Chłopki. Opowieść o naszych babkach - Joanna Kuciel-Frydryszak - ebook + audiobook

Chłopki. Opowieść o naszych babkach ebook i audiobook

Joanna Kuciel-Frydryszak

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

1237 osób interesuje się tą książką

Opis

Autorka Służących do wszystkiego wraca do tematu wiejskich kobiet, ale tym razem to opowieść zza drugiej strony drzwi chłopskiej chałupy. Podczas, gdy Maryśki i Kaśki wyruszają do miast, by usługiwać w pańskich domach, na wsiach zostają ich siostry i matki: harujące od świtu do nocy gospodynie, folwarczne wyrobnice, mamki, dziewki pracujące w bogatszych gospodarstwach. Marzące o własnym łóżku, butach, szkole i o zostaniu panią. Modlące się o posag, byle „nie wyjść za dziada” i nie zostać wydane za morgi. Dzielące na czworo zapałki, by wyżywić rodzinę. Często analfabetki, bo „babom szkoły nie potrzeba”.

Nasze babki i prababki.

Joanna Kuciel-Frydryszak daje wiejskim kobietom głos, by opowiedziały o swoim życiu: codziennym znoju, lękach i marzeniach. Ta mocna, głęboko dotykająca lektura pokazuje siłę kobiet, ich bezgraniczne oddanie rodzinie, ale też pragnienie zmiany i nierówną walkę o siebie w patriarchalnym społeczeństwie.

Joanna Kuciel-Frydryszak mówi prawdę. Opisuje historię wsi biedą i głodem naszych babek i rozrywa nam serca. Wstrząsająca historia polskich kobiet. Moja babka była jedną z nich”.

IZABELA KUNA

„Ta książka powinna być lekturą obowiązkową. Nie zrozumie nikt współczesnej Polski, społecznych napięć i historii własnej rodziny bez zrozumienia tego, co Joanna Kuciel-Frydryszak opisała w Chłopkach. Tej mieszaniny krzywdy od kołyski i heroizmu aż po grób. Wstrząsający obraz nieludzkiej męki codziennego życia, poniewierki, biedy, upokorzenia naszych babek i prababek. Na zegarze historii to przecież było wczoraj, dlatego siedzi w nas tyle demonów i buntu…”

JOANNA KOS-KRAUZE

„Osoby, których życie stanowiło tło dla historii powszechnie uważanych za istotniejsze, wreszcie stają na pierwszym planie. Wspaniała i poruszająca książka”.

KACPER POBŁOCKI

profesor Uniwersytetu Warszawskiego, autor książki Chamstwo

Joanna Kuciel-Frydryszak

dziennikarka, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Autorka biografii Słonimski. Heretyk na ambonie, nominowanej w najważniejszych konkursach na Historyczną Książkę Roku (im. K. Moczarskiego i O. Haleckiego), cenionej biografii Kazimiery Iłłakowiczówny Iłła (Marginesy 2017), nominowanej do Nagrody im. Józefa Łukaszewicza, oraz bestsellerowej książki Służące do wszystkiego (Marginesy 2018), która znalazła się na liście dziesięciu najważniejszych książek 2018 roku dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do Czytania” i dostała nominację do Nagrody Historycznej „Polityki” oraz Nagrody „Newsweeka” im. T. Torańskiej. Jej najnowsza książka książka to Chłopki. Opowieść o naszych babkach (Marginesy 2023).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 529

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 17 min

Lektor: Maria Peszek

Oceny
4,7 (5297 ocen)
4052
970
213
44
18
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AnnaSzerszen

Nie oderwiesz się od lektury

Mega!!!! To powinna być obowiązkowa lektura szkolna w liceum aby każdy zrozumiał ze „Chłopi” Reymonta to lukrowaną wersja życia 75% obywateli Polski nie tylko z przełomu Ix i z wieku!!! Po tej lekturze układa mi się w bardzo logiczny ciąg życie przodków i w mojej rodzinie. Obawiam się że życie obu moich babek i prababek zarówno po mieczu jak i po kądzieli to gotowy scenariusz na kolejną sagę rodzinną. Tak jak u bohaterek „Chłopek” bliskie mi są opowieści o znoju kobiet bez wsparcia ich mężów i że ci mężowie to nie koniecznie byli wybrani z miłości ale z powodu decyzji starszyzny, tułaczka po obczyźnie jak i mezalians również nadałaby pikanterii opowieściom moich protoplastkę!!! Ta lektura pozwala zrozumieć odchodzące pokolenia i spojrzeć z podziwem na postęp jaki stał się udziałem kobiet w Polsce. Gorąco polecam!!!!
546
Weganka_i_Tajga

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowity reportaż! Momentami wstrząsający i aż ciężko uwierzyć, że w ciągu tylko 100 lat zmieniło się tak wiele.
Adonis_i_Zeus

Nie oderwiesz się od lektury

Fenomenalna, dawno nic mnie tak nie wciągnęło. Tak jakbym słuchała opowieści babci. Zaledwie dwa pokolenia a jaka różnica. Lektura obowiązkowa dla większości z nas.
271
EwaOch17

Nie oderwiesz się od lektury

Niesamowita pozycja, otwierająca oczy. "Połknęłam" ją w dwa dni i na długo pozostanie w mojej głowie, zwłaszcza, że dzięki niej zrozumiałam jak wyglądało życie mojej babci i prababci. Cudo!
231
Agnieszka8888

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka powinna być obowiązkową pozycją dla każdej współczesnej kobiety. Bardzo ciekawie opisana codzienność naszych przodkiń.A w sumie to nie było tak znowu dawno...

Popularność




Wy­dawca ADAM PLUSZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca KA­RO­LINA WĄ­SOW­SKA
Re­dak­cja BE­ATA KĘCZ­KOW­SKA
Kon­sul­ta­cja hi­sto­ryczna dr MO­NIKA PIO­TROW­SKA-MAR­CHEWA
Kon­sul­ta­cja hi­sto­ryczna roz­działu 13 prof. dr hab. ANNA LAN­DAU-CZAJKA
Ko­rekta AU­RE­LIA HO­ŁU­BOW­SKA
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych, opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficzne i gra­ficzne ANNA POL
Ła­ma­nie i ko­rekta ANNA HEG­MAN
Zdję­cie na okładce ze zbio­rów Na­ro­do­wego Ar­chi­wum Cy­fro­wego
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Książka po­wstała dzięki sty­pen­dium ar­ty­stycz­nemu pre­zy­denta Wro­cła­wia
Co­py­ri­ght © by Jo­anna Ku­ciel-Fry­dry­szak Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2023
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67674-86-7
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dźwiga na ple­cach

dom, ogród, pole,

krowy, świ­nie, cie­lęta, dzieci.

Jej grzbiet dziwi się,

że nie pęk­nie.

Jej ręce dzi­wią się,

że nie od­padną.

Ona się nie dziwi.

Pod­piera ją jak krwawy kij

umarła ha­ro­waczka

jej umar­łej matki.

Pra­babkę

bili ba­tem.

Ten bat

błysz­czy nad nią w chmu­rze

za­miast słońca.

Anna Świrsz­czyń­ska, Chłopka

Ja An­to­nina Ja­sczak pi­sze pare słów do Wiel­mo­zny Pani.

Prze­pra­szam Wiel­mo­znom Pa­niom chcia­ła­bem sie za­py­tać i po­ra­dzić Wiel­mo­zny Pani. Mam Myza w Pol­scze i jedno dzieczko, chło­piec ma 8 lat i to bem chciała ik scion­gnoć do sie­bie, bo w Pol­scze tam mąż ni ma pracy, bieda, tylko na ko­mor­nem mieszka, ta ja pro­szę bar­dzo ser­decz­nie Wiel­mo­znom Pa­niom, zeby Wiel­mo­zna Pani była tak ła­skawa mi jako do­ra­dzić i do­po­móc, je­żeli by nie szło dzieczku scio­gnoć, to cho­cias sa­mygo myza, a je­żeli by można dzieczko tes, to chęt­nie bem chciała, bo jo bem chciała za­po­cze­bo­wa­nie po­słać, ale nie wiem jak sie na­zywa za­po­cze­bo­wa­nie po fran­cu­sku, to sie ni moge zmó­wić na to. [...] Ja jus Pani za­płace co pani by­dze rzą­dać, azeby Pani Wiel­mo­zna mo­gła sie wy­sta­rać o miej­sce mego myza i dzieczko, azeli by było trudno o dziecko, to myza i pro­szę, zeby Pani Wiel­mo­zna była ła­skawa mi na­pi­sać jak się na­zywa za­po­cze­bo­wa­nie i ser­decz­nie pro­szę od­pis i za­se­łam ni­skie ukłony dla Wiel­mo­zny Pani. Także Julja Czu­bata za­seła ni­skie ukłony dla Wiel­mo­zny Pani[1].

An­to­nina Ja­sczak

ROZ­DZIAŁ 1

ZBĘDNE

Kiedy wiej­ska dziew­czyna się przed­sta­wia, po­daje imię, na­zwi­sko, na­zwę wsi, z któ­rej po­cho­dzi, oraz mówi, jak duże są jej ro­dzina i go­spo­dar­stwo jej ojca. Te dwie ostat­nie in­for­ma­cje po­wie­dzą nam o jej sy­tu­acji naj­wię­cej. Gdy po­zna­jemy córkę go­spo­da­rza z sze­ścior­giem dzieci i trzema mor­gami[2], to już wiemy: cier­pią głód. Ich go­spo­dar­stwo na­zy­wane jest przez spe­cja­li­stów od eko­no­mii kar­ło­wa­tym, co ozna­cza: nie­wy­dajne, nie­wy­star­cza­jące, by wy­ży­wić ro­dzinę.

Co mia­łaby tu­taj ro­bić do­ra­sta­jąca dziew­czyna? Jako dziecko pa­sie gęsi lub krowę. Gdy do­ro­śnie, nie jest do ni­czego po­trzebna. Prze­ciw­nie: ob­ciąża go­spo­darkę, bo trzeba ją wy­kar­mić, a nie ma czym.

Czy tak się na­ro­dziło słowo dar­mo­zjad? Nie. Dla ta­kich jak ona eko­no­mi­ści za­re­zer­wo­wali bar­dziej ele­gancki ter­min, ale wciąż bru­talny: zbędna. Nie ma dla niej pracy, więc nie ma dla niej je­dze­nia. Jest zbędna. Trzeba ją jak naj­szyb­ciej wy­dać za mąż. Chyba że uciek­nie do mia­sta, naj­czę­ściej na słu­żącą. Albo na saksy do Fran­cji, Bel­gii, Nie­miec.

W Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej 64 pro­cent go­spo­darstw na wsi uzna­wano za nie­wy­star­cza­jące[3], a 40 pro­cent wiej­skich ko­biet za zbędne.

Miesz­kanki ma­ło­pol­skiego Bo­rzę­cina na sak­sach w Niem­czech, u bau­era

W 1936 roku w Dzi­kowcu po­ja­wia się an­kie­ter. In­te­re­sują go małe go­spo­dar­stwa, wła­śnie te na­zy­wane kar­ło­wa­tymi. Go­spo­da­rzom, któ­rzy przyj­mują go pod swój dach, za­daje te same, dro­bia­zgowe py­ta­nia: Co je­dzą? Co sieją? Jak miesz­kają? Ja­kie sprzęty po­sia­dają? Ja­kie zwie­rzęta ho­dują? W co się ubie­rają?

Czyli po pro­stu: jak so­bie ra­dzą z ży­ciem.

Dzięki temu zaj­rzymy do chłop­skich cha­łup na po­łu­dniu Pol­ski sprzed nie­mal stu laty. Bę­dzie to przy­kra wi­zyta.

Dzi­ko­wiec to spora wieś na Pod­kar­pa­ciu: około dwu­stu chłop­skich go­spo­darstw, z któ­rych po­nad po­łowa to go­spo­dar­stwa małe i bar­dzo małe. Naj­bliż­sze mia­sto – Kol­bu­szowa – od­da­lone jest o sześć ki­lo­me­trów, w po­bliżu nie ma żad­nych fa­bryk, a więc moż­li­wo­ści za­rob­ko­wa­nia. Do­ro­bić można, idąc „na pań­skie” do po­bli­skiego dworu lub po­wo­żąc fur­manką. Ko­biety wy­pla­tają ko­sze.

An­kie­tera przyj­muje ro­dzina go­spo­da­rza T.W. On ma trzy­dzie­ści cztery lata, ona trzy­dzie­ści je­den. Oboje skoń­czyli cztery klasy szkoły po­wszech­nej, wy­cho­wują dwójkę dzieci: sied­mio­let­nie i pię­cio­let­nie. Na swo­ich trzech mor­gach upra­wiają żyto i ziem­niaki, ho­dują krowę, cielę i sześć kur. Miesz­kają w drew­nia­nym domu kry­tym słomą, ale to wła­ści­wie je­den dwu­dzie­sto­pię­cio­me­trowy po­kój. Dru­gie po­miesz­cze­nie to obora.

Na jedną osobę – no­tuje an­kie­ter – wy­pada 5,1 me­tra kwa­dra­to­wego, izba nie ma pod­łogi (glina), dwa okna o wy­mia­rach 102 na 80 cen­ty­me­trów ni­gdy nie są otwie­rane.

Sie­dząc na jed­nym z dwóch krze­seł, które na­leżą do ro­dziny, an­kie­ter spi­suje po­zo­stałe sprzęty w tym domu:

dwa łóżka

je­den stół

cztery ławy

je­den sto­łek

półka

ze­ga­rek

osiem ob­ra­zów re­li­gij­nych w mar­nym sta­nie

To wszystko.

Na­stęp­nie pyta ro­dzinę o hi­gienę:

– Czy w miesz­ka­niu znaj­dują się pa­so­żyty (plu­skwy, ka­ra­lu­chy itp.)?

– Czy prak­ty­kuje się spa­nie gru­powe, np. dzieci?

– Ile osób sy­pia ra­zem?

– Czy prak­ty­kuje się spa­nie na ziemi itp.?

– Czy prak­ty­kuje się spa­nie w bu­dyn­kach go­spo­dar­skich la­tem, zimą?

– Ile razy każdy z człon­ków bie­rze ką­piel w po­rze let­niej? A w po­rze zi­mo­wej?

W domu ro­dziny W. nikt na ziemi nie sy­pia. Za to na piecu śpi tak zwana ko­mor­nica. Tak na­zywa się te, które nie mają swo­jego domu. Dzie­więć­dzie­się­cio­let­nia ko­bieta jako zbędna tuła się po ob­cych. Po­maga przy dzie­ciach w za­mian za kąt do spa­nia. W Dzi­kowcu rze­czy­wi­ście do­stała kąt, na piecu.

