Cypryjskie meze - Jolanta Kosowska - ebook
NOWOŚĆ

Cypryjskie meze ebook

Jolanta Kosowska

0,0

Opis

Korzenie mają znaczenie. Nawet jeśli wrosły w obcą ziemię.

Ewelina ma dwadzieścia cztery lata i studiuje historię sztuki, a jej serce bije szybciej na myśl o starożytnej Grecji. Gdy pewnego dnia pomaga w przeprowadzce osiemdziesięcioletniej pani Zofii, znajduje fotografię karty dań z cypryjskiej restauracji. Odkrycie natychmiast rozbudza jej ciekawość.

Menu pochodzi z 1974 roku – czasu tureckiej inwazji na Cypr. Przed laty znaleziono je w plecaku małej dziewczynki, która w tajemniczych okolicznościach trafiła do domu dziecka we Wrocławiu. Nigdy nie odnaleziono jej rodziny.

Zaintrygowana Ewelina wyrusza na wyspę, by odkryć historię sprzed lat. Wśród ruin, wąskich uliczek i cypryjskich tawern natrafia na ślady zawiłej przeszłości i z pomocą Jorgosa, urzekającego Cypryjczyka, zbliża się do poznania prawdy.

Prawdy, która może na zawsze odmienić nie tylko jej spojrzenie na świat, lecz także… ją samą.

„Cypryjskie meze” to poruszająca opowieść o pamięci, utraconych korzeniach i niezwykłych miejscach, które z czasem uczymy się nazywać domem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 264

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W ży­ciu istot­ne są ko­rze­nie.Po­czu­cie, że nie jest się zni­kąd,a z ja­kie­goś okre­ślo­ne­go miej­sca.

Po­wieść de­dy­ku­ję mo­jej ma­mie.

Hanka

Rzę­si­sty deszcz prze­szedł w ule­wę. Wy­cie­racz­ki z tru­dem zgar­nia­ły wodę. Bocz­ne uli­ce za­czę­ły przy­po­mi­nać rwą­ce po­to­ki, któ­re roz­le­wa­ły się na szer­szych ar­te­riach ko­mu­ni­ka­cyj­nych, two­rząc ma­zi­stą, sza­ro­bru­nat­ną mie­sza­ni­nę wody i bło­ta. Sil­ne po­dmu­chy wia­tru raz po raz szar­pa­ły sa­mo­cho­dem. Cie­pły głos wo­ka­list­ki w ra­diu ni­jak nie pa­so­wał do aury za oknem. Do­cho­dzi­ła pół­noc. Wy­łą­cza­no już sy­gna­li­za­cję świetl­ną na więk­szo­ści skrzy­żo­wań, gdzie­nie­gdzie zga­sły też la­tar­nie. Tu na przed­mie­ściu nocą pa­li­ła się zwy­kle co dru­ga. Po­je­dyn­cze sa­mo­cho­dy su­nę­ły po­wo­li, wzbi­ja­jąc fon­tan­ny wody zmie­sza­nej z bło­tem. Mi­nę­łam ostat­nie więk­sze skrzy­żo­wa­nie, skrę­ci­łam w lewo i wje­cha­łam w plą­ta­ni­nę wą­skich uli­czek jed­nej z naj­spo­koj­niej­szych dziel­nic Wro­cła­wia. Po­tęż­ne wil­le sta­ły w za­dba­nych ogro­dach, a obo­wią­zek sa­dze­nia w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym drzew igla­stych spo­wo­do­wał, że do dzi­siaj dziel­ni­ca wy­róż­nia­ła się ol­brzy­mią ilo­ścią zie­le­ni. O tej po­rze domy to­nę­ły w ciem­no­ściach, a ich bry­ły wy­glą­da­ły po­sęp­nie.

Nie­daw­no za­bu­rzo­no har­mo­nię tej czę­ści mia­sta, sta­wia­jąc tu kil­ka dwu­pię­tro­wych blo­ków, skła­da­ją­cych się na osie­dle miesz­ka­nio­we z ro­dza­ju tych eks­klu­zyw­nych, prze­ra­ża­ją­co dro­gich i strze­żo­nych. Wła­śnie tu­taj od nie­daw­na miesz­ka­łam. Nowe lo­kum, jak i wie­le in­nych rze­czy, mia­ło od­ciąć mnie od wszyst­kie­go, co wią­za­ło się z prze­szło­ścią. To była rada mo­jej przy­ja­ciół­ki Ane­ty. Ewe­li­na też uwa­ża­ła, że to świet­ny po­mysł. Nowe oto­cze­nie, nowi są­sie­dzi, żad­nych sko­ja­rzeń i mniej wspo­mnień. Zu­peł­nie nowe miej­sce, a w nim inna ja. Taka po­god­niej­sza i mniej skom­pli­ko­wa­na wer­sja daw­nej Han­ki. Na­wet zdą­ży­łam tę nową już po­lu­bić.

Za­trzy­ma­łam się na zjeź­dzie do pod­ziem­ne­go ga­ra­żu. Wsu­nę­łam rękę do to­reb­ki, szu­ka­jąc pi­lo­ta. Pal­ce błą­dzi­ły w cze­lu­ściach ob­szer­nej li­sto­nosz­ki. Nie uda­ło mi się na­ma­cać mi­nia­tu­ry ho­len­der­skie­go buta, czy­li bre­locz­ka do klu­cza od bra­my. Po chwi­li całą za­war­tość to­reb­ki wy­sy­pa­łam na sie­dze­nie pa­sa­że­ra. Góra mniej lub bar­dziej po­trzeb­nych przed­mio­tów za­ście­li­ła sie­dze­nie.

– Gdzież on się po­dział? – jęk­nę­łam.

Pierw­szy raz szyb­ko, dru­gi raz już po­wo­li prze­rzu­ci­łam dzie­siąt­ki przed­mio­tów. Było tu wszyst­ko: port­fel, do­ku­men­ty sa­mo­cho­du, dwie po­mad­ki, cie­nie do po­wiek, pu­der, róż do po­licz­ków, kon­tu­rów­ka, per­fu­my, dwa grze­bie­nie, trzy pacz­ki chu­s­te­czek, dwa dłu­go­pi­sy, ma­gnes z wy­jaz­du służ­bo­we­go do Bol­ko­wa, no­tat­nik, ka­len­darz, na­wet rę­ka­wicz­ki la­tek­so­we, kom­plet igieł i nici, kil­ka gu­mek, Ibu­pro­fen oraz Pa­ra­ce­ta­mol na ewen­tu­al­ny ból gło­wy, pla­ster w psz­czół­ki i dzie­siąt­ki pa­ra­go­nów z róż­nych za­ku­pów, wśród któ­rych kró­lo­wa­ły te za kawę na Or­le­nie. Wśród dro­bia­zgów znaj­do­wa­ły się też klu­cze z pra­cy i klu­cze od domu. A pi­lo­ta do bra­my ga­ra­żo­wej nie było. Zgar­nę­łam wszyst­ko z po­wro­tem do to­reb­ki. Po­trzą­snę­łam nią ener­gicz­nie, żeby wrzu­co­ne bez ładu przed­mio­ty uło­ży­ły się cho­ciaż odro­bi­nę. Z tru­dem za­pię­łam za­mek.

– Niech to szlag! – mruk­nę­łam pod no­sem. – Mu­szę wy­siąść!

Stru­gi desz­czu bi­czo­wa­ły sa­mo­chód, jak­by ktoś chlu­stał wia­dra­mi wody. Raz po raz czerń nie­ba roz­świe­tla­ły bły­ska­wi­ce. „Mam pe­cha” – po­my­śla­łam. „Dzi­siaj na­wet po­go­da mi nie sprzy­ja”. Otwo­rzy­łam sa­mo­chód, za­czę­łam się gra­mo­lić i po­tok zim­nej wody spadł mi na ra­mio­na. Po­ry­wi­sty wiatr chciał wy­rwać z mo­jej ręki sa­mo­cho­do­we drzwi. Woda wdzie­ra­ła się do środ­ka.

