za płatkami uszu. Było nieźle. Znakomicie. Jak na skończone trzy dychy – nawet doskonale. Poprawiła stanik, chociaż leżał idealnie, przejechała dłonią wzdłuż talii i linii bioder, chwaląc w duchu samą siebie za wybór odważnej, idealnie dopasowanej sukienki z czarnego, lekko połyskującego materiału.

Raz w roku pozwalała sobie na taką ekstrawagancję i nie widziała powodu, żeby tym razem zmieniać zwyczaje. To już dziesięć lat. Równa dekada. Zawsze świętują z Borysem rocznicę ślubu w ten sam sposób. Odwiedza ich Bartek z bukietem i prezentem. Zostaje z Tymkiem, a oni wychodzą we dwoje na kolację do byle której restauracji. Zjadają wszystko jedno co, wypijają butelkę wina, rozmawiając o niczym, i rozmyślają tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Potem Borys zaprasza Bartka na drinka, sugerując żonie, że powinna położyć dziecko spać. Magdalena się ociąga, Tymek też, zaczyna tworzyć się niewygodna, gęsta atmosfera, której nikt nie potrafi rozładować, wobec czego Bartek wstaje. Życzy im jeszcze raz samych serdeczności, przybija z dzieckiem piątkę i wychodzi na chłód zimowego wieczoru, żeby odetchnąć wolnością.

Ona, Magdalena, zostaje w środku z mężem, synem i tą atmosferą, która nie wraca do równowagi przez co najmniej kilka kolejnych dni.

Takich oto rocznic ślubu doświadcza rok w rok. Taka będzie ta i wszystkie następne. Z każdym styczniem z coraz większym trudem doszukuje się w tym śladów sensu. Niech to szlag, niech to wszyscy diabli i wszelkie zastępy rogate!

Jedyna pociecha to te nowe sukienki.

– Mamo, czy wujek już jedzie? – spytał Tymek zaraz po tym, jak opuściła łazienkę.

– Nie wiem.

– To zadzwoń do niego.

– Nie zamierzam mu zawracać głowy. Przyjedzie, to będzie.

– Ale nie ma daleko, prawda? Tato? Nie ma daleko?

– Nie ma – odparł cierpliwie Borys, odkładając na stolik czytanego Kinga, z którego i tak nic nie zrozumiał.

To kiepski dzień na lekturę.

Poprawił na nosie okulary w prostokątnych czarnych oprawkach i pomasował palcami skroń. Drugą ręką nerwowo sprawdził, czy krawat jest dobrze zawiązany. Nie znosił tego elementu garderoby. Wkładając go, czuł się jak kretyn. Jak cielę na postronku. Może nawet coś w tym było?

Powiódł wzrokiem po chłodnym, minimalistycznym wystroju salonu. Wreszcie zatrzymał wzrok na dziecku i stojącej tuż za nim kobiecie.

– Na którą się umówiliście? – Chłopiec nie dawał za wygraną.

– Na osiemnastą.

– Jest za piętnaście. Piętnaście minut to niewiele, nie? Chyba już wyszedł z domu?

– Pewnie tak.

Tymek przebiegł przez pokój, wdrapał się na kanapę obok ojca i oparł łokcie na parapecie, przyklejając nos do szyby. Rodzice obserwowali go, tkwiąc w niewygodnym milczeniu. Czekał w bezruchu do chwili, gdy naprzeciwko bloku zaparkował obcy czerwony samochód o osobliwym, nietypowym kształcie. Takiego auta chłopiec jeszcze nie widział. Wysiadł z niego wysoki ciemnowłosy mężczyzna w błękitnej puchowej kurtce z ogromnym bukietem róż i torebką prezentową z Kubusiem Puchatkiem. Trzymał w żółtych łapkach sznurki z balonikami.

Tymek skrzywił się tylko na moment i natychmiast pognał do przedpokoju. Nacisnął brzęczyk domofonu dokładnie w chwili, gdy gość zadzwonił. Potem czekał już w otwartych drzwiach, wpatrzony w okienko szybu windy.

