Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Korzenie mają znaczenie. Nawet jeśli wrosły w obcą ziemię.
Ewelina ma dwadzieścia cztery lata i studiuje historię sztuki, a jej serce bije szybciej na myśl o starożytnej Grecji. Gdy pewnego dnia pomaga w przeprowadzce osiemdziesięcioletniej pani Zofii, znajduje fotografię karty dań z cypryjskiej restauracji. Odkrycie natychmiast rozbudza jej ciekawość.
Menu pochodzi z 1974 roku – czasu tureckiej inwazji na Cypr. Przed laty znaleziono je w plecaku małej dziewczynki, która w tajemniczych okolicznościach trafiła do domu dziecka we Wrocławiu. Nigdy nie odnaleziono jej rodziny.
Zaintrygowana Ewelina wyrusza na wyspę, by odkryć historię sprzed lat. Wśród ruin, wąskich uliczek i cypryjskich tawern natrafia na ślady zawiłej przeszłości i z pomocą Jorgosa, urzekającego Cypryjczyka, zbliża się do poznania prawdy.
Prawdy, która może na zawsze odmienić nie tylko jej spojrzenie na świat, lecz także… ją samą.
„Cypryjskie meze” to poruszająca opowieść o pamięci, utraconych korzeniach i niezwykłych miejscach, które z czasem uczymy się nazywać domem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W życiu istotne są korzenie.Poczucie, że nie jest się znikąd,a z jakiegoś określonego miejsca.
Powieść dedykuję mojej mamie.
Rzęsisty deszcz przeszedł w ulewę. Wycieraczki z trudem zgarniały wodę. Boczne ulice zaczęły przypominać rwące potoki, które rozlewały się na szerszych arteriach komunikacyjnych, tworząc mazistą, szarobrunatną mieszaninę wody i błota. Silne podmuchy wiatru raz po raz szarpały samochodem. Ciepły głos wokalistki w radiu nijak nie pasował do aury za oknem. Dochodziła północ. Wyłączano już sygnalizację świetlną na większości skrzyżowań, gdzieniegdzie zgasły też latarnie. Tu na przedmieściu nocą paliła się zwykle co druga. Pojedyncze samochody sunęły powoli, wzbijając fontanny wody zmieszanej z błotem. Minęłam ostatnie większe skrzyżowanie, skręciłam w lewo i wjechałam w plątaninę wąskich uliczek jednej z najspokojniejszych dzielnic Wrocławia. Potężne wille stały w zadbanych ogrodach, a obowiązek sadzenia w okresie międzywojennym drzew iglastych spowodował, że do dzisiaj dzielnica wyróżniała się olbrzymią ilością zieleni. O tej porze domy tonęły w ciemnościach, a ich bryły wyglądały posępnie.
Niedawno zaburzono harmonię tej części miasta, stawiając tu kilka dwupiętrowych bloków, składających się na osiedle mieszkaniowe z rodzaju tych ekskluzywnych, przerażająco drogich i strzeżonych. Właśnie tutaj od niedawna mieszkałam. Nowe lokum, jak i wiele innych rzeczy, miało odciąć mnie od wszystkiego, co wiązało się z przeszłością. To była rada mojej przyjaciółki Anety. Ewelina też uważała, że to świetny pomysł. Nowe otoczenie, nowi sąsiedzi, żadnych skojarzeń i mniej wspomnień. Zupełnie nowe miejsce, a w nim inna ja. Taka pogodniejsza i mniej skomplikowana wersja dawnej Hanki. Nawet zdążyłam tę nową już polubić.
Zatrzymałam się na zjeździe do podziemnego garażu. Wsunęłam rękę do torebki, szukając pilota. Palce błądziły w czeluściach obszernej listonoszki. Nie udało mi się namacać miniatury holenderskiego buta, czyli breloczka do klucza od bramy. Po chwili całą zawartość torebki wysypałam na siedzenie pasażera. Góra mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów zaścieliła siedzenie.
– Gdzież on się podział? – jęknęłam.
Pierwszy raz szybko, drugi raz już powoli przerzuciłam dziesiątki przedmiotów. Było tu wszystko: portfel, dokumenty samochodu, dwie pomadki, cienie do powiek, puder, róż do policzków, konturówka, perfumy, dwa grzebienie, trzy paczki chusteczek, dwa długopisy, magnes z wyjazdu służbowego do Bolkowa, notatnik, kalendarz, nawet rękawiczki lateksowe, komplet igieł i nici, kilka gumek, Ibuprofen oraz Paracetamol na ewentualny ból głowy, plaster w pszczółki i dziesiątki paragonów z różnych zakupów, wśród których królowały te za kawę na Orlenie. Wśród drobiazgów znajdowały się też klucze z pracy i klucze od domu. A pilota do bramy garażowej nie było. Zgarnęłam wszystko z powrotem do torebki. Potrząsnęłam nią energicznie, żeby wrzucone bez ładu przedmioty ułożyły się chociaż odrobinę. Z trudem zapięłam zamek.
– Niech to szlag! – mruknęłam pod nosem. – Muszę wysiąść!
Strugi deszczu biczowały samochód, jakby ktoś chlustał wiadrami wody. Raz po raz czerń nieba rozświetlały błyskawice. „Mam pecha” – pomyślałam. „Dzisiaj nawet pogoda mi nie sprzyja”. Otworzyłam samochód, zaczęłam się gramolić i potok zimnej wody spadł mi na ramiona. Porywisty wiatr chciał wyrwać z mojej ręki samochodowe drzwi. Woda wdzierała się do środka.