– Niech to dia­bli! – syk­nę­łam.

Za­nim wy­gra­mo­li­łam się z auta, już czu­łam, jak woda ście­ka mi po ple­cach. To nie były po­je­dyn­cze kro­ple, to był cały stru­mień, któ­ry pły­nął w dół w kie­run­ku bie­li­zny. Ma­nu­al­ne otwar­cie bra­my za­ję­ło mi kil­ka­dzie­siąt se­kund. Tyle cza­su po­trze­bo­wa­łam, żeby wpi­sać kod i po­cią­gnąć za dźwi­gnię. Kie­dy wsia­da­łam do sa­mo­cho­du, by­łam już zu­peł­nie mo­kra, kro­ple ście­ka­ły mi z wło­sów, prze­mok­nię­te na wy­lot ubra­nie przy­le­ga­ło do cia­ła, a na sie­dze­niu po­ja­wi­ły się mo­kre pla­my. Od­cze­ka­łam mo­ment. Cięż­ka bra­ma uno­si­ła się po­wo­li, jak­by le­ni­wiej niż zwy­kle. Po chwi­li wje­cha­łam do ciem­ne­go ga­ra­żu.

– Co jest, do cho­le­ry?! – mruk­nę­łam pod no­sem.

Zwy­kle świa­tła za­pa­la­ły się pod wpły­wem ru­chu wjeż­dża­ją­ce­go po­jaz­du i oświe­tla­ły dro­gę w tym po­nu­rym la­bi­ryn­cie. Ga­raż roz­cią­gał się pod ca­łym osie­dlem. Naj­pa­skud­niej­szy z pa­skud­nych, szcze­gól­nie nocą.

Roz­ga­łę­ział się na wie­le bocz­nych, węż­szych ko­ry­ta­rzy, gdzie­nie­gdzie po­prze­dzie­la­nych plą­ta­ni­ną ko­lumn i schow­ków. Wjeż­dża­ło się do nie­go i wy­jeż­dża­ło przez tę samą bra­mę, ale z bocz­nych ko­ry­ta­rzy pro­wa­dzi­ły wyj­ścia do kla­tek scho­do­wych w po­szcze­gól­nych bu­dyn­kach. Szum wen­ty­la­to­rów po­wo­do­wał, że nie sły­sza­ło się wła­snych my­śli. Dro­ga z zaj­mo­wa­ne­go prze­ze mnie miej­sca par­kin­go­we­go do przej­ścia pro­wa­dzą­ce­go na moją klat­kę scho­do­wą zwy­kle po­wo­do­wa­ła u mnie przy­spie­sze­nie ak­cji ser­ca i roz­bu­dze­nie zmy­słów. Naj­pierw mu­sia­łam mi­nąć kil­ka rzę­dów sto­ją­cych w pół­mro­ku sa­mo­cho­dów, po­tem do­trzeć do pierw­szych drzwi. Otwie­ra­ły się z tru­dem i były kosz­mar­nie cięż­kie, wpusz­cza­ły do ślu­zy, któ­ra po­noć za­bez­pie­cza przed wtar­gnię­ciem spa­lin do wnę­trza bu­dyn­ku. Po­tem trze­ba sfor­so­wać jesz­cze dru­gie drzwi i znaj­du­ją­cy się za nimi dłu­gi, wą­ski ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy do win­dy. Za­wsze kie­dy cze­ka­łam na win­dę, to od­ży­wa­ły w mo­jej pa­mię­ci wszyst­kie mro­żą­ce krew w ży­łach sce­ny z hor­ro­rów – te, kie­dy z win­dy wy­pa­da trup, i te, kie­dy wy­cho­dzi z niej psy­cho­pa­tycz­ny opraw­ca, a bo­ha­ter ma od­cię­tą dro­gę uciecz­ki. Uspo­ka­ja­łam się do­pie­ro wte­dy, kie­dy by­łam już w środ­ku i drzwi się za mną za­mknę­ły. Wte­dy za­czy­na­łam od­dy­chać z ulgą. Cie­ka­we, ile osób prze­ży­wa­ło po­dob­ne tor­tu­ry, par­ku­jąc sa­mo­chód w tym na­szym eks­klu­zyw­nym, strze­żo­nym ga­ra­żu. Po­noć w ca­łych pod­zie­miach był mo­ni­to­ring, ale od­kąd ukra­dzio­no mi wy­cie­racz­ki i ka­me­ry ni­cze­go nie za­re­je­stro­wa­ły, prze­sta­łam wie­rzyć i w nie­go, i w rze­tel­ność pil­nu­ją­cych osie­dle ochro­nia­rzy.

Dzi­siaj wszyst­ko wy­glą­da­ło jesz­cze go­rzej. Z nie­wia­do­me­go po­wo­du za­pa­li­ło się tyl­ko jed­no ze świa­teł, i to w bocz­nym ko­ry­ta­rzu, w spo­rej od­le­gło­ści od mo­je­go miej­sca par­kin­go­we­go. Kie­dy mi­nę­łam ten ko­ry­tarz, świa­tło zga­sło. „To przez tę bu­rzę” – uspo­ka­ja­łam się w my­ślach. „Bu­rzom czę­sto to­wa­rzy­szą bra­ki prą­du”. Pa­nu­ją­cą ciem­ność roz­świe­tla­ły tyl­ko świa­tła mo­ich re­flek­to­rów. Oświe­tla­ły dro­gę przede mną, prze­su­wa­ły się po za­par­ko­wa­nych cia­sno au­tach i na­gle ob­la­ły świa­tłem coś dziw­ne­go przy­kry­te­go czar­ną płach­tą. Po­czu­łam ser­ce w gar­dle.

– Ja pier­ni­czę! – jęk­nę­łam.

To coś mia­ło kształt ludz­kie­go cia­ła.

– Niech to dia­bli – szep­nę­łam. – Trup.

„Spo­koj­nie” – uspo­ka­ja­łam się w my­ślach. „To tyl­ko ktoś na­rzu­cił płach­tę na opo­ny zi­mo­we. Sta­ły tam rano”. Pa­mię­ta­łam to do­kład­nie. Rano były uło­żo­ne jed­na na dru­giej, two­rząc swo­istą wie­żę. Te­raz ktoś umie­ścił je ina­czej. Nowy kształt po­bu­dził moją wy­obraź­nię. Prze­łknę­łam gło­śno śli­nę. To zwy­kle po­ma­ga­ło, kie­dy ogar­nia­ła mnie pa­ni­ka. Tym ra­zem też po­mo­gło. „Opo­ny” – po­wtó­rzy­łam w my­ślach. „To tyl­ko opo­ny. Nic wię­cej”. Po pra­wej stro­nie mi­gnę­ło mi krze­sło biu­ro­we, któ­re są­siad miał dzi­siaj wy­wieźć do ja­kie­goś zna­jo­me­go. Nie wy­wiózł, bo na­dal tam ster­cza­ło. W ciem­no­ści wy­da­ło mi się, że ktoś na nim sie­dzi. Wy­raź­nie zo­ba­czy­łam cień po­sta­ci i gło­wę wy­sta­ją­cą po­nad opar­ciem.

– Od­puść! – mruk­nę­łam sama do sie­bie. – Mniej głu­pich fil­mów i mro­żą­cych krew w ży­łach ksią­żek. Za­miast hor­ro­rów ko­me­die ro­man­tycz­ne.

Jak na złość z obu stron mo­je­go miej­sca par­kin­go­we­go sta­ły już sa­mo­cho­dy są­sia­dów. Są­siad po le­wej za­pew­ne my­ślał, że nie będę dziś no­co­wać w domu. Za­zwy­czaj kie­dy sam wra­cał oko­ło dwu­dzie­stej trze­ciej z pra­cy, to mój sa­mo­chód był już od daw­na na swo­im miej­scu. Za­par­ko­wał więc nie­pre­cy­zyj­nie, wjeż­dża­jąc bocz­ny­mi ko­ła­mi na moje sta­no­wi­sko. Po wie­lu po­praw­kach uda­ło mi się usta­wić auto ty­łem i wy­siąść przez drzwi pa­sa­że­ra. Kie­dyś wy­cho­dzi­ło mi to le­piej.

