Ciemny, ciemny las - Volpi Jorge - ebook + książka

Ciemny, ciemny las ebook

Volpi Jorge

0,0
29,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dawno temu, nieopodal ciemnego, ciemnego lasu, był sobie ochotniczy oddział starszych wiekiem rezerwistów, którym zlecono bardzo ważne, a przy tym drastyczne zadanie: eksterminację „insektów”. W świetle polityki władz była to rzecz konieczna. Ktoś musiał więc odwalić tę brudną robotę, gdy młodzi chłopcy ginęli na froncie, walcząc za ojczyznę.

Jorge Volpi, jeden z najoryginalniejszych meksykańskich pisarzy, swoją hipnotyzującą rytmiczną prozą opowiada historię, która łączy najmroczniejsze doświadczenia dziejów XX wieku z mrocznym światem baśni braci Grimm, pokazując po raz kolejny, że zło na świecie dzieje się za sprawą nie demonów, ale zwyczajnych ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 88

Data ważności licencji: 12/31/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Oscuro bosque oscuro

Copyright notice for the work Oscuro bosque oscuro © Jorge Volpi, 2009

© for the Polish translation and afterword by Tomasz Pindel

© for the Polish edition by Officyna s.c.

Published by arrangement of Casanovas & Lynch Literary Agency S.L. Spain and Book/Lab Literary Agency, Poland

Wydanie i, Łódź 2025

Redakcja: Wojciech Adamski

Korekta: Łukasz Urbaniak

Projekt okładki: Monika Rawska

Wydawnictwa Officyna s.c.

93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99

www.officyna.com.pl, [email protected]

ISBN 978-83-67948-38-8

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 90/DF-VII/2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

dla Ro

Werbunek

Bardzo dawno temu,

nieopodal ciemnego, ciemnego lasu

żył sobie biedny drwal wraz z żoną i dwójką dzieci,

małym chłopcem i małą dziewczynką,

ledwie mieli co do ust włożyć, ten biednydrwal, jego żona i dwójka dzieci,

nieopodal ciemnego, ciemnego lasu,

bowiem straszliwy głód zapanował nad całą krainą,

toteż biedny drwal nie był w staniezdobyć nawet skibki chleba,

choćby jednej,

nieopodal ciemnego, ciemnego lasu,

i leżąc w łóżku, drwal przeklinał swój los,

ani skibki, rozpaczał, nawet jednej,

co z nami będzie, co? odezwał się do żony,

jak je nakarmimy,

jak nakarmimy nasze dzieci,

skoro my, skoro nawet my,

lamentował biedny drwal, leżąc na łóżku,

na co żona powiedziała słuchaj,

słuchaj, co zrobimy, powiedziała,

wstaniemy bardzo wcześnie rano,raniutko, o czwartej, powiedziała,

i pójdziemy do ciemnego, ciemnego lasu

i damy im bochenek, ostatni bochenek chleba,naszemu synowi i naszej córce, powiedziała,

i powiemy im, że idziemy zbieraćchrust, czy coś w tym rodzaju,

i zostawimy je tam, naszego syna i naszą córkę,

tak się ich pozbędziemy,

zostaną tam,

sami w zupełnej ciemności.

Wszystkie,

powtarza kapitan cichym, prawieniesłyszalnym głosem,

niemal jęcząc,

wszystkie,

ktoś dostrzeże łzę,

co za wstyd, kapitanie, łza,

niemal jęcząc,

wszystkie,

łza na policzku, a potem druga,

co się z panem dzieje, kapitanie, jak to, łza, co zaskandal, łza, a potem druga ciekną po policzkach,

powinien pan nad sobą panować, jakipan daje przykład, niech pan pomyśli,co za przykład i co za wstyd, kapitanie,

wszystkie,

powtarza cichym, niemal niesłyszalnym głosem,

tak,

wszystkie,

niemal jęcząc, to jest niemal jęk.

