Rodzinna ruletka - Anna Karpińska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Rodzinna ruletka ebook

Anna Karpińska

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

44 osoby interesują się tą książką

Opis

Kiedy w wypadku samochodowym ginie szwagier Marleny, a jej starsza siostra Dorota zapada w śpiączkę, kobieta zmuszona jest zająć się ich pięcioletnią córką Mają.

Sytuacja całkowicie zmienia plany życiowe bohaterki. Urodzona globtroterka i duchowo wolny strzelec staje nie tylko wobec konieczności opieki nad dzieckiem, ale i pomocy ojcu, z którym jest w nienajlepszych stosunkach – po tym, jak ten zostawił jej matkę po trzydziestu latach małżeństwa.

Czy Marlena podoła wyzwaniom, które burzą jej plany i całe dotychczasowe życie?

Pasjonująca, pełna emocji powieść o rodzinnych więzach, wyborach i uczuciach.

Anna Karpińska – autorka poczytnych książek obyczajowych, które cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem czytelników. Ukończyła politologię na Uniwersytecie Wrocławskim, uczyła studentów, była dziennikarką, wydawała książki, prowadziła firmę. Piętnaście lat temu porzuciła dotychczasowe życie zawodowe, całkowicie oddając się pisaniu powieści. Ma męża, trójkę dorosłych dzieci i troje wnucząt. Mieszka w Toruniu, weekendy spędza na wsi, przynajmniej raz w roku podróżuje gdzieś dalej, by naładować akumulatory. „Nie wyobrażam sobie życia bez moich bohaterów, ale tworzę dla czytelników. To ich zainteresowanie stanowi dla mnie źródło satysfakcji i motywuje do pracy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 346

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gosiamagierowska

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna, pochłonęłam w jeden dzień. Polecam 🥰
00



Copyright © Anna Karpińska, 2026

Projekt okładki

Justyna Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce

© Create image/Adobe Stock

© Rawpixel.com/Adobe Stock

Redaktor inicjujący

Michał Nalewski

Redaktor prowadzący

Anna Kubalska

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8444-584-6

Warszawa 2026

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

[email protected]

Prolog

Wrzesień 2026 roku

Kiedy zadzwoniła Paulina, świętowaliśmy z Kacprem nasz nieodległy wyjazd do Australii. Zdziwiłam się na widok jej numeru. Druga żona mojego ojca bardzo rzadko, żeby nie powiedzieć prawie nigdy, nie próbowała się ze mną łączyć.

Po tym, co zrobiła mamie, rozbiwszy przed niemal jedenastu laty małżeństwo rodziców, trafiła na czarną listę znienawidzonych przeze mnie osób.

Nasza niechęć okazała się wzajemna, co poskutkowało obustronnymi unikami. Nie było to jednak łatwe, kiedy mieszkało się w mieście średniej wielkości i obracało w kręgu osób z tego samego środowiska.

Ojciec, profesor lokalnej uczelni, dał się ponieść. Sztampowa zdrada, czyli romans z doktorantką.

Mimo że od jego wiarołomstwa minęło ponad dziesięć lat, nie potrafiłam mu wybaczyć i raczej nie widziałam szansy, by uległo to zmianie. Zbyt dużo złego uczynił mamie i całej rodzinie, bym kiedykolwiek wymazała z pamięci jego słabość do młodego ciała kochanki.

– Dzwoni Paulina – poinformowałam Kacpra. – Odebrać? – spytałam.

Kacper, zgodnie z przewidywaniem, gestem pokazał, żeby olać połączenie.

Znaliśmy się od ponad roku i od spotkania we Florencji byliśmy razem. Mój nowy chłopak początkowo zahaczył się na uczelni jako informatyk, ale miał wystarczająco dużo rozumu, by nie dać się karmić mizerną uniwersytecką pensją. Po jakimś czasie znalazł zdalną pracę w jakimś banku i kosił niezły hajs.

Lubiliśmy nasz wolny związek. Łączyła nas pasja do podróżowania i poznawania nowych miejsc. Niedawno jeżdżąc palcem po mapie, trafiliśmy na Australię.