– Mam za mały sa­mo­chód – mruk­nę­łam do sie­bie. – Albo je­stem tro­chę więk­sza niż kie­dyś. Z wie­kiem wie­le rze­czy się zmie­nia.

Sku­pio­na na par­ko­wa­niu, na chwi­lę prze­sta­łam się przej­mo­wać ciem­no­ścią pa­nu­ją­cą w ga­ra­żu. Za­mknę­łam sa­mo­chód i re­flek­to­ry zga­sły. Wo­kół mnie za­pa­no­wał mrok. Była to pa­skud­na czerń z tych, któ­re czu­je się wszyst­ki­mi zmy­sła­mi. Mia­łam wra­że­nie, że mnie do­ty­ka, ha­mu­je od­dech, ma za­pach i smak spa­lin. W tej ciem­no­ści sły­sza­łam tyl­ko mo­no­ton­ny szum wen­ty­la­to­rów.

– O mat­ko! – jęk­nę­łam. – Świa­tła nie ma, a one dzia­ła­ją.

Ta myśl mnie spa­ra­li­żo­wa­ła. Ota­cza­ją­ca mnie ciem­ność wy­da­wa­ła się na­ma­cal­na. Wy­peł­nia­ła wszyst­ko. Na­wet moje noz­drza, bo na­gle za­czę­ło mi się wy­da­wać, że bra­ku­je mi po­wie­trza. Za­pa­li­łam la­tar­kę w ko­mór­ce i szyb­kim kro­kiem ru­szy­łam w kie­run­ku drzwi pro­wa­dzą­cych na moją klat­kę scho­do­wą.

Kie­dy mi­ja­łam krze­sło sto­ją­ce przy sa­mo­cho­dzie są­sia­da, mimo woli za­re­je­stro­wa­łam ja­kiś ruch. Tak na­praw­dę to coś usły­sza­łam. Było to lek­kie skrzyp­nię­cie, a po­tem dźwięk sta­wia­nych na be­to­nie bu­tów. Za­mar­łam z prze­ra­że­nia. Ba­łam się od­wró­cić. Nogi mia­łam jak z waty, a sto­py przy­war­ły do pod­ło­ża i nie da­wa­ły się od nie­go od­kle­ić. Na­gle tuż za ple­ca­mi usły­sza­łam czy­jeś kro­ki. To nie było złu­dze­nie. Mia­łam co do tego pew­ność. Sły­sza­łam je co­raz wy­raź­niej. Nikt przede mną nie wjeż­dżał do ga­ra­żu. Ten ktoś, kto ukry­wał się w ciem­no­ści, cze­kał tu­taj na mnie. Nie mo­głam wy­do­być z sie­bie gło­su. Strach chwy­cił mnie za gar­dło i nie chciał pu­ścić. „Ja pier­ni­czę, zgi­nę w ja­kimś po­nu­rym ga­ra­żu, bo ochro­na na­wet nie za­uwa­ży­ła, że dzi­siaj coś sta­ło się ze świa­tłem” – my­śla­łam prze­ra­żo­na.

Za­czę­ło ro­bić mi się sła­bo i dusz­no. Jak za­wsze, kie­dy wpa­da­łam w pa­ni­kę. Mój le­karz twier­dził, że za­czy­nam wte­dy od­ru­cho­wo szyb­ciej i głę­biej od­dy­chać, a to po­wo­du­je spa­dek po­zio­mu dwu­tlen­ku wę­gla we krwi i wzrost po­zio­mu tle­nu. Po­noć to zja­wi­sko na­zy­wa się hi­per­wen­ty­la­cją. W wy­ni­ku tej hi­per­wen­ty­la­cji po­ja­wia­ją się mrocz­ki przed oczy­ma, mro­wie­nie twa­rzy, szum w uszach i je­że­li się nie ogar­nę, to skoń­czy się na omdle­niu. Przy­po­mnia­łam so­bie jego sło­wa i po­sta­no­wi­łam jed­nak się ogar­nąć. Po­my­śla­łam, że głu­pio bę­dzie paść na gle­bę wcze­śniej, niż ten ktoś mnie do­go­ni i za­ata­ku­je. Wstrzy­ma­łam od­dech i po­li­czy­łam w my­ślach do dzie­się­ciu. Po­mo­gło. Szum w uszach ze­lżał. Mrów­ki prze­sta­ły bie­gać po twa­rzy. Świat prze­stał wi­ro­wać. „Jak zgi­nąć, to świa­do­mie” – po­my­śla­łam. Kro­ki za mo­imi ple­ca­mi uci­chły. „To tyl­ko wy­obraź­nia” – mó­wi­łam do sie­bie w du­chu. „Do­brze, że nikt tego nie wi­dzi, przy­naj­mniej nie wy­cho­dzę na idiot­kę”.

Ru­szy­łam w kie­run­ku wyj­ścia z ga­ra­żu. Szłam zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, oświe­tla­jąc wą­skim stru­mie­niem świa­tła dro­gę przed sobą.

– Han­ka, po­cze­kaj! – usły­sza­łam tuż za sobą wy­raź­ny mę­ski głos. – Mu­si­my po­roz­ma­wiać!

Tym ra­zem to już nie była wy­obraź­nia, a ha­lu­cy­na­cje. „Ja pier­ni­czę!” – stwier­dzi­łam prze­ra­żo­na. „Nie pa­nu­ję nad wy­obraź­nią. Zno­wu głu­pia wy­obraź­nia pró­bu­je mi do­ko­pać”.

Ru­szy­łam bie­giem.

– Han­ka! To ja. Po­cze­kaj! Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

Męż­czy­zna był tuż za mną, kie­dy przede mną bły­snę­ło moc­ne świa­tło la­tar­ki. Z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się zwa­li­sta po­stać ochro­nia­rza.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­łam z ulgą.

– To dla­cze­go pani tak krzy­cza­ła?

– Krzy­cza­łam? – za­py­ta­łam za­sko­czo­na.

– Jak opę­ta­na – stwier­dził męż­czy­zna. – Jak­by ktoś pa­nią ob­dzie­rał ze skó­ry. Ale to do­brze – do­dał. – Dzi­siaj jest awa­ria oświe­tle­nia w ga­ra­żu. Elek­tryk przy­je­dzie, kie­dy skoń­czy się bu­rza. Nic nie wi­dać na ekra­nach. Krzy­cza­ła pani tak gło­śno, że usły­sze­li­śmy w dy­żur­ce.

– Kim pan jest? – Ochro­niarz oświe­tlił po­stać czło­wie­ka sto­ją­ce­go trzy kro­ki za mną. Snop świa­tła po­wę­dro­wał w kie­run­ku twa­rzy tam­te­go. – Nie znam pana – stwier­dził. – Pan nie miesz­ka na tym osie­dlu. Ni­g­dy pana tu­taj nie wi­dzia­łem. Za­raz za­wia­do­mię po­li­cję. Dla­cze­go czai się pan w ga­ra­żu w środ­ku nocy?

– Nie cza­iłem się, tyl­ko cze­ka­łem – usły­sza­łam zmie­sza­ny głos na­le­żą­cy do Wik­to­ra, mo­je­go ko­le­gi.

– Na kogo pan cze­kał?

– Na moją ko­le­żan­kę z pra­cy. Na Han­kę.

Spoj­rzał w moją stro­nę.

– Za­cza­ił się pan w ga­ra­żu na swo­ją ko­le­żan­kę z pra­cy? – nie do­wie­rzał ochro­niarz. – Do tego po ciem­ku i w środ­ku nocy. To ma już wszel­kie ce­chy prze­stęp­stwa, któ­re­mu uda­ło się za­po­biec. To ta pani jest pana ko­le­żan­ką z pra­cy?

Smu­ga świa­tła po­wę­dro­wa­ła w moją stro­nę.

– Tak.

– Ta pani przed pa­nem ucie­ka­ła – stwier­dził męż­czy­zna.

