Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji - Tony Anderson - ebook
Opis

W lecie 1998 roku Tony Anderson wyruszył w góry Gruzji, by dotrzeć do zapomnianych i niedostępnych plemion – Chewsurów, Tuszynów, Raczów, Megrelów i Swanów. Intrygowały go dawne wierzenia i obyczaje, doskonale zachowane mimo wieloletniej niszczącej polityki władz komunistycznych oraz zawirowań i niepokojów politycznych po upadku Związku Radzieckiego. Ale Chleb i proch to nie tylko relacja z niezwykłej podróży; Anderson opisuje też skomplikowaną historię i zawiłości regionalnej polityki. Jego Gruzja, choć doświadczona przez los, wciąż jest ekscytująca i pełna życia. Choć jej dzieje sięgają w przeszłość głębiej niż dzieje wielu innych państw europejskich, zachowała młodzieńczą energię i żywiołowość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 623

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tony Anderson

Chleb i proch

Wędrówka przez góry Gruzji

Przełożyła Marta Höffner

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego BREAD AND ASHES. A WALK THROUGH THE MOUNTAINS OF GEORGIA

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Projekt typograficzny ROBERT OLEŚ /D2D.PLFotografia na okładce © by HANS HEINER BUHR / GETTY IMAGES

Fotografie wewnątrz tomu © by CHRIS WILLOUGHBY

Copyright © by TONY ANDERSON, 2003

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2014

Copyright © for the Polish translation by MARTA HÖFFNER, 2014

Redakcja ANNA BRYNKUS-WEBER

Korekta HANNA ANTOS /D2D.PL, JADWIGA MAKOWIEC /D2D.PLRedakcja techniczna ROBERT OLEŚ /D2D.PLSkład SANDRA TRELA /D2D.PL

ISBN 978-83-7536-749-2

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowatel. +48 18 351 00 70e-mail: [email protected] redakcji: [email protected]

Wołowiec 2014Wydanie I

Książkę tę dedykuję Lucy, Charliemu i Sarah

z wyrazami miłości i podziękowania oraz

Chrisowi Willoughby’emu (1947−2000)

Podziękowania

Wielu ludzi pomagało mi w trakcie moich podróży po Gruzji i Kaukazie. Mam ogromny dług wdzięczności wobec tych wszystkich przypadkowo napotkanych Azerów, Chewsurów, Tuszynów, Raczów, Megrelów i Swanów. Nigdy nie uda mi się w należyty sposób zrewanżować się im za gościnność i serdeczność. Chciałbym podziękować osobom związanym z Azerbejdżanem: Carol Morgan, pracownikom Children’s Aid Direct i doktorowi Ragibowi Mamedowowi. Jeżeli chodzi o Gruzję, to szczególne podziękowania pragnę złożyć: Bece Gotsadzemu i Mindiemu Czinczaraouliemu za ich pomoc oraz porady; Saszy i Irinie Aleksidze − parze lekarzy – za ich gościnność; Tsirze Guguszwili za długoletnią przyjaźń oraz wsparcie; Marice Didebulidze i Mako Maisuradze za wszystko, o czym wspomniałem już wcześniej, a także za wytrwałość w odpowiadaniu na moje pytania oraz entuzjastyczne zaangażowanie w dużą część tej opowieści.

Yiannis Sarzetakis mieszkający na Siros i Robert Temple z Somerset w sporej mierze pomogli mi zrozumieć legendy związane z Prometeuszem. Profesor Richard Villems z Uniwersytetu w Tartu cierpliwie i niezwykle klarownie odpowiadał na wszystkie moje pytania dotyczące genetycznego pochodzenia Gruzinów oraz innych mieszkańców Kaukazu. David Zeitlyn i Anna Rayne z Kamerunu dostarczyli przepis na węża. Lewan Butchuzi z Tbilisi udzielił mi wyczerpujących informacji na temat hien w Gruzji. Zura Rewaziszwili przez lata pomagał mi we wszystkich sprawach angielsko-gruzińskich, zapewniając mi jednocześnie świetną zabawę. Frances Howard-Gordon oraz Tom i Caryne Clarkowie od samego początku odgrywali zasadniczą rolę w moich przedsięwzięciach. Alan Bell z Biblioteki Londyńskiej dał mi wiele cennych rad i wykonał ogrom pracy archiwalnej. Dziękuję wydawnictwu Hutchinson za zgodę na zacytowanie fragmentów pochodzących z książki Tima Severina, The Jason Voyage [Podróż Jazona]. Lady Cicely Nepean uprzejmie udostępniła mi znajdujące się w jej posiadaniu dokumenty związane z nieustraszonym Johnem Baddeleyem, a także swoje wspomnienia dotyczące Baddeleya, który był jej prawujkiem. Doktor Tamara Dragadze i profesor George Hewitt szczodrze dzielili się ze mną swoją wiedzą i czasem, a także ujęli w naukowe karby pewne fragmenty tej książki. Profesor David Braund zasługuje na szczególne podziękowania z mojej strony, a także na pewnego rodzaju nagrodę, ponieważ przeczytał cały rękopis tej książki i poczynił wiele cennych uwag. Odpowiedzialność za wszystkie pomyłki, niespójność i błądzenie po manowcach spada wyłącznie na moje barki.

Dziękuję mojej rodzinie za cierpliwość i pobłażliwość okazane mi w czasie pisania tej książki, której powstanie nieco się przeciągnęło.

Na końcu pragnę podziękować Judy Willoughby, która zgodziła się na publikację kilkunastu wspaniałych zdjęć zrobionych w Gruzji przez Chrisa Willoughby’ego, wobec którego mam wyjątkowy dług. Tę książkę dedykuję między innymi pamięci Chrisa, który umarł niedługo po zakończeniu naszej ostatniej wspólnej podróży.

Słowo od autora

Chociaż wędrówkę stanowiącą główną oś narracji tej książki odbyłem latem 1998 roku, to często wspominam też o innych podróżach po Gruzji oraz wizytach w tym kraju, do którego zacząłem jeździć tuż przed rozpadem Związku Radzieckiego i robię to do dzisiaj. Góry Gruzji i zamieszkujący je ludzie stanowią kwintesencję tej podróży, ale historia, polityka i kultura całego regionu stwarzają liczne okazje do niepohamowanych dygresji. Czerpałem informacje z prac wielu badaczy, ale ta książka nie jest naukową rozprawą na temat Kaukazu. Pisownia i transliteracja nie wszystkim będą odpowiadać. Angielska postać wielu słów, przede wszystkim nazw geograficznych i nazw własnych, nie opiera się na oryginalnych słowach z języków kaukaskich, ale na ich formach utrwalonych w innych językach, głównie w języku rosyjskim. Dlatego też istnieją liczne warianty i wszystkie są w równym stopniu uzasadnione. Na przykład mieszkaniec Osetii może być określony kilkoma nazwami w języku angielskim: Ossete, Ossetine, Ossetian1. Imię królowej Tamary można skrócić do Tamar, a rzeka przepływająca przez Tbilisi to jednocześnie Kura i Mtkwari, a właściwie mtkwari, ponieważ w języku gruzińskim nie używa się wielkich liter. W alfabecie gruzińskim występują różne litery, które graficznie przedstawiają glottalizowane głoski niewystępujące w języku angielskim – w takich przypadkach starałem się oddać je za pomocą angielskiego odpowiednika. Próbowałem – dzielnie wspierany przez moich redaktorów – zachować konsekwencję tam, gdzie to konieczne. Mogę tylko mieć nadzieję, że kiedy czytelnik skończy lekturę tej książki, będzie nieco mniej zdezorientowany niż ja podczas mojej pierwszej wizyty w Gruzji.

Przedmowa do wydania polskiego

Wielką przyjemność sprawiała mi możliwość napisania tej krótkiej przedmowy do polskiego przekładu mojej książki. Muszę podziękować Monice Sznajderman z Wydawnictwa Czarne za odważną, ale – to oczywiste − wspaniałą decyzję o wydaniu Bread and Ashes po polsku, a także mojej tłumaczce Marcie Höffner, ponieważ włożyła wiele wysiłku w oddanie niektórych z moich szczególnych odniesień kulturowych oraz sformułowań i zadała mi wszystkie te pytania, które zadać należało, gdy siedzieliśmy razem w Warszawie przy kawie i ciastku.

Moja książka została wydana w 2003 roku i w kolejnych latach nastąpiły liczne zmiany, a w Gruzji wiele się wydarzyło, choć situacia, jak wszyscy o tym mówią, nadal odznacza się tą specyficznie gruzińską atmosferą, jaka otacza ludzi, którzy nie mają najmniejszego pojęcia, co się zdarzy. Za każdym razem, gdy odwiedzam ten kraj – a jeżdżę tam często – czuję, że ponownie trafiam w sam środek historycznych wydarzeń. Im jestem starszy, tym ostrożniej głoszę cokolwiek z absolutną pewnością, i nic nie potwierdza słuszności tej filozoficznej postawy lepiej niż gruzińska polityka. Jednak od czasu angielskiego wydania Bread and Ashes doszło do wydarzeń, o których warto wspomnieć.

W listopadzie 2003 roku, w wyniku niezwykle spokojnie przeprowadzonej rewolucji róż, ze stanowiska prezydenta ustąpił Eduard Szewardnadze, dawny minister spraw zagranicznych Związku Radzieckiego (obwiniany lub wychwalany za rozpad ZSRR razem z Michaiłem Gorbaczowem). Zwycięstwo odniesione w kolejnych wyborach przez Micheila Saakaszwilego – młodego, dynamicznego, wykształconego w Stanach Zjednoczonych polityka – oraz jego partię Ruch Narodowy stało się okazją do przetarcia autentycznej drogi prowadzącej do demokracji i do stworzenia społeczeństwa obywatelskiego, a także do kategorycznego rozprawienia się z korupcją i wprowadzenia radykalnych reform wielu instytucji państwowych. Dało również niesamowity napęd do poprawy tragicznej sytuacji gruzińskiej gospodarki. Udało się dokonać zadziwiająco wiele: według danych Banku Światowego Gruzja z miejsca sto dwudziestego drugiego na liście gospodarek świata przeskoczyła na miejsce osiemnaste z rocznym wzrostem gospodarczym rzędu dziewięć i pół procent. Tbilisi, które było uznawane za jedno z najniebezpieczniejszych miast w Europie, teraz jest uznawane za drugie spośród najbezpieczniejszych, zaraz po Reykjavíku. Jednak wszystkich tych, którzy odwiedzali Gruzję za dawnych czasów, i tak najbardziej zaskakuje to, że gruzińscy kierowcy zapanowali nad swoją naturalną żywiołowością oraz duchem niezależności i naprawdę zaczęli zapinać pasy bezpieczeństwa. Nawet mnie o tym przypomniano, kiedy jechałem samochodem jako pasażer! Nic tak dobitnie jak to nie świadczy o rewolucji, która dokonała się w społeczeństwie.