Luk rozrabia ciasto, słuchając wojennych wiadomości,

fal uderzeniowych wojny,

tam, tuż przy piecu,

Luk zagniata ciasto, dodaje drożdży,a spiker powtarza słowo zwycięstwo,

nieuchronne zwycięstwo,

Luk zaś formuje okrągły, apetyczny bochenek,

wciąż jeszcze można piec apetyczne chleby,

Luk nie myśli o niczym innym, nie myśli,formuje chleb, podczas gdy radiowy głos wpadaw ekscytację i nie mówi już o zwycięstwie, już nie,

teraz mówi o nich, o wrogach,

Luk wyciera szmatą pot z czoła, gorąco z piecadaje się odczuć, a głos rozprawia o insektach,

tak ich nazywa ten głos,

insekty,

Luk formuje apetyczny chleb,

to będzie chrupiący chleb, a głos mówi o insektach,

o pladze insektów,

o groźnej pladze insektów.

Wszystkie,

rozkazał, kilka tygodni wcześniej, w stolicy, inny głos,

ten jedyny głos.

Pięćdziesiąt sześć lat, proszę pana,

pięćdziesiąt sześć lat, trzymam się nieźle, ale to jednakpięćdziesiąt sześć lat, jakbynie patrzeć, proszę pana,

jakże ja, na co ja się przydam, taki stary, coza bezsens, żandarm w moim wieku,

niech pan sobie wyobrazi stolarza,który zostaje żandarmem,

chodzi o rezerwę, rozumiem, dziękuję zawyjaśnienie, no ale i tak w tym wieku,

lecz skoro nie ma innego wyjścia, jeśli to koniecznew ramach służby ojczyźnie, o to mi chodzi,

młodzi biją się na froncie, ja wiem,

giną tam za nas, nie chciałemwyjść na egoistę, proszę pana,

pewnie, że taka ofiara to nic, nic w porównaniuz tym, co młodzi muszą przecierpiećna froncie, ja to rozumiem, proszę pana,

i oczywiście jestem gotów, absolutnie gotów,

jutro się stawię, proszę pana,

gotów wypełnić mój obowiązek, proszę pana,

miałem tylko wątpliwości, czy taki stolarzjak ja, czy ktoś tak wiekowy jak ja.

Z rokokowej fasady zostały tylko ruiny, dym i popioły,

kapitan dmucha w gwizdek, wydaje rozkazy na lewoi prawo, popędza swój oddział i podbiega do okna,

chce dać przykład chłopakom i podbiegado resztek zwęglonego okna,

wyłapuje jakiś skowyt,

ktoś wyje jak ranne szczenię,

ktoś, kto nie zastosował się do godziny policyjnej,

takie są konsekwencje, jeśli się nie słucha żandarmerii,myśli kapitan bardziej z żalem niż oburzeniem,

kiedy wchodzi w dym,

dzielny kapitan daje przykład chłopakomi wkracza w ruiny, gotów wypełnić swą misję,

szczęśliwy, można powiedzieć, że szczęśliwy, bobędzie mógł ją wypełnić, uratować rannego,

tę nieposłuszną osobę, która skamle jakszczeniak, bo, ech, nie posłuchała żandarmerii.

Chłopiec, lat cztery, przekazany do miejskiejprzychodni, zapisuje kapitan w raporcie.

Erno Satrin przechadza się po swojej fabryce,małej fabryce odziedziczonej po ojcu, i wzdycha,

wzdycha, mimo że wszystko działa,

dobrze naoliwione maszyny, wszystkiezespoły idealnie zgrane, rury, zawory,przekładnie pracują pełną parą,

Erno Satrin wzdycha, bo kiedyś jegofabryka, ta mała fabryczka jego ojca,

produkowała strażackie samochodziki,miniaturowe karetki pogotowia i lalki,najpiękniejsze w okolicy, a może i w całym kraju,

lalki o zielonych, błyszczących oczachi z rudymi, naturalnymi włosami,

lalki z plastiku jeszcze piękniejszego niż porcelana,

lalki, za którymi jego córki przepadały i którekażda dziewczynka chciała dostać na urodziny,

natomiast teraz jego fabryka, mała fabryka jegoojca, produkuje tylko dziwne części zamienne,

akcesoria do wozów bojowych, karabinyszturmowe i maszynowe, granatniki,

Erno Satrin przygląda się frenetycznejpracy rozpędzonych maszyn

i wspomina zabawkowe wozy strażackie,

miniaturowe karetki pogotowia

i lalki o zielonych, błyszczących oczach.

Pewnego dnia portowe miastobudzi się całe w plakatach,

dziarski tors w marynarskim mundurze,

wysokie kepi,

spokojna mina na czerwono-czarnym tle,

na pierwszym planie narodowy symbol

i te złowrogie litery, które wzywają,

dziś bardziej niż kiedykolwiek ojczyzna cię potrzebuje,

przyłącz się do mundurowych służb porządkowych.

Młodzi poszli na front, ginąć na froncie,

a w porcie zostali tylko starzy,

w konającym porcie strzeżonym przez starców.

Od lat czekam na taką szansę jak ta, proszę pana,

mamrocze Jon Guridien,

każda sylaba jest jak seria z karabinu,

od lat, proszę pana,

od początku tej chwalebnej wojny

czekałem na okazję, by przysłużyć się ojczyźnie,

każda sylaba jak wystrzał,

ale zawsze pogardzano moim zapałem,powtarzali, że nie jestem w odpowiednim wieku,

przez nich czułem się jak śmieć,

pan wybaczy, że powtórzę, ale jak śmieć,

powiedzieli mi, że nie mogę inaczej służyć ojczyźnie,

że pracownik portowy też przyczyniasię do ojczystej chwały,

takie rozczarowanie, proszę pana, jak śmieć,

każda samogłoska jak eksplozja,

mnie to nie zadowalało,

siedzieć w tym przeklętym porcie, za pozwoleniem,

w tym konającym porcie, podczas gdynasza młodzież walczy na froncie,

podczas gdy nasi młodzi oddajążycie na froncie, ja tutaj,

rozładowujący statki w tym konającym porcie,

jak śmieć,

nawet pan nie wie, jaki jestem wdzięczny,

każda spółgłoska jak pchnięcie bagnetem,

tak bardzo wdzięczny, proszę pana,

obiecuję, że będę najwierniejszy i najodważniejszy,

najodważniejszy i najwierniejszy,

mamrocze Jon Guridien podpisując swój akcesdo mundurowych służb porządkowych.

Insekty mogą ukrywać się wszędzie,

ostrzega plakat.

Nim wstało słońce, nim wstało białe słońce,

matka obudziła dzieci wołając głośno,

wstawajcie, leniuchy, powiedziała,

wstawajcie, bo idziemy do lasu zbierać chrust,będziemy zbierać chrust w ciemnym, ciemnymlesie,

powiedziała wręczając im bochenek chleba,

ostatni bochenek,

i powiedziała im tylko to będziecie mieć dojedzenia, dzieci, tylko to, tak im powiedziała,

dziewczyna wzięła chleb, ostatni chleb,

podzieliła go na połówki i schowała obakawałki do kieszeni, bowiem jej brat,

który w nocy podsłuchał rozmowę rodziców,

swoje kieszenie wypełnił kamykami,

kamykami, które w świetle księżycaświeciły niczym lusterka,

połyskliwe kamyki, które chłopieczamierzał upuszczać

jeden po drugim, jeden po drugim,

kamyki, które w księżycowym świetlewskażą powrotną drogę do domu,

jeden po drugim, jeden po drugim,

kamyki jak lusterka, które uratują rodzeństwoprzed zimną ciemnością ciemnego lasu.

Nie wierzcie niewinnym spojrzeniom insektów.

Nad portem przełamuje się niebo, purpurowyhoryzont nad konającym portem,

niebo przełamuje się, rzucając ostatnie blaski wieczoru

i pracownicy portowi schodzą z nadbrzeża,

starzy roją się na nadbrzeżu jak mrówki i wznosząoczy ku tej purpurze rozpękającej nad ichgłowami

na koniec tego sennego wieczoru,

zanim wrócą do swoich rodzin, dotego, co z ich rodzin zostało,

do żon i córek i bardzo nielicznych dzieci,które kręcą się jeszcze po mieście portowym,

po konającym porcie,

ale kiedy już pracownicy oddalą się z nabrzeża,

kiedy już rozpełzną się niczym mrówki,

wpatrując się wciąż jeszcze w ostatnie blaskizmierzchu, gotowi spotkać się ze swoimirodzinami,

stado AT-51 przecina niebo, to purpurowe niebo,

świst, potem jeszcze jeden i jeszcze,

świst AT-51,

i wtedy na port spada ogień,

spowija budynki i dźwigi, magazyny i kontenery,

syreny szaleją, kamień wybucha

i płoną ciała sprzątaczek, które nie zdążyły dotrzećdo schronów,

pracownicy biegną i kryją się, i modlą, podczas gdynad portem otwiera się niebo,

już nie purpurowe,

już nie horyzont z ostatnimi blaskami zmierzchu,

już nie,

teraz niebo jest czarne, brutalnie czarne,

rozświetlone wyłącznie płomieniami.