Doskonale pamiętałam chwilę, w której podjęliśmy decyzję o wyjeździe na antypody. Kiedy podniosłam wzrok znad mapy, napotkałam pełne ekscytacji spojrzenie Kacpra.

– Myślisz o tym, co ja? – zapytał z nadzieją i się nie przeliczył.

– Naprawdę chcesz tam jechać?! – zawołałam, dolewając wina do kieliszków.

Mrugnął porozumiewawczo i w napięciu czekał na odpowiedź, choć moja reakcja wskazywała na pełny zachwyt pomysłem.

Pisnęłam „aha!” i zawisłam na jego szyi.

– W każdej chwili. Kumpela wróciła niedawno ze wschodniego wybrzeża Australii i jest zachwycona. Spędziła tam miesiąc – szczebiotałam podniecona wizją wycieczki w odległe rewiry.

Kacper odsunął mnie od siebie na wyciągnięcie ramion.

– Miałem na myśli dłuższy pobyt – powiedział poważnie. – Rok, dwa. Może na stałe?

W myślach pośpiesznie zmierzyłam się z pomysłem. Dodałam dwa do dwóch i otrzymałam wynik.

Nic nie trzymało mnie w Polsce. Mama, po latach samotności, znalazła ukojenie w ramionach Miguela, Hiszpana poznanego w trakcie wakacji. Na emeryturze zamieszkali na Costa del Sol. Moja siostra Dorota i jej mąż Irek właśnie świętowali w Zakopanem trzynastą rocznicę ślubu. A wiarołomnym ojcem, jego żoną Pauliną i moją przyrodnią siostrzyczką Polą nie zamierzałam się przejmować.

– Jestem za, Kacperku! Pojadę z tobą choćby i na koniec świata!

To było kilka dni temu. Dzisiaj Kacper stanął przede mną z dwoma biletami do Sydney.

– Wylot za tydzień. – Wręczył mi je niczym trofeum.

Przyznam, że trochę mnie zmroziło.

– Rozmowa o planach to jedno, a niespodziewany wyjazd drugie – bąknęłam.

Kacper nie wyglądał na zakłopotanego. Podszedł bliżej. Mowa ciała nie pozostawiała wątpliwości. Miał ochotę na seks.

Odsunęłam go, być może nazbyt gwałtownie.

– Kacper! Nie teraz. Chcę z tobą jechać, ale dlaczego podjąłeś decyzję za nas oboje?

– Bo wiedziałem, jaka będzie odpowiedź. – Uśmiechnął się szelmowsko. – Kochanie, przecież wiem, jaka z ciebie spontaniczna laska i jak nam razem dobrze. Tu i na końcu świata. Jeśli popełniłem grzech zaniedbania, serdecznie przepraszam – dodał. – Po prostu chciałem zrobić ci niespodziankę. Jak widać, się nie udała – zakończył, wstając, by zapalić papierosa.

Poczułam wyrzuty sumienia. Nie było o co się szarpać, nawet jeśli moja niezależność nieco ucierpiała. Chciał dobrze, a ja tego nie doceniłam.

– Kochanie, przepraszam. – Zaczęłam się kajać. – Po prostu mnie zaskoczyłeś. Myślałeś już, gdzie się zatrzymamy w Australii? – Wyciągnęłam rękę na zgodę.

Przerwał nam telefon od Pauliny. Kacper nie chciał, bym odebrała, ale ja miałam wątpliwości.

– A jeśli coś stało się ojcu? – Szczypta niepokoju zagościła w moim sercu.

– W takim razie się przekonaj – odparł i zostawił mnie samą w pokoju.

Nacisnęłam zielony przycisk, który nie przestawał pulsować. Słowa żony mojego ojca postawiły mnie na baczność.

– Cooo?! Wypadek?! Nic im się nie stało? – dopytywałam.

Prawda okazała się okrutna. Paulina przekazała mi wieści o Dorocie i jej rodzinie.

– Kiedy wracali z Zakopanego, pod Częstochową doszło do karambolu kilku samochodów. Krótko i na temat, Marlena, żeby nie przedłużać niepotrzebnie: Irek nie żyje. Dorota leży w częstochowskim szpitalu w śpiączce. Na szczęście Maja nie ucierpiała i trzeba ją stamtąd odebrać.