Ale dom ro­dziny W. to nie tylko sy­pial­nia i kuch­nia, to też za­kład szew­ski, bo męż­czy­zna do­ra­bia, ro­biąc buty. Tu­taj rów­nież trzy­mane są kury. Nie po­winni jed­nak na­rze­kać: dwa łóżka na czte­ro­oso­bową ro­dzinę to jest coś.

Córka wdowca spod Kra­kowa, uro­dzona w 1917 roku, jako na­sto­latka śpi w jed­nym łóżku z dwoma braćmi. „Ja w gło­wach, a bra­cia w no­gach – wspo­mina. – Ale po czym wie­dzieli, gdzie głowy, gdzie nogi, to nie wiem, bo na żad­nym końcu po­duszki nie było, tylko stare szmaty”. Ko­lejny jej brat śpi w łóżku z oj­cem, a po­zo­stali dwaj na pry­czach w stajni.

Ja­dwiga Szkraba, uro­dzona w kur­nej cha­cie w be­skidz­kim Ode­rnem, jesz­cze w 1923 roku jako dziecko ucieka nocą z domu przed gry­zą­cym dy­mem. „Nie mie­li­śmy ko­mina, a tylko z pła­skich ka­mieni uło­żone pa­le­ni­sko. Tak nam ten dym do­ku­czał, że spać cho­dzi­łam z sio­strą do stajni, gdzie pod po­wałą były zro­bione pry­cze z de­sek, no i mama mó­wiła, że tam cie­plej jak w izbie, bo się skła­dało na­wóz od jed­nej krowy któ­rą­śmy mieli”.

Spo­łecz­nicy ła­pią się za głowy.

„Ro­dzina mieszka na wsi prze­waż­nie w jed­nej izbie, w któ­rej prze­bywa od 6 do 12 osób – w czym znaj­dują się i cho­rzy i dziad­ko­wie, któ­rzy za­ła­twiają swoje po­trzeby w wia­derko i na sien­nik. Łó­żek – 2–3, ko­ły­ska, ławy koło pieca, ku­ferki – to za­stę­puje łóżka. Dziad­ko­wie śpią na jed­nym z łó­żek bio­rąc które z wnu­cząt do sie­bie w nogi, w po­przek łóżka, a więc trzy osoby na jed­nym łóżku – i, dziecko ma przez całą noc tuż przy twa­rzy nogi lu­dzi star­szych, czę­sto nie bar­dzo czy­ste! Dru­gie łóżko zaj­mują ro­dzice; też nie­rzadko z jed­nym dziec­kiem. Ja­każ wy­goda? Gdy na to zwra­cam uwagę, sły­szę za­wsze jedną od­po­wiedź: «my już tak na­wy­kli». Trze­cie łóżko zaj­mują dzieci róż­nego wieku i czę­sto róż­nej płci. Śpią sio­stry z braćmi w róż­nych la­tach – tu­taj już nie o wy­godę cho­dzi, ale o coś da­leko waż­niej­szego!” – pi­sze Zo­fia Ka­czyń­ska w 1929 roku w cza­so­pi­śmie „Przo­dow­nica”.

A dok­tor Wła­dy­sław Cho­decki za­leca: „Lud­ność wiej­ska po­winna się od­uczyć sy­pia­nia po kil­koro w jed­nym łóżku, sy­pia­nia w ubra­niu, rzad­kiego zmie­nia­nia bie­li­zny na so­bie i w łóżku, i my­cia się wodą pusz­czaną z ust na ręce”.

Tym­cza­sem an­kie­ter w Dzi­kowcu przy­gląda się gar­de­ro­bie ba­da­nej ro­dziny. Ko­bieta wy­mie­nia wszystko, co po­siada:

trzy ko­szule

jedną parę maj­tek

jedną parę poń­czoch

dwie bluzki (od święta)

jedną spód­nicę (na co dzień i od święta)

je­den płaszcz (od święta)

jedną parę trze­wi­ków

chu­stę do okry­cia w sta­nie zno­szo­nym

trzy chustki na głowę

Odzież ko­biety jest warta 21,30 zło­tych.

Średni za­ro­bek mie­sięczny w Pol­sce w 1936 roku to 250 zło­tych. Wy­rob­nica w fol­warku pra­cuje za nie­całą zło­tówkę dzien­nie.

Je­śli cho­dzi o męża, to an­kie­ter ustala, że po­siada on:

ko­szulę i parę ka­le­so­nów wła­snego wy­robu

je­den „gar­ni­tur” wła­snej ro­boty na co dzień oraz je­den od święta (an­kie­ter nie zdra­dza, co ozna­cza cu­dzy­słów, ale do­my­ślić się można, że szyty na wzór pań­skiego, wciąż jed­nak po­zo­sta­jący chłop­skim)

ko­żuch zno­szony

dwie pary trze­wi­ków (na co dzień i od święta)

czapkę na co dzień

ka­pe­lusz od święta

Ubra­nia męż­czy­zny są warte 25,50 zło­tych, czyli o po­nad 4 złote wię­cej niż ko­biety. Męż­czy­zna ma dwie pary bu­tów. Po­nie­waż za­ła­twia sprawy, re­pre­zen­tuje, po­li­ty­kuje, jego wyj­ścia są istot­niej­sze. Ko­bie­cie wy­star­czy jedna para. Ona po­trze­buje bu­tów przede wszyst­kim po to, by pójść do ko­ścioła i na targ.

Do­brze by­łoby wie­dzieć, jak dzi­siaj, po po­nad osiem­dzie­się­ciu la­tach, żyje się po­tom­kom ro­dziny W. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że ich wnuki wciąż miesz­kają w Dzi­kowcu, a może na­wet dzieci? Kim są? Czym się trud­nią? Czy i w jaki spo­sób bieda ich dziad­ków od­ci­snęła piętno na dal­szych lo­sach ro­dziny? Ko­rzy­sta­jąc z pod­po­wie­dzi, że T.W. był szew­cem, pró­buję ich od­szu­kać. Być może lu­dzie sko­ja­rzą, w pod­kar­pac­kich wsiach miesz­kają prze­cież z dziada pra­dziada. Ma­rian Pió­rek, hi­sto­ryk i były dy­rek­tor tam­tej­szej szkoły, prze­gląda dla mnie księgi chrztu i akta ślubu, jed­nak T.W. nie znaj­duje. A czy nie da się usta­lić, kto w Dzi­kowcu był szew­cem? „W Dzi­kowcu przed drugą wojną świa­tową tj. przed 1939 we wsi dzieci cho­dziły boso długi czas roku, mimo że szew­ców było ok. 20 do­ra­bia­ją­cych rol­ni­ków” – od­pi­suje Ma­rian Pió­rek.

Dwu­dzie­stu? Trzy pary bu­tów w ro­dzi­nie, a szew­ców w jed­nej wsi dwu­dzie­stu? Po co?

Ku­stoszka Agnieszka Gra­bow­ska w po­tęż­nych, dusz­nych ma­ga­zy­nach war­szaw­skiego Mu­zeum Et­no­gra­ficz­nego otwiera ogromną szu­fladę. Sta­jemy na dra­bin­kach, bo szu­flada z na­pi­sem „Buty” znaj­duje się na gó­rze, i szpe­ramy.

Wielu chłop­skich ro­dzin nie stać na buty dla dzieci, a gdy przy­cho­dzi je­sień, nie da się już dłu­żej cho­dzić boso. Po­li­cja w Sta­ni­sła­wo­wie roz­daje buty bied­nym dzie­ciom, rok 1937

Wy­cią­gam na chy­bił tra­fił, li­cząc, że znajdę dam­skie, i fak­tycz­nie: trze­wiczki, czó­łenka, pra­wie same czarne. Ni­gdy nie wi­dzia­łam tak mocno po­ła­ta­nych bu­tów, nie spo­dzie­wa­łam się, że w ogóle moż­liwa jest tak za­wzięta walka o prze­dłu­że­nie ży­cia obu­wiu. A jed­nak sta­rych, znisz­czo­nych bu­tów było tak dużo, że miały swoją na­zwę: char­boły. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy szewcy w Dzi­kowcu przy­naj­mniej raz na­pra­wiali ten sam but. Tym­cza­sem we wspo­mnie­niu Grze­go­rza Ze­lka o ro­dzin­nym go­spo­dar­stwie w oko­li­cach No­wego Są­cza można zna­leźć taką in­for­ma­cję: „Dzia­dek wspo­mi­nał, że wraz z braćmi mieli tylko je­den kom­plet ład­nego ubioru i jedną parę bu­tów, w któ­rych cho­dzili na zmianę. Ksiądz Wła­dy­sław Pią­tek po­daje na pod­sta­wie ksiąg pa­ra­fial­nych, że jedna para bu­tów słu­żyła miesz­kań­com domu prze­cięt­nie przez 10 lat”. Dla chło­pów buty to sym­bol god­no­ści. Ale dla wielu na­szych bo­ha­te­rek to jesz­cze inna sprawa. Dla nich buty ozna­czają wol­ność.

ROZ­DZIAŁ 2

PA­SIONKA

Dziecko wiej­skie krótko jest dar­mo­zja­dem. Pa­sa­nie by­dła jest wszę­dzie za­wo­dową pracą dziecka. Pa­sają zresztą wszystko, co się daje pa­sać: ko­nie, krowy, kozy, trzodę, gęsi, pil­nują ka­czek nad wodą i spę­dzają je z wody nad wie­czo­rem. Tak czy ina­czej, dziecko od szó­stego roku ży­cia jest pra­cow­ni­kiem do­mo­wym.

Ma­ria Li­bra­chowa, Dziecko wsi pol­skiej, 1934 rok

W 1929 roku cza­so­pi­smo „Głos do Ko­biet Wiej­skich” na pierw­szej stro­nie pu­bli­kuje re­la­cję in­struk­torki, która pro­wa­dzi na wsi kurs go­spo­dar­stwa do­mo­wego: „Któ­re­goś dnia je­sien­nego có­reczka sied­mio­let­nia go­spo­dyni, u któ­rej miesz­ka­łam, przy­szła z pa­stwi­ska spła­kana, prze­stra­szona, chora. Przy roz­bie­ra­niu się jej do snu matka pa­trzy, a tu ko­szula dziecka jest od dołu cała za­krwa­wiona i cały dół brzuszka też krwią za­sty­głą zwa­lany, oka­zało się przy bliż­szym zba­da­niu, że nad dziew­czynką do­ko­nano gwałtu. Dziecko długo cho­dziło senne, jakby otu­ma­nione, ale na trzeci dzień, po­mimo pła­czu dziew­czynki, matka wy­gnała je znów z kro­wami na ugór”.

Pa­sionka to zwy­kły los chłop­skiego dziecka. Bu­dzone o świ­cie, pro­wa­dzi zwie­rzęta na pa­stwi­sko, zwy­kle krowę, cza­sami przez całą wieś. Tam pil­nuje, aby nie wcho­dziła na są­sied­nią mie­dzę i nie ucie­kła, a póź­nym wie­czo­rem spę­dza ją z po­wro­tem do go­spo­dar­stwa. „By­wają wsie, gdzie dzieci wszyst­kie są nie­wol­ni­kami krów, cie­la­ków, owiec, koni, świń” – pi­sze w 1928 roku w cza­so­pi­śmie „Głos do Ko­biet Wiej­skich” Pe­la­gia Re­storf­fowa, dzia­łaczka spo­łeczna, która za­wzię­cie zwal­cza pa­sionkę dzieci.

Wszy­scy wie­dzą, że część dzie­cia­ków cho­dzi na pa­stwi­sko za­miast do szkoły. Kil­ku­let­nie dziew­czynki naj­czę­ściej za­czy­nają od pa­sa­nia drob­nych zwie­rząt, gęsi, ka­czek, aby z wie­kiem za­stą­pić star­sze ro­dzeń­stwo przy wy­pa­sie krów. Ka­zi­miera Dłu­go­łęcka, która swoją ro­dzinę wspo­mina jako do­syć bo­gatą („mie­li­śmy pod­łogi i po­dwójne okna”), pa­sała gęsi od pią­tego roku ży­cia: „Pa­sło się na wspól­nym pa­stwi­sku około pół­tora ki­lo­me­tra od domu. Ukro­ili pajdę chleba, wy­drą­żyła mama do­łek, na­ło­żyła tam ma­sła, na­kryła tym ka­wał­kiem, co wy­drą­żyła, za­wi­nęła w czy­stą, lnianą ście­reczkę i to było po­ży­wie­nie na cały dzień”.

Dziecko pa­sące krowy na rży­sku, rok 1933

Pe­la­gia Re­storf­fowa po­mstuje: „Co ro­bią te gro­mady dzieci, włó­cząc się po la­sach? Jaką szkołę ze­psu­cia, łaj­dac­twa, ja­kim ogłu­pie­niem jest dla nich to bez­myślne ła­że­nie w próż­no­wa­niu, i cią­głe ob­co­wa­nie dziew­cząt z chłop­cami bez oka star­szych, bez opieki i kon­troli ni­czy­jej – do­my­ślić się ła­two. Czy ta krowa lub świ­nia nie może być ina­czej ży­wiona tylko ko­niecz­nie kosz­tem zdro­wia du­szy dziecka? Kosz­tem nie­po­we­to­wa­nej straty naj­lep­szych, naj­pięk­niej­szych lat ży­cia czło­wieka?”. Daje do zro­zu­mie­nia, że to na pa­stwi­sku dzieci prze­cho­dzą ini­cja­cję sek­su­alną. „Na­uką wszel­kiej roz­pu­sty jest pa­sionka” – stwier­dza i wzywa: „Pa­sionka to prze­ży­tek stary, który musi być wy­tę­piony i wraz z ko­ło­wrot­kiem, so­chą i in­nemi sta­remi spra­wami iść w za­po­mnie­nie czem prę­dzej”.

Część dzie­cia­ków cho­dzi na pa­stwi­sko za­miast do szkoły. Kil­ku­let­nie dziew­czynki naj­czę­ściej za­czy­nają od pa­sa­nia drob­nych zwie­rząt, gęsi, ka­czek, aby z wie­kiem za­stą­pić star­sze ro­dzeń­stwo przy wy­pa­sie krów

Ale nie idzie. W naj­bied­niej­szych ro­dzi­nach od­dają dzieci do bo­ga­tych go­spo­da­rzy, w ten spo­sób mogą one za­ro­bić, przy­naj­mniej na je­dze­nie.

Dzieci ze wsi spo­ty­kają się na wspól­nym pa­stwi­sku, ale dziew­czynki zwy­kle trzy­mają się osobno. „W ciągu ca­łego lata mię­dzy pa­stu­chami z róż­nych wsi trwały cią­głe wojny. Na­pa­da­li­śmy na sie­bie bez żad­nego po­wodu i wy­wią­zy­wała się walka. Jako na­rzę­dzia w tej walce uży­wane były kije, baty, przy­nie­sione z pola ka­mie­nie, a w osta­tecz­no­ści dar­nie. Dziew­czyny rza­dziej do­pusz­cza­li­śmy do za­baw, ze względu na to, że uwa­ża­li­śmy je jako gor­szy ga­tu­nek czło­wieka, dla­tego że o byle co be­czały, nie po­tra­fiły do­sia­dać ko­nia itd. To ostat­nie na­pa­wało nas szcze­gólną dumą” – wspo­mina au­tor pa­mięt­nika z po­wiatu opo­czyń­skiego w zbio­rze Młode po­ko­le­nie chło­pów. Inny opi­suje „hece” i „harce” bez udziału dziew­cząt, bo „się ich od­pę­dzało pa­ty­kiem od sie­bie da­leko, uwa­ża­jąc za coś gor­szego, że się nie na­dają na­wet do za­bawy. Zresztą to taki pa­no­wał zwy­czaj”.

Matki za­ła­mują ręce, pa­sionka zmie­nia ich dzieci. „Jak za­częły krowy pa­sać, to się tak kląć na­uczyły, że wprost roz­pacz brała słu­chać prze­kleństw. Nie po­ma­gała ró­zga, bo ucie­kały w pole, jak dzi­kie zwie­rzęta” – wspo­mina go­spo­dyni spod Mie­chowa, która w końcu zna­la­zła na to spo­sób: za każde prze­kleń­stwo dzieci mu­siały zmó­wić dzie­sięć pa­cior­ków. I po­dzia­łało.

Wielu męż­czyzn w swo­ich wspo­mnie­niach ro­man­ty­zuje pa­sionkę, jed­nak część z nich re­ali­stycz­nie opi­suje, co na­prawdę się działo na pa­stwi­skach: „Sa­mo­gwałt, gwał­ce­nie dziew­czyn i tym po­dobne rze­czy były na po­rządku dzien­nym. Ży­cie na pa­stwi­sku to jedno wiel­kie ba­gno mo­ralne, w któ­rym nu­rza się du­sza dziecka za­tra­ca­jąc wszel­kie ce­chy czło­wieka, ob­raca się w małe zwie­rzątko, które stara się za­im­po­no­wać dru­giemu po­dob­nemu stwo­rze­niu ilo­ścią i sumą tych rze­czy, które w ich po­ję­ciu świad­czą o doj­rza­ło­ści czy wyż­szo­ści. Na pa­stwi­sku ro­dzą się my­śli, gdzie by co ukraść, co zro­bić komu na złość” – wspo­mina męż­czy­zna, który spę­dził dzie­ciń­stwo pod Pu­ła­wami.

Inny, z wio­ski pod Ja­ro­sła­wiem, przy­po­mina so­bie, że jako sied­mio­la­tek mu­siał za­stą­pić star­szą sio­strę, gdy ta zo­stała po­bita na pa­stwi­sku: „W nie­dzielę czę­sto któ­ryś z pa­są­cych przy­no­sił ustną har­mo­nijkę, albo na­wet roz­cią­ganą i grał, a reszta po­chwy­ty­wała się w pary i tań­czyła. Star­sza ode mnie sio­stra, nie chcąc z jed­nym z pa­ste­rzy two­rzyć pary, zo­stała przez niego po­bita, przy czym rzu­cił ją o zie­mię na wy­sta­jący ko­rzeń tak sil­nie, że ja­kiś czas cho­ro­wała i pluła krwią”.

To może – pro­po­nuje Pe­la­gia Re­storf­fowa – na­jąć ja­kie­goś in­wa­lidę czy star­szego czło­wieka na pa­stu­cha, żeby pasł by­dło ca­łej wsi. Po co mar­no­wać dzieci i od­ry­wać je od na­uki? „Po co przy­wią­zy­wać je do tych ogo­nów kro­wich?” – pyta. To wo­ła­nie rów­nież na nic. Dziecko wiej­skie musi być ro­bot­ni­kiem.

Gdy ma­ło­rolni chłopi w la­tach trzy­dzie­stych oszczę­dzają na za­pał­kach, pła­ce­nie za wy­na­ję­cie pa­stu­cha nie mie­ści się im w gło­wach. Wy­sy­ła­nie dzieci do bo­gat­szych go­spo­da­rzy to dla naj­uboż­szych ro­dzin wie­lo­dziet­nych ra­tu­nek przed gło­dem. Kmie­cie ko­rzy­stają z oka­zji – po co pła­cić pa­stu­chowi, je­żeli można na­jąć dziecko za ka­wa­łek chleba?

Wieś mię­dzy­wo­jenna dra­ma­tycz­nie się roz­ra­sta. Go­spo­dar­stwa są dzie­lone po­mię­dzy wy­cho­dzące z domu dzieci. Z cał­kiem spo­rej oj­co­wi­zny w ciągu dwóch po­ko­leń zo­stają marne po­letka, kar­ło­wate. Ni­gdy do­tąd tak wiele wiej­skich dzieci nie za­czy­nało tak wcze­śnie pracy za­rob­ko­wej.

Wy­sy­ła­nie dzieci na służbę do bo­gat­szych go­spo­da­rzy to dla naj­uboż­szych ro­dzin wie­lo­dziet­nych ra­tu­nek przed gło­dem

Na pa­stwi­skach cier­pią też z in­nego po­wodu. Bie­gają po tra­wie boso, więc ich stopy krwa­wią. Matki mają na to swoje rady. „Mama czę­sto mi myła, a po­tem trzeba było nogi ob­siu­siać i na drugi dzień nie było śladu oka­le­czeń”. Ka­zi­miera Dłu­go­łęcka za­pa­mię­tała też spo­soby, ja­kimi jej matka ra­dziła so­bie z pę­che­rzami na jej sto­pach, naj­czę­ściej na pię­tach. „Naj­pierw zgru­bie­nie skóry, po­tem stan za­palny, no i ro­pień. Do­brze, jak mama za­uwa­żyła, że dziecko ku­lawe. Przy­kła­dano świń­ską kupę, do­brze nogę za­wi­nięto i to prze­ry­wało cho­robę”.

Spo­łecz­nicy szu­kają spo­sobu, jak roz­wią­zać pro­blem pa­sionki. Można by było – pod­po­wia­dają – wzo­rem Cze­chów i Duń­czy­ków przy­wią­zać krowę do pa­lika co dzień w in­nym miej­scu, niech się pa­sie sama. To dla chło­pów nie­wy­obra­żalne, krowa ma zbyt wielką war­tość, żeby pusz­czać ją sa­mo­pas.

Wieś mię­dzy­wo­jenna dra­ma­tycz­nie się roz­ra­sta. Bieda do­ty­czy szcze­gól­nie wschod­nich, za­nie­dba­nych te­re­nów. Miesz­kańcy ze wsi Mo­rocz (dziś na te­re­nie Bia­ło­rusi), rok 1929

Córka ma­ło­rol­nych chło­pów spod Wło­cławka, jedno z dwa­na­ściorga ich po­tom­stwa, z twa­rzą spa­loną od słońca, spę­ka­nymi no­gami, w jed­nej su­kience, bez maj­tek, biega cały dzień z jed­nej strony łąki na drugą, by upil­no­wać stado gęsi. Ma pięć lat. W po­rze obiadu ro­dzeń­stwo przy­nosi jej zupę. „Dwa kar­to­felki, tro­chę ka­szy za­la­nej mle­kiem. Do­sta­wa­łam też ka­wa­łek placka z ziem­nia­ków. I o tym aż do za­chodu słońca. La­tem, gdy przy­szły upały, bra­łam bu­telkę wody do pi­cia, a gdy i tej mi za­bra­kło – pi­łam wodę z męt­nej sa­dzawki, w któ­rej ką­pały się gęsi”. Wkrótce jej sy­tu­acja ma się po­pra­wić. Bo­gatsi krewni za­bie­rają ją do sie­bie „do po­mocy przy dzie­ciach”, jak twier­dzą. To czę­sta prak­tyka na wsiach. Kil­ku­let­nie dziew­czynki po­ma­gają bo­gat­szej ro­dzi­nie, pil­nu­jąc ma­lu­chów w za­mian za wikt i opie­ru­nek. Szybko się jed­nak oka­zuje, że ma być „dziewką”, jak na­zy­wano na wsi słu­żące pra­cu­jące w go­spo­dar­stwie. „Dzieci trzeba było ba­wić, paść krowę na łące nad Wi­słą, rą­bać drzewo, sprzą­tać w miesz­ka­niu, kar­mić świ­nie, drób, prać pie­lu­chy i no­sić wodę. A do szkoły tylko cza­sami” – wspo­mina. Nie­długo po­tem przy­jeż­dża w od­wie­dziny brat matki z Ame­ryki i ogląda jej po­ka­le­czone od rą­ba­nia so­sno­wych pień­ków dło­nie, przy­gląda się też jej no­gom – ca­łym w stru­pach od ostrej trawy, po któ­rej goni za krową.

– U nas w Ame­ryce o dzieci się dba. Ta­kich dzieci tam nie wi­dzia­łem – mówi wstrzą­śnięty, za­biera ją pro­mem do Wło­cławka i tam ku­puje jej buty.

Do Rady Szkol­nej Po­wia­to­wej w Prze­wor­sku

Prośba

Ni­żej pod­pi­sany Jan Wy­wrota za­miesz­kały w Hu­ci­sku Ja­wor­nic­kim po­daje, że jego dom zo­stał do­szczęt­nie spa­lony, zo­stało mu dwoje dzieci, nie­ma­jąc dla sie­bie i dla dzieci schro­nie­nia ani utrzy­ma­nia, jest zmu­szony iść po­mię­dzy lu­dzi i pro­sić o wspar­cie, wy­mie­niony nie­ma­jąc przy kim zo­sta­wić ma­łych dzieci, ostat­nio przy­jął od swego krew­nego Pawła Pi­lawy sługę Ka­ta­rzynę Pi­lawę, córkę Pawła i Anny, która li­czy 14 lat, a uczęsz­cza do 4 klasy szkoły po­wszech­nej w Hu­ci­sku. Wy­mie­niony prosi Świetną Radę Szkolną w Prze­wor­sku o zwol­nie­nie ze szkoły Ka­ta­rzyny Pi­lawa, córki Anny i Pawła, po­nie­waż nie jest on w sta­nie po­sy­łać jej do szkoły, a do tego jest ona nam ko­niecz­nie po­trzebna do usługi i pie­lę­gna­cji ma­łych dzieci.

Jan Wy­wrota

Hu­ci­sko, dnia 20. II. 1930

Pod­pis Jana Wy­wroty – po­chyłe, nie­równe li­tery – wska­zuje, że au­tor prośby to anal­fa­beta, który po­pro­sił urzęd­nika gmin­nego o na­pi­sa­nie po­da­nia. Nie­całe dwa ty­go­dnie póź­niej in­spek­tor szkolny w Prze­wor­sku uwzględ­nił prośbę i Ka­ta­rzyna Pi­lawa mo­gła na­dal usłu­gi­wać jego ro­dzi­nie. Nie wiemy, czy ta dziew­czynka, która ma­jąc czter­na­ście lat, wciąż nie skoń­czyła czwar­tej klasy, uczyła się jesz­cze kie­dy­kol­wiek. I czy u krew­nego miała co jeść, skoro dom spa­lony, a on, aby wy­ży­wić swoje dzieci, cho­dził po proś­bie.

Wiej­ska dziew­czyna musi być przede wszyst­kim ro­botna, by oka­zać się przy­datną. Ina­czej sta­nie się zbędna i tak też się bę­dzie czuła. Gdy tylko za­czyna cho­dzić, uczy się swo­jej roli ha­ro­waczki. W po­pu­lar­nej bro­szu­rze Przy ką­dzieli. Po­ga­danki dla ko­biet o waż­nych spra­wach na­pi­sa­nej przez An­toszkę, lu­dową na­uczy­cielkę, w dru­giej po­ło­wie XIX wieku, ale wciąż po­pu­lar­nej w mię­dzy­woj­niu, ko­biety wiej­skie znaj­dują ta­kie rady: „Skoro tylko co­kol­wiek pod­ro­sną trzy­let­nie i czte­ro­let­nie dzie­weczki, trzeba, aby sprzą­tały swoje ubranka, za­bawki, ojca i matki obu­wie, po­da­wały ka­wałki dre­wien, kar­to­fle i t.p. usługi speł­niały. Jesz­cze star­sze, czte­ro­let­nie i pię­cio­let­nie po­winny już po­ma­gać przy do­mo­wych po­rząd­kach. Niech za­mie­cie izbę, ze­trze stół, ławę, umyje mi­skę, na­nie­sie dre­wek, rzuci ku­rom jeść, za­pę­dzi pro­siaka do chle­wika, aby przy­wy­kała po­woli do za­ję­cia”.

Wiej­ska dziew­czyna musi być przede wszyst­kim „ro­botna”, gdy tylko za­czyna cho­dzić, uczy się swo­jej roli ha­ro­waczki.Fot. Le­opold Wę­grzy­no­wicz

Przez pierw­sze lata, za­nim sta­nie się „istotne go­spo­dar­czo”, dziec­kiem nikt się wła­ści­wie nie zaj­muje, a w naj­lep­szym wy­padku opie­kuje się nim ro­dzeń­stwo, star­sze za­le­d­wie o kilka lat. Go­rzej, je­śli dziecko ro­dzeń­stwa jesz­cze nie ma.

Kiedy w 1925 roku oj­ciec Ma­rianny Se­kiety ze wsi Anie­lin pod Ło­dzią wy­jeż­dża do Fran­cji do pracy w ko­palni, jej matka musi prze­jąć wszyst­kie prace w go­spo­dar­stwie. Za­biera więc kil­ku­mie­sięczną córkę w pole, kleci pro­wi­zo­ryczną ko­ły­skę z pła­chetki i ki­jów, dziecko leży w niej ca­łymi dniami. Wi­dok ta­kiego bu­ja­nego wia­trem łó­żeczka w polu to nic nad­zwy­czaj­nego, ko­biety na­zy­wają je bujką.

– Była je­sień, nie­mowlę za­cho­ro­wało na za­pa­le­nie płuc, ale nikt nie po­my­ślał, aby spro­wa­dzić le­ka­rza. Uznano: cóż, taki los. Nie­mowlę przy­kryto płó­cien­kiem, bo wy­da­wało się, że nic już się nie da zro­bić – re­la­cjo­nuje jedna z dwóch có­rek Ma­rianny Wu­jak (z domu Se­kieta), le­karka.

Rze­czy­wi­ście, śmierć dzieci zda­rza się nie­mal w każ­dej ro­dzi­nie i tak czę­sto, że trzeba so­bie po­wie­dzieć po pro­stu: Bóg dał i Bóg wziął.

– Jed­nak, ku za­sko­cze­niu wszyst­kich, wkrótce spod ca­łunu wy­do­był się płacz i oznaj­mił światu, że ży­cie zwy­cię­żyło – kon­ty­nu­uje córka Ma­rianny.

Od­tąd jej matka ro­śnie zdrowo, a kiedy koń­czy pięć lat, przej­muje opiekę nad swoim pół­to­ra­rocz­nym bra­tem. Całe ży­cie wspo­mina mo­ment, gdy bra­ci­szek wy­biegł z nie­ogro­dzo­nego po­dwórka pro­sto pod roz­pę­dzone ko­nie. Miała szczę­ście: w ostat­niej chwili zdą­żyła go zła­pać. W 1933 roku okaże się, że jej do­tych­cza­sowe dzie­ciń­stwo było jed­nak bez­tro­skie. Te­raz koń­czy osiem lat i ro­dzice de­cy­dują, że od­da­dzą ją na służbę do bo­ga­tego go­spo­da­rza. Musi so­bie za­pra­co­wać na je­dze­nie.

Ko­bieta łem­kow­ska, rok 1935

– Mama była po­słuszna, grzeczna, pra­co­wita i od­po­wie­dzialna, więc nada­wała się, by ją po­słać na służbę do in­nego chłop­skiego go­spo­dar­stwa. Głów­nym jej obo­wiąz­kiem było pa­sa­nie krów, ale także sprzą­ta­nie, za­mia­ta­nie, kar­mie­nie dro­biu i po­moc przy opiece nad dziećmi. Bab­cia do­sta­wała ja­kieś gro­sze, a mama strawę. Kar­miono ją mar­nie. Go­spo­dyni sama pie­kła chleb na cały ty­dzień. Nie­stety, nie było to pyszne, eko­lo­giczne pie­czywo, ale ro­dzaj gli­nia­stej buły, którą trudno było po ty­go­dniu ugryźć. Na pajdę chleba kła­dziono po­kro­jo­nego go­to­wa­nego bu­raka – re­la­cjo­nuje córka Ma­rianny Wu­jak.

W ciągu na­stęp­nych czte­rech lat dziew­czynka bę­dzie słu­żyć u trzech go­spo­da­rzy. Skoń­czyła już dwa­na­ście lat i wciąż nie może miesz­kać w domu swo­ich ro­dzi­ców. Słu­żąca po­trzebna jest od rana do wie­czora. Ale za­pada na ja­glicę, roz­po­wszech­nioną na pol­skich wsiach cho­robę oczu – tak zwane egip­skie za­pa­le­nie spo­jó­wek i ro­gó­wek, które nie­le­czone koń­czy się śle­potą. Jej mama do­wie się o tym od są­siadki go­spo­da­rzy, u któ­rych służy dziew­czynka, i wtedy za­bie­rze Ma­riannę do domu. Za­nie­dbana fi­zycz­nie, nie­do­ży­wiona, po kry­jomu spija śmie­tankę z mleka. Długo nie doj­dzie do sie­bie. Za­cznie mie­siącz­ko­wać, do­piero gdy skoń­czy sie­dem­na­ście lat. – Do szkoły za­częła cho­dzić, gdy miała je­de­na­ście lat, ale po trzech la­tach roz­po­częła się oku­pa­cja i na tym się jej edu­ka­cja skoń­czyła. Droga awansu spo­łecz­nego zo­stała za­mknięta – ubo­lewa córka.

O lo­sie słu­żą­cych w wiej­skich go­spo­dar­stwach pi­sze ze zgrozą Zo­fia Li­pina w „Ko­bie­cie Wiej­skiej” w 1939 roku, stwier­dza­jąc, że fa­talne wa­runki służby to „ukryta, ją­trząca się rana w ży­ciu spo­łecz­nym wsi”.

Bo­gaci chłopi w cha­rak­te­rze służby za­trud­niają zwy­kle dziewkę, pa­robka i pa­stu­cha, mniej za­możni – tylko dziewkę lub pa­stu­cha. „Prze­waż­nie służba prze­sia­duje po chle­wach, staj­niach i stry­chach i nie ma dla niej miej­sca w domu miesz­kal­nym. Od­ży­wia się służbę byle czym i byle jak. Dla sie­bie go­tuje się gry­ma­śne fry­kasy, a służ­bie rzuca się byle ochłap, nie ba­cząc na jej ciężką pracę”. Li­pina opi­suje, że spo­tkała dom, w któ­rym, gdy go­spo­dyni i go­spo­darz je­dli cie­pły obiad, słu­żąca w tym cza­sie sprzą­tała koło świń i krów. „Mó­wili mi, że ona ni­gdy z nimi nie je, bo nie lubi cie­płego je­dze­nia, tylko zimne”.

Słu­żący chło­pów pra­cują za byle co, bo ro­dzice pa­stusz­ków i dzie­wek boją się upo­mnieć o wię­cej, a wielu z nich to sie­roty. Służba wiej­ska nie jest ubez­pie­czona, nie ma opła­ca­nej Kasy Cho­rych, jak słu­żący w mia­stach. „Wy­zy­ski­wani, nie li­czący się wprost lu­dzie, ogłu­pieni pracą nad siły, pchają swoje smutne ży­cie, nie zdolni na­wet do sprze­ciwu gdy im się dzieje krzywda. Le­dwo taki z ko­ły­ski wy­le­zie, a już hajda ze służby na służbę od go­spo­da­rza do go­spo­da­rza” – pi­sze Zo­fia Li­pina i na­wo­łuje ko­biety, aby za­częły trosz­czyć się o swo­ich słu­żą­cych: „Opłaci nam się to sto­krot­nie, bo zdo­bę­dziemy so­bie z niej przy­ja­ciół, a nie wro­gów, któ­rzy skry­cie całą du­szą nas nie­na­wi­dzą, jak czę­sto dzieje się te­raz”.

Gdy się jest bied­nym, ro­dzina musi pra­co­wać wię­cej. Dzieci bar­dzo się do tego przy­dają. Oko­lice Bochni, rok 1932

Wiej­skie dziew­czyny, je­śli nie pra­cują za­rob­kowo, stop­niowo obar­czane są co­raz po­waż­niej­szymi obo­wiąz­kami, a wiele z tych prac prze­ra­sta ich siły fi­zyczne. Je­żeli dziew­czyna wy­gląda na krzepką, nikt jej nie oszczę­dza.

– Mia­łam dwa­na­ście lat, jak za­czę­łam prać. Brało się po­ściel, ubra­nia, szło się do rowu, kła­dło de­skę, sta­wało się na tej de­sce i ki­jan­kami[4] prało. By­łam bar­dzo drobna, więc nie mu­sia­łam prać tak dużo jak moja sil­niej­sza sio­stra, która mu­siała po mnie po­pra­wiać, bo była więk­sza – opo­wiada Ja­nina Kra­sucka ze wsi Białki na Ma­zow­szu. Wkrótce sta­nie przed no­wymi za­da­niami, mię­dzy in­nymi ra­zem z ro­dzeń­stwem za­cznie w polu „od­ra­biać ko­nia”. To sfor­mu­ło­wa­nie, dziwne i nie­ja­sne dla tych, któ­rzy nie­wiele wie­dzą o pracy rol­ni­ków, po­ja­wia się bar­dzo czę­sto w ro­dzin­nych opo­wie­ściach lu­dzi ze wsi. Do­ty­czy uboż­szych ro­dzin, które nie ma­jąc swo­jego ko­nia, po­ży­czają go od bo­gat­szego go­spo­da­rza, a na­stęp­nie ro­dzina w re­wanżu pra­cuje na jego polu, by od­pra­co­wać po­życzkę. Zwy­kle od­bywa się to tak: kiedy oj­ciec Ja­niny Kra­suc­kiej po­trze­buje zwieźć kar­to­fle z pola, dzieci idą pie­lić na polu go­spo­da­rza, który po­ży­czył ko­nia. Wy­miana usług i wspólne za­leż­no­ści na­leżą do za­sad wiej­skiej wspól­noty, bez tego trudno prze­żyć. A gdy się jest bied­nym, trzeba pra­co­wać wię­cej. Dzieci bar­dzo się do tego przy­dają.

Wiele lat po­trze­bo­wała So­phia Tur­kie­wicz[5], au­stra­lij­ska re­ży­serka, aby do­trzeć do Ole­szowa, pa­gór­ko­wa­tej wio­seczki na za­chod­niej Ukra­inie, która przed drugą wojną świa­tową na­le­żała do Pol­ski. Pierw­szą taką próbę pod­jęła w 1976 roku jako ab­sol­wentka szkoły fil­mo­wej w Syd­ney. „Gdy by­łam młoda, na hi­sto­rii two­jego ży­cia uczy­łam się sztuki opo­wia­da­nia” – po­wie po la­tach, w po­ru­sza­ją­cym fil­mie do­ku­men­tal­nym o swo­jej matce Once My Mo­ther. Po­nie­waż wy­ko­rzy­stała w nim stare ta­śmy, wi­dzimy je obie: trzy­dzie­sto­let­nia So­phia kręci sceny z udzia­łem wciąż jesz­cze mło­dej He­leny Skwa­rek. Szczu­pła, w dżin­sach i w pod­ko­szulku w pa­ski kie­ruje ka­merę na matkę, która mie­sza w garnku sto­ją­cym na ga­zówce.

Wiej­skie dziew­czyny, je­śli nie pra­cują za­rob­kowo, stop­niowo obar­czane są co­raz po­waż­niej­szymi obo­wiąz­kami, a wiele z tych prac prze­ra­sta ich siły fi­zyczne

„Czy my­ślisz, że twoje ży­cie było nie­zwy­kłe?” – pyta So­phia. He­lena się uśmie­cha. „Ja też cię ko­cham” – od­po­wiada.

Nie­długo po­tem So­phia za­rzuca do­ku­men­to­wa­nie losu matki. „Twoje opo­wie­ści stały się dla mnie cię­ża­rem” – wy­ja­śnia.

De­cy­duje się do nich wró­cić po nie­mal trzy­dzie­stu la­tach, gdy od­wie­dza matkę w wio­sce dla se­nio­rów im. Jana Pawła II pod Ade­lajdą i do­ciera do niej, że ją traci. Znów fil­muje matkę, ale te­raz ich dia­log oka­zuje się trud­niej­szy. Na fo­to­gra­fii, którą po­ka­zuje ma­mie, wi­dać dwie uśmiech­nięte młode ko­biety, obie w mocno roz­klo­szo­wa­nych spód­ni­cach, ja­kie no­siło się w la­tach pięć­dzie­sią­tych.

– Do you re­mem­ber who is in this pic­ture? – pyta.

– Ty – od­po­wiada He­lena.

Roz­mowy matki i córki to­czą się w dwóch ję­zy­kach. Nie­zau­wa­że­nie obie prze­cho­dzą z pol­skiego na an­giel­ski i od­wrot­nie, cza­sem w po­ło­wie zda­nia.

– Nie. It’s you, when you were twenty.

– Ach, when I was young... Ale nie­po­dobna. – Za­my­śla się. Po chwili, wzdy­cha­jąc, do­daje: – Ja­kie to było ży­cie, prawda?... Roz­rzu­cone.

Nie­długo po­tem So­phia je­dzie fil­mo­wać sie­ro­ci­niec Go­odwood w Ade­laj­dzie. Dla niej wszystko za­częło się wła­ści­wie tu­taj.

– Tu się do­wie­dzia­łam, że mogę cię w rów­nym stop­niu ko­chać, co nie­na­wi­dzić. Przez lata gra­łam rolę su­mien­nej córki. Do­brze ją gra­łam. Ale ja­kaś część mnie ni­gdy nie za­po­mniała, że mnie opu­ści­łaś. Moja głowa wal­czyła z moim ser­cem. Zda­niem serca twoja zbrod­nia nie miała sensu. Matki prze­cież tak nie po­stę­pują. Te­raz za­daję so­bie py­ta­nie: czy nie za ostro cię oce­nia­łam? I czy w ogóle cię zna­łam? Może od­po­wie­dzi znajdę w opo­wie­ści, którą kie­dyś po­rzu­ci­łam.

Wtedy wła­śnie wy­ru­sza w po­dróż do Ole­szowa, ukra­iń­skiej wio­ski le­żą­cej trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów od Iwano-Fran­kiw­ska.

Gdy przy­jeż­dża ra­zem z mę­żem, Ste­phe­nem Sche­din­giem, który zo­sta­nie jed­nym z ope­ra­to­rów filmu, jest 2007 rok. Na po­lnej ścieżce wi­tają ich zgar­biona stara ko­bieta w chu­stce, pod­pie­ra­jąca się ki­jem, i pie­jący ko­gut. Au­stra­lij­czycy wzbu­dzają sen­sa­cję, scho­dzi się co­raz wię­cej miesz­kań­ców i wkrótce przy­jezd­nym udaje się od­na­leźć dom ro­dzinny He­leny. Drew­niana cha­łupa, opu­sto­szała i po­nura, wy­daje się do­mem z tam­tych cza­sów: ni­ski su­fit, zie­lone ściany, nie­bie­ski kre­dens, drew­niane łóżko, a na ścia­nach ma­katka i kilka świę­tych ob­ra­zów.

So­phia w sku­pie­niu cho­dzi po ciem­nej izbie, ni­czym po mu­zeum. „Dziw­nie się czuję w tym domu. Wiem, że dla cie­bie pe­łen jest je­dy­nie smutku” – mówi do ka­mery, a po chwili, tym ra­zem sie­dząc przy stole z ce­ra­to­wym ob­ru­sem, do­daje: „Za­sta­na­wiam się, czy uro­dzi­łaś się w tym wła­śnie domu, gdzie twoja matka zmarła kilka ty­go­dni po uro­dze­niu cię, a twój oj­ciec, za­nim skoń­czy­łaś sześć lat”.

Gdy wróci do Au­stra­lii, po­każe ma­mie jej dom, a ona po­wie: „Moi ro­dzice... Nic nie pa­mię­tam, bo ja jesz­cze by­łam małe baby, kiedy moi ro­dzice zmarli. Chcia­łam zo­ba­czyć moją mamę. Ale ni­gdy jej nie zo­ba­czy­łam”. Z filmu córki do­wie się też, że jej sio­stra Ka­ta­rzyna zo­stała za­bita przez So­wie­tów, prze­każą to So­phii miesz­kańcy Ole­szowa, wy­ja­śnia­jąc, że gdy So­wieci tu przy­szli, pró­bo­wała ucie­kać. Ale ją do­go­nili. Pod­czas roz­mowy z miesz­kań­cami So­phia wy­mie­nia też na­zwi­sko: Na­hirna. To na­zwi­sko wuja He­leny.

So­phia: – Pa­mię­tam opo­wieść o twoim wujku. Ka­zał ci pra­co­wać w swoim go­spo­dar­stwie.

He­lena: – Nie chciał mnie. Miał pię­cioro dzieci. Wszyst­kie po­słał do szkoły. Tylko nie mnie. Chyba go za to znie­na­wi­dzi­łam. My­ślę, że do­brze by mi szło w szkole. Gdyby mi dali szansę. Gdy by­łam star­sza, my­śla­łam: je­stem ni­kim. Bo wszy­scy inni cho­dzili do szkoły, a ja nie. Nie mo­głam na­wet na­pi­sać wła­snego na­zwi­ska. Bar­dzo się wsty­dzi­łam. Nie wiem dla­czego. Da­lej się wsty­dzę, bo nie cho­dzi­łam do szkoły. Nie chcę, żeby na mnie pa­trzyli, jak pi­szę wła­sne na­zwi­sko.

Ka­mera córki zwró­cona jest na do­ku­menty matki. W miej­scu pod­pisu wi­dzimy od­ci­ski jej trzech pal­ców. Nieco wy­żej: Skwa­rek, jakby pi­sało dziecko, które sta­wia do­piero pierw­sze li­tery.

He­lena: – Mia­łam dzie­więć albo dzie­sięć lat, jak wu­jek mnie wy­rzu­cił. Po­wie­dział, że nie ma dla mnie czasu. Nie wie­dzia­łam, co ro­bić, do­kąd pójść. Gdy by­łam głodna, kra­dłam tro­chę chleba. Nie mia­łam gdzie spać. Cze­ka­łam na noc i cho­wa­łam się do ja­kiejś szopy, bo się ba­łam. Wy­cho­wa­łam się na uli­cach. Bez lu­dzi, bez ni­kogo... Tak.

– I co się stało? – pyta córka.

– Nic się nie stało. Wy­je­cha­łam, opu­ści­łam wio­skę.

So­phia z offu: „Opu­ści­łaś i ni­gdy nie wró­ci­łaś. Nie wzię­łaś ze sobą żad­nego do­ku­mentu, żad­nego do­wodu na swoje ist­nie­nie”.

He­lena tuła się przez pięć lat po Sta­ni­sła­wo­wie. Dziecko ulicy, jak wiele po­dob­nych do niej, idzie na służbę, to daje jej dach nad głową i wikt. Gdy we wrze­śniu 1939 roku Ro­sja­nie zaj­mują tę część Pol­ski, pra­cuje w pie­karni, głów­nie myje na­czy­nia, ale bu­dzi nie­chęć żony pie­ka­rza, która z byle po­wodu ją stro­fuje, a któ­re­goś dnia ude­rza w twarz tak sil­nie, że z nosa He­leny try­ska krew. Dziew­czyna po­trze­buje, aby ktoś ją obro­nił. Po­wia­da­mia ro­syj­skich żoł­nie­rzy. Przy­cho­dzą i po żonę pie­ka­rza, i po He­lenę. Po dwóch mie­sią­cach aresztu wraz z in­nymi Po­la­kami zo­staje de­por­to­wana i ze­słana do gu­łagu. Tak roz­po­czyna się jej trwa­jąca po­nad pięć lat po­dróż przez Uz­be­ki­stan, Per­sję, Ro­de­zję aż do Ade­lajdy.

Prze­żywa wielką grozę, ale też wspa­niałą mi­łość i ogromną zdradę. A także po­tężne szczę­ście: w obo­zie dla uchodź­ców w Ro­de­zji ro­dzi So­phię. Jako cel swo­jej emi­gra­cji wy­biera Au­stra­lię, cho­ciaż pla­no­wała się do­stać do Wiel­kiej Bry­ta­nii. Jest jed­nak matką z nie­ślub­nym dziec­kiem, a wo­bec ta­kich ko­biet ów­cze­sny świat jest bez­względny. Nie chcą jej tam. Z tych sa­mych po­wo­dów nie może w Au­stra­lii zna­leźć pracy, ale bez za­ję­cia za­rob­ko­wego nie jest w sta­nie utrzy­mać dziecka. Po­sta­wiona przed dra­ma­tycz­nym wy­bo­rem de­cy­duje się od­dać So­phię do sie­ro­cińca. Aby móc ją od­zy­skać, wyj­dzie za mąż za męż­czy­znę, który do­my­śla się, dla­czego zde­cy­do­wała się go po­ślu­bić.

Droga So­phii do szcze­rego, uwol­nio­nego od żalu kon­taktu z matką pro­wa­dziła przez bunt i ucieczki, któ­rym to­wa­rzy­szył też wstyd. „By­łaś nie­wy­kształ­cona, nie mó­wi­łaś po an­giel­sku. Nie chcia­łam, aby moi zna­jomi wi­dzieli mnie z tobą” – wy­znaje w fil­mie.

So­phia Tur­kie­wicz, au­stra­lij­ska re­ży­serka, o swo­jej pol­skiej matce opo­wie­działa w po­ru­sza­ją­cym fil­mie do­ku­men­tal­nym Once My Mo­ther. Rok 1985

Wła­ści­wie do­piero gdy ko­mu­ni­zu­jący przy­ja­ciele z uni­wer­sy­tetu uzmy­sło­wili So­phii, że ży­cio­rys jej matki jest zu­peł­nie nie­zwy­kły, spoj­rzała na nią jak na po­ten­cjalną bo­ha­terkę swo­ich fil­mów. Wy­ko­rzy­sty­wała więc mo­tywy z ży­cia matki w fa­bu­łach, ale wciąż czuła, że nie jest to szczera i pełna opo­wieść. Aż wresz­cie wy­ru­szyła do Ole­szowa, a po­tem zba­dała ko­lejne etapy lo­sów He­leny i mo­gła wresz­cie spu­en­to­wać jej ży­cie w ten spo­sób: „Prze­ży­łaś pie­kło, ale wy­szłaś z niego z mi­ło­ścią w sercu”.

Po­dróż do Ole­szowa wiele zmie­niła, nie tylko ob­raz ich po­wi­kła­nej re­la­cji. „Przed­tem moje po­czu­cie tego, kim je­stem, roz­gry­wało się ja­koś w próżni. Nie mia­łam żad­nego związku ro­dzin­nego z po­przed­nim po­ko­le­niem poza moją matką. Mia­łam oj­czyma i dwóch braci w Au­stra­lii, ale nie ist­niały żadne po­łą­cze­nia poza to jedno po­ko­le­nie. Nie było oca­la­łych cio­tek ani wuj­ków, żad­nych sio­strze­nic ani sio­strzeń­ców, żad­nych dziad­ków w na­szej ro­dzi­nie. Kiedy moja matka mó­wiła o swo­jej matce, to ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że mó­wiła o ko­bie­cie, która była moją bab­cią. Ni­gdy na­wet nie na­zy­wa­łam jej bab­cią, kiedy roz­ma­wia­ły­śmy, za­wsze uży­wa­łam sfor­mu­ło­wa­nia «twoja matka». Te­raz, gdy by­łam w wio­sce, włó­cząc się po po­lach i po­lnych dro­gach, na­gle te re­la­cje stały się rze­czy­wi­sto­ścią. Mo­głam je so­bie wy­obra­zić. Moi przod­ko­wie nie byli już abs­trak­cyj­nymi ide­ami. Po raz pierw­szy zro­zu­mia­łam, jak to jest mieć prze­szłość po­ko­leń” – pi­sze w post­scrip­tum do filmu Once My Mo­ther.

Do In­spek­to­ratu Szkol­nego w Prze­wor­sku

Pod­pi­sana Sie­rota Ste­fa­nia Jam­róz prosi naj­ła­ska­wiej o zwol­nie­nie mię [wy­raz nie­czy­telny] Szkoły zpo­wodu że je­stem sie­rotą bez ojca i bez Matki jak oj­ciec i matka po­marli było mi 6 mie­sięcy oj­ciec i matka po­marli w jed­nym mie­siącu na ty­fus pla­mi­sty nie­zna­łam ojca ani matki moi. Obcy lu­dzie mnie cho­wali, cho­dzie­łam tylko do 2gi klasy ate­ras mu­sze słu­żyć nie mogę cho­dzić do Szkoły bo kto mi da okry­cie obó­cie i wy­ży­wie­nie.

Przeto, że je­stem ca­łom sie­ro­tom bez Ojca i Matki bez uczy­ma­nia i jest mi lat 15, pro­szę Naj­ła­ska­wiej zwol­nic mie ze Szkoły.

3.09.1931, Hu­ci­sko Ja­wor­nic­kie

Gruź­lica, dy­zen­te­ria, ty­fus i brak moż­li­wo­ści le­cze­nia dzie­siąt­kują ro­dziny. Dzieci po­zo­stają zdane tylko na sie­bie i naj­czę­ściej ra­tują się, słu­żąc w za­mian za utrzy­ma­nie. Ste­fa­nia od lat już żyje w ten spo­sób, ale in­spek­tor oświa­towy upo­mina się o nią, mimo że nie ma naj­mniej­szych szans, aby mo­gła się uczyć, choćby bar­dzo chciała. Wraz z po­da­niem Ste­fa­nii za­cho­wało się oświad­cze­nie kie­row­nika szkoły w Hu­ci­sku Ja­wor­nic­kim, który po­twier­dza, że uczyła się w szkole za­le­d­wie rok, po­nie­waż „jako sie­rota prze­bywa stale na służ­bie”, i przy­chyla się do prośby dziew­czyny, ro­zu­mie­jąc, że ta nie może się uczyć, skoro musi słu­żyć, żeby prze­żyć.

Dziec­kiem nikt się wła­ści­wie nie zaj­muje, w naj­lep­szym wy­padku opie­kuje się nim ro­dzeń­stwo, star­sze za­le­d­wie o kilka lat.Fot. Le­opold Wę­grzy­no­wicz

Nie­wiele lep­sza oka­zuje się sy­tu­acja pół­sie­rot. Wdo­wiec lub wdowa zwy­kle bar­dzo szybko za­kła­dają nowe ro­dziny. Dla dzieci ozna­cza to zwy­kle jesz­cze więk­sze osa­mot­nie­nie, a cza­sem głód. Czę­sto każdy z mał­żon­ków ma już swoje po­tom­stwo, cza­sem liczne, a wkrótce po­ja­wiają się ich wspólne dzieci, ma­wiają więc: „Mamy dzieci moje, twoje i na­sze”. Gdy układ nie jest sy­me­tryczny i tylko jedno z nich ma dzieci, są one trak­to­wane po ma­co­szemu. W sen­sie do­słow­nym.

Ro­dzice He­leny Ra­bendy, uro­dzo­nej w 1923 roku w Woli Skrzynno (dziś Wola Ru­dlicka) pod Wie­lu­niem, ku­pują ka­wa­łek ziemi z par­ce­la­cji[6], ale oka­zuje się, że na grunt na­ło­żona jest hi­po­teka i ma on nie­wielką war­tość. Oj­ciec za­kłada wtedy skle­pik. I pije. Ale po­tem umiera matka He­leny. „Trudno zro­zu­mieć śmierć gdy się ma 10 a na­wet i wię­cej lat. Gdy le­żała w trum­nie zda­wało mi się że tak zo­sta­nie, ale gdy Ją wy­no­sili po­zna­łam że to prawda i że wię­cej Jej nie uj­rzę. A matkę mia­łam b. do­brą i mą­drą” – pi­sze He­lena po la­tach. „Po roku oj­ciec oże­nił się po raz drugi. Wziął żonę trzy­na­ście lat młod­szą od sie­bie. [...] Czę­sto ją bił. Czę­sto ucie­kała. Po­tem znów przy­cho­dziła. No i na­tu­ral­nie ja by­łam wszyst­kiemu winna. Bo to przeze mnie. Gdy do­sta­łam swoją pierw­szą mie­siączkę w ogóle nie wie­dzia­łam co to jest. Wsty­dzi­łam się o tym po­wie­dzieć ma­co­sze, na­pi­sa­łam jej kartkę. Po­woli ro­bi­łam się skryta, nie­ufna, a na­wet zła. Oj­ciec pił co­raz bar­dziej” – wspo­mina.

He­lena Ra­benda

Ze świa­dec­twa na­uki w trzy­let­niej szkole po­wszech­nej w Ra­do­sze­wi­cach wy­nika, że He­lena uczy się pil­nie, stop­nie do­staje bar­dzo do­bre (spra­wo­wa­nie, re­li­gia, ro­bótki ko­biece, ćwi­cze­nia cie­le­sne) lub do­bre (ma­te­ma­tyka z geo­me­trią, przy­roda, geo­gra­fia). Jed­nak o dal­szej na­uce nie ma mowy, musi za­ra­biać. Skoń­czyła już pięt­na­ście lat. W sam raz na słu­żącą do miesz­czań­skiego domu. Co czwarta słu­żąca ma pięt­na­ście lat i mniej. Po­sadę He­lena znaj­dzie bez pro­blemu. Ma­co­cha wy­syła ją do Czę­sto­chowy. „Pa­mię­tam do­kład­nie ciemny po­kój, nas kan­dy­da­tek na słu­żące z 15 i pa­nie, które przy­cho­dziły wy­bie­rać swe po­moce do­mowe. Mnie też ja­kaś wy­brała. Dom, gdzie mnie przy­jęto, był duży, roz­le­gły. Pań­stwo mieli ja­kąś fa­brykę fi­gu­rek św. Oboje cho­ro­wali na żo­łą­dek i byli na die­cie. Co­dzien­nie je­dli nie­so­lony krup­nik. Mnie ka­zano go­to­wać, sprzą­tać, ro­bić za­kupy. Ja­sne, że tego nie umia­łam. Po mie­siącu mnie zwol­niono. Do­sta­łam dru­gie miej­sce, po­dobne. Pani miała sklep przy Ja­snej Gó­rze z de­wo­cjo­na­liami”.

To trudna praca, no i tu­ła­nie się po ob­cych do­mach. Oj­ciec po­sta­na­wia wy­słać He­lenę do krew­nych. Ma po­ma­gać, ale to prze­cież ro­dzina, po­winno się jej po­pra­wić.

Z pa­mięt­nika, który He­lena za­czyna pro­wa­dzić u ciotki, do­wia­du­jemy się jed­nak, że: „Cio­cia w bar­dzo kwa­śnym hu­mo­rze [...]. Jesz­cze ani słowa nie prze­mó­wi­ły­śmy do sie­bie. Po­tem ja ode­zwa­łam się, ale cóż cio­cia kwa­śna, że roz­mowa się stała dla nas mę­czącą. I po raz setny po­my­śla­łam so­bie kie­dyż będę miała swój wła­sny dach nad głową. Och, jak to ciężko ko­rzy­stać z cu­dzej ła­ski”.

He­lena Skwa­rek, Ste­fa­nia Jam­róz, He­lena Ra­benda, naj­zbęd­niej­sze ze zbęd­nych. O ta­kich dziew­czyn­kach jak one nie pi­sze się w ów­cze­snych ga­ze­tach, ich losy są zbyt po­wszechne i try­wialne. Ich ży­cie to walka o prze­trwa­nie. Im szyb­ciej to zro­zu­mieją, tym le­piej dla nich.

ROZ­DZIAŁ 3

PA­NIOM NIE BĘ­DZIESZ

Wy­star­czy ob­ser­wo­wać, gdy idą, a ra­czej suną do szkoły, odziane zimą w ko­żuch ojca i „sied­mio­mi­lowe buty” bę­dące wła­sno­ścią ca­łej ro­dziny, by zro­zu­mieć, że nie mo­gły przy­zwy­czaić się do ru­chów lek­kich i zgrab­nych.

Wil­helm Ka­lita, na­uczy­ciel z Po­ku­cia

W 1921 roku 40 pro­cent miesz­kań­ców pol­skiej wsi to anal­fa­beci[7]. Naj­go­rzej jest na wscho­dzie; do­tych­czas – w za­bo­rze ro­syj­skim – obo­wią­zek szkolny nie ist­niał, po­sy­ła­nie dziecka do szkoły uzna­wano tam za zby­tek lub za­wra­ca­nie głowy. Zresztą, czy każdy jest na tyle zdolny, by uczyć się w szkole? „Pe­wien pro­cent mło­dzieży nie da się na­uczyć czy­tać. Ile wśród niej jest kre­ty­nów, ile za­nie­dba­nych sie­rot, a ile lek­ko­myśl­nych le­niów, trudno od­gad­nąć. Młod­sze ko­biety i dziew­częta od­zna­czają się na ogół więk­szą pil­no­ścią, bo wię­cej z nich umie czy­tać w po­rów­na­niu z męż­czy­znami” – pi­sze Fran­ci­szek Dzie­dzic, eko­no­mi­sta, pro­fe­sor Szkoły Głów­nej Go­spo­dar­stwa Wiej­skiego w War­sza­wie. Po czę­ści ma ra­cję – o ile wśród star­szych wię­cej męż­czyzn niż ko­biet po­trafi czy­tać, w młod­szej gru­pie prze­wa­żają czy­ta­jące dziew­czyny.

W nowo po­wsta­łej Pol­sce od 1919 roku wszyst­kie dzieci od sied­miu do czter­na­stu lat mu­szą cho­dzić do szkoły. Ale są i wy­jątki: je­śli uczeń mu­siałby przejść wię­cej niż trzy ki­lo­me­try albo gdy ro­dzice po­pro­szą o zwol­nie­nie ze szkol­nego obo­wiązku z po­wodu cho­roby lub biedy. Po­da­nia w tej spra­wie słane są z róż­nych stron Pol­ski każ­dego dnia.

Do Pana In­spek­tora R. Sz. P. w Prze­wor­sku

Ja ni­żej pod­pi­sany Jó­zef Ta­dla, zam. w Hu­ci­sku Ja­wor­nic­kim, po­wiat Prze­worsk upra­szam ła­ska­wie o zwol­nie­nie ze szkoły mo­jej córki uro­dzo­nej 16. 1. 1917 roku, a uczęsz­cza­ją­cej do 4 klasy, po­nie­waż je­stem biedny, a i tak po­sy­łam oprócz niej dwoje dzieci do szkoły, które jest mi ciężko troje dzieci do szkoły po­sy­łać, z po­wodu tego, że na wsi taka bieda wsku­tek ta­nich pro­duk­tów rol­nych, że nie można tych dzieci w ża­den spo­sób okryć i obuć.

Jó­zef Ta­dla

Hu­ci­sko 19/7/1931

In­spek­tor z pew­no­ścią zna sy­tu­ację ro­dzin chłop­skich. Wie, że wielu z nich na­prawdę nie stać na buty dla dzieci, a idzie je­sień i nie da się już dłu­żej cho­dzić boso. W pi­śmie z 11 wrze­śnia 1931 roku przy­chyla się więc do prośby Jó­zefa Ta­dli, któ­rego córka do szkoły już nie pój­dzie co naj­mniej do wio­sny, kiedy zie­mia się ogrzeje.

„Szkołę mam 3 od­dzia­łową za ro­syj­skich cza­sów, a dziecko moje do­piero w tym roku za­cznie szkołę ale mar­twię się jak tu po­sy­łać kiedy ciężko na ze­szyt i tą sta­lówkę, a tu trzeba ubra­nie lep­sze i ja­kie buty cho­ciasz drew­niane bo la­tem boso może cho­dzić ale zimą to mu­sowo w drew­nia­kach bo na inne mnie nie stać a ja jak chce iść do ko­ścioła choć raz w mie­siącu to terz po­ży­czam so­bie bu­tów od są­siadki” – pi­sze w an­kie­cie Ja­nina Pra­sz­czyk ze wsi Strzelce Wiel­kie w cen­tral­nej Pol­sce. Go­spo­dyni ma­łego go­spo­dar­stwa wy­cho­wuje dzieci sama, bo mąż, jak twier­dzi, od pię­ciu lat hula po Fran­cji, a do niej na­wet nie pi­sze.

Ja­dwiga Szkraba uro­dziła się w ma­łej be­skidz­kiej wio­sce Ode­rne, po­ło­żo­nej wśród dwor­skich la­sów, kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów od gra­nicy z Cze­cho­sło­wa­cją. Przy­byli tu jej dziad­ko­wie, gdy pod ko­niec XIX wieku po­sta­no­wiono zbu­do­wać hutę szkła i spro­wa­dzono ro­bot­ni­ków. „Byli to lu­dzie naj­bied­niejsi, któ­rzy nie mo­gli so­bie wy­brać lep­szego losu, więc miesz­ka­nie w ba­ra­kach, bar­dzo ciężka praca od świtu do nocy i bar­dzo li­che wy­ży­wie­nie było dla nich wy­star­cza­jące. Po wy­rą­ba­nym drze­wie na opał do huty po­zo­stały wy­ręby, które ro­bot­nicy no­cami wy­kar­czo­wali, by zdo­być ja­kiś za­gon do ob­sia­nia zbo­żem” – wspo­mina. Kil­ka­na­ście lat po osie­dle­niu się wy­rob­ni­ków w Ode­rnem wła­ści­cielka ma­jątku zli­kwi­do­wała hutę szkła, ale ro­bot­nicy tu po­zo­stali, w tym także ro­dzina Ja­dwigi, pła­cąc wiel­moż­nej pani wy­so­kie czyn­sze za dzier­żawę gruntu, to­też bieda nie od­pusz­czała.

„Naj­wię­cej zmar­twie­nia w moim ży­ciu – pi­sze po la­tach Ja­dwiga Krok z domu Szkraba – było z po­wodu szkoły, do któ­rej chcia­łam ko­niecz­nie cho­dzić, a nie mia­łam bu­tów”.

W dzień, kiedy się do­wia­duje, że nie bę­dzie się uczyć w szkole, wpada w roz­pacz i do wie­czora pła­cze. Matka go­rącz­kowo szuka spo­sobu, by Ja­dwiga mo­gła cho­dzić do szkoły bez bu­tów po­mimo zimna.

„Na drugi dzień roz­ście­liła matka zgrzebną płachtę na pod­ło­dze, na któ­rej mi ka­zała sta­nąć, za­wią­zała mię w dwa rogi i po­dała bratu na plecy, żeby mnie za­niósł do szkoły. Brat, który się wsty­dził, le­dwo mię do­niósł do sionki, ale ja nic z tego so­bie nie ro­biąc, szczę­śliwa wcho­dzi­łam boso do klasy, że mogę się uczyć, sia­da­łam w ławce, pod­wi­ja­jąc nogi pod sie­bie, bo mi było zimno” – wspo­mina. Nie­kiedy po lek­cjach, gdy brat się spóź­niał, czeka na niego w nie­opa­la­nej sieni, znów pod­wi­ja­jąc pod sie­bie nogi, ale dumna z sie­bie, bo na­uczyła się pi­sać.

Szkoła zmie­nia Ja­dwigę. – Bab­cia tra­fiła na wspa­niałą na­uczy­cielkę, dzięki któ­rej na­uczyła się pi­sać wier­sze, po­ko­chała te­atr i wy­stę­po­wała w przed­sta­wie­niach. Skoń­czyła tylko cztery klasy, ale to szkoła ją ukształ­to­wała – wspo­mina Lucy Da­vis, wnuczka Ja­dwigi Szkraby. Ja­dwiga wyj­dzie za mąż za star­szego od sie­bie o dzie­sięć lat, rów­nie bied­nego jak ona anal­fa­betę. – Bab­cię do­pro­wa­dzało to do roz­pa­czy, pró­bo­wała na­uczyć go pi­sać i czy­tać, ale dzia­dek po­tra­fił tylko pod­pi­sać się imie­niem i na­zwi­skiem.

Naj­czę­ściej to matki or­ga­ni­zują dziecku wszystko, co po­trzebne, aby mo­gło pójść do szkoły. Z na­biału, który sprze­da­dzą, lnu, który wy­sieją, ja­jek, które za­niosą na targ, sta­rają się uciu­łać, żeby było na ta­bliczkę[8], ry­sik, ze­szyt, ubra­nia, buty. Gdy się nie uda, wtedy coś klecą, jak matka Ja­dwigi to­bo­łek, albo od­dają dziecku wła­sne buty.

„Buty miał po­tworne. Je­den trze­wik był mój, a drugi stary but ojca o du­żym roz­mia­rze. Ale co mia­łam po­cząć, jak mnie nie stać było na lep­sze okry­cie, a chcia­łam ko­niecz­nie, żeby się na­uczyli cho­ciaż co­kol­wiek, żeby cho­ciaż syn po­tra­fił list na­pi­sać, żeby umiał od­czy­ty­wać na­pisy nad skle­pami. A jak do­ro­śnie, żeby umiał od­czy­ty­wać dro­go­wskazy, gdzie pro­wa­dzą drogi w świat za pracą i chle­bem” – wspo­mina wy­rob­nica fol­warczna, która wy­pra­wiała syna do szkoły na po­czątku lat trzy­dzie­stych.

Uczeń może zo­stać zwol­niony z na­uki w szkole, je­śli mu­siałby przejść wię­cej niż trzy ki­lo­me­try, a także z po­wodu cho­roby lub biedy

Ja­dwiga Somla z uczen­ni­cami

Je­śli się cho­dzi la­tem boso do szkoły, nie trzeba się wsty­dzić, w wielu re­gio­nach to norma. Do­piero kiedy spad­nie śnieg, trzeba za­ło­żyć przy­naj­mniej drew­niaki, które zrzuca się w cie­płe wio­senne mie­siące. W szkole pa­mięt­ni­karki spod Tar­nowa na­uczy­ciel usta­wiał dzieci pod ścianą bu­dynku i spraw­dzał, czy mają czy­ste nogi. „Bo gdy na­stał wie­czór, to miast umyć nogi, nie­jedno dziecko prze­pra­co­wane za kro­wami, a nie­jed­no­krot­nie przy wy­kop­kach, za­sy­piało na­tych­miast i tak z dnia na dzień na­ra­stało tego błota. Na­uczy­ciel wit­kami z mło­dych ga­łą­zek wierzby każ­demu ta­kiemu dziecku przy­ło­żył po no­gach i ka­zał iść do rzeki umyć nogi, a tu zimna woda, nie­jed­no­krot­nie i my­dła nie było. Pie­kły te nogi okrop­nie, ta­kie po­pę­kane, a trudno było je do­myć”.

Kiedy dziecko idzie do szkoły, ro­dzina traci pra­cow­nika w go­spo­dar­stwie. Nie wszy­scy mogą so­bie na to po­zwo­lić.

Do Rady Szkol­nej Po­wia­to­wej w Prze­wor­sku

Pod­pi­sany prosi uprzej­mie o zwol­nie­nie córki swej Bro­ni­sławy Fu­dali od uczęsz­cza­nia do szkoły klasy V. Uro­dzo­nej dnia 23 paź­dzier­nika 1919 roku. Po­nie­warz jest naj­star­szą w domu i musi po­ma­gać ro­dzi­com przy pracy.

Hu­ci­sko Ja­wor­nic­kie

Dnia 26. IX. 1932

Kiedy in­spek­tor spraw­dził w szkole, jak wy­gląda sy­tu­acja Bro­ni­sławy, oka­zało się, że dziew­czyna po­wta­rza klasę i nie przy­kłada się do na­uki. Na­uczy­ciele i in­spek­to­rzy wie­dzą, jak ro­dzice trak­tują szkołę i że pa­sionka wy­daje im się waż­niej­sza od na­uki, a cza­sem rze­czy­wi­ście nie mają wyj­ścia, bo nie stać ich na za­trud­nie­nie ko­go­kol­wiek, kto za­stąpi dziecko. Albo uwa­żają, że na­uka nie ma w ży­ciu ko­biety naj­mniej­szego zna­cze­nia.

„Po co ci szkoła? I tak pa­niom nie bę­dziesz” – sły­szą córki.

Apo­lo­nii Księ­żo­pol­skiej z domu Si­kor­skiej, uro­dzo­nej w Sku­piach na Ma­zow­szu, szczę­ście w ży­ciu sprzyja.

– Oj­ciec mamy, a mój dzia­dek, To­masz Si­kor­ski, pra­co­wał jako cie­śla. Drew­niane domy, które bu­do­wał po­nad sto lat temu, wciąż stoją, więc my­ślę, że był do­bry w swoim fa­chu – opo­wiada Mi­chał Księ­żo­pol­ski, eme­ry­to­wany na­uczy­ciel fi­zyki. – Kiedy mama skoń­czyła szes­na­ście lat, zna­lazł się ka­wa­ler, mój oj­ciec, który chciał się że­nić, i dzia­dek się zgo­dził, bo jak ktoś się od­po­wiedni tra­fił, to wy­da­wało się dziew­czynę jak naj­szyb­ciej.

Ka­wa­ler rzecz ja­sna oka­zuje się od­po­wiedni, nie star­to­wałby prze­cież do córki bo­ga­tego cie­śli, gdyby sam nie był za­możny. Alek­san­der Księ­żo­pol­ski, go­spo­darz na dzie­się­ciu hek­ta­rach, po­sia­dał na­wet herb Pół­ko­zic. Po ślu­bie oj­ciec Apo­lo­nii wy­sta­wia im, jak się wów­czas mówi, sporą cha­łupę i ro­dzina go­spo­da­ruje od razu na swoim, co spo­tyka się rzadko. Zwy­kle mło­dzi za­miesz­kują z ro­dzi­cami jed­nego z mał­żon­ków i resztą ro­dziny. Jed­nak, co naj­waż­niej­sze, mąż Apo­lo­nii nie tylko jest pra­co­wity i miły, ale także po­zwala żo­nie rzą­dzić, co pro­wa­dzi ją pro­sto do koła go­spo­dyń wiej­skich, gdzie zo­staje wi­ce­prze­wod­ni­czącą za­rządu głów­nego. Robi te­raz za­wrotną ka­rierę. Syn pa­mięta, jak pod ko­niec lat trzy­dzie­stych od­wo­zili z oj­cem matkę końmi na sta­cję ko­le­jową, gdzie ona, wy­stro­jona w tra­dy­cyjny ma­zo­wiecki strój, wsia­dała do po­ciągu, aby po­mknąć do sto­licy na ważne uro­czy­sto­ści na naj­wyż­szym, pań­stwo­wym szcze­blu. Rze­czy­wi­ście, znaj­du­jemy na­zwi­sko Apo­lo­nii Księ­żo­pol­skiej w ar­ty­kule Chłopi siłą na­rodu pol­skiego z ga­zety „Dzień Po­mo­rza” z roku 1937, i to w pa­rze z sa­mym mar­szał­kiem Edwar­dem Ry­dzem-Śmi­głym. Re­la­cja z Kon­gresu Cen­tral­nego Mło­dej Wsi prze­nosi nas na Pole Mo­ko­tow­skie do War­szawy, gdzie tego dnia zja­wili się mię­dzy in­nymi pre­mier Fe­li­cjan Sła­woj Skład­kow­ski i liczni mi­ni­stro­wie, przed któ­rymi chłop­skie or­ga­ni­za­cje pa­ra­dują z trans­pa­ren­tami: „Zie­mia dla chło­pów” oraz „W każ­dej wsi szkoła pu­bliczna”. Także na wielu in­nych fo­to­gra­fiach z naj­waż­niej­szych uro­czy­sto­ści władz II RP obok ofi­cjeli zo­ba­czymy ko­biety w stro­jach re­gio­nal­nych. Wła­dza lubi się przy­ozdo­bić ko­bie­tami z ludu. Jakby ktoś nie wie­dział – wieś jest ważna, ko­biety są ważne.

Apo­lo­nię Księ­żo­pol­ską, którą ga­zeta przed­sta­wia jako go­spo­dy­nię z po­wiatu so­ko­łow­skiego, spo­tyka tego dnia za­szczyt wy­jąt­kowy: pełni funk­cję matki chrzest­nej sztan­daru, który zo­sta­nie po­świę­cony, a któ­rego oj­cem chrzest­nym jest wła­śnie mar­sza­łek Rydz-Śmi­gły.

Apo­lo­nia Księ­żo­pol­ska z mę­żem Alek­san­drem

– Mama czuła dumę, że ob­raca się w wyż­szych sfe­rach. Ale też wielki kom­pleks z tego po­wodu, że nie cho­dziła do szkoły. Dziad­ko­wie nie wi­dzieli ta­kiej po­trzeby, by kształ­cić córkę. Mama miała o to żal, uwa­żała, że gdyby miała wy­kształ­ce­nie, za­szłaby w ży­ciu dużo da­lej. Czuła się też nie­pew­nie z tego po­wodu, że była sa­mo­ukiem. To ona na­uczyła czy­tać i pi­sać swo­jego ojca, który też do szkoły nie cho­dził – opo­wiada Mi­chał Księ­żo­pol­ski.

Brak szkol­nego wy­kształ­ce­nia Apo­lo­nię nie tylko smuci, ale też mo­bi­li­zuje. Zrobi wszystko, by wy­kształ­cić swoje dzieci. Cała czwórka skoń­czy stu­dia, ale to już we wcze­snym PRL-u.

– Na­uka miała dla mamy naj­więk­sze zna­cze­nie, nic się w ta­kim stop­niu dla niej nie li­czyło, dla­tego jesz­cze przed wojną moja naj­star­sza sio­stra wy­je­chała do szkoły go­spo­dar­czej z in­ter­na­tem do Dro­hi­czyna, co na pewno dużo na­szych ro­dzi­ców kosz­to­wało, ale dla mamy wy­kształ­ce­nie zna­czyło wię­cej niż pie­nią­dze – wspo­mina syn Apo­lo­nii Księ­żo­pol­skiej.

Je­śli dziew­czyna ma braci, zwy­kle to oni stoją przed nią w ko­lejce do edu­ka­cji. Bo jemu może się bar­dziej przy­dać, a jak pój­dzie do woj­ska, bę­dzie się po­tra­fił pod­pi­sać.

Anielę Do­bro­wol­ską z Alek­san­drówki, córkę do­syć bo­ga­tego chłopa, na­zy­wają we wsi war­sza­wianką. „Ja ma­rzy­łam o ja­kiejś szkole w War­sza­wie. Oj­ciec ma­mie czę­sto ro­bił wy­mówki, «cho­wasz ich na War­sza­wianki, oszczę­dzasz ich», może to była tro­chę prawda, bo moja mama wsta­wała wcze­śnie, da­wała ko­niowi ob­rok, do­iła krowy, da­lej brała się za kuch­nię, a ja spa­łam do śnia­da­nia, oj­ciec był chory na astmę, to spał naj­dłu­żej. Cały cię­żar go­spo­dar­ski spa­dał na mamę, chciała nas ład­nie ubrać, to każde ja­jeczko sprze­dała, ma­sła nie spró­bo­wała, wszystko trzeba było sprze­dać, żeby nas ubrać” – wspo­mina po la­tach. Jej ma­rze­nia stają się jesz­cze in­ten­syw­niej­sze, gdy za­kłada słu­chawki ra­diowe na­le­żące do na­uczy­ciela, który miesz­kał w tym sa­mym domu. „My­śli krą­żyły wtedy po gło­wie, gdy­bym mo­gła być kie­dyś na­uczy­cielką, żeby mi dzieci mó­wiły dzień do­bry, jak temu panu, o jak­bym była szczę­śliwa”. Wszystko za­leży od ojca, z któ­rym pra­wie nie ma kon­taktu. „Czu­ły­śmy krę­pa­cję do ojca, wszyst­kie sprawy za­ła­twia­ły­śmy z mamą. Matka była do­brą, oj­ciec jak pa­mię­tam za­wsze po­ni­żał moją mamę”. Po czwar­tej kla­sie prosi ojca, by mo­gła się uczyć da­lej, i sły­szy: nie. „Od­po­wie­dział mi tyle, że bę­dzie uczył braci, a dziew­czy­nie szkoła nie­po­trzebna”. Do szkoły idą jej ko­le­żanki, przede wszyst­kim z bo­ga­tych ro­dzin i córki ko­le­ja­rzy. „Przy­kro mi było, to było moje pierw­sze nie­po­wo­dze­nie, upa­dłam na du­chu, sta­łam się już niż­szą”.

Ra­dzi so­bie tak, jak zwy­kle wiej­skie dziew­częta czu­jące się zbęd­nymi: je­dzie do War­szawy na słu­żącą.

Ba­da­nie lo­sów swo­jej ro­dziny wy­maga go­to­wo­ści, by się roz­stać z wy­obra­że­niami i ilu­zjami na jej te­mat, a w związku z tym i na swój wła­sny.

Piotr Kie­żun, kry­tyk li­te­racki, z za­wodu so­cjo­log i fi­lo­zof, wy­ra­stał wśród opo­wie­ści swo­jej babci na­uczy­cielki, po­cho­dzą­cej z ma­zo­wiec­kiej wsi Po­pławy (dziś część Puł­tu­ska), które jak pi­sze, po­zwo­liły mu „za­do­mo­wić się w prze­strzeni i cza­sie – uświa­do­mić so­bie, że je­stem czę­ścią ja­kiejś więk­szej wspól­noty lo­sów”. Miał, przy­znaje, szczę­ście: bab­cia Ma­rylka, jak na­zywa ją wnuk, poza świetną pa­mię­cią po­sia­dała też dar barw­nego opo­wia­da­nia. Kiedy więc w 2018 roku po­sta­no­wił za­re­je­stro­wać roz­mowę rzekę, którą z nią prze­pro­wa­dził, udało im się wspól­nie stwo­rzyć coś w ro­dzaju ro­dzin­nej kro­niki, się­ga­ją­cej kilka ge­ne­ra­cji wstecz.

Ma­ria Kar­piń­ska, bab­cia au­tora, uro­dziła się w 1932 roku w cha­cie kry­tej strze­chą, ale jej ro­dzina na­le­żała do bo­gat­szych go­spo­da­rzy. Na swój uży­tek upra­wiali nie­duży ka­wa­łek ziemi, ho­do­wali kury i dwie krowy, ale utrzy­ma­nie ro­dzi­nie za­pew­niało stałe wy­na­gro­dze­nie jej ojca, Te­les­fora Kacz­mar­czyka, pie­ka­rza pra­cu­ją­cego w Puł­tu­sku.

Jesz­cze jego dzia­dek pro­wa­dził spore go­spo­dar­stwo w oko­licy Zgie­rza, ale gdy po­padł w długi, stra­cił je, a syn Adam, oj­ciec Te­les­fora, zo­stał fli­sa­kiem na Na­rwi. Ro­dzi­nie sprzy­jało geo­gra­ficzne po­ło­że­nie: tuż przy mie­ście i nad rzeką, dzięki czemu jej sta­tus miał szanse się po­pra­wić. Sy­tu­acja miesz­kań­ców pod­miej­skich wsi była nie­po­rów­ny­wal­nie ko­rzyst­niej­sza od tych z wio­sek od­da­lo­nych o dzie­siątki ki­lo­me­trów od prze­my­sło­wych ośrod­ków.

Gdy Te­les­for Kacz­mar­czyk miał dwa­na­ście lat, matka za­pro­wa­dziła go do puł­tu­skiej pie­karni, aby tam na­uczył się za­wodu, a po­tem, dzięki stry­jowi, pod­no­sił swoje kwa­li­fi­ka­cje w War­sza­wie. Gdy skoń­czył trzy­dziestkę, oże­nił się z Ro­za­lią No­wo­siel­ską, ma­jąc do­bry fach, a za sobą do­świad­cze­nie dwóch lat walki na fron­cie pierw­szej wojny świa­to­wej w ar­mii ro­syj­skiej oraz uwię­zie­nie w wę­gier­skim obo­zie je­niec­kim, gdzie wy­pie­kał chleb dla jeń­ców i żoł­nie­rzy.

Po­sada Te­les­fora, ale też pra­co­wi­tość Ro­za­lii, która zaj­mo­wała się do­mem i in­wen­ta­rzem oraz przę­dła i tkała len, wy­ra­bia­jąc z płótna odzież dla bli­skich i po­ściel, za­bez­pie­czały naj­waż­niej­sze po­trzeby pię­cio­oso­bo­wej ro­dziny.

Także przod­ko­wie Ro­za­lii na­le­żeli do za­moż­niej­szych. Jej matka, Alek­san­dra, zwana Ole­sią, córka ko­wala, do­stała w po­sagu go­spo­dar­stwo i piękny, drew­niany dom w Po­pła­wach. I choć mąż, któ­rego zna­lazł jej oj­ciec, nie ra­dził so­bie z go­spo­da­ro­wa­niem i nie­mal cały do­ro­bek wy­prze­dał, Olesi udało się za ostat­nie pie­nią­dze ku­pić kilka hek­ta­rów ziemi i pół domu. Uro­dziła sied­mioro dzieci, ciężko pra­co­wała w domu i w polu i za­pew­niła sy­nom wy­kształ­ce­nie. Na­to­miast córka, Ro­za­lia, ni­gdy nie uczyła się w szkole. Jak wielu dziew­czyn­kom ro­dzina wy­zna­czyła jej rolę opie­kunki o kilka lat młod­szych braci.

„Kie­dyś na Po­pławy przy­je­chała na­uczy­cielka – opo­wia­dała w roz­mo­wie z wnu­kiem Ma­ria Kar­piń­ska, eme­ry­to­wana na­uczy­cielka. – Ktoś ją spro­wa­dził i da­wała lek­cje w czy­imś domu – na tej sa­mej ulicy, na któ­rej ja się uro­dzi­łam. Mama od razu tam po­bie­gła, bo też się chciała uczyć. Bab­cia na­tych­miast do niej przy­le­ciała i za­wo­łała: «Ty tu sie­dzisz, a kto bę­dzie dzieci pil­no­wał?!». Więc pil­no­wała. Z dziad­kiem cho­dziła w pole. Szczu­plutka taka. Pew­nego razu le­d­wie się już trzy­mała na no­gach, a dzia­dek kosi i kosi, kosi i kosi. Mama nie mo­gła na­dą­żyć. Prze­cho­dził ja­kiś są­siad i mówi: «Fra­nek, zo­bacz, toż ten dzie­ciak już pada, on już nie ma siły». To się dzia­dek obej­rzał i mówi: «O matko je­dyna, rze­czy­wi­ście, że nie ma siły!»”.

Piotr Kie­żun przy­znaje, że in­for­ma­cja o tym, że jego pra­bab­cia nie po­tra­fiła się pod­pi­sać, zro­biła na nim wra­że­nie. „By­łem wię­cej niż za­sko­czony. Ale wcale nie dla­tego, że w po­rów­na­niu z nią jej młod­szy brat skoń­czył jako wy­kła­dowca na Po­li­tech­nice War­szaw­skiej. Jego hi­sto­ria jest wy­jąt­kowa i je­stem tego świa­domy. Było dużo sprzy­ja­ją­cych zbie­gów oko­licz­no­ści, które po­zwo­liły mu osią­gnąć suk­ces. Po pierw­sze, był męż­czy­zną” – re­la­cjo­nuje Piotr Kie­żun i tłu­ma­czy, że przy­czy­niło się do tego przede wszyst­kim do­bre gim­na­zjum w Puł­tu­sku, jak rów­nież in­spi­ru­jący na­uczy­ciel z mi­sją.

To jed­nak nie ta nie­sy­me­trycz­ność, w końcu pew­nie w ja­kiś spo­sób oczy­wi­sta, za­sko­czyła Pio­tra Kie­żuna. „W przy­padku pra­babci Ro­za­lii zdzi­wiło mnie nie to, że nie była wy­kształ­cona, lecz że nie otrzy­mała na­wet tej pod­sta­wo­wej edu­ka­cji w po­staci umie­jęt­no­ści pi­sa­nia i czy­ta­nia. Jak to? Mama mo­jej babci, która była na­uczy­cielką w szkole pod­sta­wo­wej, nie umiała czy­tać i le­d­wie się pod­pi­sy­wała? Oczy­wi­ście je­stem świa­domy, że skala anal­fa­be­ty­zmu w Pol­sce była duża, ale za­wsze my­śla­łem, że nie do­ty­czy to mo­jej ro­dziny. A na pewno nie tej bli­skiej. W końcu mnie i pra­bab­cię dzielą za­le­d­wie trzy po­ko­le­nia”.

„Spo­wodu nę­dzy ży­cia...” Jedno z pism ro­dzi­ców z prośbą o zwol­nie­nie dziecka z obo­wiązku na­uki

W II RP dla wielu chłop­skich ro­dzin, szcze­gól­nie dla star­szego po­ko­le­nia, szkoła i edu­ka­cja to wciąż sprawy pań­skie, a nie chłop­skie, tak było od wie­ków. Przy­zwy­cza­ili się do wy­klu­cze­nia, po­wścią­ga­nia am­bi­cji, mi­ni­ma­li­zo­wa­nia po­trzeb i znaj­do­wa­nia swo­jego miej­sca w sze­regu. Do­brze pa­mię­tają, ja­kie wy­rze­cze­nia po­no­sili ci, któ­rzy się­gali po nie swoje.

Matka po­ety Ta­de­usza Ró­że­wi­cza, Ste­fa­nia, miesz­ka­jąca w po­cząt­kach XX wieku we wsi Szyn­kie­lów pod Wie­lu­niem, wspo­mina: „Wieś była duża, i w sto­sunku do in­nych wio­sek za­można, ale do­słow­nie nie było jed­nej ro­dziny, żeby mo­gła so­bie po­zwo­lić na wy­sła­nie dziecka, na­wet zdol­nego, do szkoły do mia­sta. Zna­łam kilku chłop­ców, na­wet mo­gliby się uczyć, ale mu­sieli iść do Nie­miec na ro­boty. Dwóch z mo­jego po­ko­le­nia chciało na coś wyjść, jak to się mó­wiło, więc je­den z nich, An­drzej Ka­łużny, był kilka razy w Niem­czech, aby so­bie na na­ukę czy ubra­nie za­ro­bić. Po­tem la­tał dzie­więć ki­lo­me­trów do księ­dza pro­bosz­cza, który go przy­go­to­wał do któ­rejś klasy, nie pa­mię­tam czy do trze­ciej, czy czwar­tej, w każ­dym ra­zie wy­je­chał do ja­kie­goś se­mi­na­rium, z któ­rego wró­cił bar­dzo wy­czer­pany. Drugi chło­piec to był An­toni Wa­la­sik. Mu­siał być bar­dzo zdolny, na­wet wszech­stron­nie zdolny. Wi­dzia­łam nie­raz, jak z kory so­sno­wej rzeź­bił róż­nych świąt­ków i to na­prawdę ład­nie. Był sa­mo­ukiem. Ro­dzice na­wet mu nie dali na ta­bliczkę i ry­sik, więc pi­sał wę­glem, pa­ty­kami po ziemi, a jak był star­szy, cho­dził do Nie­miec i uczył się pi­sać”.

Jed­nak gdy oj­ciec Ste­fa­nii Ró­że­wicz tłu­ma­czy chło­pom: „Szkoła bar­dzo wa­szym dzie­ciom po­trzebna”, od­po­wia­dają: „Pa­nie, kto się zna na pi­śmie, ten się do pie­kła ci­śnie”.

Część chło­pów nie chce kształ­cić dzieci z po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści za ro­dzinę. Oj­ciec to kie­row­nik ze­społu, a dzieci to ka­dra przed­się­bior­stwa – je­śli za­czną się kształ­cić, kto za nich bę­dzie ro­bił? Matki mają jed­nak na­dzieję, że znaj­dzie się ja­kiś spo­sób, go­towe same za dziecko pra­co­wać, by­leby ono miało choć tro­chę le­piej w ży­ciu niż ona. Bez de­ter­mi­na­cji chłop­skich ma­tek, ich nad­zwy­czaj­nego uporu i nie­wy­obra­żal­nego po­świę­ce­nia wiele lo­sów po­to­czy­łoby się zu­peł­nie ina­czej.

W za­sięgu chłop­skiego dziecka z po­czątku XX wieku znaj­duje się zwy­kle ka­riera księ­dza lub na­uczy­ciela. Po­zy­cja księ­dza wy­do­by­wała chłopa z jego stanu, a pre­stiż i au­to­ry­tet, ja­kie zy­ski­wali księża, spra­wiały, że nie­mal każda matka mo­dliła się o taki los dla swego syna.

Kiedy Kon­stan­cja Zieja ze wsi Ossa koło Ra­do­mia po­sta­na­wia kształ­cić swo­jego Janka[9], ko­le­żanki śmieją się z niej za ple­cami. „Pierw mi wy­ro­sną włosy na dło­niach, nim Ko­st­cyn syn wy­uczy się na księ­dza. To nie na oską go­spo­darkę” – mó­wią do sie­bie.

Córka ko­wala ze dworu sama by nie wpa­dła na to, aby po­słać syna do se­mi­na­rium du­chow­nego, ale od chwili, gdy pro­boszcz pa­ra­fii w Od­rzy­wole Alek­san­der Ak­sa­mi­tow­ski po­wie­dział jej, że Ja­nek ma ta­lent i trzeba go uczyć, nie może prze­stać o tym my­śleć. Jej mąż prze­ciw­nie. „Ni­gdy! To nie na­sza go­spo­darka uczyć się” – mówi jej.

Kon­stan­cja nie za­mie­rza się pod­dać. Au­to­ry­te­tem więk­szym jest dla niej ksiądz, więc obiera czę­stą w pa­triar­chal­nych ro­dzi­nach ko­biecą stra­te­gię. Mówi mę­żowi: „zgoda”, i robi swoje. Ży­cie ta­kich ko­biet jak ona jest pełne ta­jem­nic, ofi­cjal­nie go­dzą się na ule­głość, nie re­zy­gnu­jąc jed­nak ze swo­ich pra­gnień. Bab­ski spryt, oto czego im trzeba: utrzy­mać męża w prze­ko­na­niu, że on rzą­dzi, ale osią­gać swoje cele, zwłasz­cza je­śli do­ty­czą dzieci, one są bo­wiem dla ko­biety naj­waż­niej­sze i dla nich ry­zy­kuje gniew męża. Oj­ciec Janka an­ga­żuje się w wy­cho­wa­nie je­dy­nie wtedy, gdy uznaje, że trzeba dziecku przy­lać. „Je­śli czymś że­śmy za­wi­nili, to brał na nas kij albo rze­mień. Praca i moc; au­to­ry­tet, ale od strony fi­zycz­nej” – wspo­mi­nał Jan Zieja.

Kiedy Kon­stan­cja de­cy­duje się kształ­cić syna, prze­cho­dzi do kon­spi­ra­cji: bie­rze trzy ko­piejki, je­dzie na targ do Od­rzy­wołu i ku­puje mu ele­men­tarz. Od go­spo­dyni księ­dza do­staje ze­szyty ze zna­kami wod­nymi i te­raz Jan może za­cząć sta­wiać pierw­sze li­tery i czy­tać na za­wo­ła­nie. Bar­dzo szybko wi­dać efekty, więc w nie­dzielę przed mszą, gdy do Kon­stan­cji scho­dzą się ko­le­żanki, ona bu­dzi syna: „Po­cy­toj ze num tera zy­wota” – na­ka­zuje. Chło­piec staje w ko­szuli przy łóżku i czyta: Ży­wot Boga i Zba­wi­ciela na­szego, Je­zusa Chry­stusa na­pi­sany przez św. Bo­na­wen­turę.

Koń­czy dzie­więć lat, gdy matka wy­mu­sza na ojcu zgodę, żeby od­dać syna na na­uki do pa­ra­fii w Od­rzy­wole. Szyje mu kurtkę wa­to­waną i po­ka­zuje, w jaki spo­sób je się no­żem i wi­del­cem, a star­szy brat chło­paka po­ucza go, że za­miast „ino” mówi się „tylko”.

Tego sa­mego roku Mi­chał Zieja ma atak wy­rostka ro­bacz­ko­wego, ale nie zga­dza się na ope­ra­cję. Po­woli umiera. Gdy tuż przed śmier­cią woła żonę, mówi jej, że może na­dal uczyć naj­młod­szego syna. „Po­bło­go­sła­wił Jan­kowi” – cie­szą się w ro­dzi­nie i pla­nują wy­słać chło­paka do sto­licy, bo aby do­stać się do se­mi­na­rium du­chow­nego, musi skoń­czyć pań­stwowe gim­na­zjum, ale za­in­sta­lo­wa­nie chłop­skiego dziecka z ubo­giej ro­dziny w War­sza­wie to po­mysł nie­mal sza­lony. Kon­stan­cja i na to znaj­duje spo­sób. Jan za­mieszka u kraw­co­wej, z którą jego matka za­warła umowę: bę­dzie jej pła­cić w na­tu­rze, czyli co dwa ty­go­dnie prze­sy­łać jajka, mleko, ser, ka­szę i chleb. Zwy­kle śle te pro­dukty ży­dow­ską fur­go­netką i układ spraw­dza się zna­ko­mi­cie, ale przy­cho­dzi dzień, gdy Kon­stan­cji Ziei bra­kuje tego jed­nego ru­bla, by za­pła­cić za nada­nie paczki. Wkłada to­wary do ko­szyka i ru­sza w drogę. Z Ossy do War­szawy trzeba po­ko­nać sie­dem­dzie­siąt dwa ki­lo­me­try. GPS po­ka­zuje, że dzi­siaj pie­sza droga na tej tra­sie po­winna za­jąć pięt­na­ście go­dzin, a szlak pro­wa­dzi przez Nada­rzyn i Ra­szyn i po­krywa się z dzi­siej­szą drogą S8.

Jak długo idzie Kon­stan­cja Zieja wśród ma­zo­wiec­kich pól i la­sów? Na­wi­ga­cje zwy­kle zbyt opty­mi­stycz­nie wy­mie­rzają czas; je­śli wska­zują nam pięt­na­ście go­dzin, praw­do­po­dob­nie z prze­rwami ta wę­drówka za­bra­łaby około sie­dem­na­stu go­dzin. Któ­rędy pro­wa­dzi droga? Ile waży kosz, który Kon­stan­cja nie­sie? Czy ma na no­gach buty? Nie­istotne. Naj­waż­niej­sze, że Ja­nek może zo­stać u kraw­co­wej.

Mar­cjanna For­nal­ska[10], któ­rej dra­ma­tyczny ży­cio­rys, jak i ca­łej jej ro­dziny, wy­daje się go­to­wym ma­te­ria­łem na film lub po­wieść roz­gry­wa­jącą się na tle burz­li­wych wy­da­rzeń XX wieku, po­zo­sta­wiła po so­bie barw­nie na­pi­sany Pa­mięt­nik matki. W jego pierw­szej czę­ści fa­scy­nu­jąco opo­wiada o swoim chłop­skim dzie­ciń­stwie na lu­bel­skiej wsi w cza­sach po­pańsz­czyź­nia­nych, o pierw­szych la­tach mał­żeń­stwa, o walce o edu­ka­cję swo­ich dzieci.

Gdy książka For­nal­skiej uka­zuje się w la­tach pięć­dzie­sią­tych, u schyłku jej ży­cia, z miej­sca staje się hi­tem. Z do­świad­cze­niami jej wcze­snego ży­cia mogą utoż­sa­mić się ty­siące ko­biet chłop­skiego po­cho­dze­nia. Uro­dzona w 1870 roku we wsi Ło­pien­nik na Lu­belsz­czyź­nie córka pańsz­czyź­nia­nego chłopa jak wiele dzieci w za­bo­rze ro­syj­skim nie cho­dzi do szkoły. Ma sie­dem lat, gdy do­staje od ojca swoją pierw­szą książkę i do­wia­duje się, że po­winna się na­uczyć z niej czy­tać, by mo­gła się mo­dlić. „Dziew­czy­nie wię­cej na­uki nie po­trzeba. Dziew­czyna po­winna być tylko uczciwa i pra­co­wita” – za­pa­mię­tała oj­cow­ską radę. Po­nie­waż nikt nie ma czasu się nią zaj­mo­wać, pró­buje sama wy­my­ślić, jak skła­dać li­tery.

„Ucz się, bo do­sta­niesz bi­cie!” – sły­szy. Albo: „Ucz się, jak do wio­sny na­uczysz się czy­tać, to ci ku­pimy na Wiel­ka­noc piękną ksią­żeczkę do na­bo­żeń­stwa”.

Gdy w końcu udaje się jej po­skła­dać li­tery w wy­razy, czuje się oszo­ło­miona: „Od­krywa się przede mną świat, niebo, sama nie wiem, co ro­bić z ra­do­ścią”.

Jed­nak gdy dzieli się z matką swo­imi no­wymi umie­jęt­no­ściami, sły­szy: „Le­piej wy­bie­raj kar­to­fle!”.