– No, nie­zu­peł­nie – prze­rwa­łam mu. – Nie mia­łam po­ję­cia, że to on.

– To zna­czy, że przed tym pa­nem by pani nie ucie­ka­ła? – do­cie­kał ochro­niarz.

Nie od­po­wie­dzia­łam od razu. Tego nie by­łam pew­na. Nie mia­łam ocho­ty na roz­mo­wę z Wik­to­rem. W każ­dym ra­zie nie dzi­siaj, nie po przed­po­łu­dnio­wym ze­bra­niu. Za­wiódł mnie. Po­czu­łam się nim roz­cza­ro­wa­na. Wła­śnie nim naj­bar­dziej. Na mo­jej li­ście współ­pra­cow­ni­ków z miej­sca fa­wo­ry­ta spadł na ostat­nie. Nie lu­bię lu­dzi bez wła­sne­go zda­nia, któ­rzy dla świę­te­go spo­ko­ju i do­mnie­ma­ne­go zy­sku bez naj­mniej­szych skru­pu­łów sprze­da­dzą in­nych. Ju­dasz we współ­cze­snym wy­da­niu. Za kil­ka gro­szy pod­wyż­ki bez zmru­że­nia okiem pod­pi­sał się pod zwol­nie­niem Ali­cji, cho­ciaż jesz­cze dzi­siaj rano twier­dził co in­ne­go. Zero, któ­re­go krę­go­słup mo­ral­ny jest ela­stycz­ny i po­dat­ny jak guma do żu­cia. Za­pew­ne kie­dyś i jego to spo­tka, ktoś go prze­żu­je i wy­plu­je. Tro­chę szko­da, że nie będę świad­kiem tego wy­da­rze­nia.

Na dzi­siej­szym ze­bra­niu zło­ży­łam wy­po­wie­dze­nie z proś­bą o roz­wią­za­nie sto­sun­ku pra­cy w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Nie mo­gło mi się po­mie­ścić w gło­wie, że ja na­dal będę pra­co­wa­ła w re­dak­cji, a Ali­cja zo­sta­ła zwol­nio­na. Ra­zem przy­szły­śmy do tej fir­my, ra­zem two­rzy­ły­śmy pro­jek­ty, ra­zem odej­dzie­my.

Z fir­my po­je­cha­łam pro­sto na ba­sen. Spę­dzi­łam tam kil­ka go­dzin. Kie­dy pły­wam, my­śli mi się naj­le­piej. Po prze­pły­nię­ciu dłu­go­ści pięć­dzie­się­ciu ba­se­nów na­dal by­łam prze­ko­na­na, że im­puls, któ­ry spro­wo­ko­wał mnie do zło­że­nia wy­po­wie­dze­nia, jest słusz­ny. Po ko­lej­nych dwu­dzie­stu czu­łam co­raz więk­szą dumę z tego po­wo­du. Kon­rad za­wsze mó­wił, że w ży­ciu trze­ba być sobą i tyl­ko wte­dy moż­na żyć spo­koj­nie i szczę­śli­wie. Kon­ra­da nie było już ze mną od pra­wie dzie­się­ciu lat, ale jego prze­my­śle­nia to­wa­rzy­szy­ły mi na co dzień. Uzna­wa­łam to za bar­dzo miłe, bo mia­łam wra­że­nie, że przez to na­dal jest tuż obok. Dzi­siaj w sau­nie mu­sia­łam na chwi­lę za­snąć, bo wy­da­wa­ło mi się, że sie­dzi przy mnie. I pa­trzy na mnie jak kie­dyś. Uśmie­cha się. Kie­dy wy­cią­gnął w moim kie­run­ku rękę, ock­nę­łam się. Szko­da. Całą sobą cze­ka­łam na ten do­tyk. Wcze­śniej zdą­żył mi tyl­ko po­wie­dzieć, że mam ra­cję, że po­stą­pi­łam bar­dzo do­brze, że jest ze mnie dum­ny.

– Py­ta­łem, czy przed tym pa­nem by pani nie ucie­ka­ła. – Głos ochro­nia­rza przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

– Za­pew­ne nie – po­wie­dzia­łam wbrew so­bie. – Ale nie mam ocho­ty z nim roz­ma­wiać – do­da­łam zgod­nie z praw­dą.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach mu­sia­łam po­wtó­rzyć wszyst­ko pa­rze mło­dych po­li­cjan­tów. Współ­czu­łam im. Za­pew­ne idąc do po­li­cji, ma­rzy­li o spek­ta­ku­lar­nych śledz­twach, a tu na­gle sza­ra rze­czy­wi­stość. Sta­li­śmy w ja­sno oświe­tlo­nym ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do win­dy. Ob­rzu­ci­łam prze­lot­nym spoj­rze­niem Wik­to­ra. Miał mo­kre wło­sy i prze­mo­czo­ną kurt­kę. Zwy­kle w kant za­pra­so­wa­ne spodnie ocie­ka­ły wodą. Na sta­ran­nie wy­pa­sto­wa­nych bu­tach trzy­ma­ły się gru­be kro­ple. Nie pa­trzył na mnie. Wbił wzrok w po­sadz­kę. Na­gle wy­dał mi się star­szy niż dzi­siaj rano. A może to ja wcze­śniej pa­trzy­łam na nie­go ina­czej, przez ró­żo­we oku­la­ry sym­pa­tii. Oku­la­rów już nie mia­łam. Sym­pa­tia się ulot­ni­ła. Skro­nie przy­pró­szo­ne szro­nem, ostre rysy twa­rzy, dłu­gi nos, wą­skie usta, ku­rze łap­ki przy oczach i zmarszcz­ki w ką­ci­kach ust. Tyl­ko sta­ran­nie przy­strzy­żo­na bro­da wy­glą­da­ła jak za­wsze.

Ja też na pew­no pre­zen­to­wa­łam się ina­czej niż dzi­siaj rano. Mia­łam zle­pio­ne desz­czem wło­sy, któ­re w gru­bych, cięż­kich strą­kach opa­dły mi na ra­mio­na. Na twa­rzy roz­ma­zał się tusz do rzęs, a zu­peł­nie mo­kra su­kien­ka opi­na­ła się na moim lek­ko za­okrą­glo­nym cie­le, pod­kre­śla­jąc kształ­ty, któ­re na co dzień pró­bo­wa­łam skrzęt­nie ma­sko­wać. Pod­wi­nię­ta koń­czy­ła się w po­ło­wie uda i prze­mo­czo­na za nic nie da­wa­ła się ob­cią­gnąć. Ca­ło­ści do­peł­nia­ła duża dziu­ra w raj­sto­pach, zaj­mu­ją­ca pra­wie całe pod­udzie, któ­ra po­wsta­ła, kie­dy wy­sia­da­łam z sa­mo­cho­du drzwia­mi od stro­ny pa­sa­że­ra i za­ha­czy­łam nogą o dźwi­gnię zmia­ny bie­gów.

– Czy po­mię­dzy pań­stwem jest ja­kiś kon­flikt? – do­py­ty­wa­ła dziew­czy­na w mun­du­rze po­li­cjant­ki. Nie mia­ła wię­cej niż dwa­dzie­ścia parę lat.

– Nie moż­na tego tak na­zwać – mruk­nął Wik­tor.

– A pani? Jak pani od­bie­ra pań­stwa re­la­cje? – zwró­ci­ła się do mnie.

– Nie ma mię­dzy nami złych emo­cji – po­spiesz­nie po­wie­dział Wik­tor.

– Pan już wy­ra­ził swo­je zda­nie, ja pró­bu­ję usły­szeć zda­nie tej pani – prze­rwa­ła mu mło­da ko­bie­ta.

– Pra­cu­je­my ra­zem. Dzi­siaj mie­li­śmy burz­li­we ze­bra­nie, po któ­rym zło­ży­łam wy­po­wie­dze­nie. Wik­tor dzwo­nił do mnie po po­łu­dniu kil­ka razy. My­ślę, że chce po­roz­ma­wiać. W su­mie nie mamy już o czym – wy­mam­ro­ta­łam pod no­sem.