– Niech to diabli! – syknęłam.
Zanim wygramoliłam się z auta, już czułam, jak woda ścieka mi po plecach. To nie były pojedyncze krople, to był cały strumień, który płynął w dół w kierunku bielizny. Manualne otwarcie bramy zajęło mi kilkadziesiąt sekund. Tyle czasu potrzebowałam, żeby wpisać kod i pociągnąć za dźwignię. Kiedy wsiadałam do samochodu, byłam już zupełnie mokra, krople ściekały mi z włosów, przemoknięte na wylot ubranie przylegało do ciała, a na siedzeniu pojawiły się mokre plamy. Odczekałam moment. Ciężka brama unosiła się powoli, jakby leniwiej niż zwykle. Po chwili wjechałam do ciemnego garażu.
– Co jest, do cholery?! – mruknęłam pod nosem.
Zwykle światła zapalały się pod wpływem ruchu wjeżdżającego pojazdu i oświetlały drogę w tym ponurym labiryncie. Garaż rozciągał się pod całym osiedlem. Najpaskudniejszy z paskudnych, szczególnie nocą.
Rozgałęział się na wiele bocznych, węższych korytarzy, gdzieniegdzie poprzedzielanych plątaniną kolumn i schowków. Wjeżdżało się do niego i wyjeżdżało przez tę samą bramę, ale z bocznych korytarzy prowadziły wyjścia do klatek schodowych w poszczególnych budynkach. Szum wentylatorów powodował, że nie słyszało się własnych myśli. Droga z zajmowanego przeze mnie miejsca parkingowego do przejścia prowadzącego na moją klatkę schodową zwykle powodowała u mnie przyspieszenie akcji serca i rozbudzenie zmysłów. Najpierw musiałam minąć kilka rzędów stojących w półmroku samochodów, potem dotrzeć do pierwszych drzwi. Otwierały się z trudem i były koszmarnie ciężkie, wpuszczały do śluzy, która ponoć zabezpiecza przed wtargnięciem spalin do wnętrza budynku. Potem trzeba sforsować jeszcze drugie drzwi i znajdujący się za nimi długi, wąski korytarz prowadzący do windy. Zawsze kiedy czekałam na windę, to odżywały w mojej pamięci wszystkie mrożące krew w żyłach sceny z horrorów – te, kiedy z windy wypada trup, i te, kiedy wychodzi z niej psychopatyczny oprawca, a bohater ma odciętą drogę ucieczki. Uspokajałam się dopiero wtedy, kiedy byłam już w środku i drzwi się za mną zamknęły. Wtedy zaczynałam oddychać z ulgą. Ciekawe, ile osób przeżywało podobne tortury, parkując samochód w tym naszym ekskluzywnym, strzeżonym garażu. Ponoć w całych podziemiach był monitoring, ale odkąd ukradziono mi wycieraczki i kamery niczego nie zarejestrowały, przestałam wierzyć i w niego, i w rzetelność pilnujących osiedle ochroniarzy.
Dzisiaj wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Z niewiadomego powodu zapaliło się tylko jedno ze świateł, i to w bocznym korytarzu, w sporej odległości od mojego miejsca parkingowego. Kiedy minęłam ten korytarz, światło zgasło. „To przez tę burzę” – uspokajałam się w myślach. „Burzom często towarzyszą braki prądu”. Panującą ciemność rozświetlały tylko światła moich reflektorów. Oświetlały drogę przede mną, przesuwały się po zaparkowanych ciasno autach i nagle oblały światłem coś dziwnego przykrytego czarną płachtą. Poczułam serce w gardle.
– Ja pierniczę! – jęknęłam.
To coś miało kształt ludzkiego ciała.
– Niech to diabli – szepnęłam. – Trup.
„Spokojnie” – uspokajałam się w myślach. „To tylko ktoś narzucił płachtę na opony zimowe. Stały tam rano”. Pamiętałam to dokładnie. Rano były ułożone jedna na drugiej, tworząc swoistą wieżę. Teraz ktoś umieścił je inaczej. Nowy kształt pobudził moją wyobraźnię. Przełknęłam głośno ślinę. To zwykle pomagało, kiedy ogarniała mnie panika. Tym razem też pomogło. „Opony” – powtórzyłam w myślach. „To tylko opony. Nic więcej”. Po prawej stronie mignęło mi krzesło biurowe, które sąsiad miał dzisiaj wywieźć do jakiegoś znajomego. Nie wywiózł, bo nadal tam sterczało. W ciemności wydało mi się, że ktoś na nim siedzi. Wyraźnie zobaczyłam cień postaci i głowę wystającą ponad oparciem.
– Odpuść! – mruknęłam sama do siebie. – Mniej głupich filmów i mrożących krew w żyłach książek. Zamiast horrorów komedie romantyczne.
Jak na złość z obu stron mojego miejsca parkingowego stały już samochody sąsiadów. Sąsiad po lewej zapewne myślał, że nie będę dziś nocować w domu. Zazwyczaj kiedy sam wracał około dwudziestej trzeciej z pracy, to mój samochód był już od dawna na swoim miejscu. Zaparkował więc nieprecyzyjnie, wjeżdżając bocznymi kołami na moje stanowisko. Po wielu poprawkach udało mi się ustawić auto tyłem i wysiąść przez drzwi pasażera. Kiedyś wychodziło mi to lepiej.
– Mam za mały samochód – mruknęłam do siebie. – Albo jestem trochę większa niż kiedyś. Z wiekiem wiele rzeczy się zmienia.
