Córeczki - Adrian Bednarek - ebook
NOWOŚĆ

Córeczki ebook

Bednarek Adrian

0,0

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Wspólna tajemnica jednoczy bardziej niż więzy krwi

Ewa jest niedoszłą policjantką, która prowadzi butik w centrum Częstochowy. Pola zrezygnowała ze studiów medycznych i ledwie wiąże koniec z końcem, udzielając lekcji pole dance. Dzieli je prawie wszystko: wiek, osobowość, plany na przyszłość. Łączy zamaskowany morderca zwany Strachem na Wróble, który w odstępie dziesięciu lat sprowadził koszmar na ich rodziny.

Kiedy Ewa przypadkiem wpada na trop prowadzący do Stracha, nie waha się prosić Poli o pomoc. Wspólnie postanawiają odnaleźć bezwzględnego psychopatę, którego tożsamość pozostaje zagadką od ponad dwudziestu lat. Rozpoczyna się drobiazgowe i pełne zwrotów akcji śledztwo, które zmieni niejedno ludzkie życie. A to dopiero początek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 456

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Da­rii,naj­lep­szej żony i przy­ja­ciół­ki,jaką mógł­bym so­bie wy­ma­rzyć.

PROLOG

Lufa pi­sto­le­tu wbi­ja­ła się w jej gło­wę z taką siłą, jak­by ktoś pró­bo­wał prze­wier­cić czasz­kę wier­tar­ką. Co chwi­lę chłod­na stal ze­śli­zgi­wa­ła się na boki, ude­rza­jąc o kość cie­mie­nio­wą i czo­ło­wą. Męż­czy­zna nie mógł utrzy­mać bro­ni w jed­nym punk­cie. Pew­nie przez to, że po­twor­nie drża­ła jej szczę­ka. Zu­peł­nie jak po wyj­ściu z zim­ne­go ba­se­nu na jesz­cze zim­niej­sze po­wie­trze. Resz­tą cia­ła wstrzą­sa­ły dresz­cze jak przy ata­ku pa­dacz­ki. Ni­g­dy do­tąd w swo­im dzie­się­cio­let­nim ży­ciu nie była tak prze­ra­żo­na. Klę­cza­ła na łóż­ku. Nogi nie­mal zdrę­twia­ły. Wzrok mia­ła wbi­ty w pod­ło­gę. Bała się spoj­rzeć na oso­bę klę­czą­cą na­prze­ciw­ko niej. Niby była jej bli­ska, ale te­raz wy­da­wa­ła się cał­ko­wi­cie obca.

Dwa razy zdą­ży­ła zmo­czyć się ze stra­chu. Jej uszu do­bie­ga­ły prze­raź­li­we pi­ski i bła­gal­ne okrzy­ki. Ona sama nie ode­zwa­ła się sło­wem. Strach sku­tecz­nie zwią­zał jej ję­zyk. Męż­czy­zna trzy­ma­ją­cy pi­sto­let po­cze­kał, aż la­men­ty po­zo­sta­łych osób znaj­du­ją­cych się w po­ko­ju do­bie­gną koń­ca, i twar­dym gło­sem oznaj­mił, że wię­cej nie po­wtó­rzy swo­je­go py­ta­nia. Wcze­śniej przed­sta­wił re­gu­ły gry i kon­se­kwen­cje bra­ku od­po­wie­dzi. Były jesz­cze gor­sze, niż gdy­by od­po­wiedź zo­sta­ła mu udzie­lo­na.

Chwy­cił ją moc­no za kark. Mo­men­tal­nie ze­sztyw­nia­ła. Lufa pi­sto­le­tu za­sty­gła na środ­ku ma­łej głów­ki. Męż­czy­zna roz­po­czął od­li­cza­nie, a ona znów po­pu­ści­ła.

– Sześć, pięć, czte­ry…

Każ­da se­kun­da zda­wa­ła się trwać w nie­skoń­czo­ność. Przy­mknę­ła po­wie­ki. Ser­ce gwał­tow­nie przy­spie­szy­ło. Po­my­śla­ła o ta­cie. Tak bar­dzo za nim tę­sk­ni­ła. Gdy­by żył, nie zna­la­zła­by się w ta­kiej sy­tu­acji. Lufa wbi­ja­ła się co­raz moc­niej. Za­ci­snę­ła piąst­ki na wil­got­nym prze­ście­ra­dle. Po­czu­ła pie­ką­ce łzy żalu.

– Trzy, dwa…

Od­li­cza­nie do­bie­gło koń­ca, czas sta­nął w miej­scu. Lufa na­gle znik­nę­ła z jej gło­wy. Dziew­czyn­ka za­mar­ła w bez­ru­chu. Cze­ka­ła, aż usły­szy od­po­wiedź, któ­ra za­de­cy­du­je o jej ży­ciu.

1

– Mogę pro­sić roz­miar czter­dzie­ści dwa? – Lek­ko za­chryp­nię­ty, mło­dy mę­ski głos przy­wró­cił ją do rze­czy­wi­sto­ści.

W ten cie­pły wrze­śnio­wy dzień cią­gle od­pły­wa­ła my­śla­mi. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, kie­dy przy­stoj­ny bru­net wszedł do jej skle­pu. Ta­kich jak on przy­cho­dzi­ło tu wie­lu. Wy­mu­ska­nych li­ce­ali­stów albo stu­den­tów. Ocho­czo wy­da­wa­li for­sę ro­dzi­ców na luk­su­so­we ciu­chy do ćwi­czeń. Chło­pak, któ­ry miał nie wię­cej niż dzie­więt­na­ście lat, był zu­peł­nie nie w jej ty­pie. Wła­ści­wie to cał­ko­wi­cie w jej ty­pie, choć bar­dzo chcia­ła temu za­prze­czyć.

– Roz­miar cze­go? – Wsta­ła z fo­te­la usta­wio­ne­go obok drzwi pro­wa­dzą­cych na za­ple­cze i le­ni­wie po­de­szła do swo­je­go sta­no­wi­ska pra­cy.

Chy­ba roz­ba­wi­ła go tym py­ta­niem. Śmiał się, cze­ka­jąc, aż do­trze przed nie­wy­so­ką ladę, na któ­rej oprócz kom­pu­te­ra i czyt­ni­ka kart sta­ła nie­do­pi­ta kawa i nad­gry­zio­ny ka­wa­łek cro­is­san­ta.

– Do­kład­nie tego mo­de­lu. – Po­sta­wił na bla­cie parę za­je­bi­ście dro­gich bu­tów do bie­ga­nia, uśmiech­nął się i ob­cza­ił ją ka­wa­łek po ka­wał­ku.

Przy­zwy­cza­iła się do dwu­znacz­nych spoj­rzeń ma­ło­la­tów. Mie­li po­wo­dy, żeby się na nią ga­pić. Zresz­tą sama uwa­ża­ła się za pięk­ną ko­bie­tę. Metr sześć­dzie­siąt dwa, pięć­dzie­siąt je­den kilo czy­stej ko­bie­co­ści nie­znisz­czo­nej idio­tycz­ny­mi die­ta­mi, lek­ko krę­co­ne kasz­ta­no­we wło­sy się­ga­ją­ce pier­si i twarz in­try­gu­ją­cej waż­niacz­ki, jak zwykł ma­wiać fa­cet, z któ­rym kie­dyś pla­no­wa­ła spę­dzić resz­tę ży­cia. Je­dy­ne, do cze­go sama mo­gła­by się przy­cze­pić, to wła­śnie twarz. Daw­ne wy­da­rze­nia spra­wi­ły, że przez stres, ból i nad­miar emo­cji szyb­ko się sta­rza­ła. Jesz­cze przez mie­siąc licz­ba jej lat mia­ła się za­czy­nać od dwój­ki, a jed­nak cza­sa­mi, gdy pa­trzy­ła w lu­stro, od­no­si­ła wra­że­nie, że wy­glą­da jak trzy­dzie­sto­kil­ku­let­nia ma­mu­sia. Tyle że Ewa nie była ma­mu­sią, a jej ży­cie przy­po­mi­na­ło go­to­wy sce­na­riusz do na­krę­ce­nia dra­ma­tu. Tra­ge­die spa­da­ły na jej ro­dzi­nę se­ria­mi, ni­czym nie­miec­kie bom­by na War­sza­wę.

Mimo to uda­ło jej się wyjść na lu­dzi. Była nie­za­leż­na, pro­wa­dzi­ła swój biz­nes, a w oczach mło­dych chło­pa­ków ucho­dzi­ła za nie­złą szpry­chę. Nowy klient nie sta­no­wił wy­jąt­ku.

– Spraw­dzę. – Po­zo­sta­ła obo­jęt­na na jego lu­stra­cję i za­czę­ła prze­szu­ki­wać sta­ny ma­ga­zy­no­we w kom­pu­te­rze.

Chło­pak wy­brał so­bie mo­del za sie­dem stó­wek. Pew­nie zna­ko­mi­ty, je­śli się bie­ga. Ewa prze­sta­ła dość daw­no, gdy do­tar­ło do niej, że ni­g­dy nie bę­dzie po­li­cjant­ką, a utrzy­my­wa­nie for­my mija się z ce­lem i kosz­tu­je mnó­stwo cza­su. Kie­dyś zo­sta­nie gli­ną było jej ma­rze­niem. Li­czy­ła, że dzię­ki splu­wie i od­zna­ce roz­wią­że swo­je pro­ble­my. Osta­tecz­nie, choć bez kło­po­tów zda­ła eg­za­mi­ny wstęp­ne i do­sta­ła się do szko­ły po­li­cyj­nej w Szczyt­nie, nie roz­po­czę­ła na­uki. To ozna­cza­ło­by wy­jazd na dru­gi ko­niec Pol­ski. Mama od razu za­czę­ła świ­ro­wać.

Nie mo­gła zo­sta­wić jej sa­mej. Ewa czu­ła, że jest jej win­na do­ży­wot­nią wdzięcz­ność. Dla­te­go ukoń­czy­ła stu­dia na lo­kal­nej po­li­bu­dzie – co in­ne­go mo­gła zro­bić? Nie­ste­ty z bra­ku laku wy­bra­ła kie­ru­nek, na któ­ry naj­ła­twiej było się do­stać. Tu­ry­sty­ka i re­kre­acja. Przez wzgląd na mamę i tak nie za­mie­rza­ła pra­co­wać poza mia­stem, więc ty­tuł ma­gi­stra mo­gła so­bie wsa­dzić… Ro­bo­ty w Czę­sto­cho­wie było jak na le­kar­stwo.

Na stu­diach po­zna­ła Paw­ła, chy­ba się za­ko­cha­ła, prze­ży­ła dwu­let­ni zwią­zek, uro­czy­ste za­rę­czy­ny, okres prób­ny miesz­ka­nia pod jed­nym da­chem, wy­bór sali we­sel­nej, suk­ni ślub­nej, roz­wo­że­nie za­pro­szeń dla go­ści oraz anu­lo­wa­nie ca­łej im­pre­zy ty­dzień przed. Wszyst­ko przez cza­ru­ją­ce­go osiem­na­sto­lat­ka i jej głu­po­tę. W koń­cu sama ule­gła po­ku­sie i po­da­ła mu swój nu­mer. Pech spra­wił, że chło­pak za­dzwo­nił aku­rat wte­dy, kie­dy Pa­weł wy­szedł z ła­zien­ki, a ona tego nie za­uwa­ży­ła. Pod­słu­chał, jak się uma­wia­ją w mo­te­lu pod mia­stem, i przy­szłe mał­żeń­stwo szlag tra­fił.

Z cza­sem roz­sta­nie z Paw­łem uzna­ła za jed­ną z lep­szych rze­czy, któ­re ją spo­tka­ły. Jesz­cze na stu­diach po­ma­ga­ła mu roz­krę­cić mar­ną fir­mę spro­wa­dza­ją­cą chiń­skie ze­gar­ki. Nie­do­szły fi­nan­so­wy kre­zus ubz­du­rał so­bie, że wy­star­czy ścią­gnąć tani szmelc, nadać mu wło­sko brzmią­cą na­zwę i to­war sam się sprze­da. Nie sprze­da­wał się, cią­gle trze­ba było szu­kać klien­tów i wcho­dzić im w dupy. Nie­na­wi­dzi­ła tej ro­bo­ty, chy­ba po­dob­nie jak jego. Od­kąd za­miesz­ka­li ra­zem i zda­ła so­bie spra­wę, że Pa­weł to bu­ja­ją­cy w ob­ło­kach nie­udacz­nik, prze­sta­ła mu po­ma­gać i pod­ję­ła pra­cę w agen­cji ochro­niar­skiej.

Zwol­ni­ła się po kil­ku la­tach, już jako sin­giel­ka. Pil­no­wa­nie, żeby lu­dzie nie pa­li­li pa­pie­ro­sów w sek­to­rach ro­dzin­nych, uspo­ka­ja­nie pi­ja­nych ki­bi­ców w po­zo­sta­łych pod­czas nie­dziel­nych me­czów żuż­lo­wych oraz prze­wo­że­nie kasy dla Bie­dron­ki czy Li­dla prze­sta­ły ją ba­wić. Pół­to­ra roku temu do­sta­ła do­ta­cję i otwo­rzy­ła bu­tik z eks­klu­zyw­ny­mi ciu­cha­mi do ćwi­czeń. Wy­naj­mo­wa­ła lo­kal w sa­mym cen­trum Czę­sto­cho­wy.

– Przy­kro mi. – Przej­rza­ła stan swo­je­go ma­ga­zy­nu, spraw­dzi­ła też u przed­sta­wi­cie­li pro­du­cen­ta w in­nych mia­stach. – To ostat­nia para.