– Nie dzi­wią pani oko­licz­no­ści tego noc­ne­go spo­tka­nia? – po­wtó­rzy­ła po­li­cjant­ka.

– Co pani przez to ro­zu­mie? – Po­czu­łam się zdez­o­rien­to­wa­na.

– Śro­dek nocy, ga­raż, zu­peł­na ciem­ność, po­goń za pa­nią…

– Może jest to tro­chę dziw­ne, ale po­tra­fię to so­bie wy­tłu­ma­czyć – ucię­łam. – Z pra­cy wy­szłam nie­spo­dzie­wa­nie w trak­cie ze­bra­nia, kil­ka go­dzin by­łam poza za­się­giem, nie od­bie­ra­łam te­le­fo­nów i nie od­pi­sy­wa­łam na wia­do­mo­ści, za­po­mnia­łam pi­lo­ta od ga­ra­żu, zmo­kłam, otwie­ra­jąc bra­mę ręcz­nie, w ga­ra­żu nie było świa­tła… – mó­wi­łam jed­nym tchem. – Cza­sa­mi się tak zda­rza. My­ślę, że Wik­tor cze­kał na ze­wnątrz, ale ule­wa spra­wi­ła, że scho­wał się do środ­ka. Za­pew­ne wszedł, kie­dy bra­ma jesz­cze nie opa­dła po ja­kimś wjeż­dża­ją­cym wcze­śniej sa­mo­cho­dzie. Go­nił mnie, bo to ja za­czę­łam biec. Nie cier­pię tego ga­ra­żu. Nie mia­łam po­ję­cia, że to on jest za mną.

De­li­kat­ny uśmiech błą­kał się po twa­rzy dziew­czy­ny. Mia­ła mnie za idiot­kę. Jesz­cze raz przyj­rza­ła się do­kład­nie mo­je­mu do­wo­do­wi oso­bi­ste­mu, jak­by ża­ło­wa­ła, że w zna­kach szcze­gól­nych nie ma ad­no­ta­cji o ni­skim ilo­ra­zie in­te­li­gen­cji. Po­tem przyj­rza­ła się uważ­nie zdję­ciu. Coś jej nie za­gra­ło. Jesz­cze raz wbi­ła we mnie prze­ni­kli­we spoj­rze­nie.

– Pani PE­SEL?

– Taki jak w do­wo­dzie – pal­nę­łam bez za­sta­no­wie­nia.

Po­my­śla­łam z nie­chę­cią, że chce usły­szeć, ile mam lat.

– Nie pa­mię­ta pani? – do­py­ty­wa­ła za­sko­czo­na.

– Nie umiem go na pa­mięć.

– Jest bar­dzo pro­sty. Duża po­wta­rzal­ność tych sa­mych cyfr.

Po­li­cjant wpi­sał coś w trzy­ma­ny w ręku no­tes.

– Zło­ży pani za­wia­do­mie­nie o usi­ło­wa­niu po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa? – za­py­tał obo­jęt­nym to­nem.

– Nie zło­żę. Nie było żad­ne­go usi­ło­wa­nia po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa – do­da­łam.

Spoj­rzał na mnie spode łba.

– Jak pani uwa­ża – burk­nął. – Lu­dzie czę­sto kry­ją in­nych. Po­tem naj­czę­ściej tego ża­łu­ją. Bywa, że za póź­no. Niech się pani do­brze za­sta­no­wi. Na­stęp­nym ra­zem ochro­niarz może być w to­a­le­cie.

– Nie było żad­ne­go usi­ło­wa­nia po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa – po­wtó­rzy­łam do­bit­nie.

– Jak pani chce – mruk­nął. – Pro­szę to jesz­cze raz prze­my­śleć. Gdy­by pani zmie­ni­ła zda­nie, to za­wsze może pani do nas za­dzwo­nić. – Po­dał mi wi­zy­tów­kę. – A pan i tak pój­dzie z nami do ra­dio­wo­zu – zwró­cił się do Wik­to­ra. – Ochro­nia­rze zgło­si­li bez­praw­ne prze­by­wa­nie na te­re­nie pry­wat­nym w go­dzi­nach noc­nych. Po­noć ostat­nio w tym ga­ra­żu mno­żą się kra­dzie­że. Mu­si­my panu za­dać kil­ka py­tań. Zro­bić no­tat­kę służ­bo­wą.

– A ja? – za­py­ta­łam nie­pew­nie.

– Pani może iść do domu. Spo­koj­nej nocy!

– Spo­koj­nej nocy!

Mi­nę­łam po­li­cjan­tów i ru­szy­łam w kie­run­ku win­dy.

– Za­dzwo­nię ju­tro, od­bierz. Chcę z tobą po­roz­ma­wiać – usły­sza­łam za ple­ca­mi głos Wik­to­ra.

Pod­nio­słam rękę z wy­su­nię­tym środ­ko­wym pal­cem. Nikt nie mógł tego zo­ba­czyć poza nim.

***

W win­dzie spoj­rza­łam w lu­stro. Było go­rzej, niż my­śla­łam. Wło­sy w strą­kach nie tyl­ko opa­da­ły na ra­mio­na, ale ster­cza­ły też na wszyst­kie stro­ny, tusz two­rzył czar­ne smu­gi na po­licz­kach, su­kien­ka z tyłu się pod­wi­nę­ła, a dziu­ra na raj­sto­pach z pod­udzia roz­sze­rzy­ła się na udo. Spró­bo­wa­łam wy­trzeć tusz. Efekt był jesz­cze strasz­niej­szy. Nie dzi­wi­łam się, że za­rów­no ochro­niarz, jak i po­li­cjan­ci przy­glą­da­li mi się dość po­dejrz­li­wie. Po­my­śla­łam, że to aż dziw­ne, że nie ka­za­li mi dmuch­nąć w ba­lo­nik. Wy­glą­da­łam dość za­sta­na­wia­ją­co jak na ko­goś, kto wła­śnie wje­chał sa­mo­cho­dem do ga­ra­żu.

Wy­sia­dłam z win­dy i ru­szy­łam w pra­wo w kie­run­ku ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­ce­go do mo­je­go miesz­ka­nia. Gdy pod­nio­słam wzrok, zo­ba­czy­łam sto­ją­cą pod drzwia­mi tor­bę z za­ku­pa­mi.

– Nie­moż­li­we! – jęk­nę­łam. – To nie dzie­je się na­praw­dę.

Tym ra­zem za­ku­py po­cho­dzi­ły z pie­kar­ni Chle­bo­land. Przy­cze­pio­na do pa­pie­ro­wej tor­by kart­ka in­for­mo­wa­ła, że to­war w po­sta­ci dwóch słod­kich bu­łek z na­dzie­niem ró­ża­nym i dwóch cro­is­san­tów z pi­sta­cja­mi zo­stał za­mó­wio­ny o go­dzi­nie szes­na­stej czter­dzie­ści, a do­star­czo­ny o go­dzi­nie sie­dem­na­stej pięt­na­ście. Chwy­ci­łam pa­ku­nek i ru­szy­łam do win­dy. Li­czy­łam na to, że ochro­niarz nie za­mknął się jesz­cze w po­ko­ju służ­bo­wym.

Spo­tka­łam go przed bu­dyn­kiem. Przy­glą­dał się pra­cy po­li­cjan­tów, któ­rzy spi­sy­wa­li ze­zna­nia Wik­to­ra.

– Zmie­ni­ła pani zda­nie. – Uśmiech­nął się sze­ro­ko na mój wi­dok.

– W ja­kiej spra­wie? – za­py­ta­łam zbi­ta z tro­pu.

– W spra­wie na­pa­sto­wa­nia w ga­ra­żu.

– Nie było żad­ne­go na­pa­sto­wa­nia w ga­ra­żu – burk­nę­łam. – Ja z czymś in­nym – mruk­nę­łam przy­jaź­niej.