Obiecuję, Teso,

podporucznik Drajurian pada na kolana,

musisz mi uwierzyć, moja turkaweczko, jak tylkodostanę pierwszą przepustkę, od razu, daję cisłowo, gołąbko ty moja, wrócę i weźmiemy ślub,

weźmiemy ślub w kościele Świętej Pryscydy,tak jak sobie wymarzyłaś, weźmiemy ślubi urządzimy wesele, turkaweczko,

takie skromne, wiadomo, w tych czasach nie możnaszastać pieniędzmi,

zaprosimy twoich rodziców i moją matkę, takieprawdziwe wesele, jak tylko wrócę, Teso, gołąbkomoja,

no ale teraz muszę ruszać, tak miprzykro, nie jest łatwo być żoną żandarma,turkaweczko, wiem, ale ty rozumiesz,

tu chodzi o moją karierę, o naszą przyszłość,

kiedy wrócę, weźmiemy ślub i wyprawimy wesele,

obiecuję.

Ojczyzna cię potrzebuje,

czytasz na jednym z plakatów i zdajesz sobie sprawę,że nie masz wyboru,

czytelniku: mówią do ciebie.

Rozkazy z góry,

dodaje kapitan,

prawie przepraszająco, prawie szukając rozgrzeszenia,pretekstu,

w jego głosie nie słychać już jęku,

musi się hamować,

wyciera policzki,

rozkazy ze stolicy,

powtarza i już nie dygocze, nie mamrocze, tak jakwcześniej, co pamiętają jego podwładni,

znów stanowczy i opanowany, odzyskał autorytet,surowy i twardy,

rozkazy z góry, dodaje, rozkazy.

Dzięki połyskliwym kamykom,

jeden po drugim, jeden po drugim,

kamykom jak lusterka,

jeden po drugim, jeden po drugim,

rodzeństwo zdołało wydostać się z ciemnego,ciemnego lasu i wróciło do domu, oboje cali i zdrowi,

gdy wrócili, zobaczyła ich matka i wpadła w złość,

powiedziała im lenie, gdzieście się podziewali,tak powiedziała,

i kazała im kłaść się do łóżek bez kolacji, żadnejkolacji, wy lenie,

jutro idziemy po więcej chrustu,

jutro, bardzo wcześnie, do ciemnego, ciemnego lasu.

Pomóż w wytępieniu robactwa,

przyłącz się do mundurowych służb porządkowych.

Luk marzy o tym, by móc stać przy swoim piecu,

w przyjemnym cieple pieca,

i ciągle zagniata ciasto, dodaje drożdży i formujeapetyczne bochenki,

wciąż jeszcze może formować apetyczne chleby,

Luk marzy o tym, żeby tu zostać i o niczym nie myśleć,

ale do jego sklepu klienci prawie już nie zaglądają,

jak się pani miewa, pani Hurx, co słychać, panie Gonel,

jeden, dwóch klientów dziennie, jeden, dwóch,a kiedyś przed drzwiami ustawiały się kolejki,

kolejki, które nawet zimą zakręcały za róg i wiły sięaż do placu,

port zalewał słodki zapach z jego pieca,

ludzie mieszkający w centrum, na nadbrzeżu, a nawetw górnych dzielnicach przychodzilido sklepu Luka,

pokonywali wiele mil, żeby móc się raczyć świeżowypieczonymi bułeczkami, stali w kolejce,nie bacząc na śnieg i wiatr,

a teraz nie zagląda tu nikt,

co słuchać, panie Herde, jak leci, mademoiselleAgurian,

to już nie starcza, jeden, dwoje klientów dziennie,najwyżej trójka,

Luk nie ma wyjścia i musi wygasić piec,

gasi go i rusza w biały wieczór,

zamyka drzwi na klucz i idzie do centrum,

w stronę budynku w kolorze sepii, w którym mieścisię siedziba mundurowych służb porządkowych.

Bardzo wcześnie rano, bardzo wcześnie,

gdy niebo jeszcze ołowiane, a kruki śpią,

biedny drwal, jego żona i dwoje dzieci ruszyliponownie zbierać chrust,

kolejny raz zapuścili się w głąb ciemnego, ciemnegolasu,

a kiedy dotarli do środka tej ciemności, drwali jego żona porzucili swoje dzieci,

zostawili je tam same, pośrodku mroku,

gdzie niebo ołowiane, a kruki nadal śpią,

ale brat odezwał się do siostry nie bój się, powiedział,

kiedy szliśmy, nie miałem już tych kamykówpołyskliwych jak lusterka, nie, ale rzucałem zasiebie okruchy z mojej połówki chleba, powiedział,

nie bój się, siostro,

rzucałem okruchy po drodze,

jeden po drugim, jeden po drugim,

wystarczy za nimi pójść i trafimy do domu,

jeden po drugim, jeden po drugim,

poczekamy, aż pierwsze promienie słońca przebiją sięprzez gęstwinę, i wrócimy do domu, siostro,powiedział,

kiedy pierwsze promienie słońca przebiły się przezgęstwinę, setka kruków zerwała się do lotu

i te czarne jak noc kruki rzuciły się na okruchy,

jeden po drugim, jeden po drugim,

czarne kruki rzuciły się na nie i w mgnieniu okawszystko pożarły,

pożarły w mgnieniu oka,

och, bracie, co z nami będzie, co, zapłakała siostra,

teraz już nigdy nie wydostaniemy się z ciemnego,ciemnego lasu.

Co to za oddział,

burczy podporucznik Drajurian,

piekarze, krawcy, pracownicy portowi, rzeźnicy,hydraulicy, rzemieślnicy,

co to ma być za oddział, boże jedyny,

elektrycy, ogrodnicy, murarze, stolarze, taksówkarze,agenci ubezpieczeniowi, sprzedawcy warzyw,nauczyciele ze szkół podstawowych, pracownicybiur podróży,

boże jedyny, żaden poniżej pięćdziesiątki, żaden,

sami starzy, oddział dziadyg,

co to za pomysł, boże jedyny,

jak tu takim próchnom wydawać rozkazy, no jak,boże jedyny.

Ilu rekrutów, pyta kapitan, nie podnosząc wzrokuznad papierów,

przegląda swoje papiery,

trzystu pięćdziesięciu ośmiu, kapitanie, odpowiadasierżant Amat, i tylko pięćdziesięciu zawodowychżandarmów, pięćdziesięciu tylko, kapitanie,

ale kapitana to nie rusza,

wciąż nie podnosi oczu znad papierów,

ściąga okulary, przeciera szkła szmatką i mówi wciążjeszcze ich mało, sierżancie,

mamy rozkazy, żeby utworzyć batalion liczącypięciuset ludzi,

ani jednego mniej, ani jednego więcej,

pięciuset ludzi w 303. Rezerwowym BatalionieŻandarmerii.

Nasi młodzi giną na froncie jak muchy,

przyłącz się do mundurowych służb porządkowych:

właśnie ty.

Banda ramoli, do niczego nieprzydatnych starychramoli,

mamrocze sierżant Amat,

nawet jakby się szkolili latami,

podporucznik Drajurian potakuje,

co ten kapitan sobie myśli,

nie wiem, co sobie myśli,

niech pan tylko na nich spojrzy, sierżancie, starełamagi,

jak oni mają dać radę, no jak.

Staruchy w mundurach,

staruchy w znoszonych butach,

zramolałe niezdary.

Bardzo mi miło, kapitanie,

mówi Erno Satrin, wyciągając rękę,

kapitan mierzy go wzrokiem z góry na dół i odpowiadabardzo mi miło, panie Satrin,

jakby nie zwracał się do podkomendnego, do nowegosierżanta w 303. Rezerwowym BatalionieŻandarmerii,

jakby się znali od lat,

kapitan już mu się przyjrzał,

chlubi się, że ma wyczucie co do swoich ludzi, i ErnaSatrina też już wyczuł,

wie, że ten przedsiębiorca jest godny zaufania,

solidny człowiek,

i wie też, że się nie zaprzyjaźnią, bo w tych czasachprzyjaciele nie istnieją,

ale dostrzega w nim człowieka godnego zaufania,

człowieka, z którym można powspominać przeszłość,paląc papierosa,

człowieka, z którym można wypić piwo pod wieczór,

człowieka, z którym można powspominać bez obaw,przy piwie, dawne spokojne czasy.

