Chorwacka przystań - Anna Karpińska - ebook + książka

Chorwacka przystań ebook

Anna Karpińska

4,3
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Romantyczna opowieść o niezrealizowanych planach, tęsknocie i o tym, że wieczna miłość istnieje naprawdę.

Anna, jako korespondentka ogólnopolskiej gazety, wyjeżdża do Chorwacji, by relacjonować wojnę bałkańską. Jest mężatką, ale nie potrafi okiełznać rodzącego się uczucia i zakochuje się w Blażu – chorwackim fotoreporterze wojennym. Czeka ją trudna decyzja. Postanawia porzucić Jerzego, ale po powrocie do Polski miłość do Blaża staje w szranki z oczekiwaniami rodziny, ze zwykłą codziennością i… pewną niespodziewaną nowiną. Anna podejmuje trudną decyzję o pozostaniu w Polsce. Dwadzieścia lat później jej córka Weronika stanie przed podobnym wyborem. Zrządzenie losu sprawi, że Anna jeszcze raz wybierze się do Chorwacji – do miejsca, z którym wiążą się najpiękniejsze wspomnienia z jej młodości…

Anna Karpińska – autorka poczytnych książek obyczajowych, które cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem czytelników. Ukończyła politologię na Uniwersytecie Wrocławskim, uczyła studentów, była dziennikarką, wydawała książki, prowadziła firmę. Piętnaście lat temu porzuciła dotychczasowe życie zawodowe, całkowicie oddając się pisaniu powieści. Ma męża, trójkę dorosłych dzieci i troje wnucząt. Mieszka w Toruniu, weekendy spędza na wsi, przynajmniej raz w roku podróżuje gdzieś dalej, by naładować akumulatory. „Nie wyobrażam sobie życia bez moich bohaterów, ale tworzę dla czytelników. To ich zainteresowanie stanowi dla mnie źródło satysfakcji i motywuje do pracy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 421

Oceny
4,3 (139 ocen)
74
45
15
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Doowa555

Dobrze spędzony czas

Książka dobra ale mi się dłużyła
00
helutek7

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka ☺️
00
wasabi1084

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo interesująca, ciekawa polecam
00
Barabara2020

Dobrze spędzony czas

Lekko się czyta, trochę historii, sporo tęsknoty, dużo uczuć....
00
ewagestwa

Nie polecam

Naiwna, literatura dla egzaltowanych nastolatek
00



Copyright © Anna Plaskacz, 2026

Projekt okładki

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© dodotone/Adobe Stock

© 7nov.studio/Adobe Stock

© Dmitry/Adobe Stock

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8444-663-8

Warszawa 2026

Wydawca

Pró­szyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28,

02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

[email protected]

Sławkowi – z miłością

Dziękuję całej swojej najbliższej Rodzinie,

z którą wychodzi się zawsze dobrze,

nie tylko na zdjęciu.

To dzięki Waszemu wsparciu i mobilizacji

powstała ta historia.

Szczególnie jednak jestem wdzięczna

moim nieocenionym, zawsze gotowym,

by wysłuchiwać wątpliwości i popędzać

do tworzenia kolejnych rozdziałów –

córce Martusi i synom:

Maciusiowi i Jędrusiowi.

Dziękuję Wam.

Anna: Jestem matką.

Weronika: Jestem córką.

Anna: Nie zrobisz tego.

Weronika: Zrobię.

Anna: Ja tego nie zrobiłam i jestem szczęśliwa.

Weronika: Nie jestem tego pewna.

Anna: Ważne, że ja jestem.

Weronika: Fałsz. Nie jesteś.

Anna: A skąd ty możesz o tym wiedzieć?

Weronika: Bo mam oczy.

Anna: Córuś, to błąd. Chcę cię przed nim uchronić.

Weronika: Ja też chciałabym cię uchronić przed twoim błędem, ale nie było mnie jeszcze na świecie.

Anna: Mam doświadczenie. Sprawdziło się to, co założyłam.

Weronika: Nie mam doświadczenia, jestem świeża i odważna. Jestem pewna, że sprawdzi się to, co zakładam.

Anna: Kochałam go, ale już od dawna nie kocham.

Weronika: Kocham go i będę kochać.

Anna: Mam udane życie.

Weronika: Będę miała udane życie.

Anna: No nie wiem…

Weronika: A ja wiem.

POWRÓT

Samolot z Zagrzebia wylądował na Okęciu około wpół do szóstej po południu.

Marcowe muldy zdobiły krawężniki niczym niestaranne szlaczki pierwszoklasistów. Słońcu nie udawało się przebić przez chmury, przedwiosenna szarość ogarniała brunatne, dawno nieremontowane ulice, kładąc na oskubanych kamienicach i zasłanych psimi odchodami skwerach cień pozimowego brudu.

Poczułam lekkie wstrząsy. Może się zwali?, obojętnie przemknęło mi przez myśl. Do świadomości powróciło marzenie, kojąc nerwy przed spotkaniem z Jerzym.

Obiema nogami wciąż tkwię na drugim pięterku zadarskiego domu z zielonymi okiennicami; lewa nie do końca się otwiera, wpuszczając rankiem nieproszone po nieprzespanej nocy promienie słońca. Za oknem Blaż czeka w terenówce, ospały, jakby nie pamiętał, że ma mi pomóc wynieść bagaże. Wychodzę z torbiszczem rzeczy, ciągnąc je do samochodu, Blaż powoli wysiada z auta, otwiera bagażnik i porywa moje bambetle, jakby właśnie przypomniał sobie o zasadach savoir-vivre’u. Wrzuca walizy, nieobecny, wskazując mi miejsce z przodu auta. Jedziemy szybko, cicho, w skupieniu. Skromne chorwackie lotnisko oferuje niewielki parking, na którym ledwie znajdujemy miejsce. Szukam słów pożegnania.

Nie będę go żegnać!, dopada mnie bunt. Przecież zobaczymy się niebawem. Już ja się o to postaram. Przyjadę, nie przeżyję, jeśli stanie się inaczej!

Przed oczami przemyka mi obraz Jerzego na warszawskim lotnisku. Matko, on o niczym nie wie! Czeka na mnie, wymalował mieszkanie…

Blaż spogląda z miną zbitego psa. Cudnie prezentuje się w cywilnej wersji munduru moro, spod którego wystaje kołnierzyk czarnej koszuli. Nic nie jest w stanie pozbawić go męskości i wyglądu macho. Czekam na jakikolwiek jego gest z nadzieją, że mnie szybko pożegna, odepchnie, zostawi w poczekalni lotniska, odejdzie, nie odwracając się za siebie. A ja odprowadzę wzrokiem oddalające się plecy, dźwignę torbę i powoli, patrząc przez ramię, pójdę w kierunku autobusu podwożącego pasażerów do samolotu.

Marzę o takiej scenie, marzę, by Blaż wyzwolił mnie od odpowiedzialności decydowania o naszym losie. Marzę, by się na mnie wściekł, wzgardził mną – za upór, sentymenty, poczucie odpowiedzialności za małżeństwo z Jerzym, za moją decyzję o powrocie do Warszawy.

– Powiedz coś – nie wytrzymuję milczenia.

– Coś – mimo woli wymyka mu się żart. Rozładowuje atmosferę.

– Teraz lepiej. – Łapię oddech. – Nie dołuj mnie, ledwie się trzymam. Napiszę zaraz po przyjeździe. Pisz do mnie na redakcję. I uważaj na siebie. Pamiętaj, że cię kocham.

– Ana. – Przytula mnie mocno. – Ana. Wracaj.

– Witamy na pokładzie samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT – informuje stewardesa o parametrach lotu.

Ludzie zapinają pasy, wiercąc się na fotelach, poprawiają bagaż, łykają tabletki, uspokajają dzieci. Patrzę w przestrzeń, nie znajdując siły na jakikolwiek ruch.

– Proszę zapiąć pasy.

– Tak. – Zdobywam się na wysiłek.

– Czy dobrze się pani czuje? – Stewardesa nachyla się nade mną.

– Oczywiście. – Dajcie mi wszyscy święty spokój!, przelatuje mi przez głowę, ale usta grzecznie odpowiadają: – Dziękuję, wszystko w porządku.

W jak najlepszym, kurwa! Właśnie zostawiam miłość mojego życia, mojego Blaża, jadę do domu, do mojego męża Jerzego, i nie rozumiem dlaczego, ale czuję, że popełniam błąd. I nie mogę mu zapobiec. Co ja robię? Matko, muszę wytrzeć oczy, bo Jerzy zobaczy, że ryczałam! Po mnie zawsze widać. Dlaczego wlazłam do tego głupiego samolotu? Dlaczego wracam do starego i wiadomo jakiego. Dlaczego będę jeść z Jerzym kolację, a później pójdziemy do łóżka? Dlaczego w sobotnie popołudnie przyrządzę kolacyjkę i zaprosimy naszych rodziców, którym opowiem, co się działo w Chorwacji? Nie chcę lądować. Mam nadzieję, że będę latać w przestworzach w nieskończoność, nie pozwalając, by rzeczywistość zagarnęła mnie w objęcia.

Niestety, to niemożliwe. Kobieta w ciąży musi w końcu urodzić, samolot musi osiąść na lotnisku.

Płyta w zasięgu ręki, lusterko też. Wklepuję w policzki krem, próbuję przypudrować twarz, wywracam oczami, by odzyskać świeżość spojrzenia, przeczesuję włosy dłońmi. Wystarczy jeszcze obciągnąć bluzkę, by ułożyła się wzdłuż linii spodni, zarzucić torbę na ramię i z podciągniętym krawatem wyjść z samolotu.

Widzę go z daleka. Stoi z wiechciem tulipanów. Żółte, moje ulubione. A niech to, pamiętał! Nie chciałam, żeby pamiętał. Mógł przynieść mi różowe goździki.

– Nareszcie, Anuś. – Jego słowa sprowadzają mnie na ziemię.

– Cześć, Jurek. – Próbuję udawać radość. – Długo czekałeś?

– Dobrze, że jesteś. Daj torbę, poniosę. Dobrze, że jesteś.

Nie wiem, Jerzy, czy dobrze, że jestem.

Czuję kamień w sercu. Moje ciało lata w przestworzach, nogi kroczą po Okęciu, plecy podparte przez Blaża lekko opadają na miękkie poduszki. Zapadamy w nasz wspólny sen.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Aniu, możesz do mnie podejść? – Szef wetknął głowę we wpółotwarte drzwi. – Jest sprawa.

Był lekko po czterdziestce, miał szpakowate rzednące włosy, a gdy się postarał, całkiem miły uśmiech. Tym razem jednak chyba nie było mu do śmiechu, bo kąciki ust opadały w kierunku brody. Oczy wydawały się zmęczone.

– Siadaj, Anka.

Gdy po chwili zjawiłam się w jego gabinecie, wskazał mi krzesło przed biurkiem. Sam zajął miejsce na blacie.

– Siadaj. Słuchaj i się nie odzywaj. A już na pewno nie podejmuj żadnych decyzji.

Wstrzymałam oddech. Czułam przez skórę, że ze szpitala nici. A może, Matko Boska, coś gorszego? Chce mnie zwolnić? Pracowałam w gazecie od zawsze, sam mnie zatrudnił. Ta dupa Miśka na mnie nagadała? Myśli gnały jak opętane, nie znajdując mety. Tylko kłopoty mi teraz potrzebne!

W ciągu trzech lat dwa poronienia, badań, że ho, ho! Ostatnia szansa w profesorze Douglasie, endokrynologicznej sławie, na którą dostałam namiar od ginekologa prowadzącego mnie od ośmiu lat.

– Proszę pani – powiedział w trakcie kolejnej wizyty. – Nic już w pani przypadku nie mogę zrobić, to poza moimi kompetencjami. Polecę pani mojego starszego kolegę. To Amerykanin, będzie w Warszawie przez miesiąc. Dam pani kontakt do doktora Wziętego, proszę się do niego udać i za jego pośrednictwem załatwić wizytę u profesora Douglasa. Niech się pani nie martwi. Jest pani młoda, w końcu się uda.

Wzięłam do ręki kartkę z telefonem. Wstałam z krzesła, starannie wsunęłam je pod biurko i wyszłam z gabinetu.

– Dziękuję panu, doktorze – powiedziałam do siebie już na korytarzu, biegnąc do wyjścia, by żadna z pacjentek nie zauważyła moich łez.

Jestem młoda. No nie wiem, trzydzieści jeden lat, osiem lat starań o dziecko… Amerykanin. I co z tego? W Ameryce też są bezpłodne kobiety, którym nie można pomóc. Profesor, doświadczony. A może po prostu stary?

Wyszłam na jesienną deszczową ulicę. Spadające liście przylepiały się do butów, popędzana wiatrem mżawka ścierała łzy z policzków. Zapomniałam, gdzie zaparkowałam samochód. Nie chciałam, by Jerzy jechał ze mną. Instynktownie czułam, że potrzebuję czasu w wieczornych korkach, by uporać się z kolejną złą wiadomością.

Douglas, myślałam. Nadzieja. Kolejna?, pokonywał ją rozsądek. Tak, kolejna, odpowiadała. Tylko się trzymaj! Jesteś młoda, powiedział doktor. Nie poddawaj się!

Wzięty przyjął mnie miło, zainkasował, umówił na spotkanie. Jerzego przepełniał optymizm. Wspierał mnie, jak mógł, ale czułam, że jego działań nie determinuje chęć posiadania dziecka.

– Kochanie, będzie dobrze. Pójdziesz do tego Amerykanina…

– Douglasa – przypomniałam.

– Tak, Douglasa, i on ci coś poradzi.

– Chyba nam? – uniosłam się, zniecierpliwiona.

– Oczywiście, że nam, kochanie.

– Anka, jesteś tutaj? – Stary stuknął nogą w stół. – Co się tak zamyśliłaś? Puk, puk, wracaj do żywych.

– Co miałeś mi do powiedzenia? – Wysiliłam się na inteligentne zagajenie, przywołując się do porządku.

– Powtórzę. Nic nie mów, słuchaj i nie odmawiaj, zanim się nie zastanowisz.

Zamknęłam się, nadstawiłam uszu i przestałam myśleć. Wyduś to z siebie!, ponagliłam się w myśli.

– Ha! Ale cię nabrałem! Już myślałem, że będę musiał wzywać karetkę. Jest robota! – Naczelny z zadowoleniem rozwarł ramiona. – Mam dla ciebie wspaniałą propozycję. Pojedziesz do Chorwacji jako korespondent wojenny.

– Kiedy?

– Za kilka dni. Gdy tylko zdążysz spakować walizkę. – Uśmiechnął się szeroko.

– Ale ja nie mogę… – wyszeptałam.

– Co to znaczy „nie mogę”? – nachmurzył się. – No dobrze, rozumiem, wojna, niebezpieczeństwo jakieś jest, ale sądziłem, że to temat dla ciebie! Anka, jesteś najlepsza. Kogo mam tam posłać? Miśkę?

Wiedział, stary skurczybyk, jak mnie podejść!

Miśkę? No, na pewno!, pomyślałam. Głupią siusiumajtkę! Niech sobie zdobywa ostrogi w gazecie ile wlezie! I tak nic z tego nie będzie.

Myśli galopowały jak tabun koni, skoczyła adrenalina. Przez głowę przemknął dom, Jerzy, Douglas, wszystkie smutki i niedawne zniechęcenie. Poczułam, że krew krąży szybciej, zwietrzyłam przygodę.

Wziął mnie pod włos.

– Na jak długo, Harry? – zapytałam spokojnie.

– Czy ja jestem Duchem Świętym, żeby ci powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna? – Zauważył w moich oczach pytanie, zreflektował się. – No, na razie na trzy miesiące – dodał. – Pasuje? Nic nie mów. Powiesz mi jutro.

Z redakcji wybiegłam jak na skrzydłach. Jadę! Do licha ze wszystkim, jadę! Matko, przecież ja jeszcze nigdzie nie byłam! Pamiętam przekraczanie z rodzicami czechosłowackiej granicy w Libercu. Co to było za przeżycie! Zagranica, inny język, nobilitacja. Za rok wypuściliśmy się na wczasy do Warnemünde w ramach dobrych stosunków ze wschodnimi Niemcami. Mamie, jako nauczycielce, udało się załapać na związkowe wczasy. Z kolei w osiemdziesiątym pierwszym odwilż. Niemcy wpuścili Polaków na saksy, a potem halt!, delegalizacja „Solidarności” i znowu siedzimy, drodzy panowie i panie, na własnych śmieciach. Kto wyjechał, to jego, cała reszta utkwiła bez prawa wyboru. A tu taka okazja!

Gdy dotarłam do domu, decyzję miałam już za sobą.

– Jurek! Jadę do Chorwacji! – zawołałam od progu.

– Gdzie?! – Nie dosłyszał. Telewizor zagłuszał mój głos.

– Stary zaproponował mi wyjazd do Chorwacji! Potrzebują korespondenta!

– Chyba żartujesz! Nie pozwalam! – oburzył się mój mąż. – Ty nie wiesz, co tam się dzieje! Mowy nie ma!

– Nie mów tak. Może do końca nie wiem, ale się dowiem. Jureczku, dam sobie radę. I ty też, prawda? – Zalotnie spojrzałam mu w oczy.

– Porozmawiajmy. – Jerzy poważnie podszedł do tematu. – Nawet się nie orientujesz, jakie to niebezpieczne. – Gdy zauważył, że decyzja została podjęta, postanowił wytoczyć najcięższe armaty. – A profesor Douglas?

– Misiu, nie przepadnie. On tu będzie jeszcze nie raz. A poza wszystkim jesteśmy młodzi, nie ma się o co martwić.

Złożył broń.

Długo rozmawialiśmy tej nocy. Skończyło się na tym, że trzeba mi przygotować odpowiedni ekwipunek i nie rezygnować z okazji. Aha, i mam na siebie uważać.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Następnego dnia, tuż po kolegium redakcyjnym pomknęłam do szefa obwieścić swoją decyzję. Harry nie wydawał się zaskoczony. Szczwanemu lisowi wystarczył rzut oka, by zyskać pewność, że zasiane ziarno nadziei na przygodę padło na podatny grunt. Milczał, pozwalając mi wygłosić przygotowaną kwestię.

– Zdecydowałam się, szefie. Pogadaliśmy z Jurkiem, jadę.

– Nie wątpiłem, że tak się stanie. – Starał się ukryć uśmiech. – Słuchaj, od lipca siedzi tam Julek. Wysłaliśmy go po pierwszych starciach w okolicach Vukovaru, miesiąc po tym, jak Chorwacja i Słowenia proklamowały niepodległość. On obskakuje Kraj­inę i okolice Zagrzebia, jednym słowem, północny wschód kraju. Ciebie chcę posłać na wybrzeże. Porty są bardzo ważne. Spodziewamy się, że z czasem może nastąpić ich blokada. Jeżeli nasza prognoza się nie sprawdzi, wesprzesz Julka. Polecisz do Zagrzebia, jeszcze nie wiemy, jaką trasą, a potem do Zadaru. – Przeszedł do konkretów. – Tam się ulokujesz. Skontaktowaliśmy się z kolegami z „Zadarskiego Listu”, pomoże ci też Julek. Ale prawda jest taka, że musisz sobie radzić. Na wojnie nikt nikogo nie niańczy. Zrozumiano?

– Tak jest. Co mam robić?

– Codzienne depesze, jeśli będzie się coś dziać, i reportaże na ważne tematy. Dam ci kontakty do ludzi. Na miejscu znajdziesz sobie własne.

– Dobra, Harry. Ale muszę ci się do czegoś przyznać…

– Wiem. – Nie pozwolił mi dokończyć. – Dlatego postanowiłem, że teraz nie będziesz pisać, a zamienisz się w pilną studentkę. Leć do archiwum i dowiedz się o sytuacji na Bałkanach. Poczytaj nasze artykuły, popatrz na publicystykę konkurencji. I bez kompleksów. Po przyjeździe załapiesz klimaty.

– Dzięki za zaufanie. Postaram się.

– Gdybym wątpił, nigdy bym cię nie wysłał. – Mój szef wreszcie się uśmiechnął. – Tylko mi tam nie zostań! – Pogroził palcem na pożegnanie.

Jak bumerang powróciły studenckie czasy – wizyty w bibliotece, książki, gazety, notatki, fiszki, czytanie, notowanie, przyswajanie. Dawniej nie potrzebowałam dużo czasu, by ogarnąć wiedzę do egzaminu. Tydzień wystarczał na wykucie kilku podręczników i otrzymanie niezłej oceny. Grunt to motywacja i krótki termin. Harry przekazał mi prosty komunikat: w każdej chwili możesz się spodziewać biletu do Zagrzebia, nie zmarnuj czasu. Nie marnowałam zatem. Zabrałam się do czytania gazet, relacji z Jugosławii, reportaży. Nie było ich zbyt wiele i dotyczyły na ogół pojedynczych zdarzeń. Brakowało opracowań ogólniejszej natury. Julek, jedyny człowiek w temacie, siedział na miejscu, poza moim zasięgiem. Grzebałam w artykułach o Jugosławii za rządów Tity, które kojarzyłam z opowiadań znajomych rodziców spędzających tam wczasy. Przypomniałam sobie relacje kolegów wyjeżdżających na saksy do RFN w osiemdziesiątym pierwszym, o Jugosłowianach tam pracujących, a nawet prowadzących firmy, i za zarobione pieniądze budujących w ojczyźnie pokaźne domy. Dlaczego nagle na Półwyspie Bałkańskim miała wybuchnąć wojna?

Lata osiemdziesiąte mogłam sobie odpuścić – w prasie dominowały jedyne słuszne poglądy rządzącej partii. Choć miało to i dobre strony, bo zawęziło obszar poszukiwań do lat dziewięćdziesiątych. Po godzinach wertowania miałam już pewne pojęcie. Rozpad systemu socjalistycznego dotknął też tamte tereny, ale przecież Jugosławia zawsze kroczyła własną drogą i jej zależność od Moskwy była znacznie mniejsza niż innych krajów. Jej otwarcie się na mechanizmy rynkowe sprawiło, że ludzie żyli coraz lepiej, a państwo się bogaciło. Jugosłowianie nie mieli kłopotów z uzyskaniem wizy, na przykład do Niemiec, z czego skrzętnie korzystali, jeżdżąc tam po marki. Rządy Broz – Tity budowały w nich poczucie odrębności i od Wschodu, i od Zachodu.

Problemy zaczęły się po śmierci charyzmatycznego prezydenta, gdy wprowadzono system kolektywnego kierownictwa, zgodnie z którym co rok miał się zmieniać człowiek na najwyższym stanowisku w państwie. Jak się można domyślać, rozwiązanie okazało się nieefektywne i doprowadziło do pogłębienia się różnic pomiędzy sześcioma republikami. W Słowenii poziom życia zbliżał się do austriackiego czy włoskiego, w Kosowie panowały bieda i bezrobocie. Nie po drodze było także prawosławnym Serbom, katolickim Chorwatom i muzułmańskim Bośniakom. Gdy na czele federacji stanął Slobodan Milošević, Serb preferujący własny naród, wystarczyło już tylko podpalić lont. Chorwaci w majowym referendum opowiedzieli się za niepodległością swojej republiki, a kiedy dołączyli do nich Słoweńcy, rozpoczęła się regularna wojna.

Wiedziałam już, o co się biją. Reszty powinnam się dowiedzieć na miejscu.

– Widzę, że połknęłaś przynętę. – Jurek nie miał już siły do mojej gorliwości. – Miałem jeszcze nadzieję, że się zniechęcisz, ale widzę, że płonną.

– Wiesz co? Jugosłowiańska marynarka wojenna zbliża się do chorwackich portów. Chyba wyjadę w najbliższych dniach. Harry załatwia bilet na samolot. Jurek, jestem już spakowana.

– Będę się bał o ciebie każdego dnia. Obiecaj, że zachowasz ostrożność. – Przytulił mnie mocno.

– Wiesz, ilu tam jest dziennikarzy? Słyszałeś, żeby któremuś się coś stało? – odparłam pewnym głosem, chociaż nie była to prawda. Ale co tam! Mnie nic się nie stanie. Po co Jurek ma się zamartwiać? Jeszcze nie zgodzi się na wyjazd.

Na kolację zadowoliłam się kanapką i powróciłam do gazet. Jurek szedł spać. Skinęłam mu ręką na pożegnanie.

Z politowaniem pokręcił głową.

ANNA

WRZESIEŃ 1991

Jugosłowiańska marynarka wojenna zablokowała wszystkie chorwackie porty. Julek nadał newsa. Jutro wrzucamy go na jedynkę – poinformował mnie Harry bez zbędnych wstępów przez telefon, gdy zamierzałam położyć się spać. – Federalni blokują wjazd do Zadaru. Anka, szykuj się.

– Jestem gotowa.

Jugosłowiańska Armia Federalna, broniąca tak naprawdę serbskich interesów, ostrzeliwała dwa chorwackie miasta: Vukovar i Osijek. Julek na bieżąco relacjonował przebieg walk. Czytając jego doniesienia, próbowałam wyobrazić sobie realia, w jakich przyjdzie mi żyć.

– Poczekamy na kolejny rozejm między Chorwatami i Serbami. Wtedy pojedziesz – kontynuował Harry – żeby wślizgnąć się do Zadaru bez ryzyka. To może nastąpić w każdej chwili.

– Dobra, jestem gotowa – powtórzyłam. – Co z biletem na samolot?

– Jeśli nie polecisz LOT-em, znajdziemy inne rozwiązanie. Tym się nie martw. Do jutra, wyśpij się dobrze.

Nawet o tym nie myślałam. Na podłodze leżały sterty nieprzeczytanych jeszcze gazet i czasopism. Wzięłam się do roboty. Poczułam przedegzaminacyjne emocje i konieczność maksymalnej koncentracji.

– Nie za dużo tej pracy? Nie wybierasz się do łóżka? – Jerzy skierował się do łazienki.

– Idź, idź, ja jeszcze posiedzę. Jestem kompletnie zielona. Nie czekaj na mnie.

– Jak chcesz. Tylko nie siedź zbyt długo.

Nie patrzyłam, czy wzruszył ramionami, czy się do mnie uśmiechnął. Porwałam notatnik, by na własny użytek spisać informacje o ostatnich wydarzeniach na półwyspie. Gdy w sypialni zgasło światło, zrobiłam sobie kawę i zaczęłam zapełniać treścią stosik kartek w kratkę.

Warszawa powoli budziła się do życia.

Wyszłam na balkon, by zapalić ostatniego tej nocy papierosa. Trzeba się położyć i oddalić od siebie na kilka godzin nie do końca realne obrazy bałkańskiej wojny, które niebawem będę oglądać z bliska, pomyślałam, kontemplując chłodny wrześniowy poranek. Wróciłam do łazienki, ale usunęłam jedynie cień z powiek i wyszorowałam zęby. Wsunęłam się pod kołdrę obok śpiącego spokojnie Jerzego.

Sen nie kazał na siebie długo czekać.

ANNA

25 WRZEŚNIA 1991

Lecę do Zagrzebia! Wprawdzie przez Monachium, bo nie udało się z dnia na dzień zabukować biletu u lotowskiego przewoźnika, ale nieco okrężna droga kosztowała mnie niewiele więcej czasu.

Ostatnie kilka dni poświęciłam na gorączkowe przygotowania do wyjazdu, głównie sprawy rodzinne i towarzyskie. Impreza urodzinowa mamy, spotkanie ze Staszkami, pieczenie mięsa dla Jurka, żeby miał co jeść chociaż przez pierwsze kilka samotnych dni, uzupełnianie kosmetyczki o pastę do zębów i szampon (nie wiedziałam, co zastanę w chorwackich sklepach).

Rodzice na wieść o celowo ukrywanych przeze mnie planach wpadli w podwójną histerię. Próbowali wyperswadować mi ten, ich zdaniem, nieodpowiedzialny krok. Co będzie, jeśli coś mi się stanie? Stracą jedyne dziecko! Zginę bezpotomnie i nawet wnuków nigdy nie zobaczą! Na szczęście byłam na tę lawinę argumentów przygotowana. Nie zmieniłam zdania pod ich ciężarem i natychmiast wystąpiłam ze swoimi. Że dziennikarzy nikt w Chorwacji nie zabija, ale w razie czego będę uważać, by nie pchać się na linię frontu. Że cały świat przygląda się wojnie, a zarówno Chorwatom, jak i Serbom zależy na międzynarodowym image’u. Że Bałkany to nie koniec świata. Że zamieszkują je tacy sami Słowianie jak my, a pra-Chorwaci prawdopodobnie pochodzą z terenów dzisiejszej Polski, a zatem jadę do niemal swoich. Gdy wreszcie rodzicom udało się przerwać mój słowotok, usłyszałam, że nie mam pojęcia, czym jest wojna i jak straszne rzeczy dzieją się na froncie, a oni wiedzą dokładnie, bo w czasie drugiej światowej mieli w końcu po kilka lat.

Kolejne armaty wycelowali w moje uczucia. Jak ja mogę na tak długo zostawiać Jurka, mąż i żona powinni być zawsze razem, bo nigdy nie wiadomo, co z rozstania może wyniknąć… Tę kwestię mama wyszeptała mi wprost do ucha w kuchni, gdzie musiałam się z nią udać pod pretekstem zrobienia kolejnej kawy. Gdy i to nie pomogło, rozpoczął się ostrzał z dział najcięższego kalibru. Co z nimi? Czy nie pomyślałam o swoich biednych starych rodzicach (lekko po pięćdziesiątce) porzucanych właśnie dla kariery?

Spodziewałam się problemów z ich strony, nie zdawałam jednak sobie sprawy, jak ciężką walkę przyjdzie mi stoczyć o swoją suwerenność.

– Jesteście jak ci Serbowie, którzy nie pozwalają innym pójść własną drogą. – Zrobiłam użytek ze świeżo nabytej wiedzy. – Zobaczycie, wyłączę prąd w waszym garnizonie, może wtedy odpuścicie – popisałam się znajomością sposobów walki z okupantem.

– Co ty mówisz? Jaki prąd? W jakim garnizonie? – Tata nie sczaił moich subtelnych odwołań.

– Gdy Serbowie atakują chorwackie wioski, Chorwaci wyłączają im prąd w ich garnizonach, żeby zostawili ich w spokoju.

– A co oni na to?

– Atakują dalej, oblegają i bombardują miasta – wyjaśniłam niepotrzebnie, wywołując kolejne wybuchy.

– To ty nas masz za okupantów? Gdyby nie to, że wyjeżdżasz, powinniśmy z matką chyba się obrazić. – Tata się nadąsał, ale nie podniósł z fotela, by opuścić posiedzenie.

Chwała Bogu, pomyślałam, usłyszawszy słowo „wyjeżdżasz”, które świadczyło niezbicie, że rodzice pogodzili się z moją decyzją. Przepełniona wdzięcznością do losu za ten przełom próbowałam tonować nastroje. Obiecałam kontaktować się w miarę możliwości, dbać o siebie i pamiętać o nich. Po kilku godzinach ciężkich bojów dałam im buziaka na pożegnanie.

Stewardesa przypomniała mi o konieczności zapięcia pasów. Samolot przygotowywał się do lądowania w Monachium. W dole zobaczyłam ogromne lotnisko, z którego co chwila startowała kolejna maszyna. Gdyby nie fakt, że miałam mało czasu na przesiadkę, pewnie zjadłby mnie stres. Konieczność szybkiego działania uruchomiła jednak zdolność mobilizacji w trudnych warunkach. Jakimś nieznanym sobie sposobem znalazłam się na pokładzie niemieckiej maszyny i zajęłam miejsce przy oknie. Warszawa stała się odległym punktem na mapie. Za ogonem samolotu pozostali rodzice, doktor Douglas, Jurek, codzienna gonitwa.

– Wunschen Sie ein Glaschen Cognac? – Zobaczywszy w rękach stewardesy tacę z buteleczkami, domyśliłam się, że pyta, czy mam ochotę na kieliszek koniaku.

– Bitte sehr – odpowiedziałam, korzystając ze znajomości niemieckiego nabytej na rodzinnych wczasach w Warnemünde.

Wewnątrz poczułam przyjemne ciepełko, przepływające za oknem chmury kołysały do snu. Przymknęłam oczy, oddając ciało we władanie Morfeusza. Narzucona na ramiona kurtka grzała lekko.

– Hallo! – Ktoś dotknął mojej ręki.

Otworzyłam półsenne oczy.

Młody mężczyzna, który wcisnął mi w dłoń wizytówkę, oddalił się z zawadiackim uśmiechem ku kolejnym pasażerom. Export, import in all goods, przeczytałam tekst nad numerem telefonu.

– Handlarz bronią – uświadomił mnie mężczyzna zajmujący sąsiedni fotel.

– To legalne? – zdumiałam się mimo woli.

– Jedziemy do Zagrzebia, droga pani, a tam teraz wszystko jest legalne. W końcu musimy skądś tę broń brać. Wszystkie państwa udają, że jej nie sprzedają, ale interes kręci się jak cholera. Sam żałuję, że w to nie wszedłem. Byłbym bogaty. Pani pozwoli: Darko Ivanić – przedstawił się. – Od lat mieszkam w Niemczech. Mam tam małą firmę budowlaną, zarabiam na emeryturę. Tego handlarza widziałem już nieraz.

– Anna Jakubiec, jestem z Polski – zrewanżowałam się. – Jadę do… znajomych. – Nie odważyłam się wyjawić prawdy.

Facet rozsiadł się wygodniej w fotelu i przymknął oczy. Zrozumiałam, że rozmowa skończona.

Pożałowałam, bo gdybym pociągnęła gościa za język, być może dowiedziałabym się więcej, choćby o handlu bronią. Swoją drogą to dobry temat na początek, Julek o tym nie pisał, stwierdziłam. Z niepokojem pomyślałam, czy osoba, która ma mnie odebrać z lotniska, będzie czekać. Na wszelki wypadek miałam trochę dinarów, z taksówkarzem się dogadam. Pogratulowałam sobie młodzieńczej pasji, która kazała mi uczyć się egzotycznego języka chorwackiego (wtedy jeszcze ü). Teraz jak znalazł.

Wylądowaliśmy planowo. Ustawiłam się w kolejce po bagaż, cierpliwie czekając na moją czerwoną torbę fuksem zdobytą w sklepie sportowym kilka dni przed wyjazdem. Na wojnę z taką torbą! Bardzo stylowe, pomyślałam ze wstydem. Co było jednak robić, gdy rzucili tylko w kolorze krwistej czerwieni?

Na wszelki wypadek po raz ósmy sprawdziłam adres polskiego konsulatu, w którym miałam spędzić noc przed jutrzejszym wyjazdem do Zadaru. Jeśli wierzyć relacjom, od wczoraj można się było tam dostać bez przeszkód. Chorwacja z Serbią zawarły kolejny rozejm, odstępując od wzajemnych ataków.

W długim korowodzie walizek pojawiła się czerwona. Wyciągnęłam już rękę, by po nią sięgnąć, gdy pochwyciła ją obca dłoń.

– Przepraszam, to moja – wykrztusiłam z nadzieją po chorwacku, łypiąc na intruza próbującego porwać moją cenną własność.

– Blaż Batelić – przedstawił się mężczyzna. – Julek prosił, bym doholował cię do konsulatu. Musiał wyjechać. Nie masz nic przeciwko?

A cóż bym mogła mieć? Z wysokości ponad metra dziewięćdziesięciu centymetrów spoglądał na mnie postawny facet w moro, patrząc zadziornie prosto w moje oczy. Miał długie czarne włosy związane w kitkę. Po jego twarzy plątał się niesforny kosmyk, który wysunął się spod rzemyka.

Pewnie uścisnął moją dłoń. Zanim zdążyłam odpowiedzieć cokolwiek, kontynuował prezentację:

– Jestem dziennikarzem „Zadarskiego Listu”, kolegą Julka. Dzisiejszą noc spędzimy w waszym konsulacie, jutro jedziemy do Zadaru. Byłem kilka dni w okolicach Osijeka, ale u nas też robi się gorąco. Muszę wracać. Pojedziemy więc razem. W Zadarze masz zarezerwowany pokój. Na początku będę twoim przewodnikiem, zanim się nie rozeznasz. – Musiałam mieć głupią minę, bo zaczął mnie uspokajać. – To długo nie potrwa. Julek mówił, że szybko sobie poradzisz, więc niebawem się ode mnie uwolnisz.

Czułam, że pora przerwać milczenie i powiedzieć coś sensownego, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Zebrawszy się w sobie, bąknęłam w końcu:

– Przepraszam, ale nie mówię biegle po chorwacku. Dziękuję ci – bez skrępowania przeszłam na ty, skoro zaczął pierwszy – że po mnie przyjechałeś. Przepraszam, możesz chwilkę poczekać? Muszę iść do toalety.

To było wszystko, na co mnie było stać podczas pierwszej rozmowy. Stałam przed lustrem w kibelku, z zażenowaniem kręcąc głową nad własną nieporadnością. Zimna woda pomogła. Przemyłam twarz, przeczesałam włosy, odgarnęłam je z twarzy, musnęłam wargi bezbarwnym błyszczykiem i byłam gotowa.

Mój Chorwat (pomyślałam o nim „mój”, też coś!) czekał przy kasach z tandetną czerwoną torbą w ręce. Po chwili wojskowym gazikiem podążaliśmy do polskiego konsulatu w Zagrzebiu.

Blaż prowadził szybko i pewnie. Zastanawiałam się, czy aby na pewno jest dziennikarzem, a nie na przykład żołnierzem. Jakby odgadł moje myśli, bo się odezwał:

– Patrzysz na mój strój? W sklepach coraz większe pustki, a u przemytników najłatwiej dostać mundury. Są zresztą wygodne. – Puścił oko.

– Nie myślałam o twoim stroju – skłamałam – a o temacie na artykuł. Wpadł mi do głowy w samolocie. Jeśli jutro znajdziesz czas, chętnie ci opowiem.

– Jasne. Będziemy mieć go sporo w drodze do Zadaru. Poczekaj. – Zatrzymał auto. – Kupię coś na kolację – wyjaśnił. – W konsulacie nie ma się czego spodziewać. Pozwolisz, że wybiorę?

– Jestem wszystkożerna. – Powoli odzyskiwałam pewność siebie. – Dziękuję za troskę.

– Nie ma za co, Ana. Dla pięknej damy zrobię wszystko. Nie tylko kolację.

No tak, można się było tego spodziewać. Przystojny facet nigdy nie robi niczego za darmo.

Muszę zadzwonić do Jurka, że wylądowałam szczęśliwie, pomyślałam.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

POWRÓT

ANNA. WRZESIEŃ 1991

ANNA. WRZESIEŃ 1991

ANNA. WRZESIEŃ 1991

ANNA. 25 WRZEŚNIA 1991

Punkty orientacyjne

Okładka