Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
SCHODZIMY Z GŁÓWNEGO SZLAKU, ŻEBY…
znaleźć ludzkie zęby w ścianie kościoła, zachwycić się pięknem mięsnych sklepów, przejść się monumentalnym mostem zbudowanym przez dzielnego rolnika.
Jeśli szukasz nietuzinkowych miejsc w Polsce, nie możesz ruszyć w drogę bez tej książki! Aleksandra i Grzegorz Koper, twórcy profilu @byli_widzieli, zabiorą cię w fascynującą wędrówkę po naszym kraju. Wspólnie odkryjecie:
zmyślone hieroglify i heretycką piramidę, latarnie umarłych i wrota do piekła, starożytne kręgi mocy i tajemnicze baby, które przetrwały chrzest, wieże ku czci polakożercy i kuny, których bali się rozpustnicy.
Daj się zabrać w podróż śladami legend, leśnych cmentarzy, bajkowych zakamarków i pogańskich czarów.
ODKRYJ POLSKĘ PEŁNĄ BAŚNI, SIELANKI, A NAWET MAKABRESKI
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 249
Data ważności licencji: 5/20/2031
Projekt okładki i map
Adam Gutkowski | goodkowskydesign.com
Zdjęcia na okładce
Grzegorz Koper
Redaktorka nabywająca
Pola Biblis
Redaktorka prowadząca
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Promocja
Kinga Wojnicka
Opieka redakcyjna
Paulina Gwóźdź
Adiustacja
Barbara Wójcik
Korekta
Aleksandra Kiełczykowska
Katarzyna Onderka
Copyright © by Aleksandra Koper & Grzegorz Koper
Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-156-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Jeżeli odwiedziliście największe atrakcje turystyczne w Polsce, ale czujecie pewien niedosyt, to ta książka jest pewnie dla Was. Kierujemy ją do tych podróżników i miłośników historii, którzy szukają miejsc i zabytków poza utartymi szlakami: osobliwych, tajemniczych, zapomnianych, magicznych, zaskakujących i nieodkrytych. Zdarza się bowiem tak, że leżący przy drodze kamień skrywa mroczny sekret, a w niepozornym drewnianym kościółku czeka na Was prawdziwy skarb sprzed wieków. I choć część z opisanych miejsc i obiektów możecie już znać, to mamy jednak nadzieję, że odkryjecie razem z nami nowe, ciekawe wątki w ich historii.
Nie jest to typowy przewodnik turystyczny, w którym znajdziecie gotowe wytyczone trasy i szlaki. Każdy rozdział budujemy wokół konkretnego motywu. Opisywane przez nas obiekty bardzo się różnią usytuowaniem, wielkością czy wymogami czasowymi związanymi z ich zwiedzaniem. Niektóre należy postrzegać w kategoriach ciekawostki, którą można uwzględnić na swojej trasie niejako przy okazji. Inne z kolei okażą się bardziej angażujące i mogą stanowić cel sam w sobie. Zdecydowaliśmy się nie umieszczać informacji związanych z bazą noclegową, gastronomiczną czy transportem – jesteśmy zdania, że w dobie powszechnego dostępu do Internetu byłyby w książce po prostu zbędne.
Chcemy być przede wszystkim opowiadaczami, którzy zainspirują Was do odkrywania niezwykłych zakątków Polski. I nawet jeśli nie możecie się wybrać w rzeczywistą podróż, postaramy się, abyście odbyli ją z nami oczyma wyobraźni. Pamiętajcie też, że przedstawione miejsca stanowią jedynie wycinek niesamowitości naszego kraju – wciąż nieustannie odkrywamy nowe, intrygujące tropy turystyczne, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z wielkim miastem, czy Polską powiatową.
Szerokiej drogi,
Aleksandra i Grzegorz Koprowie
Ani kroku dalej!
Latarnie umarłych, otwory do piekła oraz co można ujrzeć w lustrze czarnoksiężnika
Prawdopodobnie każdemu z nas, i to nawet twardo stąpającemu po ziemi, choć raz w życiu zdarzyło się odczuć irracjonalny, trudny do wytłumaczenia lęk związany z konkretnym miejscem lub obiektem. Dzieje się to zazwyczaj przy okazji samotnych wędrówek, w blasku księżyca, w nieznośnej ciszy, kiedy niczym nieskrępowana wyobraźnia galopuje w mroczną podróż. A że umysł człowieka niczym gąbka chłonie opowieści o upiorach, biesach czy – w dobie współczesnej globalnej kinematografii – szaleńcu z piłą w polu kukurydzy, droga na skróty przez cmentarz lub zagajnik potrafi przeistoczyć się w walkę o życie z wyimaginowanym przeciwnikiem czającym się za każdym napotkanym kamieniem czy drzewem. Jeżeli w dodatku w okolicy wydarzyła się przed laty tragiczna historia, a w sprawę mogą być zaangażowane duchy, wtedy nie ma takiej trasy, której nie bylibyśmy w stanie pokonać, byle tylko ominąć przeklęty punkt. Niegdyś ludność wiejska miała jednak swoje sposoby na przepędzenie złej mocy, która czaiła się tam, gdzie doszło na przykład do gwałtownej śmierci czy samobójstwa. W Bieszczadach, zamieszkiwanych dawniej przez Łemków i Bojków, podróżni mogli się natknąć na tak zwane namioty:
Na miejsce, gdzie kto kiedy uległ przypadkowi nagłej śmierci lub spełnił samobójstwo, rzucają przechodnie to gałązki drzew, to kamienie, to grudki ziemi. Gdy się z tego po latach stos nagromadzi, podpala go jakaś litościwa ręka, w tym przekonaniu, że ogień oczyszcza duszę potępieńców i samobójców, a po latach, gdy kilka pokoleń stosy spali, dusza oczyszczona dostanie się do nieba1.
Były też i takie znaki ostrzegawcze, które przetrwały kilkaset lat – choć mało kto pamięta o ich pierwotnej funkcji. W wielu punktach Krakowa natkniemy się na tajemnicze, smukłe, wysokie wieżyczki z otworem przelotowym w górnej części. Choć obecnie pełnią rolę kapliczek, wzbogacone o figurki świętych i kwiaty, przed wiekami ich zadanie było zgoła odmienne. Są to tak zwane latarnie umarłych, które ostrzegały przed zbliżaniem się do miejsc, w których czaiła się śmierć: cmentarzy, szpitali, leprozoriów (domów dla chorych na trąd) i przytułków dla starców. W owych otworach przelotowych stawiano źródła światła (lampki bądź kaganki), dzięki czemu wędrowiec już z daleka mógł rozpoznać niebezpieczny dla ciała i duszy kierunek. Z jednej strony, zagrożenie wiązało się z ryzykiem rozprzestrzeniania się chorób, latarnie zaś wyznaczały granicę, którą żywy przekraczał na własną odpowiedzialność. Ponadto na cmentarzach czaiło się zło w ludzkiej postaci: wszelkiej maści przestępcy, żebracy, włóczędzy, a nawet kobiety upadłe. Z drugiej zaś strony, w grę wchodziła metafizyczna ochrona: tam, gdzie była śmierć, obawiano się duchów i upiorów (zwanych w Małopolsce strzygami lub strzygoniami). Światło miało wielką moc: siły nieczyste potrafiło przepędzić, duszom pomagało odnaleźć drogę do zaświatów, a żywym przypominało o nieuchronnym spotkaniu z Absolutem. Skąd wziął się zwyczaj stawiania takich obiektów? To wciąż pozostaje zagadką. Najwięcej latarni umarłych powstało we Francji od XII do XIII wieku; być może były one echem jeszcze pogańskich tradycji pogrzebowych Galów, niektórzy z kolei wskazują na wyprawy krzyżowe i inspirację światem islamu. Opis latarni umarłych pojawia się w cudownej wizji jednego z benedyktynów-oblatów (czyli świeckichbraci, którzy nie złożyli ślubów zakonnych), zanotowanej przez Piotra Czcigodnego w XII wieku. Młody mnich miał widzenie, w którym został zaprowadzony na cmentarz przez zmarłego stryja:
A oto środek cmentarza zajmuje pewna kamienna budowla, mająca w wierzchołku miejsce na jedną lampę, która dla poszanowania spoczywających tam wiernych całymi nocami oświetla swoim blaskiem to święte miejsce. Są także schody, po których się tam wchodzi, wyżej przestrzeń wystarczająca dla dwóch czy trzech stojących osób2.