Ale na tej drodze pojawiły się też prawdziwe trudności. W swojej podróży Gruzja zdecydowanie zmierza ku Zachodowi, ma ambicję stać się członkiem Unii Europejskiej i NATO. A to przysparza jej poważnych problemów ze strony wielkiego sąsiada na północy. W 2008 roku doszło do krótkiej, lecz brutalnej wojny z Rosją. Doprowadziły do niej nasilające się napięcia oraz wybuchy przemocy w Osetii Południowej. Działania wojenne udało się powstrzymać (choć rosyjskie czołgi były przygotowane do ataku na Tbilisi) dzięki mediacjom państw zachodnich, przede wszystkim Francji, która ówcześnie sprawowała prezydencję w Unii Europejskiej. Wszyscy mieszkańcy Gruzji i wielu ludzi poza jej granicami obawiali się, że to będzie koniec niepodległej Gruzji, że Rosja zastosuje swoje stare sztuczki – po prostu ruszy dalej i przejmie władzę. Tak się jednak nie stało – siły rosyjskie się wycofały, pozostały jednak w Abchazji i Osetii Południowej, a rosyjski rząd uznał Abchazję i Osetię za odrębne państwa i przyznał rosyjskie paszporty Osetyjczykom i Abchazom. Jest to de facto aneksja części terytorium, więc Gruzini nigdy nie zaakceptują tego posunięcia. Rosja siłą zmieniła granice suwerennego państwa i ponosi część odpowiedzialności za czystki etniczne w pewnych rejonach Abchazji i Osetii Południowej, skąd wygnano gruzińskie rodziny, które nie mają innego domu.

W 2012 roku Saakaszwili przegrał wybory z Bidziną Iwaniszwilim (najbogatszym człowiekiem w Gruzji) i jego koalicją Gruzińskie Marzenie. Wojna z Rosją była na pewno jednym z wielu czynników, które zmniejszyły popularność Saakaszwilego. Ale złożyły się na to także brutalne potraktowanie uczestników manifestacji antyrządowej w Tbilisi, paskudny skandal z maltretowaniem więźniów, zamykanie stacji telewizyjnych i inne dostrzegane nadużycia władzy. Niepokoje związane z wyborami w 2012 roku, wojna z Rosją, rewolucja róż – wszystkie te wydarzenia odbiły się echem w Polsce. Obszernie je relacjonowano i analizowano, ale ja, jako osoba, która podchodzi do historii raczej na sposób chiński, to znaczy uważam, że potrzeba wielu lat, aby ujrzeć takie wydarzenia z odpowiedniej perspektywy, zachowuję rezerwę wobec faktów. Z pewnością to nie miejsce na próbę ich rozwikłania. Jednak w przypadku samych Gruzinów gęste opary podejrzliwości jeszcze bardziej to wszystko zaciemniają.

Dlaczego na przykład w ogóle doszło do wojny? Co, na Boga, w obliczu rosyjskich oddziałów i czołgów skoncentrowanych na granicy, miała nadzieję osiągnąć gruzińska armia (bez względu na prowokację), idąc na wojnę i wpadając prosto w dobrze przygotowaną pułapkę? Jakie siły tam działały? Czysta głupota? Spisek? Oszustwo? Niektórzy za znaczące uznają nawet to, że rosyjskie oddziały zatrzymały swoją ofensywę, gdy dotarły do Gori, leżącego niedaleko Tbilisi miejsca urodzenia Stalina, gdzie nadal działa jego muzeum – punkt obowiązkowy dla wszystkich odwiedzających Gruzję.

Podczas wyborów w 2012 roku Gruzini podejrzewali, że doszło do wszelkiego rodzaju machlojek, chociaż międzynarodowi obserwatorzy twierdzili, że przebiegły one całkiem uczciwie mimo kilku przypadków użycia przemocy. Byłem wtedy w Gruzji i widziałem tłumy wymachujące flagami i wiwatujące, słyszałem gwizdy i ryk klaksonów wydobywający się z samochodów stojących w korkach. Ale tym, co w moich oczach charakteryzowało to wydarzenie, był absolutny podział, jaki dokonał się wśród równie inteligentnych, równie dobrze poinformowanych, równie miłych ludzi, serdecznych przyjaciół, którzy zwykle darzyli się sympatią, lecz nie byli w stanie ze sobą porozmawiać o względnych zaletach i wadach rywalizujących kandydatów. Dla niektórych Saakaszwili był po prostu dyktatorem, człowiekiem bezlitosnym, skorumpowanym, o tyrańskich zapędach. Inni postrzegali Iwaniszwilego jako zwykłego sługusa Rosji, nadętego plutokratę z objawami choroby psychicznej. Wszystko to zdezorientowało mnie jeszcze bardziej niż zwykle. Jak wiele z tego było prawdą? Jak wiele czystym wymysłem? Znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że Saakaszwili jest w zmowie z Rosją (myślę, że miało to coś wspólnego z jego wujkiem służącym w KGB), choć tego w ogóle nie byłem w stanie pojąć: relacje prezydenta Gruzji z Putinem utrzymywały się na granicy absurdu – Saakaszwili nazwał Putina „obłąkanym karłem”, a Putin obiecał powiesić Saakaszwilego „za jaja”. Oto właśnie barwny język dyplomacji! W każdym razie Rosja ciążyła na ostatnich wyborach w Gruzji w sposób, który ludzie bez doświadczeń z czasów sowieckich muszą uznać za coś niezwykłego.

Jednak żadna z tych kwestii nie powinna przesłonić nam niezwykłej żywotności, otwartości, gościnności i joie de vivre Gruzinów ani wspaniałej historii i kultury tego kraju czy też jego piękna. W każdym, kto odwiedzał Gruzję i pamięta czasy Związku Radzieckiego i trudne lata dziewięćdziesiąte, zachodzące w tym kraju zmiany budzą optymizm i nadzieję. Oczywiście, tak jak wszędzie ludzie borykają się tutaj z problemami wysokich cen, bezrobocia oraz biedy, a władze spotykają się ze sporą krytyką za brak zainteresowania tymi członkami społeczeństwa, którym powodzi się najgorzej, ale widać także ogromne inwestycje w przyszłość kraju, od pleniących się radosnych barów, kawiarni i restauracji, po nie zawsze przyjmowane z entuzjazmem (i szczerze, czasem okropne) nowe budynki, pojawiające się wszędzie. Moim zdaniem prezydent Saakaszwili raczej wykazał się dowcipem (choć wielu Gruzinów po prostu ciężko wzdycha), gdy − po przeprowadzeniu czystki w policji i złożeniu obietnicy transparentności i ukrócenia korupcji – kazał w całym kraju pobudować posterunki policji ze szkła. Jako w pewnym sensie niespełniony architekt odpowiada za powstanie wielu innych osobliwych konstrukcji – wydaje się, że uznaniem obdarzał najbardziej ekscentrycznych architektów z całego świata. Choć te projekty z pewnością są wyrazem nowego optymizmu, nie wszystkie cieszą się popularnością; podejmuje się ogromne starania, by zabezpieczyć cudowny charakter starego Tbilisi i nie dopuścić do zaprzepaszczenia go przez zbyt bezduszne odnawianie lub przez szaleńczą nowoczesność dominujących nowych budowli.

Jedną z najbardziej interesujących różnic między Gruzją 2013 roku a Gruzją 2003 roku jest niesamowity napływ gości, którzy przyjeżdżają tu z całego świata. Odwiedzają Gruzję dla wina (cudowne!), niepowtarzalnej kuchni (fantastyczna!), kultury i historii, piękna gór, wyjątkowości tego kraju. Gruzini wspaniale zareagowali na tę sytuację – cieszą się nowym kosmopolityzmem i rozkwitają w jego atmosferze. Działają nowe galerie sztuki, jasne i przestronne, niespowite już sowieckim mrokiem (przynajmniej większość z nich), kina i teatry zapełniają się widzami, otwierane są restauracje i hotele, które świetnie prosperują. Niektórzy podróżnicy pamiętający stare czasy opłakują ich odejście i to, że nie można już poczuć tej ekscytacji, jaką budziły niebezpieczne drogi, odległe wioski i dawne obyczaje. Ale jeśli się dobrze rozejrzeć, znajdzie się tego pod dostatkiem. Wybierzcie się do Szatili w Chewsuretii, idźcie do Muco, jak ponownie zrobiłem zeszłego roku. Nadal jest pięknie, nadal ma się poczucie oddalenia i wyjątkowości tego miejsca, ale teraz można się zatrzymać w małym lokalnym pensjonaciku, urządzonym w prostym, lecz urokliwym domu kogoś z miejscowych. Przez wiele dni nie spotkałem innych gości. Wybierzcie się do Tuszetii, żeby pojeździć konno lub pospacerować – w okolicy działają fantastyczne firmy prowadzone przez młodych, pełnych entuzjazmu Gruzinów, którzy wszystkim się zajmą i wszystko zorganizują. (Możecie się nawet wybrać moimi śladami!) Jestem absolutnie pewien, że to jedyny sposób, by zapewnić górskim społecznościom przetrwanie, umożliwić im rozwój i zapewnić dobrobyt.

Dlatego też całkowicie popieram otwarcie nowej drogi do Swanetii, nowych pensjonatów i hoteli w Mestii. A nawet nowego wyciągu narciarskiego! To wszystko daje miejscowym szansę, zapewnia pracę, a ponadto dostarcza im sporo radości. Wielkie domy-wieże w Wolnej Swanetii jak zawsze są piękne i wspaniałe, ale warunkiem ich zachowania jest to, że przyjadą tutaj ludzie i dzięki temu powstaną nowe miejsca pracy. W zeszłym roku, kiedy razem z grupą brytyjskich turystów wracaliśmy z Uszguli (najwyżej położonej wioski w Europie), po całodziennym schodzeniu stromym zboczem z radością odkryłem, że jakaś przedsiębiorcza Swanka otworzyła w swoim domu mały sklep i bar. Można było tam kupić chipsy i zimne piwo (czegóż chcieć więcej?), a potem usiąść na podwórku i patrzeć na niesamowite góry dokoła. Spotkałem tam też grupkę Polaków, którzy świetnie się bawili i w najbardziej pozytywny ze sposobów na nowo zadzierzgiwali więzi polsko-gruzińskiej przyjaźni. Tak więc nawet jeśli to prawda, że nowa wieża kontrolna lotniska w Mestii została wzniesiona w nieco ekscentrycznym i niepokojącym stylu, to zmiany – oczywiście, nie zawsze najlepsze z możliwych i nie zawsze odpowiadające gustom wszystkich – są czymś koniecznym i pozytywnym.

Z jednej więc strony Gruzję odwiedzają nowi goście, ale z drugiej sami Gruzini o wiele częściej podróżują za granicę i eksportują swoją kulturę, sprawiając, że jest zdecydowanie lepiej znana. Obecnie w Londynie działa siedem gruzińskich restauracji (dziesięć lat temu nie było żadnej). Wspaniałe gruzińskie wino zyskuje powszechne uznanie, gruzińscy artyści prezentują swoje prace, gruzińskie zespoły teatralne przyjeżdżają ze swoimi przedstawieniami (i wystawiają wspaniałe interpretacje sztuk Szekspira na deskach The Globe Theatre). Gruzińska kinematografia wspaniale się odradza ze świetnymi młodymi pisarzami, scenarzystami, reżyserami i aktorami. Gruzińskie powieści tłumaczone są na inne języki. Niezwykle podobają się także gruzińskie polifoniczne pieśni – słynne chóry jeżdżą z występami i każdego roku organizuje się wiele warsztatów śpiewaczych. W Wielkiej Brytanii działają obecnie grupy zapaleńców śpiewających gruzińskie pieśni ludowe i religijne. Gruzińska drużyna rugby jest naprawdę świetna (w zeszłym roku pokonała Rosjan czterdzieści sześć do zera), a gruzińskich rugbistów i piłkarzy można spotkać w zespołach całej Europy. A zatem reszta świata zaczyna się przyzwyczajać do tych wszystkich: -szwili, -adzes, -idze, -ulis czy -awa, zaczyna rozumieć, że gdzieś tam, na Kaukazie, żyją wyjątkowi ludzie z własnymi językami, kulturami i dziejami.