Skupiona na parkowaniu, na chwilę przestałam się przejmować ciemnością panującą w garażu. Zamknęłam samochód i reflektory zgasły. Wokół mnie zapanował mrok. Była to paskudna czerń z tych, które czuje się wszystkimi zmysłami. Miałam wrażenie, że mnie dotyka, hamuje oddech, ma zapach i smak spalin. W tej ciemności słyszałam tylko monotonny szum wentylatorów.
– O matko! – jęknęłam. – Światła nie ma, a one działają.
Ta myśl mnie sparaliżowała. Otaczająca mnie ciemność wydawała się namacalna. Wypełniała wszystko. Nawet moje nozdrza, bo nagle zaczęło mi się wydawać, że brakuje mi powietrza. Zapaliłam latarkę w komórce i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku drzwi prowadzących na moją klatkę schodową.
Kiedy mijałam krzesło stojące przy samochodzie sąsiada, mimo woli zarejestrowałam jakiś ruch. Tak naprawdę to coś usłyszałam. Było to lekkie skrzypnięcie, a potem dźwięk stawianych na betonie butów. Zamarłam z przerażenia. Bałam się odwrócić. Nogi miałam jak z waty, a stopy przywarły do podłoża i nie dawały się od niego odkleić. Nagle tuż za plecami usłyszałam czyjeś kroki. To nie było złudzenie. Miałam co do tego pewność. Słyszałam je coraz wyraźniej. Nikt przede mną nie wjeżdżał do garażu. Ten ktoś, kto ukrywał się w ciemności, czekał tutaj na mnie. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Strach chwycił mnie za gardło i nie chciał puścić. „Ja pierniczę, zginę w jakimś ponurym garażu, bo ochrona nawet nie zauważyła, że dzisiaj coś stało się ze światłem” – myślałam przerażona.
Zaczęło robić mi się słabo i duszno. Jak zawsze, kiedy wpadałam w panikę. Mój lekarz twierdził, że zaczynam wtedy odruchowo szybciej i głębiej oddychać, a to powoduje spadek poziomu dwutlenku węgla we krwi i wzrost poziomu tlenu. Ponoć to zjawisko nazywa się hiperwentylacją. W wyniku tej hiperwentylacji pojawiają się mroczki przed oczyma, mrowienie twarzy, szum w uszach i jeżeli się nie ogarnę, to skończy się na omdleniu. Przypomniałam sobie jego słowa i postanowiłam jednak się ogarnąć. Pomyślałam, że głupio będzie paść na glebę wcześniej, niż ten ktoś mnie dogoni i zaatakuje. Wstrzymałam oddech i policzyłam w myślach do dziesięciu. Pomogło. Szum w uszach zelżał. Mrówki przestały biegać po twarzy. Świat przestał wirować. „Jak zginąć, to świadomie” – pomyślałam. Kroki za moimi plecami ucichły. „To tylko wyobraźnia” – mówiłam do siebie w duchu. „Dobrze, że nikt tego nie widzi, przynajmniej nie wychodzę na idiotkę”.
Ruszyłam w kierunku wyjścia z garażu. Szłam zdecydowanym krokiem, oświetlając wąskim strumieniem światła drogę przed sobą.
– Hanka, poczekaj! – usłyszałam tuż za sobą wyraźny męski głos. – Musimy porozmawiać!
Tym razem to już nie była wyobraźnia, a halucynacje. „Ja pierniczę!” – stwierdziłam przerażona. „Nie panuję nad wyobraźnią. Znowu głupia wyobraźnia próbuje mi dokopać”.
Ruszyłam biegiem.
– Hanka! To ja. Poczekaj! Musimy porozmawiać.
Mężczyzna był tuż za mną, kiedy przede mną błysnęło mocne światło latarki. Z ciemności wyłoniła się zwalista postać ochroniarza.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– W porządku – odpowiedziałam z ulgą.
– To dlaczego pani tak krzyczała?
– Krzyczałam? – zapytałam zaskoczona.
– Jak opętana – stwierdził mężczyzna. – Jakby ktoś panią obdzierał ze skóry. Ale to dobrze – dodał. – Dzisiaj jest awaria oświetlenia w garażu. Elektryk przyjedzie, kiedy skończy się burza. Nic nie widać na ekranach. Krzyczała pani tak głośno, że usłyszeliśmy w dyżurce.
– Kim pan jest? – Ochroniarz oświetlił postać człowieka stojącego trzy kroki za mną. Snop światła powędrował w kierunku twarzy tamtego. – Nie znam pana – stwierdził. – Pan nie mieszka na tym osiedlu. Nigdy pana tutaj nie widziałem. Zaraz zawiadomię policję. Dlaczego czai się pan w garażu w środku nocy?
– Nie czaiłem się, tylko czekałem – usłyszałam zmieszany głos należący do Wiktora, mojego kolegi.
– Na kogo pan czekał?
– Na moją koleżankę z pracy. Na Hankę.
Spojrzał w moją stronę.
– Zaczaił się pan w garażu na swoją koleżankę z pracy? – nie dowierzał ochroniarz. – Do tego po ciemku i w środku nocy. To ma już wszelkie cechy przestępstwa, któremu udało się zapobiec. To ta pani jest pana koleżanką z pracy?
Smuga światła powędrowała w moją stronę.
– Tak.
– Ta pani przed panem uciekała – stwierdził mężczyzna.
– No, niezupełnie – przerwałam mu. – Nie miałam pojęcia, że to on.
– To znaczy, że przed tym panem by pani nie uciekała? – dociekał ochroniarz.
Nie odpowiedziałam od razu. Tego nie byłam pewna. Nie miałam ochoty na rozmowę z Wiktorem. W każdym razie nie dzisiaj, nie po przedpołudniowym zebraniu. Zawiódł mnie. Poczułam się nim rozczarowana. Właśnie nim najbardziej. Na mojej liście współpracowników z miejsca faworyta spadł na ostatnie. Nie lubię ludzi bez własnego zdania, którzy dla świętego spokoju i domniemanego zysku bez najmniejszych skrupułów sprzedadzą innych. Judasz we współczesnym wydaniu. Za kilka groszy podwyżki bez zmrużenia okiem podpisał się pod zwolnieniem Alicji, chociaż jeszcze dzisiaj rano twierdził co innego. Zero, którego kręgosłup moralny jest elastyczny i podatny jak guma do żucia. Zapewne kiedyś i jego to spotka, ktoś go przeżuje i wypluje. Trochę szkoda, że nie będę świadkiem tego wydarzenia.
Na dzisiejszym zebraniu złożyłam wypowiedzenie z prośbą o rozwiązanie stosunku pracy w trybie natychmiastowym. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że ja nadal będę pracowała w redakcji, a Alicja została zwolniona. Razem przyszłyśmy do tej firmy, razem tworzyłyśmy projekty, razem odejdziemy.
Z firmy pojechałam prosto na basen. Spędziłam tam kilka godzin. Kiedy pływam, myśli mi się najlepiej. Po przepłynięciu długości pięćdziesięciu basenów nadal byłam przekonana, że impuls, który sprowokował mnie do złożenia wypowiedzenia, jest słuszny. Po kolejnych dwudziestu czułam coraz większą dumę z tego powodu. Konrad zawsze mówił, że w życiu trzeba być sobą i tylko wtedy można żyć spokojnie i szczęśliwie. Konrada nie było już ze mną od prawie dziesięciu lat, ale jego przemyślenia towarzyszyły mi na co dzień. Uznawałam to za bardzo miłe, bo miałam wrażenie, że przez to nadal jest tuż obok. Dzisiaj w saunie musiałam na chwilę zasnąć, bo wydawało mi się, że siedzi przy mnie. I patrzy na mnie jak kiedyś. Uśmiecha się. Kiedy wyciągnął w moim kierunku rękę, ocknęłam się. Szkoda. Całą sobą czekałam na ten dotyk. Wcześniej zdążył mi tylko powiedzieć, że mam rację, że postąpiłam bardzo dobrze, że jest ze mnie dumny.
– Pytałem, czy przed tym panem by pani nie uciekała. – Głos ochroniarza przywołał mnie do rzeczywistości.
– Zapewne nie – powiedziałam wbrew sobie. – Ale nie mam ochoty z nim rozmawiać – dodałam zgodnie z prawdą.
Po piętnastu minutach musiałam powtórzyć wszystko parze młodych policjantów. Współczułam im. Zapewne idąc do policji, marzyli o spektakularnych śledztwach, a tu nagle szara rzeczywistość. Staliśmy w jasno oświetlonym korytarzu prowadzącym do windy. Obrzuciłam przelotnym spojrzeniem Wiktora. Miał mokre włosy i przemoczoną kurtkę. Zwykle w kant zaprasowane spodnie ociekały wodą. Na starannie wypastowanych butach trzymały się grube krople. Nie patrzył na mnie. Wbił wzrok w posadzkę. Nagle wydał mi się starszy niż dzisiaj rano. A może to ja wcześniej patrzyłam na niego inaczej, przez różowe okulary sympatii. Okularów już nie miałam. Sympatia się ulotniła. Skronie przyprószone szronem, ostre rysy twarzy, długi nos, wąskie usta, kurze łapki przy oczach i zmarszczki w kącikach ust. Tylko starannie przystrzyżona broda wyglądała jak zawsze.
Ja też na pewno prezentowałam się inaczej niż dzisiaj rano. Miałam zlepione deszczem włosy, które w grubych, ciężkich strąkach opadły mi na ramiona. Na twarzy rozmazał się tusz do rzęs, a zupełnie mokra sukienka opinała się na moim lekko zaokrąglonym ciele, podkreślając kształty, które na co dzień próbowałam skrzętnie maskować. Podwinięta kończyła się w połowie uda i przemoczona za nic nie dawała się obciągnąć. Całości dopełniała duża dziura w rajstopach, zajmująca prawie całe podudzie, która powstała, kiedy wysiadałam z samochodu drzwiami od strony pasażera i zahaczyłam nogą o dźwignię zmiany biegów.
– Czy pomiędzy państwem jest jakiś konflikt? – dopytywała dziewczyna w mundurze policjantki. Nie miała więcej niż dwadzieścia parę lat.
– Nie można tego tak nazwać – mruknął Wiktor.
– A pani? Jak pani odbiera państwa relacje? – zwróciła się do mnie.
– Nie ma między nami złych emocji – pospiesznie powiedział Wiktor.
– Pan już wyraził swoje zdanie, ja próbuję usłyszeć zdanie tej pani – przerwała mu młoda kobieta.
– Pracujemy razem. Dzisiaj mieliśmy burzliwe zebranie, po którym złożyłam wypowiedzenie. Wiktor dzwonił do mnie po południu kilka razy. Myślę, że chce porozmawiać. W sumie nie mamy już o czym – wymamrotałam pod nosem.
– Nie dziwią pani okoliczności tego nocnego spotkania? – powtórzyła policjantka.
– Co pani przez to rozumie? – Poczułam się zdezorientowana.
– Środek nocy, garaż, zupełna ciemność, pogoń za panią…
– Może jest to trochę dziwne, ale potrafię to sobie wytłumaczyć – ucięłam. – Z pracy wyszłam niespodziewanie w trakcie zebrania, kilka godzin byłam poza zasięgiem, nie odbierałam telefonów i nie odpisywałam na wiadomości, zapomniałam pilota od garażu, zmokłam, otwierając bramę ręcznie, w garażu nie było światła… – mówiłam jednym tchem. – Czasami się tak zdarza. Myślę, że Wiktor czekał na zewnątrz, ale ulewa sprawiła, że schował się do środka. Zapewne wszedł, kiedy brama jeszcze nie opadła po jakimś wjeżdżającym wcześniej samochodzie. Gonił mnie, bo to ja zaczęłam biec. Nie cierpię tego garażu. Nie miałam pojęcia, że to on jest za mną.
Delikatny uśmiech błąkał się po twarzy dziewczyny. Miała mnie za idiotkę. Jeszcze raz przyjrzała się dokładnie mojemu dowodowi osobistemu, jakby żałowała, że w znakach szczególnych nie ma adnotacji o niskim ilorazie inteligencji. Potem przyjrzała się uważnie zdjęciu. Coś jej nie zagrało. Jeszcze raz wbiła we mnie przenikliwe spojrzenie.
– Pani PESEL?
– Taki jak w dowodzie – palnęłam bez zastanowienia.
Pomyślałam z niechęcią, że chce usłyszeć, ile mam lat.
– Nie pamięta pani? – dopytywała zaskoczona.
– Nie umiem go na pamięć.
– Jest bardzo prosty. Duża powtarzalność tych samych cyfr.
Policjant wpisał coś w trzymany w ręku notes.
– Złoży pani zawiadomienie o usiłowaniu popełnienia przestępstwa? – zapytał obojętnym tonem.
– Nie złożę. Nie było żadnego usiłowania popełnienia przestępstwa – dodałam.
Spojrzał na mnie spode łba.
– Jak pani uważa – burknął. – Ludzie często kryją innych. Potem najczęściej tego żałują. Bywa, że za późno. Niech się pani dobrze zastanowi. Następnym razem ochroniarz może być w toalecie.
– Nie było żadnego usiłowania popełnienia przestępstwa – powtórzyłam dobitnie.
– Jak pani chce – mruknął. – Proszę to jeszcze raz przemyśleć. Gdyby pani zmieniła zdanie, to zawsze może pani do nas zadzwonić. – Podał mi wizytówkę. – A pan i tak pójdzie z nami do radiowozu – zwrócił się do Wiktora. – Ochroniarze zgłosili bezprawne przebywanie na terenie prywatnym w godzinach nocnych. Ponoć ostatnio w tym garażu mnożą się kradzieże. Musimy panu zadać kilka pytań. Zrobić notatkę służbową.
– A ja? – zapytałam niepewnie.
– Pani może iść do domu. Spokojnej nocy!
– Spokojnej nocy!
Minęłam policjantów i ruszyłam w kierunku windy.
– Zadzwonię jutro, odbierz. Chcę z tobą porozmawiać – usłyszałam za plecami głos Wiktora.
Podniosłam rękę z wysuniętym środkowym palcem. Nikt nie mógł tego zobaczyć poza nim.
***
W windzie spojrzałam w lustro. Było gorzej, niż myślałam. Włosy w strąkach nie tylko opadały na ramiona, ale sterczały też na wszystkie strony, tusz tworzył czarne smugi na policzkach, sukienka z tyłu się podwinęła, a dziura na rajstopach z podudzia rozszerzyła się na udo. Spróbowałam wytrzeć tusz. Efekt był jeszcze straszniejszy. Nie dziwiłam się, że zarówno ochroniarz, jak i policjanci przyglądali mi się dość podejrzliwie. Pomyślałam, że to aż dziwne, że nie kazali mi dmuchnąć w balonik. Wyglądałam dość zastanawiająco jak na kogoś, kto właśnie wjechał samochodem do garażu.
Wysiadłam z windy i ruszyłam w prawo w kierunku korytarza prowadzącego do mojego mieszkania. Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam stojącą pod drzwiami torbę z zakupami.
– Niemożliwe! – jęknęłam. – To nie dzieje się naprawdę.
Tym razem zakupy pochodziły z piekarni Chleboland. Przyczepiona do papierowej torby kartka informowała, że towar w postaci dwóch słodkich bułek z nadzieniem różanym i dwóch croissantów z pistacjami został zamówiony o godzinie szesnastej czterdzieści, a dostarczony o godzinie siedemnastej piętnaście. Chwyciłam pakunek i ruszyłam do windy. Liczyłam na to, że ochroniarz nie zamknął się jeszcze w pokoju służbowym.
Spotkałam go przed budynkiem. Przyglądał się pracy policjantów, którzy spisywali zeznania Wiktora.
– Zmieniła pani zdanie. – Uśmiechnął się szeroko na mój widok.
– W jakiej sprawie? – zapytałam zbita z tropu.
– W sprawie napastowania w garażu.
– Nie było żadnego napastowania w garażu – burknęłam. – Ja z czymś innym – mruknęłam przyjaźniej.
– Z czymś innym? – zapytał zaskoczony. – Przytrafiło się pani dzisiaj w nocy jeszcze coś innego? Brak światła w mieszkaniu? Sypiący się tynk w sypialni? – próbował zgadywać. – Odmrożona lodówka? Rozgrzany do czerwoności kaloryfer? Brak prądu w kontaktach w kuchni? – wyliczał bezlitośnie wszystkie mniejsze i większe kataklizmy, które przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich paru miesięcy. – A może kolejny raz odpadło pokrętło od kaloryfera?
– Nic z tych rzeczy – przerwałam mu. – Mam znowu zakupy pod drzwiami.
– To chyba dobrze, że kurierzy działają tak sprawnie. – Patrzył na mnie z dziwnym wyrazem twarzy. Miał mnie za walniętą.
– Kolejny raz ktoś zostawił pod moimi drzwiami zakupy, których nie zamawiałam – przerwałam mu. – Byłam już u państwa trzy razy z tym problemem. Kurierzy zostawiają pod moimi drzwiami rzeczy, których nie zamawiałam i za które nie płaciłam. Raz wyjechałam na kilka dni i torby stały pod moimi drzwiami przez trzy doby.
– Pamiętam. – Uśmiechnął się rozbawiony. – Pani sąsiadka dzwoniła do zarządu osiedla, bo myślała, że coś się pani stało. W sumie to piękny sąsiedzki gest – dodał poważnie.
– Całe szczęście, że nikt nie wyłamał drzwi do mieszkania, żeby to sprawdzić – mruknęłam.
– Niewiele brakowało, żebyśmy wezwali policję i straż pożarną – wspominał. – Dobrze, że któryś z sąsiadów miał zanotowany numer telefonu pani córki. Ona nas uspokoiła. Miała pani wtedy wyjazd służbowy do Warszawy – dodał. – Na wszelki wypadek telefon pani córki wpisałem sobie do notesu. Kiedyś może się jeszcze przydać.
– Potem jeszcze dwa razy ktoś zostawił zakupy pod moimi drzwiami – przerwałam mu. – Wciąż odnoszę je do państwa, licząc na to, że znajdą państwo rzeczywistego adresata. Już kiedyś mówiłam, że to musi być jakiś głupi błąd w adresie. Może zamiast czwórki ma być czternastka.
– Może… Kto to wie – filozofował ochroniarz.
– Sądziłam, że uda się państwu to ustalić.
– To nie jest łatwe do ustalenia – zaczął się bronić. – Na tablicy ogłoszeń zamieściliśmy informację o źle dostarczonych zakupach i wzbogaciliśmy ją wiadomością, że można je odebrać u nas. Nikt się nie zgłosił. Nic więcej nie możemy zrobić – tłumaczył. – Chyba nie wyobraża sobie pani, że będziemy chodzić od drzwi do drzwi i pytać, czy ktoś zamówił sok pomidorowy, oliwki, awokado i tabasco i te produkty nie zostały mu dostarczone? Jeśli dobrze pamiętam, to tak wyglądały ostatnie sprawunki – dodał rozbawiony.
Ciekawe, co było w tym śmiesznego. Mężczyzna z minuty na minutę irytował mnie coraz bardziej.
– Pani sama stwarza sobie problemy. Może pani zatrzymać produkty, może pani je wyrzucić albo przynieść do nas. Kiedyś to się stanie jasne – tłumaczył spokojnie. – Takie rzeczy się najczęściej wyjaśniają.
– Zatrzymać czyjeś zakupy? Chyba pan żartuje – burknęłam oburzona. – Wyrzucić dobre produkty? To bez sensu.
– Dobrze, to proszę jak zawsze oddawać je do nas. Powiesimy ogłoszenie na tablicy przy wejściu na osiedle, przechowamy je u nas, co jakiś czas sprawdzimy datę ważności, wyrzucimy przeterminowane i poczekamy, aż w końcu ktoś zainteresuje się losem swoich zakupów – starał się mówić uspokajająco. – Znowu zaczyna padać! – dodał po chwili. – Niech pani już idzie do domu, bo się pani jeszcze przeziębi. To nie lato, a początek października. Noce są już zimne. Proszę dać tę torbę.
Spojrzał na załączoną do zakupów kartkę i oddał mi je.
– Tu jest napisane, że zamawiającą osobą jest pani Hanka Kubacka. Przecież pani nazywa się Hanka Kubacka.
„Kpi ze mnie?” – pomyślałam zaskoczona. Spojrzałam na dołączony paragon i niestety ochroniarz miał rację.
– Dzisiaj jest już późno. Na pewno jest już pani bardzo zmęczona – przemawiał spokojnym głosem, jakby tłumaczył coś dziecku. – Musiała pani zapomnieć o swoim zamówieniu. Na pewno pieczywo przyda się na śniadanie. Zresztą po traumatycznych przeżyciach każdemu może się coś pokręcić. Może jednak powie pani policjantom prawdę na temat tego zdarzenia.
– Jakiego zdarzenia? – zapytałam zaskoczona. – Tych zakupów pod drzwiami?
– Tego, które miało miejsce w garażu. Niczego nie musi się pani obawiać. Źle pani robi, kryjąc tego faceta – stwierdził przyjaźnie. – Wygląda na obślizgłego. Nie znam go, ale nie budzi mojego zaufania. Nie lubię takich gładkich ludzi. Jest za gładki. Najczęściej tacy próbują coś ukryć za dobrymi manierami.
Pomyślałam, że mężczyzna jest dobrym obserwatorem.
– Nie było żadnego zdarzenia, które warte byłoby opowiedzenia – burknęłam pod nosem.
***
Wchodziłam po schodach, kiedy nagle dotarło do mnie, że dzisiaj rano, przed zebraniem, rozmawiałam z Wiktorem na temat mojego ulubionego pieczywa na śniadanie. Słodkie bułki z różanym nadzieniem i croissanty z pistacjami.
– Dupek! – mruknęłam pod nosem. Czyżby liczył na pojednanie, wspólną noc i posiłek rano? Idiota!
Byłam już w mieszkaniu, kiedy wpadłam na to, że zostawione wcześniej pod moimi drzwiami zakupy też mogły pochodzić od Wiktora. Pierwsze mogły znaleźć się tam przypadkiem. W końcu zawsze może przydarzyć się pomyłka. Wystarczy, że kurier nie zauważył, że na osiedlu są dwie klatki schodowe oznaczone numerem cztery. Przy tej drugiej czwórce dodana jest mała litera a. Pamiętam, że opowiedziałam o tym Wiktorowi, kiedy po pracy weszliśmy na chwilę do kawiarenki tuż obok naszej redakcji. To mogło stać się dla niego inspiracją. Drugie zakupy pod moimi drzwiami pochodziły już chyba od niego. Pamiętałam dokładnie zawartość papierowej torby – bagietka, sok pomidorowy, tabasco, dwa francuskie sery, winogrona i butelka wina. Tamtego dnia zadzwonił do mnie. Opowiedziałam mu o tym, co zastałam pod drzwiami. Miał teorię, że zamiast kwiatów przysyła mi je ktoś, kto próbuje zwrócić na siebie moją uwagę. Mówił wtedy:
– Facet jest w swoich pomysłach nawet oryginalny. Jakie czasy, takie pomysły. Pewnie podkochuje się w tobie.
Im dłużej o tym myślałam, tym nabierałam większej pewności, że to Wiktor maczał palce w tych przesyłkach. Koszmar! Ależ musiał mieć ze mnie ubaw, kiedy opowiadałam mu o tym.
Kiedyś ktoś powiesił na ścianie w pokoju socjalnym, tuż obok ekspresu do kawy, kartkę z pewną sentencją. „Poziom stresu w naszym życiu jest wprost proporcjonalny do ilości idiotów w naszym otoczeniu”. W tym momencie to zdanie wydało mi się nad wyraz trafne.
Napisałam do Wiktora wiadomość.
Niepotrzebnie się fatygowałeś. Odpuść! Uwierz, że potrafię sobie kupić pieczywo. Nigdy nie byłeś dla mnie nikim więcej niż tylko kolegą z pracy. Teraz już nawet nim nie jesteś. Unikam ludzi toksycznych. Zawiodłam się na Tobie. Nie ufam tym, którzy nie mają własnego zdania, są elastyczni jak plastelina i dla własnego świętego spokoju zdolni zdradzić innych. Nie nachodź mnie! Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego.
Skończyłam pisać. Jeszcze raz przeczytałam uważnie własne słowa i wysłałam pospiesznie. Bałam się, że mój wrodzony takt spowoduje, że zacznę zmieniać i łagodzić tekst, a ten po kilku poprawkach straci moc i dynamikę. Stanie się miałkim bełkotem, z którego nic nie będzie wynikać. Taki tekst zostawiłby nadzieję, otworzyłby drzwi do kolejnych prób nawiązania kontaktu, a na to nie miałam ochoty. Odczekałam, aż wiadomość dotrze do Wiktora, po czym go zablokowałam. Miałam dwa nieprzeczytane SMS-y od Eweliny.
Mamo, czy wszystko w porządku? Dzwoniłam i nie odbierasz.
Nieodebrane połączenie było sprzed czterdziestu minut. Pierwsza wiadomość przyszła trzydzieści minut temu. Wtedy znajdowałam się jeszcze w garażu. Tam nie ma zasięgu. Przed dwudziestoma minutami nadeszła kolejna.
Mamo, czy wszystko w porządku? Zaczynam się denerwować.
Wszystko dobrze. Byłam na basenie. Mam kilka newsów. Złożyłam wypowiedzenie w pracy. Masz ochotę jutro na kolację?
Nie spała, bo odpowiedź przyszła od razu. Naprawdę musiała się martwić. Zwykle zasypiała około dwudziestej pierwszej, za to wstawała bladym świtem. Zawsze tak miała. Typ skowronka, który o piątej rano jest już rześki i gotowy do działań, a wieczorem pada. Tym razem pomimo środka nocy jeszcze nie spała.
Padło konkretne pytanie:
Ta kolacja to w domu czy na mieście?
Jak wolisz?
Na mieście. Dawno nigdzie nie byłam.
Co powiesz na Piwnicę Świdnicką o 18.00?
Piwnica Świdnicka? To znaczy, że wydarzyło się coś istotnego. Do jutra! Umieram z ciekawości. Buziaki. Spokojnej nocy! Mam nadzieję, że nie rozrabiasz.
Nie rozrabiam. Dobrych snów! Do jutra!
Ewelina wyprowadziła się trzy lata temu, żeby zamieszkać ze swoim chłopakiem. Miała wtedy dwadzieścia lat. Rozstała się z Bartkiem dwa lata temu, ale już tak zostało, że mieszkała osobno. I tak wspierałyśmy się każdego dnia. Obie ceniłyśmy niezależność, chociaż to nie przeszkadzało nam rozmawiać ze sobą codziennie i przesyłać sobie wiadomości na dzień dobry i na dobranoc. Bardziej przypominałyśmy dwie przyjaciółki niż matkę z córką. Linka to niespokojny duch. Miała to po mnie.
Konrad był inny. Nawet wtedy, kiedy jeszcze nie był chory, wolał stabilizację i spokój. Czuł się szczęśliwy, kiedy wszystko zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, a wokół panował ład. Nie lubił niespodzianek, mocnych emocji, przerażała go spontaniczność. Twierdził, że szczęśliwe życie powinno biec ustalonym rytmem, takie piano, pianissimo. Szczęścia nie trzeba krzyczeć forte. Twierdził, że emocje forte spalają, niszczą, rzucają na kolana. Sprawiają, że człowiek płonie jak żywa pochodnia, a to nie jest mu do niczego potrzebne. Mówił, że ludzie szarpani wielkimi emocjami tracą poczucie bezpieczeństwa, że szybka jazda bez trzymanki nie jest w jego stylu. Każdy człowiek jest inny. Ten jego spokój działał na nas kojąco. Stanowił antidotum na naszą spontaniczność.
Kiedy zachorował, te poglądy zaczęły mu dokopywać każdego dnia. W tym, co się wtedy działo, nie było żadnej logiki, niczego nie dało się zaplanować, każdy dzień zaskakiwał nas czymś nowym. Nie istniał czas na przygotowanie. Choroba rządziła nami, a my próbowaliśmy z trudem się przystosować, nadążyć za nią. Konradowi było z tym ciężko. Z dnia na dzień tracił pewność siebie, czuł się coraz bardziej osaczony. Żyliśmy pod dyktando jego choroby i w tempie, na które ona pozwalała, a dla niego okazało się to wyjątkowo trudne.
Wróciły wspomnienia. Były dobre. Wtuliłam się głębiej w fotel. Narzuciłam na siebie koc. Przymknęłam oczy. Zawsze kiedy w moim życiu działo się coś ważnego, próbowałam przywołać pod powiekami obraz Konrada. Ten ciepły uśmiech błąkający się po jego twarzy, przyjazne spojrzenie niebieskich oczu. Nawet zasnął z tym uśmiechem, jakby swym odejściem nie chciał nas przestraszyć. Wyglądał tak, jakby za parę godzin miał się obudzić. I takim go pamiętałam.
Moja ręka powędrowała odruchowo do medalionu zawieszonego na szyi. Mały srebrny drobiazg, z którym nie rozstawałam się od śmierci Konrada. Znalazłam go, zmieniając pościel. Był ukryty pod materacem po mojej stronie łóżka, zawinięty w woreczek. Sam w sobie niesamowity. Na srebrnym wieczku medalionu znajdował się pąk róży z dwóch stron chroniony dłońmi. Otworzyłam go i zobaczyłam wygrawerowany napis.
Żyj jak najpiękniej! Zawsze będę Cię wspierał.
Na wieczność – Twój Konrad.
I tak jest. Często mam wrażenie, że on jest ze mną. Żadna moralna miernota w stylu Wiktora nie jest w stanie go zastąpić. Konrad był jak opoka, jak pewność, że wszystko będzie dobrze. Pomocny, silny, rozsądny, spokojny, zrównoważony, czuły, dobry… Kiedy odszedł, zachwiał się cały nasz świat. Uczyłyśmy się z Eweliną żyć na nowo.
My jesteśmy inne. Spontaniczne i czasami nierozważne. Ewelina robi dziesiątki rzeczy, które pozornie nie pasują do siebie, a w rzeczywistości współgrają z jej duszą. Chodzi na wolontariat do domu opieki, wyprowadza psy w schronisku, pisze wiersze, udziela korepetycji z angielskiego i historii, twierdząc przy tym, że trzeba być kompletnym głupkiem, żeby potrzebować korków z historii, co nie przeszkadza jej czerpać korzyści z czyjegoś nieuctwa. Studiuje historię sztuki i te studia opętały ją całkowicie. Gna ją po całej Europie. Najbardziej interesuje ją kultura grecka. Była już na wielu greckich wyspach. Zna Kos, Korfu, Kretę i Rodos. Spędziła rok na Erasmusie w Atenach. Potem poleciała na Cypr. Tam zabawiła całe wakacje. Wróciła stamtąd bardzo niedawno i cały czas twierdzi, że znów tam poleci. Często mówi, że na Cyprze wszystko pasuje do jej duszy, że w poprzednim życiu musiała mieszkać właśnie tam. Wierzy w reinkarnację. Uprawia jogę i się wspina, jeździ konno, żegluje, pływa… Robi dziesiątki rzeczy, które szczelnie zapełniają każdą minutę jej życia. Czasami mam wrażenie, że do szczęścia potrzebuje ciągłych wyzwań.
Ewelina jest szalona, ale to takie dobre szaleństwo. Jest spontaniczna i ciepła, bywa nieprzewidywalna. Sprawia wrażenie wulkanu energii. Jest uparta jak osioł i konsekwentna w dążeniu do celu. Po swoim ojcu odziedziczyła ciepły uśmiech i intensywnie niebieskie oczy. Po mnie ciemne włosy. Po nas obu niezależność. Żyje po swojemu i cały czas szuka swojego miejsca na ziemi. Ostatnio tym miejscem okazał się Cypr.
Czuła się tam jak ryba w wodzie. Wróciła z niechęcią, żeby nie zawalić roku, napisać pracę magisterską i skończyć studia. Od swojego powrotu nieustannie namawia mnie na wyjazd na tę wyspę.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Cypryjskie meze
isbn: 978-83-8423-580-5
© Jolanta Kosowska i Wydawnictwo Zaczytani 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Zaczytani.
redakcja: Beata Kostrzewska
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Zaczytani należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: wydawnictwo@zaczytani.pl
https://zaczytani.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