W pierwszym momencie nie potrafiłam złapać tchu. A gdy się jako tako opanowałam, uzmysłowiłam sobie bezmiar tragedii. Jednocześnie dotarły do mnie ostatnie słowa Pauliny. Moja pięcioletnia siostrzenica Maja potrzebowała pomocy.

– Dasz mi do telefonu ojca? – zapytałam schrypniętym głosem.

– Zadzwoniłam do ciebie, bo Stanisław po telefonie policji gorzej się poczuł i musiałam go zawieźć do szpitala. Jesteśmy na Cyprze i nie możemy nic zrobić. Musisz ogarnąć temat. Podam ci namiary na policjantów i na szpital, w którym leży Dorota. Masz jak zapisać?

Drżącymi dłońmi szukałam w torebce długopisu. W końcu wysypałam jej zawartość na stolik.

– Możesz dyktować – powiedziałam po dłuższej przerwie.

Podyktowała i rozłączyła się natychmiast. Dopiero wówczas zorientowałam się, że nie zapytałam o stan ojca. Niepokój o siostrę przeważył.

Zanim wybrałam numer szpitala, poinformowałam Kacpra o wypadku. Przytulił mnie mocno i zadeklarował pomoc.

– Kochanie, jeśli będzie trzeba, pojadę z tobą po Maję – obiecał. – A teraz uspokój się i wypytaj o stan Doroty. Paulina mogła coś przekręcić.

Nawet udało mu się nieco mnie uspokoić. I napełnić moje serce otuchą.

Niestety, Paulina miała dobre informacje. Lekarze potwierdzili każde jej słowo.

Przekazałam Kacprowi hiobowe wieści, krztusząc się i zalewając łzami.

– Muszę natychmiast jechać do Częstochowy! – zdecydowałam. – Ale najpierw zadzwonię do mamy.

Okazało się, że Paulina zrobiła to przede mną. Poinformował mnie o tym Miguel, który odebrał telefon mamy. Mój hiszpański pozwolił zrozumieć, że mama właśnie przeszła operację kręgosłupa i leży w szpitalu. I prośbę, by przynajmniej do jutra jej nie niepokoić.

– Alina no debería estar nerviosa – oznajmił.

Nie zamierzałam denerwować mamy. Usłyszałam jeszcze, że wszystko z nią w porządku, i się pożegnałam. Rozmowę odłożyłam na później.

Uświadomiłam sobie, w jakiej sytuacji się znalaz­łam. Choć zazwyczaj uciekałam od odpowiedzialności, tym razem musiałam stanąć z nią twarzą w twarz.

– Kacper, jedziesz ze mną do szpitala? – zawołałam i zobaczyłam, że mój ukochany stoi już w drzwiach.

Wrzuciłam do torby parę niezbędnych drobiazgów i zajęłam miejsce pasażera w jego aucie. W drodze zamieniliśmy zaledwie kilka słów.

Próg szpitala, w którym leżała moja siostra, przekraczałam z duszą na ramieniu.

Widok Doroty na OIOM-ie mnie przeraził. A gdy przygarnęłam do siebie Maję, rozkleiłam się zupełnie. Mała właśnie straciła ojca, a niebawem mogła stracić i matkę.

Na domiar nieszczęścia lekarze poinformowali mnie, że Dorota jest w czwartym miesiącu ciąży.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Alina

koniec czerwca 2016 roku, 10 lat temu

Trudno było nie zauważyć, że Stanisław ostatnimi czasy jest trochę nieobecny. Wracał późno z pracy, tłumacząc się nawałem zajęć, częściej niż zwykle przeglądał internet i konszachtował z kimś przez telefon.

Moja przyjaciółka Ivanka próbowała tłumaczyć jego zachowanie.

– Jest sesja, nawał egzaminów i tak dalej. W lipcu sobie odbijecie. Zaplanowaliście już urlop? – dopytywała.

– Wstępnie tak. Wybieramy się do Malagi.

– Świetnie! Porozmawiasz sobie po hiszpańsku. – Nawiązała do języka, którego od kilku lat uczyłam w jednym z liceów.

Nie ukrywałam, że pomysł wyjazdu na Półwysep Iberyjski przypadł mi do gustu. Tym bardziej że mieliśmy się tam udać z córkami.