Opisana wyżej latarnia wydaje się wręcz potężną wieżą i faktycznie zdarzało się, że niektóre z nich osiągały imponujące rozmiary kilkunastu metrów wysokości. Lampkę transportowano na szczyt dzięki specjalnemu kanałowi w środku wieżyczek lub też wchodzono na górę budowli po schodach, tak jak w wizji oblata. Oprócz Francji latarnie można spotkać również w Niemczech, Czechach, Austrii, Włoszech oraz w Polsce, gdzie zwyczaj ich stawiania przetrwał wyjątkowo długo, bo aż do XIX wieku.
Najstarsza znana latarnia umarłych w Krakowie znajduje się przy Kościele św. Mikołaja (ul. Kopernika 9). Liczy sobie aż 700 lat i mierzy 6 metrów wysokości. Początkowo stała jednak w innym miejscu, co ukazuje obraz Teodora Baltazara Stachowicza z połowy XIX wieku. Piękna sześcioboczna wieżyczka o gotyckich formach i daszku zwieńczonym krzyżem została pierwotnie ulokowana przy Kościele św. Walentego na Kleparzu. Dlaczego właśnie tam? Obok świątyni mieścił się szpital dla trędowatych. Ta straszliwa choroba pozostawała nieuleczalna aż do XX wieku, więc z obawy przed jej rozprzestrzenianiem chorych przymusowo izolowano. Traktowano ich przy tym z dużą nieufnością, bo zgodnie z przekonaniami średniowiecznych chrześcijan trąd był karą za niemoralny żywot. Na początku XIX wieku zarówno Kościół św. Walentego, jak i działający przy nim szpital zdecydowano się rozebrać (wcześniej popadły w ruinę z powodu braku funduszy na utrzymanie oraz pożaru). Szczęśliwie jednak latarnia przetrwała próbę czasu i w 1871 roku została przeniesiona w obecne miejsce. Niestety nie zobaczymy już lampki rozpędzającej mrok – prześwit zamurowano. Niektórzy jednak sądzą, że kolumna nigdy nie posiadała otworów, gdyż w istocie była pręgierzem do wymierzania kar. Więcej o tych narzędziach męki piszemy w rozdziale Katuj, tratuj!
Inna, być może XVII-wieczna latarnia umarłych, stoi w mało atrakcyjnym turystycznie zakątku Krakowa, przy ruchliwej ulicy Marii Konopnickiej. Obiekt ulokowany pierwotnie kilkaset metrów dalej w kierunku wschodnim został przeniesiony z powodu budowy pobliskiego centrum hotelowo-biznesowego w 2008 roku. Do tamtego czasu powszechnie zakładano, że był to zwykły drogowskaz dla wędrowców zmierzających do Tyńca. Co ciekawe, to właśnie dzięki pracom budowlanym odkryto prawdziwe przeznaczenie obiektu; okazało się, że wieżyczka stała na terenie dawnego cmentarza cholerycznego. Ostrzegała więc żywych o niebezpiecznym miejscu, a duszom uwolnionym z ciał po mękach choroby pozwalała odnaleźć pokój w zaświatach. Latarnia ma formę barokową: to wysoki czworoboczny słup podzielony na cztery piętra, z czego trzy dolne zajmują płytkie nisze, zaś na najwyższą przelotową kondygnację za pomocą sznurka wciągano lampkę. Obecnie w miejscu światełka stoi figura Maryi, ponieważ gdy zapomniano o pierwotnej roli latarni, uczyniono z niej kapliczkę. Nie sposób jednak stwierdzić, kiedy się to stało.
