Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
O życiu w Hawanie opowiada jej mieszkanka Yoani Sánchez, dziennikarka znana w świecie z prowadzenia internetowego blogu Generación Y, tłumaczonego on-line na siedemnaście języków. Na Kubie nie wolno mieć w domu internetu, autorka wymyka się śledzącym ją nieustannie tajniakom, myląc tropy, aby w ukryciu dokonać wpisu na blogu w jakimś hotelu czy kafejce internetowej, gdzie za dostęp do sieci płaci się niewyobrażalne sumy. Cuba libre to książka pełna pasji polemicznej, czarnego humoru i inteligentnego sarkazmu. Sánchez jest kronikarką kubańskiej codzienności obdarzoną ogromną spostrzegawczością i umiejętnością błyskotliwego puentowania absurdów. Jej odwaga cywilna i nieustępliwość godne są najwyższego podziwu. Charyzma Yoani przyciąga tysiące internautów, ciekawych tej z pozoru zwykłej matki i żony, która rzuciła wyzwanie dyktaturze braci Castro i wróciła z emigracji w Szwajcarii, aby cierpieć głód i dzień w dzień wspinać się na czternaste piętro swojego mrówkowca (winda, produkt przyjaźni kubańsko-radzieckiej, od lat nie działa). Yoani dzięki uporowi, pomysłowości, a także niezaprzeczalnemu talentowi publicystycznemu czytana jest dzisiaj wszędzie, a o jej znaczeniu na Kubie może świadczyć fakt, że Fidel Castro zaliczył panią Sánchez do swoich osobistych wrogów.
[Opis wydawcy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejsko-Powiatowa Biblioteka Publiczna w Rypinie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 220
Rok wydania: 2010
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
YOANI SÁNCHEZ
Cuba Libre
notatki z Hawany
Wydawnictwo W.A.B.
Przekład: Joanna Wachowiak-Finlaison
Redaktor serii: Adam Pluszka
Redakcja: Justyna Włostowska
Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Katarzyna Pawłowska
Redakcja techniczna: Izabela Gołaszewska
Projekt okładki i stron tytułowych: Studio Page Graph,
na podstawie koncepcji graficznej mamastudio
Zdjęcie wykorzystane na I stronie okładki oraz fotografia
autorki na skrzydełku: © Gamma/BE&W
Wydawnictwo W.A.B.
02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5
tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11
www.wab.com.pl
Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka
Piaseczno, Żółkiewskiego 7a
Druk i oprawa: DRUK-INTRO S.A., Inowrocław
ISBN 978-83-7414-830-6
Tytuł oryginału: Cuba Libre
Copyright © 2009 RCS Libri S.p.A. – Milano
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010
Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010
Wydanie I
Warszawa 2010
utopia narzucona (10.04.2008)
Żyję w utopii, która nie jest moja. Poświęcili się jej moi dziadkowie, a rodzice oddali swoje najlepsze lata. Ciąży mi na ramionach i nie mogę się jej pozbyć.
Są tacy, którzy jej sami nie doświadczyli, ale usiłują mnie przekonać, że powinnam ją podtrzymywać. Nie wiedzą, jak ciężko jest unieść cudze marzenia i żyć mrzonkami innych.
Tym, którzy mi narzucili to złudzenie, nie pytając mnie o zdanie, chcę od razu powiedzieć, że nie mam najmniejszego zamiaru zostawiać go w spadku moim dzieciom.
wstęp
Jest kwiecień i nie mam za bardzo co robić, poza wyglądaniem z balkonu i upewnianiem się, że życie toczy się tak, jak w marcu czy lutym. Monument Jose Martiego – który przypomina trochę ścięty rożek – na Plaza de la Revolution góruje nad blokami mojej dzielnicy. Naprzeciwko mnie, na osiemnastu piętrach betonu, wisi szyld Ministerstwa Rolnictwa, którego rozmiary są odwrotnie proporcjonalne do wydajności ziemi, więc z ciekawości zaczęłam się przyglądać przez mój teleskop pustym biurom i rozbitym oknom. Dzięki temu, że mieszkam w „dzielnicy ministerialnej” mogę obserwować wysokie budynki, w których powstają dyrektywy i uchwały dotyczące całego kraju. Kieruję lornetkę w tę stronę i myślę sobie: „Oni mnie obserwują, więc ja zrobię to samo”. Szczerze mówiąc, moje teleskopowe inspekcje niewiele mi powiedziały, ale inercja przebija się przez szyby i przesącza przez beton mojego bloku z wielkiej płyty.
Odprowadzam wzrokiem ludzi, którzy idą do sklepu z pustymi torbami i często wracają z niego tak, jak przyszli. Ja też mam swoją plastikową siatkę, ale zawsze trzymam ją w kieszeni, ciasno złożoną, żeby nie było widać, że pochłonął mnie mechanizm stania w kolejkach, poszukiwania jedzenia i rozmów o tym, czy rzucili kurczaki na rynek reglamentowany, czy nie... Że tak jak inni jestem opętana szukaniem różnych towarów, chociaż staram się, żeby nie rzucało się to za bardzo w oczy. Urodziłam się z kartkami żywnościowymi i dorastałam podczas periodo especial1, dlatego wciąż obsesyjnie myślę o jedzeniu.