– Z czymś in­nym? – za­py­tał za­sko­czo­ny. – Przy­tra­fi­ło się pani dzi­siaj w nocy jesz­cze coś in­ne­go? Brak świa­tła w miesz­ka­niu? Sy­pią­cy się tynk w sy­pial­ni? – pró­bo­wał zga­dy­wać. – Od­mro­żo­na lo­dów­ka? Roz­grza­ny do czer­wo­no­ści ka­lo­ry­fer? Brak prą­du w kon­tak­tach w kuch­ni? – wy­li­czał bez­li­to­śnie wszyst­kie mniej­sze i więk­sze ka­ta­kli­zmy, któ­re przy­tra­fi­ły mi się na prze­strze­ni ostat­nich paru mie­się­cy. – A może ko­lej­ny raz od­pa­dło po­krę­tło od ka­lo­ry­fe­ra?

– Nic z tych rze­czy – prze­rwa­łam mu. – Mam zno­wu za­ku­py pod drzwia­mi.

– To chy­ba do­brze, że ku­rie­rzy dzia­ła­ją tak spraw­nie. – Pa­trzył na mnie z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy. Miał mnie za wal­nię­tą.

– Ko­lej­ny raz ktoś zo­sta­wił pod mo­imi drzwia­mi za­ku­py, któ­rych nie za­ma­wia­łam – prze­rwa­łam mu. – By­łam już u pań­stwa trzy razy z tym pro­ble­mem. Ku­rie­rzy zo­sta­wia­ją pod mo­imi drzwia­mi rze­czy, któ­rych nie za­ma­wia­łam i za któ­re nie pła­ci­łam. Raz wy­je­cha­łam na kil­ka dni i tor­by sta­ły pod mo­imi drzwia­mi przez trzy doby.

– Pa­mię­tam. – Uśmiech­nął się roz­ba­wio­ny. – Pani są­siad­ka dzwo­ni­ła do za­rzą­du osie­dla, bo my­śla­ła, że coś się pani sta­ło. W su­mie to pięk­ny są­siedz­ki gest – do­dał po­waż­nie.

– Całe szczę­ście, że nikt nie wy­ła­mał drzwi do miesz­ka­nia, żeby to spraw­dzić – mruk­nę­łam.

– Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, że­by­śmy we­zwa­li po­li­cję i straż po­żar­ną – wspo­mi­nał. – Do­brze, że któ­ryś z są­sia­dów miał za­no­to­wa­ny nu­mer te­le­fo­nu pani cór­ki. Ona nas uspo­ko­iła. Mia­ła pani wte­dy wy­jazd służ­bo­wy do War­sza­wy – do­dał. – Na wszel­ki wy­pa­dek te­le­fon pani cór­ki wpi­sa­łem so­bie do no­te­su. Kie­dyś może się jesz­cze przy­dać.

– Po­tem jesz­cze dwa razy ktoś zo­sta­wił za­ku­py pod mo­imi drzwia­mi – prze­rwa­łam mu. – Wciąż od­no­szę je do pań­stwa, li­cząc na to, że znaj­dą pań­stwo rze­czy­wi­ste­go ad­re­sa­ta. Już kie­dyś mó­wi­łam, że to musi być ja­kiś głu­pi błąd w ad­re­sie. Może za­miast czwór­ki ma być czter­nast­ka.

– Może… Kto to wie – fi­lo­zo­fo­wał ochro­niarz.

– Są­dzi­łam, że uda się pań­stwu to usta­lić.

– To nie jest ła­twe do usta­le­nia – za­czął się bro­nić. – Na ta­bli­cy ogło­szeń za­mie­ści­li­śmy in­for­ma­cję o źle do­star­czo­nych za­ku­pach i wzbo­ga­ci­li­śmy ją wia­do­mo­ścią, że moż­na je ode­brać u nas. Nikt się nie zgło­sił. Nic wię­cej nie mo­że­my zro­bić – tłu­ma­czył. – Chy­ba nie wy­obra­ża so­bie pani, że bę­dzie­my cho­dzić od drzwi do drzwi i py­tać, czy ktoś za­mó­wił sok po­mi­do­ro­wy, oliw­ki, awo­ka­do i ta­ba­sco i te pro­duk­ty nie zo­sta­ły mu do­star­czo­ne? Je­śli do­brze pa­mię­tam, to tak wy­glą­da­ły ostat­nie spra­wun­ki – do­dał roz­ba­wio­ny.

Cie­ka­we, co było w tym śmiesz­ne­go. Męż­czy­zna z mi­nu­ty na mi­nu­tę iry­to­wał mnie co­raz bar­dziej.

– Pani sama stwa­rza so­bie pro­ble­my. Może pani za­trzy­mać pro­duk­ty, może pani je wy­rzu­cić albo przy­nieść do nas. Kie­dyś to się sta­nie ja­sne – tłu­ma­czył spo­koj­nie. – Ta­kie rze­czy się naj­czę­ściej wy­ja­śnia­ją.

– Za­trzy­mać czy­jeś za­ku­py? Chy­ba pan żar­tu­je – burk­nę­łam obu­rzo­na. – Wy­rzu­cić do­bre pro­duk­ty? To bez sen­su.

– Do­brze, to pro­szę jak za­wsze od­da­wać je do nas. Po­wie­si­my ogło­sze­nie na ta­bli­cy przy wej­ściu na osie­dle, prze­cho­wa­my je u nas, co ja­kiś czas spraw­dzi­my datę waż­no­ści, wy­rzu­ci­my prze­ter­mi­no­wa­ne i po­cze­ka­my, aż w koń­cu ktoś za­in­te­re­su­je się lo­sem swo­ich za­ku­pów – sta­rał się mó­wić uspo­ka­ja­ją­co. – Zno­wu za­czy­na pa­dać! – do­dał po chwi­li. – Niech pani już idzie do domu, bo się pani jesz­cze prze­zię­bi. To nie lato, a po­czą­tek paź­dzier­ni­ka. Noce są już zim­ne. Pro­szę dać tę tor­bę.

Spoj­rzał na za­łą­czo­ną do za­ku­pów kart­kę i od­dał mi je.

– Tu jest na­pi­sa­ne, że za­ma­wia­jącą oso­bą jest pani Han­ka Ku­bac­ka. Prze­cież pani na­zy­wa się Han­ka Ku­bac­ka.

„Kpi ze mnie?” – po­my­śla­łam za­sko­czo­na. Spoj­rza­łam na do­łą­czo­ny pa­ra­gon i nie­ste­ty ochro­niarz miał ra­cję.

– Dzi­siaj jest już póź­no. Na pew­no jest już pani bar­dzo zmę­czo­na – prze­ma­wiał spo­koj­nym gło­sem, jak­by tłu­ma­czył coś dziec­ku. – Mu­sia­ła pani za­po­mnieć o swo­im za­mó­wie­niu. Na pew­no pie­czy­wo przy­da się na śnia­da­nie. Zresz­tą po trau­ma­tycz­nych prze­ży­ciach każ­de­mu może się coś po­krę­cić. Może jed­nak po­wie pani po­li­cjan­tom praw­dę na te­mat tego zda­rze­nia.

– Ja­kie­go zda­rze­nia? – za­py­ta­łam za­sko­czo­na. – Tych za­ku­pów pod drzwia­mi?

– Tego, któ­re mia­ło miej­sce w ga­ra­żu. Ni­cze­go nie musi się pani oba­wiać. Źle pani robi, kry­jąc tego fa­ce­ta – stwier­dził przy­jaź­nie. – Wy­glą­da na ob­śli­zgłe­go. Nie znam go, ale nie bu­dzi mo­je­go za­ufa­nia. Nie lu­bię ta­kich gład­kich lu­dzi. Jest za gład­ki. Naj­czę­ściej tacy pró­bu­ją coś ukryć za do­bry­mi ma­nie­ra­mi.

Po­my­śla­łam, że męż­czy­zna jest do­brym ob­ser­wa­to­rem.

– Nie było żad­ne­go zda­rze­nia, któ­re war­te by­ło­by opo­wie­dze­nia – burk­nę­łam pod no­sem.

***

Wcho­dzi­łam po scho­dach, kie­dy na­gle do­tar­ło do mnie, że dzi­siaj rano, przed ze­bra­niem, roz­ma­wia­łam z Wik­to­rem na te­mat mo­je­go ulu­bio­ne­go pie­czy­wa na śnia­da­nie. Słod­kie buł­ki z ró­ża­nym na­dzie­niem i cro­is­san­ty z pi­sta­cja­mi.

– Du­pek! – mruk­nę­łam pod no­sem. Czyż­by li­czył na po­jed­na­nie, wspól­ną noc i po­si­łek rano? Idio­ta!

By­łam już w miesz­ka­niu, kie­dy wpa­dłam na to, że zo­sta­wio­ne wcze­śniej pod mo­imi drzwia­mi za­ku­py też mo­gły po­cho­dzić od Wik­to­ra. Pierw­sze mo­gły zna­leźć się tam przy­pad­kiem. W koń­cu za­wsze może przy­da­rzyć się po­mył­ka. Wy­star­czy, że ku­rier nie za­uwa­żył, że na osie­dlu są dwie klat­ki scho­do­we ozna­czo­ne nu­me­rem czte­ry. Przy tej dru­giej czwór­ce do­da­na jest mała li­te­ra a. Pa­mię­tam, że opo­wie­dzia­łam o tym Wik­to­ro­wi, kie­dy po pra­cy we­szli­śmy na chwi­lę do ka­wia­ren­ki tuż obok na­szej re­dak­cji. To mo­gło stać się dla nie­go in­spi­ra­cją. Dru­gie za­ku­py pod mo­imi drzwia­mi po­cho­dzi­ły już chy­ba od nie­go. Pa­mię­ta­łam do­kład­nie za­war­tość pa­pie­ro­wej tor­by – ba­giet­ka, sok po­mi­do­ro­wy, ta­ba­sco, dwa fran­cu­skie sery, wi­no­gro­na i bu­tel­ka wina. Tam­te­go dnia za­dzwo­nił do mnie. Opo­wie­dzia­łam mu o tym, co za­sta­łam pod drzwia­mi. Miał teo­rię, że za­miast kwia­tów przy­sy­ła mi je ktoś, kto pró­bu­je zwró­cić na sie­bie moją uwa­gę. Mó­wił wte­dy:

– Fa­cet jest w swo­ich po­my­słach na­wet ory­gi­nal­ny. Ja­kie cza­sy, ta­kie po­my­sły. Pew­nie pod­ko­chu­je się w to­bie.

Im dłu­żej o tym my­śla­łam, tym na­bie­ra­łam więk­szej pew­no­ści, że to Wik­tor ma­czał pal­ce w tych prze­sył­kach. Kosz­mar! Ależ mu­siał mieć ze mnie ubaw, kie­dy opo­wia­da­łam mu o tym.

Kie­dyś ktoś po­wie­sił na ścia­nie w po­ko­ju so­cjal­nym, tuż obok eks­pre­su do kawy, kart­kę z pew­ną sen­ten­cją. „Po­ziom stre­su w na­szym ży­ciu jest wprost pro­por­cjo­nal­ny do ilo­ści idio­tów w na­szym oto­cze­niu”. W tym mo­men­cie to zda­nie wy­da­ło mi się nad wy­raz traf­ne.

Na­pi­sa­łam do Wik­to­ra wia­do­mość.

Nie­po­trzeb­nie się fa­ty­go­wa­łeś. Od­puść! Uwierz, że po­tra­fię so­bie ku­pić pie­czy­wo. Ni­g­dy nie by­łeś dla mnie ni­kim wię­cej niż tyl­ko ko­le­gą z pra­cy. Te­raz już na­wet nim nie je­steś. Uni­kam lu­dzi tok­sycz­nych. Za­wio­dłam się na To­bie. Nie ufam tym, któ­rzy nie mają wła­sne­go zda­nia, są ela­stycz­ni jak pla­ste­li­na i dla wła­sne­go świę­te­go spo­ko­ju zdol­ni zdra­dzić in­nych. Nie na­chodź mnie! Nie chcę mieć z Tobą nic wspól­ne­go.

Skoń­czy­łam pi­sać. Jesz­cze raz prze­czy­ta­łam uważ­nie wła­sne sło­wa i wy­sła­łam po­spiesz­nie. Ba­łam się, że mój wro­dzo­ny takt spo­wo­du­je, że za­cznę zmie­niać i ła­go­dzić tekst, a ten po kil­ku po­praw­kach stra­ci moc i dy­na­mi­kę. Sta­nie się miał­kim beł­ko­tem, z któ­re­go nic nie bę­dzie wy­ni­kać. Taki tekst zo­sta­wił­by na­dzie­ję, otwo­rzył­by drzwi do ko­lej­nych prób na­wią­za­nia kon­tak­tu, a na to nie mia­łam ocho­ty. Od­cze­ka­łam, aż wia­do­mość do­trze do Wik­to­ra, po czym go za­blo­ko­wa­łam. Mia­łam dwa nie­prze­czy­ta­ne SMS-y od Ewe­li­ny.

Mamo, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? Dzwo­ni­łam i nie od­bie­rasz.

Nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie było sprzed czter­dzie­stu mi­nut. Pierw­sza wia­do­mość przy­szła trzy­dzie­ści mi­nut temu. Wte­dy znaj­do­wa­łam się jesz­cze w ga­ra­żu. Tam nie ma za­się­gu. Przed dwu­dzie­sto­ma mi­nu­ta­mi na­de­szła ko­lej­na.

Mamo, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? Za­czy­nam się de­ner­wo­wać.

Wszyst­ko do­brze. By­łam na ba­se­nie. Mam kil­ka new­sów. Zło­ży­łam wy­po­wie­dze­nie w pra­cy. Masz ocho­tę ju­tro na ko­la­cję?

Nie spa­ła, bo od­po­wiedź przy­szła od razu. Na­praw­dę mu­sia­ła się mar­twić. Zwy­kle za­sy­pia­ła oko­ło dwu­dzie­stej pierw­szej, za to wsta­wa­ła bla­dym świ­tem. Za­wsze tak mia­ła. Typ skow­ron­ka, któ­ry o pią­tej rano jest już rześ­ki i go­to­wy do dzia­łań, a wie­czo­rem pada. Tym ra­zem po­mi­mo środ­ka nocy jesz­cze nie spa­ła.

Pa­dło kon­kret­ne py­ta­nie:

Ta ko­la­cja to w domu czy na mie­ście?

Jak wo­lisz?

Na mie­ście. Daw­no ni­g­dzie nie by­łam.

Co po­wiesz na Piw­ni­cę Świd­nic­ką o 18.00?

Piw­ni­ca Świd­nic­ka? To zna­czy, że wy­da­rzy­ło się coś istot­ne­go. Do ju­tra! Umie­ram z cie­ka­wo­ści. Bu­zia­ki. Spo­koj­nej nocy! Mam na­dzie­ję, że nie roz­ra­biasz.

Nie roz­ra­biam. Do­brych snów! Do ju­tra!

Ewe­li­na wy­pro­wa­dzi­ła się trzy lata temu, żeby za­miesz­kać ze swo­im chło­pa­kiem. Mia­ła wte­dy dwa­dzie­ścia lat. Roz­sta­ła się z Bart­kiem dwa lata temu, ale już tak zo­sta­ło, że miesz­ka­ła osob­no. I tak wspie­ra­ły­śmy się każ­de­go dnia. Obie ce­ni­ły­śmy nie­za­leż­ność, cho­ciaż to nie prze­szka­dza­ło nam roz­ma­wiać ze sobą co­dzien­nie i prze­sy­łać so­bie wia­do­mo­ści na dzień do­bry i na do­bra­noc. Bar­dziej przy­po­mi­na­ły­śmy dwie przy­ja­ciół­ki niż mat­kę z cór­ką. Lin­ka to nie­spo­koj­ny duch. Mia­ła to po mnie.

Kon­rad był inny. Na­wet wte­dy, kie­dy jesz­cze nie był cho­ry, wo­lał sta­bi­li­za­cję i spo­kój. Czuł się szczę­śli­wy, kie­dy wszyst­ko zo­sta­ło za­pla­no­wa­ne w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, a wo­kół pa­no­wał ład. Nie lu­bił nie­spo­dzia­nek, moc­nych emo­cji, prze­ra­ża­ła go spon­ta­nicz­ność. Twier­dził, że szczę­śli­we ży­cie po­win­no biec usta­lo­nym ryt­mem, ta­kie pia­no, pia­nis­si­mo. Szczę­ścia nie trze­ba krzy­czeć for­te. Twier­dził, że emo­cje for­te spa­la­ją, nisz­czą, rzu­ca­ją na ko­la­na. Spra­wia­ją, że czło­wiek pło­nie jak żywa po­chod­nia, a to nie jest mu do ni­cze­go po­trzeb­ne. Mó­wił, że lu­dzie szar­pa­ni wiel­ki­mi emo­cja­mi tra­cą po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, że szyb­ka jaz­da bez trzy­man­ki nie jest w jego sty­lu. Każ­dy czło­wiek jest inny. Ten jego spo­kój dzia­łał na nas ko­ją­co. Sta­no­wił an­ti­do­tum na na­szą spon­ta­nicz­ność.

Kie­dy za­cho­ro­wał, te po­glą­dy za­czę­ły mu do­ko­py­wać każ­de­go dnia. W tym, co się wte­dy dzia­ło, nie było żad­nej lo­gi­ki, ni­cze­go nie dało się za­pla­no­wać, każ­dy dzień za­ska­ki­wał nas czymś no­wym. Nie ist­niał czas na przy­go­to­wa­nie. Cho­ro­ba rzą­dzi­ła nami, a my pró­bo­wa­li­śmy z tru­dem się przy­sto­so­wać, na­dą­żyć za nią. Kon­ra­do­wi było z tym cięż­ko. Z dnia na dzień tra­cił pew­ność sie­bie, czuł się co­raz bar­dziej osa­czo­ny. Ży­li­śmy pod dyk­tan­do jego cho­ro­by i w tem­pie, na któ­re ona po­zwa­la­ła, a dla nie­go oka­za­ło się to wy­jąt­ko­wo trud­ne.

Wró­ci­ły wspo­mnie­nia. Były do­bre. Wtu­li­łam się głę­biej w fo­tel. Na­rzu­ci­łam na sie­bie koc. Przy­mknę­łam oczy. Za­wsze kie­dy w moim ży­ciu dzia­ło się coś waż­ne­go, pró­bo­wa­łam przy­wo­łać pod po­wie­ka­mi ob­raz Kon­ra­da. Ten cie­pły uśmiech błą­ka­ją­cy się po jego twa­rzy, przy­ja­zne spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu. Na­wet za­snął z tym uśmie­chem, jak­by swym odej­ściem nie chciał nas prze­stra­szyć. Wy­glą­dał tak, jak­by za parę go­dzin miał się obu­dzić. I ta­kim go pa­mię­ta­łam.

Moja ręka po­wę­dro­wa­ła od­ru­cho­wo do me­da­lio­nu za­wie­szo­ne­go na szyi. Mały srebr­ny dro­biazg, z któ­rym nie roz­sta­wa­łam się od śmier­ci Kon­ra­da. Zna­la­złam go, zmie­nia­jąc po­ściel. Był ukry­ty pod ma­te­ra­cem po mo­jej stro­nie łóż­ka, za­wi­nię­ty w wo­re­czek. Sam w so­bie nie­sa­mo­wi­ty. Na srebr­nym wiecz­ku me­da­lio­nu znaj­do­wał się pąk róży z dwóch stron chro­nio­ny dłoń­mi. Otwo­rzy­łam go i zo­ba­czy­łam wy­gra­we­ro­wa­ny na­pis.

Żyj jak naj­pięk­niej! Za­wsze będę Cię wspie­rał.

Na wiecz­ność – Twój Kon­rad.

I tak jest. Czę­sto mam wra­że­nie, że on jest ze mną. Żad­na mo­ral­na mier­no­ta w sty­lu Wik­to­ra nie jest w sta­nie go za­stą­pić. Kon­rad był jak opo­ka, jak pew­ność, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­moc­ny, sil­ny, roz­sąd­ny, spo­koj­ny, zrów­no­wa­żo­ny, czu­ły, do­bry… Kie­dy od­szedł, za­chwiał się cały nasz świat. Uczy­ły­śmy się z Ewe­li­ną żyć na nowo.

My je­ste­śmy inne. Spon­ta­nicz­ne i cza­sa­mi nie­roz­waż­ne. Ewe­li­na robi dzie­siąt­ki rze­czy, któ­re po­zor­nie nie pa­su­ją do sie­bie, a w rze­czy­wi­sto­ści współ­gra­ją z jej du­szą. Cho­dzi na wo­lon­ta­riat do domu opie­ki, wy­pro­wa­dza psy w schro­ni­sku, pi­sze wier­sze, udzie­la ko­re­pe­ty­cji z an­giel­skie­go i hi­sto­rii, twier­dząc przy tym, że trze­ba być kom­plet­nym głup­kiem, żeby po­trze­bo­wać kor­ków z hi­sto­rii, co nie prze­szka­dza jej czer­pać ko­rzy­ści z czy­je­goś nie­uc­twa. Stu­diu­je hi­sto­rię sztu­ki i te stu­dia opę­ta­ły ją cał­ko­wi­cie. Gna ją po ca­łej Eu­ro­pie. Naj­bar­dziej in­te­re­su­je ją kul­tu­ra grec­ka. Była już na wie­lu grec­kich wy­spach. Zna Kos, Kor­fu, Kre­tę i Ro­dos. Spę­dzi­ła rok na Era­smu­sie w Ate­nach. Po­tem po­le­cia­ła na Cypr. Tam za­ba­wi­ła całe wa­ka­cje. Wró­ci­ła stam­tąd bar­dzo nie­daw­no i cały czas twier­dzi, że znów tam po­le­ci. Czę­sto mówi, że na Cy­prze wszyst­ko pa­su­je do jej du­szy, że w po­przed­nim ży­ciu mu­sia­ła miesz­kać wła­śnie tam. Wie­rzy w re­in­kar­na­cję. Upra­wia jogę i się wspi­na, jeź­dzi kon­no, że­glu­je, pły­wa… Robi dzie­siąt­ki rze­czy, któ­re szczel­nie za­peł­nia­ją każ­dą mi­nu­tę jej ży­cia. Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że do szczę­ścia po­trze­bu­je cią­głych wy­zwań.

Ewe­li­na jest sza­lo­na, ale to ta­kie do­bre sza­leń­stwo. Jest spon­ta­nicz­na i cie­pła, bywa nie­prze­wi­dy­wal­na. Spra­wia wra­że­nie wul­ka­nu ener­gii. Jest upar­ta jak osioł i kon­se­kwent­na w dą­że­niu do celu. Po swo­im ojcu odzie­dzi­czy­ła cie­pły uśmiech i in­ten­syw­nie nie­bie­skie oczy. Po mnie ciem­ne wło­sy. Po nas obu nie­za­leż­ność. Żyje po swo­je­mu i cały czas szu­ka swo­je­go miej­sca na zie­mi. Ostat­nio tym miej­scem oka­zał się Cypr.

Czu­ła się tam jak ryba w wo­dzie. Wró­ci­ła z nie­chę­cią, żeby nie za­wa­lić roku, na­pi­sać pra­cę ma­gi­ster­ską i skoń­czyć stu­dia. Od swo­je­go po­wro­tu nie­ustan­nie na­ma­wia mnie na wy­jazd na tę wy­spę.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Cy­pryj­skie meze

isbn: 978-83-8423-580-5

© Jo­lan­ta Ko­sow­ska i Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Za­czy­ta­ni.

re­dak­cja: Be­ata Ko­strzew­ska

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: wy­daw­nic­two@za­czy­ta­ni.pl

https://za­czy­ta­ni.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.