Piękny przykład latarni umarłych z podobnego okresu zobaczycie na krakowskich Plantach, nieopodal skrzyżowania ulicy św. Gertrudy oraz ulicy św. Sebastiana. Pod daszkiem wspartym na czterech kolumienkach wciąż po zmroku świeci się lampka, tworząc wyjątkową widokówkę na tle potężnych drzew. Można pomyśleć, że stoimy pod murami Krakowa w roku 1650, a gdzieś w pobliżu przebiega granica między światem żywych a umarłych. Romantyczną wizję psuje jednak szum samochodów, elektryczna żarówka w lampce oraz to, że latarnia umarłych stała pierwotnie w nieco innym miejscu. Dawniej była kamiennym strażnikiem pewnej mrocznej wyspy na mokradłach nieopodal murów miejskich. Prowadził na nią drewniany most. Dla wielu była to droga bez powrotu. Na moczarach znajdował się bowiem Kościół św. Fabiana i św. Sebastiana (przemianowany później na św. Sebastiana i św. Rocha). Pobożni chrześcijanie omijali owo miejsce, jako że przy świątyni mieścił się szpital o konkretnej specjalizacji – leczono w nim choroby weneryczne, wśród których największe żniwo zbierał syfilis. Do standardowych działań medycznych należało wtedy między innymi wypalanie wrzodów chorobowych rozgrzanym żelazem, w skórę wcierano również toksyczną rtęć. Nawet jeśli nie udało się uratować ciała grzesznika, ponieważ terapia przynosiła raczej marny skutek, można było ocalić choć jego duszę – temu służył wspomniany drewniany kościół. W czasie licznych epidemii nawiedzających Kraków w XVII i XVIII wieku szpital weneryczny przyjmował w swe progi również tych, którzy zarazili się nie francą, a dżumą. Pod koniec XVIII wieku, po stratach spowodowanych huraganem, ośrodek duchowo-leczniczy na wyspie zaczął podupadać na tyle, że głodujący chorzy musieli żebrać wśród krakowskich mieszczan. Wyspiarską placówkę medyczną (jak i kościół) ostatecznie zlikwidowano, a pacjentów w 1821 roku przeniesiono do Szpitala Świętego Ducha. Moczary osuszono i na łące powstałej na tym terenie wytyczono w późniejszych latach ulicę św. Sebastiana. Również latarnia umarłych zmieniła zarówno swoje położenie, jak i przeznaczenie – z czasem stała się Kapliczką św. Gertrudy. Co warte odnotowania, była to patronka nieistniejącego wtedy już kościoła, od którego wzięła nazwę cała pobliska ulica. Na świątynnym cmentarzu chowano przestępców skazanych na karę śmierci, dlatego świątynię św. Gertrudy nazywano też czasem kościołem złoczyńców. Czyżby jakaś tajemna siła z zaświatów przyciągała latarnie umarłych ku miejscom wiecznego spoczynku?
W Krakowie podobne obiekty znajdziecie jeszcze przy murze Klasztoru Sióstr Karmelitanek bosych (ul. Kopernika 44), na skrzyżowaniu ulic Monte Cassino oraz Szwedzkiej, na ulicy Wielickiej przy starym Cmentarzu Podgórskim czy w Parku Klasztoru Sióstr Karmelitanek od styku ulicy Juliusza Lea i Placu Inwalidów). Należy jednak pamiętać, że nie sposób jednoznacznie określić pierwotnej funkcji owych kapliczek. Czy rzeczywiście były latarniami umarłych? A może o metafizyczną naturę podejrzewamy dawne drogowskazy? Zagadki, zagadki – wciąż nierozwiązane zagadki…
A jeżeli już zawitaliśmy do grodu Kraka, warto odkryć kolejne mroczne artefakty sprzed wieków. Ten, kto usłyszał wydobywający się z nich dźwięk, przystawał zafrasowany, odmawiając Anioł Pański, gdyż nie zwiastowały niczego innego prócz zbliżającej się śmierci. Chodzi o tak zwane dzwonki za konających, których tradycja pojawiła się w późnym średniowieczu w Norymberdze, skąd przybyła do Krakowa. Umieszczane przy kościelnych oraz klasztornych murach miały szczególną misję: kiedy cierpienia chorego niemiłosiernie się przedłużały, a śmierć wciąż nie nadchodziła (a pewnym było, że nie ma już szans na ozdrowienie), bliscy prosili duchownych o wprawienie dzwonka w ruch za pomocą sznura. Posępny, jednostajny dźwięk niósł się po okolicy, wzywając św. Dyzmę, patrona umierających, zaś przechodnie zwracali się z modlitwą do Boga o skrócenie męki konającemu. Był to akt miłosierdzia, który – mówiąc kolokwialnie – opłacał się chrześcijanom, mogli bowiem w ten sposób uzyskać 40-dniowy odpust grzechów. Choć dawniej dzwonki za konających znajdowały się niemal przy każdym kościele i klasztorze, jedynie trzy egzemplarze zdołały przetrwać do naszych czasów. Pierwszy z nich zobaczymy, zadzierając głowę przy murach Klasztoru Reformatów (ul. Reformacka 4) – znajduje się między oknami, na poziomie pierwszego piętra. Na drewnianej konstrukcji z daszkiem wyryto datę 1837. Dzwonek ufundowano jednak wcześniej, bo w roku 1750 i taką datę znajdziemy na tablicy wmurowanej w ścianę na wysokości wzroku. Co ciekawe, jej treść informuje również o wspomnianym odpuście zagwarantowanym przez Stolicę Apostolską. Kolejny dzwonek ujrzycie przy dużym krucyfiksie na fasadzie Bazyliki Dominikanów pod wezwaniem Świętej Trójcy, zaś trzeci – a przy tym jedyny czynny! – widoczny jest na niższej z wież Bazyliki Mariackiej, na wysokości 14 metrów nad ziemią. Nosi imię patrona dobrej śmierci – Michała Archanioła. Choć w nieznanych okolicznościach wytarła się odlana w nim inskrypcja, dzięki zachowanym dokumentom znamy jej treść. Dzwonek przemawiał w pierwszej osobie po niemiecku i łacinie, pouczającym tonem:
Odlał mnie Kacper Koerber we Wrocławiu R.P. 1736. Jest godnym pochwały modlić się za konających, Krystian Jeingling Senatus Consultum 17363.
Drugie nazwisko wskazuje na fundatora dzwonka, krakowskiego ławnika. Pan Jeingling z pewnością byłby dumny z faktu, że jego dzwon za konających wciąż wisi na swoim miejscu, a nawet od czasu do czasu rozbrzmiewa donośnym, czystym tonem. Ciekawe, jak fundator zareagowałby na nowy dźwięk, bo po renowacji w 2025 roku dzwonek wyposażono w nowoczesny napęd elektryczny. Podejrzewamy (choć w tym przypadku kierowani stereotypem), że jako Niemiec byłby pod wrażeniem nowej technologii.
Jeżeli zerkniecie na północne mury bazyliki, od strony ulicy Floriańskiej, zobaczycie przymocowaną do nich latarnię z delikatnym zielonym światełkiem. Jej powstanie wiąże się ze straszliwymi czasami, które nastały w Krakowie na początku XVIII wieku. Do miasta wtargnął kwartet nierozłącznych jeźdźców Apokalipsy: wojna, głód, zaraza oraz śmierć. A wszystko przez to, że król August II Mocny postanowił zaangażować Rzeczpospolitą w III wojnę północną (1700–1721). Podczas samej tylko pierwszej dekady wieku XVIII wojska szwedzkie zdążyły cztery razy zdewastować i ograbić Kraków, a stacjonujące w nim oddziały polskie, rosyjskie i saskie bez żadnej litości nękały miejscową ludność nieustannymi kontrybucjami. Nie pomogły też katastrofy naturalne, takie jak huragan (1703) i susza (1707–1708). Jakby tego było mało, wybuchła epidemia tyfusu, która nadciągnęła z Kresów w 1707 roku. Co mógł pomyśleć w takich okolicznościach mieszczanin krakowski? Chyba tylko to, że właśnie nadszedł koniec dziejów i wkrótce ujrzy na żywo obraz Sądu Ostatecznego, znany mu dotąd jedynie z malowideł na ścianach kościołów. Choć krakowska ludność, na skutek niepokojących wieści ze wschodu, już w 1705 roku powzięła profilaktyczne działania przeciwko zarazie (okadzano ratusz miejski ziołami i ściśle kontrolowano nowych przyjezdnych), nie udało się uniknąć katastrofy. W ciągu trzech lat w Krakowie i okolicach na zarazę zmarło około 20 tysięcy osób. Jak wówczas zanotowano: […] zKrakowa, Kazimierza, Kleparza drabiniastemi wozami dniem i nocą trupów za miasto wywozili4. Zgodnie z powiedzeniemjak trwoga, to do Boga, w czasie epidemii ludność z wielką gorliwością oddała się praktykom dewocyjnym. Skoro dotychczasowe metody sanitarne zawiodły, potrzeba było działania wyższej instancji. W Krakowie zrodził się kult Matki Boskiej Łaskawej, zwanej też Morową, która w XV wieku miała powstrzymać zarazę we włoskim mieście Faenza. W 1708 roku jej mały wizerunek otrzymał od warszawskich pijarów fundator nowego podmiejskiego szpitala, krakowski rajca Michał Behm. Był to człowiek wielkiej odwagi i honoru: w przeciwieństwie do innych członków rady miejskiej nie uciekł z miasta objętego epidemią, ale pozostał na posterunku, czynnie wspierając mieszkańców. Wtedy też w krakowskich kościołach odprawiono nabożeństwa, które miały wybłagać u Matki Boskiej z Faenzy wygaśnięcie zarazy. Wkrótce morowe powietrze ustąpiło. Mieszkańcy Krakowa natychmiast połączyli oba wątki w spójną całość, przypisując Łaskawej Panience ocalenie miasta (choć, trzeba przyznać, przy dużych stratach własnych). Wówczas rada miejska ufundowała dwa cudowne wizerunki maryjne: jeden do prezbiterium bazyliki, drugi na jej zewnętrzną ścianę północną. Na pamiątkę zwycięstwa nad śmiercią obok tego ostatniego zamocowano latarnię morową. Ponoć migoczące w niej światełko ma moc przepędzaniazłego powietrza. Jeśli zgaśnie, biada ludowi Krakowa! Oznacza to bowiem rychły powrót epidemii.
Wyruszmy jednak z Krakowa na poszukiwanie następnych niepokojących artefaktów. Kolejne miejsce, o którym chcielibyśmy Wam opowiedzieć, to wręcz przedsionek piekieł. Owo siedlisko sił nieczystych mieści się w Beskidzie Sądeckim, między wsiami Jastrzębik i Złockie. Uwierzcie – dzieją się tam rzeczy niestworzone. Właściwie wcale nie musicie dawać wiary naszym słowom; przekonacie się o tym sami, schodząc nad Złocki Potok. Najpierw usłyszycie diabelskie dźwięki: bulgot i klikanie. Potem w oczy rzucą Wam się czarcie kotły – w rzece pod wodą oraz na błotnej ścieżce – z których wypływa dziwna bulgocząca substancja o rdzawej barwie. Czyżby biesy gotowały polewkę z jakiegoś nieszczęśnika? A może to oddech samego diabła, jak twierdzili okoliczni Łemkowie? Zakątek budził lęk nie tylko z powodów wizualno-zapachowych. Nad kociołkami znajdowano padłe gryzonie, ptaki, a nawet owce. Czy wiejska ludność mogła te zjawiska tłumaczyć czymś innym niż diabelskimi sztuczkami? Kiedy profesor Henryk Świdziński zbadał to miejsce w latach 30. ubiegłego wieku, wszystko stało się jasne. Faktycznie mamy do czynienia z pewnego rodzaju wyziewami spod powierzchni ziemi (ale nie z piekła rodem), związanymi z aktywnością wulkaniczną. Są to tak zwane mofety – otwory, z których wydobywa się mieszanina gazów (głównie dwutlenku węgla). Tym samym możemy wyjaśnić zagadkę tajemniczej śmierci zwierząt w pobliżu mofety: jako że dwutlenek węgla w dużym stężeniu jest gazem trującym oraz cięższym od powietrza, wdychające go przy ziemi nieszczęsne stworzenia po prostu się dusiły. Z kolei ceglaste zabarwienie tamtejszego błotka (zwanego ochrą lub rdzawką) to wynik utleniania żelaza, w którego związki bogate są wody w pobliżu mofet (za ich wysoką aktywność chemiczną również odpowiada CO2). Dzięki badaniom profesora Henryka Świdzińskiego złocka mofeta została nazwana jego imieniem i stała się atrakcją turystyczną. Dziś to miejsce o powierzchni 25 m2 jest malowniczo zagospodarowane: do diabelskich kotłów prowadzi drewniana kładka, a tablice informacyjne dokładnie wyjaśniają prawdziwą naturę mofet w sposób jak najbardziej racjonalny. Przyznamy, że jako mało obeznani z chemią mieliśmy problem ze zrozumieniem wszystkich opisanych procesów, dlatego wciąż bliższa nam jest wersja łemkowska o oddechu czarta. Na miejscu można również zaobserwować różnicę między Bulgotką a Dychawką – otworami obudowanymi drewnianym okręgiem. W pierwszym, jak sama nazwa wskazuje, bąbelki gazu bulgoczą pod wodą, w drugim gaz ulatnia się na sucho. Jeżeli ten kojący, choć złowrogi dźwięk spodoba Wam się na tyle, że będziecie pragnęli odwiedzić też inne mofety, czekają one na Was w położonych blisko Szczawniku i Tyliczu. Cała okolica skrywa również niezwykle ciekawe dawne łemkowskie cerkwie – pamiątki po utraconej tożsamości regionu.
Na koniec zostawiliśmy osobliwy artefakt, przez niektórych do dziś podejrzewany o diabelski rodowód. Ma związek z alchemią i czarami, a historia jego powstania jest na tyle niejasna, że więcej w niej legend niż potwierdzonych faktów. Ten tajemniczy obiekt znajdziecie w zakrystii kościoła farnego w Węgrowie (woj. mazowieckie, choć historycznie miasto znajduje się na ziemi podlaskiej). Zawieszono tam bardzo wysoko stare, niewielkie zwierciadło – być może właśnie po to, by pobożnych chrześcijan nie kusiło oglądanie go zbyt długo. Wedle opowieści lustro ma 500 lat; podobno należało do słynnego krakowskiego alchemika Jana Twardowskiego i służyło do czynienia sztuczek oraz odprawiania czarów o diabelskim rodowodzie, w tym do wywołania ducha Barbary Radziwiłłówny na życzenie pogrążonego w rozpaczy króla Zygmunta Augusta. Lustro miało później trafić do rodziny Krasińskich, a ci ponoć w wieku XVIII przekazali je w darze węgrowskiej bazylice. „Podobno”, „ponoć”, „być może” – słowa te często padają w opisie tego dziwnego artefaktu, bo w istocie niewiele o nim wiadomo. Na czarnej ramie znajduje się łaciński napis: Bawił się tym lustrem Twardowski, magiczne sztuki czyniąc, teraz przeznaczone jest na służbę Bogu. Powierzchnia zwierciadła jest niewyraźna i pęknięta. Skąd pojawiła się skaza? Nie znamy odpowiedzi na to pytanie. Chodzą słuchy, że ponoć sam Napoleon zamiast swojego odbicia ujrzał wizję swej klęski i uderzył ręką w lustrzaną taflę. Inna wersja mówi też o księdzu, który rzucił w lustro pękiem kluczy. Być może zobaczył to, co ukazywało się przez wieki innym nieszczęśnikom: kobietę, diabła oraz straszliwe, wykrzywione twarze. Bądźmy jednak przez chwilę mędrcem ze szkiełkiem i okiem i spróbujmy przywołać choćby szczątkowe fakty o zwierciadle. Z pewnością znalazło się w węgrowskiej farze na początku XVIII wieku, kiedy powstał nowy barokowy budynek świątyni przekazany w opiekę księżom bartolomitom. I jak to bywa z wszystkimi niesamowitymi opowieściami, zapewne sprytni zakonnicy byli sprawcami całego diabelskiego zamieszania wokół przedmiotu. Teorię tę wysnuł historyk Wojciech Jerzy Górczyk i trzeba przyznać, że ma ona ręce i nogi (oraz czarci ogon). To właśnie bartolomici zlecili wykonanie ramy z łacińskim napisem wskazującym pana Twardowskiego jako właściciela zwierciadła. Legenda o alchemiku była zresztą niezwykle popularna w XVII i XVIII stuleciu. Posiadanie artefaktu rzekomo związanego z tak ciekawą postacią podnosiło prestiż parafii oraz zapewniało korzyści finansowe. Zresztą w owym czasie cały świat katolicki prześcigał się w pokonywaniu sił diabelskich, odprawianiu egzorcyzmów i rozpoznawaniu zjawisk nadprzyrodzonych, których wierni mogli doświadczyć własnymi zmysłami w kościołach i klasztorach. Mówiąc wprost – publikę należało przyciągnąć odpowiednim widowiskiem, którego z kolei nie mogły zaoferować surowe protestanckie zbory. Bartolomicka marketingowa otoczka zwierciadła Twardowskiego opierała się nie tylko na legendzie, ale również na samym wyglądzie lustra; wspomnieliśmy już o jego niewyraźnej powierzchni, w której próżno szukać swojego odbicia. Przez wieki w plamach i cieniach dostrzegano to, co podpowiadała karmiona grozą wyobraźnia: diabły, wiedźmy i własne strachy. Przypuszczano wtedy, że ciemne, jakby zamglone lustro musiało służyć tajemnym praktykom alchemicko-czarnoksięskim i dopiero za sprawą odpowiednich czarów (lub autosugestii) pojawiał się w nim wyraźny obraz. Niestety prawda jest prozaiczna: XVI-wieczne zwierciadła bywały ciemne i niewyraźne ze względu na ograniczenia technologiczne produkcji. Taflę wykonywano nie ze szkła, a ze stopów metali, stąd wynikała ich mała klarowność. Lustro Twardowskiego mogło więc być zwykłym zerkadełkiem sprzed 500 lat, w którym (z dużym wysiłkiem) przeglądało się blade liczko jakiejś damy, zaś XVIII-wieczni wierni z Węgrowa, przyzwyczajeni już do lepszej jakości szklanych tafli, po prostu o tym nie wiedzieli.
Jeżeli jesteście rozczarowani racjonalną wersją historii zwierciadła Twardowskiego, posłuchajcie, co Wam opowiemy na koniec. Pewną ciemną listopadową porą, w opustoszałym po wieczornej mszy węgrowskim kościele, my – autorzy – skierowaliśmy kroki do zakrystii. Lustro wisiało wysoko, toteż jedno z nas (można się domyślić które) wspięło się na drugie, aby spojrzeć prosto w nieprzeniknioną taflę. I wtedy właśnie ów śmiałek poczuł, że do oka wpadł mu maleńki odłamek zwierciadła, którego za nic w świecie nie mógł wydostać. Od tamtego czasu wszystkie piękne rzeczy wydawały mu się szkaradne i złe, zaś te złe – jeszcze gorsze i szkaradniejsze. Strzeżcie się więc spotkania z lustrem Twardowskiego, a jeżeli nasza opowieść wzbudza w Was podejrzenia z powodu podobieństwa do jednej z baśni Hansa Christiana Andersena, to… pogratulujcie sobie przenikliwości i zachowajcie to dla siebie.
Dalsza część w wersji pełnej
1 O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 49: Sanockie-Krośnieńskie, cz. 3, Wrocław–Poznań 1974, s. 38.
2 P. Czcigodny, Ocudach (De Miraculis), Tyniec 2021, s. 368.
3 A. Bochniak, Dzwony kościoła Mariackiego, Katowice 2018, s. 85.
4 E. Karpacz, „Opłakane czasy” – epidemia dżumy w Krakowie w latach 1707–1710. Przyczynek do badań nad upadkiem królewskiego miasta, „Folia Historica Cracoviensia” 2012, t. 18, s. 248.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Zanim wyruszymy w podróż
I. Ani kroku dalej!
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
