Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
35 osób interesuje się tą książką
Wspólna tajemnica jednoczy bardziej niż więzy krwi
Ewa jest niedoszłą policjantką, która prowadzi butik w centrum Częstochowy. Pola zrezygnowała ze studiów medycznych i ledwie wiąże koniec z końcem, udzielając lekcji pole dance. Dzieli je prawie wszystko: wiek, osobowość, plany na przyszłość. Łączy zamaskowany morderca zwany Strachem na Wróble, który w odstępie dziesięciu lat sprowadził koszmar na ich rodziny.
Kiedy Ewa przypadkiem wpada na trop prowadzący do Stracha, nie waha się prosić Poli o pomoc. Wspólnie postanawiają odnaleźć bezwzględnego psychopatę, którego tożsamość pozostaje zagadką od ponad dwudziestu lat. Rozpoczyna się drobiazgowe i pełne zwrotów akcji śledztwo, które zmieni niejedno ludzkie życie. A to dopiero początek…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 456
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla Darii,najlepszej żony i przyjaciółki,jaką mógłbym sobie wymarzyć.
Lufa pistoletu wbijała się w jej głowę z taką siłą, jakby ktoś próbował przewiercić czaszkę wiertarką. Co chwilę chłodna stal ześlizgiwała się na boki, uderzając o kość ciemieniową i czołową. Mężczyzna nie mógł utrzymać broni w jednym punkcie. Pewnie przez to, że potwornie drżała jej szczęka. Zupełnie jak po wyjściu z zimnego basenu na jeszcze zimniejsze powietrze. Resztą ciała wstrząsały dreszcze jak przy ataku padaczki. Nigdy dotąd w swoim dziesięcioletnim życiu nie była tak przerażona. Klęczała na łóżku. Nogi niemal zdrętwiały. Wzrok miała wbity w podłogę. Bała się spojrzeć na osobę klęczącą naprzeciwko niej. Niby była jej bliska, ale teraz wydawała się całkowicie obca.
Dwa razy zdążyła zmoczyć się ze strachu. Jej uszu dobiegały przeraźliwe piski i błagalne okrzyki. Ona sama nie odezwała się słowem. Strach skutecznie związał jej język. Mężczyzna trzymający pistolet poczekał, aż lamenty pozostałych osób znajdujących się w pokoju dobiegną końca, i twardym głosem oznajmił, że więcej nie powtórzy swojego pytania. Wcześniej przedstawił reguły gry i konsekwencje braku odpowiedzi. Były jeszcze gorsze, niż gdyby odpowiedź została mu udzielona.
Chwycił ją mocno za kark. Momentalnie zesztywniała. Lufa pistoletu zastygła na środku małej główki. Mężczyzna rozpoczął odliczanie, a ona znów popuściła.
– Sześć, pięć, cztery…
Każda sekunda zdawała się trwać w nieskończoność. Przymknęła powieki. Serce gwałtownie przyspieszyło. Pomyślała o tacie. Tak bardzo za nim tęskniła. Gdyby żył, nie znalazłaby się w takiej sytuacji. Lufa wbijała się coraz mocniej. Zacisnęła piąstki na wilgotnym prześcieradle. Poczuła piekące łzy żalu.
– Trzy, dwa…
Odliczanie dobiegło końca, czas stanął w miejscu. Lufa nagle zniknęła z jej głowy. Dziewczynka zamarła w bezruchu. Czekała, aż usłyszy odpowiedź, która zadecyduje o jej życiu.
– Mogę prosić rozmiar czterdzieści dwa? – Lekko zachrypnięty, młody męski głos przywrócił ją do rzeczywistości.
W ten ciepły wrześniowy dzień ciągle odpływała myślami. Nawet nie zauważyła, kiedy przystojny brunet wszedł do jej sklepu. Takich jak on przychodziło tu wielu. Wymuskanych licealistów albo studentów. Ochoczo wydawali forsę rodziców na luksusowe ciuchy do ćwiczeń. Chłopak, który miał nie więcej niż dziewiętnaście lat, był zupełnie nie w jej typie. Właściwie to całkowicie w jej typie, choć bardzo chciała temu zaprzeczyć.
– Rozmiar czego? – Wstała z fotela ustawionego obok drzwi prowadzących na zaplecze i leniwie podeszła do swojego stanowiska pracy.
Chyba rozbawiła go tym pytaniem. Śmiał się, czekając, aż dotrze przed niewysoką ladę, na której oprócz komputera i czytnika kart stała niedopita kawa i nadgryziony kawałek croissanta.
– Dokładnie tego modelu. – Postawił na blacie parę zajebiście drogich butów do biegania, uśmiechnął się i obczaił ją kawałek po kawałku.
Przyzwyczaiła się do dwuznacznych spojrzeń małolatów. Mieli powody, żeby się na nią gapić. Zresztą sama uważała się za piękną kobietę. Metr sześćdziesiąt dwa, pięćdziesiąt jeden kilo czystej kobiecości niezniszczonej idiotycznymi dietami, lekko kręcone kasztanowe włosy sięgające piersi i twarz intrygującej ważniaczki, jak zwykł mawiać facet, z którym kiedyś planowała spędzić resztę życia. Jedyne, do czego sama mogłaby się przyczepić, to właśnie twarz. Dawne wydarzenia sprawiły, że przez stres, ból i nadmiar emocji szybko się starzała. Jeszcze przez miesiąc liczba jej lat miała się zaczynać od dwójki, a jednak czasami, gdy patrzyła w lustro, odnosiła wrażenie, że wygląda jak trzydziestokilkuletnia mamusia. Tyle że Ewa nie była mamusią, a jej życie przypominało gotowy scenariusz do nakręcenia dramatu. Tragedie spadały na jej rodzinę seriami, niczym niemieckie bomby na Warszawę.
Mimo to udało jej się wyjść na ludzi. Była niezależna, prowadziła swój biznes, a w oczach młodych chłopaków uchodziła za niezłą szprychę. Nowy klient nie stanowił wyjątku.
– Sprawdzę. – Pozostała obojętna na jego lustrację i zaczęła przeszukiwać stany magazynowe w komputerze.
Chłopak wybrał sobie model za siedem stówek. Pewnie znakomity, jeśli się biega. Ewa przestała dość dawno, gdy dotarło do niej, że nigdy nie będzie policjantką, a utrzymywanie formy mija się z celem i kosztuje mnóstwo czasu. Kiedyś zostanie gliną było jej marzeniem. Liczyła, że dzięki spluwie i odznace rozwiąże swoje problemy. Ostatecznie, choć bez kłopotów zdała egzaminy wstępne i dostała się do szkoły policyjnej w Szczytnie, nie rozpoczęła nauki. To oznaczałoby wyjazd na drugi koniec Polski. Mama od razu zaczęła świrować.
Nie mogła zostawić jej samej. Ewa czuła, że jest jej winna dożywotnią wdzięczność. Dlatego ukończyła studia na lokalnej polibudzie – co innego mogła zrobić? Niestety z braku laku wybrała kierunek, na który najłatwiej było się dostać. Turystyka i rekreacja. Przez wzgląd na mamę i tak nie zamierzała pracować poza miastem, więc tytuł magistra mogła sobie wsadzić… Roboty w Częstochowie było jak na lekarstwo.
Na studiach poznała Pawła, chyba się zakochała, przeżyła dwuletni związek, uroczyste zaręczyny, okres próbny mieszkania pod jednym dachem, wybór sali weselnej, sukni ślubnej, rozwożenie zaproszeń dla gości oraz anulowanie całej imprezy tydzień przed. Wszystko przez czarującego osiemnastolatka i jej głupotę. W końcu sama uległa pokusie i podała mu swój numer. Pech sprawił, że chłopak zadzwonił akurat wtedy, kiedy Paweł wyszedł z łazienki, a ona tego nie zauważyła. Podsłuchał, jak się umawiają w motelu pod miastem, i przyszłe małżeństwo szlag trafił.
Z czasem rozstanie z Pawłem uznała za jedną z lepszych rzeczy, które ją spotkały. Jeszcze na studiach pomagała mu rozkręcić marną firmę sprowadzającą chińskie zegarki. Niedoszły finansowy krezus ubzdurał sobie, że wystarczy ściągnąć tani szmelc, nadać mu włosko brzmiącą nazwę i towar sam się sprzeda. Nie sprzedawał się, ciągle trzeba było szukać klientów i wchodzić im w dupy. Nienawidziła tej roboty, chyba podobnie jak jego. Odkąd zamieszkali razem i zdała sobie sprawę, że Paweł to bujający w obłokach nieudacznik, przestała mu pomagać i podjęła pracę w agencji ochroniarskiej.
Zwolniła się po kilku latach, już jako singielka. Pilnowanie, żeby ludzie nie palili papierosów w sektorach rodzinnych, uspokajanie pijanych kibiców w pozostałych podczas niedzielnych meczów żużlowych oraz przewożenie kasy dla Biedronki czy Lidla przestały ją bawić. Półtora roku temu dostała dotację i otworzyła butik z ekskluzywnymi ciuchami do ćwiczeń. Wynajmowała lokal w samym centrum Częstochowy.
– Przykro mi. – Przejrzała stan swojego magazynu, sprawdziła też u przedstawicieli producenta w innych miastach. – To ostatnia para.
– A to peszek – rzucił zalotnie chłopak, opierając jeden łokieć na ladzie. – Da się pani zaprosić na kawę po pracy? – spytał bez cienia skrępowania. Młodzi zwykle uderzali do niej bezpośrednio. Nie bawili się w podchody.
Schlebiało jej to. Lubiła ten typ facetów. Dojrzali albo byli już po przejściach i szukali zastępstwa dla byłej żony, ewentualnie stałej kochanki, albo nigdy nie dorośli i nie potrafili nic zrobić ze swoim życiem. Młodzi mieli pasję, wierzyli, że świat leży u ich stóp. Czas miłosnych zawodów i życiowych rozczarowań był dopiero przed nimi. Obstawiała, że ten w sklepie szybko zaszufladkował ją do grupy niebrzydkich samotnych panienek tuż przed trzydziestką i uznał za desperatkę lub puszczalską. Ewa nie była żadną z nich, choć jeszcze nie tak dawno dawała się młodziakom zapraszać na kawę, a potem na drinka. Zwykle kończyło się w łóżku.
– Kusisz, chłopczyku, ale trochę się spóźniłeś. – Spojrzała na niego, przybierając „ważniakowaty” wyraz twarzy, który tak bardzo pociągał facetów. Wciąż nie rozumiała, czemu lecą na najgorszą minę, jaką potrafiła zaserwować. – Mam po dziurki w nosie komplikacji, nie szukam następnych. Nie noszę obrączki, ale to nie oznacza, że jestem sama. Kupujemy inne buciki czy wychodzimy?
– Jeśli to coś znaczy, wiedz, że mam dziewczynę i też nie potrzebuję komplikacji – próbował dalej, niezrażony. Liczył, że jeśli pochwali się, jakim jest dupkiem, i potraktuje ją jak dziwkę, chętniej wskoczy mu do łóżka.
Ewa nie należała do grzecznych dziewczynek. Kiedyś skoki w bok pomagały jej stłumić smutek, później stanowiły odskocznię od codzienności z Pawłem, a potem były sposobem na zapomnienie o nim i o własnej samotności. Ale odkąd zamieszkała u Iwa, naprawdę poczuła potrzebę stabilizacji. Rzadziej myślała o życiowych obsesjach i nie robiła żadnych skoków w bok.
– Świetnie, zaproś ją na kawę. U mnie co najwyżej kupisz buty.
– Na pewno się nie zgodzisz?
– Może w przyszłym życiu…
Spojrzał na nią z rezygnacją. Nie miał pojęcia, że Ewa mówiła poważnie. Głęboko wierzyła, że każdemu dane jest drugie życie. To pozwalało choć częściowo godzić się ze śmiercią i rzeczywistością. Odkąd sięgała pamięcią, ciągle tęskniła za zmarłymi. Nic poza nadzieją na spotkanie ich w przyszłym życiu nie było w stanie uciszyć wewnętrznego krzyku rozpaczy.
– W takim razie jeszcze się zastanowię, jakie buty wybrać, i wrócę kiedy indziej. – Ukłonił się szarmancko.
Nie chce być natrętny, ale łatwo się nie poddaje –pomyślała.
– Gdyby jednak znalazła pani rozmiar albo coś, przez najbliższe pół godziny będę w kawiarni za rogiem. Naszła mnie straszna ochota na słodką przekąskę – powiedział, niechcący przypominając jej o croissancie, którego nie zdążyła zjeść na śniadanie.
– Będę pamiętać. – Bardziej miała na myśli rogala leżącego na talerzu obok komputera niż propozycję chłopaka.
Gdy wychodził, poczuła wibrację w kieszeni dżinsów. Wyjęła komórkę i spojrzała na wyświetlacz. Wzięła głęboki wdech. Wiedziała, że czeka ją trudna rozmowa. Dzwoniła mama.
– Tak, mamo? – odezwała się niechętnie.
Mama wiedziała, w jakich godzinach Ewa przebywa w pracy, i starała się jej nie przeszkadzać. Wyjątki stanowiły drugie piątki miesiąca, wtedy rodzicielka dostawała kręćka. Ale dzisiaj był czwartek.
– Siedzisz w pracy jak zwykle? – spytała niby troskliwie.
Tak naprawdę niezbyt przykładała wagę do losów Ewy. Najważniejszą robotę odwaliła wiele lat temu i w jej mniemaniu ówczesne działania zwalniały ją z dalszych obowiązków. Nawet nie cieszyła się z jej wesela ani nie płakała po jego odwołaniu. Kochała córkę, jednocześnie chyba jej nienawidząc.
– Dzień jak co dzień. Walczę o przetrwanie i coś więcej – wyjaśniła lekceważącym głosem. Sama już nie pamiętała, kiedy ostatnio cieszyła się na rozmowę z mamą.
Choć nie mówiła tego głośno, miała do niej żal, bo nigdy nie próbowała sugerować jej właściwej ścieżki życia, nie zachęcała do konkretnego liceum, zostawiała wolną rękę, uznając, że sama powinna o sobie decydować. O ile piętnastoletnia dziewczynka po takich przejściach jak Ewa może na serio o sobie decydować. W efekcie podejmowała własne, często błędne decyzje. Matka wtrąciła się jeden raz – gdy Ewa poinformowała, że dostała się do szkoły policyjnej i spędzi tam kilka lat.
– Kilka lat? Tak daleko… A potem służba, więc też nie wiadomo, gdzie cię rzucą. Możesz skończyć w Suwałkach albo w Kołobrzegu, a ja zostanę tutaj sama. Cóż… Rób, jak uważasz, decyzja należy do ciebie.
Nie mogła zostawić matki. Ta bez córki nie wytrzymałaby roku i skończyłaby w wariatkowie albo, co gorsza, w samotnym widzie targnęła się na swoje życie. Mimo wszystkich animozji kochała swoją rodzicielkę i czuła się w obowiązku, żeby ją wspierać.
– Mogłabyś mnie teraz odwiedzić? – Mama, gdy czegoś chciała, potrafiła skamleć niczym słodki husky.
– To konieczne? – Ugryzła kawałek rogala. – Przecież wiesz, że muszę z czegoś żyć, a ty niestety nie posiadasz majątku, dzięki któremu mogłabym nie pracować. Spotkamy się jutro. Jak zawsze w drugi piątek, dobrze? – Automatycznie pomyślała o tacie. Gdyby żył, nigdy nie musiałyby odprawiać tego potwornego obrzędu.
Tata zginął w wypadku samochodowym niecały rok przed kolejną tragedią, jaka spotkała ich rodzinę. Podobno był świetnym kierowcą, ale nie zapanował nad napędem na cztery koła połączonym z potężnym silnikiem GSX. Wypadł z zakrętu na DK1 w miejscowości Brudzowice w czasie pracy. Był kurierem obsługującym częstochowskie szpitale. Do Katowic woził materiały histopatologiczne, krew i wyniki badań. Był szybki, skuteczny i zawsze dostępny, dzięki czemu nieźle zarabiał. Na co dzień używał samochodu dostawczego. W dniu wypadku miał do przewiezienia tylko jedną paczkę. Lało jak z cebra, ale on postanowił się przejechać swoim świeżo sprowadzonym ze Stanów Mitsubishi Eclipse…
Po jego śmierci mama była w rozsypce. Pierwszy raz zaszła w ciążę w klasie maturalnej, od razu wyszła za mąż. Nie skończyła szkoły, nigdy nie pracowała. Dlatego potem miała problemy ze znalezieniem sensownego zajęcia. Głównymi źródłami dochodu były renta po ojcu i wynajem pokoi w domu babci. Babcia miała piętrową chatę na Wyczerpach, porządnej częstochowskiej dzielnicy. Dom był przepisany na jedyną wnuczkę, a dopóki babcia żyła, nie zamierzała się wyprowadzać ani tym bardziej sprzedawać nieruchomości. Ledwie zgodziła się na wynajem. Ewa traktowała ją obojętnie, praktycznie w ogóle się z nią nie widywała. Miała cichą nadzieję, że ta nie pożyje jakoś przesadnie długo i ona będzie mogła jak najszybciej spieniężyć nieruchomość. Wtedy dostałaby prawdziwą szansę na odmianę losu.
– Jesteś za młoda, żeby zdawać sobie sprawę, że są inne priorytety niż praca – westchnęła nauczycielskim tonem mama. – Ale napawa mnie dumą, że zrobiłaś się taka niezależna. Widać dobrze cię wychowałam.
Słysząc to, Ewa poczuła przyjemne ciepło w żołądku, choć słowo „wychowałam” zakrawało na ironię.
Matka kontynuowała:
– Ja po prostu muszę się z tobą zobaczyć. Od lat powtarzasz mi, że powinnam coś zrobić i wreszcie ruszyć do przodu. W końcu posłuchałam twojej rady. Podjęłam szalenie ważną decyzję i chcę ci ją jak najszybciej oznajmić.
Ważna decyzja i mama? To nie wróżyło niczego dobrego.
– Ewa, jak nie możesz teraz, spotkajmy się wieczorem.
– Wieczorem tym bardziej nie mogę, bo…
– Wiem, masz randkę z fryzjerem – dokończyła za córkę. – Korzystaj, dopóki się nie zestarzałaś.
Mama często powtarzała, że człowiek powinien korzystać z życia, póki jest młody, bo młodość szybko przemija, a nieszczęścia chodzą po ludziach. To jedna z niewielu rad, jakie Ewa dostawała. Usłyszała ją nawet w dniu odwołania swojego ślubu.
– Dobrze, wygrałaś. Zamknę sklep i zaraz wyjeżdżam. – Rzadko umiała jej odmówić, a jeśli już, przychodziło jej to z trudem. Poza tym była szalenie ciekawa, co mama wymyśliła. – Wpadnę tylko na godzinkę i wracam, bo…
– Musisz pracować! – dopowiedziała za córkę. – Wpadaj więc na chwilkę i jedź cieszyć się życiem, za które codziennie powinnaś dziękować. Bogu i nie tylko.
Kończąc, na wszelki wypadek przypomniała o najważniejszym. Ich temacie tabu. Rozmowie, której nigdy nie przeprowadziły, choć obie naprawdę jej potrzebowały. Ale jeszcze bardziej bały się jej następstw.
Mimo wczesnej pory Ewa zamknęła sklep i wsiadła do odpicowanego Mitsubishi Eclipse drugiej generacji. Auto znaczyło dla niej dużo. Kiedy mieszka się w kilkusetosobowej wiosce, daleko od miasta, podróż do centrum stanowi nie lada wyzwanie. Jazda pekaesem trwa ponad godzinę, a przy ostrej zimie jeszcze się wydłuża. Mając to na uwadze, zdała prawko najszybciej, jak się da, i kupiła nowszy model samochodu, którym jeździł tata, i który potem odebrał mu życie. Mama bardzo przeżywała zakup Eclipse’a, ale nigdy go nie skomentowała.
Bryczka nie miała wspomagania, klima nie działała, wnętrze śmierdziało fajkami, choinkami zapachowymi i wszystkim, co kojarzyło się z modnymi gadżetami przełomu wieków. Wielu właścicieli orało dwustukonny silnik, zostawiając ślady swojej obecności. Ewa władowała w samochód lwią część zarabianej kasy. Przemalowała go na jaskrawą zieleń, odświeżyła wnętrze, naprawiła klimatyzację, założyła nowe felgi, spojler i podrasowała system audio. Teraz Eclipse prezentował się groźnie. Fura uczyniła ją niezależną i pozwoliła na dobre wyrwać z miejsca, w którym się urodziła.
W jej rodzinnej wiosce dawne tradycje mieszały się z nowoczesnością. Stare gospodarstwa kontrastowały z powstającymi jeden po drugim eleganckimi domami. Kiedy Ewa była mała, panował tam typowo wiejski klimat i wiejska mentalność. Od zawsze chciała się wynieść do miasta i nie oglądać załamanego spojrzenia mamy. Najbardziej brakowało jej rówieśników. Podstawówkę skończyła w minimiasteczku w okolicy. Do szkoły uczęszczała zbieranina dzieciaków z pozostałych wiosek, nikt się na dobre nie zintegrował. Do czasów ogólniaka matka była jej jedyną przyjaciółką. Później miała już koleżanki, ale jakoś nie potrafiła nawiązać z nimi dłuższych znajomości. Znacznie łatwiej odnajdywała wspólny język z facetami.
Zaparkowała przed furtką stanowiącą przedłużenie rdzewiejącego płotu. Nie był malowany od lat. Trawa została skoszona w zeszłym miesiącu, kiedy Ewa nie mogła już patrzeć na lenistwo matki i sama wyciągnęła kosiarkę. A przecież mama też mogła to zrobić. Miała pięćdziesiątkę, nie zaliczała się do babć zmęczonych życiem, ale nie przywiązywała wagi do ogródka ani do niczego, co wykraczało poza mury domu.
W środku dla odmiany panował idealny porządek. Podłogi poodkurzane, kuchnia wysprzątana, przedpokój wyczyszczony na błysk. Jedyne, co raziło, to umeblowanie. Nie zmieniło się od połowy lat dziewięćdziesiątych, czyli od śmierci taty. Mama nie była w stanie pozbyć się starych rzeczy. Dla niej czas stał w miejscu, zgodziła się jedynie na zmianę pieca z węglowego na gazowy. Gdyby nie nastoletnie potrzeby Ewy, nie mieliby nawet Internetu.
Na stole w salonie czekały mocna, fusiasta kawa z dużą ilością cukru i Michałki. Ulubiony grzeszny zestaw Ewy. Mama siedziała na fotelu twarzą do wejścia.
– Córeczko… – powitała ją, wstając.
Wątła, wychudzona kobieta z pokaźną liczbą zmarszczek, krótkimi włosami farbowanymi na blond i mętnym spojrzeniem płakała. Łzy ściekały po policzkach. Z bolesną miną rozłożyła ręce, prosząc córkę o uścisk. Widok rozbitej matki i zapach starych mebli ożywiły wspomnienia. Ewa poczuła ból w klatce piersiowej.
– Mamusiu… – Rzuciła się mamie na szyję. Ściskała ją mocno, przytulając głowę do piersi. – Dziękuję ci, dziękuję… – Zrezygnowała z pracy w policji, kosiła jej trawnik, zamykała firmę, żeby ją odwiedzić, gdy zaszła taka potrzeba. Ewa poświęcała się we wszystkim, bo wciąż nie znalazła innego sposobu na odwdzięczenie się mamie za to, co dla niej zrobiła.
Tkwiły w bolesnym uścisku, wypłakując swoje żale. Raz w miesiącu robiły to razem, bez skrępowania. Nie rozmawiały o tym, co było, tylko łączyły się we wspólnym cierpieniu. Trudną chwilę uniesienia przerwał telefon dzwoniący w kieszeni Ewy. Eminem i refren jego hitu Stan. Dzwonek ustawiony specjalnie na jedną osobę.
– Pola oddzwania – powiedziała mamie, choć zważywszy na to, że Ewa dzwoniła do niej jakieś cztery godziny temu, słowo „oddzwania” zabrzmiało nad wyraz dynamicznie.
– Biedne dziecko… – westchnęła mama.
Zawsze tak reagowała na Polę, zupełnie jakby krzywda, która spotkała Ewę, znaczyła mniej.
– Muszę odebrać. – Wbiegła po drewnianych schodach na piętro. Zatrzymała się przed drzwiami do swojego pokoju. Rodzicielka szła krok w krok za nią. – Cześć, jestem u mamy – powiedziała, nie dając dzwoniącej szans na rozpoczęcie rozmowy. Zależało jej, żeby Pola od razu się domyśliła, że nici ze swobodnej gadki.
Przez krótki czas żyły ze sobą blisko. Teraz wiele się pozmieniało. Coraz ciężej przychodziło im znalezienie wspólnego języka. Ostatnio ich kontakt ograniczał się do pojedynczych telefonów raz na kilka tygodni. Nie widziały się od dawna.
– Spoko, przecież to ty do mnie dzwoniłaś pierwsza. Wyszła jakaś pilna sprawa? – spytała obojętnym tonem. Jak zwykle mlaskała, żując gumę. W tle słychać było polski hip-hop. Ewie wydawało się, że te dwa elementy są na stałe przyszyte do Poli. Ewentualnie jeszcze złość na cały świat.
– Nie, nic pilnego. – Nawet gdyby było to pilne, kilka godzin później i tak jest już nieaktualne, dopowiedziała w myślach. – Jutro ten dzień. Tak się złożyło, że wypada zarówno u ciebie, jak i u mnie. Chciałam tylko spytać, czy coś się zmieniło i przypadkiem nie wybierasz się na cmentarz. Masz już dwadzieścia lat, chyba najwyższa pora porozmawiać i się pogodzić… Gdybyś chciała, mogłabym jechać z tobą i cię wesprzeć.
Pola nie obchodziła miesięcznic, drugich piątków, rocznic ani żadnych innych obrzędów związanych z upamiętnianiem dawnych wydarzeń. Przypadek sprawił, że w tym roku rocznica jej tragedii wypadała akurat jutro. Ewa poczuła się zobowiązana do niej zadzwonić. Taka już była.
W przeciwieństwie do Poli razem z mamą miały swój niezmienny rytuał. Trwał od prawie dwudziestu lat. Jutro w południe przyjedzie na wieś, pojadą po wielki wieniec, kupią pluszowego misia pandę i udadzą się na cmentarz. Tam wyczyszczą grób i przez kolejną godzinę będą wpatrywały się w niego, rozmyślając nad sprawami, których i tak nie mogły już zmienić. Następnie wrócą do domu, a po drodze mama będzie się torturować lustrowaniem wnętrza Eclipse’a.
– Noo, już się rozpędzam! – krzyknęła Pola, po czym zamilkła. Zamiast jej głosu Ewa usłyszała niezrozumiały refren piosenki i lekki huk przebijanego balona z gumy do żucia. – Nawet kupię jej bukiet róż na przeprosiny. A nie, czekaj. To nie będzie na przeprosiny, tylko w podziękowaniu za trudy samotnego wychowywania mnie. Może dołączę też pudełko czekoladek. Wiesz, jak suka lubi się obżerać? Teraz schudła, ale chyba nadal nic jej tak nie cieszy jak nadprogramowe żarcie.
Mama Poli, w odróżnieniu od rodzicielki Ewy, sterowała nią na każdym kroku. W podstawówce i liceum kazała nosić idiotyczne ubrania i fryzury. Zmuszała do nauki, zapisywała na niezliczoną ilość korepetycji i nieustannie kontrolowała. Ubzdurała sobie, że Pola, jak jej ojciec, zostanie lekarzem. Nie mogła chyba wymyślić dla niej gorszej roli. Pola nie była głupia, co to, to nie. Po maturze zdała egzaminy na studia medyczne, ale następnie celowo zrezygnowała z podjęcia nauki. Spędziła mnóstwo czasu, kując jak wściekła tylko po to, żeby zranić mamę, wyprowadzić się od niej i zacząć żyć po swojemu.
– Dlatego do mnie dzwoniłaś? – Głos Poli wręcz emanował nadzieją na twierdzącą odpowiedź.
– W sumie tak… – Ewa nie zamierzała jej zawieść. – Daj znać, jak będziesz mieć wolną chwilę. Może wyskoczymy na piwo i pogadamy? Dawno się nie widziałyśmy. – Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie spróbowała namówić Poli na spotkanie.
Swego czasu jej obecność naprawdę Ewie pomagała. Myślała nawet, że wreszcie znalazła pierwszą prawdziwą przyjaciółkę. Życie szybko zweryfikowało te złudzenia. Czuła, że demony przeszłości już zawsze będą krążyć nad jej głową i nigdy nie zazna spokoju. Dzięki Bogu miała swoje siedemdziesiąt pięć kilo szczęścia w postaci Iwa. Faceci zawsze ją uspokajali, bez nich mogłaby sobie palnąć w łeb.
Głupia! Po tym, co się stało, powinno ci być wstyd nawet tak myśleć! – natychmiast się skarciła.
– W tej chwili jestem solidnie zarobiona. – Odpowiedź koleżanki przywróciła ją do rzeczywistości. Pola wiecznie była zarobiona. – Napiszę ci eskę, jak się coś zmieni. Muszę kończyć. Cześć. – Rozłączyła się, nie dając Ewie odpowiedzieć.
Schowała telefon do spodni. Mama cały czas przysłuchiwała się ich rozmowie. Stała bardzo blisko. Ewa niemal czuła jej oddech na plecach.
– Popsuł ci się kontakt z Polą? – Doskonale wiedziała, co je łączyło.
– Trudno popsuć coś, czego nie ma – powiedziała chamskim tonem, wyżywając się na mamie za zachowanie Poli, i weszła do swojego pokoju. To był odruch bezwarunkowy po znalezieniu się na piętrze. Zawsze ciągnęło ją do siebie.
Cały dom błyszczał czystością, ale w tym jednym pokoju było brudno. Żaluzje zasłonięte, łóżko rozłożone, tak jak zostawiła je Ewa, gdy pomieszkiwała tu po rozstaniu z Pawłem, kurze niepościerane, aż drażniły nos. W ciągu tych wszystkich lat tylko jej pokój zmieniał wystrój. Dziecięce zabawki zastępowały rzeczy dojrzewającej kobiety. Ewa sama go sobie urządziła. Robiła wszystko, żeby nie wyglądał jak kiedyś. Nawet zerwała tapetę i pomalowała ściany na seledynowo. Jednak do największej zmiany doszło dwadzieścia lat temu. Wtedy pokój stracił swoją duszę i żaden remont nie był w stanie mu jej przywrócić.
– Przykro mi to słyszeć, córeczko. – Mama szła za nią jak cień. – Kiedy pierwszy raz ją tu przyprowadziłaś, myślałam, że zostaniecie przyjaciółkami do końca. Wiesz, takimi, których nie rozdzielają zmiany związane z upływem czasu. Zwłaszcza że Pola tak desperacko potrzebowała przyjaźni. – Westchnęła. – Cóż, widocznie postanowiła radzić sobie z bólem inaczej. Musisz to uszanować.
– A myślisz, że nie szanuję? Żal mi jej, ale nie zamierzam robić za Matkę Teresę. Wolę się skupić na sobie.
Otworzyła okno. W pokoju panował straszny zaduch. Pachniało stęchlizną, czuć było wilgoć. Na dobrą sprawę mogłoby tu śmierdzieć nawet zepsutą zupą ogórkową albo zdechłą rybą, a i tak w pierwszej kolejności jej nos wychwyciłby jeden odór. Pojawiał się zawsze po przekroczeniu progu i nie było go w stanie zniszczyć żadne wietrzenie, zapuszczenie wnętrza brudem, zmiana mebli ani przemalowanie. Odór śmierci przywarł do tych murów na stałe i tylko one dwie go czuły.
– To powiesz mi wreszcie, jaką ważną decyzję podjęłaś? – spytała, podchodząc do szafy.
Mama stanęła obok niej. Ewa dotknęła prawych drzwi przesuwnych i chwilę się wahała. Wiedziała, co zobaczy po ich otwarciu. Nie zaglądała tam ponad rok, choć kiedyś rozwikłanie tego, co było w środku, uważała za swoją obsesję. Zaczęła jeszcze w liceum. Potem poszła na studia, pojawił się Paweł, praca, inni faceci. Słowem: życie. Najintensywniej zmagała się z tym, co za drzwiami, zaraz po poznaniu Poli. Próbowały przez pół roku, po czym dały sobie spokój. Zapał mijał, Pola była jeszcze krnąbrną nastolatką, matka kazała jej się uczyć i wracać wcześnie do domu. Ewa dostała dotację, poznała Iwa, zbudowała sobie azyl chroniący jej myśli przed obsesją. Ta nigdy nie zniknęła, ale w obecnych czasach nie dominowała.
– To musi zniknąć. – Matka wskazała drżącym palcem szafę. Przekazanie niewygodnych nowin nie przychodziło łatwo. – Najlepiej jeszcze dzisiaj. Wynajęłam górę. Pojutrze wprowadzają się lokatorzy.
Słysząc to, Ewa zamarła z dłonią przyklejoną do drzwi.
– Chcesz, żeby ktoś obcy tu zamieszkał? – Spojrzała na mamę. Ta wpatrywała się w szafę mętnym wzrokiem, którego blask został zgaszony przed laty. – Chcesz zrobić hotel z tego pokoju? Z domu taty? Zwariowałaś?
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. W przeszłości mama miewała różne genialne pomysły. Zwykle na poziomie Ferdynanda Kiepskiego, bo jak inaczej nazwać uprawę truskawek pod handel, sprzedaż własnych pomidorów do supermarketów lub otwarcie hurtowni jajek, kiedy ma się raptem dwadzieścia metrów pola i hoduje trzy kury? Ewa traktowała jej wizje z przymrużeniem oka, były niegroźne, pozwalały wypełnić pustkę, ale to, co usłyszała teraz, przechodziło ludzkie pojęcie!
– Od lat powtarzasz mi, że powinnam zająć się jakąś pracą, więc się zajmuję – odparła z dumą mama. Spojrzała z ukosa na córkę i wsadziła do ust Michałka. – Mój dom jest za drogi w utrzymaniu, żeby nic nie robić. To twoje słowa – dokończyła triumfalnie, gryząc cukierka.
W tym jednym się zgadzały. Dom był zdecydowanie za duży i za drogi na jej potrzeby oraz budżet. Dwa obszerne poziomy o powierzchni ponad siedemdziesięciu metrów. Na górze sypialnia, pokój Ewy i łazienka. Na dole salon, pralnia, mniejsza łazienka i dodatkowe pomieszczenie, które było gabinetem taty. Dochodziła jeszcze piwnica.
– Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli.
Wiele razy Ewa namawiała ją do sprzedaży domu i kupna kawalerki w mieście. Mama zyskałaby spory zastrzyk gotówki, wygodne lokum, oprócz tego znalazłaby się w pobliżu ludzi, z którymi mogłaby nawiązać kontakt i którzy nie patrzyliby na nią przez pryzmat wydarzeń sprzed lat. Tu, we wsi, wszyscy starzy mieszkańcy znali ich historię, a przynajmniej tę ogólnodostępną część.
– Wiem, córeczko, ale to mój dom i choćbyś nie wiem jak się upierała, ja decyduję. Może za rzadko mnie widujesz i nie wiesz, ale kupiłam komputer, nauczyłam się nim posługiwać i wystawiłam ogłoszenie, wczoraj zgłosiło się dwóch przemiłych panów.
Mama i dwóch panów?! Przez głowę Ewy przeleciało tornado negatywnych myśli.
– Postawili warunek. Mam wysprzątać pokój na błysk, dostawić drugie łóżko i pozbyć się twoich rzeczy. Łóżko już zamówiłam, przywiozą je jutro. Sprzątaniem zajmę się dzisiaj. Ci panowie są w porządku, zostali zatrudnieni w centrum logistycznym, które niedawno powstało obok nas. Mają stąd blisko do pracy, a cena też im odpowiada – tłumaczyła zalety wynajmu prawie jak zawodowy agent nieruchomości.
Ewie aż zakręciło się w głowie od nadmiaru wrażeń. Oddychała głęboko, próbując się uspokoić.
– Płacą porządne pieniądze, a mnie nie będą wadzić. Planuję wynająć jeszcze sypialnię i przenieść się do gabinetu taty.
Tego było już za wiele. Ewa nie wytrzymała nerwowo.
– Sprzedając dom, być może raz na zawsze pozbyłabyś się wspomnień i zaakceptowała własny wybór!
– Córciu, ja go dawno zaak… – zaczęła, ale nie skończyła. Pełna odpowiedź niebezpiecznie zbliżyłaby się do niewłaściwej rozmowy.
W zamian Ewa puściła mamie długą pogadankę o trudach wynajmu i niewygodzie mieszkania z obcymi mężczyznami. Mama słuchała ze znudzoną miną, jakby chciała mieć bezproduktywny wykład jak najszybciej za sobą.
– Nie sprzedam domu. Wałkowałyśmy to setki razy – zaczęła starą śpiewkę, gdy tylko Ewa przerwała, żeby wziąć głębszy oddech. – Człowiek, który przez większość życia mieszkał na wsi, nie przeprowadzi się na stare lata do miasta. Dopóki żyję, nigdy się stąd nie wyniosę. Nigdy! – krzyknęła, co rzadko jej się zdarzało. – Piętro jest dla mnie zbędne, więc jeśli skończyłaś przemawiać, spakuj, proszę, swoje rzeczy. Możesz je znieść do piwnicy, ale to… – Wskazała na szafę, znów zadrżały jej palce. – To musi zniknąć.
– Co niby mam z tym zrobić?
– Wyrzucić… – Wzruszyła ramionami. – Przecież i tak już z tego nie korzystasz. Zrób zdjęcie na pamiątkę i spal w ogródku. – Ruszyła do drzwi.
– Mamo… – Ewa już miała dać jej odejść i zostać sama w miejscu, w którym rozegrał się jej największy koszmar, ale nie mogła się powstrzymać. – Ile będą płacić?
– Tysiąc dwieście. Podzielimy się na pół – wyjaśniła, po czym podeszła z powrotem do córki, objęła ją czule i przycisnęła do piersi. – Jesteśmy drużyną, przecież wiesz.
Ewa przez chwilę dała jej się przytulać, po czym zwinnym ruchem wyswobodziła się z jej objęć i otworzyła szafę. Za drzwiami nie było półek, regałów ani wieszaków na ubrania. Wewnętrzną ścianę w całości wypełniała prostokątna tablica przybita gwoździami do drewna. Na niej znajdowały się amatorskie zdjęcia, wycinki prasowe, notatki, wydrukowane mapy i przemyślenia nabazgrane na karteczkach samoprzylepnych, które mimo upływu lat nie odkleiły się od paździerzowej powierzchni. Tablica skrywała jej obsesję…
Za młodu siedziała przed nią całymi dniami, analizując, główkując, szukając rozwiązań. Między innymi dzięki pracy przy tablicy odnalazła Polę. Liczyła, że robota w policji pomoże jej w rozwiązaniu zagadki, ale nigdy się nie przekona, czy miała rację. Kiedyś pamiętała każdy szczegół swojego śledztwa. Czas zamazał znaczną część wspomnień. Ewa trzymała tablicę z nadzieją, że któregoś dnia dojdzie do przełomu i wtedy znów do niej powróci.
– Naprawdę chcesz się jej pozbyć? – spytała mamy.
– Tak, zdecydowanie chcę się tego pozbyć – odparła beznamiętnie. – Podobnie jak chcę wynająć nieużywane pokoje.
– Jeśli ją zdejmę, być może nigdy nie uda nam się znaleźć…
Nie dokończyła. Zostawiła tablicę i podeszła do szafki nocnej przy łóżku. Tym razem mama nie poszła za nią. Wiedziała, co Ewa zrobi, i nie chciała patrzeć na to samo bolesne wspomnienie.
– Bądź realistką, córeczko. Nadzieja to jedno, a fakty coś zupełnie innego. Mówisz o czymś abstrakcyjnym. – Z głosu mamy zalatywało rezygnacją. – Przez tyle lat się nie udało, a wtedy pracowałaś zawzięcie jak prawdziwy detektyw. Napędzały cię wściekłość, żal i nienawiść. Teraz one zelżały, nic z tym nie robisz, więc nie możesz oczekiwać efektów. A jeśli chcesz dalej nad tym pracować, rób to gdzie indziej. Możesz ją zabrać do siebie.
– Pewnie, jest wyższa ode mnie. Już widzę, jak mieści się w aucie. – Wzięła do ręki ramkę ze zdjęciem. Rękawem przetarła kurz. Wyjęła fotografię, zgięła na pół i schowała do spodni. – Biorę je ze sobą.
– Skoro musisz… – Mama szarpnęła za dolną część tablicy, próbując oderwać paździerz od drewna. – Wolałabym, żebyś zostawiła zdjęcie w domu. Lepiej się czuję, kiedy je mam. To moje ulubione. Nie rozumiesz, ile dla mnie znaczy.
Ewa nie była pewna, co przelało czarę goryczy. Bezczelna próba przywłaszczenia sobie jej własności czy to, że mówiąc, mama oderwała dolną część tablicy. Jedno i drugie zabolało tak bardzo, jakby została zdzielona batem w gołe plecy.
– Nie rozumiem? Pewnie, że nie rozumiem! – ryknęła ile sił, podbiegając pod szafę. Mama odskoczyła od tablicy i upadła na podłogę. – Nie mogę zrozumieć, bo przecież ty cierpisz bardziej ode mnie, prawda? Tylko ty zmagasz się z prawdziwym problemem i tylko ty możesz być załamana. Wybacz, mamusiu, ale to tak nie działa! Byłam tam, przeżyłam to samo, a może nawet więcej! – Wściekła chwyciła brzeg tablicy. Pociągnęła z całej siły. Bez problemu oderwała paździerz od drewna. – Przez lata patrzyłam, jak się zadręczasz, jak się głowisz, czy postąpiłaś właściwie, i próbujesz znaleźć odpowiedź na pytanie, co naprawdę cię do tego zmotywowało! Było mi ciebie żal, byłam nawet wdzięczna, ale wiesz co…?
Mama podniosła się z podłogi i cofnęła o krok w kierunku drzwi.
– Dopiero teraz dotarło do mnie, że katowałam się zupełnie niepotrzebnie. Przecież gdybyś postąpiła inaczej, gdybyś podjęła inną decyzję, też byś się zadręczała. Dokładnie w taki sam sposób. Dlatego dałaś mi wolną rękę w życiu, prawda? Żeby każdą moją porażkę zwalić na mnie, a siebie niczym już nie obarczać! – Złośliwie zaśmiała się w głos. Nigdy nie podejrzewała, że może być dla mamy tak ostra, a rozszyfrowanie jej postępowania takie proste.
– Ewciu, to nie tak…
– Wyjdź! – Wskazała palcem drzwi. – Wyjdź i daj mi się spakować! Muszę opuścić dom, w którym od jutra nie będzie dla mnie miejsca.
– Wybacz, pani businesswoman, ale niektórzy nie mają nastroju na kupowanie pluszowych misiów i bujanie się z nimi po cmentarzach! – krzyknęła bezradnie do telefonu, choć połączenie już dobiegło końca. – My, zwykli ludzie, musimy próbować przetrwać i się przy tym nie zeszmacić. – Wypluła gumę, wetknęła do ust papierosa. Od pewnego czasu coraz chętniej zastępowała balonówki szlugami.
Podkręciła muzykę. Użyła srebrnej Zippo, która należała do taty. Pierwszy mach i wnętrze samochodu momentalnie wypełniło się dymem. Zmieszał się on z ostrym, lecz przyjemnym zapachem mocno wysłużonej skóry. Drewno, choć miało trzydzieści pięć lat, pachniało jak nowe. Mieszanka tytoniu, skóry i drewna w Mercedesie W123, zwanym potocznie beczką, pozwalała poczuć namiastkę odebranego luksusu. Na tym kończyła się przyjaźń Poli i samochodu. Kosztował ją majątek. Trzydzieści tysięcy, czyli znaczną część spuścizny po tacie. Technicznie był w nienagannym stanie. Właściciel zapewniał, że to bezwypadkowy model, i przedstawił książki serwisowe potwierdzające autentyczność stupięćdziesięciotysięcznego przebiegu. Przy jej stylu jazdy pochłaniał benzynę szybciej niż Smerf Łasuch torty, ale to też dało się przeżyć. Biały lakier położono niedługo przed zakupem, koła zdobiły oryginalne srebrne felgi, mesiu prezentował się naprawdę nieźle, ale najgorsza była świadomość, że jest tylko substytutem tego, co jej skradziono. Na samą myśl musiała mocniej pociągnąć fajkę.
– Cholera! – Od razu się zakrztusiła. Paliła od pół roku. Fajki bardzo jej się podobały, ale czasem potrafiły przydusić. – Czego ja po niej oczekiwałam? – spytała samą siebie.
Doskonale wiedziała, dlaczego Ewa próbowała się z nią rano skontaktować. Oddzwoniła do niej tylko dlatego, że od czterdziestu minut siedziała w samochodzie pod wejściem do szpitala imienia doktora Władysława Biegańskiego, na parkingu dla lekarzy, zbierając się w sobie, żeby wejść do środka. Liczyła na pomoc, ale Ewa już na dzień dobry próbowała mówić jej, co ma robić, i w ten sposób zepsuła nastrój. Po jej radach Pola nie miała ochoty się zwierzać. Została sama ze swoim problemem i musiała mu sprostać.
– Weź się w garść, jakoś to będzie – powiedziała, gasząc szluga w samochodowej popielniczce. – Najwyżej go uprosisz. Przecież nie byłby to pierwszy raz, kiedy przed nim skamlesz. – Przejrzała się w przednim aparacie telefonu.
Metamorfoza, jaką przeszła po skończeniu liceum, wstrząsnęła pozostałościami po jej rodzinie. Dziadkowie twierdzili, że opętał ją diabeł, matka ją zwyzywała, choć akurat matkę Pola miała w dupie, a kuzyn patrzył na nią jak na okaz chronionego zwierzęcia, jednocześnie śliniąc się na widok jej tyłka. Jedynie brat taty traktował decyzje Poli z szacunkiem i chłodnym dystansem. Niby akceptował nowe wcielenie, ale i tak, gdy na nią patrzył, nie potrafił pozbyć się rozczarowania w oczach. Zaraz znów miał tak na nią spojrzeć.
Wysiadła z auta, nie przejmując się, że stoi na miejscu dla lekarzy. Już dawno dostała od wujka przepustkę. W odbiciu szyby sprawdziła, jak się prezentuje. Czarne dżinsy niemal przyklejone do skóry, czarne buty z ćwiekami, czarna koszulka z mrocznym wzorem, dżinsowa kurtka z przykrótkimi rękawami, czarna smycz w srebrne ćwieki i długie, rozpuszczone blond włosy. Wyglądam znacznie lepiej niż moja bryczka – stwierdziła w myślach i weszła do szpitala.
Czekała ją pilna i niewdzięczna sprawa. Liczyła, że idąc do wujka akurat dzień przed rocznicą, zdoła klepnąć temat bez dodatkowych komplikacji. Bo wcześniej zawsze były małe problemy. Spokojnym krokiem pokonała wejście, ukłoniła się portierowi, który świetnie ją kojarzył, weszła do windy i wjechała na drugie piętro. Porodówka wizualnie nie różniła się zbytnio od innych oddziałów szpitala. Zielone ściany, żółte podłogi, ciężki zapach leków, środków dezynfekujących i paskudnego żarcia. Miała wrażenie, że chodząc po tych korytarzach, człowiek od razu myśli o śmierci. Zapukała do drzwi gabinetu lekarskiego, który znajdował się obok zamkniętego przejścia na oddział, i nie czekając na zaproszenie, otworzyła drzwi.
Wujek stał przy otwartym oknie, kopcąc papierosa. Choć w szpitalu obowiązywał zakaz, lekarze nic sobie z niego nie robili. Pola nie mogła się im dziwić. Kilka godzin grzebania w cipach, słuchania jęków i wyzwisk rodzących kobiet plus ewentualne krojenie podczas cesarki dawały prawo do spokojnego zaciągnięcia się szlugiem.
– Witaj, Pola, jak zwykle świetnie wyglądasz. – Wujek wyrzucił niedopałek za okno i pokazał palcem, żeby zamknęła drzwi.
Akurat – pomyślała. Facet starej daty nie mógł uważać, że jej obecny wygląd jest świetny. Kiedyś, gdy jeszcze chodziła do liceum, prędzej. Była z pozoru grzeczną dziewczynką bez przerwy wkuwającą biologię i chemię na wyraźne życzenie matki. Wygląd również utrzymywała na poziomie wyznaczonym przez tę sukę. Kasztanowe włosy, prawie zawsze splecione w idealnie równe warkoczyki, leciutki makijaż podkreślający oczy i pogodny wyraz twarzy. Rosła na sałatkach, łososiach, płatkach owsianych, a na lekcjach tenisa rzeźbiła nienaturalnie szczupłą sylwetkę. Zawsze nosiła długie spódnice, koszule z kołnierzykiem i marynarki. Zdaniem suki taki wygląd sprawiał, że ludzie postrzegali ją jako porządną. Stara idiotka miała fioła na punkcie prowadzenia Poli przez życie, wyznaczania jej celów i drogi do ich realizacji. Kontrolowała wszystko. Do końca liceum Pola się nie sprzeciwiała. Matka potrafiła ją zdominować i przytłoczyć. Poza tym do osiągnięcia pełnoletności przez córkę zarządzała rentą po jej ojcu. Była ostra, nigdy nie okazywała uczuć. Pola czasem się jej bała.
– Bo ci uwierzę. – Zamknęła drzwi, podeszła do wujka i jak zawsze dała mu buziaka w policzek. – Oboje wiemy, że jesteś niereformowalny. W twoim mniemaniu wyglądam jak kryminalistka, tylko nigdy nie będziesz na tyle szczery albo bezczelny, żeby mi o tym powiedzieć.
Zerwała się ze smyczy dopiero po uzyskaniu dostępu do swojej części renty, którą wcześniej odkładała dla niej matka, i po zdaniu egzaminów na medycynę. Nigdy nie chciała być lekarzem. Do tamtej feralnej nocy matka nawet na to nie naciskała. Zresztą trudno było naciskać na dziesięciolatkę. Dopiero potem zafundowała córce naukowy maraton. Lata wkuwania, korepetycji, wymyślnych testów. Pola zapychała sobie głowę mnóstwem niepotrzebnych faktów. Wszystko po to, żeby najpierw sprawić matce przyjemność, pozwolić jej poczuć namiastkę szczęścia, dać się nacieszyć tym szczęściem, a po chwili, w najmniej spodziewanym momencie, wbić nóż w serce.
Pola od samego początku zdawała sobie sprawę, że medycyna nie jest dla niej. Kolejne sześć lat kucia na studiach, potem praca non stop i następne wkuwanie, żeby cały czas być na bieżąco z nowościami. Po co? Dla forsy, której nie będzie miała czasu wydawać, aż się zestarzeje, i dla zaspokojenia chorych ambicji matki, która koniecznie chciała mieć córeczkę lekarkę? W dodatku nie tę córeczkę…
– Nie przesadzaj. – Wujek się uśmiechnął. Był przystojnym, wysokim mężczyzną z ostrymi rysami twarzy i gęstymi siwymi włosami. – Prezentujesz się całkiem ładnie na ten swój bandycki sposób. Pewnie wszyscy częstochowscy recydywiści próbują cię poderwać – rzucił kiepskim żartem.
Po śmierci taty wujek opiekował się nimi, jak tylko potrafił. Bezzwrotnie pożyczał pieniądze, regularnie odwiedzał. Gdy dostała się na medycynę, obiecał jej pomóc wystartować w niezależność i uwolnić się od apodyktycznej matki. Nie miał pojęcia, że Pola ma inne plany. Pozbawiona nadzoru wreszcie mogła pokazać, jaka jest naprawdę. Rozpuściła włosy i przefarbowała je na rażący w oczy blond, wyrzuciła wszystkie stare ciuchy, żeby zastąpić je nowymi. Obie ręce w całości pokryła kolorowymi tatuażami. Rękawy napawały ją dumą. Kolczyk w wardze, kolczyk w nosie i ciemny makijaż ostatecznie zamazały obraz dawnej grzecznej Polci. Teraz była sobą i choćby dla tego zajebistego uczucia warto było od czasu do czasu upokorzyć się przed wujkiem.
– Świetny dowcip. – Nawet nie wysiliła się na śmiech. – Powinieneś się zająć stand-upem, podobno jest teraz na topie – dodała. – Ale jak wiesz, nie przerywam ci pracy, żeby usłyszeć kilka dowcipów.
Wujek był konkretnym człowiekiem. Nie lubił bicia piany, ale wspólne przekomarzanie na dzień dobry było ich rytuałem od czasów dzieciństwa.
– Pomijamy fakt, że spóźniłaś się prawię o godzinę. – Wskazał palcem na zegarek. – Za kwadrans robię cesarkę. – Momentalnie spoważniał. Lekarz z prawdziwego powołania. W jednej chwili mógł żartować lub załatwiać problemy rodzinne, a w drugiej rozkrajać brzuch i krocze rodzącej kobiety. – Też mam do ciebie pilną sprawę, a niestety wredny dzieciak nie chce sam wyjść na świat i działania położnych nie wystarczą. Musisz zacząć szanować czas innych.
Kolejna osoba, która chciała ją pouczać.
– Jaką sprawę? – spytała, choć minuty mijały i powinna zacząć od swojej prośby.
Znała wujka wystarczająco długo, żeby mieć świadomość, że jak go zawołają, przerwie rozmowę, choćby była nie wiadomo jak pilna.
– Mów pierwsza. To ty do mnie zadzwoniłaś.
W planach było przedstawienie wspaniałych wizji, udowodnienie, że jej potrzeby są jak najbardziej właściwe i służą jej rozwojowi, a obecne kłopoty są jedynie przejściowe. Brak czasu sprawił, że musiała się streszczać.
– Chcę cię prosić o niewielką pożyczkę – strzeliła słowami szybko i niewyraźnie, jakby w ten sposób zmniejszała ich wagę do mało znaczącej błahostki. – Ostatni raz, wujku. Obiecuję.
Wujek z dezaprobatą pokręcił głową.
– O ile mnie pamięć nie myli, poprzednie dwie też były ostatnimi.
Niestety miał świetną pamięć.
To, że po skończeniu ogólniaka i odejściu z domu Pola wciąż trzymała się na powierzchni, w największej mierze zawdzięczała wujkowi. Jej tata też był ginekologiem. Oprócz pracy w dwóch różnych szpitalach bracia prowadzili wspólnie prywatną praktykę. W tamtych czasach zasuwali po osiemnaście godzin na dobę. Robili zawrotne kariery, choć rzadko bywali w domach. Za to profity spływały szerokim strumieniem, a perspektywy na wejście w nowe tysiąclecie były znakomite. Obu układało się świetnie – aż do ponurego jesiennego dnia, kiedy serce taty nie wytrzymało. Palił jak smok, pochłaniał olbrzymie ilości kawy, żywił się głównie hamburgerami z McDonalda i innym szybkim syfem. Pomagał ludziom, zapominając o sobie. Strasznie tył, osłabiając w ten sposób serce. Umarł na zawał w trakcie ciężkiego dyżuru. Jego śmierć odbiła się szerokim echem w lokalnych kręgach medycznych.
– Wiem, wujku, że tamte miały być ostatnimi, ale sam rozumiesz, jak to jest… W wakacje trudno było dobrze zarobić. – Spojrzała mu w oczy z poważną miną. Chciała brzmieć wiarygodnie. – We wrześniu powinno się rozbujać. Przecież ciągle dorabiam na drugim etacie, żeby nie musieć od ciebie pożyczać.
Pola, przez całe dzieciństwo katowana tenisem, jeszcze w klasie maturalnej zaczęła potajemnie uczęszczać na zajęcia pole dance. Artystyczny taniec na rurze i zmuszanie ciała do trudnych ewolucji wkręciły ją do tego stopnia, że sama postanowiła spróbować uczyć innych. Szybko zdała egzaminy na instruktorkę. Stała za barem w kilku knajpach, dorabiała jako pomponiara na meczach żużlowych, ale szybko wyleciała. Przez moment była tak zdesperowana, że zastanawiała się, czy nie zatrudnić się w klubie ze striptizem. Ostatecznie postawiła na kurs instruktorki pole dance i z całą pewnością zarabiała mniej niż striptizerki.
O pomoc w realizacji swojego celu zwróciła się do wujka. Nie miała oporów, żeby ciągnąć z jego kieszeni. Szarpało ją na widok wypasionej chaty, w której mieszkał, czerwonego ścigacza, którym jeździł całe lato, rodzinnego Lexusa i wiecznie uśmiechniętej żonci, która poza spotkaniami z koleżankami i dowożeniem mu jedzenia do pracy nie robiła kompletnie nic. Gdyby serce ojca wytrzymało albo gdyby jej matka też przywoziła tacie dobre jedzenie, teraz Pola żyłaby takim samym życiem jak dwudziestoletni syn wujka. Dzieciak bawił się na studiach stomatologicznych w Łodzi i nie martwił o przyszłość. Jak już zostanie stomatołem, tata otworzy mu prywatną klinikę w mieście. Pola uważała, że część wujkowej forsy po prostu jej się należy.
– Nie umiesz kalkulować – padło pouczenie, zwiastujące następne. – Mogłaś podnieść ceny, zwiększyć zasięg reklamy, zacząć inwestować, zamiast wydawać pieniądze na kolejne tatuaże – stwierdził, niemal czytając w jej myślach.
Pola ciągle była pod kreską, bo umawiała się na lekcje tylko w tych godzinach, które jej odpowiadały, i niewłaściwie wydawała pieniądze. Już nawet była zapisana na kolejną dziarową sesję. W planach miała wypełnienie całego uda, a to sporo kosztuje.
– Bez przesady, wujku, nie jest aż tak źle. Ludzie już dzwonią i umawiają się na następne tygodnie – próbowała wytłumaczyć, że kłopoty są chwilowe i wkrótce zastój się skończy. – Poinformowałam ich, że od jesieni podnoszę ceny. W mieście poza mną są tylko dwie instruktorki, obie płacą za wynajem lokalu, więc automatycznie muszą walić większe marże. – Pola dostała lokal należący do wujka. Mógł go wynajmować jakiejś firmie i na nim zarabiać, ale wolał udostępnić swojej chrześnicy za symboliczną złotówkę. – W przyszłym roku o tej porze będę funkcjonowała milion razy lepiej, zobaczysz.
– Życzę ci tego z całego serca. – Sięgnął po kolejną fajkę. Pola też wyciągnęła papierosa z kurtki. – Jednak zaczęłaś? – Spojrzał na nią z politowaniem. – Zupełnie jak tata…
Nie skomentowała ociekającej hipokryzją uwagi, tylko spokojnie odpaliła fajkę zapalniczką ojca.
– Mogę na ciebie liczyć? Ten ostatni raz? – Zrobiła słodkie oczka, które chyba już na niego nie działały.
Wujek zaciągnął się szlugiem. Zamilkł, wpatrując się w krajobraz za oknem. Wychodziło na parking. Kontemplował samochody i śmietnik.
– W porządku. – Myślała, że będzie udawał zawahanie, podrażni się z nią, żeby nieco ją przestraszyć i ponownie zmusić do rozsądniejszego zarządzania szmalem. Tymczasem zgodził się dość szybko. Może dlatego, że mu się spieszyło, a sam miał znacznie ważniejszą sprawę? – Jeszcze dzisiaj przeleję ci dziesięć tysięcy. – Przychodząc tu, liczyła na pięć, może siedem. Wujek nigdy nie pytał, ile potrzebuje, nie prosił też o zwrot. – Ale tym razem to będzie naprawdę ostatnia darowizna.
Chciała rzucić mu się na szyję i go wyściskać. Z trudem udało jej się ukryć ekscytację i zachować należytą powagę. Była dorosła, musiała się zachowywać, jak na dorosłą przystało.
– Dziękuję. – Skinęła pokornie głową. – Oddam co do grosza, jak już się odkuję.
– A teraz moja sprawa… – Jeszcze raz pociągnął szluga i wyrzucił resztkę za okno. Pola zrobiła to samo. – Nie jest mi łatwo, Poleczko, ale od początku musiałaś się z tym liczyć. – Złapał ją za ramiona. Nie zrobił tego mocno, lecz czule. – Piotrek oblał poprawki, wywalili go ze studiów. – W oczach wujka Pola dostrzegła żal. – Wraca do Częstochowy, przynajmniej na rok. – Zrobiło jej się niedobrze, przeczuwała, co te słowa oznaczają. – Musisz zwolnić jego mieszkanie. Im szybciej, tym lepiej.
Swego czasu wujek wyłożył kupę szmalu na mieszkanie w wiekowej kamienicy przy ulicy Kościuszki, w ścisłym centrum. Lokum w starym stylu, z wysokimi sufitami, skrzypiącym parkietem i zsypem na śmieci. Było wielkie niczym lotnisko. Sam korytarz spokojnie wystarczyłby kilku dzieciakom do rozegrania meczu na dwie bramki. Pola nie płaciła czynszu ani rachunków i bardzo doceniała tę lokalizację. Uwielbiała siedzieć godzinami na ławce w Alejach, czytać książkę, ukradkiem obserwować przechodniów, słuchać ich głosów i rozmów. To było chyba jedyne miejsce, w którym od czasu do czasu pojawiał się praktycznie każdy mieszkaniec miasta. Jeśli miała gdzieś natrafić na człowieka odpowiedzialnego za złamanie jej życia, to właśnie tam. Podobnie jak Ewa chciała go odnaleźć, ale miała nadzieję zrobić to sama.
– To ja… – Poczuła kłucie w gardle. – Dokąd mam pójść? Przecież nie zostawisz mnie na bruku. – Zdawała sobie sprawę, że mieszkanie finalnie jest przeznaczone dla Piotrka, ale przecież on miał jeszcze cztery lata studiować w Łodzi.
– Możemy zrobić tak. – Wujek puścił jej ramiona. – Do końca września będziesz mieszkać u mamy. Spotkasz się z nią i porozmawiasz. Na pewno cię przyjmie. Pogadałem z dziekanem na Uniwersytecie Medycznym. Znamy się z dawnych czasów – podkreślił. – Jeśli złożysz papiery do końca miesiąca, od października możesz przystąpić do zajęć. Rzuć to nauczanie striptizu, olej dorywczą robotę i wróć na studia. Jeśli to zrobisz, obiecuję ci pomóc. – Odpuściła sobie tłumaczenie, że pole dance to nie striptiz. Wujek był w tym temacie niereformowalny. – Wynajmę i opłacę ci porządne mieszkanie, później pomogę ci znaleźć pracę w Częstochowie lub na Śląsku, dzięki czemu na zawsze staniesz się niezależna.
Jego słowa były jak siarczyste policzki wymierzane w jej zbuntowaną buzię. Przyjmowała je z godnością, choć miała ochotę wyć. Właśnie kończył się piękny sen o własnym biznesie, mieszkaniu w centrum i likwidowaniu wszystkich trosk pieniędzmi wujka. Do matki nie mogła się wprowadzić, choćby nie wiem co. Na studia też nie zamierzała wracać. Dotąd wujek był jej jedyną ostoją, kołem ratunkowym na burzliwym morzu dorosłego życia. Tonęła, a zamiast koła ratunkowego dostała brzytwę.
– Serio? – Omal nie pisnęła z żalu. Świeczki stanęły jej w oczach. Wujek musiał to zauważyć. – Nie chcę zabrzmieć nieelegancko, ale nie zamierzam już nigdy rozmawiać z tą suką!
– Wiem i wcale nie każę ci się z nią godzić. – Przejechał dłonią po jej ręce, skupiając wzrok na nadgarstku pokrytym tatuażem. – Ale w tej sytuacji nie masz wyjścia. Nie jesteś moją córką, choć cię tak traktuję.
Pomijając to, że dobro Piotrka jest nieporównywalnie ważniejsze niż moje – dodała w myślach.
– Chcę ci pomóc, tylko jesteś zbyt młoda i zbyt wściekła na świat, żeby to dostrzec. Zrób, jak mówię, a za kilka lat mi podziękujesz.
Spotkanie z matką było gorsze niż wyprowadzka ze swojego nie swojego mieszkania, gorsze nawet niż spanie na dworcu, na którym Pola spędziła pierwsze dwa dni dorosłości, zanim poszła po rozum do głowy i pogadała z bratem taty.
– Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, wujku. – Zabrzmiała oficjalnie niczym polityk wyrażający wdzięczność za głosy omamionym wyborcom. – Jeszcze dzisiaj się wyprowadzę, klucze zostawię u portiera. Przykro mi, że twój syn nie potrafił utrzymać się na stomatologii, ale nie powetujesz sobie swojej porażki ustawianiem mi życia.
Odwróciła się na pięcie.
– Pola… – Kątem oka dostrzegła, że wyciąga do niej rękę. Nie zareagowała. – Pola – powtórzył.
– Zdaje się, że zaraz będziesz zajęty. – Chwyciła za klamkę. – Jeszcze raz dziękuję za przelew.
– Pola! – Zamykając drzwi, po raz ostatni usłyszała jego desperacki krzyk. Znów nie zaszczyciła go swoją reakcją.
Najpierw zaczęła obijać pięściami kierownicę Mercedesa. Szybko się zreflektowała. Wiekowy sprzęt mógł nie wytrzymać jej ataku agresji, więc trochę się uspokoiła. Ponieważ za pół godziny miała poprowadzić zajęcia, a nic tak nie rozładowywało emocji jak pole dance, pojechała prosto do firmy, czyli piętrowego budynku znajdującego się w kompleksie obiektów usługowych przy ulicy Jadwigi. Piętro jednego lokalu należało do wujka. Tam też znajdowało się jej studio. Ruch, zważywszy na to, że Pola potrafiła bez informowania klientek nie stawić się na lekcji, był całkiem spory. Przyszło osiem dziewczyn. Wyładowała się na nich i ich nieporadności, zgarnęła szmal i odświeżona pojechała pod blok matki. Sama do końca nie wiedziała po co. Chyba przez zaglądające w oczy widmo bezdomności.
Dwie noce bez dachu nad głową zapamiętała jako koszmar. Nie największy w jej życiu, ale aspirujący do listy top 5. Za nic nie wróciłaby na dworzec. Miała jeszcze alternatywę w postaci spania w beczce, ale ile nocy wytrzymałaby w ten sposób? Jedną? Dwie? Może trzy? Myślała też o lokalu, w którym uczyła. Niestety cały teren był otwarty od dziesiątej do dwudziestej. Potem go zamykali. Pola nie miała nawet kluczy do bramy wjazdowej. Ugadanie się z cieciem też nie wchodziło w rachubę. Kiedyś zapomniała zabrać ze sobą torebki i podjechała tam po dwudziestej drugiej. Facet powiedział, że ma odgórny przykaz niewpuszczania nikogo, a jeśli to zrobi, przypłaci błąd utratą pracy. Przy wszechobecnych kamerach nie pomógł nawet jej urok.
Stopa wciskała gaz automatycznie, a ręce same kręciły kierownicą, prowadząc Polę na elegancki parking obok nowoczesnego dziesięciopiętrowego bloku przy ulicy Łódzkiej. Matka esemesowo poinformowała ją o tym, gdzie będzie mieszkać, jeszcze przed przeprowadzką, choć już wtedy ze sobą nie rozmawiały. Jedno Pola musiała jej przyznać – była zaradną i całkowicie ogarniętą życiowo zimną suką. Wiedziała, że sama w dużym domu, pozbawiona wsparcia męża, długo nie pociągnie. Wcześniej utrzymywała dom ze względu na córkę i zapewnienie jej jak najlepszych warunków do nauki. Potem nic jej w nim nie trzymało. Zrobiła to, o czym marzyła dla swojej matki Ewa – sprzedała chatę, kupiła dwupokojowe, wypasione mieszkanie, a resztę forsy zainwestowała. Wykupiła franczyzę od ciuchowej sieciówki i zarządzała dwoma butikami. W mieście i w galerii handlowej. Oprócz tego wymyśliła sobie, że zatrudni kolesia, który codziennie będzie dymał po mieście ze specjalnie przygotowanym sprzętem do robienia kawy. Obecnie tych kolesi pracowało dla niej już czterech, choć Pola nie znała szczegółów. Straciła matkę w chwili, w której zrezygnowała ze studiów. Tak to wyglądało z zewnątrz, w rzeczywistości straciła ją ponad dziesięć lat temu.
Zostawiła samochód na ciasnym parkingu i poszła pod klatkę schodową. Chwilę się zawahała, po czym wybrała numer mieszkania matki.
– Proszę? – W głośniku usłyszała jej zniekształcony głos.
Napięcie było tak duże, że musiała oprzeć dłoń o ścianę, żeby nie upaść. Ostatni raz rozmawiały ze sobą, kiedy Pola zabierała rzeczy ze starego domu. Na odchodne powiedziała matce, że życzy jej, aby dopadł ją rak i żeby umierała tygodniami na szpitalnym łóżku.
– Twoja córka, mogę wejść? – powiedziała na jednym wydechu, zmotywowana wspomnieniem dwóch nocy spędzonych na dworcu.
W odpowiedzi zabrzęczał zamek i Pola weszła do środka.
Matka czekała w otwartych drzwiach mieszkania na pierwszym piętrze. Od ich ostatniego spotkania totalnie się zmieniła. Niestety na korzyść. Jeszcze niedawno miała figurę rosyjskiej matrioszki. Tej największej. Teraz ostro wyszczuplała. Twarz, kiedyś zmęczona i pomarszczona, wydawała się żywa i sprężysta. Pola nie była pewna, ale matka chyba coś sobie wstrzyknęła. Włosy, przefarbowane na jasny kolor, miała spięte w dwa cholerne warkocze. Wyglądała jak zupełnie obca osoba. Widać życie bez córki bardzo jej służyło. Na powitanie zmierzyły się podłym wzrokiem. Matka gestem głowy kazała jej wejść do środka. Mieszkanie przypominało skórę słonia. Szare ściany, szare płytki, szare meble. W sam raz dla osoby takiej jak matka.
– Naprawdę musisz nie mieć dokąd pójść, skoro jesteś tak zdesperowana, żeby posłuchać nakazu Wojtka. – W ten sposób przywitała córkę, gdy znalazły się w salonie połączonym z kuchnią.
Usiadły na fotelach po przeciwnych stronach stolika. Matka nie zaproponowała nic do picia. Sama żłopała jakiś energetyk.
– Już ci doniósł?
Zamiast odpowiedzieć, wzięła komórkę, wybrała numer i powiedziała krótko:
– Jest u mnie.
Nic więcej. Zero uczuć, zero emocji. Nie przepadała za swoim szwagrem. Z dwóch powodów. On żył, jej mąż nie.
– Wojtek puścił ci przelew. – Odłożyła komórkę. – Proszę. – Zatoczyła dłonią po salonie. – Do końca miesiąca kanapa jest twoja, potem wracasz na studia. Jesz tylko w kuchni, sprzątasz po sobie talerze, nie zostawiasz włosów w umywalce ani pod prysznicem. Żadnych gości, żadnej głośnej muzyki, nie wchodzisz do mojej sypialni. Jedzenie kupujesz swoje. Zrozumiano?
– To był głupi pomysł. – Spędziła z matką pięć minut, tyle w zupełności wystarczyło do uświadomienia sobie, że nie mogą razem mieszkać choćby przez dzień. Nawet za cenę obskurnego dworca. – Dzięki za wysiłek, mamo, poradzę sobie. – Poderwała się z fotela. – Nigdy nie pogodziłaś się z tym, że nie udało ci się zrobić ze mnie jej kopii i za to mnie nienawidzisz, prawda?
Matka przeszyła córkę mroźnym wzrokiem. Pola poczuła ciarki na plecach.
– Już dawno się pogodziłam – odparła.
Palnęła kompletną bzdurę. Pola ani myślała w to uwierzyć.
Widząc brak jej reakcji, matka kontynuowała:
– To ty nie możesz się pogodzić z moim wyborem. Świadomość odrzucenia zżera cię jak rak, którego mi życzyłaś. Sęk w tym, że potrafiłam się podnieść. A ty? – Spojrzała na nią z politowaniem. – Jak w końcu też się pogodzisz, będzie ci łatwiej, zobaczysz. I może wreszcie zaczniesz podejmować mądre decyzje – ciągnęła, a najgorsze, że nie było w niej cienia wyrzutów. Naprawdę miała córkę za gorszą od siebie. – Nie zatrzymuję cię. Nie chcesz mieszkać u mnie na moich zasadach? Twój wybór. Droga wolna.
Nogi Poli zadrżały. Ostatni bliscy członkowie rodziny w ciągu kilku godzin położyli ją na łopatki. Tym razem nie była w stanie zatrzymać łez.
– Nie rozumiem, jak ty możesz być taka bezduszna! – wykrzyczała swój ból i uciekła.
Matka nie wysiliła się, żeby za nią pójść.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Córeczki wyd. II
isbn: 978-83-8423-554-6
© Adrian Bednarek i Wydawnictwo Zaczytani 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Zaczytani.
redakcja: Jędrzej Szulga
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Zaczytani należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: wydawnictwo@zaczytani.pl
https://zaczytani.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