– No wiesz… – Usłyszał dwie minuty później obok ucha. – Myślałeś, że tak się zestarzałem? Jeszcze daję radę po schodach.

– Wujek! – krzyknął chłopiec i rzucił się gościowi na szyję.

– Stryjek – poprawił go mechanicznie Borys. – Brat ojca to stryjek.

– Wujek, masz na imię Stryjek? Myślałem, że Bartek.

Przybyły mężczyzna zdjął kurtkę, wręczył Magdalenie kwiaty i przykucnął naprzeciwko dziecka.

– Brat taty to nie wujek, tylko stryjek. A na imię mam Bartek. Od naszego ostatniego spotkania nic się w tym temacie nie zmieniło.

– A syn brata to kto?

– Bratanek.

– A gdybyś miał żonę?

– To byłaby twoją stryjenką.

– A dziecko?

– Wtedy miałbyś siostrę stryjeczną albo stryjecznego brata.

– Trochę to porąbane – podsumował Tymek, drapiąc się po głowie. – Jednak to nie fair, że nie masz swojej rodziny. Chyba powinienem się na ciebie obrazić.

Młodszy z braci Pilchów miał wielką ochotę, żeby wybuchnąć śmiechem, jednak kątem oka dostrzegł, że zarówno Borys, jak i jego żona zachowali surową powagę. Zdusił w sobie wesołość i wybrnął z niewygodnej sytuacji, zmieniając temat:

– Przyniosłem ci prezent.

– W torebce dla przedszkolaka – wypalił chłopiec cierpkim głosem, biorąc się jednocześnie pod boki, jakby pracował nad tą drobną złośliwością latami.

– To nie chodzisz już do przedszkola? – Usłyszał odpowiedź, w której zabrzmiała ta sama, jakby skopiowana z niego, lekko kpiąca nuta.

Gość stanął naprzeciwko chłopca, także biorąc się pod boki. Obie pary piwnych oczu w ciemnej, wyraźnej oprawie gęstych brwi zapłonęły ni to gniewem, ni to rozbawieniem. Pozostałe dwie osoby natychmiast poczuły się zbędne i postanowiły niezwłocznie usunąć się z placu boju. Borys podał żonie płaszcz i po cichu wymknął się z nią za drzwi.

– Mogliby już z tym skończyć – skwitował, wciskając guzik przywołujący windę. – Zawsze to samo. – Poprawił szalik i wsadził ręce do kieszeni najgłębiej, jak pozwalał na to krój jego kurtki.

Magdalena wzruszyła ramionami, starannie unikając wzroku męża.

– Nie lubię ich zostawiać samych – mruknęła, chyba bardziej do siebie niż do Borysa.

– Bez przesady. To mój brat. Ufam mu.

– Czy to nie dziwne? – spytała i natychmiast tego pożałowała, bo spojrzał na nią z wyrzutem.

– Chcesz iść w jakieś konkretne miejsce? – zmienił temat, otwierając przed żoną drzwi klatki schodowej i jednocześnie sięgając po komórkę, żeby wezwać taksówkę.

Zimny powiew styczniowego powietrza wyrwał Magdalenę z chwilowego odrętwienia.

– Wszystko jedno. Nie jestem głodna. Jedźmy gdziekolwiek i zabijmy czas.

Zerknął na nią badawczo, naciągając mocniej czapkę na głowę.

Zaczęło padać. Zamarzające drobinki śniegu cięły twarz jak ostre igiełki. Chodnik, trawnik i plac zabaw pokryła równa warstwa czegoś, co do złudzenia przypominało cukier puder. W świetle latarni wyglądało to nawet dość bajkowo, wystarczyłaby odrobina dobrej woli i pogodnego nastroju, żeby podchwycić ten nastrój.

Czasem dobrze jest wierzyć w bajki.

– To może chodźmy do kina? Darujemy sobie wino i inne bzdury. Pojedziemy samochodem. Po filmie zjemy pizzę albo cokolwiek.

– Może być – zgodziła się kobieta obojętnym głosem i skierowała swoje kroki na zadaszony parking dla mieszkańców osiedla.

Borys sprawdził tylko, czy ma w kieszeni dokumenty oraz kluczyki, i już bez zbędnych słów ruszył za nią.

No i dobrze. Kino. Zawsze to jakaś odmiana, cokolwiek by nie grali.

Tymczasem w ich mieszkaniu atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca.

– Wujek, nie przeginaj! Nie jestem dzieckiem! Mam dziewięć lat, dwanaście stałych zębów i chodzę do trzeciej klasy.

– Stryjek. Poza tym nie wierzę w tę trzecią klasę. Dopiero co sikałeś w pieluchy. Pokazuj zeszyty, szczeniaku!

– Wu-jek! W urodziny pokazałem ci zeszyty i obiecałeś, że już tego wstrętnego Puchatka nie będzie.

– W urodziny obiecałem, że nie przyniosę ci Boba Budowniczego i dotrzymałem słowa. Tym razem mogę obiecać, że nie powtórzę numeru z Puchatkiem.

– A co wymyślisz? Teletubisie?

– Podobno teraz jest w modzie Masza i Niedźwiedź.

– Wredniak!

– Spryciarz.

– Poza tym kupiłeś paskudne auto. Pół miasta będzie się z ciebie nabijać. Jak rozdeptana czerwona żaba. Co to jest? Rupieć z muzeum?

– Auto akurat mam w dechę. Starsze ode mnie o całe jedenaście lat, więc nie przesadzaj. Cacuszko. Dajesz zeszyty czy zabrać Puchatka dla kogoś mniej wybrednego, maluszku?

– Nie jestem maluszkiem!

– A ja nie jestem wujkiem.

Przez moment mierzyli się wzrokiem z groźnie zaciśniętymi szczękami. Nagle Tymek zmienił się na twarzy. Przywdział minę dobrotliwego łaskawcy i oświadczył od niechcenia:

– No dobra, wygrałeś. Mądrzejszy zawsze ustępuje. Dawaj tego Puchatka, zeszyty naszykowałem ci na biurku.

Bartek uśmiechnął się, nie kryjąc zadowolenia. Kolejna batalia z Tymkiem przebiegła według utartego od lat schematu, dając im obu niemałą uciechę i pogłębiając nić porozumienia. Mieli ze sobą wiele wspólnego: temperamenty, zainteresowania, nawet poczucie humoru rzutujące na ich sposób bycia z lekkim dystansem do świata, trącającym o błazenadę.

Z Borysem łączyła ich błyskotliwość i nieodparta potrzeba szczerości, walenia prosto z mostu nawet za cenę nietaktu czy kłopotów. Obaj bracia zawsze stawiali uczciwość i honor nad świętym spokojem, nawet nad rozsądkiem. Było bardzo prawdopodobne, że Tymek wyrośnie na takiego samego człowieka.

– To jest spitfire! – wykrzyknął chłopiec zachwyconym głosem, podchodząc do biurka, przy którym jego stryj wnikliwie przeglądał zeszyty.

– A co ty myślałeś, że przyniosłem ci Chatkę Puchatka? Model MK II A. Takiego jeszcze nie masz. Kończę oglądać te koszmarne bazgroły, robimy szybko coś do jedzenia i sklejamy.

– Wiesz, że jesteś najlepszym stryjkiem na świecie? Chociaż jeździsz paskudnym gratem.

– A ty najlepszym bratankiem. Nawet jeśli napisałeś w zeszycie „herbata” przez „ch”. Za karę wypijesz do kolacji bez cukru.

– Spoko. Posłodzę miodem.

Jakiś czas później siedzieli w luksusowo urządzonej kuchni i jedli tartę ze szpinakiem. Wokół panował idealny porządek. Poza okruszkami na stole i naczyniami w zmywarce nic nie wskazywało na to, że dwóch mężczyzn: mały i duży, przyrządzało w tym pomieszczeniu posiłek. Bartek zawsze dbał o to, by w tym domu nie zostawiać po sobie żadnych śladów.

– Smakuje ci? – rzucił w przestrzeń, choć było to raczej zbędne, zważywszy na fakt, że chłopiec pochłaniał już drugą porcję.

– Pycha. To, co gotujesz, zawsze jest pycha. Jesteś genialny.

– Bez przesady.

– Jesteś, jesteś. Powinieneś pracować w największej restauracji na świecie. Albo w telewizji. Na takim kanale o jedzeniu. Ale ty nie wiesz, o co chodzi, bo nie oglądasz.

– Myślisz, że taka praca byłaby sensowniejsza niż to, co robię teraz z twoim tatą?

– Nie dałoby rady, żebyś robił to i to?

– Chyba nie. Raczej nie starczyłoby mi czasu. Poza tym mam jeszcze parę innych zajęć, z których nie zrezygnuję.

– Jak choćby?

– Jak choćby wyszukiwanie modeli samolotów, których jeszcze nie poznałeś… Ale nie tylko.

– Dobra, łapię. Z pracy z tatą nie rezygnuj. Gotować możesz po prostu dla mnie.

– I to mi całkiem odpowiada – zgodził się stryjek, pociągając z kubka potężny łyk herbaty z imbirem.

Przez chwilę jedli w milczeniu. Od sąsiadów z góry dobiegały dźwięki skrzypiec. Borys często na nie narzekał. Bartek nie mógł tego zrozumieć. Dziecko się uczy, musi ćwiczyć. A że chwilami brzmiało to tak, jakby rozwścieczonemu kotu wyrywano ogon… No cóż, nikt nie urodził się mistrzem. Geniusz to kropla talentu zatopiona w morzu wysiłku i pracy. To mały owad w bursztynie. Sam w sobie nie znaczy nic. Dopiero gdy otoczy go złocista, lśniąca żywica, która zna sekret, jak wyeksponować piękno, zyskuje nieśmiertelność na zawsze.

Dziecko grało, żywica powoli kapała mu na nuty, a Bartek słuchał i obserwował chłopca przy stole.

– Wiesz, oni się chyba już nie lubią. Myślę, że się rozwiodą – przerwał ciszę Tymek.

– Czemu tak uważasz?

– Tata śpi na kanapie w gabinecie. Kiedy tata Marcela spał na kanapie, to potem się rozwiódł z jego mamą. To było okropne.

– Dlaczego okropne?

– Ciągle się kłócili. Mama nie pozwalała Marcelowi spotykać się z tatą, a w końcu wyprowadziła się z nim do innego miasta. Musiał zmienić szkołę i wszystko. Nie chcę zmieniać szkoły. Mogą się kłócić, rozwodzić i wyprowadzać, ale szkoła to przecież moja sprawa. Mam rację, stryjek?

– Masz. Chcesz, żebym pogadał z tatą?

– O czym?

– No nie wiem… W zasadzie to tata powinien z tobą porozmawiać, wyjaśnić ci, na czym stoisz. Rodzice powinni wiedzieć, że się martwisz. Może sam im to powiedz.

– Myślisz? Małżeństwo to trudna sprawa. Najpierw się zakochujesz, bierzesz ślub, a potem jedna wielka lipa.

– Być może. Chyba czasem tak faktycznie bywa.

– Nie kochałeś nigdy żadnej dziewczyny?

– Jakoś nie. Ja się chyba nie nadaję do kochania dziewczyn.

– No wiesz! Czyli co? Nie mam szans na stryjenkę i brata stryjecznego czy chociaż siostrę stryjeczną? Taki z ciebie stryjek?

– Na cuda bym na twoim miejscu nie liczył.

– A ty na co liczysz?

– Ja się po prostu nad tym nie zastanawiam.

– Tak wcale a wcale?

– Mhm. Nie mam na to czasu. Koniec gadania. Składamy myśliwca?

– Składamy – zgodził się chłopiec, natychmiast zapominając o kłopotach.

Wstał szybko od stołu i pobiegł przygotować miejsce pracy.

Bartek posprzątał po kolacji, resztkę tarty wsadził do lodówki, włączył zmywarkę i poszedł za nim.

Dziecko na górze nadal grało. Wciąż ten sam kawałek, jednak nieco lepiej niż pół godziny temu. Kot wrzeszczał jakby mniej rozdzierająco. Była szansa, że zachowa ogon. Może nałykał się żywicy.

4.

Film był beznadziejny i to jedno stanowiło dla Magdaleny największy plus wieczoru. Miała o czym rozmawiać z mężem przez bite półtorej godziny, które odsiedzieli w restauracji, żeby nie zjawić się w domu wcześniej niż o dwudziestej drugiej.

Przedyskutowali wszystkie kiepskie filmy, które w ostatnich latach wspólnie oglądali, potem zahaczyli nieco o pracę, która jako temat awaryjny zawsze sprawdzała się świetnie, i mogli spokojnie zdmuchnąć ze stolika romantyczne świeczki, by wrócić po znacznie mniej romantycznej ślizgawicy do domu.

Zgodnie z przewidywaniem zastali syna przy sklejaniu kolejnego samolotu.

– Już kończymy! – krzyknął chłopiec, nie podnosząc głowy znad biurka.

– Dosłownie kwadrans – poparł go stryjek.

– Trzeba dorobić nową półkę – mruknął Borys.

Jedną ścianę pokoju dziecięcego zabudowano regałami, na których stały kolejne modele myśliwców, helikopterów, szybowców i wszelkich urządzeń latających. Część stanowiły składane konstrukcje z klocków, inne były sklejane z papieru lub drobnych plastikowych elementów. Większość Tymek dostawał od Bartka, czasem od Borysa. Interesował się tematyką dogłębnie i konkretnie, poszerzając powoli kolekcję zabawek o literaturę, coraz bardziej fachową.

Nie bez znaczenia dla jego hobby pozostawało również to, że ze swojego okna widział startujące samoloty na Lublinku. Fakt, że ostatnio latało ich coraz mniej, stanowił dla niego źródło nieustannej zgryzoty. Co wieczór marzył o samodzielnym pilotażu, zasypiając w pościeli ozdobionej dwupłatowcami z drugiej wojny światowej.

– Zmieści się, spokojnie – uspokoił ojca. – To nie kobyła.

– Zrobić ci drinka? – spytał starszy Pilch brata, stojąc w progu pokoju, jakby nie chciał wchodzić w strefę, w której Bartek i Tymek rządzili się sami.

– Nie. Zaraz spadam. Poza tym jestem samochodem.

– Myślałem, że jednak człowiekiem.

– Żabą – poprawił chłopiec. – Stryjek jest wstrętną czerwoną żabą.

– Serio kupiłeś auto? Zmądrzałeś? Myślałem, że do końca życia zostaniesz przy motocyklach.

– Trochę chłodno ostatnio. Starzeję się. Honda poszła do młodszego pokolenia.

– Co masz? Pochwal się.

– Nissan 280 ZX. I młody łże. Wcale nie czerwony, tylko wiśniowy. Z siedemdziesiątego ósmego.

– To coś, co stoi pod blokiem i wygląda inaczej niż wszystko dookoła? Nie, wycofuję się. Ty nie zmądrzałeś. Ty już na zawsze będziesz pomyleńcem.

– Być może. Tymczasem samolot gotowy. Adieu, młody, żółwik. – Bartek, podnosząc się, przybił zaciśniętą pięść z Tymkiem.

– Kiedy znowu przyjdziesz? – dopytywał chłopiec, ustawiając model na półce.

– Umówię się z tatą.

– Może mnie gdzieś zabierzesz, co? Na szybowce?

– Może. Bądź czujny i ucz się. Pilnuj zeszytów.

Wyszedł szybko, nie oglądając się za siebie. Magdalena zniknęła gdzieś za drzwiami łazienki. Tak było lepiej. Żegnanie się z nią wydawało mu się zawsze kłopotliwe. Pojawiała się przy tym jakaś sztywna niezręczność. Za to z Borysem mógłby się wcale nie żegnać. Jego i tak widywał najczęściej z całej trójki. Niemal codziennie.

Pracowali razem.

Niesamowite, że potrafili spędzać ze sobą tyle czasu i robić wspólnie mnóstwo rzeczy, nie zważając na to, co zaszło między nimi przed laty. Mimo że tak bardzo zdołali się zranić.

Bartek miał wątpliwości, czy wszystko sobie wybaczyli. Czy ta rodzinna sielanka nie była aby pozorna, nie kosztowała ich nieco za dużo, zmuszając do ciągłego zduszania, przydeptywania, chowania w sobie goryczy i wciąż nie znajdując dla niej właściwego ujścia. Może gdyby częściej o tym rozmawiali, żyłoby się łatwiej? A może nie?

Ich losy powinny ułożyć się całkiem inaczej. Tylko czy lepiej? Nie warto gdybać w nieskończoność. Trzeba po prostu żyć. Brać z każdego dnia to, co daje, wyciskać go jak cytrynę i nie pozwalać sobie na niepotrzebne smętki. Trzymać się swoich zasad, robić to, co należy, cieszyć się z chwil i drobnych przyjemności i nie zastanawiać się zbyt głęboko nad tym, co przyniesie jutro. Nie ma sensu rozpaczać, znacznie mądrzej trenować bycie szczęśliwym.

Taki świat budował wokół siebie latami, w taki wierzył i wcale nie chciał go zmieniać. Jedyna rewolucja, do której dojrzał tej zimy, to przesiadka z motocykla na nową zabawkę, nazwaną przez Tymka wstrętną czerwoną żabą. Chociaż określenie tego dojrzałością to przesada. Po prostu tak jest wygodniej. Szron nie osiada na plecach i można zabrać każdego, dosłownie każdego pasażera. Nawet najbardziej kłopotliwego. A i tacy się Bartkowi zdarzali.

Usiadł za kierownicą i zapatrzył się w znajome okno dziecięcego pokoju. Odczekał dziesięć minut, aż światło zgasło. Dopiero wtedy włączył silnik i ruszył przez puste osiedle.

Ręce, mimo skórkowych rękawiczek, zgrabiały mu całkowicie. Wnętrze samochodu nagrzewało się bardzo wolno. Cienka warstwa śniegu, która pokryła jezdnię, zdążyła przymarznąć i przekształcić się w coś na kształt zbrylonego lodu. Mężczyzna jechał wolno. Zbliżała się ledwo dwudziesta trzecia, donikąd się nie spieszył. Poza tym nie zdążył się jeszcze oswoić z prowadzeniem nissana. Wolał poznać go lepiej, zanim wydusi z silnika całą jego moc. Sam sobie powtarzał, że rozsądnie będzie poczekać na lepsze warunki na drodze.

Mieszkał blisko. Kiedy kilka lat temu kupowali z bratem mieszkania, kierowali się między innymi wygodą, jaką dawało osiedlenie się w obrębie tej samej dzielnicy. Jednocześnie Retkinia jest na tyle duża, że nie musieli co chwilę na siebie wpadać, przy zakupach w Biedronce czy tankowaniu. Skręcił z Popiełuszki w Maratońską i jechał na wschód, wzdłuż torów kolejowych. Miał wrażenie, że gdy już wydostał się z wąskich uliczek osiedlowych, asfalt stracił wiele z cech lodowiska. Silnik się rozgrzał i Bartek uległ pokusie, by odrobinę docisnąć pedał gazu. Dokoła panowała cisza. Nie działo się nic. Na chodnikach próżno było szukać przechodniów, jezdnie ziały pustką, po szynach nie toczyły się pociągi, nad Lublinkiem nie kołował żaden samolot. Pilch miał wrażenie, jakby na świecie oprócz niego zostały tylko jego poplątane myśli. Nie uznał tego za przyjemne, więc jeszcze przyspieszył, chcąc jak najszybciej dojechać do domu i pozbyć się uczucia niemal kosmicznej próżni.

Przy skrzyżowaniu z Retkińską wpadł w poślizg i kiedy dostrzegł granatową octavię, nie zdążył zareagować. Wiedział, że nie da rady wyhamować na czas. Jedyne, co mógł zrobić, to jeszcze przyspieszyć i starać się maksymalnie kontrolować sytuację, żeby oberwać jak najłagodniej.

Pomyślał, że nie ma mowy, to za wcześnie, bo nie zdołał zrobić i przeżyć wszystkiego, o czym marzył. To byłoby zwyczajne draństwo i oszustwo, tak nagle odbierać mu przed czasem szansę na życie.

Potem szarpnęło nim mocno do przodu, uderzył głową w kierownicę i otuliła go ciemność.

Kilka sekund później ktoś otworzył drzwi jego nowego czerwonego wozu i delikatnie poklepał go po policzku.

– Ej, człowieku, żyjesz? – Usłyszał męski głos, który docierał do niego z oddali, jakby zza gęstej mgły. – Powiedz coś. Możesz się ruszać?

Czuł, że żyje, jednak na ruszanie nie bardzo miał ochotę, bo ogarnęło go wrażenie, że głowa za chwilę mu eksploduje. Podniósł niemrawo rękę i pomacał się po nadwyrężonym karku, jęcząc cicho.

– Co mówiłeś? – dopytywał natrętnie ten sam człowiek.

– Rypie mnie dynia – odburknął i spróbował wyprostować plecy.

Poza lekko zesztywniałym karkiem w zasadzie wszystko działało i wyglądało na to, że nie odniósł poważnych obrażeń. Tylko uporczywy ból w prawej skroni nie dawał o sobie zapomnieć. Spróbował dotknąć obolałe miejsce i syknął, cofając dłoń. W mdłym świetle ulicznej latarni dostrzegł ciemny ślad krwi na palcach.

– Dzwonię po policję i pogotowie – zadecydował facet. – Niech pan nie wysiada.

– Nie zamierzam. Nie dzwoń nigdzie, przecież ci nie ucieknę – wymamrotał Pilch, sięgając ze schowka dokumenty. – Spiszemy oświadczenie, że ci zajechałem drogę, załatwimy sprawę raz-dwa i pojedziemy do domu. Cholernie zimno.

– Jakie oświadczenie, jesteś ranny! – Mężczyzna bez problemu przyjął przejście do mniej formalnej formy kontaktu, jednak dalej upierał się przy swoim. – Trzeba ci zszyć tę skroń.

Wyglądał na dystyngowanego intelektualistę, dbającego o to, jakie wrażenie robi na innych. Miał starannie ułożoną fryzurę z bardzo jasnych gęstych włosów, okulary w oprawkach, które wyglądały na dość drogie, i elegancki czarny płaszcz z bordowym szerokim szalem, fantazyjnie omotanym wokół szyi. Był wyraźnie podenerwowany, bo cały czas przestępował z nogi na nogę i grzebał rękami po kieszeniach. Wreszcie nie wytrzymał, wydarł z jednej paczkę papierosów, a z drugiej – komórkę. Pilch miał już zaprotestować i dalej upierać się przeciwko wzywaniu służb medycznych, porządkowych i wszelkich innych, gdy nagle pojawiła się zupełnie inna postać.

Musiał już ją gdzieś widzieć, bo wydała mu się znajoma, choć za żadne skarby świata nie mógł otworzyć w pamięci właściwej szuflady. Ubrana była w ciemną pikowaną kurtkę, czarną czapkę z wielkim pomarańczowym pomponem i pasiasty szalik, spod którego wystawały długie włosy, niewiele ciemniejsze niż kudły jej towarzysza. Miała duże zielone oczy, które patrzyły na niego z niepokojem. Wlepił w nią otępiałe spojrzenie, szukając jakichś skojarzeń.

– Nie pamiętam… – bąknął.

– To normalne, jesteś w szoku. Spokojnie – mówiła ciepłym, cichym głosem, jak do dziecka. – Miałeś wypadek, wjechałeś nam prosto pod koła.

– Nie pamiętam… – powtórzył.

– Wszystko sobie przypomnisz.

– Nie pamiętam…

Wyjęła mu z rąk dokumenty, które wcześniej sięgnął ze schowka, i zaczęła je przeglądać.

– Nie denerwuj się, zaraz ci powiem, kim jesteś. Rozumiem, nie pamiętasz, tu jest napisane. Trochę ciemno, ale znajdę.

– Nie pamiętam…

– Okej, już wiem, daj mi poszukać. Nazywam się Ada Walicka.

Wypuścił powoli powietrze z płuc i oparł głowę o zagłówek. Przymknął oczy, jakby zamierzał się zdrzemnąć.

– No i wszystko jasne. Nie mogłaś, cholera, od razu powiedzieć? – wymamrotał.

Na moment ją zatkało, jednak nie dała za wygraną. Znalazła dowód osobisty poszkodowanego, a w nim właściwą informację. Od lat się uczyła, jak postępować z ludźmi w stanie szoku, pod wpływem leków, bólu i lęku. Nie dziwiło ją nic. Spokojnie i na pewniaka udzieliła mu podstawowej informacji.

– Nazywasz się Bartłomiej Pilch. Syn Ludwika i Marianny. Urodzony w Lublinie.

– Wiem – przerwał jej, otwierając oczy. – Nie rób ze mnie kretyna. Wiem również, że zajechałem wam drogę, spowodowałem wypadek i poniosę tego wszelkie konsekwencje. Mam OC, wam raczej nic się nie stało, więc proszę, odsuń się łaskawie od drzwi.

Znacznie żwawiej, niż mogła się przed chwilą spodziewać, wyrwał jej dokumenty z rąk i próbował zatrzasnąć drzwi. Zaczęła się z nim szamotać, lecz nim podjął bardziej radykalne kroki, tuż obok zatrzymała się karetka.

Bartek wiedział już, że noc upłynie mu na przekonywaniu lekarzy, że nic mu nie jest, i przeklinaniu w duchu Ady Walickiej i tego wymuskanego kolesia.

Niezłe zakończenie dziesiątej rocznicy ślubu Borysa. Nie ma to jak bal do białego rana. Wszystkie plany szlag trafił. Bogate i te bogatsze. A tak liczył na idealne towarzystwo i odrobinę rozrywki przy muzyce Czajkowskiego…

Ada Walicka spędziła cudownie beztroski wieczór w otoczeniu kotletów mielonych uzupełnionych domową sałatką warzywną i sernikiem na kruchym cieście, podobnym do tego, które kiedyś robiła jej mama w Łapszance. Dodatkowo dała się skusić na nalewkę pana Józefa Kalety, ojca Majki, który wyczyniał cuda ze wszystkiego, co zdołał sam wyhodować w Zarzęcinie nad Zalewem Sulejowskim. Mieli tam niedużą działkę, może ze trzysta metrów kwadratowych, a ilość owoców i warzyw, soków, przetworów oraz wszelkiego dobra, które potrafili z niej wydusić, wydawała się wręcz nieprawdopodobna. Kochali ten skrawek ziemi niemal jak swoją jedynaczkę i umieli dbać o niego fantastycznie.

Ada czuła, że nalewka z mirabelek wcale nie jest „delikatniusia, prawie jak kompocik”, jak zapewniał pan Józef. Dziewczyna miała już nieco w czubie, kiedy zadzwonił telefon.

– Czekam na dole – oznajmił Jacek zmęczonym głosem. – Pospiesz się, bo lecę z nóg.

– Może wejdziesz i coś zjesz? – zaproponowała bez większego przekonania.

– Zwariowałaś? – warknął. – Nie mam ochoty na żadne balety. Marzę o tym, żeby wziąć prysznic i rąbnąć się spać. Nie chcę nawet kolacji. Kornecki zamówił katering.

Kornecki to szef, tyle wiedziała. Skoro siedział z Jackiem w sobotę, faktycznie musiało być grubo. Zapieprz po łokcie. Zaczęła zbierać się do wyjścia.

Pani Teresa wypchała jej torebkę słoikami z dżemem domowej roboty i dołożyła butlę malinowego soku.