Zasiadam w radach co najmniej czterech brytyjsko-gruzińskich stowarzyszeń tego czy innego rodzaju (a należę do wielu więcej). Tego typu stowarzyszenia i organizacje powstają w krajach całej Europy i świata, i robią wiele dobrego, aby zbliżyć do siebie ludzi i kultury. Taka działalność budzi ciekawość wielu osób, które później jadą do Gruzji, aby poznać ją na własną rękę. I nie spotkałam chyba nikogo, kto odwiedziwszy ten kraj, nie zakochał się w nim…

Drodzy Czytelnicy, mam nadzieję, że moja książka zachęci Was i zainspiruje do odwiedzenia Gruzji, do zobaczenia tego wszystkiego i do powrotu z nowymi opowieściami z tego niezwykłego zakątka naszej wspaniałej planety.

Na zdrowie!

Tony Anderson

Siros, Grecja, lipiec 2013 roku

Obecnie Tony Anderson pracuje nad kolejną książką na temat Gruzji i Kaukazu, zatytułowaną History of Travel to Georgia and the Caucasus. To opowieść o podróżnikach z Wielkiej Brytanii i innych krajów europejskich, którzy pisali o Gruzji. Książka zostanie wydana w 2014 roku przez wydawnictwo Eland.

Taką rzecz ja, Rustaweli, tworzę

dzięki mojej sztuce.

Dla tej, której wojsko słucha,

tracę rozum, życie skrócę.

Szota Rustaweli, Rycerz w tygrysiej skórze,

przeł. Jerzy Zagórski, Kraków 1976

1 İlisu

Rozum osła

Jak powędrowaliśmy z Tbilisi do Bakui ruszyliśmy z powrotem

Ahmed zapytał, czy mam broń.

– Broń?

– Tak, broń. Masz jakąś?

– Nie – odpowiedziałem. – Nie mam.

– A chciałbyś jakąś? Strzelbę? Kałasznikowa?

– Nie, dzięki.

– Masz, weź moją. – Podał mi starą flintę. Lufę wzięto z broni Armii Czerwonej z czasów ostatniej wojny, na tureckim zamku widniała data 1919, a osadę Ahmed wystrugał sam.

– Nie, dzięki. Powiedziałeś, że to spokojne miejsce.

– Jasne, bardzo bezpieczne i spokojne, oczen′ spokojnoje miesto, ale wiesz, tu są niedźwiedzie, a nawet wilki.

– No, ale niedźwiedzie to chyba nie problem?

– Nie, nie, żaden problem – zapewnił mnie Ahmed. – Ale tu są też ludzie.

– Ludzie?

– Tak.

– Aha, czyli nie powiedziałbyś, że jest całkiem bezpiecznie.

– Nie, nie, jest całkiem bezpiecznie.

Siedzieliśmy na porośniętym trawą zboczu wznoszącym się nad wioską i patrzyliśmy na ciemniejące góry, świetliki i gwiazdy pojawiające się na niebie. Poniżej na niewysokim murku małego przygranicznego posterunku przycupnął młody wartownik. Kaszlał i palił papierosa, który pocieszająco żarzył się z dala, widoczny w mroku. Jego koledzy siedzieli w środku, grali w karty i wypijali kolejne kubki herbaty, tak jak żołnierze na całym świecie. Ahmed niechętnie nas zostawiał; odchodząc, powiedział pogranicznikom, żeby mieli na nas oko. Rozbiliśmy namiot i nasłuchując, powoli zapadliśmy w sen.

Nagle usłyszeliśmy hałas, a potem krzyki: „Hop, hop!”. Ktoś odsunął połę namiotu i już tu byli: Ahmed, jego brat i Assa. Przynieśli wódkę, kawałki suszonego solonego mięsa niedźwiedzia i broń. Chcieli z nami zostać i mieliśmy razem pić. Piliśmy więc i piliśmy, a ja próbowałem żuć niedźwiedzie mięso, ale wiedzieliśmy, że nie przyszli do nas tylko po to, żeby jeść niedźwiedzinę. Byłoby o wiele lepiej, gdybyśmy poszli z nimi do wioski. Ich rodziny chciały nas przywitać; matka, siostra, ojciec, brat – wszyscy czekali. I choć wybiła pierwsza w nocy, to nie spali. Powiedzieliśmy im, że dziękujemy, ale dobrze nam tutaj. Że jesteśmy zmęczeni. I jeszcze raz, że bardzo im dziękujemy. No cóż, jeśli tak, to zostaną z nami całą noc. Było zimno, miało być jeszcze zimniej, ale i tak nie chcieli nas zostawić. Byliśmy ich gośćmi, nasze łóżka już posłano. Ich łóżka też posłano. W wiosce skorzystalibyśmy z wszelkich udogodnień. No, ale…

Zebraliśmy się więc, a nasi towarzysze poklepali nas po plecach i poprowadzili w dół zbocza przez ciemną i cichą wieś. Kiedy szliśmy błotnistymi uliczkami, poczułem, że coś mi to wszystko przypomina, że byłem już w podobnych okolicznościach. Oczywiście, nie chodziło o samo miejsce, ale o całą sytuację, która w jakiś sposób wydawała się znajoma. Wszystko to prowadziło do pewnego odwiecznego wniosku, z którego wtedy nie do końca zdawałem sobie sprawę: spotkanie daleko od domu; nagła i trochę ryzykowna znajomość, nocna wędrówka. Skręciliśmy w bardzo ciemną, wąską alejkę i pokonaliśmy kilka schodków. Dwuskrzydłowe drzwi gwałtownie się otworzyły i wepchnięto nas do środka. Właśnie to wyczułem tej ociężałej nocy. W niewyraźnym, mętnym od dymu świetle ujrzeliśmy grupę mężczyzn, którzy zawodzili, klaskali i tańczyli. Bawili się tak – bez wytchnienia – od wielu godzin; stoły były zastawione butelkami oraz upstrzonymi papierosowym popiołem talerzami z resztkami mięsa i prażonej cieciorki. Trafiliśmy na imprezę rozrabiaków z İlisu.

Chris jęknął. Miał delikatny żołądek. Na trasie z Tbilisi do Baku zdołał jakoś zachować umiarkowany tryb życia, a teraz, wędrując z powrotem przez dawne chanaty Azerbejdżanu, uprzejmie i ostrożnie delektował się miejscową gościnnością. Wybiła jednak jego godzina. Gdy weszliśmy do środka, mężczyźni ryknęli. Jeden z wymęczonych chłopaków pośpiesznie zrobił dla nas miejsce i przyniósł wódkę oraz słodkiego szampana. Napełniono kieliszki, wzniesiono toast na naszą cześć i kieliszki znowu były pełne. Wychyliliśmy kolejny toast i ponownie napełniliśmy kieliszki, i zawołaliśmy, żeby przynieść kolejne butelki, i znów wzniesiono za nas toast. W każdym z nas buzował ogień. Z rąk do rąk podawano alkohol, papierosy i jakieś chrupiące przekąski. W przerwach między jedzeniem i piciem Assa głośno śpiewał, wymyślając na poczekaniu słowa piosenki o powitaniu, miłości i stracie. Mężczyźni podskakiwali, klaskali i tańczyli.

I wtedy jakiś niewidoczny sygnał zatrzymał całe towarzystwo, i wszystko się skończyło, bez słowa protestu. Znów szliśmy, Bóg wie gdzie, jakąś wąską uliczką. Powietrze było cudownie chłodne, a blaszane dachy domów połyskiwały w świetle gwiazd. Ciszę mąciły jedynie odległe, cichnące śmiechy i chrzęszczący odgłos naszych kroków. Wioska pogrążyła się we śnie. Na głównej ulicy Ahmed i Assa zdjęli z ramion swoje strzelby i z czystej radości z nich wypalili, a kule, rozżarzone czerwienią niczym fajerwerki, pomknęły w stronę rozgwieżdżonego nieba. Huk wystrzałów prawie powalił mnie na ziemię i rozbrzmiał na ulicy echem odbijającym się od ścian domów. Nikt się nie obudził, nie zaszczekał żaden pies, nie zawyła żadna syrena, a żołnierze siedzieli na zboczu w swoich barakach jak gdyby nigdy nic. A więc i my wystrzeliliśmy, strzelby huknęły jeszcze raz, a Ahmed, jego brat i Assa zaśmiali się z aprobatą. A potem przeszliśmy przez niedużą drewnianą bramę, przez wybrukowane podwórko z warzywnikiem po jednej stronie i w końcu dotarliśmy do niskiej drewnianej chaty. Z werandą i dachem z blachy falistej w jakiś podnoszący na duchu sposób przypominała mały pawilon krykietowy. Zapalono lampę i wręczono nam kilka sztuk broni, którą mieliśmy obejrzeć. Podziwialiśmy też głowę koziorożca2, którego Ahmed zeszłego roku zastrzelił wysoko w górach. Później uprzejmie zaprowadzono nas do łóżek, starannie pościelonych, stojących w głębi pomieszczenia, przy ścianie. Leżałem w świeżej, białej pościeli, prawie już zasypiając, kiedy pojawiły się trzy misie z bajki i spojrzały na mnie z góry.

Następnego dnia o ósmej rano i zgodnie z obietnicą przyjechał Fasil, który zostawił swoje upstrzone przez muchy mieszkanie w Qax. Akurat piliśmy herbatę na werandzie pawilonu. Miałem wrażenie, że tutaj Fasil staje się ważniejszy i zarazem bardziej rozgorączkowany. Wszyscy przyjaciele Ahmeda i krewni, którzy przyszli, żeby się nam przyjrzeć, pozdrawiali Fasila głośnymi okrzykami: Saoo! Saoo!, i poklepywali go. Bezchmurne niebo i poranny upał zapowiadały świetny dzień na wędrówkę po górach.

Szliśmy przez wioskę prowadzeni przez Ahmeda. Gdy mijaliśmy przygraniczny posterunek, żołnierze pomachali do nas w jasnym świetle poranka. Kamienne domy były duże, a ogrody – pełne kolorowych kwiatów i owoców. Zdawało się, że wszędzie panuje spokój; droga przez wioskę była szeroka i prosta. Podbiegł do nas mały, trzy- albo czteroletni roześmiany chłopczyk. Na rękach trzymał oszołomionego indyka, który był dwa razy większy od niego. Wioska wyglądała na radosne i zamożne miejsce, ale gdy z zachwytem podziwiałem otoczenie, Ahmed powiedział, że życie tutaj jest do niczego. Nie ma nic do roboty, nikt nie ma pracy, nikt nie ma pieniędzy. (Jego brat kątem oka rzucił w moją stronę chytre spojrzenie). Już dawno temu wyprzedali bydło i owce, i nie było ich stać na zakup kolejnych zwierząt. Żeby cokolwiek przynosić do domu, Ahmed chodził w góry polować. Głównie na dzikie kozy, czasami też udawało mu się upolować niedźwiedzia, a jeśli był bardzo wytrwały – koziorożca. Mógł sprzedać rogi tego zwierzęcia za dwadzieścia pięć dolarów, ale to było i niebezpieczne, i nielegalne. Przez moment zdawał się naprawdę zaniepokojony, że mógłbym pójść donieść o tym na policję. Teraz nie mieli nawet konia, a czymże jest życie bez konia? Fasil przytaknął; jako uchodźca z Górskiego Karabachu nie miał absolutnie nic – ani domu, ani nawet skrawka ziemi, żeby posadzić tam kilka ziemniaków.