Wprawdzie starszą, Dorotę, miałam przy sobie, ponieważ po studiach szczęśliwie została w rodzinnym mieście i mościła sobie gniazdko z mężem Irkiem kilka ulic od nas, ale Marlenkę, naszego niespokojnego ducha, nosiło po świecie. Nie potrafiła zagrzać miejsca na żadnym z kilku kierunków studiów, które podejmowała. Słomiany zapał tłumaczyła chęcią poszukiwania swojej drogi i nie pozwalała nam ingerować we własne wybory. Nie dała się również przekonać, by choć jedne ze studiów zakończyła dyplomem.

Niepokoiłam się o młodszą córkę i próbowałam podejmować temat ze Staszkiem, ale ten bagatelizował problem. Zwłaszcza teraz, kiedy Marlena była już bardzo dorosła.

– Alina, ona skończyła dwadzieścia sześć lat. Czas na wychowanie już minął – perorował, podczas gdy ja potrzebowałam wsparcia.

– Nie ukończyła żadnych studiów – drążyłam. – Nie znalazła sobie żadnego faceta na stałe. Wszystkie pieniądze, jakie zarabia na tych swoich wyjazdach jako pilotka wycieczek, wydaje.

W tym momencie mój mąż wygłosił zdanie, które powinno dać mi do myślenia.

– A może po prostu nie trafiła jeszcze na odpowiedniego partnera i swoją życiową pasję? Wiele małżeństw zawiera się bezmyślnie.

Gdyby był profesorem psychologii, potraktowałabym jego słowa jako słowa fachowca. Jednak pan Stanisław Nosowski pracował na wydziale biologii i do tej pory jakoś nie przepadał za zagłębianiem się w ludzką psychikę, sobie pozostawiwszy badanie glonów. Skoro już jednak postanowił wyrazić przemyślenie na temat sytuacji naszej młodszej córki, skorzystałam z okazji.

– Uważasz, że zawarliśmy małżeństwo bez głębszego zastanowienia? – zapytałam.

– Alina, czy ty zawsze musisz się czepiać słówek? O co ci chodzi? I o czym właściwie rozmawiamy? O Marlenie czy o nas? Nie mam ochoty ciągnąć tej dyskusji. Dorota właśnie przesłała mi propozycję miejscówki w Maladze, w której możemy się zatrzymać. Skupmy się raczej na konkretach, zamiast ciągle się czymś martwić. Chociaż dla ciebie to pewnie będzie bardzo trudne… – Wstał z fotela na znak, że dalsza rozmowa nie ma sensu.

Poczułam wyrzuty sumienia. Zasypywałam męża wątpliwościami i troskami, podczas gdy on wespół z córkami przygotowywał nas do rodzinnego wyjazdu, na którym mieliśmy świętować trzydziestą rocznicę naszego ślubu.

Nie wątpiłam, że wybór Malagi nie był przypadkowy. Odwiedziliśmy ją ze Staszkiem na naszą piętnastkę i wspominaliśmy ten pobyt z dużym sentymentem.

Rzuciłam za wychodzącym mężem krótkie „przepraszam”, ale tylko machnął ręką. Zostałam sama z poczuciem winy, które jeszcze się pogłębiło po rozmowie z Dorotą.

– To jedziemy do Malagi? – Zadzwoniłam do córki, postanowiwszy wypytać ją o szczegóły.

– Tato ci powiedział? To miała być niespodzianka – odparła zdziwiona.

– Wspomniał mimochodem. Zarezerwowałaś miejsca dla całej naszej piątki?

– No tak. Wylatujemy jedenastego lipca, kiedy Irek zaczyna urlop. O dziwo, Marlena też znalazła czas – dodała Dorota z przekąsem.

Tym razem postanowiłam zignorować sarkastyczny ton starszej córki.

– Wspaniale. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że tato wybrał to miejsce. A jeszcze bardziej raduje mnie perspektywa spędzenia czasu z wami, dzieciaki. Będzie cudownie.

Do końca czerwca pozostało jeszcze kilka dni i sporo zajęć. Po wystawieniu ocen i radzie pedagogicznej zakończyłam rok szkolny. Do domu wróciłam objuczona naręczem kwiatów od klasy, której byłam wychowawczynią.

Staszka, który niemal każdego dnia egzaminował, widywałam wyłącznie wieczorami.

Czekałam na niego z ciepłymi kolacyjkami, w wolnych chwilach przygotowując nas do wyjazdu do Hiszpanii. Na kanapie w gościnnym piętrzyły się czyste T-shirty, spodnie, kosmetyki w malutkich buteleczkach, akceptowanych przez linie lotnicze. I cała masa drobiazgów, które my, Polacy, gromadzimy jako zabezpieczenie na tak zwany wszelki wypadek. Na podłodze stała waga, ostateczny gwarant pozytywnego przejścia odprawy.

Marlena dotarła do domu zaledwie dzień przed wyjazdem. Do późnych godzin wieczornych denerwowałam się, czy tak się stanie, jednak żeby nie eskalować nerwowej atmosfery, powściągnęłam emocje.

Staszek rano poinformował mnie, że wychodzi do instytutu.

– Dzisiaj?! Przecież masz urlop – zdumiałam się.

– Alina, czy ja muszę ci się ze wszystkiego spowiadać? – odparł niezbyt uprzejmie i ściągnął brwi. – Mam sprawę do załatwienia. Wrócę za godzinę i możemy jechać.

Odetchnęłam, dopiero gdy cała nasza piątka wsiadła do samochodu i podążyła w kierunku Gdańska, z którego wylatywaliśmy do Malagi.

Gorące powietrze, które powitało nas na lotnisku Costa del Sol AGP, zaanonsowało początek hiszpańskiego urlopu. Wreszcie poczułam powiew szczęścia, które miało zapanować wokół nas.

Czekał nas tydzień na wybrzeżu ciepłego morza, w otoczeniu słońca i palm. Przy stolikach przytulnych knajpek, serwujących paellę pachnącą owocami morza, lokalną sangrię i wino pełne zapachów południa. Cieszyłam się na tapasy w porze lunchu, na plażowanie, na rybę w soli w porcie. A przede wszystkim na bliski kontakt w mężem, córkami i zięciem.

Wszystko to miałam na wyciągnięcie ręki.

Jak się okazało, Dorota wynajęła trzy pokoje w pensjonacie w centrum, który znałam z poprzedniego pobytu ze Staszkiem. Powitała nas ta sama właścicielka i zaprowadziła do pokojów na piętrze. Wprawdzie widok z okien mieliśmy na sąsiednie kamienice, ale pamiętałam, że z kuchni i tarasu na drugim piętrze można podziwiać rozległy i chwytający ze serce widok na dachy Malagi, port i morze zmieniające barwę w zależności od pory dnia.

Od razu po szybkiej toalecie zabrałam tam rodzinę.

Taras znalazłam w stanie niezmienionym mimo upływu piętnastu lat. Te same stoliki na giętych metalowych nogach, pomalowane zieloną farbą, ceramiczne donice z kwiatami, miniaturowymi drzewkami cytrynowymi, ziołami. Słońce, choć jeszcze dość wysoko, kierowało się na zachód, oświetlając dach pobliskiego Mercado, do którego lubiłam zachodzić w trakcie poprzedniego pobytu po oliwki i dojrzałe owoce, czasami również po wędzoną rybę. Świeżymi raczyliśmy się w knajpkach, których mnogość sprawiała turystom problem wyłącznie z wyborem. Wszystkie przyciągały pięknym śródziemnomorskim wystrojem, lokalizacją, wreszcie zapachami.

– Jak wam się podoba? – zapytałam z nieukrywanym zadowoleniem, wskazując na panoramę.

Dorota pisnęła z zachwytu. Bywała w świecie Marlena stwierdziła, że spodziewała się właśnie takiego widoku. Irek objął żonę i gorąco pocałował ją w usta, co wzięłam za przejaw zadowolenia, Staszek zachował powściągliwość.

– Ładnie. Gdybyś jeszcze wybrała knajpkę, w której moglibyśmy zjeść obiad… Byłbym w pełni zadowolony.

Pierwszy wieczór w Hiszpanii nie mógł obyć się bez paelli. Może powinniśmy byli skierować kroki do jednej z bocznych uliczek, w której częściej niż turyści jadają Hiszpanie, ale poprowadziłam rodzinę na centralny plac starówki, usytuowany w sąsiedztwie Catedral de la Encarnación, najważniejszej katedry w Maladze, otoczonej licznymi restauracjami i kawiarniami. Do lokalu z widokiem na przepiękny kościół z elementami gotyku, baroku i renesansu, którymi można było sycić oczy, jednocześnie dostarczając rozkoszy podniebieniu.

Rozochoceni dobrą atmosferą podlaną winem, po kolacji zapragnęliśmy przejść się nad morze. Jedynie Staszek wymówił się zmęczeniem po podróży.

– Naprawdę nie masz ochoty powędrować na Malaguetę? – spytałam zawiedziona jego brakiem entuzjazmu dla lokalnej plaży. Prowadził do niej urokliwy, przepiękny deptak Muelle Uno, bogaty w nowoczesne rzeźby, palmy, fikuśne ławki, oddzielający port od Par­que de Malaga, parku pełnego egzotycznych roślin z różnych kontynentów.

– Chętnie odpocznę po locie – skwitował, dodając, że czekają nas kolejne dni pełne wrażeń.

W przeciwieństwie do męża miałam ochotę na dalszą część wieczoru. I nie zawiodłam się. Kolejne dwie godziny spędzone z córkami i zięciem były samą przyjemnością. Nie zważając na brak kostiumu, pozwoliłam się nawet namówić na kąpiel w morzu. Wprawdzie przesiąknięte solą ciuchy nadawały się wyłącznie do prania, ale ja byłam szczęśliwa jak rzadko.

Po drodze do domu kupiliśmy kilka butelek wina, które planowaliśmy wysączyć na tarasie.

Męża zastałam w pokoju.

– Kochanie, popatrz tylko, jak ja wyglądam! – Zaprezentowałam się w sukience, która po wyschnięciu przypominała sztywny gorset.

– Kąpałaś się w ubraniu? – wyraził zdziwienie z nutką dezaprobaty.

– Żałuj, że nie dałeś się namówić. – Z trudem ściągałam przylegającą do ciała kieckę.

Przez moment przeszło mi przez myśl, że Staszek podejdzie i zechce ją ze mnie zdjąć, ale on zapamiętale przeglądał komórkę.

– Kupiliśmy wino i zapraszamy na taras – zagadnęłam, sięgając po ręcznik. – Tylko się opłuczę.

Kiedy wróciłam z łazienki, Staszek z dzieciakami siedzieli już przy stoliku. Na mnie czekał pełny kieliszek.

– I jak? – Okręciłam się wokół własnej osi, prezentując nową sukienkę w łączkę, którą kupiłam przed wyjazdem.

– Pięknie, mamuś! Cieszę się, że mnie tu ściągnęliście. – W oczach Marleny dostrzegłam niekłamany podziw. – Jak jest po hiszpańsku „chwytaj dzień”, bo zapomniałam?

– Aprovecha el día – przetłumaczyłam.

– Właśnie tak! – przytaknęła i wzniosła toast za nasz wyjazd.

Byłam szczęśliwa. Z młodymi, ze Staszkiem, który wprawdzie nie epatował entuzjazmem, ale przez trzydzieści lat zdążyłam się przyzwyczaić, że nigdy nie był wulkanem dobrego nastroju. Wystarczyła mi jego obecność, okoliczności przyrody i rodzina wokół.

Kolejne dni spędziliśmy na plaży, na zwiedzaniu i wieczornych kolacjach na starówce. Wypuściliśmy się w rejs po Morzu Śródziemnym, podziwialiśmy panoramę miasta z perspektywy posadowionej na okolicznych wzgórzach Alcazaby, twierdzy z czasów mauretańskich, i sąsiadującego z nią zamku Gibralfaro. Weszliśmy do Muzeum Picassa i usiedliśmy na kamiennych ławkach pamiętającego minione tysiąclecia rzymskiego amfiteatru. Naszymi jedynymi problemami były ochrona przed palącym słońcem, popołudniowa drzemka po plaży i wybór jednej z uroczych knajpek na wieczorny obiad.

Tak mogłam żyć. Mając przy sobie bliskich, nie oczekiwałam niczego innego. Byłam spełnioną pięćdziesięciopięciolatką.

Pisałam do Ivanki pogodne esemesy.

„Kochana, nie wiem, czym zasłużyłam sobie na tak wspaniały los. Jest cudownie! Nawet Staszek ma lepszy humor. Jutro nasza rocznica. Nie wypytuję, jaki prezent przygotował. Pewnie pomogły mu dziewczyny. Co prawda nasz pobyt się kończy, ale został jeszcze jutrzejszy wieczór. Po powrocie opowiem ci wszystko ze szczegółami. Całusy. A.”

Tego dnia jak zwykle poszliśmy na La Malagueta, w drodze powrotnej zahaczywszy o rybkę w porcie. Kiedy Staszek wymknął się z domu, nie wypytywałam, dokąd idzie. Pewnie miał do załatwienia sprawy związane z naszą rocznicą.

Wykorzystałam samotne chwile na przygotowania do wielkiego wieczoru, by powitać mojego trzydziestoletniego męża świeżym wyglądam. Słońce i wypoczynek sprzyjały. Z zadowoleniem przejrzałam się w lustrze: opalona twarz, wypłowiałe na słońcu włosy, a nawet jakby smuklejsza kibić. Sporo chodziliśmy, więc nie musiało to być wyłącznie złudzenie.

Tym razem udaliśmy się do jednej z restauracji przy rzymskim amfiteatrze. Okazało się, że dzieci dokonały rezerwacji z wyprzedzeniem, dzięki czemu dostaliśmy stolik w zacisznym zakątku.

Po złożeniu zamówienia Staszek wręczył mi puzderko, które wyjął z plecaka. Zawierało przepiękny wisiorek z białego złota, zdobny w pięknie szlifowany szmaragd. Kiedy jednak próbowałam rzucić mu się na szyję, by podziękować i powiedzieć, jak bardzo go kocham, odsunął mnie od siebie.

Wstał i uciszył gestem towarzystwo.

– Pozwólcie mi coś powiedzieć – zaczął. – To nie jest dla mnie łatwe…

Zaniepokoiłam się, obawiając się hiobowych wieści o zdrowiu. Ostatnio często bywał nieobecny ciałem i duchem. Przerażona czekałam na dalszy ciąg.

W pierwszej kolejności Staszek zwrócił się do mnie.

– Alina, chciałbym podziękować ci za te trzydzieści lat razem. Za kawał czasu, który przeżyliśmy u swojego boku, i doczekaliśmy się dwóch wspaniałych córek. Nigdy ich nie zapomnę, jak nie zapomniałem, że lubisz szmaragdy, choć dopiero teraz ci je kupiłem. Przepraszam za wszystko, co w naszym życiu potoczyło się nie po twojej myśli. Za moje błędy.

Każde słowo wzbudzało we mnie coraz większy niepokój. Mój mąż mówił, jakby zamierzał się pożegnać. Mimo to nie przerywałam mu, licząc na zwrot akcji i jakąś zabawną puentę.

Jednak nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Ostatnie słowa Staszka zwaliły mnie z nóg.

– Chciałem spędzić czas w Hiszpanii z wami wszystkimi, bo pewnie taka sytuacja już się nie powtórzy. Muszę wam przekazać coś ważnego. Przede wszystkim tobie, Alinko. – Spojrzał na mnie. – Odchodzę.

– Co ci jest, kochanie?! – Podbiegłam do Staszka i z troską ujęłam w dłonie jego twarz.

Delikatnie odsunął mnie na odległość ramion.

– Mam kogoś. Paulina spodziewa się dziecka. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę szukałem sposobu, żeby jak najdelikatniej wam to przekazać.

Patrzyliśmy na niego z niedowierzaniem.

Do mnie pierwszej dotarła treść przekazu. Mój mąż właśnie zostawił mnie dla młodszej kobiety. Bo jeśli była w ciąży, to pewnie miała mniej niż pięćdziesiąt pięć lat.

Po chwili ciszy wstałam z krzesła.

– Idę do domu – oznajmiłam. – Sama. – Powstrzymałam gestem Marlenę, która również się podniosła.

Świat nagle przestał istnieć.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

Spis treści

Prolog

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka