Córeczki - Adrian Bednarek - ebook
NOWOŚĆ

Córeczki ebook

Bednarek Adrian

4,5

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Wspólna tajemnica jednoczy bardziej niż więzy krwi

Ewa jest niedoszłą policjantką, która prowadzi butik w centrum Częstochowy. Pola zrezygnowała ze studiów medycznych i ledwie wiąże koniec z końcem, udzielając lekcji pole dance. Dzieli je prawie wszystko: wiek, osobowość, plany na przyszłość. Łączy zamaskowany morderca zwany Strachem na Wróble, który w odstępie dziesięciu lat sprowadził koszmar na ich rodziny.

Kiedy Ewa przypadkiem wpada na trop prowadzący do Stracha, nie waha się prosić Poli o pomoc. Wspólnie postanawiają odnaleźć bezwzględnego psychopatę, którego tożsamość pozostaje zagadką od ponad dwudziestu lat. Rozpoczyna się drobiazgowe i pełne zwrotów akcji śledztwo, które zmieni niejedno ludzkie życie. A to dopiero początek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 456

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (33 oceny)
22
8
1
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Artigiana

Nie oderwiesz się od lektury

Do tej pory nie było mi po drodze z autorem. Wiecznie było coś innego do przeczytania... Głupia ja. "Córeczki" to nasze pierwsze spotkanie i już wiem, że na pewno nie ostatnie. Historia Ewy i Poli to genialne studium psychologiczne tych, które ocalały. Życie że świadomością, że tylko wybór innego człowieka ( z mojej perspektywy wybór absolutnie niemożliwy ) sprawił, że to one żyją. Książka kilka razy mnie zaskoczyła. Już mi się wydawało, że sprawę " rozgryzłam", a ona wtedy pokazywała mi takiego soczystego fucka i okazywało sie, że w sumie jednak nie wiem nic. Zostałam zmuszona do zastanowienia się, czy jako matka dwóch córek uważam, że wybór, którego musiały dokonać matki bohaterek jest w ogóle możliwy...i dawno żadna myśl mnie tak nie przeraziła. Książka jest mega. Wam ją bardzo serdecznie polecam, a ja na pewno jeszcze wrócę do twórczości autora
20
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
pgalinski85

Dobrze spędzony czas

ok ae lepsze czytalem tego autora
00
natiszon

Nie oderwiesz się od lektury

„My, zwykli ludzie, musimy próbować przetrwać i się przy tym nie zeszmacić". Po pewnych wydarzeniach nie da się ot tak wrócić do normalności. Ciągną się za człowiekiem, wiążąc go w tym jednym ułamku sekundy, pozostawiając w głowie paraliżujący lęk, dławiąc wspomnieniami. Bo są wybory, których nikt nigdy nie powinien dokonywać. Rozdzierające decyzje uwięzione w bezlitośnie uciekającym czasie: trzydzieści sekund, dwadzieścia, dziesięć… I strzał, który kończy o wiele więcej niż tylko jedno istnienie. W tym jednym momencie bezpowrotnie umiera cała beztroska. Pola i Ewa przeżyły, ale to, co przeszły, pozostaje w ich myślach i dyktuje każdą ich kolejną decyzję. Początkowo żadna z głównych bohaterek nie wzbudziła we mnie sympatii, drażniło mnie ich zachowanie, decyzje i podejmowane wybory. Nie potrafiłam się do nich przekonać. Jednak podświadomie czułam, że ich zachowanie ma swoje źródło, gdzieś w głębokiej przeszłości. Gdy dowiedziałam się, co przeżyły, wtedy zrozumiałam tę nieustanną c...
00
Katakan2020

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna ksiażka
00



Dla Da­rii,naj­lep­szej żony i przy­ja­ciół­ki,jaką mógł­bym so­bie wy­ma­rzyć.

PROLOG

Lufa pi­sto­le­tu wbi­ja­ła się w jej gło­wę z taką siłą, jak­by ktoś pró­bo­wał prze­wier­cić czasz­kę wier­tar­ką. Co chwi­lę chłod­na stal ze­śli­zgi­wa­ła się na boki, ude­rza­jąc o kość cie­mie­nio­wą i czo­ło­wą. Męż­czy­zna nie mógł utrzy­mać bro­ni w jed­nym punk­cie. Pew­nie przez to, że po­twor­nie drża­ła jej szczę­ka. Zu­peł­nie jak po wyj­ściu z zim­ne­go ba­se­nu na jesz­cze zim­niej­sze po­wie­trze. Resz­tą cia­ła wstrzą­sa­ły dresz­cze jak przy ata­ku pa­dacz­ki. Ni­g­dy do­tąd w swo­im dzie­się­cio­let­nim ży­ciu nie była tak prze­ra­żo­na. Klę­cza­ła na łóż­ku. Nogi nie­mal zdrę­twia­ły. Wzrok mia­ła wbi­ty w pod­ło­gę. Bała się spoj­rzeć na oso­bę klę­czą­cą na­prze­ciw­ko niej. Niby była jej bli­ska, ale te­raz wy­da­wa­ła się cał­ko­wi­cie obca.

Dwa razy zdą­ży­ła zmo­czyć się ze stra­chu. Jej uszu do­bie­ga­ły prze­raź­li­we pi­ski i bła­gal­ne okrzy­ki. Ona sama nie ode­zwa­ła się sło­wem. Strach sku­tecz­nie zwią­zał jej ję­zyk. Męż­czy­zna trzy­ma­ją­cy pi­sto­let po­cze­kał, aż la­men­ty po­zo­sta­łych osób znaj­du­ją­cych się w po­ko­ju do­bie­gną koń­ca, i twar­dym gło­sem oznaj­mił, że wię­cej nie po­wtó­rzy swo­je­go py­ta­nia. Wcze­śniej przed­sta­wił re­gu­ły gry i kon­se­kwen­cje bra­ku od­po­wie­dzi. Były jesz­cze gor­sze, niż gdy­by od­po­wiedź zo­sta­ła mu udzie­lo­na.

Chwy­cił ją moc­no za kark. Mo­men­tal­nie ze­sztyw­nia­ła. Lufa pi­sto­le­tu za­sty­gła na środ­ku ma­łej głów­ki. Męż­czy­zna roz­po­czął od­li­cza­nie, a ona znów po­pu­ści­ła.

– Sześć, pięć, czte­ry…

Każ­da se­kun­da zda­wa­ła się trwać w nie­skoń­czo­ność. Przy­mknę­ła po­wie­ki. Ser­ce gwał­tow­nie przy­spie­szy­ło. Po­my­śla­ła o ta­cie. Tak bar­dzo za nim tę­sk­ni­ła. Gdy­by żył, nie zna­la­zła­by się w ta­kiej sy­tu­acji. Lufa wbi­ja­ła się co­raz moc­niej. Za­ci­snę­ła piąst­ki na wil­got­nym prze­ście­ra­dle. Po­czu­ła pie­ką­ce łzy żalu.

– Trzy, dwa…

Od­li­cza­nie do­bie­gło koń­ca, czas sta­nął w miej­scu. Lufa na­gle znik­nę­ła z jej gło­wy. Dziew­czyn­ka za­mar­ła w bez­ru­chu. Cze­ka­ła, aż usły­szy od­po­wiedź, któ­ra za­de­cy­du­je o jej ży­ciu.

1

– Mogę pro­sić roz­miar czter­dzie­ści dwa? – Lek­ko za­chryp­nię­ty, mło­dy mę­ski głos przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści.

W ten cie­pły wrze­śnio­wy dzień cią­gle od­pły­wa­ła my­śla­mi. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy przy­stoj­ny bru­net wszedł do jej skle­pu. Ta­kich jak on przy­cho­dzi­ło tu wie­lu. Wy­mu­ska­nych li­ce­ali­stów albo stu­den­tów. Ocho­czo wy­da­wa­li for­sę ro­dzi­ców na luk­su­so­we ciu­chy do ćwi­czeń. Chło­pak, któ­ry miał nie wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat, był zu­peł­nie nie w jej ty­pie. Wła­ści­wie to cał­ko­wi­cie w jej ty­pie, choć bar­dzo chcia­ła temu za­prze­czyć.

– Roz­miar cze­go? – Wsta­ła z fo­te­la usta­wio­ne­go obok drzwi pro­wa­dzą­cych na za­ple­cze i le­ni­wie po­de­szła do swo­je­go sta­no­wi­ska pra­cy.

Chy­ba roz­ba­wi­ła go tym py­ta­niem. Śmiał się, cze­ka­jąc, aż do­trze przed nie­wy­so­ką ladę, na któ­rej oprócz kom­pu­te­ra i czyt­ni­ka kart sta­ła nie­do­pi­ta kawa i nad­gry­zio­ny ka­wa­łek cro­is­san­ta.

– Do­kład­nie tego mo­de­lu. – Po­sta­wił na bla­cie parę za­je­bi­ście dro­gich bu­tów do bie­ga­nia, uśmiech­nął się i ob­cza­ił ją ka­wa­łek po ka­wał­ku.

Przy­zwy­cza­iła się do dwu­znacz­nych spoj­rzeń ma­ło­la­tów. Mie­li po­wo­dy, żeby się na nią ga­pić. Zresz­tą sama uwa­ża­ła się za pięk­ną ko­bie­tę. Metr sześć­dzie­siąt dwa, pięć­dzie­siąt je­den kilo czy­stej ko­bie­co­ści nie­znisz­czo­nej idio­tycz­ny­mi die­ta­mi, lek­ko krę­co­ne kasz­ta­no­we wło­sy się­ga­ją­ce pier­si i twarz in­try­gu­ją­cej waż­niacz­ki, jak zwykł ma­wiać fa­cet, z któ­rym kie­dyś pla­no­wa­ła spę­dzić resz­tę ży­cia. Je­dy­ne, do cze­go sama mo­gła­by się przy­cze­pić, to wła­śnie twarz. Daw­ne wy­da­rze­nia spra­wi­ły, że przez stres, ból i nad­miar emo­cji szyb­ko się sta­rza­ła. Jesz­cze przez mie­siąc licz­ba jej lat mia­ła się za­czy­nać od dwój­ki, a jed­nak cza­sa­mi, gdy pa­trzy­ła w lu­stro, od­no­si­ła wra­że­nie, że wy­glą­da jak trzy­dzie­sto­kil­ku­let­nia ma­mu­sia. Tyle że Ewa nie była ma­mu­sią, a jej ży­cie przy­po­mi­na­ło go­to­wy sce­na­riusz do na­krę­ce­nia dra­ma­tu. Tra­ge­die spa­da­ły na jej ro­dzi­nę se­ria­mi, ni­czym nie­miec­kie bom­by na War­sza­wę.

Mimo to uda­ło jej się wyjść na lu­dzi. Była nie­za­leż­na, pro­wa­dzi­ła swój biz­nes, a w oczach mło­dych chło­pa­ków ucho­dzi­ła za nie­złą szpry­chę. Nowy klient nie sta­no­wił wy­jąt­ku.

– Spraw­dzę. – Po­zo­sta­ła obo­jęt­na na jego lu­stra­cję i za­czę­ła prze­szu­ki­wać sta­ny ma­ga­zy­no­we w kom­pu­te­rze.

Chło­pak wy­brał so­bie mo­del za sie­dem stó­wek. Pew­nie zna­ko­mi­ty, je­śli się bie­ga. Ewa prze­sta­ła dość daw­no, gdy do­tar­ło do niej, że ni­g­dy nie bę­dzie po­li­cjant­ką, a utrzy­my­wa­nie for­my mija się z ce­lem i kosz­tu­je mnó­stwo cza­su. Kie­dyś zo­sta­nie gli­ną było jej ma­rze­niem. Li­czy­ła, że dzię­ki splu­wie i od­zna­ce roz­wią­że swo­je pro­ble­my. Osta­tecz­nie, choć bez kło­po­tów zda­ła eg­za­mi­ny wstęp­ne i do­sta­ła się do szko­ły po­li­cyj­nej w Szczyt­nie, nie roz­po­czę­ła na­uki. To ozna­cza­ło­by wy­jazd na dru­gi ko­niec Pol­ski. Mama od razu za­czę­ła świ­ro­wać.

Nie mo­gła zo­sta­wić jej sa­mej. Ewa czu­ła, że jest jej win­na do­ży­wot­nią wdzięcz­ność. Dla­te­go ukoń­czy­ła stu­dia na lo­kal­nej po­li­bu­dzie – co in­ne­go mo­gła zro­bić? Nie­ste­ty z bra­ku laku wy­bra­ła kie­ru­nek, na któ­ry naj­ła­twiej było się do­stać. Tu­ry­sty­ka i re­kre­acja. Przez wzgląd na mamę i tak nie za­mie­rza­ła pra­co­wać poza mia­stem, więc ty­tuł ma­gi­stra mo­gła so­bie wsa­dzić… Ro­bo­ty w Czę­sto­cho­wie było jak na le­kar­stwo.

Na stu­diach po­zna­ła Paw­ła, chy­ba się za­ko­cha­ła, prze­ży­ła dwu­let­ni zwią­zek, uro­czy­ste za­rę­czy­ny, okres prób­ny miesz­ka­nia pod jed­nym da­chem, wy­bór sali we­sel­nej, suk­ni ślub­nej, roz­wo­że­nie za­pro­szeń dla go­ści oraz anu­lo­wa­nie ca­łej im­pre­zy ty­dzień przed. Wszyst­ko przez cza­ru­ją­ce­go osiem­na­sto­lat­ka i jej głu­po­tę. W koń­cu sama ule­gła po­ku­sie i po­da­ła mu swój nu­mer. Pech spra­wił, że chło­pak za­dzwo­nił aku­rat wte­dy, kie­dy Pa­weł wy­szedł z ła­zien­ki, a ona tego nie za­uwa­ży­ła. Pod­słu­chał, jak się uma­wia­ją w mo­te­lu pod mia­stem, i przy­szłe mał­żeń­stwo szlag tra­fił.

Z cza­sem roz­sta­nie z Paw­łem uzna­ła za jed­ną z lep­szych rze­czy, któ­re ją spo­tka­ły. Jesz­cze na stu­diach po­ma­ga­ła mu roz­krę­cić mar­ną fir­mę spro­wa­dza­ją­cą chiń­skie ze­gar­ki. Nie­do­szły fi­nan­so­wy kre­zus ubz­du­rał so­bie, że wy­star­czy ścią­gnąć tani szmelc, nadać mu wło­sko brzmią­cą na­zwę i to­war sam się sprze­da. Nie sprze­da­wał się, cią­gle trze­ba było szu­kać klien­tów i wcho­dzić im w dupy. Nie­na­wi­dzi­ła tej ro­bo­ty, chy­ba po­dob­nie jak jego. Od­kąd za­miesz­ka­li ra­zem i zda­ła so­bie spra­wę, że Pa­weł to bu­ja­ją­cy w ob­ło­kach nie­udacz­nik, prze­sta­ła mu po­ma­gać i pod­ję­ła pra­cę w agen­cji ochro­niar­skiej.

Zwol­ni­ła się po kil­ku la­tach, już jako sin­giel­ka. Pil­no­wa­nie, żeby lu­dzie nie pa­li­li pa­pie­ro­sów w sek­to­rach ro­dzin­nych, uspo­ka­ja­nie pi­ja­nych ki­bi­ców w po­zo­sta­łych pod­czas nie­dziel­nych me­czów żuż­lo­wych oraz prze­wo­że­nie kasy dla Bie­dron­ki czy Li­dla prze­sta­ły ją ba­wić. Pół­to­ra roku temu do­sta­ła do­ta­cję i otwo­rzy­ła bu­tik z eks­klu­zyw­ny­mi ciu­cha­mi do ćwi­czeń. Wy­naj­mo­wa­ła lo­kal w sa­mym cen­trum Czę­sto­cho­wy.

– Przy­kro mi. – Przej­rza­ła stan swo­je­go ma­ga­zy­nu, spraw­dzi­ła też u przed­sta­wi­cie­li pro­du­cen­ta w in­nych mia­stach. – To ostat­nia para.

– A to pe­szek – rzu­cił za­lot­nie chło­pak, opie­ra­jąc je­den ło­kieć na la­dzie. – Da się pani za­pro­sić na kawę po pra­cy? – spy­tał bez cie­nia skrę­po­wa­nia. Mło­dzi zwy­kle ude­rza­li do niej bez­po­śred­nio. Nie ba­wi­li się w pod­cho­dy.

Schle­bia­ło jej to. Lu­bi­ła ten typ fa­ce­tów. Doj­rza­li albo byli już po przej­ściach i szu­ka­li za­stęp­stwa dla by­łej żony, ewen­tu­al­nie sta­łej ko­chan­ki, albo ni­g­dy nie do­ro­śli i nie po­tra­fi­li nic zro­bić ze swo­im ży­ciem. Mło­dzi mie­li pa­sję, wie­rzy­li, że świat leży u ich stóp. Czas mi­ło­snych za­wo­dów i ży­cio­wych roz­cza­ro­wań był do­pie­ro przed nimi. Ob­sta­wia­ła, że ten w skle­pie szyb­ko za­szu­flad­ko­wał ją do gru­py nie­brzyd­kich sa­mot­nych pa­nie­nek tuż przed trzy­dziest­ką i uznał za de­spe­rat­kę lub pusz­czal­ską. Ewa nie była żad­ną z nich, choć jesz­cze nie tak daw­no da­wa­ła się mło­dzia­kom za­pra­szać na kawę, a po­tem na drin­ka. Zwy­kle koń­czy­ło się w łóż­ku.

– Ku­sisz, chłop­czy­ku, ale tro­chę się spóź­ni­łeś. – Spoj­rza­ła na nie­go, przy­bie­ra­jąc „waż­nia­ko­wa­ty” wy­raz twa­rzy, któ­ry tak bar­dzo po­cią­gał fa­ce­tów. Wciąż nie ro­zu­mia­ła, cze­mu lecą na naj­gor­szą minę, jaką po­tra­fi­ła za­ser­wo­wać. – Mam po dziur­ki w no­sie kom­pli­ka­cji, nie szu­kam na­stęp­nych. Nie no­szę ob­rącz­ki, ale to nie ozna­cza, że je­stem sama. Ku­pu­je­my inne bu­ci­ki czy wy­cho­dzi­my?

– Je­śli to coś zna­czy, wiedz, że mam dziew­czy­nę i też nie po­trze­bu­ję kom­pli­ka­cji – pró­bo­wał da­lej, nie­zra­żo­ny. Li­czył, że je­śli po­chwa­li się, ja­kim jest dup­kiem, i po­trak­tu­je ją jak dziw­kę, chęt­niej wsko­czy mu do łóż­ka.

Ewa nie na­le­ża­ła do grzecz­nych dziew­czy­nek. Kie­dyś sko­ki w bok po­ma­ga­ły jej stłu­mić smu­tek, póź­niej sta­no­wi­ły od­skocz­nię od co­dzien­no­ści z Paw­łem, a po­tem były spo­so­bem na za­po­mnie­nie o nim i o wła­snej sa­mot­no­ści. Ale od­kąd za­miesz­ka­ła u Iwa, na­praw­dę po­czu­ła po­trze­bę sta­bi­li­za­cji. Rza­dziej my­śla­ła o ży­cio­wych ob­se­sjach i nie ro­bi­ła żad­nych sko­ków w bok.

– Świet­nie, za­proś ją na kawę. U mnie co naj­wy­żej ku­pisz buty.

– Na pew­no się nie zgo­dzisz?

– Może w przy­szłym ży­ciu…

Spoj­rzał na nią z re­zy­gna­cją. Nie miał po­ję­cia, że Ewa mó­wi­ła po­waż­nie. Głę­bo­ko wie­rzy­ła, że każ­de­mu dane jest dru­gie ży­cie. To po­zwa­la­ło choć czę­ścio­wo go­dzić się ze śmier­cią i rze­czy­wi­sto­ścią. Od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, cią­gle tę­sk­ni­ła za zmar­ły­mi. Nic poza na­dzie­ją na spo­tka­nie ich w przy­szłym ży­ciu nie było w sta­nie uci­szyć we­wnętrz­ne­go krzy­ku roz­pa­czy.

– W ta­kim ra­zie jesz­cze się za­sta­no­wię, ja­kie buty wy­brać, i wró­cę kie­dy in­dziej. – Ukło­nił się szar­manc­ko.

Nie chce być na­tręt­ny, ale ła­two się nie pod­da­je –po­my­śla­ła.

– Gdy­by jed­nak zna­la­zła pani roz­miar albo coś, przez naj­bliż­sze pół go­dzi­ny będę w ka­wiar­ni za ro­giem. Na­szła mnie strasz­na ocho­ta na słod­ką prze­ką­skę – po­wie­dział, nie­chcą­cy przy­po­mi­na­jąc jej o cro­is­san­cie, któ­re­go nie zdą­ży­ła zjeść na śnia­da­nie.

– Będę pa­mię­tać. – Bar­dziej mia­ła na my­śli ro­ga­la le­żą­ce­go na ta­le­rzu obok kom­pu­te­ra niż pro­po­zy­cję chło­pa­ka.

Gdy wy­cho­dził, po­czu­ła wi­bra­cję w kie­sze­ni dżin­sów. Wy­ję­ła ko­mór­kę i spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz. Wzię­ła głę­bo­ki wdech. Wie­dzia­ła, że cze­ka ją trud­na roz­mo­wa. Dzwo­ni­ła mama.

2

– Tak, mamo? – ode­zwa­ła się nie­chęt­nie.

Mama wie­dzia­ła, w ja­kich go­dzi­nach Ewa prze­by­wa w pra­cy, i sta­ra­ła się jej nie prze­szka­dzać. Wy­jąt­ki sta­no­wi­ły dru­gie piąt­ki mie­sią­ca, wte­dy ro­dzi­ciel­ka do­sta­wa­ła kręć­ka. Ale dzi­siaj był czwar­tek.

– Sie­dzisz w pra­cy jak zwy­kle? – spy­ta­ła niby tro­skli­wie.

Tak na­praw­dę nie­zbyt przy­kła­da­ła wagę do lo­sów Ewy. Naj­waż­niej­szą ro­bo­tę od­wa­li­ła wie­le lat temu i w jej mnie­ma­niu ów­cze­sne dzia­ła­nia zwal­nia­ły ją z dal­szych obo­wiąz­ków. Na­wet nie cie­szy­ła się z jej we­se­la ani nie pła­ka­ła po jego od­wo­ła­niu. Ko­cha­ła cór­kę, jed­no­cze­śnie chy­ba jej nie­na­wi­dząc.

– Dzień jak co dzień. Wal­czę o prze­trwa­nie i coś wię­cej – wy­ja­śni­ła lek­ce­wa­żą­cym gło­sem. Sama już nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­nio cie­szy­ła się na roz­mo­wę z mamą.

Choć nie mó­wi­ła tego gło­śno, mia­ła do niej żal, bo ni­g­dy nie pró­bo­wa­ła su­ge­ro­wać jej wła­ści­wej ścież­ki ży­cia, nie za­chę­ca­ła do kon­kret­ne­go li­ceum, zo­sta­wia­ła wol­ną rękę, uzna­jąc, że sama po­win­na o so­bie de­cy­do­wać. O ile pięt­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka po ta­kich przej­ściach jak Ewa może na se­rio o so­bie de­cy­do­wać. W efek­cie po­dej­mo­wa­ła wła­sne, czę­sto błęd­ne de­cy­zje. Mat­ka wtrą­ci­ła się je­den raz – gdy Ewa po­in­for­mo­wa­ła, że do­sta­ła się do szko­ły po­li­cyj­nej i spę­dzi tam kil­ka lat.

– Kil­ka lat? Tak da­le­ko… A po­tem służ­ba, więc też nie wia­do­mo, gdzie cię rzu­cą. Mo­żesz skoń­czyć w Su­wał­kach albo w Ko­ło­brze­gu, a ja zo­sta­nę tu­taj sama. Cóż… Rób, jak uwa­żasz, de­cy­zja na­le­ży do cie­bie.

Nie mo­gła zo­sta­wić mat­ki. Ta bez cór­ki nie wy­trzy­ma­ła­by roku i skoń­czy­ła­by w wa­riat­ko­wie albo, co gor­sza, w sa­mot­nym wi­dzie tar­gnę­ła się na swo­je ży­cie. Mimo wszyst­kich ani­mo­zji ko­cha­ła swo­ją ro­dzi­ciel­kę i czu­ła się w obo­wiąz­ku, żeby ją wspie­rać.

– Mo­gła­byś mnie te­raz od­wie­dzić? – Mama, gdy cze­goś chcia­ła, po­tra­fi­ła skam­leć ni­czym słod­ki hu­sky.

– To ko­niecz­ne? – Ugry­zła ka­wa­łek ro­ga­la. – Prze­cież wiesz, że mu­szę z cze­goś żyć, a ty nie­ste­ty nie po­sia­dasz ma­jąt­ku, dzię­ki któ­re­mu mo­gła­bym nie pra­co­wać. Spo­tka­my się ju­tro. Jak za­wsze w dru­gi pią­tek, do­brze? – Au­to­ma­tycz­nie po­my­śla­ła o ta­cie. Gdy­by żył, ni­g­dy nie mu­sia­ły­by od­pra­wiać tego po­twor­ne­go ob­rzę­du.

Tata zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym nie­ca­ły rok przed ko­lej­ną tra­ge­dią, jaka spo­tka­ła ich ro­dzi­nę. Po­dob­no był świet­nym kie­row­cą, ale nie za­pa­no­wał nad na­pę­dem na czte­ry koła po­łą­czo­nym z po­tęż­nym sil­ni­kiem GSX. Wy­padł z za­krę­tu na DK1 w miej­sco­wo­ści Bru­dzo­wi­ce w cza­sie pra­cy. Był ku­rie­rem ob­słu­gu­ją­cym czę­sto­chow­skie szpi­ta­le. Do Ka­to­wic wo­ził ma­te­ria­ły hi­sto­pa­to­lo­gicz­ne, krew i wy­ni­ki ba­dań. Był szyb­ki, sku­tecz­ny i za­wsze do­stęp­ny, dzię­ki cze­mu nie­źle za­ra­biał. Na co dzień uży­wał sa­mo­cho­du do­staw­cze­go. W dniu wy­pad­ku miał do prze­wie­zie­nia tyl­ko jed­ną pacz­kę. Lało jak z ce­bra, ale on po­sta­no­wił się prze­je­chać swo­im świe­żo spro­wa­dzo­nym ze Sta­nów Mit­su­bi­shi Ec­lip­se…

Po jego śmier­ci mama była w roz­syp­ce. Pierw­szy raz za­szła w cią­żę w kla­sie ma­tu­ral­nej, od razu wy­szła za mąż. Nie skoń­czy­ła szko­ły, ni­g­dy nie pra­co­wa­ła. Dla­te­go po­tem mia­ła pro­ble­my ze zna­le­zie­niem sen­sow­ne­go za­ję­cia. Głów­ny­mi źró­dła­mi do­cho­du były ren­ta po ojcu i wy­na­jem po­koi w domu bab­ci. Bab­cia mia­ła pię­tro­wą cha­tę na Wy­czer­pach, po­rząd­nej czę­sto­chow­skiej dziel­ni­cy. Dom był prze­pi­sa­ny na je­dy­ną wnucz­kę, a do­pó­ki bab­cia żyła, nie za­mie­rza­ła się wy­pro­wa­dzać ani tym bar­dziej sprze­da­wać nie­ru­cho­mo­ści. Le­d­wie zgo­dzi­ła się na wy­na­jem. Ewa trak­to­wa­ła ją obo­jęt­nie, prak­tycz­nie w ogó­le się z nią nie wi­dy­wa­ła. Mia­ła ci­chą na­dzie­ję, że ta nie po­ży­je ja­koś prze­sad­nie dłu­go i ona bę­dzie mo­gła jak naj­szyb­ciej spie­nię­żyć nie­ru­cho­mość. Wte­dy do­sta­ła­by praw­dzi­wą szan­sę na od­mia­nę losu.

– Je­steś za mło­da, żeby zda­wać so­bie spra­wę, że są inne prio­ry­te­ty niż pra­ca – wes­tchnę­ła na­uczy­ciel­skim to­nem mama. – Ale na­pa­wa mnie dumą, że zro­bi­łaś się taka nie­za­leż­na. Wi­dać do­brze cię wy­cho­wa­łam.

Sły­sząc to, Ewa po­czu­ła przy­jem­ne cie­pło w żo­łąd­ku, choć sło­wo „wy­cho­wa­łam” za­kra­wa­ło na iro­nię.

Mat­ka kon­ty­nu­owa­ła:

– Ja po pro­stu mu­szę się z tobą zo­ba­czyć. Od lat po­wta­rzasz mi, że po­win­nam coś zro­bić i wresz­cie ru­szyć do przo­du. W koń­cu po­słu­cha­łam two­jej rady. Pod­ję­łam sza­le­nie waż­ną de­cy­zję i chcę ci ją jak naj­szyb­ciej oznaj­mić.

Waż­na de­cy­zja i mama? To nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go.

– Ewa, jak nie mo­żesz te­raz, spo­tkaj­my się wie­czo­rem.

– Wie­czo­rem tym bar­dziej nie mogę, bo…

– Wiem, masz rand­kę z fry­zje­rem – do­koń­czy­ła za cór­kę. – Ko­rzy­staj, do­pó­ki się nie ze­sta­rza­łaś.

Mama czę­sto po­wta­rza­ła, że czło­wiek po­wi­nien ko­rzy­stać z ży­cia, póki jest mło­dy, bo mło­dość szyb­ko prze­mi­ja, a nie­szczę­ścia cho­dzą po lu­dziach. To jed­na z nie­wie­lu rad, ja­kie Ewa do­sta­wa­ła. Usły­sza­ła ją na­wet w dniu od­wo­ła­nia swo­je­go ślu­bu.

– Do­brze, wy­gra­łaś. Za­mknę sklep i za­raz wy­jeż­dżam. – Rzad­ko umia­ła jej od­mó­wić, a je­śli już, przy­cho­dzi­ło jej to z tru­dem. Poza tym była sza­le­nie cie­ka­wa, co mama wy­my­śli­ła. – Wpad­nę tyl­ko na go­dzin­kę i wra­cam, bo…

– Mu­sisz pra­co­wać! – do­po­wie­dzia­ła za cór­kę. – Wpa­daj więc na chwil­kę i jedź cie­szyć się ży­ciem, za któ­re co­dzien­nie po­win­naś dzię­ko­wać. Bogu i nie tyl­ko.

Koń­cząc, na wszel­ki wy­pa­dek przy­po­mnia­ła o naj­waż­niej­szym. Ich te­ma­cie tabu. Roz­mo­wie, któ­rej ni­g­dy nie prze­pro­wa­dzi­ły, choć obie na­praw­dę jej po­trze­bo­wa­ły. Ale jesz­cze bar­dziej bały się jej na­stępstw.

Mimo wcze­snej pory Ewa za­mknę­ła sklep i wsia­dła do od­pi­co­wa­ne­go Mit­su­bi­shi Ec­lip­se dru­giej ge­ne­ra­cji. Auto zna­czy­ło dla niej dużo. Kie­dy miesz­ka się w kil­ku­set­oso­bo­wej wio­sce, da­le­ko od mia­sta, po­dróż do cen­trum sta­no­wi nie lada wy­zwa­nie. Jaz­da pe­ka­esem trwa po­nad go­dzi­nę, a przy ostrej zi­mie jesz­cze się wy­dłu­ża. Ma­jąc to na uwa­dze, zda­ła praw­ko naj­szyb­ciej, jak się da, i ku­pi­ła now­szy mo­del sa­mo­cho­du, któ­rym jeź­dził tata, i któ­ry po­tem ode­brał mu ży­cie. Mama bar­dzo prze­ży­wa­ła za­kup Ec­lip­se’a, ale ni­g­dy go nie sko­men­to­wa­ła.

Brycz­ka nie mia­ła wspo­ma­ga­nia, kli­ma nie dzia­ła­ła, wnę­trze śmier­dzia­ło faj­ka­mi, cho­in­ka­mi za­pa­cho­wy­mi i wszyst­kim, co ko­ja­rzy­ło się z mod­ny­mi ga­dże­ta­mi prze­ło­mu wie­ków. Wie­lu wła­ści­cie­li ora­ło dwu­stu­kon­ny sil­nik, zo­sta­wia­jąc śla­dy swo­jej obec­no­ści. Ewa wła­do­wa­ła w sa­mo­chód lwią część za­ra­bia­nej kasy. Prze­ma­lo­wa­ła go na ja­skra­wą zie­leń, od­świe­ży­ła wnę­trze, na­pra­wi­ła kli­ma­ty­za­cję, za­ło­ży­ła nowe fel­gi, spoj­ler i pod­ra­so­wa­ła sys­tem au­dio. Te­raz Ec­lip­se pre­zen­to­wał się groź­nie. Fura uczy­ni­ła ją nie­za­leż­ną i po­zwo­li­ła na do­bre wy­rwać z miej­sca, w któ­rym się uro­dzi­ła.

W jej ro­dzin­nej wio­sce daw­ne tra­dy­cje mie­sza­ły się z no­wo­cze­sno­ścią. Sta­re go­spo­dar­stwa kon­tra­sto­wa­ły z po­wsta­ją­cy­mi je­den po dru­gim ele­ganc­ki­mi do­ma­mi. Kie­dy Ewa była mała, pa­no­wał tam ty­po­wo wiej­ski kli­mat i wiej­ska men­tal­ność. Od za­wsze chcia­ła się wy­nieść do mia­sta i nie oglą­dać za­ła­ma­ne­go spoj­rze­nia mamy. Naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło jej ró­wie­śni­ków. Pod­sta­wów­kę skoń­czy­ła w mi­ni­mia­stecz­ku w oko­li­cy. Do szko­ły uczęsz­cza­ła zbie­ra­ni­na dzie­cia­ków z po­zo­sta­łych wio­sek, nikt się na do­bre nie zin­te­gro­wał. Do cza­sów ogól­nia­ka mat­ka była jej je­dy­ną przy­ja­ciół­ką. Póź­niej mia­ła już ko­le­żan­ki, ale ja­koś nie po­tra­fi­ła na­wią­zać z nimi dłuż­szych zna­jo­mo­ści. Znacz­nie ła­twiej od­naj­dy­wa­ła wspól­ny ję­zyk z fa­ce­ta­mi.

Za­par­ko­wa­ła przed furt­ką sta­no­wią­cą prze­dłu­że­nie rdze­wie­ją­ce­go pło­tu. Nie był ma­lo­wa­ny od lat. Tra­wa zo­sta­ła sko­szo­na w ze­szłym mie­sią­cu, kie­dy Ewa nie mo­gła już pa­trzeć na le­ni­stwo mat­ki i sama wy­cią­gnę­ła ko­siar­kę. A prze­cież mama też mo­gła to zro­bić. Mia­ła pięć­dzie­siąt­kę, nie za­li­cza­ła się do babć zmę­czo­nych ży­ciem, ale nie przy­wią­zy­wa­ła wagi do ogród­ka ani do ni­cze­go, co wy­kra­cza­ło poza mury domu.

W środ­ku dla od­mia­ny pa­no­wał ide­al­ny po­rzą­dek. Pod­ło­gi po­od­ku­rza­ne, kuch­nia wy­sprzą­ta­na, przed­po­kój wy­czysz­czo­ny na błysk. Je­dy­ne, co ra­zi­ło, to ume­blo­wa­nie. Nie zmie­ni­ło się od po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych, czy­li od śmier­ci taty. Mama nie była w sta­nie po­zbyć się sta­rych rze­czy. Dla niej czas stał w miej­scu, zgo­dzi­ła się je­dy­nie na zmia­nę pie­ca z wę­glo­we­go na ga­zo­wy. Gdy­by nie na­sto­let­nie po­trze­by Ewy, nie mie­li­by na­wet In­ter­ne­tu.

Na sto­le w sa­lo­nie cze­ka­ły moc­na, fu­sia­sta kawa z dużą ilo­ścią cu­kru i Mi­chał­ki. Ulu­bio­ny grzesz­ny ze­staw Ewy. Mama sie­dzia­ła na fo­te­lu twa­rzą do wej­ścia.

– Có­recz­ko… – po­wi­ta­ła ją, wsta­jąc.

Wą­tła, wy­chu­dzo­na ko­bie­ta z po­kaź­ną licz­bą zmarsz­czek, krót­ki­mi wło­sa­mi far­bo­wa­ny­mi na blond i męt­nym spoj­rze­niem pła­ka­ła. Łzy ście­ka­ły po po­licz­kach. Z bo­le­sną miną roz­ło­ży­ła ręce, pro­sząc cór­kę o uścisk. Wi­dok roz­bi­tej mat­ki i za­pach sta­rych me­bli oży­wi­ły wspo­mnie­nia. Ewa po­czu­ła ból w klat­ce pier­sio­wej.

– Ma­mu­siu… – Rzu­ci­ła się ma­mie na szy­ję. Ści­ska­ła ją moc­no, przy­tu­la­jąc gło­wę do pier­si. – Dzię­ku­ję ci, dzię­ku­ję… – Zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy w po­li­cji, ko­si­ła jej traw­nik, za­my­ka­ła fir­mę, żeby ją od­wie­dzić, gdy za­szła taka po­trze­ba. Ewa po­świę­ca­ła się we wszyst­kim, bo wciąż nie zna­la­zła in­ne­go spo­so­bu na od­wdzię­cze­nie się ma­mie za to, co dla niej zro­bi­ła.

3

Tkwi­ły w bo­le­snym uści­sku, wy­pła­ku­jąc swo­je żale. Raz w mie­sią­cu ro­bi­ły to ra­zem, bez skrę­po­wa­nia. Nie roz­ma­wia­ły o tym, co było, tyl­ko łą­czy­ły się we wspól­nym cier­pie­niu. Trud­ną chwi­lę unie­sie­nia prze­rwał te­le­fon dzwo­nią­cy w kie­sze­ni Ewy. Emi­nem i re­fren jego hitu Stan. Dzwo­nek usta­wio­ny spe­cjal­nie na jed­ną oso­bę.

– Pola od­dzwa­nia – po­wie­dzia­ła ma­mie, choć zwa­żyw­szy na to, że Ewa dzwo­ni­ła do niej ja­kieś czte­ry go­dzi­ny temu, sło­wo „od­dzwa­nia” za­brzmia­ło nad wy­raz dy­na­micz­nie.

– Bied­ne dziec­ko… – wes­tchnę­ła mama.

Za­wsze tak re­ago­wa­ła na Polę, zu­peł­nie jak­by krzyw­da, któ­ra spo­tka­ła Ewę, zna­czy­ła mniej.

– Mu­szę ode­brać. – Wbie­gła po drew­nia­nych scho­dach na pię­tro. Za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi do swo­je­go po­ko­ju. Ro­dzi­ciel­ka szła krok w krok za nią. – Cześć, je­stem u mamy – po­wie­dzia­ła, nie da­jąc dzwo­nią­cej szans na roz­po­czę­cie roz­mo­wy. Za­le­ża­ło jej, żeby Pola od razu się do­my­śli­ła, że nici ze swo­bod­nej gad­ki.

Przez krót­ki czas żyły ze sobą bli­sko. Te­raz wie­le się po­zmie­nia­ło. Co­raz cię­żej przy­cho­dzi­ło im zna­le­zie­nie wspól­ne­go ję­zy­ka. Ostat­nio ich kon­takt ogra­ni­czał się do po­je­dyn­czych te­le­fo­nów raz na kil­ka ty­go­dni. Nie wi­dzia­ły się od daw­na.

– Spo­ko, prze­cież to ty do mnie dzwo­ni­łaś pierw­sza. Wy­szła ja­kaś pil­na spra­wa? – spy­ta­ła obo­jęt­nym to­nem. Jak zwy­kle mla­ska­ła, żu­jąc gumę. W tle sły­chać było pol­ski hip-hop. Ewie wy­da­wa­ło się, że te dwa ele­men­ty są na sta­łe przy­szy­te do Poli. Ewen­tu­al­nie jesz­cze złość na cały świat.

– Nie, nic pil­ne­go. – Na­wet gdy­by było to pil­ne, kil­ka go­dzin póź­niej i tak jest już nie­ak­tu­al­ne, do­po­wie­dzia­ła w my­ślach. – Ju­tro ten dzień. Tak się zło­ży­ło, że wy­pa­da za­rów­no u cie­bie, jak i u mnie. Chcia­łam tyl­ko spy­tać, czy coś się zmie­ni­ło i przy­pad­kiem nie wy­bie­rasz się na cmen­tarz. Masz już dwa­dzie­ścia lat, chy­ba naj­wyż­sza pora po­roz­ma­wiać i się po­go­dzić… Gdy­byś chcia­ła, mo­gła­bym je­chać z tobą i cię wes­przeć.

Pola nie ob­cho­dzi­ła mie­sięcz­nic, dru­gich piąt­ków, rocz­nic ani żad­nych in­nych ob­rzę­dów zwią­za­nych z upa­mięt­nia­niem daw­nych wy­da­rzeń. Przy­pa­dek spra­wił, że w tym roku rocz­ni­ca jej tra­ge­dii wy­pa­da­ła aku­rat ju­tro. Ewa po­czu­ła się zo­bo­wią­za­na do niej za­dzwo­nić. Taka już była.

W prze­ci­wień­stwie do Poli ra­zem z mamą mia­ły swój nie­zmien­ny ry­tu­ał. Trwał od pra­wie dwu­dzie­stu lat. Ju­tro w po­łu­dnie przy­je­dzie na wieś, po­ja­dą po wiel­ki wie­niec, ku­pią plu­szo­we­go mi­sia pan­dę i uda­dzą się na cmen­tarz. Tam wy­czysz­czą grób i przez ko­lej­ną go­dzi­nę będą wpa­try­wa­ły się w nie­go, roz­my­śla­jąc nad spra­wa­mi, któ­rych i tak nie mo­gły już zmie­nić. Na­stęp­nie wró­cą do domu, a po dro­dze mama bę­dzie się tor­tu­ro­wać lu­stro­wa­niem wnę­trza Ec­lip­se’a.

– Noo, już się roz­pę­dzam! – krzyk­nę­ła Pola, po czym za­mil­kła. Za­miast jej gło­su Ewa usły­sza­ła nie­zro­zu­mia­ły re­fren pio­sen­ki i lek­ki huk prze­bi­ja­ne­go ba­lo­na z gumy do żu­cia. – Na­wet ku­pię jej bu­kiet róż na prze­pro­si­ny. A nie, cze­kaj. To nie bę­dzie na prze­pro­si­ny, tyl­ko w po­dzię­ko­wa­niu za tru­dy sa­mot­ne­go wy­cho­wy­wa­nia mnie. Może do­łą­czę też pu­deł­ko cze­ko­la­dek. Wiesz, jak suka lubi się ob­że­rać? Te­raz schu­dła, ale chy­ba na­dal nic jej tak nie cie­szy jak nad­pro­gra­mo­we żar­cie.

Mama Poli, w od­róż­nie­niu od ro­dzi­ciel­ki Ewy, ste­ro­wa­ła nią na każ­dym kro­ku. W pod­sta­wów­ce i li­ceum ka­za­ła no­sić idio­tycz­ne ubra­nia i fry­zu­ry. Zmu­sza­ła do na­uki, za­pi­sy­wa­ła na nie­zli­czo­ną ilość ko­re­pe­ty­cji i nie­ustan­nie kon­tro­lo­wa­ła. Ubz­du­ra­ła so­bie, że Pola, jak jej oj­ciec, zo­sta­nie le­ka­rzem. Nie mo­gła chy­ba wy­my­ślić dla niej gor­szej roli. Pola nie była głu­pia, co to, to nie. Po ma­tu­rze zda­ła eg­za­mi­ny na stu­dia me­dycz­ne, ale na­stęp­nie ce­lo­wo zre­zy­gno­wa­ła z pod­ję­cia na­uki. Spę­dzi­ła mnó­stwo cza­su, ku­jąc jak wście­kła tyl­ko po to, żeby zra­nić mamę, wy­pro­wa­dzić się od niej i za­cząć żyć po swo­je­mu.

– Dla­te­go do mnie dzwo­ni­łaś? – Głos Poli wręcz ema­no­wał na­dzie­ją na twier­dzą­cą od­po­wiedź.

– W su­mie tak… – Ewa nie za­mie­rza­ła jej za­wieść. – Daj znać, jak bę­dziesz mieć wol­ną chwi­lę. Może wy­sko­czy­my na piwo i po­ga­da­my? Daw­no się nie wi­dzia­ły­śmy. – Nie by­ła­by jed­nak sobą, gdy­by nie spró­bo­wa­ła na­mó­wić Poli na spo­tka­nie.

Swe­go cza­su jej obec­ność na­praw­dę Ewie po­ma­ga­ła. My­śla­ła na­wet, że wresz­cie zna­la­zła pierw­szą praw­dzi­wą przy­ja­ciół­kę. Ży­cie szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ło te złu­dze­nia. Czu­ła, że de­mo­ny prze­szło­ści już za­wsze będą krą­żyć nad jej gło­wą i ni­g­dy nie za­zna spo­ko­ju. Dzię­ki Bogu mia­ła swo­je sie­dem­dzie­siąt pięć kilo szczę­ścia w po­sta­ci Iwa. Fa­ce­ci za­wsze ją uspo­ka­ja­li, bez nich mo­gła­by so­bie pal­nąć w łeb.

Głu­pia! Po tym, co się sta­ło, po­win­no ci być wstyd na­wet tak my­śleć! – na­tych­miast się skar­ci­ła.

– W tej chwi­li je­stem so­lid­nie za­ro­bio­na. – Od­po­wiedź ko­le­żan­ki przy­wró­ci­ła ją do rze­czy­wi­sto­ści. Pola wiecz­nie była za­ro­bio­na. – Na­pi­szę ci eskę, jak się coś zmie­ni. Mu­szę koń­czyć. Cześć. – Roz­łą­czy­ła się, nie da­jąc Ewie od­po­wie­dzieć.

Scho­wa­ła te­le­fon do spodni. Mama cały czas przy­słu­chi­wa­ła się ich roz­mo­wie. Sta­ła bar­dzo bli­sko. Ewa nie­mal czu­ła jej od­dech na ple­cach.

– Po­psuł ci się kon­takt z Polą? – Do­sko­na­le wie­dzia­ła, co je łą­czy­ło.

– Trud­no po­psuć coś, cze­go nie ma – po­wie­dzia­ła cham­skim to­nem, wy­ży­wa­jąc się na ma­mie za za­cho­wa­nie Poli, i we­szła do swo­je­go po­ko­ju. To był od­ruch bez­wa­run­ko­wy po zna­le­zie­niu się na pię­trze. Za­wsze cią­gnę­ło ją do sie­bie.

Cały dom błysz­czał czy­sto­ścią, ale w tym jed­nym po­ko­ju było brud­no. Ża­lu­zje za­sło­nię­te, łóż­ko roz­ło­żo­ne, tak jak zo­sta­wi­ła je Ewa, gdy po­miesz­ki­wa­ła tu po roz­sta­niu z Paw­łem, ku­rze nie­po­ście­ra­ne, aż draż­ni­ły nos. W cią­gu tych wszyst­kich lat tyl­ko jej po­kój zmie­niał wy­strój. Dzie­cię­ce za­baw­ki za­stę­po­wa­ły rze­czy doj­rze­wa­ją­cej ko­bie­ty. Ewa sama go so­bie urzą­dzi­ła. Ro­bi­ła wszyst­ko, żeby nie wy­glą­dał jak kie­dyś. Na­wet ze­rwa­ła ta­pe­tę i po­ma­lo­wa­ła ścia­ny na se­le­dy­no­wo. Jed­nak do naj­więk­szej zmia­ny do­szło dwa­dzie­ścia lat temu. Wte­dy po­kój stra­cił swo­ją du­szę i ża­den re­mont nie był w sta­nie mu jej przy­wró­cić.

– Przy­kro mi to sły­szeć, có­recz­ko. – Mama szła za nią jak cień. – Kie­dy pierw­szy raz ją tu przy­pro­wa­dzi­łaś, my­śla­łam, że zo­sta­nie­cie przy­ja­ciół­ka­mi do koń­ca. Wiesz, ta­ki­mi, któ­rych nie roz­dzie­la­ją zmia­ny zwią­za­ne z upły­wem cza­su. Zwłasz­cza że Pola tak de­spe­rac­ko po­trze­bo­wa­ła przy­jaź­ni. – Wes­tchnę­ła. – Cóż, wi­docz­nie po­sta­no­wi­ła ra­dzić so­bie z bó­lem ina­czej. Mu­sisz to usza­no­wać.

– A my­ślisz, że nie sza­nu­ję? Żal mi jej, ale nie za­mie­rzam ro­bić za Mat­kę Te­re­sę. Wolę się sku­pić na so­bie.

Otwo­rzy­ła okno. W po­ko­ju pa­no­wał strasz­ny za­duch. Pach­nia­ło stę­chli­zną, czuć było wil­goć. Na do­brą spra­wę mo­gło­by tu śmier­dzieć na­wet ze­psu­tą zupą ogór­ko­wą albo zde­chłą rybą, a i tak w pierw­szej ko­lej­no­ści jej nos wy­chwy­cił­by je­den odór. Po­ja­wiał się za­wsze po prze­kro­cze­niu pro­gu i nie było go w sta­nie znisz­czyć żad­ne wie­trze­nie, za­pusz­cze­nie wnę­trza bru­dem, zmia­na me­bli ani prze­ma­lo­wa­nie. Odór śmier­ci przy­warł do tych mu­rów na sta­łe i tyl­ko one dwie go czu­ły.

– To po­wiesz mi wresz­cie, jaką waż­ną de­cy­zję pod­ję­łaś? – spy­ta­ła, pod­cho­dząc do sza­fy.

Mama sta­nę­ła obok niej. Ewa do­tknę­ła pra­wych drzwi prze­suw­nych i chwi­lę się wa­ha­ła. Wie­dzia­ła, co zo­ba­czy po ich otwar­ciu. Nie za­glą­da­ła tam po­nad rok, choć kie­dyś roz­wi­kła­nie tego, co było w środ­ku, uwa­ża­ła za swo­ją ob­se­sję. Za­czę­ła jesz­cze w li­ceum. Po­tem po­szła na stu­dia, po­ja­wił się Pa­weł, pra­ca, inni fa­ce­ci. Sło­wem: ży­cie. Naj­in­ten­syw­niej zma­ga­ła się z tym, co za drzwia­mi, za­raz po po­zna­niu Poli. Pró­bo­wa­ły przez pół roku, po czym dały so­bie spo­kój. Za­pał mi­jał, Pola była jesz­cze krnąbr­ną na­sto­lat­ką, mat­ka ka­za­ła jej się uczyć i wra­cać wcze­śnie do domu. Ewa do­sta­ła do­ta­cję, po­zna­ła Iwa, zbu­do­wa­ła so­bie azyl chro­nią­cy jej my­śli przed ob­se­sją. Ta ni­g­dy nie znik­nę­ła, ale w obec­nych cza­sach nie do­mi­no­wa­ła.

– To musi znik­nąć. – Mat­ka wska­za­ła drżą­cym pal­cem sza­fę. Prze­ka­za­nie nie­wy­god­nych no­win nie przy­cho­dzi­ło ła­two. – Naj­le­piej jesz­cze dzi­siaj. Wy­na­ję­łam górę. Po­ju­trze wpro­wa­dza­ją się lo­ka­to­rzy.

Sły­sząc to, Ewa za­mar­ła z dło­nią przy­kle­jo­ną do drzwi.

4

– Chcesz, żeby ktoś obcy tu za­miesz­kał? – Spoj­rza­ła na mamę. Ta wpa­try­wa­ła się w sza­fę męt­nym wzro­kiem, któ­re­go blask zo­stał zga­szo­ny przed laty. – Chcesz zro­bić ho­tel z tego po­ko­ju? Z domu taty? Zwa­rio­wa­łaś?

Nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym uszom. W prze­szło­ści mama mie­wa­ła róż­ne ge­nial­ne po­my­sły. Zwy­kle na po­zio­mie Fer­dy­nan­da Kiep­skie­go, bo jak ina­czej na­zwać upra­wę tru­ska­wek pod han­del, sprze­daż wła­snych po­mi­do­rów do su­per­mar­ke­tów lub otwar­cie hur­tow­ni ja­jek, kie­dy ma się rap­tem dwa­dzie­ścia me­trów pola i ho­du­je trzy kury? Ewa trak­to­wa­ła jej wi­zje z przy­mru­że­niem oka, były nie­groź­ne, po­zwa­la­ły wy­peł­nić pust­kę, ale to, co usły­sza­ła te­raz, prze­cho­dzi­ło ludz­kie po­ję­cie!

– Od lat po­wta­rzasz mi, że po­win­nam za­jąć się ja­kąś pra­cą, więc się zaj­mu­ję – od­par­ła z dumą mama. Spoj­rza­ła z uko­sa na cór­kę i wsa­dzi­ła do ust Mi­chał­ka. – Mój dom jest za dro­gi w utrzy­ma­niu, żeby nic nie ro­bić. To two­je sło­wa – do­koń­czy­ła trium­fal­nie, gry­ząc cu­kier­ka.

W tym jed­nym się zga­dza­ły. Dom był zde­cy­do­wa­nie za duży i za dro­gi na jej po­trze­by oraz bu­dżet. Dwa ob­szer­ne po­zio­my o po­wierzch­ni po­nad sie­dem­dzie­się­ciu me­trów. Na gó­rze sy­pial­nia, po­kój Ewy i ła­zien­ka. Na dole sa­lon, pral­nia, mniej­sza ła­zien­ka i do­dat­ko­we po­miesz­cze­nie, któ­re było ga­bi­ne­tem taty. Do­cho­dzi­ła jesz­cze piw­ni­ca.

– Do­brze wiesz, że nie to mia­łam na my­śli.

Wie­le razy Ewa na­ma­wia­ła ją do sprze­da­ży domu i kup­na ka­wa­ler­ki w mie­ście. Mama zy­ska­ła­by spo­ry za­strzyk go­tów­ki, wy­god­ne lo­kum, oprócz tego zna­la­zła­by się w po­bli­żu lu­dzi, z któ­ry­mi mo­gła­by na­wią­zać kon­takt i któ­rzy nie pa­trzy­li­by na nią przez pry­zmat wy­da­rzeń sprzed lat. Tu, we wsi, wszy­scy sta­rzy miesz­kań­cy zna­li ich hi­sto­rię, a przy­naj­mniej tę ogól­no­do­stęp­ną część.

– Wiem, có­recz­ko, ale to mój dom i choć­byś nie wiem jak się upie­ra­ła, ja de­cy­du­ję. Może za rzad­ko mnie wi­du­jesz i nie wiesz, ale ku­pi­łam kom­pu­ter, na­uczy­łam się nim po­słu­gi­wać i wy­sta­wi­łam ogło­sze­nie, wczo­raj zgło­si­ło się dwóch prze­mi­łych pa­nów.

Mama i dwóch pa­nów?! Przez gło­wę Ewy prze­le­cia­ło tor­na­do ne­ga­tyw­nych my­śli.

– Po­sta­wi­li wa­ru­nek. Mam wy­sprzą­tać po­kój na błysk, do­sta­wić dru­gie łóż­ko i po­zbyć się two­ich rze­czy. Łóż­ko już za­mó­wi­łam, przy­wio­zą je ju­tro. Sprzą­ta­niem zaj­mę się dzi­siaj. Ci pa­no­wie są w po­rząd­ku, zo­sta­li za­trud­nie­ni w cen­trum lo­gi­stycz­nym, któ­re nie­daw­no po­wsta­ło obok nas. Mają stąd bli­sko do pra­cy, a cena też im od­po­wia­da – tłu­ma­czy­ła za­le­ty wy­naj­mu pra­wie jak za­wo­do­wy agent nie­ru­cho­mo­ści.

Ewie aż za­krę­ci­ło się w gło­wie od nad­mia­ru wra­żeń. Od­dy­cha­ła głę­bo­ko, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić.

– Pła­cą po­rząd­ne pie­nią­dze, a mnie nie będą wa­dzić. Pla­nu­ję wy­na­jąć jesz­cze sy­pial­nię i prze­nieść się do ga­bi­ne­tu taty.

Tego było już za wie­le. Ewa nie wy­trzy­ma­ła ner­wo­wo.

– Sprze­da­jąc dom, być może raz na za­wsze po­zby­ła­byś się wspo­mnień i za­ak­cep­to­wa­ła wła­sny wy­bór!

– Cór­ciu, ja go daw­no zaak… – za­czę­ła, ale nie skoń­czy­ła. Peł­na od­po­wiedź nie­bez­piecz­nie zbli­ży­ła­by się do nie­wła­ści­wej roz­mo­wy.

W za­mian Ewa pu­ści­ła ma­mie dłu­gą po­ga­dan­kę o tru­dach wy­naj­mu i nie­wy­go­dzie miesz­ka­nia z ob­cy­mi męż­czy­zna­mi. Mama słu­cha­ła ze znu­dzo­ną miną, jak­by chcia­ła mieć bez­pro­duk­tyw­ny wy­kład jak naj­szyb­ciej za sobą.

– Nie sprze­dam domu. Wał­ko­wa­ły­śmy to set­ki razy – za­czę­ła sta­rą śpiew­kę, gdy tyl­ko Ewa prze­rwa­ła, żeby wziąć głęb­szy od­dech. – Czło­wiek, któ­ry przez więk­szość ży­cia miesz­kał na wsi, nie prze­pro­wa­dzi się na sta­re lata do mia­sta. Do­pó­ki żyję, ni­g­dy się stąd nie wy­nio­sę. Ni­g­dy! – krzyk­nę­ła, co rzad­ko jej się zda­rza­ło. – Pię­tro jest dla mnie zbęd­ne, więc je­śli skoń­czy­łaś prze­ma­wiać, spa­kuj, pro­szę, swo­je rze­czy. Mo­żesz je znieść do piw­ni­cy, ale to… – Wska­za­ła na sza­fę, znów za­drża­ły jej pal­ce. – To musi znik­nąć.

– Co niby mam z tym zro­bić?

– Wy­rzu­cić… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Prze­cież i tak już z tego nie ko­rzy­stasz. Zrób zdję­cie na pa­miąt­kę i spal w ogród­ku. – Ru­szy­ła do drzwi.

– Mamo… – Ewa już mia­ła dać jej odejść i zo­stać sama w miej­scu, w któ­rym ro­ze­grał się jej naj­więk­szy kosz­mar, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać. – Ile będą pła­cić?

– Ty­siąc dwie­ście. Po­dzie­li­my się na pół – wy­ja­śni­ła, po czym po­de­szła z po­wro­tem do cór­ki, ob­ję­ła ją czu­le i przy­ci­snę­ła do pier­si. – Je­ste­śmy dru­ży­ną, prze­cież wiesz.

Ewa przez chwi­lę dała jej się przy­tu­lać, po czym zwin­nym ru­chem wy­swo­bo­dzi­ła się z jej ob­jęć i otwo­rzy­ła sza­fę. Za drzwia­mi nie było pó­łek, re­ga­łów ani wie­sza­ków na ubra­nia. We­wnętrz­ną ścia­nę w ca­ło­ści wy­peł­nia­ła pro­sto­kąt­na ta­bli­ca przy­bi­ta gwoź­dzia­mi do drew­na. Na niej znaj­do­wa­ły się ama­tor­skie zdję­cia, wy­cin­ki pra­so­we, no­tat­ki, wy­dru­ko­wa­ne mapy i prze­my­śle­nia na­ba­zgra­ne na kar­tecz­kach sa­mo­przy­lep­nych, któ­re mimo upły­wu lat nie od­kle­iły się od paź­dzie­rzo­wej po­wierzch­ni. Ta­bli­ca skry­wa­ła jej ob­se­sję…

Za mło­du sie­dzia­ła przed nią ca­ły­mi dnia­mi, ana­li­zu­jąc, głów­ku­jąc, szu­ka­jąc roz­wią­zań. Mię­dzy in­ny­mi dzię­ki pra­cy przy ta­bli­cy od­na­la­zła Polę. Li­czy­ła, że ro­bo­ta w po­li­cji po­mo­że jej w roz­wią­za­niu za­gad­ki, ale ni­g­dy się nie prze­ko­na, czy mia­ła ra­cję. Kie­dyś pa­mię­ta­ła każ­dy szcze­gół swo­je­go śledz­twa. Czas za­ma­zał znacz­ną część wspo­mnień. Ewa trzy­ma­ła ta­bli­cę z na­dzie­ją, że któ­re­goś dnia doj­dzie do prze­ło­mu i wte­dy znów do niej po­wró­ci.

– Na­praw­dę chcesz się jej po­zbyć? – spy­ta­ła mamy.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie chcę się tego po­zbyć – od­par­ła bez­na­mięt­nie. – Po­dob­nie jak chcę wy­na­jąć nie­uży­wa­ne po­ko­je.

– Je­śli ją zdej­mę, być może ni­g­dy nie uda nam się zna­leźć…

Nie do­koń­czy­ła. Zo­sta­wi­ła ta­bli­cę i po­de­szła do szaf­ki noc­nej przy łóż­ku. Tym ra­zem mama nie po­szła za nią. Wie­dzia­ła, co Ewa zro­bi, i nie chcia­ła pa­trzeć na to samo bo­le­sne wspo­mnie­nie.

– Bądź re­alist­ką, có­recz­ko. Na­dzie­ja to jed­no, a fak­ty coś zu­peł­nie in­ne­go. Mó­wisz o czymś abs­trak­cyj­nym. – Z gło­su mamy za­la­ty­wa­ło re­zy­gna­cją. – Przez tyle lat się nie uda­ło, a wte­dy pra­co­wa­łaś za­wzię­cie jak praw­dzi­wy de­tek­tyw. Na­pę­dza­ły cię wście­kłość, żal i nie­na­wiść. Te­raz one ze­lża­ły, nic z tym nie ro­bisz, więc nie mo­żesz ocze­ki­wać efek­tów. A je­śli chcesz da­lej nad tym pra­co­wać, rób to gdzie in­dziej. Mo­żesz ją za­brać do sie­bie.

– Pew­nie, jest wyż­sza ode mnie. Już wi­dzę, jak mie­ści się w au­cie. – Wzię­ła do ręki ram­kę ze zdję­ciem. Rę­ka­wem prze­tar­ła kurz. Wy­ję­ła fo­to­gra­fię, zgię­ła na pół i scho­wa­ła do spodni. – Bio­rę je ze sobą.

– Sko­ro mu­sisz… – Mama szarp­nę­ła za dol­ną część ta­bli­cy, pró­bu­jąc ode­rwać paź­dzierz od drew­na. – Wo­la­ła­bym, że­byś zo­sta­wi­ła zdję­cie w domu. Le­piej się czu­ję, kie­dy je mam. To moje ulu­bio­ne. Nie ro­zu­miesz, ile dla mnie zna­czy.

Ewa nie była pew­na, co prze­la­ło cza­rę go­ry­czy. Bez­czel­na pró­ba przy­własz­cze­nia so­bie jej wła­sno­ści czy to, że mó­wiąc, mama ode­rwa­ła dol­ną część ta­bli­cy. Jed­no i dru­gie za­bo­la­ło tak bar­dzo, jak­by zo­sta­ła zdzie­lo­na ba­tem w gołe ple­cy.

– Nie ro­zu­miem? Pew­nie, że nie ro­zu­miem! – ryk­nę­ła ile sił, pod­bie­ga­jąc pod sza­fę. Mama od­sko­czy­ła od ta­bli­cy i upa­dła na pod­ło­gę. – Nie mogę zro­zu­mieć, bo prze­cież ty cier­pisz bar­dziej ode mnie, praw­da? Tyl­ko ty zma­gasz się z praw­dzi­wym pro­ble­mem i tyl­ko ty mo­żesz być za­ła­ma­na. Wy­bacz, ma­mu­siu, ale to tak nie dzia­ła! By­łam tam, prze­ży­łam to samo, a może na­wet wię­cej! – Wście­kła chwy­ci­ła brzeg ta­bli­cy. Po­cią­gnę­ła z ca­łej siły. Bez pro­ble­mu ode­rwa­ła paź­dzierz od drew­na. – Przez lata pa­trzy­łam, jak się za­drę­czasz, jak się gło­wisz, czy po­stą­pi­łaś wła­ści­wie, i pró­bu­jesz zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie, co na­praw­dę cię do tego zmo­ty­wo­wa­ło! Było mi cie­bie żal, by­łam na­wet wdzięcz­na, ale wiesz co…?

Mama pod­nio­sła się z pod­ło­gi i cof­nę­ła o krok w kie­run­ku drzwi.

– Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do mnie, że ka­to­wa­łam się zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Prze­cież gdy­byś po­stą­pi­ła ina­czej, gdy­byś pod­ję­ła inną de­cy­zję, też byś się za­drę­cza­ła. Do­kład­nie w taki sam spo­sób. Dla­te­go da­łaś mi wol­ną rękę w ży­ciu, praw­da? Żeby każ­dą moją po­raż­kę zwa­lić na mnie, a sie­bie ni­czym już nie obar­czać! – Zło­śli­wie za­śmia­ła się w głos. Ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­ła, że może być dla mamy tak ostra, a roz­szy­fro­wa­nie jej po­stę­po­wa­nia ta­kie pro­ste.

– Ew­ciu, to nie tak…

– Wyjdź! – Wska­za­ła pal­cem drzwi. – Wyjdź i daj mi się spa­ko­wać! Mu­szę opu­ścić dom, w któ­rym od ju­tra nie bę­dzie dla mnie miej­sca.

5

– Wy­bacz, pani bu­si­nesswo­man, ale nie­któ­rzy nie mają na­stro­ju na ku­po­wa­nie plu­szo­wych mi­siów i bu­ja­nie się z nimi po cmen­ta­rzach! – krzyk­nę­ła bez­rad­nie do te­le­fo­nu, choć po­łą­cze­nie już do­bie­gło koń­ca. – My, zwy­kli lu­dzie, mu­si­my pró­bo­wać prze­trwać i się przy tym nie ze­szma­cić. – Wy­plu­ła gumę, we­tknę­ła do ust pa­pie­ro­sa. Od pew­ne­go cza­su co­raz chęt­niej za­stę­po­wa­ła ba­lo­nów­ki szlu­ga­mi.

Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę. Uży­ła srebr­nej Zip­po, któ­ra na­le­ża­ła do taty. Pierw­szy mach i wnę­trze sa­mo­cho­du mo­men­tal­nie wy­peł­ni­ło się dy­mem. Zmie­szał się on z ostrym, lecz przy­jem­nym za­pa­chem moc­no wy­słu­żo­nej skó­ry. Drew­no, choć mia­ło trzy­dzie­ści pięć lat, pach­nia­ło jak nowe. Mie­szan­ka ty­to­niu, skó­ry i drew­na w Mer­ce­de­sie W123, zwa­nym po­tocz­nie becz­ką, po­zwa­la­ła po­czuć na­miast­kę ode­bra­ne­go luk­su­su. Na tym koń­czy­ła się przy­jaźń Poli i sa­mo­cho­du. Kosz­to­wał ją ma­ją­tek. Trzy­dzie­ści ty­się­cy, czy­li znacz­ną część spu­ści­zny po ta­cie. Tech­nicz­nie był w nie­na­gan­nym sta­nie. Wła­ści­ciel za­pew­niał, że to bez­wy­pad­ko­wy mo­del, i przed­sta­wił książ­ki ser­wi­so­we po­twier­dza­ją­ce au­ten­tycz­ność stu­pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ne­go prze­bie­gu. Przy jej sty­lu jaz­dy po­chła­niał ben­zy­nę szyb­ciej niż Smerf Ła­such tor­ty, ale to też dało się prze­żyć. Bia­ły la­kier po­ło­żo­no nie­dłu­go przed za­ku­pem, koła zdo­bi­ły ory­gi­nal­ne srebr­ne fel­gi, me­siu pre­zen­to­wał się na­praw­dę nie­źle, ale naj­gor­sza była świa­do­mość, że jest tyl­ko sub­sty­tu­tem tego, co jej skra­dzio­no. Na samą myśl mu­sia­ła moc­niej po­cią­gnąć faj­kę.

– Cho­le­ra! – Od razu się za­krztu­si­ła. Pa­li­ła od pół roku. Faj­ki bar­dzo jej się po­do­ba­ły, ale cza­sem po­tra­fi­ły przy­du­sić. – Cze­go ja po niej ocze­ki­wa­łam? – spy­ta­ła samą sie­bie.

Do­sko­na­le wie­dzia­ła, dla­cze­go Ewa pró­bo­wa­ła się z nią rano skon­tak­to­wać. Od­dzwo­ni­ła do niej tyl­ko dla­te­go, że od czter­dzie­stu mi­nut sie­dzia­ła w sa­mo­cho­dzie pod wej­ściem do szpi­ta­la imie­nia dok­to­ra Wła­dy­sła­wa Bie­gań­skie­go, na par­kin­gu dla le­ka­rzy, zbie­ra­jąc się w so­bie, żeby wejść do środ­ka. Li­czy­ła na po­moc, ale Ewa już na dzień do­bry pró­bo­wa­ła mó­wić jej, co ma ro­bić, i w ten spo­sób ze­psu­ła na­strój. Po jej ra­dach Pola nie mia­ła ocho­ty się zwie­rzać. Zo­sta­ła sama ze swo­im pro­ble­mem i mu­sia­ła mu spro­stać.

– Weź się w garść, ja­koś to bę­dzie – po­wie­dzia­ła, ga­sząc szlu­ga w sa­mo­cho­do­wej po­piel­nicz­ce. – Naj­wy­żej go upro­sisz. Prze­cież nie był­by to pierw­szy raz, kie­dy przed nim skam­lesz. – Przej­rza­ła się w przed­nim apa­ra­cie te­le­fo­nu.

Me­ta­mor­fo­za, jaką prze­szła po skoń­cze­niu li­ceum, wstrzą­snę­ła po­zo­sta­ło­ścia­mi po jej ro­dzi­nie. Dziad­ko­wie twier­dzi­li, że opę­tał ją dia­beł, mat­ka ją zwy­zy­wa­ła, choć aku­rat mat­kę Pola mia­ła w du­pie, a ku­zyn pa­trzył na nią jak na okaz chro­nio­ne­go zwie­rzę­cia, jed­no­cze­śnie śli­niąc się na wi­dok jej tył­ka. Je­dy­nie brat taty trak­to­wał de­cy­zje Poli z sza­cun­kiem i chłod­nym dy­stan­sem. Niby ak­cep­to­wał nowe wcie­le­nie, ale i tak, gdy na nią pa­trzył, nie po­tra­fił po­zbyć się roz­cza­ro­wa­nia w oczach. Za­raz znów miał tak na nią spoj­rzeć.

Wy­sia­dła z auta, nie przej­mu­jąc się, że stoi na miej­scu dla le­ka­rzy. Już daw­no do­sta­ła od wuj­ka prze­pust­kę. W od­bi­ciu szy­by spraw­dzi­ła, jak się pre­zen­tu­je. Czar­ne dżin­sy nie­mal przy­kle­jo­ne do skó­ry, czar­ne buty z ćwie­ka­mi, czar­na ko­szul­ka z mrocz­nym wzo­rem, dżin­so­wa kurt­ka z przy­krót­ki­mi rę­ka­wa­mi, czar­na smycz w srebr­ne ćwie­ki i dłu­gie, roz­pusz­czo­ne blond wło­sy. Wy­glą­dam znacz­nie le­piej niż moja brycz­ka – stwier­dzi­ła w my­ślach i we­szła do szpi­ta­la.

Cze­ka­ła ją pil­na i nie­wdzięcz­na spra­wa. Li­czy­ła, że idąc do wuj­ka aku­rat dzień przed rocz­ni­cą, zdo­ła klep­nąć te­mat bez do­dat­ko­wych kom­pli­ka­cji. Bo wcze­śniej za­wsze były małe pro­ble­my. Spo­koj­nym kro­kiem po­ko­na­ła wej­ście, ukło­ni­ła się por­tie­ro­wi, któ­ry świet­nie ją ko­ja­rzył, we­szła do win­dy i wje­cha­ła na dru­gie pię­tro. Po­ro­dów­ka wi­zu­al­nie nie róż­ni­ła się zbyt­nio od in­nych od­dzia­łów szpi­ta­la. Zie­lo­ne ścia­ny, żół­te pod­ło­gi, cięż­ki za­pach le­ków, środ­ków de­zyn­fe­ku­ją­cych i pa­skud­ne­go żar­cia. Mia­ła wra­że­nie, że cho­dząc po tych ko­ry­ta­rzach, czło­wiek od razu my­śli o śmier­ci. Za­pu­ka­ła do drzwi ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go, któ­ry znaj­do­wał się obok za­mknię­te­go przej­ścia na od­dział, i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, otwo­rzy­ła drzwi.

Wu­jek stał przy otwar­tym oknie, kop­cąc pa­pie­ro­sa. Choć w szpi­ta­lu obo­wią­zy­wał za­kaz, le­ka­rze nic so­bie z nie­go nie ro­bi­li. Pola nie mo­gła się im dzi­wić. Kil­ka go­dzin grze­ba­nia w ci­pach, słu­cha­nia ję­ków i wy­zwisk ro­dzą­cych ko­biet plus ewen­tu­al­ne kro­je­nie pod­czas ce­sar­ki da­wa­ły pra­wo do spo­koj­ne­go za­cią­gnię­cia się szlu­giem.

– Wi­taj, Pola, jak zwy­kle świet­nie wy­glą­dasz. – Wu­jek wy­rzu­cił nie­do­pa­łek za okno i po­ka­zał pal­cem, żeby za­mknę­ła drzwi.

Aku­rat – po­my­śla­ła. Fa­cet sta­rej daty nie mógł uwa­żać, że jej obec­ny wy­gląd jest świet­ny. Kie­dyś, gdy jesz­cze cho­dzi­ła do li­ceum, prę­dzej. Była z po­zo­ru grzecz­ną dziew­czyn­ką bez prze­rwy wku­wa­ją­cą bio­lo­gię i che­mię na wy­raź­ne ży­cze­nie mat­ki. Wy­gląd rów­nież utrzy­my­wa­ła na po­zio­mie wy­zna­czo­nym przez tę sukę. Kasz­ta­no­we wło­sy, pra­wie za­wsze sple­cio­ne w ide­al­nie rów­ne war­ko­czy­ki, le­ciut­ki ma­ki­jaż pod­kre­śla­ją­cy oczy i po­god­ny wy­raz twa­rzy. Ro­sła na sa­łat­kach, ło­so­siach, płat­kach owsia­nych, a na lek­cjach te­ni­sa rzeź­bi­ła nie­na­tu­ral­nie szczu­płą syl­wet­kę. Za­wsze no­si­ła dłu­gie spód­ni­ce, ko­szu­le z koł­nie­rzy­kiem i ma­ry­nar­ki. Zda­niem suki taki wy­gląd spra­wiał, że lu­dzie po­strze­ga­li ją jako po­rząd­ną. Sta­ra idiot­ka mia­ła fio­ła na punk­cie pro­wa­dze­nia Poli przez ży­cie, wy­zna­cza­nia jej ce­lów i dro­gi do ich re­ali­za­cji. Kon­tro­lo­wa­ła wszyst­ko. Do koń­ca li­ceum Pola się nie sprze­ci­wia­ła. Mat­ka po­tra­fi­ła ją zdo­mi­no­wać i przy­tło­czyć. Poza tym do osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści przez cór­kę za­rzą­dza­ła ren­tą po jej ojcu. Była ostra, ni­g­dy nie oka­zy­wa­ła uczuć. Pola cza­sem się jej bała.

– Bo ci uwie­rzę. – Za­mknę­ła drzwi, po­de­szła do wuj­ka i jak za­wsze dała mu bu­zia­ka w po­li­czek. – Obo­je wie­my, że je­steś nie­re­for­mo­wal­ny. W two­im mnie­ma­niu wy­glą­dam jak kry­mi­na­list­ka, tyl­ko ni­g­dy nie bę­dziesz na tyle szcze­ry albo bez­czel­ny, żeby mi o tym po­wie­dzieć.

Ze­rwa­ła się ze smy­czy do­pie­ro po uzy­ska­niu do­stę­pu do swo­jej czę­ści ren­ty, któ­rą wcze­śniej od­kła­da­ła dla niej mat­ka, i po zda­niu eg­za­mi­nów na me­dy­cy­nę. Ni­g­dy nie chcia­ła być le­ka­rzem. Do tam­tej fe­ral­nej nocy mat­ka na­wet na to nie na­ci­ska­ła. Zresz­tą trud­no było na­ci­skać na dzie­się­cio­lat­kę. Do­pie­ro po­tem za­fun­do­wa­ła cór­ce na­uko­wy ma­ra­ton. Lata wku­wa­nia, ko­re­pe­ty­cji, wy­myśl­nych te­stów. Pola za­py­cha­ła so­bie gło­wę mnó­stwem nie­po­trzeb­nych fak­tów. Wszyst­ko po to, żeby naj­pierw spra­wić mat­ce przy­jem­ność, po­zwo­lić jej po­czuć na­miast­kę szczę­ścia, dać się na­cie­szyć tym szczę­ściem, a po chwi­li, w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie, wbić nóż w ser­ce.

Pola od sa­me­go po­cząt­ku zda­wa­ła so­bie spra­wę, że me­dy­cy­na nie jest dla niej. Ko­lej­ne sześć lat ku­cia na stu­diach, po­tem pra­ca non stop i na­stęp­ne wku­wa­nie, żeby cały czas być na bie­żą­co z no­wo­ścia­mi. Po co? Dla for­sy, któ­rej nie bę­dzie mia­ła cza­su wy­da­wać, aż się ze­sta­rze­je, i dla za­spo­ko­je­nia cho­rych am­bi­cji mat­ki, któ­ra ko­niecz­nie chcia­ła mieć có­recz­kę le­kar­kę? W do­dat­ku nie tę có­recz­kę…

– Nie prze­sa­dzaj. – Wu­jek się uśmiech­nął. Był przy­stoj­nym, wy­so­kim męż­czy­zną z ostry­mi ry­sa­mi twa­rzy i gę­sty­mi si­wy­mi wło­sa­mi. – Pre­zen­tu­jesz się cał­kiem ład­nie na ten swój ban­dyc­ki spo­sób. Pew­nie wszy­scy czę­sto­chow­scy re­cy­dy­wi­ści pró­bu­ją cię po­de­rwać – rzu­cił kiep­skim żar­tem.

Po śmier­ci taty wu­jek opie­ko­wał się nimi, jak tyl­ko po­tra­fił. Bez­zwrot­nie po­ży­czał pie­nią­dze, re­gu­lar­nie od­wie­dzał. Gdy do­sta­ła się na me­dy­cy­nę, obie­cał jej po­móc wy­star­to­wać w nie­za­leż­ność i uwol­nić się od apo­dyk­tycz­nej mat­ki. Nie miał po­ję­cia, że Pola ma inne pla­ny. Po­zba­wio­na nad­zo­ru wresz­cie mo­gła po­ka­zać, jaka jest na­praw­dę. Roz­pu­ści­ła wło­sy i prze­far­bo­wa­ła je na ra­żą­cy w oczy blond, wy­rzu­ci­ła wszyst­kie sta­re ciu­chy, żeby za­stą­pić je no­wy­mi. Obie ręce w ca­ło­ści po­kry­ła ko­lo­ro­wy­mi ta­tu­aża­mi. Rę­ka­wy na­pa­wa­ły ją dumą. Kol­czyk w war­dze, kol­czyk w no­sie i ciem­ny ma­ki­jaż osta­tecz­nie za­ma­za­ły ob­raz daw­nej grzecz­nej Po­lci. Te­raz była sobą i choć­by dla tego za­je­bi­ste­go uczu­cia war­to było od cza­su do cza­su upo­ko­rzyć się przed wuj­kiem.

– Świet­ny dow­cip. – Na­wet nie wy­si­li­ła się na śmiech. – Po­wi­nie­neś się za­jąć stand-upem, po­dob­no jest te­raz na to­pie – do­da­ła. – Ale jak wiesz, nie prze­ry­wam ci pra­cy, żeby usły­szeć kil­ka dow­ci­pów.

Wu­jek był kon­kret­nym czło­wie­kiem. Nie lu­bił bi­cia pia­ny, ale wspól­ne prze­ko­ma­rza­nie na dzień do­bry było ich ry­tu­ałem od cza­sów dzie­ciń­stwa.

– Po­mi­ja­my fakt, że spóź­ni­łaś się pra­wię o go­dzi­nę. – Wska­zał pal­cem na ze­ga­rek. – Za kwa­drans ro­bię ce­sar­kę. – Mo­men­tal­nie spo­waż­niał. Le­karz z praw­dzi­we­go po­wo­ła­nia. W jed­nej chwi­li mógł żar­to­wać lub za­ła­twiać pro­ble­my ro­dzin­ne, a w dru­giej roz­kra­jać brzuch i kro­cze ro­dzą­cej ko­bie­ty. – Też mam do cie­bie pil­ną spra­wę, a nie­ste­ty wred­ny dzie­ciak nie chce sam wyjść na świat i dzia­ła­nia po­łoż­nych nie wy­star­czą. Mu­sisz za­cząć sza­no­wać czas in­nych.

Ko­lej­na oso­ba, któ­ra chcia­ła ją po­uczać.

– Jaką spra­wę? – spy­ta­ła, choć mi­nu­ty mi­ja­ły i po­win­na za­cząć od swo­jej proś­by.

Zna­ła wuj­ka wy­star­cza­ją­co dłu­go, żeby mieć świa­do­mość, że jak go za­wo­ła­ją, prze­rwie roz­mo­wę, choć­by była nie wia­do­mo jak pil­na.

– Mów pierw­sza. To ty do mnie za­dzwo­ni­łaś.

W pla­nach było przed­sta­wie­nie wspa­nia­łych wi­zji, udo­wod­nie­nie, że jej po­trze­by są jak naj­bar­dziej wła­ści­we i słu­żą jej roz­wo­jo­wi, a obec­ne kło­po­ty są je­dy­nie przej­ścio­we. Brak cza­su spra­wił, że mu­sia­ła się stresz­czać.

– Chcę cię pro­sić o nie­wiel­ką po­życz­kę – strze­li­ła sło­wa­mi szyb­ko i nie­wy­raź­nie, jak­by w ten spo­sób zmniej­sza­ła ich wagę do mało zna­czą­cej bła­host­ki. – Ostat­ni raz, wuj­ku. Obie­cu­ję.

Wu­jek z dez­apro­ba­tą po­krę­cił gło­wą.

– O ile mnie pa­mięć nie myli, po­przed­nie dwie też były ostat­ni­mi.

Nie­ste­ty miał świet­ną pa­mięć.

6

To, że po skoń­cze­niu ogól­nia­ka i odej­ściu z domu Pola wciąż trzy­ma­ła się na po­wierzch­ni, w naj­więk­szej mie­rze za­wdzię­cza­ła wuj­ko­wi. Jej tata też był gi­ne­ko­lo­giem. Oprócz pra­cy w dwóch róż­nych szpi­ta­lach bra­cia pro­wa­dzi­li wspól­nie pry­wat­ną prak­ty­kę. W tam­tych cza­sach za­su­wa­li po osiem­na­ście go­dzin na dobę. Ro­bi­li za­wrot­ne ka­rie­ry, choć rzad­ko by­wa­li w do­mach. Za to pro­fi­ty spły­wa­ły sze­ro­kim stru­mie­niem, a per­spek­ty­wy na wej­ście w nowe ty­siąc­le­cie były zna­ko­mi­te. Obu ukła­da­ło się świet­nie – aż do po­nu­re­go je­sien­ne­go dnia, kie­dy ser­ce taty nie wy­trzy­ma­ło. Pa­lił jak smok, po­chła­niał ol­brzy­mie ilo­ści kawy, ży­wił się głów­nie ham­bur­ge­ra­mi z McDo­nal­da i in­nym szyb­kim sy­fem. Po­ma­gał lu­dziom, za­po­mi­na­jąc o so­bie. Strasz­nie tył, osła­bia­jąc w ten spo­sób ser­ce. Umarł na za­wał w trak­cie cięż­kie­go dy­żu­ru. Jego śmierć od­bi­ła się sze­ro­kim echem w lo­kal­nych krę­gach me­dycz­nych.

– Wiem, wuj­ku, że tam­te mia­ły być ostat­ni­mi, ale sam ro­zu­miesz, jak to jest… W wa­ka­cje trud­no było do­brze za­ro­bić. – Spoj­rza­ła mu w oczy z po­waż­ną miną. Chcia­ła brzmieć wia­ry­god­nie. – We wrze­śniu po­win­no się roz­bu­jać. Prze­cież cią­gle do­ra­biam na dru­gim eta­cie, żeby nie mu­sieć od cie­bie po­ży­czać.

Pola, przez całe dzie­ciń­stwo ka­to­wa­na te­ni­sem, jesz­cze w kla­sie ma­tu­ral­nej za­czę­ła po­ta­jem­nie uczęsz­czać na za­ję­cia pole dan­ce. Ar­ty­stycz­ny ta­niec na ru­rze i zmu­sza­nie cia­ła do trud­nych ewo­lu­cji wkrę­ci­ły ją do tego stop­nia, że sama po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać uczyć in­nych. Szyb­ko zda­ła eg­za­mi­ny na in­struk­tor­kę. Sta­ła za ba­rem w kil­ku knaj­pach, do­ra­bia­ła jako pom­po­nia­ra na me­czach żuż­lo­wych, ale szyb­ko wy­le­cia­ła. Przez mo­ment była tak zde­spe­ro­wa­na, że za­sta­na­wia­ła się, czy nie za­trud­nić się w klu­bie ze strip­ti­zem. Osta­tecz­nie po­sta­wi­ła na kurs in­struk­tor­ki pole dan­ce i z całą pew­no­ścią za­ra­bia­ła mniej niż strip­ti­zer­ki.

O po­moc w re­ali­za­cji swo­je­go celu zwró­ci­ła się do wuj­ka. Nie mia­ła opo­rów, żeby cią­gnąć z jego kie­sze­ni. Szar­pa­ło ją na wi­dok wy­pa­sio­nej cha­ty, w któ­rej miesz­kał, czer­wo­ne­go ści­ga­cza, któ­rym jeź­dził całe lato, ro­dzin­ne­go Le­xu­sa i wiecz­nie uśmiech­nię­tej żon­ci, któ­ra poza spo­tka­nia­mi z ko­le­żan­ka­mi i do­wo­że­niem mu je­dze­nia do pra­cy nie ro­bi­ła kom­plet­nie nic. Gdy­by ser­ce ojca wy­trzy­ma­ło albo gdy­by jej mat­ka też przy­wo­zi­ła ta­cie do­bre je­dze­nie, te­raz Pola ży­ła­by ta­kim sa­mym ży­ciem jak dwu­dzie­sto­let­ni syn wuj­ka. Dzie­ciak ba­wił się na stu­diach sto­ma­to­lo­gicz­nych w Ło­dzi i nie mar­twił o przy­szłość. Jak już zo­sta­nie sto­ma­to­łem, tata otwo­rzy mu pry­wat­ną kli­ni­kę w mie­ście. Pola uwa­ża­ła, że część wuj­ko­wej for­sy po pro­stu jej się na­le­ży.

– Nie umiesz kal­ku­lo­wać – pa­dło po­ucze­nie, zwia­stu­ją­ce na­stęp­ne. – Mo­głaś pod­nieść ceny, zwięk­szyć za­sięg re­kla­my, za­cząć in­we­sto­wać, za­miast wy­da­wać pie­nią­dze na ko­lej­ne ta­tu­aże – stwier­dził, nie­mal czy­ta­jąc w jej my­ślach.

Pola cią­gle była pod kre­ską, bo uma­wia­ła się na lek­cje tyl­ko w tych go­dzi­nach, któ­re jej od­po­wia­da­ły, i nie­wła­ści­wie wy­da­wa­ła pie­nią­dze. Już na­wet była za­pi­sa­na na ko­lej­ną dzia­ro­wą se­sję. W pla­nach mia­ła wy­peł­nie­nie ca­łe­go uda, a to spo­ro kosz­tu­je.

– Bez prze­sa­dy, wuj­ku, nie jest aż tak źle. Lu­dzie już dzwo­nią i uma­wia­ją się na na­stęp­ne ty­go­dnie – pró­bo­wa­ła wy­tłu­ma­czyć, że kło­po­ty są chwi­lo­we i wkrót­ce za­stój się skoń­czy. – Po­in­for­mo­wa­łam ich, że od je­sie­ni pod­no­szę ceny. W mie­ście poza mną są tyl­ko dwie in­struk­tor­ki, obie pła­cą za wy­na­jem lo­ka­lu, więc au­to­ma­tycz­nie mu­szą wa­lić więk­sze mar­że. – Pola do­sta­ła lo­kal na­le­żą­cy do wuj­ka. Mógł go wy­naj­mo­wać ja­kiejś fir­mie i na nim za­ra­biać, ale wo­lał udo­stęp­nić swo­jej chrze­śni­cy za sym­bo­licz­ną zło­tów­kę. – W przy­szłym roku o tej po­rze będę funk­cjo­no­wa­ła mi­lion razy le­piej, zo­ba­czysz.

– Ży­czę ci tego z ca­łe­go ser­ca. – Się­gnął po ko­lej­ną faj­kę. Pola też wy­cią­gnę­ła pa­pie­ro­sa z kurt­ki. – Jed­nak za­czę­łaś? – Spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem. – Zu­peł­nie jak tata…

Nie sko­men­to­wa­ła ocie­ka­ją­cej hi­po­kry­zją uwa­gi, tyl­ko spo­koj­nie od­pa­li­ła faj­kę za­pal­nicz­ką ojca.

– Mogę na cie­bie li­czyć? Ten ostat­ni raz? – Zro­bi­ła słod­kie oczka, któ­re chy­ba już na nie­go nie dzia­ła­ły.

Wu­jek za­cią­gnął się szlu­giem. Za­milkł, wpa­tru­jąc się w kra­jo­braz za oknem. Wy­cho­dzi­ło na par­king. Kon­tem­plo­wał sa­mo­cho­dy i śmiet­nik.

– W po­rząd­ku. – My­śla­ła, że bę­dzie uda­wał za­wa­ha­nie, po­draż­ni się z nią, żeby nie­co ją prze­stra­szyć i po­now­nie zmu­sić do roz­sąd­niej­sze­go za­rzą­dza­nia szma­lem. Tym­cza­sem zgo­dził się dość szyb­ko. Może dla­te­go, że mu się spie­szy­ło, a sam miał znacz­nie waż­niej­szą spra­wę? – Jesz­cze dzi­siaj prze­le­ję ci dzie­sięć ty­się­cy. – Przy­cho­dząc tu, li­czy­ła na pięć, może sie­dem. Wu­jek ni­g­dy nie py­tał, ile po­trze­bu­je, nie pro­sił też o zwrot. – Ale tym ra­zem to bę­dzie na­praw­dę ostat­nia da­ro­wi­zna.

Chcia­ła rzu­cić mu się na szy­ję i go wy­ści­skać. Z tru­dem uda­ło jej się ukryć eks­cy­ta­cję i za­cho­wać na­le­ży­tą po­wa­gę. Była do­ro­sła, mu­sia­ła się za­cho­wy­wać, jak na do­ro­słą przy­sta­ło.

– Dzię­ku­ję. – Ski­nę­ła po­kor­nie gło­wą. – Od­dam co do gro­sza, jak już się od­ku­ję.

– A te­raz moja spra­wa… – Jesz­cze raz po­cią­gnął szlu­ga i wy­rzu­cił reszt­kę za okno. Pola zro­bi­ła to samo. – Nie jest mi ła­two, Po­lecz­ko, ale od po­cząt­ku mu­sia­łaś się z tym li­czyć. – Zła­pał ją za ra­mio­na. Nie zro­bił tego moc­no, lecz czu­le. – Pio­trek ob­lał po­praw­ki, wy­wa­li­li go ze stu­diów. – W oczach wuj­ka Pola do­strze­gła żal. – Wra­ca do Czę­sto­cho­wy, przy­naj­mniej na rok. – Zro­bi­ło jej się nie­do­brze, prze­czu­wa­ła, co te sło­wa ozna­cza­ją. – Mu­sisz zwol­nić jego miesz­ka­nie. Im szyb­ciej, tym le­piej.

Swe­go cza­su wu­jek wy­ło­żył kupę szma­lu na miesz­ka­nie w wie­ko­wej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­ściusz­ki, w ści­słym cen­trum. Lo­kum w sta­rym sty­lu, z wy­so­ki­mi su­fi­ta­mi, skrzy­pią­cym par­kie­tem i zsy­pem na śmie­ci. Było wiel­kie ni­czym lot­ni­sko. Sam ko­ry­tarz spo­koj­nie wy­star­czył­by kil­ku dzie­cia­kom do ro­ze­gra­nia me­czu na dwie bram­ki. Pola nie pła­ci­ła czyn­szu ani ra­chun­ków i bar­dzo do­ce­nia­ła tę lo­ka­li­za­cję. Uwiel­bia­ła sie­dzieć go­dzi­na­mi na ław­ce w Ale­jach, czy­tać książ­kę, ukrad­kiem ob­ser­wo­wać prze­chod­niów, słu­chać ich gło­sów i roz­mów. To było chy­ba je­dy­ne miej­sce, w któ­rym od cza­su do cza­su po­ja­wiał się prak­tycz­nie każ­dy miesz­ka­niec mia­sta. Je­śli mia­ła gdzieś na­tra­fić na czło­wie­ka od­po­wie­dzial­ne­go za zła­ma­nie jej ży­cia, to wła­śnie tam. Po­dob­nie jak Ewa chcia­ła go od­na­leźć, ale mia­ła na­dzie­ję zro­bić to sama.

– To ja… – Po­czu­ła kłu­cie w gar­dle. – Do­kąd mam pójść? Prze­cież nie zo­sta­wisz mnie na bru­ku. – Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że miesz­ka­nie fi­nal­nie jest prze­zna­czo­ne dla Piotr­ka, ale prze­cież on miał jesz­cze czte­ry lata stu­dio­wać w Ło­dzi.

– Mo­że­my zro­bić tak. – Wu­jek pu­ścił jej ra­mio­na. – Do koń­ca wrze­śnia bę­dziesz miesz­kać u mamy. Spo­tkasz się z nią i po­roz­ma­wiasz. Na pew­no cię przyj­mie. Po­ga­da­łem z dzie­ka­nem na Uni­wer­sy­te­cie Me­dycz­nym. Zna­my się z daw­nych cza­sów – pod­kre­ślił. – Je­śli zło­żysz pa­pie­ry do koń­ca mie­sią­ca, od paź­dzier­ni­ka mo­żesz przy­stą­pić do za­jęć. Rzuć to na­ucza­nie strip­ti­zu, olej do­ryw­czą ro­bo­tę i wróć na stu­dia. Je­śli to zro­bisz, obie­cu­ję ci po­móc. – Od­pu­ści­ła so­bie tłu­ma­cze­nie, że pole dan­ce to nie strip­tiz. Wu­jek był w tym te­ma­cie nie­re­for­mo­wal­ny. – Wy­naj­mę i opła­cę ci po­rząd­ne miesz­ka­nie, póź­niej po­mo­gę ci zna­leźć pra­cę w Czę­sto­cho­wie lub na Ślą­sku, dzię­ki cze­mu na za­wsze sta­niesz się nie­za­leż­na.

Jego sło­wa były jak siar­czy­ste po­licz­ki wy­mie­rza­ne w jej zbun­to­wa­ną bu­zię. Przyj­mo­wa­ła je z god­no­ścią, choć mia­ła ocho­tę wyć. Wła­śnie koń­czył się pięk­ny sen o wła­snym biz­ne­sie, miesz­ka­niu w cen­trum i li­kwi­do­wa­niu wszyst­kich trosk pie­niędz­mi wuj­ka. Do mat­ki nie mo­gła się wpro­wa­dzić, choć­by nie wiem co. Na stu­dia też nie za­mie­rza­ła wra­cać. Do­tąd wu­jek był jej je­dy­ną osto­ją, ko­łem ra­tun­ko­wym na burz­li­wym mo­rzu do­ro­słe­go ży­cia. To­nę­ła, a za­miast koła ra­tun­ko­we­go do­sta­ła brzy­twę.

– Se­rio? – Omal nie pi­snę­ła z żalu. Świecz­ki sta­nę­ły jej w oczach. Wu­jek mu­siał to za­uwa­żyć. – Nie chcę za­brzmieć nie­ele­ganc­ko, ale nie za­mie­rzam już ni­g­dy roz­ma­wiać z tą suką!

– Wiem i wca­le nie każę ci się z nią go­dzić. – Prze­je­chał dło­nią po jej ręce, sku­pia­jąc wzrok na nad­garst­ku po­kry­tym ta­tu­ażem. – Ale w tej sy­tu­acji nie masz wyj­ścia. Nie je­steś moją cór­ką, choć cię tak trak­tu­ję.

Po­mi­ja­jąc to, że do­bro Piotr­ka jest nie­po­rów­ny­wal­nie waż­niej­sze niż moje – do­da­ła w my­ślach.

– Chcę ci po­móc, tyl­ko je­steś zbyt mło­da i zbyt wście­kła na świat, żeby to do­strzec. Zrób, jak mó­wię, a za kil­ka lat mi po­dzię­ku­jesz.

Spo­tka­nie z mat­ką było gor­sze niż wy­pro­wadz­ka ze swo­je­go nie swo­je­go miesz­ka­nia, gor­sze na­wet niż spa­nie na dwor­cu, na któ­rym Pola spę­dzi­ła pierw­sze dwa dni do­ro­sło­ści, za­nim po­szła po ro­zum do gło­wy i po­ga­da­ła z bra­tem taty.

– Dzię­ku­ję za wszyst­ko, co dla mnie zro­bi­łeś, wuj­ku. – Za­brzmia­ła ofi­cjal­nie ni­czym po­li­tyk wy­ra­ża­ją­cy wdzięcz­ność za gło­sy oma­mio­nym wy­bor­com. – Jesz­cze dzi­siaj się wy­pro­wa­dzę, klu­cze zo­sta­wię u por­tie­ra. Przy­kro mi, że twój syn nie po­tra­fił utrzy­mać się na sto­ma­to­lo­gii, ale nie po­we­tu­jesz so­bie swo­jej po­raż­ki usta­wia­niem mi ży­cia.

Od­wró­ci­ła się na pię­cie.

– Pola… – Ką­tem oka do­strze­gła, że wy­cią­ga do niej rękę. Nie za­re­ago­wa­ła. – Pola – po­wtó­rzył.

– Zda­je się, że za­raz bę­dziesz za­ję­ty. – Chwy­ci­ła za klam­kę. – Jesz­cze raz dzię­ku­ję za prze­lew.

– Pola! – Za­my­ka­jąc drzwi, po raz ostat­ni usły­sza­ła jego de­spe­rac­ki krzyk. Znów nie za­szczy­ci­ła go swo­ją re­ak­cją.

7

Naj­pierw za­czę­ła obi­jać pię­ścia­mi kie­row­ni­cę Mer­ce­de­sa. Szyb­ko się zre­flek­to­wa­ła. Wie­ko­wy sprzęt mógł nie wy­trzy­mać jej ata­ku agre­sji, więc tro­chę się uspo­ko­iła. Po­nie­waż za pół go­dzi­ny mia­ła po­pro­wa­dzić za­ję­cia, a nic tak nie roz­ła­do­wy­wa­ło emo­cji jak pole dan­ce, po­je­cha­ła pro­sto do fir­my, czy­li pię­tro­we­go bu­dyn­ku znaj­du­ją­ce­go się w kom­plek­sie obiek­tów usłu­go­wych przy uli­cy Ja­dwi­gi. Pię­tro jed­ne­go lo­ka­lu na­le­ża­ło do wuj­ka. Tam też znaj­do­wa­ło się jej stu­dio. Ruch, zwa­żyw­szy na to, że Pola po­tra­fi­ła bez in­for­mo­wa­nia klien­tek nie sta­wić się na lek­cji, był cał­kiem spo­ry. Przy­szło osiem dziew­czyn. Wy­ła­do­wa­ła się na nich i ich nie­po­rad­no­ści, zgar­nę­ła szmal i od­świe­żo­na po­je­cha­ła pod blok mat­ki. Sama do koń­ca nie wie­dzia­ła po co. Chy­ba przez za­glą­da­ją­ce w oczy wid­mo bez­dom­no­ści.

Dwie noce bez da­chu nad gło­wą za­pa­mię­ta­ła jako kosz­mar. Nie naj­więk­szy w jej ży­ciu, ale aspi­ru­ją­cy do li­sty top 5. Za nic nie wró­ci­ła­by na dwo­rzec. Mia­ła jesz­cze al­ter­na­ty­wę w po­sta­ci spa­nia w becz­ce, ale ile nocy wy­trzy­ma­ła­by w ten spo­sób? Jed­ną? Dwie? Może trzy? My­śla­ła też o lo­ka­lu, w któ­rym uczy­ła. Nie­ste­ty cały te­ren był otwar­ty od dzie­sią­tej do dwu­dzie­stej. Po­tem go za­my­ka­li. Pola nie mia­ła na­wet klu­czy do bra­my wjaz­do­wej. Uga­da­nie się z cie­ciem też nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Kie­dyś za­po­mnia­ła za­brać ze sobą to­reb­ki i pod­je­cha­ła tam po dwu­dzie­stej dru­giej. Fa­cet po­wie­dział, że ma od­gór­ny przy­kaz nie­wpusz­cza­nia ni­ko­go, a je­śli to zro­bi, przy­pła­ci błąd utra­tą pra­cy. Przy wszech­obec­nych ka­me­rach nie po­mógł na­wet jej urok.

Sto­pa wci­ska­ła gaz au­to­ma­tycz­nie, a ręce same krę­ci­ły kie­row­ni­cą, pro­wa­dząc Polę na ele­ganc­ki par­king obok no­wo­cze­sne­go dzie­się­cio­pię­tro­we­go blo­ku przy uli­cy Łódz­kiej. Mat­ka ese­me­so­wo po­in­for­mo­wa­ła ją o tym, gdzie bę­dzie miesz­kać, jesz­cze przed prze­pro­wadz­ką, choć już wte­dy ze sobą nie roz­ma­wia­ły. Jed­no Pola mu­sia­ła jej przy­znać – była za­rad­ną i cał­ko­wi­cie ogar­nię­tą ży­cio­wo zim­ną suką. Wie­dzia­ła, że sama w du­żym domu, po­zba­wio­na wspar­cia męża, dłu­go nie po­cią­gnie. Wcze­śniej utrzy­my­wa­ła dom ze wzglę­du na cór­kę i za­pew­nie­nie jej jak naj­lep­szych wa­run­ków do na­uki. Po­tem nic jej w nim nie trzy­ma­ło. Zro­bi­ła to, o czym ma­rzy­ła dla swo­jej mat­ki Ewa – sprze­da­ła cha­tę, ku­pi­ła dwu­po­ko­jo­we, wy­pa­sio­ne miesz­ka­nie, a resz­tę for­sy za­in­we­sto­wa­ła. Wy­ku­pi­ła fran­czy­zę od ciu­cho­wej sie­ciów­ki i za­rzą­dza­ła dwo­ma bu­ti­ka­mi. W mie­ście i w ga­le­rii han­dlo­wej. Oprócz tego wy­my­śli­ła so­bie, że za­trud­ni ko­le­sia, któ­ry co­dzien­nie bę­dzie dy­mał po mie­ście ze spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym sprzę­tem do ro­bie­nia kawy. Obec­nie tych ko­le­si pra­co­wa­ło dla niej już czte­rech, choć Pola nie zna­ła szcze­gó­łów. Stra­ci­ła mat­kę w chwi­li, w któ­rej zre­zy­gno­wa­ła ze stu­diów. Tak to wy­glą­da­ło z ze­wnątrz, w rze­czy­wi­sto­ści stra­ci­ła ją po­nad dzie­sięć lat temu.

Zo­sta­wi­ła sa­mo­chód na cia­snym par­kin­gu i po­szła pod klat­kę scho­do­wą. Chwi­lę się za­wa­ha­ła, po czym wy­bra­ła nu­mer miesz­ka­nia mat­ki.

– Pro­szę? – W gło­śni­ku usły­sza­ła jej znie­kształ­co­ny głos.

Na­pię­cie było tak duże, że mu­sia­ła oprzeć dłoń o ścia­nę, żeby nie upaść. Ostat­ni raz roz­ma­wia­ły ze sobą, kie­dy Pola za­bie­ra­ła rze­czy ze sta­re­go domu. Na od­chod­ne po­wie­dzia­ła mat­ce, że ży­czy jej, aby do­padł ją rak i żeby umie­ra­ła ty­go­dnia­mi na szpi­tal­nym łóż­ku.

– Two­ja cór­ka, mogę wejść? – po­wie­dzia­ła na jed­nym wy­de­chu, zmo­ty­wo­wa­na wspo­mnie­niem dwóch nocy spę­dzo­nych na dwor­cu.

W od­po­wie­dzi za­brzę­czał za­mek i Pola we­szła do środ­ka.

Mat­ka cze­ka­ła w otwar­tych drzwiach miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze. Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia to­tal­nie się zmie­ni­ła. Nie­ste­ty na ko­rzyść. Jesz­cze nie­daw­no mia­ła fi­gu­rę ro­syj­skiej ma­triosz­ki. Tej naj­więk­szej. Te­raz ostro wy­szczu­pla­ła. Twarz, kie­dyś zmę­czo­na i po­marsz­czo­na, wy­da­wa­ła się żywa i sprę­ży­sta. Pola nie była pew­na, ale mat­ka chy­ba coś so­bie wstrzyk­nę­ła. Wło­sy, prze­far­bo­wa­ne na ja­sny ko­lor, mia­ła spię­te w dwa cho­ler­ne war­ko­cze. Wy­glą­da­ła jak zu­peł­nie obca oso­ba. Wi­dać ży­cie bez cór­ki bar­dzo jej słu­ży­ło. Na po­wi­ta­nie zmie­rzy­ły się pod­łym wzro­kiem. Mat­ka ge­stem gło­wy ka­za­ła jej wejść do środ­ka. Miesz­ka­nie przy­po­mi­na­ło skó­rę sło­nia. Sza­re ścia­ny, sza­re płyt­ki, sza­re me­ble. W sam raz dla oso­by ta­kiej jak mat­ka.

– Na­praw­dę mu­sisz nie mieć do­kąd pójść, sko­ro je­steś tak zde­spe­ro­wa­na, żeby po­słu­chać na­ka­zu Wojt­ka. – W ten spo­sób przy­wi­ta­ła cór­kę, gdy zna­la­zły się w sa­lo­nie po­łą­czo­nym z kuch­nią.

Usia­dły na fo­te­lach po prze­ciw­nych stro­nach sto­li­ka. Mat­ka nie za­pro­po­no­wa­ła nic do pi­cia. Sama żło­pa­ła ja­kiś ener­ge­tyk.

– Już ci do­niósł?

Za­miast od­po­wie­dzieć, wzię­ła ko­mór­kę, wy­bra­ła nu­mer i po­wie­dzia­ła krót­ko:

– Jest u mnie.

Nic wię­cej. Zero uczuć, zero emo­cji. Nie prze­pa­da­ła za swo­im szwa­grem. Z dwóch po­wo­dów. On żył, jej mąż nie.

– Woj­tek pu­ścił ci prze­lew. – Odło­ży­ła ko­mór­kę. – Pro­szę. – Za­to­czy­ła dło­nią po sa­lo­nie. – Do koń­ca mie­sią­ca ka­na­pa jest two­ja, po­tem wra­casz na stu­dia. Jesz tyl­ko w kuch­ni, sprzą­tasz po so­bie ta­le­rze, nie zo­sta­wiasz wło­sów w umy­wal­ce ani pod prysz­ni­cem. Żad­nych go­ści, żad­nej gło­śnej mu­zy­ki, nie wcho­dzisz do mo­jej sy­pial­ni. Je­dze­nie ku­pu­jesz swo­je. Zro­zu­mia­no?

– To był głu­pi po­mysł. – Spę­dzi­ła z mat­ką pięć mi­nut, tyle w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło do uświa­do­mie­nia so­bie, że nie mogą ra­zem miesz­kać choć­by przez dzień. Na­wet za cenę ob­skur­ne­go dwor­ca. – Dzię­ki za wy­si­łek, mamo, po­ra­dzę so­bie. – Po­de­rwa­ła się z fo­te­la. – Ni­g­dy nie po­go­dzi­łaś się z tym, że nie uda­ło ci się zro­bić ze mnie jej ko­pii i za to mnie nie­na­wi­dzisz, praw­da?

Mat­ka prze­szy­ła cór­kę mroź­nym wzro­kiem. Pola po­czu­ła ciar­ki na ple­cach.

– Już daw­no się po­go­dzi­łam – od­par­ła.

Pal­nę­ła kom­plet­ną bzdu­rę. Pola ani my­śla­ła w to uwie­rzyć.

Wi­dząc brak jej re­ak­cji, mat­ka kon­ty­nu­owa­ła:

– To ty nie mo­żesz się po­go­dzić z moim wy­bo­rem. Świa­do­mość od­rzu­ce­nia zże­ra cię jak rak, któ­re­go mi ży­czy­łaś. Sęk w tym, że po­tra­fi­łam się pod­nieść. A ty? – Spoj­rza­ła na nią z po­li­to­wa­niem. – Jak w koń­cu też się po­go­dzisz, bę­dzie ci ła­twiej, zo­ba­czysz. I może wresz­cie za­czniesz po­dej­mo­wać mą­dre de­cy­zje – cią­gnę­ła, a naj­gor­sze, że nie było w niej cie­nia wy­rzu­tów. Na­praw­dę mia­ła cór­kę za gor­szą od sie­bie. – Nie za­trzy­mu­ję cię. Nie chcesz miesz­kać u mnie na mo­ich za­sa­dach? Twój wy­bór. Dro­ga wol­na.

Nogi Poli za­drża­ły. Ostat­ni bli­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny w cią­gu kil­ku go­dzin po­ło­ży­li ją na ło­pat­ki. Tym ra­zem nie była w sta­nie za­trzy­mać łez.

– Nie ro­zu­miem, jak ty mo­żesz być taka bez­dusz­na! – wy­krzy­cza­ła swój ból i ucie­kła.

Mat­ka nie wy­si­li­ła się, żeby za nią pójść.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Có­recz­ki wyd. II

isbn: 978-83-8423-554-6

© Ad­rian Bed­na­rek i Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Za­czy­ta­ni.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

konw­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: wy­daw­nic­two@za­czy­ta­ni.pl

https://za­czy­ta­ni.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.