Ahmed był niski, żylasty i silny niczym Szerpa, podobny do górali na całym świecie. Jego brat był wyższy, nieco lepiej zbudowany, ale wolniejszy i mniej zwinny. W porównaniu z nimi Fasil wydawał się prawie potężny. Wszyscy trzej ruszyli szybkim krokiem. Powędrowaliśmy na północ, w kierunku gór. Gdzieś tam wysoko był hammam, o którym kiedyś usłyszałem. Naturalne gorące źródło, którego woda miała ponoć cudowne właściwości lecznicze, co potwierdzili nasi towarzysze. Tak, tak, to tuż przy granicy z Dagestanem. Gdy szliśmy kamienistym korytem rzeki, Fasil zbierał kwiaty i z zachwytem pokazywał nam rośliny, które rosły także w Karabachu. Ta tutaj jest dobra na wszystkie problemy żołądkowe, a tamta to tarnina, a ta obok to berberys, który pomaga na wszystkie problemy sercowe – i te uczuciowe, i te fizjologiczne. A ta jest dobra na wątrobę; przypominała mi dzięgiel, choć rosła wyżej niż wszystkie inne rośliny tego rodzaju widziane przeze mnie wcześniej. Fasil zatrzymał się, żeby ją ściąć, a potem obrał aż do rdzenia, który pokroił na plasterki i rozdał. Kawałki rośliny były strasznie gorzkie, ale nasi towarzysze żuli je z widoczną lubością i się z nas śmiali. Woda z rzeki – lodowato zimna, czysta i słodka – wypłukała gorzki posmak.

Wchodziliśmy coraz wyżej i opadło z nas całe lepkie odrętwienie równin. Przed nami lśniły pokryte śniegiem szczyty Kaukazu, a wokoło rosły topole, brzozy, kasztanowce i dęby. Od czasu do czasu przechodziliśmy obok poletek, na których pleniły się ziemniaki i fasola. Natknęliśmy się też na kilka cielaków – uroczych, dopóki nie zobaczyło się ich zadów. Wzruszony Fasil wykrzykiwał co chwila: „Natura, natura!”, w euforii wyrzucając szerokim gestem ramiona do góry. Wychwalał wszystko dookoła, szczególnie wodę, która była tu tak czysta i płynęła obficie, i zapewnił nas, że można byłoby tutaj wyhodować niesamowite ogórki. Nagle ujrzeliśmy wielki wodospad ozdobiony nieodzowną tęczą, który zdawał się potwierdzać słowa Fasila. Stanąłem w mgiełce kropelek wody, aby się trochę ochłodzić.

İlisu – na różnych mapach można też znaleźć nazwy Illisu albo Elisu – leżące na starożytnym i ważnym szlaku handlowym, przebiegającym przez przesmyk kaukaski z zachodu na wschód, było dawniej bogatą krainą, o którą stoczono wiele wojen. Kilka razy odegrało ważną rolę w historii. Kiedyś stanowiło część obejmującego wschodnią Gruzję królestwa Kachetii i było terenem pogranicznym oddzielającym Gruzję od groźnych Lezginów, mieszkających dalej na północy, w Dagestanie. Był to kraj pełen sadów i zwierzyny, w którym niegdyś uprawiano ryż i bawełnę oraz produkowano jedwab. Pod koniec XVI wieku gruziński król Aleksander z Kachetii ofiarował İlisu w lennie władcy Gimry, wygnanemu z jego posiadłości leżących za górami, w Dagestanie. Król Aleksander miał nadzieję, że taki wasal będzie w stanie powstrzymać swoich pazernych rodaków. Władca ten nosił wspaniały tytuł szamchała Gimry, a czasami nazywano go także sułtanem İlisu. Uciekł ze swojej ojczyzny przed o wiele potężniejszym szamchałem Tarki, który panował na terenach nad Morzem Kaspijskim w okolicach dzisiejszej Machaczkały. Przez lata szamchałowie tarkowscy byli największym utrapieniem Gruzinów, ponieważ prawie co roku wyprawiali się do wschodniej Gruzji, aby rabować i łapać ludzi w niewolę. Powiadano, że w Dagestanie trudno byłoby znaleźć auł (górską osadę) bez kropli gruzińskiej krwi. Niewolników z Gruzji sprzedawano albo oddawano jako trybut Persom, którzy woleli chłopców, oraz Turkom preferującym dziewczęta. Grabieżcze najazdy szamchałów tarkowskich doprowadziły do tego, że król Aleksander z Kachetii zwrócił się o pomoc w walce z potężnymi plemionami dagestańskimi do Rosjan i próbował zawrzeć z nimi sojusz. Oczywiście nie wiedział, jak skończy się to, co w ten sposób rozpoczął.

Kiedy na początku XIX wieku Rosjanie w końcu zaanektowali Gruzję i ogromnymi siłami ruszyli do walki z innymi ludami Kaukazu, sułtan İlisu na krótko stawił im opór. Rosyjski dowódca Paweł Cycjanow, sam z pochodzenia Gruzin, człowiek niezwykle odważny i pełen energii, postanowił podbić wszystkie górskie księstewka, okiełznać chanów i położyć kres zatargom, sporom i konfliktom ciągnącym się od stuleci. Rozwścieczył go opór stawiany przez sułtana İlisu i jego uniki, napisał zatem do niego list, w którym osiągnął prawdziwe mistrzostwo w złorzeczeniu i ubliżaniu. W liście tym czytamy: „Bezwstydny sułtanie o duszy Persa. A więc nadal masz śmiałość do mnie pisać! Masz duszę psa i rozum osła, a jednak uważasz, że zwiedziesz mnie swoimi bałamutnymi słowami. Wiedz, że dopóki nie staniesz się lojalnym wasalem mojego Cesarza, dopóty będę wyglądał dnia, w którym unurzam moje buty w twojej krwi”. Sułtan İlisu i jego sojusznicy poddali się, poprzysięgli wierność Rosji i zostali zmuszeni do zapłacenia daniny.

Czterdzieści lat później, w 1844 roku, w İlisu ponownie rozpętała się wojenna zawierucha. Do tej pory sułtan Daniel zachowywał lojalność wobec Rosji i w służbie rosyjskiej uzyskał stopień generała-majora. Ale podobnie jak wielu innych znienawidził niesprawiedliwe i odrażające metody rosyjskich władz i uciekł w góry, żeby przyłączyć się do bojowników, którzy zaciekle wojowali z Rosjanami. Przywódcą rebeliantów był imam Szamil, z pochodzenia Awar. Sułtan Daniel bezskutecznie próbował odzyskać kontrolę nad İlisu. Przez piętnaście lat on i jego rodacy dzielnie walczyli u boku Szamila z Rosjanami, którzy zaciskali pierścień oblężenia wokół poszarpanych szczytów i ciemnych wąwozów Dagestanu. W 1859 roku Daniel wiedział już, że koniec bojowników jest bliski, i jeszcze raz podjął rokowania z rosyjskimi najeźdźcami. Usiłował wynegocjować pokój między Szamilem a Rosjanami, ale Szamil go wypędził. I Daniel odjechał, porzucając walkę, a następnie skierował się do rosyjskiego obozu, aby błagać o łaskę i aby ją otrzymać.

Rozmawiałem z Ahmedem o imamie Szamilu, który na całym Kaukazie wciąż jest uznawany za wielkiego bohatera. Mówiliśmy o jego śmiałych wyczynach i o jego ostatnim akcie oporu, o obronie twierdzy w Gunib. Czterdzieści tysięcy żołnierzy rosyjskich otoczyło tam Szamila oraz pięciuset jego wiernych druhów. I Szamil w końcu się poddał. Kiedy usiedliśmy na głazach, żeby coś zjeść, Ahmed, trzymający w garści źdźbła szczypioru, machnął ręką, kreśląc w powietrzu łuk, i oto stał się Szamilem wyrąbującym sobie przejście w tłumie napastników. Fasil troskliwie częstował nas chlebem, serem, różnymi ziołami i dziwnie wyglądającą paczkowaną kiełbasą z Białorusi. Zabierałem się właśnie za nieco kulawą próbę wyjaśnienia, że autorem najwspanialszego angielskiego opisu wyczynów Szamila był John Baddeley, praprawujek Chrisa, i spojrzałem na niego, szukając potwierdzenia. Siedział na kamieniu i zaintrygowany jadł jedną z białoruskich kiełbasek; nie zdołał ściągnąć z niej plastikowej osłonki.

– Wiesz – powiedział – ta kiełbasa ma niesamowitą konsystencję.

Wiara w nasze możliwości jakby trochę osłabła. Brat Ahmeda próbował nas przekonać, że hammam jest za daleko, że dzielą nas od niego jeszcze ze trzy godziny trudnej wędrówki. Cisnęły mi się na usta słowa, które Cycjanow skierował do sułtana İlisu, ale zdołałem mu odpowiedzieć dyplomatyczniej. Po krótkiej dyskusji zadecydowano, że brat Ahmeda wróci do wioski. Gdy był już gotowy do drogi, sięgnął do mojej kieszeni w koszuli i wyjął z niej kilka banknotów. W przeliczeniu było to kilka pensów, właściwie nic, ale i tak zerkałem na niego nerwowo, kiedy odchodził z naszymi plecakami, od których uprzejmie nas uwolnił.

Wędrówka do źródła była wspaniałym preludium spotkania z górami, takim jakiego pragnęliśmy. Ogromna przyjemność sprawiana przez takie podróże polega na tym, że widzi się i czuje to, o czym nie może opowiedzieć żadna mapa, obojętnie jak długo by się nad nią ślęczało w jakimś cichym pokoju w domu albo w podziemiach Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Oczywiście, romantyczność map opiera się na ich tajemniczości, na egzotycznie brzmiących nazwach odległych miejsc, które tchną nieodpartym urokiem: İlisu, Szatili, Uszguli, Batumi, Tbilisi, Baku. Czasami wyobrażałem sobie mężczyznę w moim wieku, z turbanem na głowie, który siedzi po turecku na podłodze swojego domu w Samarkandzie, a przed sobą ma rozłożoną mapę Wielkiej Brytanii i z dreszczykiem przyjemności przebiegającym po kręgosłupie cichutko szepce sam do siebie: Saffron Walden, Gateshead, Chipping Sodbury, Clacton-on-Sea.

Ruszyliśmy w górę rzeki İlisu; jej dolina stawała się coraz węższa. Zatrzymywaliśmy się na chwilę, żeby obejrzeć tropy niedźwiedzi albo nazbierać trochę poziomek, które niesamowicie pachniały i smakowały. Musieliśmy przekrzykiwać huk rzeki nacierającej na potrzaskane fragmenty skał, głazy i zwalone drzewa. Na zboczach doliny rosły ukosem brzozy, więc często, zbyt często, kiedy skalne ściany zbliżały się do siebie albo gdy ścieżkę tarasowały oberwane głazy, musieliśmy przechodzić przez rzekę i jej szalejące dopływy. Nasi przewodnicy jakoś przeskakiwali na drugą stronę – Ahmed robił to z papierosem w zębach, a mankiety jego spodni pozostawały suche. Natomiast my z Chrisem ślizgaliśmy się i brnęliśmy, chlapiąc na wszystkie strony, rozpaczliwie szukając oparcia dla nóg i wpadając do wody. Ale o wiele gorsze były mosty – przerzucone w różnych miejscach pnie drzew albo drągi nie szersze niż te, których używam do podpierania fasoli. I nawet Fasil, który być może wyszedł już nieco z wprawy, spojrzał na kilka z wahaniem. Jednak przechodził po nich jak linoskoczek, a potem zaniepokojony obracał się, żeby popatrzeć, czy dajemy sobie radę. Nie potrafiłem się powstrzymać przed patrzeniem pod nogi, a jak wiadomo, wpatrywanie się w wodę wywołuje dziwne wrażenie, prawie zawrót głowy. Tam, w głębi kipieli pędzącej rzeki coś – na moment, wyraźnie i z niepokojącą mocą – przykuło mój wzrok. Wiedziałem, że powinienem spojrzeć gdzie indziej, ale mimo że w kolejnych tygodniach wielokrotnie to ćwiczyłem, nigdy nie udało mi się od tego nawyku w pełni uwolnić. Usiłowaliśmy przejść po wyjątkowo i absurdalnie wąskim drągu – próbowaliśmy jakoś przebrnąć, a nawet przepełznąć na drugą stronę, rozdarci między paraliżem a paniką. Tłumaczyłem właśnie Chrisowi, że zdecydowanie lepiej jest iść lekko i pewnie niż za bardzo się koncentrować na utrzymaniu równowagi, i wtedy spadłem. Ahmed odszedł na bok – nie chciał mnie obrazić swoim śmiechem, ale Fasil nie mógł się opanować i musiał się aż położyć na niewielkim pagórku. Kiedy wpadałem do wody, zdołałem się uchwycić drąga i dzięki temu nie porwał mnie nurt rzeki. Później Ahmed powiedział mi na pocieszenie, że on także od czasu do czasu wpadał do wody, kiedy nocą wracał tędy do domu.

Zbocza stawały się coraz bardziej strome, dolina rzeki była coraz głębsza i coraz węższa, a rzeka – coraz dziksza, przynajmniej w tym miejscu. Okazało się jednak, że źródło jest na drugim brzegu. Trudno było uwierzyć, ale mieszkańcy wioski zdołali jakoś tu dotrzeć i umocnić wejście do jaskini betonem. Ujrzeliśmy wąski, ciemny otwór, a cała przestrzeń wokół niego była pokryta smugami mineralnego nalotu w odcieniach brązu, zieleni i żółci. W pierwszej chwili nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak mamy tam wejść, ale kilka połamanych żerdzi i przydatnych skał wskazało drogę. Razem z Chrisem zebraliśmy się w sobie, skoczyliśmy i wylądowaliśmy po drugiej stronie.

Niepewny tego, jak należy się zachować, poczekałem, aż Ahmed i Fasil rozbiorą się do majtek, a potem zaczęliśmy się czołgać niskim tunelem prosto w ciemność. Jaskinia Golluma – mroczna, rozgrzana i pełna magii. Woda sięgała nam do pasa, była ciepła niczym kąpiel przygotowana dla dziecka i miała zapach siarki, który wcale nie był nieprzyjemny. Światło sączyło się przez otwór wejściowy, a my leżeliśmy na wodzie w sennym odrętwieniu i bez słowa wpatrywaliśmy się w sklepienie jaskini, które zamykało się nad nami łagodnie wygiętą kopułą. Woda przelewała się przez wysoką krawędź skały; kolejno stawaliśmy pod tym masującym wodospadem. We wnętrzu góry, z dala od całego powszedniego dramatu świata zewnętrznego, było przyjemnie, spokojnie, wilgotno i ciepło, i pomyślałem sobie, jak miło byłoby tu zostać. Ahmed był jednak innego zdania; powiedział, że jeśli nie mamy nic przeciwko małej wspinaczce, to jest jeszcze więcej do zobaczenia. Pozostali byli zbyt szczęśliwi, żeby się ruszyć, więc tylko ja wyszedłem za nim na zewnątrz. Czułem się trochę bezbronny po doświadczeniu intymności jaskini, poza tym miałem na sobie tylko majtki, zresztą całkiem nowe. Wspięliśmy się na urwisko nad źródłem. Wyżej, w głębi parowu, wisiał mały zdezelowany pomost z drewna. Przeszliśmy po nim do skalnej niecki. Wpływała do niej gorąca źródlana woda. Ściankę niecki przewiercono na wylot. Ahmed zatkał tę dziurę drewnianym kołkiem i nasz basen zaczął się napełniać. Jeden kraniec zbiornika wystawał dokładnie nad wąskim jarem, rzeką i znajdującymi się niżej skałami. Leżeliśmy na plecach, wpatrywaliśmy się w nagie ściany parowu i wąski pasek nieba. Leniwie przeleciał nad nami orzeł. Jak odległy był teraz kraj Billy’ego Buntera3! Tutaj urzeczywistniało się moje idealne wyobrażenie Kaukazu: byłem wysoko w górach i unosiłem się na wodzie w towarzystwie Azera odzianego w same gatki. I nawet on nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Podczas wszystkich moich wędrówek po Gruzji ten obraz – wtedy mglisty i mało znaczący – nabierał kształtu w moim umyśle. Myślałem o Baddeleyu i Freshfieldzie, i o wszystkich innych podróżniczych historiach, które przeczytałem i do których nieraz powracałem. Przypomniała mi się przede wszystkim opowieść Negleya Farsona o kąpieli w źródłach Narzan, położonych na zachodzie wiele kilometrów stąd. Farson dzielił swój basenik z dwoma miejscowymi, którzy podobnie jak mieszkańcy İlisu upierali się, że woda z tych źródeł ma magiczne i lecznicze właściwości. Kiedy zapytał ich, z jakich to dolegliwości mają nadzieję zostać uleczeni, obaj ze śmiechem odpowiedzieli, że cierpią na chorobę weneryczną.

Ahmed uprzejmie, z pewnym wahaniem i małą zmarszczką niepokoju przecinającą czoło poruszył temat mojej skóry naznaczonej łuszczycą. Kiedy rozwiałem jego obawy przed zarażeniem, zapewnił mnie, że gdybym tu został przez tydzień i regularnie zażywał kąpieli, bez wątpienia pozbyłbym się choroby. Nie całkiem nadążałem za listą znanych chorób, które można w ten sposób wyleczyć, ale zdawało się, że obejmuje ona trąd, anginę, choroby płuc i nerek, migreny, bóle żołądka oraz podagrę. Przez lata poddawałem się wielu dziwnym i cudownym kuracjom. Spędziłem na przykład miesiąc na początku zimy pośród wzgórz wschodniej Turcji, leżąc całymi dniami w źródle termalnym. Na głowie miałem wełnianą czapkę, z drzew zwieszały się sople lodu, obok mnie tkwili szalony Rosjanin oraz mała grupa Turków w rozmaitych stadiach choroby. Żywcem zjadały nas żarłoczne rybki, które oskubywały skórę aż do krwi. Moim zdaniem byłem tam bliski śmierci, i tam też stałem się do pewnego stopnia przewrażliwiony na punkcie długich kąpieli w źródłach i basenach. Zawsze jednak pociągało mnie to, co cudowne, przez chwilę rozważałem więc możliwość spędzenia tygodnia tylko w towarzystwie orłów i niedźwiedzi. Cokolwiek przydarzyłoby się mojej skórze, z pewnością wróciłbym stąd z umysłem zmąconym szaleństwem.

Nadszedł czas powrotu. Woda była cudowna, ale zbyt długie leżenie w niej osłabiało. Wróciliśmy na dół i dołączyliśmy do Chrisa i Fasila, którzy siedzieli w plamie słońca na drugim brzegu rzeki. Bez pośpiechu pożywiliśmy się kiełbasą, a potem ruszyliśmy w drogę powrotną do İlisu. Chris i ja słanialiśmy się ze zmęczenia. Zaprzestałem wszelkich prób przedostawania się przez strumienie po mostkach z drągów − wchodziłem do wody, czepiałem się pni i brnąłem na drugą stronę. Taki sposób pokonywania strumieni był o wiele szybszy i mniej przerażający, poza tym woda chlupocząca mi w butach, a czasem sięgająca pasa orzeźwiała. Fasil nadal zbierał pęki ziół i kwiatów dla swojej rodziny w Qax, aż w końcu zaczął przypominać zagubionego w tych górach pomocnika florysty albo człowieka, który ma zamiar nakarmić ulubionego osła. Podobnie jak ja czerpał z tej wyprawy ogromną przyjemność, potęgowaną wielką tęsknotą za rodzinną wioską Laçın i za górskim krajobrazem Karabachu.

W İlisu zasiedliśmy przy stole na podwórku u Ahmeda. Można było odnieść wrażenie, że wróciliśmy z wielodniowej podróży. Witano się z nami i cackano, jakbyśmy byli dawno zaginionymi kuzynami. Błyskawicznie podano nam herbatę, tak mile widzianą i zbawienną – właśnie takie porozumienie łączy wszystkie ludy świata, które piją ten napój. Pojawiło się więcej młodych mężczyzn. Witali się wylewnie z wieloma okrzykami Saoo!, a potem siadali, aby porozmawiać. Asser, szwagier Ahmeda, delikatnie zdjął swoją córeczkę z kolan i wstał, żeby przymierzyć mój plecak. Pokrzykując, przechadzał się zachwycony tam i z powrotem. Jaki wygodny! Jaki lekki! Dlaczego? W wojsku kazali im całymi dniami nosić trzydzieści cztery kilo, a ten ile waży? Siedemnaście kilogramów! To przecież nic. Wszyscy musieli więc spróbować. I tylko brat Ahmeda nas o coś poprosił, chciał koszulkę albo jakieś inne ubranie. Wyjaśniłem mu, że jesteśmy daleko od domu, czeka nas długa wędrówka, zabraliśmy tylko niezbędne rzeczy i potrzebujemy ich wszystkich. Każdy zrozumiał, jasne, ale brat Ahmeda i tak odwrócił wzrok ze złością. Obiecaliśmy, że prześlemy, co tylko się uda, przez przyjaciół z Baku.

To oczywiste, że niezależnie od naszej skromności w oczach gospodarzy wyglądaliśmy niczym dwa wielkie wory łupów opatrzone z każdej strony symbolem dolara. W obliczu trudności, z jakimi zmagali się ci ludzie, biedy, w której żyli, zawiedzionych nadziei i braku możliwości nie można było uciec od świadomości tej sytuacji, nie można było opanować wyraźnego niepokoju. Nie chodziło o strach przed kradzieżą lub napaścią, ale o skrępowanie wywołane samym pojawianiem się w pewnych miejscach. Sama nasza obecność – tak swobodna, tak niefrasobliwa – była swego rodzaju zniewagą. Kiedy wędrowałem przez te góry w swoim obco wyglądającym stroju i z twarzą cudzoziemca, czułem początkowo dreszcz nieśmiałości za każdym razem, gdy zbliżaliśmy się do nowej wioski i poddawaliśmy się chłoście oceniających spojrzeń. Jednak po chwili moje zakłopotanie znikało, ponieważ naturalna uprzejmość prawie każdego napotkanego człowieka sprawiała, że szybko zapominaliśmy o poważnych dzielących nas różnicach.

Spojrzałem na twarze otaczających mnie ludzi – niektórzy przypominali Ormian, inni Turków, Gruzinów, a nawet Francuzów czy Anglików. Wielka mieszanina, której można oczekiwać od tej starożytnej krainy, leżącej na północ od szlaku łączącego Morze Kaspijskie z Morzem Czarnym i opartej o góry z całym tym plemiennym zamieszaniem w Dagestanie za plecami. Szczególnie zainteresowany rozmową ze mną był pewien mężczyzna, przypominający z wyglądu Bruce’a Lee, najwidoczniej potomek jednej z mongolskich ord – nogajskiej albo innej grupy dowodzonej przez któregoś z tatarsko-mongolskich chanów. Nigdy w życiu nie widziałem takiego osiłka, z twarzą niczym szufla buldożera. Walił pięścią w stół albo dźgał mnie palcem w pierś, całkiem przyjacielsko, za każdym razem, gdy chciał coś powiedzieć, i jednocześnie cały czas ryczał ze śmiechu.

– Przez dziesięć lat mieszkałem w Moskwie. – Dziab, dziab, bach w stół. – Ale mnie wywalili, bo powiedzieli, że jestem z mafii. Gówno prawda! Każdy jest z mafii. Całe to miasto jest pieprzoną mafią. A zresztą kto, do cholery, chciałby żyć w Moskwie? Nic na mnie nie mieli! – Bach, bach, dziab, dziab. – Ten twój problem ze skórą, już to widziałem wcześniej. Znałem w Moskwie faceta, świetnego gościa, i on przygotowałby coś takiego. Musisz to zrobić, naprawdę musisz. Weź trochę smoły z komina, a potem wymieszaj ją ze starym olejem samochodowym i jajkami, i wetrzyj w całe ciało. I momentalnie wszystko zejdzie. Bez kitu! – Bach, bach, dziab, dziab!

Wszyscy ryczeli ze śmiechu, a on podskakiwał i był coraz bardziej podekscytowany; mówił, że wszyscy są idiotami i nie mają o niczym zielonego pojęcia. W sumie jego pomysł nie był taki szalony. Smoły używa się od lat, a olej pomaga. I może właśnie to jest rozwiązanie.

Nagle skądś przyjechał samochód, żeby zabrać nas do Qax. Pożegnaliśmy się. Gdy wsiedliśmy do auta, zauważyłem, że Fasil wręcza pieniądze bratu Ahmeda. Brat obiegł samochód, otworzył drzwi i serdecznie mnie ucałował. Cmok, cmok, zachwyt, zachłanność i cały ten bajzel. Podczas jazdy poprosiłem Fasila o wyjaśnienia: przekazał bratu Ahmeda prawie wszystkie pieniądze, które dałem jemu i Ahmedowi, ponieważ zaszła taka konieczność, to było zobowiązanie. Najwidoczniej z zaproszeniem nas na imprezę nie szły w parze środki na jej organizację, poza tym istniały jakieś wcześniejsze rozliczenia, które należało uregulować. Zwróciłem pieniądze Fasilowi i wszyscy zadowoleni zdrzemnęliśmy się podczas podróży wysadzaną drzewami i nawiedzaną przez krowy drogą do Qax. W tym popadającym w ruinę mieście trafiliśmy do zdewastowanego zajazdu, gdzie czarująca starsza pani podała nam herbatę i przyniosła gorącą wodę do golenia, mówiła przy tym doskonałym angielskim, mimo że nie używała tego języka od trzydziestu lat. Było ciemno i cicho jak w grobie, gdy wsuwaliśmy się do naszych zapadających się łóżek. Mój mózg przez chwilę brzęczał, a potem zamilkł jak wyłączony telewizor.

º º º

Było lato 1998 roku. Rozpoczęliśmy naszą wędrówkę między Morzem Kaspijskim a Morzem Czarnym od środka, czyli od Tbilisi. Spotkaliśmy się tam z przyjaciółmi i próbowaliśmy wyznaczyć naszą trasę. Pierwotnie planowałem, że pieszo pokonamy cały przesmyk, wędrując po górach Azerbejdżanu i Gruzji, ale szybko stało się jasne, iż zabraknie nam czasu. Dlatego postanowiliśmy, że azerbejdżańską część drogi pokonamy najlepiej jak potrafimy, a pieszą wędrówkę zaczniemy tak na poważnie w górach wschodniej Gruzji, i że spróbujemy dotrzeć do położonej na zachodzie Swanetii, gdzie Chris i ja byliśmy kilka lat wcześniej. W szczególności chciałem odwiedzić ludzi zamieszkujących wysoko położone doliny w górach Gruzji: Pszawów, Tuszynów, Chewsurów, Raczów i Swanów, których tak często opisuje się jako ludy odizolowane w górskich wąwozach. Chciałem przejść przełęcze, które ich oddzielają, zobaczyć, czy naprawdę żyją w izolacji i czy ich odrębne góralskie kultury przetrwały. O takiej wędrówce po górach myślałem już w trakcie mojego pierwszego pobytu w Gruzji w 1989 roku, kiedy rozpadał się Związek Radziecki, i przy okazji kolejnych sześciu podróży, które odbyłem od tego czasu. Moja przyjaźń z Chrisem Willoughbym przypadkowo dostarczyła jeszcze jednego bodźca: Chris zawodowo zajmował się fotografią, ale jego chęć podróży na Kaukaz była podyktowana motywami wykraczającymi poza fotografię. Wyrósł na opowieściach o „wujku Jacku”, czyli o Johnie Baddeleyu, który latami podróżował po górach Kaukazu i o nich pisał. Ojciec Chrisa odziedziczył dawny dom Baddeleya i przekazał Chrisowi liczne książki i fotografie. Ciotka Chrisa, lady Cicely Nepean, nadal dobrze pamiętała swojego prawujka Jacka, dysponowała wieloma jego książkami, dziennikami i zapiskami. Chociaż przyjaźniliśmy się z Chrisem od lat, to dowiedziałem się o tym dopiero wówczas, gdy po raz pierwszy pojechałem do Gruzji. Już wtedy Baddeley był głównym sprawcą mojego zainteresowania tym regionem, a cała ta sytuacja okazała się najszczęśliwszym z możliwych zbiegów okoliczności.

Baddeley przekazał duży zbiór książek i dokumentów dotyczących Kaukazu Bibliotece Londyńskiej. To straszliwe miejsce – największa na świecie niezależna wypożyczalnia książek, która w niesamowity sposób pączkuje w przestrzeni Londynu niczym statek kosmiczny Tardis ze starego brytyjskiego programu telewizyjnego Dr Who. Niepozorna fasada budynku tej instytucji nie daje żadnego pojęcia o chaosie, który znajdujemy w środku, o bizantyjskim systemie katalogowania i labiryncie półek. Każdy zakręt przynosi jakąś odmianę, człowiek błyskawicznie zaczyna się więc gubić i stojąc przy konkretnym regale, nie pamięta już, czego szukał. Często w coraz większej panice biegałem tam i z powrotem między „Topografią” a „Historią” i nie potrafiłem znaleźć wyjścia. Istnieje wiele opowieści o bibliotekach, w których profesorowie po tygodniach błądzenia i poszukiwania wyjścia padali martwi z wyczerpania. W tej bibliotece nieruchome i zakurzone ciała mogłyby leżeć wciśnięte między regały i otoczone stosami książek. To idealna sceneria morderstwa: krew kapiąca przez ażurowe pomosty z jednego poziomu na drugi; w dziale języka amharskiego słynny uczony nagle osuwa się na podłogę, jego palce wczepiają się w wolno przewracające się strony Tajnej historii Mongołów, ostatnia stronica zostaje wydarta, a bogato zdobiony sasanidzki sztylet tkwi głęboko w czaszce ofiary.

Po dniach spędzonych na próbach uwolnienia się od Albanii (pewien etap) byłem już tym wszystkim zdezorientowany. Z determinacją zabrałem się do szukania informacji na temat Kaukazu i postanowiłem, że wyjaśnię to całe zamieszanie. Mimo że po drodze wielokrotnie natrafiałem na Albanię, przywykłem w końcu do tych niejasności i zacząłem swoje poszukiwania. Dlaczego na Kaukazie miałaby istnieć jakaś Albania? I co tam robiła Iberia? I dlaczego Armenia pojawiała się we wschodniej Turcji, czyli osiemset kilometrów od miejsca, gdzie powinna się znajdować? Takie niemądre pytania prowadziły mnie dalej. Albania Kaukaska nie miała nic wspólnego z Albanią, którą znamy dzisiaj. Kraj ten obejmował mniej więcej tereny dzisiejszego Azerbejdżanu. Albania to starożytna grecka i rzymska nazwa tego regionu, który przez pewien czas był najdalej wysuniętym na wschód przyczółkiem imperium rzymskiego. Natomiast rządzone przez dynastię Rubenidów leżące we wschodniej Turcji królestwo Armenii Cylicyjskiej było ormiańskim państwem, które powstało po dokonanym przez Seldżuków podboju Armenii właściwej. Iberia zaś to Gruzja, choć Gruzini nigdy nie posługiwali się żadnym z tych określeń. Od czasów zjednoczenia kraju, które nastąpiło w XI wieku, używa się nazwy Sakartwelo, co znaczy Kraj Kartwelian. Już w czasach rzymskich to nazewnictwo wywoływało zamieszanie i pociągało za sobą różne przypuszczenia, na przykład że ludy zamieszkujące obie Iberie – hiszpańską i gruzińską – są ze sobą spokrewnione albo że hiszpańscy koloniści przewędrowali z krainy zachodu słońca do krainy wschodu słońca, czyli z zachodniego krańca imperium na wschodni. Pojawiały się też twierdzenia, że wspólne określenie „Iberia” wynika ze zbieżności nazw pochodzących od ludów zamieszkujących te tereny i różnego rodzaju zniekształceń, którym nazwy te ulegały. Oczywiście, wszystko to natychmiast komplikuje się jeszcze bardziej, ponieważ początkowo grecko-rzymska Iberia oznaczała wschodnią Gruzję, natomiast zachodnią Gruzję określano mianem Kolchidy (jej mieszkańcy używali nazwy Egrisi). To właśnie tu znajdowało się złote runo, które skradł Jazon.

Równie złożona dyskusja toczy się na temat pochodzenia nazwy Gruzja [ang. Georgia]. Nie ma pewności co do początków używania tego określenia. Dawniej uważano, że u jej podstaw leży kult świętego Jerzego, tak popularny w Gruzji. Obecnie większość uczonych uznaje, że źródłem jest zniekształcony przez Arabów lub Persów miejscowy toponim. Być może było to Egrisi albo nazwa jednej z krain starożytnej Gruzji, Gugareti, przekształcona w Gurdjan lub Djurdjan. Stąd ma pochodzić rosyjskie Gruzija, polskie „Gruzja” i angielskie Georgia. Ja jednak wolę wywodzić tę nazwę z języka greckiego. Yiannis Sarzetakis, mój przyjaciel z Grecji, zadzwonił do mnie kiedyś i nieco podekscytowany powiedział, że znalazł w antykwariacie w Atenach dwie cudowne stare książki na temat Gruzji. Czy chciałbym te książki? Oczywiście, że tak. Po jakimś czasie Yiannis zadzwonił ponownie, żeby powiedzieć, że te książki traktowały o uprawie roli. Łatwo popełnić taki błąd, ponieważ greckie słowo oznaczające rolnictwo i nazwa Georgia są identyczne. Kiedy starożytni Grecy dotarli do Kolchidy, byli oczarowani obfitością owoców, wina i innych płodów rolnych, poza tym wydaje się, że w religii Kolchidy pewną rolę odgrywał kult związany z rolnictwem – otóż królowie Kolchidy byli grzebani wraz z narzędziami rolniczymi, co jest niezwykle rzadką praktyką w kulturach starożytnych. Grecy wrócili więc do domu z wizją krainy rolników lub krainy, gdzie uprawa roli była otoczona szczególną czcią. I tak zaczęło się trwające do dziś zamieszanie z nazwami, choć należy zauważyć, że w starożytności Grecy nigdy nie posługiwali się nazwą Georgia.

I tu pojawia się kolejna zagadka: dlaczego Europejczyków uznaje się za przedstawicieli rasy kaukaskiej? Jasne jest przecież, że nie wszyscy Europejczycy pochodzą z Kaukazu, poza tym wśród mieszkańców tego regionu występuje ogromne zróżnicowanie typów fizycznych i tylko mniej więcej dziesięć procent – jak twierdzi antropolog Aleksander Jawakiszwili – to blondyni. Jak zatem doszło do tego, że o Europejczykach, Berberach z Afryki Północnej, ciemnowłosych Sycylijczykach, jasnowłosych Norwegach i wszystkich ludziach o białej skórze mówi się, iż należą do rasy kaukaskiej? Odpowiedzi może dostarczyć opowieść o uczuciu osiemnastowiecznego antropologa do pewnej czaszki. W 1795 roku Johann Blumenbach próbował sklasyfikować rasy gatunku ludzkiego, a jednym z kryteriów podziału były typy czaszek. Natrafił na wyjątkowo piękną czaszkę, która jego zdaniem reprezentowała najwspanialsze cechy przeważającej części Europejczyków. W rzeczywistości argumenty Blumenbacha były nieco bardziej zawiłe – nie tylko uważał, że jego Varietas caucasia wyznacza najwspanialsze pochodzenie człowieka, ale także twierdził, że kolebką ludzkości jest Kaukaz i wszystkie inne rasy gatunku ludzkiego, na przykład „mongolska” albo „etiopska”, powstały później. Z tego przekonania wyrosła idea istnienia rasy kaukaskiej lub kaukazoidalnej. Z czasem ta koncepcja zdominowała antropologię fizyczną i zyskała szczególną popularność w czasach masowej imigracji do Ameryki na początku XX wieku, kiedy urzędnicy witający imigrantów schodzących ze statków musieli odnotować ich pochodzenie rasowe i opisywać osoby o białej skórze jako przedstawicieli rasy kaukaskiej. Niektórzy antropolodzy uważają jednak, że trudno o mniej adekwatne określenie „rasy europejskiej”. Ludność Kaukazu jest niezwykle zróżnicowana i tylko kilka grup wykazuje cechy typowe dla jakiejkolwiek większej populacji europejskiej. Wśród tych wszystkich zawiłości oraz książek na temat Gruzji i Kaukazu, których stosy rosły wokół mnie na podłodze Biblioteki Londyńskiej, znajdowały się również zbiory Baddeleya, obejmujące także prace jego autorstwa. Baddeley napisał cztery świetne książki: Russia in the Eighties [Rosja w latach osiemdziesiątych]; Russia, Mongolia and China [Rosja, Mongolia i Chiny]; The Russian Conquest of the Caucasus [Rosyjski podbój Kaukazu] i The Rugged Flanks of the Caucasus [Urwiste zbocza Kaukazu]. Dwie ostatnie prace mają szczególną wartość. Baddeley był niezwykłym człowiekiem: poszukiwaczem przygód, dziennikarzem, pisarzem, poliglotą i przedsiębiorcą (choć w tej dziedzinie szło mu nieco gorzej niż w pozostałych). Przyjechał do Rosji w 1879 roku. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat i kilka lat podróży po Ameryce Południowej za sobą. Zaopiekował się nim hrabia Szuwałow, ambasador rosyjski w Londynie oraz przyjaciel rodziny Baddeleyów. Stopień zażyłości rosyjskiego polityka z Baddeleyami na zawsze pozostanie tajemnicą, ale wiemy, że matka Johna Baddeleya była pełną życia i atrakcyjną kobietą, a jej mąż i ojciec Baddeleya zmarł w młodym wieku, Szuwałowa zaś powszechnie uważano za uwodziciela. Był to wybitny człowiek, który między innymi razem z Bismarckiem i Beaconsfieldem odpowiadał za postanowienia traktatu berlińskiego. Niezależnie od powodów kierujących Szuwałowem wziął on Baddeleya pod swoje skrzydła i obaj stali się sobie bardzo bliscy − kilka lat później Szuwałow umarł w ramionach Baddeleya. Wróćmy jednak do 1879 roku, kiedy to młody Baddeley przybył do Moskwy na zaproszenie hrabiego i z ogromną energią zabrał się do nauki języka rosyjskiego − poświęcał temu zajęciu czternaście godzin dziennie, a przed snem dla małej odmiany czytał Don Kichota w oryginale, aby doskonalić znajomość hiszpańskiego. Nie był jednak zadowolony z czynionych postępów, wyjechał więc na wieś, gdzie żył i pracował wśród chłopów, co ściągnęło na niego podejrzenia o sympatyzowanie z ideami rewolucyjnymi. W kolejnym roku został korespondentem dziennika „Standard” i przez wiele lat pisywał do tej gazety, a był to fascynujący okres w historii Rosji oraz pełen niebezpieczeństw i napięcia etap w dziejach stosunków angielsko-rosyjskich.

Baddeley dużo podróżował po imperium rosyjskim, lecz coraz bardziej zaczęła go pociągać „dzika wolność” Kaukazu, więc wpadł na pomysł wędrówki, która prowadziłaby od Morza Czarnego do Morza Kaspijskiego, z zachodu na wschód przez góry. Nigdy mu się to nie udało, ale liczne podróże, które odbył na początku XX wieku na końskim grzbiecie w towarzystwie swojego osetyjskiego przewodnika o imieniu Urusbi, stały się punktem wyjścia książki The Rugged Flanks of the Caucasus. Ostatnie lata życia spędził w Oxfordzie, spisując swoje wspomnienia z owych podróży, choć – co smutne – sama książka ukazała się już po jego śmierci, która nastąpiła w 1940 roku.

Nakłady większości książek Baddeleya są od dawna wyczerpane, chociaż jakiś czas temu ponownie wydano The Russian Conquest of the Caucasus ze względu na zainteresowanie tym regionem, do czego przyczyniły się haniebne wojny toczone przez Rosję w Czeczenii w latach 1996 i 1999. Nowe wydanie zostało opatrzone przedmową autorstwa znanego kaukazologa profesora Moszego Gammera z Uniwersytetu w Tel Awiwie. Niestety, profesor Gammer nic nie wiedział o Baddeleyu ani nie zadał sobie trudu zdobycia jakichkolwiek informacji na jego temat, i w ten sposób stracił okazję do napisania krótkiej biografii tego fascynującego człowieka. Profesor zdołał jednak dostrzec niezwykłą przenikliwość Baddeleya, pewną obiektywność, którą rzadko spotykano u ludzi jego czasów. Z jednej strony Baddeley – dziecko imperium − uważał, że panowanie Rosji stwarza prawdziwą szansę na objęcie tych rozrywanych konfliktami i niespokojnych ziem pokojowym rozwojem i postępem, z drugiej zaś, mimo że podziwiał niespotykane męstwo i odwagę walczących po obu stronach, całkowicie potępiał bezwzględną brutalność, z jaką Rosjanie podporządkowali sobie Kaukaz. Znakomicie opisał Aleksieja Jermołowa, głównodowodzącego wojskami rosyjskimi w Gruzji, któremu przez dziesięć lat, od 1817 do 1827 roku, podlegał cały Kaukaz, żołnierza nie tylko przedstawiającego najlepszy przykład rosyjskiej strategii w tym regionie, lecz także mającego decydujący wpływ na jej kształt. Jermołow był ogromnym mężczyzną z wielką głową i grzmiącym głosem. Twierdził, że w jakiś pokrętny sposób pochodzi od samego Dżyngis-chana, aby dodać świetności swojemu rodowi i zaimponować miejscowym. Był niewyobrażalnie odważny i już jako szesnastolatek został odznaczony Krzyżem Świętego Jerzego. Walczył z Francuzami, Polakami i Persami, a w 1815 roku podczas zdobywania Paryża dowodził zarówno gwardią rosyjską, jak i pruską. Żołnierze go uwielbiali. Mówiono, że jest co najmniej tak okrutny jak miejscowi. On sam napisał: „[…] strach wywoływany przez samo moje nazwisko powinien lepiej strzec naszych granic niż twierdze, a moje słowo powinno być dla miejscowych prawem bardziej nieuchronnym niż śmierć”. Inny rosyjski wojskowy, generał Potto, który napisał książkę poświęconą wojnom kaukaskim, zauważył, że „[…] pod jego rządami poprzedni system oparty na łapówkach i subwencjach ustąpił miejsca ciężkim karom, wymierzanym w sposób surowy, a nawet okrutny, ale też zawsze połączonym ze sprawiedliwością i wielkodusznością”. Baddeley skomentował to następująco: „Z perspektywy polityki trudno wskazać, w czym przejawiała się owa sprawiedliwość, ale pod tym względem Rosja robiła to samo, co robiły i nadal robią Anglia i wszystkie inne cywilizowane państwa, kiedy tylko zetkną się z dzikimi lub na wpół dzikimi ludami. Siłą lub przekupstwem zajmuje się jakąś część kraju i prędzej czy później, pod takim czy innym pretekstem, reszta zostaje skazana na ten sam los”. Baddeley kwestionował zasadność przede wszystkim polityki podboju, która obejmowała niszczenie na masową skalę całych wsi i mordowanie ich mieszkańców: mężczyzn, kobiet, dzieci, o ile przejawili choćby ślad oporu. Ta przerażająca strategia znajduje zastosowanie także współcześnie. Baddeley pisał: „[…] jeśli raz zgodzimy się na wysuwane przez Rosję żądanie ścisłego podporządkowania jej plemion, jeśli, co więcej, uznamy prawo, które zezwala człowiekowi odgrywać rolę Opatrzności i tak samo, z najwyższą surowością, karać zarówno niewinnych, jak i winnych, to wówczas Jermołow zostanie całkowicie usprawiedliwiony. Jednakże tak ogromna tolerancja obejmowałaby nie tylko jego występki, ale i zbrodnie Tamerlana […]”.

Baddeley uważał również, że zastosowane środki zaprzeczają celom i że taka brutalność może prowadzić w ostateczności tylko do jednego. Czeczeni, Ingusze, Lezgini, Awarowie – wszystkie ludy zamieszkujące góry i od najmłodszych lat szkolące się w walce zawsze były (i nadal są) zażartymi przeciwnikami; dlatego Rosjanom zajęło ponad czterdzieści lat ujarzmienie owych plemion, zagrzewanych do gazawat (świętej wojny) z najeźdźcą przez przywódców duchowych, imamów, a głównie przez imama Szamila. Oczywiście, obecnie broń używana w walce jest o wiele straszliwsza, na przykład bomby paliwowo-powietrzne (nazywane też próżniowymi) niszczące całe wioski i wypruwające płuca z ludzi, śmigłowce bojowe czy rakiety. Cel pozostaje ten sam: zabić, zniszczyć, podporządkować, kontrolować, podobnie jak rezultaty, które niczym się od siebie nie różnią: śmierć, nienawiść i konflikty ciągnące się przez stulecia. W kontekście współczesnych problemów lektura książek Baddeleya przynosi przerażającą refleksję dotyczącą historii: to wszystko już się kiedyś zdarzyło. Gdy Borys Jelcyn przemówił w rosyjskiej Dumie, aby uzasadnić działania podjęte w Czeczenii, ogłosił wtedy: „Czeczenia to Rosja”. Oczywiście, to nieprawda, ponieważ Czeczenia jedynie znalazła się pod panowaniem rosyjskim. Czeczeni płaczący dziś przed kamerami telewizyjnymi mówią to samo co ich przodkowie posługujący się językiem nienawiści odnotowanym przez Baddeleya: Rosjanie są niczym zwierzęta, są nawet gorsi od zwierząt. Prace Baddeleya poświęcone Rosji i Kaukazowi pozostają wspaniałymi źródłami dla wszystkich tych, którzy próbują zrozumieć złożoną historię rodowitych mieszkańców tego regionu oraz ich relacje z potężnym imperium leżącym na północy. Przekonałem się, że każdy element tych dziejów – czasy caratu, rządy radzieckie i epoka postsowiecka – jest wyryty w świadomości zbiorowej wszystkich mieszkańców tej podzielonej i niespokojnej krainy.

º º º

Po przybyciu do Tbilisi, skąd mieliśmy zacząć naszą podróż, byliśmy razem z Chrisem umówieni na dwa spotkania. Najpierw mieliśmy się zobaczyć z Beką Gotsadzem, młodym architektem, który założył firmę budowlaną w stolicy. Beka należał już do nowego pokolenia, które próbowało radzić sobie w chaosie postsowieckiej Gruzji. Sprowadzał z Europy przez Istambuł wyposażenie do tworzonej cegielni, próbował zapewnić sobie dostawy betonu i zmagał się z bałaganem w gospodarce, mafią, zamieszkami na tle politycznym oraz z tym, że jego przedsięwzięcie miało posmak kompletnej nowości w kraju, w którym praktycznie nie istniało infrastrukturalne wsparcie tego rodzaju działalności, a ludność była nią całkowicie oszołomiona. Nawet ojciec Beki miał trudności ze zrozumieniem, że jego syn jest swoim szefem, nie musi odpowiadać przed jakimś urzędnikiem z Moskwy i sam ponosi odpowiedzialność za podejmowane decyzje. W biurze przy alei Czawczawadzego Beka razem ze swoimi wspólnikami Lewanem i Waską – wszyscy trzej byli absolwentami tbiliskiego wydziału architektury – uprzątnęli stół i rozwinęli kilka map. W miarę jak kreśliłem mój plan przejścia przez góry, ogarniała ich coraz większa ekscytacja. W czasie wolnym ogromną przyjemność sprawiały im wyjazdy do Chewsuretii i przekraczanie granicy z Czeczenią połączone z polowaniami w wysokich górach na niedźwiedzie lub koziorożce. Beka obiecał nam wcześniej, że znajdzie przewodnika, chłopaka z Szatili, stolicy Chewsuretii, który świetnie zna góry i przeprowadzi nas ze wschodu na zachód. Teraz wszyscy trzej chcieli się z nami zabrać.

– Zabierzemy was w miejsce, gdzie byliśmy w zeszłym roku z naszymi czeczeńskimi znajomymi. Zabiliśmy tam kilka niedźwiedzi; góry są przepiękne. Nie potrzebujesz może strzelby? – zapytał Beka.

– Nie, dziękuję, damy sobie radę – odpowiedziałem, a Chris natychmiast odetchnął z ulgą.

– To nie takie proste – orzekł Waska. – W górach może być ciężko. Sporą część drogi będziecie musieli przejść w śniegu. Możliwe też, że będą wam potrzebne liny. No i nie możecie za długo siedzieć w Azerbejdżanie. Tam nie ma nic interesującego.

Wszyscy trzej się zgodzili: Azerbejdżan to strata czasu, tamtejsze góry nie umywały się do gór w Gruzji, a ludzie byli niebezpieczni i nie należało im ufać. (Na Kaukazie każdy mówi tak o innych). Zdecydowanie lepiej spędzić więcej czasu w Gruzji.

– Pojedziemy z wami, nie ma dyskusji – zapewnił Beka. – Po prostu nie możemy zostawić was na pastwę losu.

– Przecież załatwiasz nam przewodnika, a poza tym to potrwa całe tygodnie. Czy możecie sobie pozwolić, żeby zostawić tu wszystko na tak długo? – zapytałem.

Nie mogli, musieli pracować, właśnie dostali zlecenie na budowę pierwszego McDonalda w Tbilisi. Oskarżyłem ich o uśmiercanie kultury gruzińskiej, ale zaczęli się śmiać. Jeśli kultura gruzińska przetrwała Persów, Turków, Arabów, Mongołów i Rosjan, to przetrwa też McDonalda. Być może. Poza tym gdyby Beka, Lewan i Waska powędrowali razem z nami w góry, przegapiliby mistrzostwa świata w piłce nożnej transmitowane w telewizji. Mimo wszystko wyjazd nadal ich kusił. Mogliby przecież dołączyć do nas na kilka dni. No i na tym stanęło. Uzgodniliśmy, że spotkamy się z naszym przewodnikiem za tydzień w Telawi, we wschodniej Gruzji, i ruszyliśmy na kolejne spotkanie. W tym samym momencie Beka odebrał telefon od szefa policji czeczeńskiej, który wolał zadzwonić do ich biura niż do jakiegokolwiek ministerstwa (zgodnie stwierdzili, że byłoby to całkiem bez sensu), żeby załatwić samochód, który miał go przywieźć do Tbilisi.

Zaangażowałem się w niewielkim stopniu w działania organizacji humanitarnej, która pomagała gruzińskim uchodźcom z Abchazji i azerskim uchodźcom z Górskiego Karabachu. Zamierzaliśmy sprawdzić, czy możemy pomóc jej pracownikom w zbieraniu funduszy, a Chris miał zrobić zdjęcia w obozach dla uchodźców. Moja wiedza na temat międzynarodowej pomocy humanitarnej była znikoma, pomijając podróż do Zugdidi w Megrelii, w zachodniej Gruzji, gdzie pojechałem kilka lat wcześniej i rozmawiałem z Gruzinami, którzy zostali wypędzeni z Abchazji w 1992 roku podczas wojny między Gruzją a Abchazją i żyli w straszliwych warunkach w zrujnowanym budynku szpitalnym. Niestety, organizacja Children’s Aid Direct (CAD), mająca w Zugdidi swoje biuro, musiała je zamknąć z powodu braku pieniędzy. Ale CAD nadal działała w Azerbejdżanie. Poszliśmy na spotkanie z ich lokalnym przedstawicielem o imieniu Ghia. Usiedliśmy w małym parku przy alei Rustawelego. Browar Kazbegi ustawił tu przyjemny pawilonik, w którym pracowała prześliczna barmanka. Ghia pił tylko lemoniadę – był jedynym abstynentem, jakiego kiedykolwiek spotkałem w Gruzji. Opowiadał o trudach życia w Tbilisi, o tym, jak się ono zmieniło. Bezrobocie sięgało siedemdziesięciu procent i w mieście roiło się od obcych, od IDP − ten kojący skrót oznacza Internally Displaced Persons, czyli uchodźców wewnętrznych, którzy napłynęli do Tbilisi z zachodnich rejonów kraju. Kiedyś Ghia znał wszystkich, teraz nie rozpoznawał nikogo. Ja jednak zauważyłem nowe sklepy, bary i kawiarnie, i pomyślałem, że mimo okropnych problemów miasto wygląda na zdecydowanie bardziej otwarte i radosne.

Poszliśmy razem do budynków zajmowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Na zewnątrz tłoczył się świat organizacji humanitarnych, zbierali się uczestnicy różnych konferencji, a konwoje białych toyot blokowały ulice. Znaleźliśmy naszego kierowcę z CAD, który miał nas zabrać do Mingeczauru, naszego pierwszego przystanku w Azerbejdżanie. Wtłoczyliśmy się do samochodu, pomachaliśmy Ghii i ruszyliśmy zakurzoną drogą, która prowadziła przez Rustawi na wschód. Nasz azerski kierowca, uroczy człowiek, który sam uciekł z Górskiego Karabachu, często pytał nas, czy naszym zdaniem jedziemy w dobrym kierunku. Przeraźliwie bał się, że skręci w niewłaściwą stronę i przez przypadek trafi do Armenii. Przeciągając palcem po wystającym jabłku Adama powszechnie znanym gestem, powiedział, że Ormianie natychmiast poderżnęliby mu gardło. Po podróży pełnej obaw ku jego wielkiej uldze dotarliśmy w końcu bezpiecznie na właściwą granicę.

Przekraczanie granic innych państw zawsze łączy się z pewnym dreszczykiem podniecenia. Czy moje dokumenty są w porządku? Czy wystudiowane miny niewiniątek zdradzają nasze grzeszne serca? Na tej granicy żołnierze gruzińscy nonszalanckim machnięciem rękami kazali nam jechać dalej, ale Azerowie zatrzymywali nas sześć razy, mniej więcej co sto metrów, żeby sprawdzić nasze paszporty. Przekroczyliśmy piękny, stary i rozpadający się most nazywany Czerwonym i minęliśmy sznur ciężarówek, które tworzyły kilometrowy korek i nigdzie się nie wybierały. Wzdłuż drogi stały baraczki i kioski, w których można było kupić papierosy, soki owocowe i ciasteczka. Krztusiliśmy się w obłokach spalin wydzielanych przez autobusy i samochody ciężarowe, które przepychały się z nimi w kolejce. Rzekomo była to część korytarza drogowego TRACECA, wspaniałej trasy, która miała ułatwić wymianę handlową i przynieść bogactwo dzięki połączeniu Azji Środkowej i Kaukazu z Europą. Jednak na tym nowym Jedwabnym Szlaku panował chaos. Optymistyczna paplanina, którą usłyszałem w Londynie, sprawiła, że spodziewałem się czegoś szerszego. W latach dziewięćdziesiątych uczestniczyłem w odbywających się co roku konferencjach (choć bardziej przypominały one spotkania niewielkiego grona osób) na Wydziale Orientalistyki i Afrykanistyki Uniwersytetu Londyńskiego, organizowanych przez doktor Tamarę Dragadze, która przez lata pomagała mi połapać się w różnych zagmatwanych kwestiach związanych z Gruzją. Nieduża grupa uczonych i amatorów zbierała się podczas tych dni gruzińskich, żeby wysłuchać wykładów poświęconych gruzińskiej kulturze, problemom z tłumaczeniem Szekspira na język gruziński, perskim wpływom w poezji Szoty Rustawelego i innym podobnym zagadnieniom. Nagle, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, spotkania przeniosły się do budynku Lloyda, a szeregi uczestników zostały poważnie zasilone przez biznesmenów dyskutujących o ropie naftowej, nowych rurociągach znad Morza Kaspijskiego, portowym centrum w Poti, problemach z ubezpieczeniem, bezpieczeństwem oraz rozwojem dróg w obrębie TRACECA. Wszystkie te kwestie były fascynujące i ważne, ale teraz zacząłem się zastanawiać, czy entuzjaści tego szlaku rzeczywiście kiedykolwiek podjęli próbę przekroczenia owej granicy samochodem.

Pierwszy odcinek drogi do Mingeczauru był obsadzony drzewami, a po obu stronach rozciągały się pola, na których mnóstwo mężczyzn pracowało kosami lub motykami, pasło owce, kozy, bawoły i krowy. Po pewnym czasie teren się obniżył i wjechaliśmy na wielką wymarłą równinę. Temperatura gwałtownie wzrosła, a upał wlewał się do samochodu przez otwarte okna. Nasz kierowca roześmiał się i powiedział:

– Indie. Nazywamy tę okolicę Indiami.