– A to pe­szek – rzu­cił za­lot­nie chło­pak, opie­ra­jąc je­den ło­kieć na la­dzie. – Da się pani za­pro­sić na kawę po pra­cy? – spy­tał bez cie­nia skrę­po­wa­nia. Mło­dzi zwy­kle ude­rza­li do niej bez­po­śred­nio. Nie ba­wi­li się w pod­cho­dy.

Schle­bia­ło jej to. Lu­bi­ła ten typ fa­ce­tów. Doj­rza­li albo byli już po przej­ściach i szu­ka­li za­stęp­stwa dla by­łej żony, ewen­tu­al­nie sta­łej ko­chan­ki, albo ni­g­dy nie do­ro­śli i nie po­tra­fi­li nic zro­bić ze swo­im ży­ciem. Mło­dzi mie­li pa­sję, wie­rzy­li, że świat leży u ich stóp. Czas mi­ło­snych za­wo­dów i ży­cio­wych roz­cza­ro­wań był do­pie­ro przed nimi. Ob­sta­wia­ła, że ten w skle­pie szyb­ko za­szu­flad­ko­wał ją do gru­py nie­brzyd­kich sa­mot­nych pa­nie­nek tuż przed trzy­dziest­ką i uznał za de­spe­rat­kę lub pusz­czal­ską. Ewa nie była żad­ną z nich, choć jesz­cze nie tak daw­no da­wa­ła się mło­dzia­kom za­pra­szać na kawę, a po­tem na drin­ka. Zwy­kle koń­czy­ło się w łóż­ku.

– Ku­sisz, chłop­czy­ku, ale tro­chę się spóź­ni­łeś. – Spoj­rza­ła na nie­go, przy­bie­ra­jąc „waż­nia­ko­wa­ty” wy­raz twa­rzy, któ­ry tak bar­dzo po­cią­gał fa­ce­tów. Wciąż nie ro­zu­mia­ła, cze­mu lecą na naj­gor­szą minę, jaką po­tra­fi­ła za­ser­wo­wać. – Mam po dziur­ki w no­sie kom­pli­ka­cji, nie szu­kam na­stęp­nych. Nie no­szę ob­rącz­ki, ale to nie ozna­cza, że je­stem sama. Ku­pu­je­my inne bu­ci­ki czy wy­cho­dzi­my?

– Je­śli to coś zna­czy, wiedz, że mam dziew­czy­nę i też nie po­trze­bu­ję kom­pli­ka­cji – pró­bo­wał da­lej, nie­zra­żo­ny. Li­czył, że je­śli po­chwa­li się, ja­kim jest dup­kiem, i po­trak­tu­je ją jak dziw­kę, chęt­niej wsko­czy mu do łóż­ka.

Ewa nie na­le­ża­ła do grzecz­nych dziew­czy­nek. Kie­dyś sko­ki w bok po­ma­ga­ły jej stłu­mić smu­tek, póź­niej sta­no­wi­ły od­skocz­nię od co­dzien­no­ści z Paw­łem, a po­tem były spo­so­bem na za­po­mnie­nie o nim i o wła­snej sa­mot­no­ści. Ale od­kąd za­miesz­ka­ła u Iwa, na­praw­dę po­czu­ła po­trze­bę sta­bi­li­za­cji. Rza­dziej my­śla­ła o ży­cio­wych ob­se­sjach i nie ro­bi­ła żad­nych sko­ków w bok.

– Świet­nie, za­proś ją na kawę. U mnie co naj­wy­żej ku­pisz buty.

– Na pew­no się nie zgo­dzisz?

– Może w przy­szłym ży­ciu…

Spoj­rzał na nią z re­zy­gna­cją. Nie miał po­ję­cia, że Ewa mó­wi­ła po­waż­nie. Głę­bo­ko wie­rzy­ła, że każ­de­mu dane jest dru­gie ży­cie. To po­zwa­la­ło choć czę­ścio­wo go­dzić się ze śmier­cią i rze­czy­wi­sto­ścią. Od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, cią­gle tę­sk­ni­ła za zmar­ły­mi. Nic poza na­dzie­ją na spo­tka­nie ich w przy­szłym ży­ciu nie było w sta­nie uci­szyć we­wnętrz­ne­go krzy­ku roz­pa­czy.

– W ta­kim ra­zie jesz­cze się za­sta­no­wię, ja­kie buty wy­brać, i wró­cę kie­dy in­dziej. – Ukło­nił się szar­manc­ko.

Nie chce być na­tręt­ny, ale ła­two się nie pod­da­je –po­my­śla­ła.

– Gdy­by jed­nak zna­la­zła pani roz­miar albo coś, przez naj­bliż­sze pół go­dzi­ny będę w ka­wiar­ni za ro­giem. Na­szła mnie strasz­na ocho­ta na słod­ką prze­ką­skę – po­wie­dział, nie­chcą­cy przy­po­mi­na­jąc jej o cro­is­san­cie, któ­re­go nie zdą­ży­ła zjeść na śnia­da­nie.

– Będę pa­mię­tać. – Bar­dziej mia­ła na my­śli ro­ga­la le­żą­ce­go na ta­le­rzu obok kom­pu­te­ra niż pro­po­zy­cję chło­pa­ka.

Gdy wy­cho­dził, po­czu­ła wi­bra­cję w kie­sze­ni dżin­sów. Wy­ję­ła ko­mór­kę i spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz. Wzię­ła głę­bo­ki wdech. Wie­dzia­ła, że cze­ka ją trud­na roz­mo­wa. Dzwo­ni­ła mama.

2

– Tak, mamo? – ode­zwa­ła się nie­chęt­nie.

Mama wie­dzia­ła, w ja­kich go­dzi­nach Ewa prze­by­wa w pra­cy, i sta­ra­ła się jej nie prze­szka­dzać. Wy­jąt­ki sta­no­wi­ły dru­gie piąt­ki mie­sią­ca, wte­dy ro­dzi­ciel­ka do­sta­wa­ła kręć­ka. Ale dzi­siaj był czwar­tek.

– Sie­dzisz w pra­cy jak zwy­kle? – spy­ta­ła niby tro­skli­wie.

Tak na­praw­dę nie­zbyt przy­kła­da­ła wagę do lo­sów Ewy. Naj­waż­niej­szą ro­bo­tę od­wa­li­ła wie­le lat temu i w jej mnie­ma­niu ów­cze­sne dzia­ła­nia zwal­nia­ły ją z dal­szych obo­wiąz­ków. Na­wet nie cie­szy­ła się z jej we­se­la ani nie pła­ka­ła po jego od­wo­ła­niu. Ko­cha­ła cór­kę, jed­no­cze­śnie chy­ba jej nie­na­wi­dząc.

– Dzień jak co dzień. Wal­czę o prze­trwa­nie i coś wię­cej – wy­ja­śni­ła lek­ce­wa­żą­cym gło­sem. Sama już nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­nio cie­szy­ła się na roz­mo­wę z mamą.

Choć nie mó­wi­ła tego gło­śno, mia­ła do niej żal, bo ni­g­dy nie pró­bo­wa­ła su­ge­ro­wać jej wła­ści­wej ścież­ki ży­cia, nie za­chę­ca­ła do kon­kret­ne­go li­ceum, zo­sta­wia­ła wol­ną rękę, uzna­jąc, że sama po­win­na o so­bie de­cy­do­wać. O ile pięt­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka po ta­kich przej­ściach jak Ewa może na se­rio o so­bie de­cy­do­wać. W efek­cie po­dej­mo­wa­ła wła­sne, czę­sto błęd­ne de­cy­zje. Mat­ka wtrą­ci­ła się je­den raz – gdy Ewa po­in­for­mo­wa­ła, że do­sta­ła się do szko­ły po­li­cyj­nej i spę­dzi tam kil­ka lat.

– Kil­ka lat? Tak da­le­ko… A po­tem służ­ba, więc też nie wia­do­mo, gdzie cię rzu­cą. Mo­żesz skoń­czyć w Su­wał­kach albo w Ko­ło­brze­gu, a ja zo­sta­nę tu­taj sama. Cóż… Rób, jak uwa­żasz, de­cy­zja na­le­ży do cie­bie.

Nie mo­gła zo­sta­wić mat­ki. Ta bez cór­ki nie wy­trzy­ma­ła­by roku i skoń­czy­ła­by w wa­riat­ko­wie albo, co gor­sza, w sa­mot­nym wi­dzie tar­gnę­ła się na swo­je ży­cie. Mimo wszyst­kich ani­mo­zji ko­cha­ła swo­ją ro­dzi­ciel­kę i czu­ła się w obo­wiąz­ku, żeby ją wspie­rać.

– Mo­gła­byś mnie te­raz od­wie­dzić? – Mama, gdy cze­goś chcia­ła, po­tra­fi­ła skam­leć ni­czym słod­ki hu­sky.

– To ko­niecz­ne? – Ugry­zła ka­wa­łek ro­ga­la. – Prze­cież wiesz, że mu­szę z cze­goś żyć, a ty nie­ste­ty nie po­sia­dasz ma­jąt­ku, dzię­ki któ­re­mu mo­gła­bym nie pra­co­wać. Spo­tka­my się ju­tro. Jak za­wsze w dru­gi pią­tek, do­brze? – Au­to­ma­tycz­nie po­my­śla­ła o ta­cie. Gdy­by żył, ni­g­dy nie mu­sia­ły­by od­pra­wiać tego po­twor­ne­go ob­rzę­du.

Tata zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym nie­ca­ły rok przed ko­lej­ną tra­ge­dią, jaka spo­tka­ła ich ro­dzi­nę. Po­dob­no był świet­nym kie­row­cą, ale nie za­pa­no­wał nad na­pę­dem na czte­ry koła po­łą­czo­nym z po­tęż­nym sil­ni­kiem GSX. Wy­padł z za­krę­tu na DK1 w miej­sco­wo­ści Bru­dzo­wi­ce w cza­sie pra­cy. Był ku­rie­rem ob­słu­gu­ją­cym czę­sto­chow­skie szpi­ta­le. Do Ka­to­wic wo­ził ma­te­ria­ły hi­sto­pa­to­lo­gicz­ne, krew i wy­ni­ki ba­dań. Był szyb­ki, sku­tecz­ny i za­wsze do­stęp­ny, dzię­ki cze­mu nie­źle za­ra­biał. Na co dzień uży­wał sa­mo­cho­du do­staw­cze­go. W dniu wy­pad­ku miał do prze­wie­zie­nia tyl­ko jed­ną pacz­kę. Lało jak z ce­bra, ale on po­sta­no­wił się prze­je­chać swo­im świe­żo spro­wa­dzo­nym ze Sta­nów Mit­su­bi­shi Ec­lip­se…

Po jego śmier­ci mama była w roz­syp­ce. Pierw­szy raz za­szła w cią­żę w kla­sie ma­tu­ral­nej, od razu wy­szła za mąż. Nie skoń­czy­ła szko­ły, ni­g­dy nie pra­co­wa­ła. Dla­te­go po­tem mia­ła pro­ble­my ze zna­le­zie­niem sen­sow­ne­go za­ję­cia. Głów­ny­mi źró­dła­mi do­cho­du były ren­ta po ojcu i wy­na­jem po­koi w domu bab­ci. Bab­cia mia­ła pię­tro­wą cha­tę na Wy­czer­pach, po­rząd­nej czę­sto­chow­skiej dziel­ni­cy. Dom był prze­pi­sa­ny na je­dy­ną wnucz­kę, a do­pó­ki bab­cia żyła, nie za­mie­rza­ła się wy­pro­wa­dzać ani tym bar­dziej sprze­da­wać nie­ru­cho­mo­ści. Le­d­wie zgo­dzi­ła się na wy­na­jem. Ewa trak­to­wa­ła ją obo­jęt­nie, prak­tycz­nie w ogó­le się z nią nie wi­dy­wa­ła. Mia­ła ci­chą na­dzie­ję, że ta nie po­ży­je ja­koś prze­sad­nie dłu­go i ona bę­dzie mo­gła jak naj­szyb­ciej spie­nię­żyć nie­ru­cho­mość. Wte­dy do­sta­ła­by praw­dzi­wą szan­sę na od­mia­nę losu.

– Je­steś za mło­da, żeby zda­wać so­bie spra­wę, że są inne prio­ry­te­ty niż pra­ca – wes­tchnę­ła na­uczy­ciel­skim to­nem mama. – Ale na­pa­wa mnie dumą, że zro­bi­łaś się taka nie­za­leż­na. Wi­dać do­brze cię wy­cho­wa­łam.

Sły­sząc to, Ewa po­czu­ła przy­jem­ne cie­pło w żo­łąd­ku, choć sło­wo „wy­cho­wa­łam” za­kra­wa­ło na iro­nię.

Mat­ka kon­ty­nu­owa­ła:

– Ja po pro­stu mu­szę się z tobą zo­ba­czyć. Od lat po­wta­rzasz mi, że po­win­nam coś zro­bić i wresz­cie ru­szyć do przo­du. W koń­cu po­słu­cha­łam two­jej rady. Pod­ję­łam sza­le­nie waż­ną de­cy­zję i chcę ci ją jak naj­szyb­ciej oznaj­mić.

Waż­na de­cy­zja i mama? To nie wró­ży­ło ni­cze­go do­bre­go.

– Ewa, jak nie mo­żesz te­raz, spo­tkaj­my się wie­czo­rem.

– Wie­czo­rem tym bar­dziej nie mogę, bo…

– Wiem, masz rand­kę z fry­zje­rem – do­koń­czy­ła za cór­kę. – Ko­rzy­staj, do­pó­ki się nie ze­sta­rza­łaś.

Mama czę­sto po­wta­rza­ła, że czło­wiek po­wi­nien ko­rzy­stać z ży­cia, póki jest mło­dy, bo mło­dość szyb­ko prze­mi­ja, a nie­szczę­ścia cho­dzą po lu­dziach. To jed­na z nie­wie­lu rad, ja­kie Ewa do­sta­wa­ła. Usły­sza­ła ją na­wet w dniu od­wo­ła­nia swo­je­go ślu­bu.

– Do­brze, wy­gra­łaś. Za­mknę sklep i za­raz wy­jeż­dżam. – Rzad­ko umia­ła jej od­mó­wić, a je­śli już, przy­cho­dzi­ło jej to z tru­dem. Poza tym była sza­le­nie cie­ka­wa, co mama wy­my­śli­ła. – Wpad­nę tyl­ko na go­dzin­kę i wra­cam, bo…

– Mu­sisz pra­co­wać! – do­po­wie­dzia­ła za cór­kę. – Wpa­daj więc na chwil­kę i jedź cie­szyć się ży­ciem, za któ­re co­dzien­nie po­win­naś dzię­ko­wać. Bogu i nie tyl­ko.

Koń­cząc, na wszel­ki wy­pa­dek przy­po­mnia­ła o naj­waż­niej­szym. Ich te­ma­cie tabu. Roz­mo­wie, któ­rej ni­g­dy nie prze­pro­wa­dzi­ły, choć obie na­praw­dę jej po­trze­bo­wa­ły. Ale jesz­cze bar­dziej bały się jej na­stępstw.

Mimo wcze­snej pory Ewa za­mknę­ła sklep i wsia­dła do od­pi­co­wa­ne­go Mit­su­bi­shi Ec­lip­se dru­giej ge­ne­ra­cji. Auto zna­czy­ło dla niej dużo. Kie­dy miesz­ka się w kil­ku­set­oso­bo­wej wio­sce, da­le­ko od mia­sta, po­dróż do cen­trum sta­no­wi nie lada wy­zwa­nie. Jaz­da pe­ka­esem trwa po­nad go­dzi­nę, a przy ostrej zi­mie jesz­cze się wy­dłu­ża. Ma­jąc to na uwa­dze, zda­ła praw­ko naj­szyb­ciej, jak się da, i ku­pi­ła now­szy mo­del sa­mo­cho­du, któ­rym jeź­dził tata, i któ­ry po­tem ode­brał mu ży­cie. Mama bar­dzo prze­ży­wa­ła za­kup Ec­lip­se’a, ale ni­g­dy go nie sko­men­to­wa­ła.

Brycz­ka nie mia­ła wspo­ma­ga­nia, kli­ma nie dzia­ła­ła, wnę­trze śmier­dzia­ło faj­ka­mi, cho­in­ka­mi za­pa­cho­wy­mi i wszyst­kim, co ko­ja­rzy­ło się z mod­ny­mi ga­dże­ta­mi prze­ło­mu wie­ków. Wie­lu wła­ści­cie­li ora­ło dwu­stu­kon­ny sil­nik, zo­sta­wia­jąc śla­dy swo­jej obec­no­ści. Ewa wła­do­wa­ła w sa­mo­chód lwią część za­ra­bia­nej kasy. Prze­ma­lo­wa­ła go na ja­skra­wą zie­leń, od­świe­ży­ła wnę­trze, na­pra­wi­ła kli­ma­ty­za­cję, za­ło­ży­ła nowe fel­gi, spoj­ler i pod­ra­so­wa­ła sys­tem au­dio. Te­raz Ec­lip­se pre­zen­to­wał się groź­nie. Fura uczy­ni­ła ją nie­za­leż­ną i po­zwo­li­ła na do­bre wy­rwać z miej­sca, w któ­rym się uro­dzi­ła.

W jej ro­dzin­nej wio­sce daw­ne tra­dy­cje mie­sza­ły się z no­wo­cze­sno­ścią. Sta­re go­spo­dar­stwa kon­tra­sto­wa­ły z po­wsta­ją­cy­mi je­den po dru­gim ele­ganc­ki­mi do­ma­mi. Kie­dy Ewa była mała, pa­no­wał tam ty­po­wo wiej­ski kli­mat i wiej­ska men­tal­ność. Od za­wsze chcia­ła się wy­nieść do mia­sta i nie oglą­dać za­ła­ma­ne­go spoj­rze­nia mamy. Naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło jej ró­wie­śni­ków. Pod­sta­wów­kę skoń­czy­ła w mi­ni­mia­stecz­ku w oko­li­cy. Do szko­ły uczęsz­cza­ła zbie­ra­ni­na dzie­cia­ków z po­zo­sta­łych wio­sek, nikt się na do­bre nie zin­te­gro­wał. Do cza­sów ogól­nia­ka mat­ka była jej je­dy­ną przy­ja­ciół­ką. Póź­niej mia­ła już ko­le­żan­ki, ale ja­koś nie po­tra­fi­ła na­wią­zać z nimi dłuż­szych zna­jo­mo­ści. Znacz­nie ła­twiej od­naj­dy­wa­ła wspól­ny ję­zyk z fa­ce­ta­mi.

Za­par­ko­wa­ła przed furt­ką sta­no­wią­cą prze­dłu­że­nie rdze­wie­ją­ce­go pło­tu. Nie był ma­lo­wa­ny od lat. Tra­wa zo­sta­ła sko­szo­na w ze­szłym mie­sią­cu, kie­dy Ewa nie mo­gła już pa­trzeć na le­ni­stwo mat­ki i sama wy­cią­gnę­ła ko­siar­kę. A prze­cież mama też mo­gła to zro­bić. Mia­ła pięć­dzie­siąt­kę, nie za­li­cza­ła się do babć zmę­czo­nych ży­ciem, ale nie przy­wią­zy­wa­ła wagi do ogród­ka ani do ni­cze­go, co wy­kra­cza­ło poza mury domu.

W środ­ku dla od­mia­ny pa­no­wał ide­al­ny po­rzą­dek. Pod­ło­gi po­od­ku­rza­ne, kuch­nia wy­sprzą­ta­na, przed­po­kój wy­czysz­czo­ny na błysk. Je­dy­ne, co ra­zi­ło, to ume­blo­wa­nie. Nie zmie­ni­ło się od po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych, czy­li od śmier­ci taty. Mama nie była w sta­nie po­zbyć się sta­rych rze­czy. Dla niej czas stał w miej­scu, zgo­dzi­ła się je­dy­nie na zmia­nę pie­ca z wę­glo­we­go na ga­zo­wy. Gdy­by nie na­sto­let­nie po­trze­by Ewy, nie mie­li­by na­wet In­ter­ne­tu.

Na sto­le w sa­lo­nie cze­ka­ły moc­na, fu­sia­sta kawa z dużą ilo­ścią cu­kru i Mi­chał­ki. Ulu­bio­ny grzesz­ny ze­staw Ewy. Mama sie­dzia­ła na fo­te­lu twa­rzą do wej­ścia.

– Có­recz­ko… – po­wi­ta­ła ją, wsta­jąc.

Wą­tła, wy­chu­dzo­na ko­bie­ta z po­kaź­ną licz­bą zmarsz­czek, krót­ki­mi wło­sa­mi far­bo­wa­ny­mi na blond i męt­nym spoj­rze­niem pła­ka­ła. Łzy ście­ka­ły po po­licz­kach. Z bo­le­sną miną roz­ło­ży­ła ręce, pro­sząc cór­kę o uścisk. Wi­dok roz­bi­tej mat­ki i za­pach sta­rych me­bli oży­wi­ły wspo­mnie­nia. Ewa po­czu­ła ból w klat­ce pier­sio­wej.

– Ma­mu­siu… – Rzu­ci­ła się ma­mie na szy­ję. Ści­ska­ła ją moc­no, przy­tu­la­jąc gło­wę do pier­si. – Dzię­ku­ję ci, dzię­ku­ję… – Zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy w po­li­cji, ko­si­ła jej traw­nik, za­my­ka­ła fir­mę, żeby ją od­wie­dzić, gdy za­szła taka po­trze­ba. Ewa po­świę­ca­ła się we wszyst­kim, bo wciąż nie zna­la­zła in­ne­go spo­so­bu na od­wdzię­cze­nie się ma­mie za to, co dla niej zro­bi­ła.

3

Tkwi­ły w bo­le­snym uści­sku, wy­pła­ku­jąc swo­je żale. Raz w mie­sią­cu ro­bi­ły to ra­zem, bez skrę­po­wa­nia. Nie roz­ma­wia­ły o tym, co było, tyl­ko łą­czy­ły się we wspól­nym cier­pie­niu. Trud­ną chwi­lę unie­sie­nia prze­rwał te­le­fon dzwo­nią­cy w kie­sze­ni Ewy. Emi­nem i re­fren jego hitu Stan. Dzwo­nek usta­wio­ny spe­cjal­nie na jed­ną oso­bę.

– Pola od­dzwa­nia – po­wie­dzia­ła ma­mie, choć zwa­żyw­szy na to, że Ewa dzwo­ni­ła do niej ja­kieś czte­ry go­dzi­ny temu, sło­wo „od­dzwa­nia” za­brzmia­ło nad wy­raz dy­na­micz­nie.

– Bied­ne dziec­ko… – wes­tchnę­ła mama.

Za­wsze tak re­ago­wa­ła na Polę, zu­peł­nie jak­by krzyw­da, któ­ra spo­tka­ła Ewę, zna­czy­ła mniej.

– Mu­szę ode­brać. – Wbie­gła po drew­nia­nych scho­dach na pię­tro. Za­trzy­ma­ła się przed drzwia­mi do swo­je­go po­ko­ju. Ro­dzi­ciel­ka szła krok w krok za nią. – Cześć, je­stem u mamy – po­wie­dzia­ła, nie da­jąc dzwo­nią­cej szans na roz­po­czę­cie roz­mo­wy. Za­le­ża­ło jej, żeby Pola od razu się do­my­śli­ła, że nici ze swo­bod­nej gad­ki.

Przez krót­ki czas żyły ze sobą bli­sko. Te­raz wie­le się po­zmie­nia­ło. Co­raz cię­żej przy­cho­dzi­ło im zna­le­zie­nie wspól­ne­go ję­zy­ka. Ostat­nio ich kon­takt ogra­ni­czał się do po­je­dyn­czych te­le­fo­nów raz na kil­ka ty­go­dni. Nie wi­dzia­ły się od daw­na.

– Spo­ko, prze­cież to ty do mnie dzwo­ni­łaś pierw­sza. Wy­szła ja­kaś pil­na spra­wa? – spy­ta­ła obo­jęt­nym to­nem. Jak zwy­kle mla­ska­ła, żu­jąc gumę. W tle sły­chać było pol­ski hip-hop. Ewie wy­da­wa­ło się, że te dwa ele­men­ty są na sta­łe przy­szy­te do Poli. Ewen­tu­al­nie jesz­cze złość na cały świat.

– Nie, nic pil­ne­go. – Na­wet gdy­by było to pil­ne, kil­ka go­dzin póź­niej i tak jest już nie­ak­tu­al­ne, do­po­wie­dzia­ła w my­ślach. – Ju­tro ten dzień. Tak się zło­ży­ło, że wy­pa­da za­rów­no u cie­bie, jak i u mnie. Chcia­łam tyl­ko spy­tać, czy coś się zmie­ni­ło i przy­pad­kiem nie wy­bie­rasz się na cmen­tarz. Masz już dwa­dzie­ścia lat, chy­ba naj­wyż­sza pora po­roz­ma­wiać i się po­go­dzić… Gdy­byś chcia­ła, mo­gła­bym je­chać z tobą i cię wes­przeć.

Pola nie ob­cho­dzi­ła mie­sięcz­nic, dru­gich piąt­ków, rocz­nic ani żad­nych in­nych ob­rzę­dów zwią­za­nych z upa­mięt­nia­niem daw­nych wy­da­rzeń. Przy­pa­dek spra­wił, że w tym roku rocz­ni­ca jej tra­ge­dii wy­pa­da­ła aku­rat ju­tro. Ewa po­czu­ła się zo­bo­wią­za­na do niej za­dzwo­nić. Taka już była.

W prze­ci­wień­stwie do Poli ra­zem z mamą mia­ły swój nie­zmien­ny ry­tu­ał. Trwał od pra­wie dwu­dzie­stu lat. Ju­tro w po­łu­dnie przy­je­dzie na wieś, po­ja­dą po wiel­ki wie­niec, ku­pią plu­szo­we­go mi­sia pan­dę i uda­dzą się na cmen­tarz. Tam wy­czysz­czą grób i przez ko­lej­ną go­dzi­nę będą wpa­try­wa­ły się w nie­go, roz­my­śla­jąc nad spra­wa­mi, któ­rych i tak nie mo­gły już zmie­nić. Na­stęp­nie wró­cą do domu, a po dro­dze mama bę­dzie się tor­tu­ro­wać lu­stro­wa­niem wnę­trza Ec­lip­se’a.

– Noo, już się roz­pę­dzam! – krzyk­nę­ła Pola, po czym za­mil­kła. Za­miast jej gło­su Ewa usły­sza­ła nie­zro­zu­mia­ły re­fren pio­sen­ki i lek­ki huk prze­bi­ja­ne­go ba­lo­na z gumy do żu­cia. – Na­wet ku­pię jej bu­kiet róż na prze­pro­si­ny. A nie, cze­kaj. To nie bę­dzie na prze­pro­si­ny, tyl­ko w po­dzię­ko­wa­niu za tru­dy sa­mot­ne­go wy­cho­wy­wa­nia mnie. Może do­łą­czę też pu­deł­ko cze­ko­la­dek. Wiesz, jak suka lubi się ob­że­rać? Te­raz schu­dła, ale chy­ba na­dal nic jej tak nie cie­szy jak nad­pro­gra­mo­we żar­cie.

Mama Poli, w od­róż­nie­niu od ro­dzi­ciel­ki Ewy, ste­ro­wa­ła nią na każ­dym kro­ku. W pod­sta­wów­ce i li­ceum ka­za­ła no­sić idio­tycz­ne ubra­nia i fry­zu­ry. Zmu­sza­ła do na­uki, za­pi­sy­wa­ła na nie­zli­czo­ną ilość ko­re­pe­ty­cji i nie­ustan­nie kon­tro­lo­wa­ła. Ubz­du­ra­ła so­bie, że Pola, jak jej oj­ciec, zo­sta­nie le­ka­rzem. Nie mo­gła chy­ba wy­my­ślić dla niej gor­szej roli. Pola nie była głu­pia, co to, to nie. Po ma­tu­rze zda­ła eg­za­mi­ny na stu­dia me­dycz­ne, ale na­stęp­nie ce­lo­wo zre­zy­gno­wa­ła z pod­ję­cia na­uki. Spę­dzi­ła mnó­stwo cza­su, ku­jąc jak wście­kła tyl­ko po to, żeby zra­nić mamę, wy­pro­wa­dzić się od niej i za­cząć żyć po swo­je­mu.

– Dla­te­go do mnie dzwo­ni­łaś? – Głos Poli wręcz ema­no­wał na­dzie­ją na twier­dzą­cą od­po­wiedź.

– W su­mie tak… – Ewa nie za­mie­rza­ła jej za­wieść. – Daj znać, jak bę­dziesz mieć wol­ną chwi­lę. Może wy­sko­czy­my na piwo i po­ga­da­my? Daw­no się nie wi­dzia­ły­śmy. – Nie by­ła­by jed­nak sobą, gdy­by nie spró­bo­wa­ła na­mó­wić Poli na spo­tka­nie.

Swe­go cza­su jej obec­ność na­praw­dę Ewie po­ma­ga­ła. My­śla­ła na­wet, że wresz­cie zna­la­zła pierw­szą praw­dzi­wą przy­ja­ciół­kę. Ży­cie szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ło te złu­dze­nia. Czu­ła, że de­mo­ny prze­szło­ści już za­wsze będą krą­żyć nad jej gło­wą i ni­g­dy nie za­zna spo­ko­ju. Dzię­ki Bogu mia­ła swo­je sie­dem­dzie­siąt pięć kilo szczę­ścia w po­sta­ci Iwa. Fa­ce­ci za­wsze ją uspo­ka­ja­li, bez nich mo­gła­by so­bie pal­nąć w łeb.

Głu­pia! Po tym, co się sta­ło, po­win­no ci być wstyd na­wet tak my­śleć! – na­tych­miast się skar­ci­ła.

– W tej chwi­li je­stem so­lid­nie za­ro­bio­na. – Od­po­wiedź ko­le­żan­ki przy­wró­ci­ła ją do rze­czy­wi­sto­ści. Pola wiecz­nie była za­ro­bio­na. – Na­pi­szę ci eskę, jak się coś zmie­ni. Mu­szę koń­czyć. Cześć. – Roz­łą­czy­ła się, nie da­jąc Ewie od­po­wie­dzieć.

Scho­wa­ła te­le­fon do spodni. Mama cały czas przy­słu­chi­wa­ła się ich roz­mo­wie. Sta­ła bar­dzo bli­sko. Ewa nie­mal czu­ła jej od­dech na ple­cach.

– Po­psuł ci się kon­takt z Polą? – Do­sko­na­le wie­dzia­ła, co je łą­czy­ło.

– Trud­no po­psuć coś, cze­go nie ma – po­wie­dzia­ła cham­skim to­nem, wy­ży­wa­jąc się na ma­mie za za­cho­wa­nie Poli, i we­szła do swo­je­go po­ko­ju. To był od­ruch bez­wa­run­ko­wy po zna­le­zie­niu się na pię­trze. Za­wsze cią­gnę­ło ją do sie­bie.

Cały dom błysz­czał czy­sto­ścią, ale w tym jed­nym po­ko­ju było brud­no. Ża­lu­zje za­sło­nię­te, łóż­ko roz­ło­żo­ne, tak jak zo­sta­wi­ła je Ewa, gdy po­miesz­ki­wa­ła tu po roz­sta­niu z Paw­łem, ku­rze nie­po­ście­ra­ne, aż draż­ni­ły nos. W cią­gu tych wszyst­kich lat tyl­ko jej po­kój zmie­niał wy­strój. Dzie­cię­ce za­baw­ki za­stę­po­wa­ły rze­czy doj­rze­wa­ją­cej ko­bie­ty. Ewa sama go so­bie urzą­dzi­ła. Ro­bi­ła wszyst­ko, żeby nie wy­glą­dał jak kie­dyś. Na­wet ze­rwa­ła ta­pe­tę i po­ma­lo­wa­ła ścia­ny na se­le­dy­no­wo. Jed­nak do naj­więk­szej zmia­ny do­szło dwa­dzie­ścia lat temu. Wte­dy po­kój stra­cił swo­ją du­szę i ża­den re­mont nie był w sta­nie mu jej przy­wró­cić.

– Przy­kro mi to sły­szeć, có­recz­ko. – Mama szła za nią jak cień. – Kie­dy pierw­szy raz ją tu przy­pro­wa­dzi­łaś, my­śla­łam, że zo­sta­nie­cie przy­ja­ciół­ka­mi do koń­ca. Wiesz, ta­ki­mi, któ­rych nie roz­dzie­la­ją zmia­ny zwią­za­ne z upły­wem cza­su. Zwłasz­cza że Pola tak de­spe­rac­ko po­trze­bo­wa­ła przy­jaź­ni. – Wes­tchnę­ła. – Cóż, wi­docz­nie po­sta­no­wi­ła ra­dzić so­bie z bó­lem ina­czej. Mu­sisz to usza­no­wać.

– A my­ślisz, że nie sza­nu­ję? Żal mi jej, ale nie za­mie­rzam ro­bić za Mat­kę Te­re­sę. Wolę się sku­pić na so­bie.

Otwo­rzy­ła okno. W po­ko­ju pa­no­wał strasz­ny za­duch. Pach­nia­ło stę­chli­zną, czuć było wil­goć. Na do­brą spra­wę mo­gło­by tu śmier­dzieć na­wet ze­psu­tą zupą ogór­ko­wą albo zde­chłą rybą, a i tak w pierw­szej ko­lej­no­ści jej nos wy­chwy­cił­by je­den odór. Po­ja­wiał się za­wsze po prze­kro­cze­niu pro­gu i nie było go w sta­nie znisz­czyć żad­ne wie­trze­nie, za­pusz­cze­nie wnę­trza bru­dem, zmia­na me­bli ani prze­ma­lo­wa­nie. Odór śmier­ci przy­warł do tych mu­rów na sta­łe i tyl­ko one dwie go czu­ły.

– To po­wiesz mi wresz­cie, jaką waż­ną de­cy­zję pod­ję­łaś? – spy­ta­ła, pod­cho­dząc do sza­fy.

Mama sta­nę­ła obok niej. Ewa do­tknę­ła pra­wych drzwi prze­suw­nych i chwi­lę się wa­ha­ła. Wie­dzia­ła, co zo­ba­czy po ich otwar­ciu. Nie za­glą­da­ła tam po­nad rok, choć kie­dyś roz­wi­kła­nie tego, co było w środ­ku, uwa­ża­ła za swo­ją ob­se­sję. Za­czę­ła jesz­cze w li­ceum. Po­tem po­szła na stu­dia, po­ja­wił się Pa­weł, pra­ca, inni fa­ce­ci. Sło­wem: ży­cie. Naj­in­ten­syw­niej zma­ga­ła się z tym, co za drzwia­mi, za­raz po po­zna­niu Poli. Pró­bo­wa­ły przez pół roku, po czym dały so­bie spo­kój. Za­pał mi­jał, Pola była jesz­cze krnąbr­ną na­sto­lat­ką, mat­ka ka­za­ła jej się uczyć i wra­cać wcze­śnie do domu. Ewa do­sta­ła do­ta­cję, po­zna­ła Iwa, zbu­do­wa­ła so­bie azyl chro­nią­cy jej my­śli przed ob­se­sją. Ta ni­g­dy nie znik­nę­ła, ale w obec­nych cza­sach nie do­mi­no­wa­ła.

– To musi znik­nąć. – Mat­ka wska­za­ła drżą­cym pal­cem sza­fę. Prze­ka­za­nie nie­wy­god­nych no­win nie przy­cho­dzi­ło ła­two. – Naj­le­piej jesz­cze dzi­siaj. Wy­na­ję­łam górę. Po­ju­trze wpro­wa­dza­ją się lo­ka­to­rzy.

Sły­sząc to, Ewa za­mar­ła z dło­nią przy­kle­jo­ną do drzwi.

4

– Chcesz, żeby ktoś obcy tu za­miesz­kał? – Spoj­rza­ła na mamę. Ta wpa­try­wa­ła się w sza­fę męt­nym wzro­kiem, któ­re­go blask zo­stał zga­szo­ny przed laty. – Chcesz zro­bić ho­tel z tego po­ko­ju? Z domu taty? Zwa­rio­wa­łaś?

Nie mo­gła uwie­rzyć wła­snym uszom. W prze­szło­ści mama mie­wa­ła róż­ne ge­nial­ne po­my­sły. Zwy­kle na po­zio­mie Fer­dy­nan­da Kiep­skie­go, bo jak ina­czej na­zwać upra­wę tru­ska­wek pod han­del, sprze­daż wła­snych po­mi­do­rów do su­per­mar­ke­tów lub otwar­cie hur­tow­ni ja­jek, kie­dy ma się rap­tem dwa­dzie­ścia me­trów pola i ho­du­je trzy kury? Ewa trak­to­wa­ła jej wi­zje z przy­mru­że­niem oka, były nie­groź­ne, po­zwa­la­ły wy­peł­nić pust­kę, ale to, co usły­sza­ła te­raz, prze­cho­dzi­ło ludz­kie po­ję­cie!

– Od lat po­wta­rzasz mi, że po­win­nam za­jąć się ja­kąś pra­cą, więc się zaj­mu­ję – od­par­ła z dumą mama. Spoj­rza­ła z uko­sa na cór­kę i wsa­dzi­ła do ust Mi­chał­ka. – Mój dom jest za dro­gi w utrzy­ma­niu, żeby nic nie ro­bić. To two­je sło­wa – do­koń­czy­ła trium­fal­nie, gry­ząc cu­kier­ka.

W tym jed­nym się zga­dza­ły. Dom był zde­cy­do­wa­nie za duży i za dro­gi na jej po­trze­by oraz bu­dżet. Dwa ob­szer­ne po­zio­my o po­wierzch­ni po­nad sie­dem­dzie­się­ciu me­trów. Na gó­rze sy­pial­nia, po­kój Ewy i ła­zien­ka. Na dole sa­lon, pral­nia, mniej­sza ła­zien­ka i do­dat­ko­we po­miesz­cze­nie, któ­re było ga­bi­ne­tem taty. Do­cho­dzi­ła jesz­cze piw­ni­ca.

– Do­brze wiesz, że nie to mia­łam na my­śli.

Wie­le razy Ewa na­ma­wia­ła ją do sprze­da­ży domu i kup­na ka­wa­ler­ki w mie­ście. Mama zy­ska­ła­by spo­ry za­strzyk go­tów­ki, wy­god­ne lo­kum, oprócz tego zna­la­zła­by się w po­bli­żu lu­dzi, z któ­ry­mi mo­gła­by na­wią­zać kon­takt i któ­rzy nie pa­trzy­li­by na nią przez pry­zmat wy­da­rzeń sprzed lat. Tu, we wsi, wszy­scy sta­rzy miesz­kań­cy zna­li ich hi­sto­rię, a przy­naj­mniej tę ogól­no­do­stęp­ną część.

– Wiem, có­recz­ko, ale to mój dom i choć­byś nie wiem jak się upie­ra­ła, ja de­cy­du­ję. Może za rzad­ko mnie wi­du­jesz i nie wiesz, ale ku­pi­łam kom­pu­ter, na­uczy­łam się nim po­słu­gi­wać i wy­sta­wi­łam ogło­sze­nie, wczo­raj zgło­si­ło się dwóch prze­mi­łych pa­nów.

Mama i dwóch pa­nów?! Przez gło­wę Ewy prze­le­cia­ło tor­na­do ne­ga­tyw­nych my­śli.

– Po­sta­wi­li wa­ru­nek. Mam wy­sprzą­tać po­kój na błysk, do­sta­wić dru­gie łóż­ko i po­zbyć się two­ich rze­czy. Łóż­ko już za­mó­wi­łam, przy­wio­zą je ju­tro. Sprzą­ta­niem zaj­mę się dzi­siaj. Ci pa­no­wie są w po­rząd­ku, zo­sta­li za­trud­nie­ni w cen­trum lo­gi­stycz­nym, któ­re nie­daw­no po­wsta­ło obok nas. Mają stąd bli­sko do pra­cy, a cena też im od­po­wia­da – tłu­ma­czy­ła za­le­ty wy­naj­mu pra­wie jak za­wo­do­wy agent nie­ru­cho­mo­ści.

Ewie aż za­krę­ci­ło się w gło­wie od nad­mia­ru wra­żeń. Od­dy­cha­ła głę­bo­ko, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić.

– Pła­cą po­rząd­ne pie­nią­dze, a mnie nie będą wa­dzić. Pla­nu­ję wy­na­jąć jesz­cze sy­pial­nię i prze­nieść się do ga­bi­ne­tu taty.

Tego było już za wie­le. Ewa nie wy­trzy­ma­ła ner­wo­wo.

– Sprze­da­jąc dom, być może raz na za­wsze po­zby­ła­byś się wspo­mnień i za­ak­cep­to­wa­ła wła­sny wy­bór!

– Cór­ciu, ja go daw­no zaak… – za­czę­ła, ale nie skoń­czy­ła. Peł­na od­po­wiedź nie­bez­piecz­nie zbli­ży­ła­by się do nie­wła­ści­wej roz­mo­wy.

W za­mian Ewa pu­ści­ła ma­mie dłu­gą po­ga­dan­kę o tru­dach wy­naj­mu i nie­wy­go­dzie miesz­ka­nia z ob­cy­mi męż­czy­zna­mi. Mama słu­cha­ła ze znu­dzo­ną miną, jak­by chcia­ła mieć bez­pro­duk­tyw­ny wy­kład jak naj­szyb­ciej za sobą.

– Nie sprze­dam domu. Wał­ko­wa­ły­śmy to set­ki razy – za­czę­ła sta­rą śpiew­kę, gdy tyl­ko Ewa prze­rwa­ła, żeby wziąć głęb­szy od­dech. – Czło­wiek, któ­ry przez więk­szość ży­cia miesz­kał na wsi, nie prze­pro­wa­dzi się na sta­re lata do mia­sta. Do­pó­ki żyję, ni­g­dy się stąd nie wy­nio­sę. Ni­g­dy! – krzyk­nę­ła, co rzad­ko jej się zda­rza­ło. – Pię­tro jest dla mnie zbęd­ne, więc je­śli skoń­czy­łaś prze­ma­wiać, spa­kuj, pro­szę, swo­je rze­czy. Mo­żesz je znieść do piw­ni­cy, ale to… – Wska­za­ła na sza­fę, znów za­drża­ły jej pal­ce. – To musi znik­nąć.

– Co niby mam z tym zro­bić?

– Wy­rzu­cić… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Prze­cież i tak już z tego nie ko­rzy­stasz. Zrób zdję­cie na pa­miąt­kę i spal w ogród­ku. – Ru­szy­ła do drzwi.

– Mamo… – Ewa już mia­ła dać jej odejść i zo­stać sama w miej­scu, w któ­rym ro­ze­grał się jej naj­więk­szy kosz­mar, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać. – Ile będą pła­cić?

– Ty­siąc dwie­ście. Po­dzie­li­my się na pół – wy­ja­śni­ła, po czym po­de­szła z po­wro­tem do cór­ki, ob­ję­ła ją czu­le i przy­ci­snę­ła do pier­si. – Je­ste­śmy dru­ży­ną, prze­cież wiesz.

Ewa przez chwi­lę dała jej się przy­tu­lać, po czym zwin­nym ru­chem wy­swo­bo­dzi­ła się z jej ob­jęć i otwo­rzy­ła sza­fę. Za drzwia­mi nie było pó­łek, re­ga­łów ani wie­sza­ków na ubra­nia. We­wnętrz­ną ścia­nę w ca­ło­ści wy­peł­nia­ła pro­sto­kąt­na ta­bli­ca przy­bi­ta gwoź­dzia­mi do drew­na. Na niej znaj­do­wa­ły się ama­tor­skie zdję­cia, wy­cin­ki pra­so­we, no­tat­ki, wy­dru­ko­wa­ne mapy i prze­my­śle­nia na­ba­zgra­ne na kar­tecz­kach sa­mo­przy­lep­nych, któ­re mimo upły­wu lat nie od­kle­iły się od paź­dzie­rzo­wej po­wierzch­ni. Ta­bli­ca skry­wa­ła jej ob­se­sję…

Za mło­du sie­dzia­ła przed nią ca­ły­mi dnia­mi, ana­li­zu­jąc, głów­ku­jąc, szu­ka­jąc roz­wią­zań. Mię­dzy in­ny­mi dzię­ki pra­cy przy ta­bli­cy od­na­la­zła Polę. Li­czy­ła, że ro­bo­ta w po­li­cji po­mo­że jej w roz­wią­za­niu za­gad­ki, ale ni­g­dy się nie prze­ko­na, czy mia­ła ra­cję. Kie­dyś pa­mię­ta­ła każ­dy szcze­gół swo­je­go śledz­twa. Czas za­ma­zał znacz­ną część wspo­mnień. Ewa trzy­ma­ła ta­bli­cę z na­dzie­ją, że któ­re­goś dnia doj­dzie do prze­ło­mu i wte­dy znów do niej po­wró­ci.

– Na­praw­dę chcesz się jej po­zbyć? – spy­ta­ła mamy.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie chcę się tego po­zbyć – od­par­ła bez­na­mięt­nie. – Po­dob­nie jak chcę wy­na­jąć nie­uży­wa­ne po­ko­je.

– Je­śli ją zdej­mę, być może ni­g­dy nie uda nam się zna­leźć…

Nie do­koń­czy­ła. Zo­sta­wi­ła ta­bli­cę i po­de­szła do szaf­ki noc­nej przy łóż­ku. Tym ra­zem mama nie po­szła za nią. Wie­dzia­ła, co Ewa zro­bi, i nie chcia­ła pa­trzeć na to samo bo­le­sne wspo­mnie­nie.

– Bądź re­alist­ką, có­recz­ko. Na­dzie­ja to jed­no, a fak­ty coś zu­peł­nie in­ne­go. Mó­wisz o czymś abs­trak­cyj­nym. – Z gło­su mamy za­la­ty­wa­ło re­zy­gna­cją. – Przez tyle lat się nie uda­ło, a wte­dy pra­co­wa­łaś za­wzię­cie jak praw­dzi­wy de­tek­tyw. Na­pę­dza­ły cię wście­kłość, żal i nie­na­wiść. Te­raz one ze­lża­ły, nic z tym nie ro­bisz, więc nie mo­żesz ocze­ki­wać efek­tów. A je­śli chcesz da­lej nad tym pra­co­wać, rób to gdzie in­dziej. Mo­żesz ją za­brać do sie­bie.

– Pew­nie, jest wyż­sza ode mnie. Już wi­dzę, jak mie­ści się w au­cie. – Wzię­ła do ręki ram­kę ze zdję­ciem. Rę­ka­wem prze­tar­ła kurz. Wy­ję­ła fo­to­gra­fię, zgię­ła na pół i scho­wa­ła do spodni. – Bio­rę je ze sobą.

– Sko­ro mu­sisz… – Mama szarp­nę­ła za dol­ną część ta­bli­cy, pró­bu­jąc ode­rwać paź­dzierz od drew­na. – Wo­la­ła­bym, że­byś zo­sta­wi­ła zdję­cie w domu. Le­piej się czu­ję, kie­dy je mam. To moje ulu­bio­ne. Nie ro­zu­miesz, ile dla mnie zna­czy.

Ewa nie była pew­na, co prze­la­ło cza­rę go­ry­czy. Bez­czel­na pró­ba przy­własz­cze­nia so­bie jej wła­sno­ści czy to, że mó­wiąc, mama ode­rwa­ła dol­ną część ta­bli­cy. Jed­no i dru­gie za­bo­la­ło tak bar­dzo, jak­by zo­sta­ła zdzie­lo­na ba­tem w gołe ple­cy.

– Nie ro­zu­miem? Pew­nie, że nie ro­zu­miem! – ryk­nę­ła ile sił, pod­bie­ga­jąc pod sza­fę. Mama od­sko­czy­ła od ta­bli­cy i upa­dła na pod­ło­gę. – Nie mogę zro­zu­mieć, bo prze­cież ty cier­pisz bar­dziej ode mnie, praw­da? Tyl­ko ty zma­gasz się z praw­dzi­wym pro­ble­mem i tyl­ko ty mo­żesz być za­ła­ma­na. Wy­bacz, ma­mu­siu, ale to tak nie dzia­ła! By­łam tam, prze­ży­łam to samo, a może na­wet wię­cej! – Wście­kła chwy­ci­ła brzeg ta­bli­cy. Po­cią­gnę­ła z ca­łej siły. Bez pro­ble­mu ode­rwa­ła paź­dzierz od drew­na. – Przez lata pa­trzy­łam, jak się za­drę­czasz, jak się gło­wisz, czy po­stą­pi­łaś wła­ści­wie, i pró­bu­jesz zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie, co na­praw­dę cię do tego zmo­ty­wo­wa­ło! Było mi cie­bie żal, by­łam na­wet wdzięcz­na, ale wiesz co…?

Mama pod­nio­sła się z pod­ło­gi i cof­nę­ła o krok w kie­run­ku drzwi.

– Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do mnie, że ka­to­wa­łam się zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie. Prze­cież gdy­byś po­stą­pi­ła ina­czej, gdy­byś pod­ję­ła inną de­cy­zję, też byś się za­drę­cza­ła. Do­kład­nie w taki sam spo­sób. Dla­te­go da­łaś mi wol­ną rękę w ży­ciu, praw­da? Żeby każ­dą moją po­raż­kę zwa­lić na mnie, a sie­bie ni­czym już nie obar­czać! – Zło­śli­wie za­śmia­ła się w głos. Ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­ła, że może być dla mamy tak ostra, a roz­szy­fro­wa­nie jej po­stę­po­wa­nia ta­kie pro­ste.

– Ew­ciu, to nie tak…

– Wyjdź! – Wska­za­ła pal­cem drzwi. – Wyjdź i daj mi się spa­ko­wać! Mu­szę opu­ścić dom, w któ­rym od ju­tra nie bę­dzie dla mnie miej­sca.

5

– Wy­bacz, pani bu­si­nesswo­man, ale nie­któ­rzy nie mają na­stro­ju na ku­po­wa­nie plu­szo­wych mi­siów i bu­ja­nie się z nimi po cmen­ta­rzach! – krzyk­nę­ła bez­rad­nie do te­le­fo­nu, choć po­łą­cze­nie już do­bie­gło koń­ca. – My, zwy­kli lu­dzie, mu­si­my pró­bo­wać prze­trwać i się przy tym nie ze­szma­cić. – Wy­plu­ła gumę, we­tknę­ła do ust pa­pie­ro­sa. Od pew­ne­go cza­su co­raz chęt­niej za­stę­po­wa­ła ba­lo­nów­ki szlu­ga­mi.

Pod­krę­ci­ła mu­zy­kę. Uży­ła srebr­nej Zip­po, któ­ra na­le­ża­ła do taty. Pierw­szy mach i wnę­trze sa­mo­cho­du mo­men­tal­nie wy­peł­ni­ło się dy­mem. Zmie­szał się on z ostrym, lecz przy­jem­nym za­pa­chem moc­no wy­słu­żo­nej skó­ry. Drew­no, choć mia­ło trzy­dzie­ści pięć lat, pach­nia­ło jak nowe. Mie­szan­ka ty­to­niu, skó­ry i drew­na w Mer­ce­de­sie W123, zwa­nym po­tocz­nie becz­ką, po­zwa­la­ła po­czuć na­miast­kę ode­bra­ne­go luk­su­su. Na tym koń­czy­ła się przy­jaźń Poli i sa­mo­cho­du. Kosz­to­wał ją ma­ją­tek. Trzy­dzie­ści ty­się­cy, czy­li znacz­ną część spu­ści­zny po ta­cie. Tech­nicz­nie był w nie­na­gan­nym sta­nie. Wła­ści­ciel za­pew­niał, że to bez­wy­pad­ko­wy mo­del, i przed­sta­wił książ­ki ser­wi­so­we po­twier­dza­ją­ce au­ten­tycz­ność stu­pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ne­go prze­bie­gu. Przy jej sty­lu jaz­dy po­chła­niał ben­zy­nę szyb­ciej niż Smerf Ła­such tor­ty, ale to też dało się prze­żyć. Bia­ły la­kier po­ło­żo­no nie­dłu­go przed za­ku­pem, koła zdo­bi­ły ory­gi­nal­ne srebr­ne fel­gi, me­siu pre­zen­to­wał się na­praw­dę nie­źle, ale naj­gor­sza była świa­do­mość, że jest tyl­ko sub­sty­tu­tem tego, co jej skra­dzio­no. Na samą myśl mu­sia­ła moc­niej po­cią­gnąć faj­kę.

– Cho­le­ra! – Od razu się za­krztu­si­ła. Pa­li­ła od pół roku. Faj­ki bar­dzo jej się po­do­ba­ły, ale cza­sem po­tra­fi­ły przy­du­sić. – Cze­go ja po niej ocze­ki­wa­łam? – spy­ta­ła samą sie­bie.

Do­sko­na­le wie­dzia­ła, dla­cze­go Ewa pró­bo­wa­ła się z nią rano skon­tak­to­wać. Od­dzwo­ni­ła do niej tyl­ko dla­te­go, że od czter­dzie­stu mi­nut sie­dzia­ła w sa­mo­cho­dzie pod wej­ściem do szpi­ta­la imie­nia dok­to­ra Wła­dy­sła­wa Bie­gań­skie­go, na par­kin­gu dla le­ka­rzy, zbie­ra­jąc się w so­bie, żeby wejść do środ­ka. Li­czy­ła na po­moc, ale Ewa już na dzień do­bry pró­bo­wa­ła mó­wić jej, co ma ro­bić, i w ten spo­sób ze­psu­ła na­strój. Po jej ra­dach Pola nie mia­ła ocho­ty się zwie­rzać. Zo­sta­ła sama ze swo­im pro­ble­mem i mu­sia­ła mu spro­stać.

– Weź się w garść, ja­koś to bę­dzie – po­wie­dzia­ła, ga­sząc szlu­ga w sa­mo­cho­do­wej po­piel­nicz­ce. – Naj­wy­żej go upro­sisz. Prze­cież nie był­by to pierw­szy raz, kie­dy przed nim skam­lesz. – Przej­rza­ła się w przed­nim apa­ra­cie te­le­fo­nu.

Me­ta­mor­fo­za, jaką prze­szła po skoń­cze­niu li­ceum, wstrzą­snę­ła po­zo­sta­ło­ścia­mi po jej ro­dzi­nie. Dziad­ko­wie twier­dzi­li, że opę­tał ją dia­beł, mat­ka ją zwy­zy­wa­ła, choć aku­rat mat­kę Pola mia­ła w du­pie, a ku­zyn pa­trzył na nią jak na okaz chro­nio­ne­go zwie­rzę­cia, jed­no­cze­śnie śli­niąc się na wi­dok jej tył­ka. Je­dy­nie brat taty trak­to­wał de­cy­zje Poli z sza­cun­kiem i chłod­nym dy­stan­sem. Niby ak­cep­to­wał nowe wcie­le­nie, ale i tak, gdy na nią pa­trzył, nie po­tra­fił po­zbyć się roz­cza­ro­wa­nia w oczach. Za­raz znów miał tak na nią spoj­rzeć.

Wy­sia­dła z auta, nie przej­mu­jąc się, że stoi na miej­scu dla le­ka­rzy. Już daw­no do­sta­ła od wuj­ka prze­pust­kę. W od­bi­ciu szy­by spraw­dzi­ła, jak się pre­zen­tu­je. Czar­ne dżin­sy nie­mal przy­kle­jo­ne do skó­ry, czar­ne buty z ćwie­ka­mi, czar­na ko­szul­ka z mrocz­nym wzo­rem, dżin­so­wa kurt­ka z przy­krót­ki­mi rę­ka­wa­mi, czar­na smycz w srebr­ne ćwie­ki i dłu­gie, roz­pusz­czo­ne blond wło­sy. Wy­glą­dam znacz­nie le­piej niż moja brycz­ka – stwier­dzi­ła w my­ślach i we­szła do szpi­ta­la.

Cze­ka­ła ją pil­na i nie­wdzięcz­na spra­wa. Li­czy­ła, że idąc do wuj­ka aku­rat dzień przed rocz­ni­cą, zdo­ła klep­nąć te­mat bez do­dat­ko­wych kom­pli­ka­cji. Bo wcze­śniej za­wsze były małe pro­ble­my. Spo­koj­nym kro­kiem po­ko­na­ła wej­ście, ukło­ni­ła się por­tie­ro­wi, któ­ry świet­nie ją ko­ja­rzył, we­szła do win­dy i wje­cha­ła na dru­gie pię­tro. Po­ro­dów­ka wi­zu­al­nie nie róż­ni­ła się zbyt­nio od in­nych od­dzia­łów szpi­ta­la. Zie­lo­ne ścia­ny, żół­te pod­ło­gi, cięż­ki za­pach le­ków, środ­ków de­zyn­fe­ku­ją­cych i pa­skud­ne­go żar­cia. Mia­ła wra­że­nie, że cho­dząc po tych ko­ry­ta­rzach, czło­wiek od razu my­śli o śmier­ci. Za­pu­ka­ła do drzwi ga­bi­ne­tu le­kar­skie­go, któ­ry znaj­do­wał się obok za­mknię­te­go przej­ścia na od­dział, i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, otwo­rzy­ła drzwi.

Wu­jek stał przy otwar­tym oknie, kop­cąc pa­pie­ro­sa. Choć w szpi­ta­lu obo­wią­zy­wał za­kaz, le­ka­rze nic so­bie z nie­go nie ro­bi­li. Pola nie mo­gła się im dzi­wić. Kil­ka go­dzin grze­ba­nia w ci­pach, słu­cha­nia ję­ków i wy­zwisk ro­dzą­cych ko­biet plus ewen­tu­al­ne kro­je­nie pod­czas ce­sar­ki da­wa­ły pra­wo do spo­koj­ne­go za­cią­gnię­cia się szlu­giem.

– Wi­taj, Pola, jak zwy­kle świet­nie wy­glą­dasz. – Wu­jek wy­rzu­cił nie­do­pa­łek za okno i po­ka­zał pal­cem, żeby za­mknę­ła drzwi.

Aku­rat – po­my­śla­ła. Fa­cet sta­rej daty nie mógł uwa­żać, że jej obec­ny wy­gląd jest świet­ny. Kie­dyś, gdy jesz­cze cho­dzi­ła do li­ceum, prę­dzej. Była z po­zo­ru grzecz­ną dziew­czyn­ką bez prze­rwy wku­wa­ją­cą bio­lo­gię i che­mię na wy­raź­ne ży­cze­nie mat­ki. Wy­gląd rów­nież utrzy­my­wa­ła na po­zio­mie wy­zna­czo­nym przez tę sukę. Kasz­ta­no­we wło­sy, pra­wie za­wsze sple­cio­ne w ide­al­nie rów­ne war­ko­czy­ki, le­ciut­ki ma­ki­jaż pod­kre­śla­ją­cy oczy i po­god­ny wy­raz twa­rzy. Ro­sła na sa­łat­kach, ło­so­siach, płat­kach owsia­nych, a na lek­cjach te­ni­sa rzeź­bi­ła nie­na­tu­ral­nie szczu­płą syl­wet­kę. Za­wsze no­si­ła dłu­gie spód­ni­ce, ko­szu­le z koł­nie­rzy­kiem i ma­ry­nar­ki. Zda­niem suki taki wy­gląd spra­wiał, że lu­dzie po­strze­ga­li ją jako po­rząd­ną. Sta­ra idiot­ka mia­ła fio­ła na punk­cie pro­wa­dze­nia Poli przez ży­cie, wy­zna­cza­nia jej ce­lów i dro­gi do ich re­ali­za­cji. Kon­tro­lo­wa­ła wszyst­ko. Do koń­ca li­ceum Pola się nie sprze­ci­wia­ła. Mat­ka po­tra­fi­ła ją zdo­mi­no­wać i przy­tło­czyć. Poza tym do osią­gnię­cia peł­no­let­no­ści przez cór­kę za­rzą­dza­ła ren­tą po jej ojcu. Była ostra, ni­g­dy nie oka­zy­wa­ła uczuć. Pola cza­sem się jej bała.

– Bo ci uwie­rzę. – Za­mknę­ła drzwi, po­de­szła do wuj­ka i jak za­wsze dała mu bu­zia­ka w po­li­czek. – Obo­je wie­my, że je­steś nie­re­for­mo­wal­ny. W two­im mnie­ma­niu wy­glą­dam jak kry­mi­na­list­ka, tyl­ko ni­g­dy nie bę­dziesz na tyle szcze­ry albo bez­czel­ny, żeby mi o tym po­wie­dzieć.

Ze­rwa­ła się ze smy­czy do­pie­ro po uzy­ska­niu do­stę­pu do swo­jej czę­ści ren­ty, któ­rą wcze­śniej od­kła­da­ła dla niej mat­ka, i po zda­niu eg­za­mi­nów na me­dy­cy­nę. Ni­g­dy nie chcia­ła być le­ka­rzem. Do tam­tej fe­ral­nej nocy mat­ka na­wet na to nie na­ci­ska­ła. Zresz­tą trud­no było na­ci­skać na dzie­się­cio­lat­kę. Do­pie­ro po­tem za­fun­do­wa­ła cór­ce na­uko­wy ma­ra­ton. Lata wku­wa­nia, ko­re­pe­ty­cji, wy­myśl­nych te­stów. Pola za­py­cha­ła so­bie gło­wę mnó­stwem nie­po­trzeb­nych fak­tów. Wszyst­ko po to, żeby naj­pierw spra­wić mat­ce przy­jem­ność, po­zwo­lić jej po­czuć na­miast­kę szczę­ścia, dać się na­cie­szyć tym szczę­ściem, a po chwi­li, w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie, wbić nóż w ser­ce.

Pola od sa­me­go po­cząt­ku zda­wa­ła so­bie spra­wę, że me­dy­cy­na nie jest dla niej. Ko­lej­ne sześć lat ku­cia na stu­diach, po­tem pra­ca non stop i na­stęp­ne wku­wa­nie, żeby cały czas być na bie­żą­co z no­wo­ścia­mi. Po co? Dla for­sy, któ­rej nie bę­dzie mia­ła cza­su wy­da­wać, aż się ze­sta­rze­je, i dla za­spo­ko­je­nia cho­rych am­bi­cji mat­ki, któ­ra ko­niecz­nie chcia­ła mieć có­recz­kę le­kar­kę? W do­dat­ku nie tę có­recz­kę…

– Nie prze­sa­dzaj. – Wu­jek się uśmiech­nął. Był przy­stoj­nym, wy­so­kim męż­czy­zną z ostry­mi ry­sa­mi twa­rzy i gę­sty­mi si­wy­mi wło­sa­mi. – Pre­zen­tu­jesz się cał­kiem ład­nie na ten swój ban­dyc­ki spo­sób. Pew­nie wszy­scy czę­sto­chow­scy re­cy­dy­wi­ści pró­bu­ją cię po­de­rwać – rzu­cił kiep­skim żar­tem.

Po śmier­ci taty wu­jek opie­ko­wał się nimi, jak tyl­ko po­tra­fił. Bez­zwrot­nie po­ży­czał pie­nią­dze, re­gu­lar­nie od­wie­dzał. Gdy do­sta­ła się na me­dy­cy­nę, obie­cał jej po­móc wy­star­to­wać w nie­za­leż­ność i uwol­nić się od apo­dyk­tycz­nej mat­ki. Nie miał po­ję­cia, że Pola ma inne pla­ny. Po­zba­wio­na nad­zo­ru wresz­cie mo­gła po­ka­zać, jaka jest na­praw­dę. Roz­pu­ści­ła wło­sy i prze­far­bo­wa­ła je na ra­żą­cy w oczy blond, wy­rzu­ci­ła wszyst­kie sta­re ciu­chy, żeby za­stą­pić je no­wy­mi. Obie ręce w ca­ło­ści po­kry­ła ko­lo­ro­wy­mi ta­tu­aża­mi. Rę­ka­wy na­pa­wa­ły ją dumą. Kol­czyk w war­dze, kol­czyk w no­sie i ciem­ny ma­ki­jaż osta­tecz­nie za­ma­za­ły ob­raz daw­nej grzecz­nej Po­lci. Te­raz była sobą i choć­by dla tego za­je­bi­ste­go uczu­cia war­to było od cza­su do cza­su upo­ko­rzyć się przed wuj­kiem.

– Świet­ny dow­cip. – Na­wet nie wy­si­li­ła się na śmiech. – Po­wi­nie­neś się za­jąć stand-upem, po­dob­no jest te­raz na to­pie – do­da­ła. – Ale jak wiesz, nie prze­ry­wam ci pra­cy, żeby usły­szeć kil­ka dow­ci­pów.

Wu­jek był kon­kret­nym czło­wie­kiem. Nie lu­bił bi­cia pia­ny, ale wspól­ne prze­ko­ma­rza­nie na dzień do­bry było ich ry­tu­ałem od cza­sów dzie­ciń­stwa.

– Po­mi­ja­my fakt, że spóź­ni­łaś się pra­wię o go­dzi­nę. – Wska­zał pal­cem na ze­ga­rek. – Za kwa­drans ro­bię ce­sar­kę. – Mo­men­tal­nie spo­waż­niał. Le­karz z praw­dzi­we­go po­wo­ła­nia. W jed­nej chwi­li mógł żar­to­wać lub za­ła­twiać pro­ble­my ro­dzin­ne, a w dru­giej roz­kra­jać brzuch i kro­cze ro­dzą­cej ko­bie­ty. – Też mam do cie­bie pil­ną spra­wę, a nie­ste­ty wred­ny dzie­ciak nie chce sam wyjść na świat i dzia­ła­nia po­łoż­nych nie wy­star­czą. Mu­sisz za­cząć sza­no­wać czas in­nych.

Ko­lej­na oso­ba, któ­ra chcia­ła ją po­uczać.

– Jaką spra­wę? – spy­ta­ła, choć mi­nu­ty mi­ja­ły i po­win­na za­cząć od swo­jej proś­by.

Zna­ła wuj­ka wy­star­cza­ją­co dłu­go, żeby mieć świa­do­mość, że jak go za­wo­ła­ją, prze­rwie roz­mo­wę, choć­by była nie wia­do­mo jak pil­na.

– Mów pierw­sza. To ty do mnie za­dzwo­ni­łaś.

W pla­nach było przed­sta­wie­nie wspa­nia­łych wi­zji, udo­wod­nie­nie, że jej po­trze­by są jak naj­bar­dziej wła­ści­we i słu­żą jej roz­wo­jo­wi, a obec­ne kło­po­ty są je­dy­nie przej­ścio­we. Brak cza­su spra­wił, że mu­sia­ła się stresz­czać.

– Chcę cię pro­sić o nie­wiel­ką po­życz­kę – strze­li­ła sło­wa­mi szyb­ko i nie­wy­raź­nie, jak­by w ten spo­sób zmniej­sza­ła ich wagę do mało zna­czą­cej bła­host­ki. – Ostat­ni raz, wuj­ku. Obie­cu­ję.

Wu­jek z dez­apro­ba­tą po­krę­cił gło­wą.

– O ile mnie pa­mięć nie myli, po­przed­nie dwie też były ostat­ni­mi.

Nie­ste­ty miał świet­ną pa­mięć.

6

To, że po skoń­cze­niu ogól­nia­ka i odej­ściu z domu Pola wciąż trzy­ma­ła się na po­wierzch­ni, w naj­więk­szej mie­rze za­wdzię­cza­ła wuj­ko­wi. Jej tata też był gi­ne­ko­lo­giem. Oprócz pra­cy w dwóch róż­nych szpi­ta­lach bra­cia pro­wa­dzi­li wspól­nie pry­wat­ną prak­ty­kę. W tam­tych cza­sach za­su­wa­li po osiem­na­ście go­dzin na dobę. Ro­bi­li za­wrot­ne ka­rie­ry, choć rzad­ko by­wa­li w do­mach. Za to pro­fi­ty spły­wa­ły sze­ro­kim stru­mie­niem, a per­spek­ty­wy na wej­ście w nowe ty­siąc­le­cie były zna­ko­mi­te. Obu ukła­da­ło się świet­nie – aż do po­nu­re­go je­sien­ne­go dnia, kie­dy ser­ce taty nie wy­trzy­ma­ło. Pa­lił jak smok, po­chła­niał ol­brzy­mie ilo­ści kawy, ży­wił się głów­nie ham­bur­ge­ra­mi z McDo­nal­da i in­nym szyb­kim sy­fem. Po­ma­gał lu­dziom, za­po­mi­na­jąc o so­bie. Strasz­nie tył, osła­bia­jąc w ten spo­sób ser­ce. Umarł na za­wał w trak­cie cięż­kie­go dy­żu­ru. Jego śmierć od­bi­ła się sze­ro­kim echem w lo­kal­nych krę­gach me­dycz­nych.

– Wiem, wuj­ku, że tam­te mia­ły być ostat­ni­mi, ale sam ro­zu­miesz, jak to jest… W wa­ka­cje trud­no było do­brze za­ro­bić. – Spoj­rza­ła mu w oczy z po­waż­ną miną. Chcia­ła brzmieć wia­ry­god­nie. – We wrze­śniu po­win­no się roz­bu­jać. Prze­cież cią­gle do­ra­biam na dru­gim eta­cie, żeby nie mu­sieć od cie­bie po­ży­czać.

Pola, przez całe dzie­ciń­stwo ka­to­wa­na te­ni­sem, jesz­cze w kla­sie ma­tu­ral­nej za­czę­ła po­ta­jem­nie uczęsz­czać na za­ję­cia pole dan­ce. Ar­ty­stycz­ny ta­niec na ru­rze i zmu­sza­nie cia­ła do trud­nych ewo­lu­cji wkrę­ci­ły ją do tego stop­nia, że sama po­sta­no­wi­ła spró­bo­wać uczyć in­nych. Szyb­ko zda­ła eg­za­mi­ny na in­struk­tor­kę. Sta­ła za ba­rem w kil­ku knaj­pach, do­ra­bia­ła jako pom­po­nia­ra na me­czach żuż­lo­wych, ale szyb­ko wy­le­cia­ła. Przez mo­ment była tak zde­spe­ro­wa­na, że za­sta­na­wia­ła się, czy nie za­trud­nić się w klu­bie ze strip­ti­zem. Osta­tecz­nie po­sta­wi­ła na kurs in­struk­tor­ki pole dan­ce i z całą pew­no­ścią za­ra­bia­ła mniej niż strip­ti­zer­ki.

O po­moc w re­ali­za­cji swo­je­go celu zwró­ci­ła się do wuj­ka. Nie mia­ła opo­rów, żeby cią­gnąć z jego kie­sze­ni. Szar­pa­ło ją na wi­dok wy­pa­sio­nej cha­ty, w któ­rej miesz­kał, czer­wo­ne­go ści­ga­cza, któ­rym jeź­dził całe lato, ro­dzin­ne­go Le­xu­sa i wiecz­nie uśmiech­nię­tej żon­ci, któ­ra poza spo­tka­nia­mi z ko­le­żan­ka­mi i do­wo­że­niem mu je­dze­nia do pra­cy nie ro­bi­ła kom­plet­nie nic. Gdy­by ser­ce ojca wy­trzy­ma­ło albo gdy­by jej mat­ka też przy­wo­zi­ła ta­cie do­bre je­dze­nie, te­raz Pola ży­ła­by ta­kim sa­mym ży­ciem jak dwu­dzie­sto­let­ni syn wuj­ka. Dzie­ciak ba­wił się na stu­diach sto­ma­to­lo­gicz­nych w Ło­dzi i nie mar­twił o przy­szłość. Jak już zo­sta­nie sto­ma­to­łem, tata otwo­rzy mu pry­wat­ną kli­ni­kę w mie­ście. Pola uwa­ża­ła, że część wuj­ko­wej for­sy po pro­stu jej się na­le­ży.

– Nie umiesz kal­ku­lo­wać – pa­dło po­ucze­nie, zwia­stu­ją­ce na­stęp­ne. – Mo­głaś pod­nieść ceny, zwięk­szyć za­sięg re­kla­my, za­cząć in­we­sto­wać, za­miast wy­da­wać pie­nią­dze na ko­lej­ne ta­tu­aże – stwier­dził, nie­mal czy­ta­jąc w jej my­ślach.

Pola cią­gle była pod kre­ską, bo uma­wia­ła się na lek­cje tyl­ko w tych go­dzi­nach, któ­re jej od­po­wia­da­ły, i nie­wła­ści­wie wy­da­wa­ła pie­nią­dze. Już na­wet była za­pi­sa­na na ko­lej­ną dzia­ro­wą se­sję. W pla­nach mia­ła wy­peł­nie­nie ca­łe­go uda, a to spo­ro kosz­tu­je.

– Bez prze­sa­dy, wuj­ku, nie jest aż tak źle. Lu­dzie już dzwo­nią i uma­wia­ją się na na­stęp­ne ty­go­dnie – pró­bo­wa­ła wy­tłu­ma­czyć, że kło­po­ty są chwi­lo­we i wkrót­ce za­stój się skoń­czy. – Po­in­for­mo­wa­łam ich, że od je­sie­ni pod­no­szę ceny. W mie­ście poza mną są tyl­ko dwie in­struk­tor­ki, obie pła­cą za wy­na­jem lo­ka­lu, więc au­to­ma­tycz­nie mu­szą wa­lić więk­sze mar­że. – Pola do­sta­ła lo­kal na­le­żą­cy do wuj­ka. Mógł go wy­naj­mo­wać ja­kiejś fir­mie i na nim za­ra­biać, ale wo­lał udo­stęp­nić swo­jej chrze­śni­cy za sym­bo­licz­ną zło­tów­kę. – W przy­szłym roku o tej po­rze będę funk­cjo­no­wa­ła mi­lion razy le­piej, zo­ba­czysz.

– Ży­czę ci tego z ca­łe­go ser­ca. – Się­gnął po ko­lej­ną faj­kę. Pola też wy­cią­gnę­ła pa­pie­ro­sa z kurt­ki. – Jed­nak za­czę­łaś? – Spoj­rzał na nią z po­li­to­wa­niem. – Zu­peł­nie jak tata…

Nie sko­men­to­wa­ła ocie­ka­ją­cej hi­po­kry­zją uwa­gi, tyl­ko spo­koj­nie od­pa­li­ła faj­kę za­pal­nicz­ką ojca.

– Mogę na cie­bie li­czyć? Ten ostat­ni raz? – Zro­bi­ła słod­kie oczka, któ­re chy­ba już na nie­go nie dzia­ła­ły.

Wu­jek za­cią­gnął się szlu­giem. Za­milkł, wpa­tru­jąc się w kra­jo­braz za oknem. Wy­cho­dzi­ło na par­king. Kon­tem­plo­wał sa­mo­cho­dy i śmiet­nik.

– W po­rząd­ku. – My­śla­ła, że bę­dzie uda­wał za­wa­ha­nie, po­draż­ni się z nią, żeby nie­co ją prze­stra­szyć i po­now­nie zmu­sić do roz­sąd­niej­sze­go za­rzą­dza­nia szma­lem. Tym­cza­sem zgo­dził się dość szyb­ko. Może dla­te­go, że mu się spie­szy­ło, a sam miał znacz­nie waż­niej­szą spra­wę? – Jesz­cze dzi­siaj prze­le­ję ci dzie­sięć ty­się­cy. – Przy­cho­dząc tu, li­czy­ła na pięć, może sie­dem. Wu­jek ni­g­dy nie py­tał, ile po­trze­bu­je, nie pro­sił też o zwrot. – Ale tym ra­zem to bę­dzie na­praw­dę ostat­nia da­ro­wi­zna.

Chcia­ła rzu­cić mu się na szy­ję i go wy­ści­skać. Z tru­dem uda­ło jej się ukryć eks­cy­ta­cję i za­cho­wać na­le­ży­tą po­wa­gę. Była do­ro­sła, mu­sia­ła się za­cho­wy­wać, jak na do­ro­słą przy­sta­ło.

– Dzię­ku­ję. – Ski­nę­ła po­kor­nie gło­wą. – Od­dam co do gro­sza, jak już się od­ku­ję.

– A te­raz moja spra­wa… – Jesz­cze raz po­cią­gnął szlu­ga i wy­rzu­cił reszt­kę za okno. Pola zro­bi­ła to samo. – Nie jest mi ła­two, Po­lecz­ko, ale od po­cząt­ku mu­sia­łaś się z tym li­czyć. – Zła­pał ją za ra­mio­na. Nie zro­bił tego moc­no, lecz czu­le. – Pio­trek ob­lał po­praw­ki, wy­wa­li­li go ze stu­diów. – W oczach wuj­ka Pola do­strze­gła żal. – Wra­ca do Czę­sto­cho­wy, przy­naj­mniej na rok. – Zro­bi­ło jej się nie­do­brze, prze­czu­wa­ła, co te sło­wa ozna­cza­ją. – Mu­sisz zwol­nić jego miesz­ka­nie. Im szyb­ciej, tym le­piej.

Swe­go cza­su wu­jek wy­ło­żył kupę szma­lu na miesz­ka­nie w wie­ko­wej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­ściusz­ki, w ści­słym cen­trum. Lo­kum w sta­rym sty­lu, z wy­so­ki­mi su­fi­ta­mi, skrzy­pią­cym par­kie­tem i zsy­pem na śmie­ci. Było wiel­kie ni­czym lot­ni­sko. Sam ko­ry­tarz spo­koj­nie wy­star­czył­by kil­ku dzie­cia­kom do ro­ze­gra­nia me­czu na dwie bram­ki. Pola nie pła­ci­ła czyn­szu ani ra­chun­ków i bar­dzo do­ce­nia­ła tę lo­ka­li­za­cję. Uwiel­bia­ła sie­dzieć go­dzi­na­mi na ław­ce w Ale­jach, czy­tać książ­kę, ukrad­kiem ob­ser­wo­wać prze­chod­niów, słu­chać ich gło­sów i roz­mów. To było chy­ba je­dy­ne miej­sce, w któ­rym od cza­su do cza­su po­ja­wiał się prak­tycz­nie każ­dy miesz­ka­niec mia­sta. Je­śli mia­ła gdzieś na­tra­fić na czło­wie­ka od­po­wie­dzial­ne­go za zła­ma­nie jej ży­cia, to wła­śnie tam. Po­dob­nie jak Ewa chcia­ła go od­na­leźć, ale mia­ła na­dzie­ję zro­bić to sama.

– To ja… – Po­czu­ła kłu­cie w gar­dle. – Do­kąd mam pójść? Prze­cież nie zo­sta­wisz mnie na bru­ku. – Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że miesz­ka­nie fi­nal­nie jest prze­zna­czo­ne dla Piotr­ka, ale prze­cież on miał jesz­cze czte­ry lata stu­dio­wać w Ło­dzi.

– Mo­że­my zro­bić tak. – Wu­jek pu­ścił jej ra­mio­na. – Do koń­ca wrze­śnia bę­dziesz miesz­kać u mamy. Spo­tkasz się z nią i po­roz­ma­wiasz. Na pew­no cię przyj­mie. Po­ga­da­łem z dzie­ka­nem na Uni­wer­sy­te­cie Me­dycz­nym. Zna­my się z daw­nych cza­sów – pod­kre­ślił. – Je­śli zło­żysz pa­pie­ry do koń­ca mie­sią­ca, od paź­dzier­ni­ka mo­żesz przy­stą­pić do za­jęć. Rzuć to na­ucza­nie strip­ti­zu, olej do­ryw­czą ro­bo­tę i wróć na stu­dia. Je­śli to zro­bisz, obie­cu­ję ci po­móc. – Od­pu­ści­ła so­bie tłu­ma­cze­nie, że pole dan­ce to nie strip­tiz. Wu­jek był w tym te­ma­cie nie­re­for­mo­wal­ny. – Wy­naj­mę i opła­cę ci po­rząd­ne miesz­ka­nie, póź­niej po­mo­gę ci zna­leźć pra­cę w Czę­sto­cho­wie lub na Ślą­sku, dzię­ki cze­mu na za­wsze sta­niesz się nie­za­leż­na.

Jego sło­wa były jak siar­czy­ste po­licz­ki wy­mie­rza­ne w jej zbun­to­wa­ną bu­zię. Przyj­mo­wa­ła je z god­no­ścią, choć mia­ła ocho­tę wyć. Wła­śnie koń­czył się pięk­ny sen o wła­snym biz­ne­sie, miesz­ka­niu w cen­trum i li­kwi­do­wa­niu wszyst­kich trosk pie­niędz­mi wuj­ka. Do mat­ki nie mo­gła się wpro­wa­dzić, choć­by nie wiem co. Na stu­dia też nie za­mie­rza­ła wra­cać. Do­tąd wu­jek był jej je­dy­ną osto­ją, ko­łem ra­tun­ko­wym na burz­li­wym mo­rzu do­ro­słe­go ży­cia. To­nę­ła, a za­miast koła ra­tun­ko­we­go do­sta­ła brzy­twę.

– Se­rio? – Omal nie pi­snę­ła z żalu. Świecz­ki sta­nę­ły jej w oczach. Wu­jek mu­siał to za­uwa­żyć. – Nie chcę za­brzmieć nie­ele­ganc­ko, ale nie za­mie­rzam już ni­g­dy roz­ma­wiać z tą suką!

– Wiem i wca­le nie każę ci się z nią go­dzić. – Prze­je­chał dło­nią po jej ręce, sku­pia­jąc wzrok na nad­garst­ku po­kry­tym ta­tu­ażem. – Ale w tej sy­tu­acji nie masz wyj­ścia. Nie je­steś moją cór­ką, choć cię tak trak­tu­ję.

Po­mi­ja­jąc to, że do­bro Piotr­ka jest nie­po­rów­ny­wal­nie waż­niej­sze niż moje – do­da­ła w my­ślach.

– Chcę ci po­móc, tyl­ko je­steś zbyt mło­da i zbyt wście­kła na świat, żeby to do­strzec. Zrób, jak mó­wię, a za kil­ka lat mi po­dzię­ku­jesz.

Spo­tka­nie z mat­ką było gor­sze niż wy­pro­wadz­ka ze swo­je­go nie swo­je­go miesz­ka­nia, gor­sze na­wet niż spa­nie na dwor­cu, na któ­rym Pola spę­dzi­ła pierw­sze dwa dni do­ro­sło­ści, za­nim po­szła po ro­zum do gło­wy i po­ga­da­ła z bra­tem taty.

– Dzię­ku­ję za wszyst­ko, co dla mnie zro­bi­łeś, wuj­ku. – Za­brzmia­ła ofi­cjal­nie ni­czym po­li­tyk wy­ra­ża­ją­cy wdzięcz­ność za gło­sy oma­mio­nym wy­bor­com. – Jesz­cze dzi­siaj się wy­pro­wa­dzę, klu­cze zo­sta­wię u por­tie­ra. Przy­kro mi, że twój syn nie po­tra­fił utrzy­mać się na sto­ma­to­lo­gii, ale nie po­we­tu­jesz so­bie swo­jej po­raż­ki usta­wia­niem mi ży­cia.

Od­wró­ci­ła się na pię­cie.

– Pola… – Ką­tem oka do­strze­gła, że wy­cią­ga do niej rękę. Nie za­re­ago­wa­ła. – Pola – po­wtó­rzył.

– Zda­je się, że za­raz bę­dziesz za­ję­ty. – Chwy­ci­ła za klam­kę. – Jesz­cze raz dzię­ku­ję za prze­lew.

– Pola! – Za­my­ka­jąc drzwi, po raz ostat­ni usły­sza­ła jego de­spe­rac­ki krzyk. Znów nie za­szczy­ci­ła go swo­ją re­ak­cją.

7

Naj­pierw za­czę­ła obi­jać pię­ścia­mi kie­row­ni­cę Mer­ce­de­sa. Szyb­ko się zre­flek­to­wa­ła. Wie­ko­wy sprzęt mógł nie wy­trzy­mać jej ata­ku agre­sji, więc tro­chę się uspo­ko­iła. Po­nie­waż za pół go­dzi­ny mia­ła po­pro­wa­dzić za­ję­cia, a nic tak nie roz­ła­do­wy­wa­ło emo­cji jak pole dan­ce, po­je­cha­ła pro­sto do fir­my, czy­li pię­tro­we­go bu­dyn­ku znaj­du­ją­ce­go się w kom­plek­sie obiek­tów usłu­go­wych przy uli­cy Ja­dwi­gi. Pię­tro jed­ne­go lo­ka­lu na­le­ża­ło do wuj­ka. Tam też znaj­do­wa­ło się jej stu­dio. Ruch, zwa­żyw­szy na to, że Pola po­tra­fi­ła bez in­for­mo­wa­nia klien­tek nie sta­wić się na lek­cji, był cał­kiem spo­ry. Przy­szło osiem dziew­czyn. Wy­ła­do­wa­ła się na nich i ich nie­po­rad­no­ści, zgar­nę­ła szmal i od­świe­żo­na po­je­cha­ła pod blok mat­ki. Sama do koń­ca nie wie­dzia­ła po co. Chy­ba przez za­glą­da­ją­ce w oczy wid­mo bez­dom­no­ści.

Dwie noce bez da­chu nad gło­wą za­pa­mię­ta­ła jako kosz­mar. Nie naj­więk­szy w jej ży­ciu, ale aspi­ru­ją­cy do li­sty top 5. Za nic nie wró­ci­ła­by na dwo­rzec. Mia­ła jesz­cze al­ter­na­ty­wę w po­sta­ci spa­nia w becz­ce, ale ile nocy wy­trzy­ma­ła­by w ten spo­sób? Jed­ną? Dwie? Może trzy? My­śla­ła też o lo­ka­lu, w któ­rym uczy­ła. Nie­ste­ty cały te­ren był otwar­ty od dzie­sią­tej do dwu­dzie­stej. Po­tem go za­my­ka­li. Pola nie mia­ła na­wet klu­czy do bra­my wjaz­do­wej. Uga­da­nie się z cie­ciem też nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Kie­dyś za­po­mnia­ła za­brać ze sobą to­reb­ki i pod­je­cha­ła tam po dwu­dzie­stej dru­giej. Fa­cet po­wie­dział, że ma od­gór­ny przy­kaz nie­wpusz­cza­nia ni­ko­go, a je­śli to zro­bi, przy­pła­ci błąd utra­tą pra­cy. Przy wszech­obec­nych ka­me­rach nie po­mógł na­wet jej urok.

Sto­pa wci­ska­ła gaz au­to­ma­tycz­nie, a ręce same krę­ci­ły kie­row­ni­cą, pro­wa­dząc Polę na ele­ganc­ki par­king obok no­wo­cze­sne­go dzie­się­cio­pię­tro­we­go blo­ku przy uli­cy Łódz­kiej. Mat­ka ese­me­so­wo po­in­for­mo­wa­ła ją o tym, gdzie bę­dzie miesz­kać, jesz­cze przed prze­pro­wadz­ką, choć już wte­dy ze sobą nie roz­ma­wia­ły. Jed­no Pola mu­sia­ła jej przy­znać – była za­rad­ną i cał­ko­wi­cie ogar­nię­tą ży­cio­wo zim­ną suką. Wie­dzia­ła, że sama w du­żym domu, po­zba­wio­na wspar­cia męża, dłu­go nie po­cią­gnie. Wcze­śniej utrzy­my­wa­ła dom ze wzglę­du na cór­kę i za­pew­nie­nie jej jak naj­lep­szych wa­run­ków do na­uki. Po­tem nic jej w nim nie trzy­ma­ło. Zro­bi­ła to, o czym ma­rzy­ła dla swo­jej mat­ki Ewa – sprze­da­ła cha­tę, ku­pi­ła dwu­po­ko­jo­we, wy­pa­sio­ne miesz­ka­nie, a resz­tę for­sy za­in­we­sto­wa­ła. Wy­ku­pi­ła fran­czy­zę od ciu­cho­wej sie­ciów­ki i za­rzą­dza­ła dwo­ma bu­ti­ka­mi. W mie­ście i w ga­le­rii han­dlo­wej. Oprócz tego wy­my­śli­ła so­bie, że za­trud­ni ko­le­sia, któ­ry co­dzien­nie bę­dzie dy­mał po mie­ście ze spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym sprzę­tem do ro­bie­nia kawy. Obec­nie tych ko­le­si pra­co­wa­ło dla niej już czte­rech, choć Pola nie zna­ła szcze­gó­łów. Stra­ci­ła mat­kę w chwi­li, w któ­rej zre­zy­gno­wa­ła ze stu­diów. Tak to wy­glą­da­ło z ze­wnątrz, w rze­czy­wi­sto­ści stra­ci­ła ją po­nad dzie­sięć lat temu.

Zo­sta­wi­ła sa­mo­chód na cia­snym par­kin­gu i po­szła pod klat­kę scho­do­wą. Chwi­lę się za­wa­ha­ła, po czym wy­bra­ła nu­mer miesz­ka­nia mat­ki.

– Pro­szę? – W gło­śni­ku usły­sza­ła jej znie­kształ­co­ny głos.

Na­pię­cie było tak duże, że mu­sia­ła oprzeć dłoń o ścia­nę, żeby nie upaść. Ostat­ni raz roz­ma­wia­ły ze sobą, kie­dy Pola za­bie­ra­ła rze­czy ze sta­re­go domu. Na od­chod­ne po­wie­dzia­ła mat­ce, że ży­czy jej, aby do­padł ją rak i żeby umie­ra­ła ty­go­dnia­mi na szpi­tal­nym łóż­ku.

– Two­ja cór­ka, mogę wejść? – po­wie­dzia­ła na jed­nym wy­de­chu, zmo­ty­wo­wa­na wspo­mnie­niem dwóch nocy spę­dzo­nych na dwor­cu.

W od­po­wie­dzi za­brzę­czał za­mek i Pola we­szła do środ­ka.

Mat­ka cze­ka­ła w otwar­tych drzwiach miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze. Od ich ostat­nie­go spo­tka­nia to­tal­nie się zmie­ni­ła. Nie­ste­ty na ko­rzyść. Jesz­cze nie­daw­no mia­ła fi­gu­rę ro­syj­skiej ma­triosz­ki. Tej naj­więk­szej. Te­raz ostro wy­szczu­pla­ła. Twarz, kie­dyś zmę­czo­na i po­marsz­czo­na, wy­da­wa­ła się żywa i sprę­ży­sta. Pola nie była pew­na, ale mat­ka chy­ba coś so­bie wstrzyk­nę­ła. Wło­sy, prze­far­bo­wa­ne na ja­sny ko­lor, mia­ła spię­te w dwa cho­ler­ne war­ko­cze. Wy­glą­da­ła jak zu­peł­nie obca oso­ba. Wi­dać ży­cie bez cór­ki bar­dzo jej słu­ży­ło. Na po­wi­ta­nie zmie­rzy­ły się pod­łym wzro­kiem. Mat­ka ge­stem gło­wy ka­za­ła jej wejść do środ­ka. Miesz­ka­nie przy­po­mi­na­ło skó­rę sło­nia. Sza­re ścia­ny, sza­re płyt­ki, sza­re me­ble. W sam raz dla oso­by ta­kiej jak mat­ka.

– Na­praw­dę mu­sisz nie mieć do­kąd pójść, sko­ro je­steś tak zde­spe­ro­wa­na, żeby po­słu­chać na­ka­zu Wojt­ka. – W ten spo­sób przy­wi­ta­ła cór­kę, gdy zna­la­zły się w sa­lo­nie po­łą­czo­nym z kuch­nią.

Usia­dły na fo­te­lach po prze­ciw­nych stro­nach sto­li­ka. Mat­ka nie za­pro­po­no­wa­ła nic do pi­cia. Sama żło­pa­ła ja­kiś ener­ge­tyk.

– Już ci do­niósł?

Za­miast od­po­wie­dzieć, wzię­ła ko­mór­kę, wy­bra­ła nu­mer i po­wie­dzia­ła krót­ko:

– Jest u mnie.

Nic wię­cej. Zero uczuć, zero emo­cji. Nie prze­pa­da­ła za swo­im szwa­grem. Z dwóch po­wo­dów. On żył, jej mąż nie.

– Woj­tek pu­ścił ci prze­lew. – Odło­ży­ła ko­mór­kę. – Pro­szę. – Za­to­czy­ła dło­nią po sa­lo­nie. – Do koń­ca mie­sią­ca ka­na­pa jest two­ja, po­tem wra­casz na stu­dia. Jesz tyl­ko w kuch­ni, sprzą­tasz po so­bie ta­le­rze, nie zo­sta­wiasz wło­sów w umy­wal­ce ani pod prysz­ni­cem. Żad­nych go­ści, żad­nej gło­śnej mu­zy­ki, nie wcho­dzisz do mo­jej sy­pial­ni. Je­dze­nie ku­pu­jesz swo­je. Zro­zu­mia­no?

– To był głu­pi po­mysł. – Spę­dzi­ła z mat­ką pięć mi­nut, tyle w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło do uświa­do­mie­nia so­bie, że nie mogą ra­zem miesz­kać choć­by przez dzień. Na­wet za cenę ob­skur­ne­go dwor­ca. – Dzię­ki za wy­si­łek, mamo, po­ra­dzę so­bie. – Po­de­rwa­ła się z fo­te­la. – Ni­g­dy nie po­go­dzi­łaś się z tym, że nie uda­ło ci się zro­bić ze mnie jej ko­pii i za to mnie nie­na­wi­dzisz, praw­da?

Mat­ka prze­szy­ła cór­kę mroź­nym wzro­kiem. Pola po­czu­ła ciar­ki na ple­cach.

– Już daw­no się po­go­dzi­łam – od­par­ła.

Pal­nę­ła kom­plet­ną bzdu­rę. Pola ani my­śla­ła w to uwie­rzyć.

Wi­dząc brak jej re­ak­cji, mat­ka kon­ty­nu­owa­ła:

– To ty nie mo­żesz się po­go­dzić z moim wy­bo­rem. Świa­do­mość od­rzu­ce­nia zże­ra cię jak rak, któ­re­go mi ży­czy­łaś. Sęk w tym, że po­tra­fi­łam się pod­nieść. A ty? – Spoj­rza­ła na nią z po­li­to­wa­niem. – Jak w koń­cu też się po­go­dzisz, bę­dzie ci ła­twiej, zo­ba­czysz. I może wresz­cie za­czniesz po­dej­mo­wać mą­dre de­cy­zje – cią­gnę­ła, a naj­gor­sze, że nie było w niej cie­nia wy­rzu­tów. Na­praw­dę mia­ła cór­kę za gor­szą od sie­bie. – Nie za­trzy­mu­ję cię. Nie chcesz miesz­kać u mnie na mo­ich za­sa­dach? Twój wy­bór. Dro­ga wol­na.

Nogi Poli za­drża­ły. Ostat­ni bli­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny w cią­gu kil­ku go­dzin po­ło­ży­li ją na ło­pat­ki. Tym ra­zem nie była w sta­nie za­trzy­mać łez.

– Nie ro­zu­miem, jak ty mo­żesz być taka bez­dusz­na! – wy­krzy­cza­ła swój ból i ucie­kła.

Mat­ka nie wy­si­li­ła się, żeby za nią pójść.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Có­recz­ki wyd. II

isbn: 978-83-8423-554-6

© Ad­rian Bed­na­rek i Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Za­czy­ta­ni.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

konw­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: wy­daw­nic­two@za­czy­ta­ni.pl

https://za­czy­ta­ni.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.