Kiedy tak zabijam czas, licząc kondory, które kołują nad „ściętym rożkiem”, i zastanawiam się, jak zapełnię torbę, wpadam na najbardziej niebezpieczny pomysł w całym moim trzydziestodwuletnim życiu. Wilgotne kwietniowe szaleństwo, które jest najwyraźniej owocem niezdrowego wiosennego niepokoju, musiało mieć jakiś wpływ na tę decyzję. Podchodzę do klawiatury mojego starego laptopa, kupionego sześć miesięcy wcześniej od pewnego Kubańczyka, który potrzebował silnika chevroleta, żeby uciec z Wyspy, i zaczynam pisać. Podróż tego ucznia Magellana nie doszła do skutku, ale komputer już znajdował się w moich rękach. Zaczynam od czegoś między krzykiem a pytaniem, nie wiedząc, że to będzie mój pierwszy wpis, pierworodny syn mojego blogu. Scena jest prosta: słaba i rozczarowana kobieta przestała się przyglądać, żeby zacząć opisywać to, czego nie można zobaczyć w nudnej telewizji i przeczytać w absurdalnych gazetach rządowych.
Zanim zaczęłam pisać moje pozbawione złudzeń scenki z otaczającej mnie rzeczywistości, głos apatii ostrzegał mnie, że niczego w ten sposób nie zmienię. Podszept strachu postawił mi przed oczyma mojego dwunastoletniego syna i kazał się zastanawiać, jaką krzywdę może mu wyrządzić to matczyne katharsis w przyszłości. Słyszę głos mojej matki, która krzyczy na mnie: „Córcia, a po coś ty się w to pchała!”, i przewiduję oskarżenia o to, że jestem agentką CIA albo Urzędu Bezpieczeństwa Państwa, bo takie też padną. Strażnik za moimi powiekami rzadko się myli, ale szaleniec, z którym dzieli mieszkanie, nie pozwala mi go usłyszeć. Dokańczam więc mój pierwszy wpis. Wraz z nim torba, bezproduktywne ministerstwo i łódka na wodach Zatoki wychodzą na pierwszy plan.
Chrzczę moje nowe miejsce oczyszczenia imieniem Generación Y (Pokolenie Y). Mój blog jest zainspirowany Kubańczykami,którzy – podobnie jak ja – urodzili się w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych i których życie upłynęło pod znakiem radzieckich lalek, nielegalnych wyjazdów, frustracji, a przede wszystkim tymi, których imiona zaczynają się albo zawierają literę „igrek”. W tamtych dekadach, kiedy wszystko było objęte kontrolą, jedyna wolność polegała na możliwości decydowania, jak nazwać własne dziecko. Dlatego nasi rodzice – pod wszystkimi innymi względami zuniformizowani, ubrani w takie same spodnie i koszule z reglamentowanego rynku – odreagowywali, nadając nam egzotyczne imiona. Mimo wszystko, chociaż jesteśmy połączeni „igrekiem”, moje pokolenie jest bardzo mieszaną grupą. W jego szeregach znajdują się zarówno członkowie policji politycznej, jak i żigolo polujący na turystów, których można oskubać z dolarów. Łączy nas jednak cynizm. Jego dawka jest niezbędna do funkcjonowania w społeczeństwie, które przeżyło własne marzenia, które widziało, jak jego przyszłość się skończyła, zanim nadeszła. Przedostatnia litera alfabetu pyszni się wśród tych, którzy dojrzewali po upadku muru berlińskiego, kiedy Związek Radziecki pozostał jedynie w nazwie kolorowego czasopisma kurzącego się na półkach. W rzeczywistości nasze pokolenie jest pokoleniem skoszonych roślin, pozbawionym złudzeń, których mogłoby się chwycić, i wcześnie zaszczepionym przeciwko utopiom.
Publikuję w internecie kilka krótkich komentarzy, które później wydadzą mi się naiwne i nudne, i już tym przekraczam granicę. Setki razy, patrząc w przeszłość na moją bierność, myślałam, o ile byłoby mi łatwiej, gdybym nie otworzyła ust. Nie będę nigdy mieć spokojnego życia jak moja znajoma Caridad – ona nigdy nie zostanie zmanipulowana, zinstrumentalizowana i nikt nie poda jej prawdomówności w wątpliwość. Osiągnęła idylliczny stan samoochrony, dzięki któremu nigdy nie wyraża swego zdania na żaden temat. Nie jest jedyna, tysiące Kubańczyków żyje w podobnej niemocie, jakby już wiedzieli to, co ja odkryłam dopiero całe miesiące po rozpoczęciu mojego internetowego dziennika: wyrażanie opinii jest równoznaczne z wystawianiem się na ataki.
Przez pierwsze tygodnie nie wiem nawet, czy ktoś czyta moje wpisy. Moja strona internetowa jest bardzo prosta i nie ma na niej możliwości komentowania. Na początku więc teksty, które piszę, nie znajdują się pod obstrzałem krytyki i ataków, ale później będą wyglądały na niepełne w porównaniu z publikacjami z kolejnych stron, podpisanymi obserwacjami czytelników. Z czasem regularni bywalcy blogu wrócą do starszych wpisów, mówiąc Yoani z tamtej wiosny 2007 roku, że było warto. Jednak ona działała bez zrobienia rzetelnej kalkulacji stosunku między opublikowanymi kilobajtami a otrzymanymi zniewagami, opowiedzianymi anegdotami a zyskanymi wrogami. Zaczęła publikować, nie zdając sobie sprawy z tego, że w pewnych sytuacjach nawet najmniej ważna jednostka może spowodować tsunami jedynie przez włożenie palca do wody. Te opóźnione fale wywołane przez Generación Y uniosą blogerkę, ale i wszystkich tych, którzy się do niej zbliżą.
Umieszczenie każdego mojego postu w wirtualnym świecie odbywa się dzięki mechanizmowi podobnemu do radzieckiej pralki. W odróżnieniu od innych blogerów, nie chcę ani podburzać, ani informować. Podłączam się do sieci, żeby opisać historie, które się szybko nie zestarzeją, i sprowokować do przemyśleń. Styl moich tekstów i takie podejście są owocami informacyjnego niedostatku, nieosiągalnego dostępu do internetu, którego w tym kraju brakuje tak samo jak tolerancji. Wielu się zapewne zastanawia, w jaki sposób tej hawance udaje się podłączyć do internetu. Ci, którzy są przyzwyczajeni do szerokopasmowego łącza we własnym domu, nie wiedzą, że nie trzeba się podłączać, żeby zostać usłyszanym. Wystarczy wystawić rękę za okno, żeby dać znać o swoim istnieniu.
Średniowiecze komunikacyjne, w jakim żyłam przez długie lata, nauczyło mnie robienia użytku z najbardziej niewiarygodnych środków wyrazu. Pierwszy telefon w moim domu miałam w wieku dwudziestu dwóch lat, więc aparat ze słuchawką i przyciskami nie był moim pierwszym przyrządem do łączności z innymi. Komputery pojawiły się wcześniej, w jednym z tych skoków technologicznych, które tak często się tutaj zdarzają. Na naszej dziwnej wyspie byliśmy świadkami wejścia na rynek odtwarzaczy DVD, chociaż nigdy w żadnym sklepie nie można było kupić kaset wideo. Pod wpływem tej tendencji ja też się podłączyłam na całe życie do klawiatury i myszki, z uporem, jaki demonstrowałam już w wieku osiemnastu lat. Jestem pionierką w wielu rzeczach, ale pozostaję ignorantką w wielu innych, jestem dziwną mieszanką hakera i językoznawcy (gdyby moi wykładowcy semantyki i fonologii byli na bieżąco z moim upodobaniem do obwodów elektrycznych, mieliby potwierdzenie swoich wątpliwości co do mojej przyszłości naukowej). Złożyłam wszystkie moje „frankensteiny” z części pochodzących nie wiadomo skąd, świtami podłączając matryce, procesory i źródła zasilania. Kiedy postanowiłam zainaugurować blog, przeszłam już fazę budowania komputerów, żeby się poświęcić zapełnianiu ich pamięci własnymi tekstami.
Była pełnia lata 2007 roku. Między jedenastą rano a piętnastą asfalt palił jak ogień. Rok wcześniej, kiedy lekarze upublicznili chorobę Fidela Castro, który następnie odsunął się od władzy, wstąpiła w nas nowa nadzieja. Żeby zmiany się urzeczywistniły, byliśmy gotowi na wszystko, nawet na zaakceptowanie siedemdziesięciopięcioletniego Raula Castro, który też jest częściowo odpowiedzialny za gospodarczą i społeczną katastrofę, jaką jeszcze dzisiaj przeżywa nasz naród.
Moje kroniki stawiały pierwsze kroki wraz z tymi oczekiwaniami, które były jednak krótkotrwałe, jak tysiące porzuconych w połowie stron w ogromnej przestrzeni internetu.
Nie tylko ja budziłam się z hipnozy, która kazała mi milczeć – na całej Wyspie widać było oznaki chęci zmierzenia się z niepewnościami. Człowiek nadający swoją osobowością rytm przeznaczeniu całej Wyspy przyznał, że jest chory. Od tego dnia gospodynie domowe stały się spokojniejsze, bo brazylijska telenowela wróciła na swoje miejsce w programie telewizyjnym, bez opóźnień powodowanych zazwyczaj przez Wielkiego Mówcę. Trenerzy sportowi odczuli ulgę, bo nie musieli już słuchać i stosować się do jego porad, podczas gdy meteorolodzy nadal się bali w samym środku huraganu, pamiętając dokładne i niepodważalne prognozy Głównego Eksperta. Ministrowie nie wiedzieli, czy mają sami podejmować decyzje, czy też Raul Castro odziedziczy wszystkie teki ministerialne, jakie dzierżył jego brat. Wszystkie te osoby, niektóre bardziej, niektóre mniej, przestały czuć na barkach ogromny ciężar koloru oliwkowego ‘. Ja w swoich tekstach też odważyłam się pójść dalej, co nie było możliwe pod surowym wzrokiem Fidela Castro, wolna od wzbudzającego strach palca, który mógłby wskazać nasze przestępstwa.
Chłopaki z aparatu bezpieczeństwa pewnie jeszcze spali albo sądzili, że ta chudzina założyła blog tylko po to, żeby go po jakimś czasie porzucić. Złe założenie, jeszcze gorsze – jeśli to możliwe – od strategii, jaką przyjmą, kiedy lawina komentatorów i dziennikarzy zmieni Generación Y w fenomen przekraczający moje najśmielsze oczekiwania.
Kolor mundurów wojskowych na Kubie.
Niektórzy mówią mi z sarkazmem, że gdybym nie mieszkała na Kubie, moja pisanina nikogo by nie interesowała. Gdybyś nie występowała przeciwko rządowi, odeszłabyś w niepamięć – przyznają głośno najbardziej zaciekli. Jakby człowiek mógł gdziekolwiek pozbyć się wpływu swojego środowiska i zachowywać się jak laboratoryjny szczur, odizolowany od rzeczywistości. To prawda, nie piszę mojego blogu z Boliwii ani Kanady, nigdy nie chodziłam po chodnikach w Sydney, zaś moje luki w wiedzy geograficznej są większe od dogłębnej znajomości ulic Hawany. Ale wszystkich tych, którzy wzywają mnie do konformizmu, argumentując, że w innych miejscach żyje się gorzej, pytam, dlaczego sami nie otworzą blogu i nie zaczną pisać o tym, co nie działa tak, jak powinno. Chciałabym zapewnić tych wszystkich, którzy dobrze mi życząc, chcieliby mnie uciszyć, że gdybym mieszkała sobie spokojnie w Sztokholmie, to jednak prowadziłabym blog.
Wklejam moje pierwsze teksty w hotelu, do którego zgodnie z prawem nie powinnam wchodzić. Moja jasna karnacja, odziedziczona po hiszpańskich dziadkach, pozwala mi oszukać portierów, którzy sądzą, że jestem cudzoziemką. Kiedy pytają mnie, dokąd idę, odpowiadam po niemiecku: Entschuldigung, ich spreche keinen Spanish (Przepraszam, ale nie mówię po hiszpańsku). W kieszeni mam pamięć USB zawierającą najnowsze wpisy, zegarek ostrzega mnie, że za piętnaście minut nie będę już mogła sobie pozwolić na zapłacenie wygórowanej ceny za połączenie internetowe. Aktualizowanie Generación Y jest stresujące, drogie i niebezpieczne. Zastanawiam się, po co to robię. Zauważam wielu Kubańczyków „przebranych” za cudzoziemców, którzy korzystają z usług telekomunikacyjnych w ten sam sposób. W większości są to młodzi ludzie, którzy umieją dobrze posługiwać się komputerem i potrafią zoptymalizować swój czas przebywania w sieci i wydać mniej pieniędzy. Niestety, wśród tych, którzy mieliby coś do powiedzenia, znajdują się też tacy, którzy cierpią na analfabetyzm informatyczny i przegrywają w wyścigu z czasem – jeśli za długo się wahasz między jednym kliknięciem a drugim, możesz wyjść z pustym portfelem.
Tyle przeszkód pokonałam, żeby dostać się do budynków dla turystów, a kilka miesięcy później rząd ogłosił koniec tego apartheidu, zezwalając na kupno komputerów i dając Kubańczykom pozwolenie na rezerwację pokoi w hotelach (chociaż nie wiadomo, z jakiej pensji mielibyśmy opłacić wygórowane ceny w wymienialnej walucie)2. Dzięki dobrze prosperującemu czarnemu rynkowi części i akcesoriów komputerowych nie musiałam czekać na taką spóźnioną decyzję.
Wiele ataków, których byłam celem od tamtego feralnego kwietnia, dotyczyło strony technicznej niezbędnej do istnienia mojego blogu: Kubańczycy, którzy wyjechali w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych albo na początku dziewięćdziesiątych, nie mogli zrozumieć, jak to możliwe, że posiadam komputer. To, że czasy się zmieniły, że udało nam się obalić mur kontroli, albo przynajmniej wykopać pod nim tunele, było argumentem, którego wielu z nich nie chciało słuchać. Posiadanie urządzenia marki Compaq było dla nich najbardziej dobitnym dowodem moich powiązań z kubańskimi służbami specjalnymi. Na moich przyjaciół – też uzależnionych od ekranu komputera – również padło podejrzenie, że są komputerowymi najemnikami. Przyznanie się przed dziesiątkami dziennikarzy, że mam laptopa, kiedy wszyscy wiedzieli, że nie mogłam go legalnie kupić w sklepach w moim kraju, niosło ze sobą ryzyko konfiskaty.
Mimo to moje ekshibicjonistyczne wypowiedzi zdawały się mnie chronić, a nie wystawiać na niebezpieczeństwo. Blogowanie było nowym zjawiskiem nawet dla cenzorów, którzy okazali się zupełnie do tego nieprzygotowani.
Od chwili, w której ściany otaczające moje życie zaczęły stawać się coraz bardziej przezroczyste i od kiedy ludzie z różnych krańców ziemi zaczęli się interesować moim stanem ducha i moimi obawami, każda próba uciszenia mnie powodowała jedynie coraz więcej wejść na serwer, gdzie umieszczony jest mój blog. Czasy się zmieniły, ale metody nacisku nie rozwinęły się z szybkością narzuconą przez technologię.
Informacje przemilczane przez oficjalne media docierają na Wyspę dzięki nielegalnym antenom satelitarnym, ukrywanym za prześcieradłami, gołębnikami albo zbiornikami wody. Wiele osób, które rozpoznaje mnie na ulicy, zobaczyło moją twarz w jakimś programie telewizyjnym nadawanym z Meksyku albo Miami. Nie wiedzą, czym jest blog, nigdy też nie używali internetu, ale kojarzą moją twarz z tym, co zakazane i tym samym bardziej atrakcyjne od rzeczy dozwolonych. Wcześniej byłam anonimową osobą, która przechodziła niezauważona, a teraz muszę zakładać ciemne okulary, żeby choćby częściowo ukryć twarz i nie zostać natychmiast zidentyfikowaną. Dziwna mieszanka, z jednej strony niesławy, a z drugiej prestiżu, jest jednym z największych żartów, jakie zrobił mi los w ciągu tych zwariowanych miesięcy: przemieszczałam się z jednego końca miasta na drugi, bez czterdziestu centów na autobus, tego samego dnia, w którym CNN nadawało wywiad przeprowadzony ze mną w moim domu, a moje palce – sfilmowane, kiedy przebiegają po klawiaturze – znalazły się na wszystkich kontynentach. Niektóre dowcipy powtarzały się co jakiś czas: żebym nie zapomniała, że chociaż znalazłam się na wąskiej liście dziesięciu iberoamerykańskich intelektualistów, stworzonej przez czasopismo „Foreign Policy”, moje ręce nadal będą sprzątać klatkę schodową mojego budynku. Kij i szmaty nie konweniują z postacią eterycznej myślicielki, z jaką niektórzy mnie utożsamiają, ale pozostaje mi satysfakcja, że na tej liście słynnych ludzi jestem jedyną, która czyści własne podłogi.
Stałam się właścicielką specjalnego oprogramowania, które pozwoliło na funkcjonowanie mojej strony jako blogu dopiero od połowy listopada, długo po tym, jak Reuters po raz pierwszy rozpowszechnił wiadomości o moim istnieniu. Z powodu ograniczonego dostępu do internetu instalacja nowej platformy Wordpress była bardzo skomplikowana, na tyle, że potrzebowałam pomocy przyjaciół mieszkających poza Kubą. To był pierwszy krok w kierunku powstania sieci obywatelskiej, która osiągnęła rozmiary, jakich wcześniej nie mogliśmy sobie wyobrazić.
Od października zaczęłam się czuć, jakbym znajdowała się na desce surfingowej. Grzbiet fali jest bardzo cienki i oddziela, z jednej strony otchłań ewentualnych represji, z drugiej – równie wielką przepaść: utratę prywatności, pęknięcie bańki tworzonej latami przez milczenie, odosobnienie i skrytość. Wiem jednak, że jedynie pogwałcenie mojej anonimowości i rozpowszechnienie moich tekstów sprawią, że nie skończę pochłonięta przez machinę, która wielu już pożarła. Niektórzy mówili o swoim życiu za pomocą mniej bezpośrednich środków wyrazu niż internet. Nikt nawet nie zauważył, że zostali uciszeni. Przez całe dekady nikt na świecie nie interesował się tymi, którzy zapadli się w czeluściach wydanych wyroków, wygórowanych kar i wymuszonej emigracji. A jednak, wiosną 2003 roku, pomimo szumu medialnego otaczającego wojnę w Iraku, międzynarodowa społeczność sprzeciwiła się w końcu aresztowaniom z 18 marca i zatrzymaniu siedemdziesięciu pięciu osób, w tym dziennikarzy i członków grupy opozycyjnych.
Kampanie o ich uwolnienie, prowadzone w sieci, za pośrednictwem środków masowego przekazu oraz w parlamentach poszczególnych krajów, doprowadziły do zwolnienia niektórych więźniów, ale inni, jak Adolfo, wciąż znajdują się za kratami, po ponad pięciu latach. Jak trafnie mówi poeta Eugenio Florit, to im zawdzięczamy, że przeżyliśmy, ponieważ bez powszechnego odrzucenia nadgorliwego użycia ley mordaza3 kubański rząd byłby nadal strażnikiem więziennym, który trzyma osadzonych w kazamatach. „Kto poległ za moje życie?” – pyta w wierszu El ausente (Nieobecny) i ja też za pomocą mojego blogu pytam: „Ilu musiało stracić wolność, żebym ja dzisiaj mogła pisać te posty?”.
Nie jestem internautką ani nigdy nie surfowałam po sieci jak ktoś, kto przepływa oceany informacji, ale stałam się specjalistką od wyłuskiwania z sieci wszystkiego, co jest mi potrzebne, w możliwie najkrótszym czasie. My, Kubańczycy, nie jesteśmy zarejestrowanymi użytkownikami stron WWW, bo nasze wyprawy w te rejony są nielegalne. Popełniamy wykroczenie, kupując na czarnym rynku kartę sieciową i używając oficjalnego łącza, żeby uzyskać dostęp do wiadomości, które miały pozostać „tajne”, ale także wtedy, gdy zamiast uciekać się do tych podstępów, płacimy szalone kwoty za użytkowanie internetu w jakimś hotelu – w tym przypadku nielegalny jest sposób, w jaki zdobyliśmy pieniądze. Ja na przykład należę do tej ostatniej grupy przestępców, ponieważ od siedmiu lat zarabiam na życie jako nauczycielka hiszpańskiego i przewodniczka po mieście, mimo że nie mam do tego uprawnień. W ten sposób udało mi się uzyskać finansową autonomię, niezbędną do tego, aby móc się również cieszyć polityczną niezależnością od państwa. Na szczęście pojedynczy wolni strzelcy, w odróżnieniu od większych grup, nie mogą być odkryci na czas przez aparat nadzoru, który jeszcze nie jest dostatecznie przygotowany na siłowanie się z samotnymi szaleńcami.
Dopiero kiedy tygodnik „Time” umieścił mnie na liście stu najbardziej wpływowych osób w 2008 roku, Komendant zniżył się do przypuszczenia na mnie pierwszego ataku. We wstępie do książki o solidarności w Boliwii napisał: „Niektórzy młodzi Kubańczycy zostali specjalnie wysłani, żeby przeprowadzać nielegalne manewry i tworzyć neokolonialną prasę na zlecenie antycznej metropolii hiszpańskiej, która im za to płaci”4.
Należę do tej grupy osób, które nigdy nie marzyły o spotkaniu z Najwyższym Przywódcą. Nie szlifowałam argumentów, żeby go do nich przekonać, ani nie robiłam listy problemów, żeby mu ją przedstawić. Wolę myśleć, że nigdy go nie zobaczę na żywo, w odróżnieniu od wielu innych ludzi, polujących na okazję, która pozwoliłaby im na dialog z władzą. Myśl o ewentualnym dialogu nie wzbudza we mnie żadnej osobistej satysfakcji, wolę skazać na brak odpowiedzi osobę, która przesyciła moje życie swoim wizerunkiem, swoim oliwkowym mundurem i niekończącymi się przemowami. Czy lepsze jest odparcie oskarżenia, że produkuję „neokolonialną prasę na zlecenie antycznej metropolii hiszpańskiej”, niż danie do zrozumienia, poprzez moją obojętność, że On mnie nic nie obchodzi? Jak w prawdziwym meczu piłkarskim, podałam piłkę odpowiedzi mojemu mężowi, Reinaldo, należącemu do pokolenia tych, którzy czekali na możliwość walki z najwyższym przywódcą.
Kiedy Generación Y już od miesiąca istniało w sieci, wpadł mi w ręce tekst Andrew Sullivana zatytułowany Why I blog (Dlaczego piszę blog). Po przeczytaniu go zrozumiałam, że moje wpisy nie podporządkowują się typowej definicji blogu. Nie miałam możliwości publikowania każdego dnia albo pisania na gorąco o tym, co się właśnie dzieje na rogu ulicy. Nie mogłam nawet brać udziału w dyskusjach, które każdy z moich postów wywoływał, ani odpowiadać na pytania wysyłane przez czytelników. Wiele osób, nie rozumiejąc sytuacji blogerki pozbawionej nieograniczonego dostępu do internetu, złościło się, kiedy po wielu dniach nie otrzymywało wyjaśnień. Powstała grupa stałych bywalców Generación Y zmienili blog w swoje terytorium i stworzyli społeczność, której głównym celem są dyskusje na tematy kubańskie. Część komentatorów, nazywających siebie „prawdziwymi obywatelami, sympatykami kubańskiego rządu”, często ucieka się do obmowy, oczerniania i kalumnii. Biorąc jednak pod uwagę wysokie koszty dostępu do internetu, nikt nie wyrzucałby takich pieniędzy, żeby prowadzić wojny ideologiczne i powtarzać dokładnie te same rzeczy, które codziennie można usłyszeć w telewizji, gdyby nie był pod osłoną jakiejś instytucji. To największy błąd, jaki popełniają ludzie ukrywający się za licznymi okrzykami, pełnymi sloganów używanych przez system. Ci osobnicy spełniają w internecie to samo zadanie, które brygady szybkiego reagowania wykonują za pomocą kamieni i kijów na kubańskich ulicach. Obydwie grupy, udając „entuzjastyczne społeczeństwo”, kierują się wskazówkami z góry i próbują zastraszyć tych, którzy myślą inaczej niż oni. Ich wirtualny odłam został na moim blogu ochrzczony „brygadami cyfrowego reagowania”. Musimy żyć z tą grupą „wysłanników”, chociaż wychodzimy z tych potyczek poobijani. Natomiast trolle są oszalałą wersją brygad cyfrowego reagowania. Ci nie chcą nawet udawać, że bronią jakiejś idei. Umieszczają wśród komentarzy na moim blogu zarówno pierwszy rozdział Kapitału, jak i książkę telefoniczną z Sydney. Te lwy sieci wybrały komentarze na Generación Y jako sposób wyrazu, wiedząc doskonale, że nie mogę ich moderować ani przesiewać.
Innym źródłem nieustannych spekulacji trolli, i nie tylko, jest moja decyzja o powrocie na Kubę. Powrotu ze Szwajcarii do dzisiaj nie zrozumiał nikt, włącznie ze mną. Nie wiem, co mnie popchnęło do spakowania walizek, „zrujnowania przyszłości” mojego syna i powrotu do miejsca, z którego prawie wszyscy chcą uciec. Uzasadnienie tej decyzji jest niemal tak nieprzeniknione, jak powód pisania Generación Y. Motywy rodzinne, choroba mojego ojca i bolesne oddalenie od przyjaciół były tylko pretekstami. Od jakiegoś czasu słyszałam natarczywy głosik powtarzający: „Uciekłaś, udało im się ciebie pozbyć”. Wielu z nas po jakimś czasie przyglądania się Wyspie z daleka zaczyna myśleć, że można wrócić i coś zmienić. To ułuda, która szybko mija, kiedy oficer straży granicznej patrzy na ciebie i pyta: „Po co przyjeżdżasz na Kubę?”. W tej chwili zdajesz sobie sprawę z tego, że wprawdzie dopiero co przyjechałaś, ale najlepiej byłoby natychmiast wyjechać. Zaciskasz jednak zęby i odpowiadasz, że odwiedzasz rodzinę. Kiedy spotykasz ludzi, których wspominałaś z nostalgią, zauważasz, że nie są już tacy sami i że ty też się zmieniłaś. Chciałabyś opowiadać, jak wyglądało twoje życie za granicą, ale nie słuchają ciebie, mówią tylko o swoich problemach i uciszają, kiedy ich zachęcasz do zbuntowania się.
Zagraniczni korespondenci z pozwoleniem zamieszkania na Kubie odkryli moją stronę parę miesięcy po tym, jak napisałam pierwszy post. Najpierw nie mogłam się opędzić od telefonów, później, kiedy Międzynarodowe Centrum Prasowe – w założeniu pomagające tym dziennikarzom w pracy, ale w rzeczywistości będące narzędziem kontroli – ostrzegło ich, że jestem tworem środków przekazu i najprawdopodobniej agentką CIA, milczenie telefonu przywróciło spokój moim dniom. W tamtej chwili zrozumiałam, że pomimo mojego szarego paszportu – na który podejrzliwie patrzą na każdym lotnisku na świecie – i mojego braku praw, jestem bardziej niezależna od tych korespondentów, którzy postanowili uwierzyć w domniemane niebezpieczeństwo kontaktów ze mną. Nie mogę stracić pozwolenia na mieszkanie w moim kraju, bo nie mogą mnie z niego wyrzucić; nie mogą nawet odebrać mi domu, bo nigdy nie miałam nic oprócz tego, co jest obleczone moją skórą. Zagraniczni dziennikarze mają wiele do stracenia, podczas gdy ja nie posiadam żadnej własności, która mogłaby mi zostać odebrana. Nawet wolność jest dobrem, którego już zostałam pozbawiona.
Nieważne, ile jeszcze razy podkreślę mój stan „wolnego elektronu”, zawsze znajdzie się ktoś, kto uwierzy w surowy tekst, napisany wyłącznie po to, żeby mnie zniszczyć. Według niego zostałam wyszkolona przez CIA, wytrenowana na rozkaz Carlosa Alberto Montanera5 – pisarza, którego chętnie czytam, ale do którego nigdy nie podeszłam, nawet kiedy zobaczyłam go w ogromnej poczekalni pewnego lotniska. Niektóre strony internetowe odmalowują mnie natomiast niczym jakąś karykaturę Jamesa Bonda i utrzymują, że mam instynkt pokerzysty i jestem utrzymywana przez wielkie konsorcja informacyjne, przesiąkłam zapachem dolarów. Rzeczywistość jest tak daleka od tych wymysłów, że nigdy się nie przejęłam określeniem „Yoani – instrument imperializmu”. Takie oskarżenia wywołują we mnie raczej śmiech niż obrzydzenie. W najgorszym wypadku wyjdzie z tego film z karaibskim Rambo w roli głównej.
Od grudnia, kiedy to „The Wall Street Journal” opublikował długi wywiad ze mną, zaczęło się tworzyć wokół mnie coś w rodzaju radioaktywnej strefy. Niektórzy, z typową oględnością okazywaną skazańcom albo chorym, przestali do mnie dzwonić i kiedy mnie spotykali, rozmawiali tylko o rodzinie i dzieciach. Inni zostali ze mną dłużej w bliskich relacjach, aż poziom skażenia okazał się zbyt niebezpieczny. Jedna z moich przyjaciółek, oburzona i przygnębiona, powiedziała mi, że jej matka zakazała jej do mnie dzwonić. Jej starszy brat szukał pracy w turystyce i nadgorliwa matka obawiała się, że jej numer zostanie dodany do szczegółowego wykazu połączeń z moją linią telefoniczną. Niedługo potem, w tym męczącym maju, po którym zostało mi jeszcze mniej pomocnych rąk, ona też zniknęła na dobre.
Noc, kiedy mój syn położy się już spać, a sąsiedzi ucichną, jest najlepszym czasem na pisanie. Reinaldo robi herbatę, a ja wybieram z obrazów dnia te wycinki, które zostaną opublikowane jutro. Nie mam ani obiektywności analityka, ani narzędzi pracy dziennikarza, ani tym bardziej delikatnej powściągliwości naukowca. Moje teksty są impulsywne i subiektywne: jestem tak niegodziwa, jak o mnie mówią, i używam pierwszej osoby liczby pojedynczej oraz piszę jedynie o rzeczach, których sama doświadczyłam. Nikt nigdy mnie nie uczył, w jaki sposób przekazuje się informacje, ale filologia pozostawiła po sobie niepodważalny dar składania zdań bez popełniania zbyt wielu błędów.
Kiedy w maju 2008 roku otrzymałam Nagrodę im. Ortegi y Gasseta za pracę na polu wirtualnym, byłam jeszcze mniej dziennikarką niż informatykiem. Siedem lat spędzonych na objaśnianiu cudzoziemcom, jak funkcjonuje miasto i moja zagadkowa wyspa, były doskonałym treningiem do pisania tych pozbawionych złudzeń notatek o tym, co widzę dookoła siebie. Tłumaczenie innym świata niezrozumiałego również dla mnie nasunęło mi wiele pytań. Kiedy tyle się chodzi między zrujnowanymi budynkami, tworzącymi moje miasto, przestaje się w pewnym momencie widzieć balkon, który zaraz się zawali, albo kałużę ze ściekami i swoją w niej stopę. Oczami zagranicznych studentów odkrywam na nowo rzeczy, których nie zauważałam.
Mój blog ma także swojego nieustępliwego korektora, który oprócz tego, że jest surowym krytykiem, potrafi też najlepiej na świecie umyć naczynia. Kiedy jeden ze znajomych zapytał Reinalda, czy odczuwa dumę czy zazdrość z sukcesu mojego blogu, on zripostował: „Czystą zazdrość, bo gdybym powiedział ci, że dumę, to mogłoby wyglądać, jakbym ja miał jakieś zasługi w jej zwycięstwie, a wcale tak nie jest”. Skromność zdecydowanie nie jest najbardziej oczywistą cechą mojego męża, ale w tym przypadku pominął wszystko, za co jest odpowiedzialny. Dziennikarz, wydalony z czasopisma „Juventud Rebelde” za swoje niezależne poglądy, jest wielkim sprzymierzeńcem Generación Y, chociaż nie jedynym: mogę również liczyć na grupę tłumaczy, którzy przekładają moje teksty na ponad czternaście języków. Są to osoby, które pewnego pięknego dnia przysłały mi e-mail, a ja, z tą wiarą w drugiego człowieka, która pozwala ufać komuś, kogo nigdy nie widzieliśmy, dałam im hasło, żeby mogli niezależnie publikować wersję angielską, francuską, włoską czy finlandzką moich tekstów. Mój blog bardzo się rozrósł i można go teraz czytać zarówno w alfabecie łacińskim, jak i w japońskich ideogramach. Kiedy na serwerach w hotelach i kafejkach internetowych zablokowano dostęp do mojej strony, musiałam wymyślić alternatywny sposób na umieszczanie nowego wpisu każdego dnia. I to właśnie te wirtualne przyjazne ręce pomogły mi utrzymać blog przy życiu. Zmieniłam się w ślepą blogerkę, ale właśnie brak możliwości administrowania własną stroną stał się kolejnym motywem do pisania.
Tracę przyjaciół w świecie rzeczywistym, a jednocześnie przestrzeń wirtualna powołuje do życia nowe relacje, które stały się nieodłączną częścią mojego pisania i główną tarczą chroniącą mnie przed ewentualnymi represjami. Zaimprowizowany taniec w dniu, w którym w muzeum komunikacji w Berlinie ogłoszono Generation Y najlepszym blogiem w sieci, przez długi czas będzie podrywać członków światowej blogosfery. Ramię w ramię przemierzyliśmy wyimaginowany nadmorski bulwar, podczas gdy obwieszczano, że mój blog – nasz blog – otrzymał nagrodę.
Kiedy byłam mała, byłam pionierką wytrenowaną w powtarzaniu sloganów, zaś z czasem, jako nieśmiała nastolatka, zainteresowałam się wszystkimi ezoterycznymi tekstami, jakie mogłam znaleźć. To pewnie nie wystarczy tym, którzy chcieliby przeczytać coś, co by im przybliżyło moją osobę. Próbuję mówić, że jestem jedynie trzydziestolatką, która ma nałóg stukania w klawisze i uwielbia zapisywać zdarzenia ze swojego życia, ale to im nie wystarczy. Chcieliby, żebym powiedziała – jak to bywa w niektórych trochę przesadzonych biografiach – że zawsze byłam buntowniczym elementem, jakim się najwyraźniej teraz okazałam. Ale nie mogę, Generación Y jest najbardziej ryzykowną rzeczą, jaką zrobiłam w ciągu trzydziestu dwóch lat mojego życia, do tego stopnia, że kiedy zaczęłam pisać mój blog, często trzęsły mi się kolana.