Błyszczą rude włosy jego córki,

kapitan jest brunetem, brunetką jest też jego żona,

ale włosy Alix, ich jedynej córki, jedenastoletniej,są rude i płoną jak pochodnia w mroku,

kapitana wzrusza widok rudych włosów córkii podbiega do niej, by ją przytulić, jakby miałto być ostatni raz,

jakby już nigdy więcej nie miał się wzruszyć na widokblasku pochodni w mroku,

kapitan przytula Alix, swoją jedenastoletnią córkę,

po prostu ją przytula.

Nie wierzcie niewinnej mowie insektów.

Pomyślcie o naszych młodych, o młodych, co giną nafroncie, o tych tysiącach, co dzień w dzień ginąna froncie,

tłumaczy się kapitan, głos znów mu się łamie, twarzpobladła,

pomyślcie o ogniu, co spadł na nasze portowe miasto,o dymie i płomieniach, o sprzątaczkach, którenie zdążyły dotrzeć do schronu,

pomyślcie o tym wszystkim,

mówi kapitan z pobladłą twarzą.

Godzinami błąkali się po ciemnym, ciemnym lesie,przez wiele godzin, brat z siostrą,

wygłodzeni i zagubieni, nie umieli odnaleźć ścieżkiw gęstwinie,

zagubieni i przerażeni, a wokół ryczały dzikiezwierzęta i szeleściły suche liście,

brat z siostrą tulili się do siebie, a potem szli dalej,

wymijali majestatyczne pnie i dzikie gąszcze,widzieli żółte ślepia zwierząt,

aż w końcu dostrzeli polanę pośrodku tej gęstwiny,wzięli się za ręce i podbiegli na tę polanę,

a na jej środku dostrzeli kolorową chatkę,

chatkę zrobioną ze słodyczy, z marcepanu i karmelu,z bezy i karmelu,

słodką chatkę pośrodku ciemnego, ciemnego lasu,

brat z siostrą bez wahania urwali sobie po kawałkuchatki,

kawałek o smaku czekolady, drugi o smaku nugatu,

jeden po drugim, jeden po drugim,

aż nagle pojawiła się staruszka o ostrych i popielatychzębach, bardzo ostrych, i zaprosiła ich do środka,

chodźcie, dzieci, powiedziała, śmiało, w środku mamwięcej jeszcze pyszniejszych słodyczy, chodźcie,

a kiedy dzieci weszły do chatki, staruszka zamknęłaje w brudnej i zakurzonej klatce,

zamknęła je i powiedziała wstrętne bachory,nadgryzłyście mi dom, powiedziała,

teraz to ja zjem was, powiedziała,

tylko was dokarmię i podtuczę, powiedziała,

a potem wsadzę was do pieca i pożrę wasze grubei pyszne ciałka.

Starzy i niezdarni,

ośmiela się powiedzieć sierżant Amat,

nie dadzą rady, ci starzy nigdy nie dadzą rady,

ale kapitan przerywa mu gwałtownie,

podnosi oczy znad papierów, spojrzenie ma groźne,

i wbija to swoje wilcze spojrzenie w oczy sierżantaAmata, to swoje pogardliwe spojrzenie,

sierżancie Amat, zakazuję panu, niech pan zważana słowa, sierżancie,

ci ludzie zasługują na nasz szacunek, to wzorowiobywatele, sierżancie,

obywatele gotowi oddać życie za ojczyznę, jak pan i ja.

Zabić insekta to jak nie zabić.

Jon Guridien przymierza mundur, marynarskimundur, i patrzy na nowy emblemat, pręży sięprzed lustrem,

miałby ochotę skakać i śmiać się, ale ogranicza się dowojskowego salutu, wyciąga mocno ramięprzed lustrem.

Podczas pierwszej nocy w baraku Luk Embler śni, żejest synem króla i że w cichym lesie spotykaksiężniczkę.

Sierżant Amat śni o błękitnym rumaku,

o błękitnym rumaku z siodłem inkrustowanym złotem,

śni, że pędzi na błękitnym rumaku i w końcu docierado zamku ze strzelistymi wieżami orazwielkimi oknami,

śni, że zatrzymuje się przed zamkiem,

śni, że zsiada z pięknego niebieskiego rumaka

i że przed wejściem do tego zamku, zamku o wielkichoknach i strzelistych wieżach,

strzela z rewolweru i piękny rumak pada na śniegjak długi.

Jon Guridien śni, że ściga go plemię karłów.

Erno Satrin śni o sali koncertowej,

o fortepianie na pustej scenie w sali koncertowej,

o fortepianie, z którego wydobywa się powolnamelodia

i który rozpada się na tysiąc kawałków.

Podporucznik Drajurian śni o pośladkach swojejukochanej.

Tesa, narzeczona podporucznika Drajuriana, śni,że jest chora,

bardzo chora,

że zaatakował ją bluszcz, który powoli rozrasta sięw jej trzewiach.

Kapitan nie pamięta swoich snów.

A ty, o czym ty śnisz, czytelniku?

Ostatecznie mamy ich pięciuset, kapitanie,

melduje sierżant Amat z niesmakiem,

pięciuset, powtarza kapitan, wspaniale,

czas zacząć szkolenie.

Przed wyjazdem podporucznik Drajurian i jegonarzeczona kładą się na opustoszałej plaży,

podporucznik Drajurian wyje z rozkoszy, natomiastTesa z trudem hamuje płacz.

Nie miej litości dla insektów.

Straszne rozkazy, potworne rozkazy, przerażającerozkazy, rozkazy, jakich nigdy nie chciałbymczytać,

mamrocze kapitan, wyczerpany, chory, oczy znówwilgotne,

rozkazy, które mam wykonać.

Dzień za dniem staruszka o ostrych zębach,o ostrych i popielatych zębach,

dawała słodycze, coraz więcej słodyczy, bratu i siostrze,karmelki i marcepan, landrynki i pączki,

chciała, żeby dzieci zrobiły się pulchne i tłuściutkie,

lecz ponieważ staruszka miała słaby wzrok, sprawdzaładzieci, dotykając palca wskazującego siostry,a potem brata,

macała ich palce, żeby sprawdzić, czy utyły,

ale brat, ten sprytny brat, za każdym razem podsuwałjej kostkę kurczaka,

nędzną kostkę z udka kurczaka, żeby staruszka sądziła,że są chudzi i nie warto ich jeść,

żeby staruszka o ostrych i popielatych zębachnie miała ochoty ich pożerać,

jednak pewnego dnia staruszka miała już dośćdługiego czekania, aż obrosną tłuszczem,i powiedziała zjem was już teraz, tak powiedziała,

do pieca z wami, powiedziała,

i wypędziła dzieci szturchnięciami z klatki, wygoniłado izby i wsadziła do wielkiego pieca,

trzaskały drwa z ciemnego, ciemnego lasu,

staruszka wepchnęła je do środka,

jedno po drugim, jedno po drugim,

brat i siostra znaleźli się w pułapce między żaremi płomieniami,

leżeli w wielkich naczyniach jak kurczaki albo prosięta,

brat krzyczał i jęczał, a jego skóra się piekła,

siostra krzyczała i jęczała, a jej ciało się przypiekało,

brat i siostra krzyczeli i jęczeli, i płakali razemw środku pieca,

aż nagle zapadła wielka cisza,

śmiertelna cisza,

i wtedy staruszka o ostrych popielatych zębachzagasiła ogień w piecu,

wyjęła naczynia, zaniosła je do stołu i nie czekając,aż wystygną, aż ostygną przypalone ciała dzieci,

zaczęła je jeść,

jedno po drugim, jedno po drugim,

najpierw policzki, smakowite policzki,

potem ręce i uda, delikatne biodra i plecy, i mięsoobrastające żebra,

wielka biesiada staruszki,

chrupiące uszy i flaki, wargi i oczy, wątrobę i nerki,pyszne nereczki,

staruszka o ostrych i popielatych zębach zjadła bratai siostrę,

jedno po drugim, jedno po drugim,

pożarła rodzeństwo.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Werbunek

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji