Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wczesne dzieciństwo ma proustowskie, wypełnione okresami izolacji z powodu choroby i rekonwalescencji. Dorastanie – dickensowskie, rozgrywające się w przeznaczonym do rozbiórki kompleksie mieszkaniowym, gdzie dzieci zapadają na gruźlicę, kolejni sąsiedzi znikają, a po domach grasują szczury. Jako nastolatka poznaje Rimbauda i Dylana, dzięki którym otwiera się na sztukę. Wyrusza do Nowego Jorku i próbuje sił w pisaniu, jednak przyjaciele ze sceny undergroundowej rozbudzają w niej pragnienie artystycznego spełnienia na większą skalę. Ale po pierwszych znaczących sukcesach muzycznych spotyka Freda „Sonica” Smitha i zostawia nowojorskie życie za sobą, by zamieszkać wśród starych wierzb i bujnych grusz nad kanałem w St. Clair Shores.
Gdy z biegiem lat kolejni bliscy Patti odchodzą, ratunkiem przed melancholią okazują się, jak wiele razy wcześniej, muzyka i literatura – jedyne stałe w jej życiu napędzanym twórczą wolnością i siłą wyobraźni.
Chleb aniołów to wyrafinowana autobiograficzna opowieść jednej z najważniejszych artystek XX i XXI wieku. Smith nie zaleca się do czytelnika, ale z odwagą i charakterystyczną dla siebie wrażliwością się przed nim odsłania. Jej nowa książka jest także listem miłosnym do czasem okrutnego, a czasem pięknego świata.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 296
Data ważności licencji: 4/9/2030
Fot. Patti Smith
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego Bread of Angels
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © Frank Stefanko
Copyright © 2025 by Patti Smith
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Dariusz Żukowski, 2026
Redakcja Filip Fierek
Korekta Magdalena Gembara / d2d.pl, Aleksandra Jastrzębska / d2d.pl
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-332-7
Przeszkody są naszymi skrzydłami.
NIKOŁAJ GOGOL
Pióro kreśli słowa na stronie: „buntowniczy garb buntowniczy garb”. Co one znaczą? – pyta pióro. Nie wiem, odpowiada nadgarstek. Na razie powstają, a pisarka pisząca je w Dolinie Charlotty na północy Polski zdecyduje później. Charlotta, imię przywodzące na myśl porcelanową twarz lalki, którą dziecko położyło w trawie, żeby iść nazbierać jagód. Zostawiło ją tylko na chwilę, ale dość długo, by zapomnieć, i z upływem czasu porzucona lalka staje się Charlottą w deszczu, Charlottą w śniegu, Charlottą rozrywaną przez rozbawionego psa. Na jej porcelanowej głowie kładą się smugami cienie buków pnących się w górę przez sezony śniegu, przez sezony czerwonych, potem martwych liści. Sezony słońca wymazują róż z jej policzków, ale nie potrafią poskromić spokojnego błękitu szklanych oczu.
Czemu ta twarz jest z porcelany? Czemu to nie lalka ze szmatek, taka jak moja, oczy z guzików, twarz z płótna? Skąd u mnie ta skłonność do przywoływania rzeczy, których nigdy nie miałam? Ów niewyjaśniony pociąg do tych lepszych przedmiotów, o których piszą w książkach: lnianych kamizelek, dziecięcych rękawiczek, butów z miękkiej skóry. Wertuję strony, jakbym szperała w kufrze, szukając aksamitnego płaszcza, by ukryć malutkiego Quasimoda uwięzionego w nieporadnym, dziecięcym ciele. Mój buntowniczy garb, mój nieładny, ale niezbędny buntowniczy garb.
Odkładam pióro i machinalnie nucę melodię sprzed lat, piosenkę z podmokłego lasu, gdzie kiedyś włóczyłam się pod pędzącymi chmurami, wszystkim urzeczona. Buntowniczy garb buntowniczy garb wędruje przez trzciny, przez harde paprocie, omija smrodynie, chmary meszek i komarów. Przywiązałam sobie do paska mały młotek i miniaturową latarkę. Rozbijałam kamienie w poszukiwaniu ich tajemnych serc i słałam sygnały do latających spodków, a potem cierpliwie czekałam, aż kosmici wezmą mnie na pokład i polecimy w dal. Zdejmowałam buty, brodziłam w strumieniach, w koronkach alg, wśród uciekających kijanek, wypatrując błysku monety, która pozwala wejść w zaświaty. Albo ukruszonego szkiełka, które, jeśli je położyć w odpowiednim miejscu, złączy się z innymi pasującymi fragmentami i tak powstanie lustereczko z własnym odbiciem, w dodatku z rączką z kości słoniowej.
Zostawiam notes, wchodzę w las otaczający Dolinę Charlotty i badam wewnętrzne mechanizmy najstarszych drzew. W uchwycie koncentrycznych słoi tkwią włókna czterech białych sukienek, żywe komórki dzieciństwa. Wykrochmalone fałdy sukienki komunijnej. Delikatne resztki sukienki artystycznej. Prezent od brata – sukienka na imprezy, cienka jak chustka, wypełniona prostoduszną naiwnością rock and rolla. Wreszcie nieskazitelna wiktoriańska suknia popołudniowa, moja suknia ślubna przesiąknięta obietnicami i łzami wylanymi za męża, którego przez jakiś czas kochałam bardziej niż siebie.
Bóg szepcze z załamania tapety, kropla wody rozpryskuje się w równanie. Światło w lesie niknie. Stary człowiek siedzi na beczce i śpiewa: „Znalazłem w polu złoty dukat, kto mi go rozmieni?”. Odkrzykuje mu dziecko. „Może moja lalka, jak ją znajdę. Ma portmonetkę pełną srebrnych monet”. Sprowadzona siłą woli pojawia się lalka. Charlotta. Najpierw ramię, potem tułów, potem dumna główka o nieruchomym niebieskim spojrzeniu, które oglądało wygnanie serafinów i żar rozbrzmiewających echem gwiazd.
Wszyscy nie żyją, wszystko poszło w zapomnienie, woła echo. Wyliczam tych, którzy wciąż są ze mną. Przestaję, gdy dochodzę do twarzy mojej siostry, niewinnej, ale wszechwiedzącej. Dopóki tu jest, nasze wspomnienia są bezpieczne. A co będzie w przyszłości, kiedy nas obu zabraknie? Pisz z myślą o tych czasach, mówi pióro, z myślą o porzuconym baranku, którego popioły uniósł wiatr z płonącego strychu. Klepsydra się odwraca. Każde ziarenko piasku wybucha tysiącem innych, pierwszą i ostatnią chwilą każdej żywej istoty.
Widzę siebie, jak wspięta na palce sięgam po czerwoną książkę, obiekt łakomego dziecięcego pożądania. Chciałam się dowiedzieć, co w niej jest, a w przyszłości napisać własną. Sądziłam, że zdołam napisać najdłuższą książkę na świecie i przedstawić wydarzenia każdego dnia. Napisałabym ją tak, że każdy czytelnik znalazłby tam coś dla siebie. Niektórzy zostaliby ze mną, wielu by odfrunęło. Ja sama natomiast wylałabym się z brzegów pagórka rozświetlonego bezlitosnymi promieniami słońca, samotna podróżniczka w poszukiwaniu ogrodu czasu dzieciństwa.
Memorial Day, Chicago, 1947
Fot. z archiwum rodzinnego, dzięki uprzejmości Lindy Smith Bianucci
Pierwsze doznanie, jakie pamiętam, to ruch, gdy wymachuję ramieniem w przód i w tył, aż w końcu udaje mi się zrealizować mój mały cel i zrzucić Królika Bugsa z tacy krzesełka do karmienia. Mój milczący towarzysz, usadowiony przede mną i ogromny, znika jak okręt wikingów za krawędzią świata. Nagle to już tylko rozmazana plama daleko poza zasięgiem moich rąk – pierwszy skutek działania. Pamiętam, że gdy ojciec brał mnie w ramiona, było zupełnie inaczej, niż gdy trzymała mnie matka. Był spokojny. Wtulałam się w jego bezpieczne ramię. Ciążyłam ku niemu, chociaż to ona zawsze była obecna, dominująca. Nie mając nawet roku, postawiłam pierwsze kroki na kuchennej podłodze i odtąd się nie zatrzymywałam. Moja matka była nieustannie wystawiana na próbę przez ciekawskie, ruchliwe pierwsze dziecko, które nie potrafiło się oprzeć poszukiwaniom, wysuwało się z jej objęć, uciekało dokądś w parku, znikało w domu towarowym, lekceważyło wyrazy jej uczuć.
Ostrzegała mnie przed konsekwencjami tysiąca różnych czynności, ale ja musiałam sama je poznać, dlatego wciąż coś mnie gryzło, kąsiło, raniło i bodło. Nie zwracając uwagi na wysiłki innych ani na zamieszanie, które powoduję, sięgałam po rzeczy zakazane, po dymiącego papierosa, po srebrną zapalarkę, i pstrykałam, by pojawił się piękny płomień, albo naciągałam ciasną gumkę na nadgarstek. Sparzony palec, posiniała dłoń.
Po kawałeczku układam coraz rozleglejszą mozaikę mojej preegzystencji. Pod koniec II wojny światowej Grant Harrison Smith, emocjonalnie zdruzgotany i nękany malarycznymi migrenami, wrócił do Filadelfii ze służby w Nowej Gwinei i na Filipinach. Nie skończył liceum, tylko wraz z siostrą i bratem stworzył zajmujące się akrobatyką i stepowaniem trio, w którym został głównym tancerzem, ale wojna przekreśliła ich karierę. Beverly Williams, młoda wdowa, która przy porodzie straciła syna, pracowała w nocnym klubie. Poznali się, gdy byli nastolatkami, a po wojnie obdarzyli się pokrzepieniem i bliskością. Grant był niepewny nadchodzących czasów, ale wierzył, że telewizja to przyszłość. W 1946 roku dostał się do szkoły technicznej w Chicago, w ramach powojennego programu pomocowego przyznano mu stypendium w wysokości dwudziestu dolarów tygodniowo. Moi rodzice pobrali się w urzędzie i po skromnej ceremonii zgodnie z planem ojca wsiedli w pociąg do Chicago. Wynajęli dwa pokoje w kamienicy czynszowej niedaleko Logan Square w polskiej dzielnicy. Moja matka, będąc ze mną w ciąży, pracowała jako kelnerka aż do momentu, gdy jeszcze była w stanie utrzymać się na nogach.
Termin porodu wypadał w sylwestra, ale przyszłam na świat dzień wcześniej podczas szalejącej zamieci i odebrałam matce szansę na firmowy prezent noworoczny w postaci prototypowej lodówki. Musiała nadal używać staroświeckiej chłodziarki i co tydzień wyczekiwała lodziarza, który konnym wozem rozwoził wielkie bloki lodu.
Na stronach ogromnej bladoróżowej księgi zatytułowanej „Moje pierwsze siedem lat”, którą wypełniały listy chorób i urodzin oraz doniesienia o moich postępach, matka napisała wiersz Patti. Emanowała z niego radość, że urodziła dziewczynkę, choćby chorowitą i z nadwrażliwymi oskrzelami. Ojciec mówił, że urodziłam się rozkaszlana. Zawinął mnie w kocyk i razem wyszliśmy ze szpitala w śnieżną zawieję. Mama opowiadała, że uratował mi życie, bo godzinami trzymał mnie nad parującą balią. Ja jednak niczego nie wiedziałam ani o nadziejach ojca, ani o bolesnych trudach matki, która wkrótce znowu zaszła w ciążę.
Moja siostra Linda urodziła się trzynaście miesięcy po mnie podczas kolejnej chicagowskiej zamieci. W wieku dwóch lat nie potrafiłam wypowiedzieć jej imienia, dlatego mówiłam na nią Dinny, i przez jakiś czas wszyscy tak ją nazywaliśmy. Mam przed oczami matkę o ciemnych falistych włosach i z nieodłącznym papierosem – jedno dziecko drepcze niepewnie, drugie leży w wózku, a pod zbyt dużym trenczem w tajemnicy czeka trzecie. Kiedy nie mogła już dłużej ukrywać ciąży, właściciel mieszkania kazał nam się wynieść. Z trzecim dzieckiem w drodze ojcu nie pozostało nic innego, jak porzucić marzenie o wejściu do szybko rozwijającego się świata techniki i znaleźć pracę na cały etat.
Matka zapisywała w mojej dziecięcej księdze wszystkie nasze adresy. Przez pierwsze cztery lata mojego życia przenosiliśmy się jedenaście razy, czasem do pensjonatów, czasem do umeblowanych mieszkań. Pojechaliśmy pociągiem do Filadelfii, by na jakiś czas zatrzymać się u niechętnej temu Glorii, pięknej, ale wrednej siostry mojego ojca. Mam w pamięci klawesyn mojej babci Jessie, takie małe pianinko – ciotka zdzieliła mnie, gdy spróbowałam na nim zagrać.
Tamtej zimy wynieśliśmy się od Glorii na niedaleką Hamilton Street. Ojciec znalazł nocną pracę w fabryce, matka znów pracowała jako kelnerka. W Wigilię, po całym dniu obsługiwania stolików, kupiła nam pod choinkę dwa duże lizaki i dwa ręcznie malowane drewniane pingwinki, bo na nic więcej nie było jej stać. Kiedy wysiadała z zatłoczonego autobusu, ktoś przeciął taśmę jej torby i uciekł z łupem. Później latami opowiadała tę historię, wstrząśnięta, że tamtego roku nie dostałyśmy prezentów świątecznych. Odtąd nie potrafię przejść obojętnie obok pingwinków na pchlich targach czy w sklepach z rupieciami, tak jakbym chciała wypełnić lodowe pole w jej smutnym, wytrwałym sercu.
Nasz braciszek urodził się w czerwcu 1949 roku. Dostał na imię Todd. Był pomarszczonym maleństwem w jasnoniebieskim kocyku. Matka położyła go w wiklinowym łóżeczku i zabroniła ruszać. Pamiętam, jak stałam nad nim i mu się przyglądałam, przepełniona poczuciem, że trzeba go chronić.
Niedługo potem zdiagnozowano u mnie gruźlicę, która szerzyła się wśród dzieci biednych imigrantów w naszej dzielnicy. Żeby chronić maluchy, a mnie zapewnić zdrowe otoczenie, dziadek ze strony matki, którego nazywaliśmy Tata Frank, zaproponował, żebym opuściła na jakiś czas nasz tłoczny pensjonat w Filadelfii i pojechała z nim na jego owczą farmę w Chattanooga. Był przystojny, dobroduszny i grał ragtime’y na fortepianie. Biegałam na świeżym powietrzu, tuczyłam się owczym mlekiem i dostawałam potężne dawki streptomycyny z wielkiej szklanej strzykawki. Później się dowiedziałam, że Dolly, znacznie młodsza, bezdzietna żona Franka, umyśliła sobie, by mnie zatrzymać. Moja mama kochała swojego ojca, ale po prawie roku rozłąki ze mną musiała zagrozić mu procesem sądowym, jeśli mnie nie odda. Wspominała, że wróciłam z południowym akcentem, w skórzanych lakierkach i ze srebrnym zestawem sztućców, na których wygrawerowano „PATTILEE”. Niezbyt dobrze pamiętam tamten okres z dala od domu. Moja dziecięca księga zawiera datę lotu do Chattanooga oraz pustą stronę w miejscu opisu moich trzecich urodzin.
W maju 1950 roku na Święto Pracy przeprowadziliśmy się jakieś trzy kilometry dalej za rzekę Schuylkill, na Baring Street. Byłam gadatliwa i żywiołowa, więc matka, żebym nie budziła niemowlaka, pozwalała mi siedzieć na schodkach wejściowych kamienicy, jeśli obiecam, że nigdzie nie pójdę. Lubiłam tam siedzieć i przyglądać się ostatnim śladom lat czterdziestych, które wkrótce miały ustąpić nowoczesności. Widziałam konne wozy, lodziarza, szmaciarza i kataryniarza z małpką w czerwonej czapeczce. Po drugiej stronie drogi był budynek wzniesiony w średniowiecznym stylu w 1892 roku przez irlandzkiego barona kolejowego. Przypominał mały zamek z wieżyczkami, blankami, wiktoriańską drewnianą werandą i dwuspadowym dachem. Później urządzono tam Dominikański Dom Rekolekcyjny, miejsce jak z bajki, po którym przemykali mnisi w czarnych pelerynach narzuconych na białe habity. Wydarzenia na Baring Street uruchamiały moją wyobraźnię. Baśniowy zamek i przyjazna małpka kataryniarza trafiły później do historii, które opowiadałam rodzeństwu.
Linda była cicha i znacznie mniejsza ode mnie. Ze zdumionym spojrzeniem wielkich oczu chodziła za mną, uczepiona mojej spódnicy. Miała smutną lalkę Jessicę, która pochodziła chyba ze sklepu ze starzyzną albo już się taka urodziła, ale Linda ją kochała i zabierała wszędzie ze sobą. Pewnego dnia Jessice odpadło ramię. Za wszelką cenę próbowałam je przyczepić, ale pękła trzymająca je gumowa tasiemka. Ramię trafiło na półkę i czekało na zręczniejszego chirurga.
Teraz matka musiała się opiekować trojgiem dzieci. Nauczyła nas modlić się i nadzorowała drogocenną arenę mojej żywej wyobraźni. W mojej dziecięcej księdze zanotowała, że mam skłonność do fałszowania faktów. Jeśli prawda nie wydawała mi się interesująca, przedstawiałam rzeczywistość alternatywną. Trzepnęła mnie czasem drewnianą packą, żeby ujarzmić mój zwinny umysł, i na próżno usiłowała uczyć mnie Biblii i edukować moralnie. Nie miała czasu odpowiadać na niekończące się metafizyczne dociekania w kwestii Jezusa, aniołów i ciał niebieskich. W dziecięcej księdze widnieją pospiesznie zapisane jej ręką pytania: „Czym jest dusza? Jaki ma kolor?”.
Podczas wieczornej modlitwy dręczyłam matkę tak wieloma pytaniami, że postanowiła zapisać mnie do prezbiteriańskiej szkółki niedzielnej. W wieku trzech i pół roku dołączyłam do grupy starszych dzieci, które uczyły się Pisma na pamięć. Przez jakiś czas mi się tam podobało, ale nie uzyskałam odpowiedzi na żadne ze swoich pytań. Przed pójściem spać recytowałam Lindzie to, czego się nauczyłam. A ona patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami z jednoręką lalką na podołku.
Toddy był chorowitym dzieckiem i chodziłyśmy na paluszkach, żeby go nie obudzić. Pewnego dnia przyśnił mi się koszmar, w którym bawiłam się z nim zbyt energicznie i urwałam mu jedno z malutkich ramionek. Zerwałam się zlana potem, nie umiejąc odróżnić jawy od snu. W ciemnościach wymacałam ramię Jessiki leżące na katafalku kredensu i pobiegłam ku kołysce, żeby je przyczepić. Toddy zaczął płakać, a matka zastała mnie, gdy w półśnie dziobałam go ramieniem lalki. Wściekła się. Zakłóciłam spokój niemowlakowi i go wystraszyłam. Wróciłam do łóżka, zdezorientowana i porażona tym przeżyciem. Koszmar ten, zawsze przebiegający jednakowo, powracał do mnie latami. Widziałam się w nim w piżamie, z której już wyrosłam, i z czupryną nierówno przyciętych, gęstych, ciemnych włosów. W wyciągniętej ręce trzymałam ramię lalki i szeptałam imię brata: „Toddy”.
Matka mogła ukryć ciążę przed nowym właścicielem mieszkania, ale już nie płacz dziecka. Znów nas wysiedlono i tymczasowo wróciliśmy do ciotki Glorii na Rambo Terrace, gdzie spędziliśmy trzy trudne miesiące we wrogiej atmosferze, która panowała w wyłożonych boazerią wnętrzach. Wciąż desperacko pragnęłam dotknąć klawiszy lśniącego klawesynu babci. Instrument odziedziczył mój ojciec, a matka obiecała, że go dostanę, gdy już będziemy mieć własny dom, i zaleciła mi cierpliwość. Jessie, matka mojego ojca, zmarła na raka w Niedzielę Palmową kilka lat przed moim urodzeniem. Była kobietą łagodną, koronczarką, jedną z sześciu sióstr, których rodzina wyemigrowała z Liverpoolu w 1890 roku. Grała zarówno na klawesynie, jak i na harfie. Ojciec bardzo kochał swoją matkę i często powtarzał, że Linda ma po niej wrażliwość. Jessie nabożnie prowadziła dzienniki, jeden na rok, w których zapisywała głównie pogodę i poczynania rodziny. Kiedy podrosłam, często próbowałam ją w tym naśladować, ale w szeregu pędzących dni zawsze w końcu zapominałam o robieniu wpisów.
6 maja 1951 roku przeprowadziliśmy się na Newhall Street do jednego z przejściowych mieszkań oferowanych rodzinom żołnierzy na czas znalezienia innego, stałego lokum. Znajdowało się w przypominającym koszary kompleksie złożonym z trzech połączonych piętrowych budynków, z których każdy zamieszkiwały cztery rodziny. Rozciągała się przy nim szeroka łąka oprószona stokrotkami i mniszkami. Całe to osiedle czule nazywaliśmy Rewirem.
Zaraz za nim był betonowy placyk z przepełnionymi kontenerami na śmieci, beczkami po oleju, zardzewiałymi puszkami i różnymi odpadkami. Kiedy rodzice gubili nas z oczu, zbieraliśmy się tam, żeby szukać skarbów. Rozległą, niską przestrzeń techniczną pod budynkami nazywaliśmy Szczurzym Domem. Zabito ją deskami, ale niezbyt starannie, i oglądaliśmy ją, serce kompleksu, w świetle kieszonkowych latarek. W ciemności i brudzie jarzyły się czerwone kropki oczu miejskich szczurów. Tak wyglądały nasze place zabaw – jeden szumiący życiem, drugi wypełniony odpadkami, oba równie cenione przez miejscowe dzieci.
W wieku czterech lat miałam więcej swobody niż moje rodzeństwo. Toddy ciągle był niemowlakiem. Linda zdawała się urodzona do tego, by siedzieć wśród polnych kwiatków i motyli. Mimo to sadowiła się na ziemi za naszymi kamienicami i z niewinnym wyrazem twarzy wpatrywała się w chmury, niepomna przemykających wokoło szczurów i błota przesączającego się przez jej podwinięte skarpetki.
Mieszkaliśmy na piętrze pierwszego budynku, mając naprzeciw starego Żyda z wnuczką, jedynych ocalałych z całej rodziny. Pracował w fabryce czekolady Klein’s, nosił gruby czarny płaszcz, był powściągliwy i mówił łagodnym tonem. Matka dzieliła się z nim naszymi posiłkami, a on wyjmował spod płaszcza wielką tabliczkę czekolady. Ponieważ mama potrafiła cierpliwie słuchać, wieczorami siadała z nim przy kuchennym stole. Dziewczynka o ciemnych oczach nigdy nie wypowiedziała ani słowa i nigdy nie puszczała jego ręki, a kilka miesięcy później oboje wyjechali po cichu, tak jak wszyscy inni, nie mówiąc nawet „do widzenia”.
Na naszych oczach wprowadziło się i wyniosło wielu imigrantów, ale podstawowa grupa, głównie rodziny wojskowych w finansowym dołku, dzieliła się, czym miała, i doglądała nawzajem swoich dzieci. W upalne letnie wieczory dorośli siadali na leżakach, palili papierosy i pili wino z mniszków oraz whisky Seagram’s z wodą. Mężczyźni rozmawiali o wojnie, kobiety dzieliły się tajemnicami, dzieci ganiały. Po sześciu miesiącach wszyscy mieszkańcy dostali nakaz wyprowadzki, jednak potem przychodziły kolejne powiadomienia o opóźnieniu prac wyburzeniowych, dzięki czemu zostaliśmy tam, w tym naszym pierwszym prawdziwym domu, przez cztery lata. Większość rodzin z ulgą przyjmowała te odroczenia i zastanawiała się z niepokojem, czy przyjdzie następne. W powietrzu ciągle wisiało pytanie: gdzie się podziejemy? Może nadarzy się jakieś tymczasowe schronienie, mniejsze mieszkanie, chwilowy przystanek w kolejnym skazanym na zagładę budynku. Rodzice borykali się z niepewnością i troszczyli o przyszłość – to była ich sprawa. My, dzieci, prowadziłyśmy własne boje ze szczurami, podwórkowymi dręczycielami, psami zżeranymi przez kleszcze i wysypem chorób w naszej okrutnej, lecz magicznej rzeczywistości.
Przez kolejne miesiące wierciłam mamie dziurę w brzuchu w sprawie klawesynu, chociaż ewidentnie nie było na niego miejsca w naszym małym mieszkanku. Gloria większość rzeczy po mojej babce wyniosła do przechowalni. Rodzice nie mieli pieniędzy, by ją opłacić, i w końcu wszystko stracili, w tym klawesyn, angielską porcelanę oraz książki i sanki z dzieciństwa mojego ojca. Bardzo mnie to przygnębiło i bolało, że te wszystkie rzeczy trafią w ręce jakiegoś obcego człowieka. Wciąż pamiętam, jak wyciągniętymi palcami próbowałam dosięgnąć klawiszy z kości słoniowej.
Zdołaliśmy uratować jedynie zieloną brokatową sofę Jessie, która zdominowała salon połączony z małą kuchnią, gdzie panoszył się brzuchaty piec na węgiel. Wszyscy uwielbialiśmy tę przerośniętą staroświecką kanapę. Na specjalne okazje albo podczas wielkich burz cała nasza trójka brała razem kąpiel w wannie, wkładała piżamy i wskakiwała na rozłożoną w międzyczasie przez mamę sofę z wielką misą popcornu. Ten zielony mebel był niczym pokrzepiający azyl, nić łącząca nas z babką, której nigdy nie poznaliśmy.
Często odwiedzał nas Bobby, młodszy brat matki, i zwykle przynosił jakieś prezenty. Raz wręczył nam małe lalki z jednej serii, dwie w różowych ubrankach dla dziewczynek, trzecią w niebieskim – dla chłopca. Toddy wolał różową, a ja niebieską, więc się potajemnie wymieniliśmy. Był bardzo przywiązany do swojej laleczki, lecz pewnego popołudnia wypuścił ją podczas zabawy, a ona sturlała się ze stromego zbocza. Ciągnął mnie za koszulę, cały we łzach, i zaprowadził w to miejsce. Zobaczyłam ją w połowie stromizny, utknęła w chaszczach. Linda i Todd milczeli wyczekująco, gdy ja oceniałam sytuację. W końcu określiłam najlepszą drogę i wzięłam się do dzieła. Ześliznęłam się na dół, czepiając się wystających kamieni, podniosłam lalkę i wgramoliłam się z powrotem na górę z zaledwie kilkoma zadrapaniami.
Linda – Dinny Pielęgniarka – oczyściła ubranko lalki z brudu i cierni. Toddy miał na twarzy wyraz takiej wdzięczności, że aż się wzruszyłam. Oboje byli tacy mali, ledwie mówili, a jednak wydawali się dziwnie mądrzy. Łączyła nas niewytłumaczalna telepatia. Wyjątkowy język przejawiający się najpełniej w naszej grze gałek, mieszającej prawdę wyobraźni i wspólną nam zdolność do działania jak jeden umysł. Skazani na pobyt w pokoju i ciszę za jakąś dziecięcą zbrodnię, odkryliśmy doskonałą metodę komunikacji. Siadaliśmy przed starym biurkiem z drewna klonowego o dwóch gałkach przy każdej szufladzie, niektórych trochę poluzowanych, i czekaliśmy. Kiedy nadszedł właściwy moment, na mój znak zamykaliśmy oczy i jednocześnie przekręcaliśmy gałki. Bez wysiłku wchodziliśmy na pokład naszego stateczku o małych żaglach z poszarpanych prześcieradeł, które nagle zaczynały lśnić, po czym ruszaliśmy w drogę. Nikt poza nami nie znał morza możliwości, po którym żeglowaliśmy. Bez jednego dźwięku, bez wiwatów czy okrzyków zachwytu, sunęliśmy przez całe widmo błękitów i zieleni, odmian czerwieni, różu, złota i srebra, przez wszystkie kolory kredek.
Moja matka zbliżyła się do rodziny irlandzkich katolików, która mieszkała dokładnie pod nami. Mary i Les, ich trzech synów oraz prababka Aggie. Mary w dzieciństwie ugryzł wielki szczur i miała na szyi głęboką, okrężną bliznę ze śladami po zębach. Dzieci z sąsiedztwa bały się Aggie i ją szanowały, ale mnie ona fascynowała. Nie poznałam żadnej ze swoich babć, bo obie zmarły przed moim urodzeniem. Aggie była przykuta do łóżka i chętnie czytała mi historyjki. Matka zrugała mnie, że jej przeszkadzam, ona jednak tylko machnęła na nią ręką, mówiąc, że i tak nie ma co robić z czasem. Pamiętam tylko jedną okazję, gdy wstała z łóżka, taka malutka, mierząca chyba mniej niż metr pięćdziesiąt, w spłowiałej koszuli nocnej i z długim siwym warkoczem opadającym jej swobodnie na plecy. Pogrzebała w rzeczach i w końcu znalazła Irish Fairy Tales [Baśnie irlandzkie], ciemnozieloną księgę z wytłoczonym na złoto napisem i wizerunkiem wojownika z tarczą, któremu towarzyszą dwa ogary. Chętnie czytała mi moje ulubione fragmenty. Kiedy przysypiała, bawiłam się kilkoma wyjętymi z kieszeni żołnierzykami. Jej koc był moim polem, jej biedny spuchnięty brzuch moim wzgórzem.
Rodzeństwo, Rewir, 1951
Fot. z archiwum rodzinnego, dzięki uprzejmości Lindy Smith Bianucci
Brakowało mi Aggie przez kilka dni, kiedy zachorowałam na odrę. Po tym jak mi się polepszyło, weszłam do jej cichego mieszkania, swoim zwyczajem nie pukając. Drzwi nigdy nie zamykano na klucz, a Aggie nigdy nie wychodziła, więc spodziewałam się ją zastać. Miałam nadzieję, że mi poczyta, ale gdy weszłam do pokoju, nie było tam żadnych jej rzeczy – ani miękkiego patchworkowego koca, ani magicznej zielonej księgi. Nikt nie pomyślał, by mi powiedzieć, że kiedy chorowałam, Aggie zmarła. W tamtych czasach dzieciom rzadko o czymkolwiek mówiono. Stałam tak, zastanawiając się, co robić, a potem w ciszy usiadłam na krześle, na którym zwykle siadałam, i wyobrażałam sobie moich żołnierzy zsuwających się z kocykowego wzgórza Aggie.
Niedawno w towarzystwie Lindy wspominałam tęsknie Aggie oraz jej księgę z irlandzkimi baśniami i ubolewałam, że już nie pamiętam swoich ulubionych fragmentów. Kilka tygodni później dostałam pocztą tajemniczą paczkę. Żadnego listu czy karteczki, jak przystało na moją mamę. Zielona księga ze złotymi wytłoczeniami, ten sam wojownik z tarczą. W pierwszej chwili nie byłam w stanie się zmusić, aby ją otworzyć, lecz w końcu wzięłam wdech i zachłannie czytając opowieść o młodych latach Fionna, rozpoznawałam akapity, które dawno temu pokochałam. „Wszelkie pragnienia ulatują, ale to jedno pozostaje na zawsze”. Chodziło o pragnienie mądrości, do której Fionn niestrudzenie dążył, a kiedy go spytano, jak by z niej skorzystał, zawołał: „Napisałbym poemat”. Czytałam, przypominając sobie irlandzki akcent Aggie, jej drżące dłonie i ogień mojej wyobraźni.
Kiedy nadszedł czas, by pójść do przedszkola, trudno było mi się rozstać z rodzeństwem, ale nowe miejsce budziło moją ciekawość. Ponieważ nie jeździły tam autobusy, samodzielnie chodziłam trzy kilometry z Rewiru do szkoły imienia Charlesa W. Henry’ego mieszczącej się w zabytkowym piętrowym budynku z czerwonej cegły przy Carpenter Lane. Szłam wzdłuż autostrady, po czym przechodziłam przez most nad rzeką Schuylkill, którą lud Lenape dawniej nazywał Tulpehane, czyli Żółwią Rzeką. Gdy mocno wiało, bałam się, że wiatr mnie porwie, a w ulewie przychodziłam do domu całkiem przemoczona, co pewnie było przyczyną mojego wciąż nawracającego zapalenia oskrzeli. Podobał mi się jednak widoczny w dali kompleks gmachów z wieżyczkami, tak różny od opuszczonych budynków w naszej skazanej na zagładę okolicy. Wymyślałam długie historyjki o ubogim dziecku, które zaskarbia sobie wdzięczność króla, aż docierałam do szkoły, wspinałam się po kamiennych schodach i przekraczałam szeroki łuk wejścia.
Pewnego razu odkryłam skrót przez mały zagajnik. Niekiedy rankiem zostawałam na chwilę nad znajdującym się w nim malowniczym stawem. W wodzie odbijały się oślepiające błyski rozedrganego światła i byłam pewna, że to zakątek raju zamieszkany przez duszki. Uwielbiałam ten tajemny azyl przy uczęszczanej szosie. Odkryłam tam wielkiego, starego żółwia kajmanowego. W tamtych czasach w rejonie Filadelfii żółwi tego gatunku było dużo. Ludzie łapali je i sprzedawali restauracjom na zupę. Pewnego ranka wyszedł powoli na niski brzeg stawu i zatrzymał się parę kroków ode mnie. Siedziałam na głazie z czerwoną szkolną torbą w rękach jak zahipnotyzowana. Żółw był potężny, miał prastare oczy, musiał być królem. Porozumiewaliśmy się telepatycznie, tak jak to robiłam z rodzeństwem. Wkroczyłam w jego świat, trudno jednak byłoby mi powiedzieć, dokąd się udaliśmy. Zdawało mi się, że trwało to kilka minut, ale kiedy dotarłam do szkoły, nauczycielka była na mnie bardzo zła – przyszłam w porze lunchu, nie było mnie cały ranek.
Matka niemal wpadła w histerię, bo chorobliwie obawiała się porywaczy po sprawie syna Lindberghów. Ulżyło jej, ale była wściekła i wypytywała mnie na najróżniejsze sposoby, gdzie się podziewałam. Mogłam tylko odpowiedzieć, że nigdzie, bo nie dało się tego wyjaśnić. Tak się denerwowała, że w końcu interweniował ojciec i zaproponował, żebyśmy poszli na spacer. Poprosił, żebym pokazała mu to swoje „nigdzie”. Poprowadziłam go przez skrót za plac zabaw i trzymałam go za rękę, gdy wchodziliśmy do zagajnika. Panował zupełny bezruch. Usiadł ze mną na głazie, ja zaś wyznałam, że rozmawiałam z ogromnym żółwiem. Zadał mi jeszcze parę pytań, a potem siedzieliśmy tylko w ciszy i była to rzadka, szczęśliwa chwila, do której często wracam myślami. Chciałam, żeby zobaczył tamtego żółwia, ale on się już nie wynurzył. W drodze powrotnej spytałam tatę, czy opowie o wszystkim mamie. Powiem jej, że wszystko w porządku, tylko się rozmarzyłaś, jak to ty, i straciłaś poczucie czasu. Resztę zachowamy między sobą. Ojciec już nigdy nie wspominał o sprawie. Matka zbeształa mnie za to, że poszłam inną drogą, i kazała obiecać, że już nigdy tego nie zrobię. Tamtej nocy doszłam do wniosku, że wszystko dobrze się skończyło, i zmówiłam modlitwę za króla żółwi, przepełniona smutkiem, że już nigdy go nie zobaczę.
Moja matka wraz z Novellą, koleżanką z pracy, przyjmowała odzież do prasowania. Za kosz ubrań brały pięć dolarów i dzieliły się po równo. Pewnej soboty Novella zabrała mnie i swojego syna do zoo. Wzięła nas oboje za ręce, jedliśmy watę cukrową. Jej dłoń wydawała mi się miękka i duża, a ponieważ dopiero wtedy po raz pierwszy się jej przyjrzałam, zauważyłam coś osobliwego. Ciociu Novello, spytałam, dlaczego twoja dłoń jest ciemniejsza od mojej? Oj, nie wiem, kochanie, roześmiała się, taką Bóg mnie stworzył. I tyle. Nieco później przeszliśmy obok wróżbitki, która spojrzała mi w oczy i na mnie syknęła. Nie zwracaj na nią uwagi, powiedziała Novella, ale ja się zmartwiłam, bo wyglądało mi to na zły znak. Dlaczego to zrobiła? Novella przystanęła i przykucnęła przede mną. Bo jesteś wyjątkowa, odparła, zawsze o tym pamiętaj.
Mimo bur za szwendanie się nadal przy każdej sposobności eksplorowałam okolicę. W okolicach Halloween wybrałam się popatrzeć na wrotki, które tydzień wcześniej zauważyłam w witrynie sklepu Pep Boys. Prowadził tam skrót przez wiodący do Wissahickon Avenue kamienny tunel, do którego matka zabraniała mi wchodzić. Chmury zasłoniły słońce i wejście było dość ciemne. Wahałam się, ale wtedy chmury się rozstąpiły i zobaczyłam jasną plamę wyjścia po drugiej stronie. Nagle ujrzałam małe klejnociki, skarby rozrzucone wzdłuż drogi. Rubiny, topazy i szmaragdy połyskiwały i gasły wśród przepływających cieni. Przed oczami przesunęły mi się obrazy siedmiu krasnoludków wydobywających klejnoty w kopalni z okrzykiem „hej, ho!”. Stałam jak oczarowana, zupełnie skamieniała, ale po chwili wymyśliłam plan. Pozbieram te klejnoty, ocalę rodzinę i sąsiadów od biedy, popłacę ich rachunki. Kupię sobie wrotki, a Linda i Toddy dostaną wszystko, czego zapragną. Minęło może kilka sekund. Ruszyłam ku klejnotom, po czym stanęłam. Na ziemi przede mną leżały setki M&M’sów: czerwone, żółte, zielone. Moje rubiny, topazy i szmaragdy pokazały się wyraźnie w smudze światła. Nigdy nie widziałam tylu M&M’sów. Zbierałam je, ocierałam rękawem i wkładałam do kieszeni. Normalnie byłabym zachwycona taką ilością cukierków, ale teraz poczułam się oszukana – padłam ofiarą swoich własnych niewinnych iluzji. Rozżalona i rozgniewana zjadłam je wszystkie i nie zostawiłam ani trochę dla rodzeństwa.
Nie byłam na swoich piątych urodzinach. Leżałam w zaciemnionym pokoju porażona ciężkim atakiem migreny, choć nie tak poważnym jak u mamy, i pocieszałam się myślą, że to zapewne malaryczny ból głowy jak u mojego ojca. Następnego ranka na kuchennym stole zobaczyłam paczkę od mamy – wrotki z Pep Boys, których potajemnie pragnęłam. Ona chyba zawsze znała wszystkie moje myśli i zamiary, dobre i złe. Dociekała, dokąd chodzę, potrafiła łatwo stwierdzić, kiedy nie mówię prawdy, i ciągle mnie przepytywała, wobec czego musiałam ukrywać przed nią rzeczy, których ukrywać nie trzeba. Było to źródłem naszych ciągłych konfliktów. Desperacko usiłowała mnie nadzorować, a nawet kształtować, ale ja uparcie wymykałam się z formy. Umiała też jednak dostrzec, że to dla mnie niezbędne. Uwielbiałam swoje wrotki, to były dokładnie te wymarzone, i nadal pamiętam podniecenie, które czułam, kiedy ściągałam taśmy kluczem, a później ziemia wibrowała mi pod stopami, gdy pędziłam po zakazanych bulwarach.
Rozczarowało mnie przedszkole, śpiewanie piosenek z Babci Gąski, uczenie się różnych rzeczy na pamięć, leżakowanie w skulonej pozycji na zsuniętych stolikach. Miałam za długie nogi i byłam stanowczo zbyt niecierpliwa, by spać. Chyba uważano mnie za smutne dziecko, taką trochę samotniczkę. Nie pamiętam, żebym często rozmawiała z wychowawczyniami albo innymi dziećmi. Wolałam towarzystwo rodzeństwa i własnych myśli, nawet tych najbardziej abstrakcyjnych, które z czasem stopniowo nauczyłam się wyrażać. A językiem, który mi to umożliwił, był język poezji.
Miałam dzieciństwo proustowskie, wypełnione okresami izolacji i rekonwalescencji. Przez pierwszych sześć lat życia łapałam jedną chorobę zakaźną po drugiej: odoskrzelowe zapalenie płuc, gruźlica, różyczka, świnka, ospa wietrzna. Po każdej ostrej fazie nadchodził etap długiego odpoczynku, kiedy układałam swoje posłanie przy piecu na węgiel, wyobrażałam sobie postacie z książek i posyłałam je w nowe, nieopisane dotąd przygody. Nic nie wprawiało mnie w równie wielkie przerażenie jak wielka szklana strzykawka wyłaniająca się z czarnej torby lekarza. Jak najdłużej próbowałam ukrywać objawy rozpoczynającej się choroby i często sięgałam do poszarganych resztek książki The New Family Herbal; or, Domestic Physician[Nowy zielnik rodzinny albo domowy lekarz], przewodnika po ziołach i naturalnych środkach leczniczych, odziedziczonego po pradziadku ze strony matki, który praktykował medycynę ludową. Na frontyspisie widnieli dwaj aniołowie stróże. Książka, krucha i owinięta w płótno, wegetowała na półce. Pod nieobecność matki odwijałam ją i starałam się rozszyfrować porady zapisane na kartkach, które niekiedy kruszyły się pod dotykiem. Zawzięcie próbowałam uchronić siebie i rodzeństwo przed koszmarną strzykawką pękatą od penicyliny.
Najpierw czytałam opisy chorób w drugiej części książki, po czym szukałam zwalczających je naturalnych lekarstw. Napar ze świeżo zerwanych liści mniszka, cytryna z miodem albo ocet jabłkowy były pewną metodą na pomniejsze dolegliwości. Toddy był zbyt mały, żeby przejmować się takimi rzeczami, miałam za to sojuszniczkę w Lindzie. Pewnego razu, gdy obie zaczęłyśmy wykazywać objawy nadchodzącej choroby, gorączkę, katar i dreszcze, otworzyłam podręcznik i zdiagnozowałam dyfterię. Wypiłyśmy po dodatkowej łyżce octu, natychmiast poszłyśmy do łóżka, przykryłyśmy się kołdrą aż po czubek głowy i z powodzeniem wypociłyśmy to, co nas akurat dopadło. Do dziś mnie i Lindę łączy medyczna tajemnica. Samodzielnie pokonałyśmy straszliwą dyfterię.
Chociaż choroba ciągle mi towarzyszyła, nie utożsamiałam się z przykutymi do łóżka postaciami z książek. Moją idolką była Mary Lennox z Tajemniczego ogrodu, energiczna sierota, która – choć epidemia cholery zabrała całą jej rodzinę – zdołała wyciągnąć syna swojego opiekuna z wózka inwalidzkiego i skłonić go do chodzenia. Dowiedziałam się, że Robert Louis Stevenson i L. Frank Baum w dzieciństwie byli przykuci do łóżka, ale przezwyciężyli chorobę i nabrali sił dzięki swej potwornie pięknej wyobraźni.
Wierzyłam, że przy życiu trzyma mnie moja własna wola połączona z naturalnymi lekami. Byłam za mała, by docenić to, że swój dobrostan zawdzięczam raczej opiece innych. Ojciec ocalił mnie we wczesnym dzieciństwie. Mimo ogromu pracy matka czuwała przy mnie, gdy byłam złożona chorobą. Dopiero wiele lat później, długo po jej śmierci, w pełni zrozumiałam jej poświęcenie i skomplikowane emocje.
Mama większość życia przeżyła pozbawiona matczynej miłości. Moja babcia Marguerite zmarła przed moim urodzeniem. Była drobna, żwawa i zielonooka, grała na mandolinie. Mama ją uwielbiała, ale babka doznała fatalnego załamania nerwowego, zrobiła się agresywna i w 1932 roku zamknięto ją w szpitalu psychiatrycznym. Nigdy więcej nie wróciła do domu. Nie rozpoznawała już własnych dzieci, ale i tak była kochana i utęskniona. Niegdyś szczęśliwa muzyczna rodzina rozpadła się i matka z dwoma młodszymi braćmi trafiła do swojej babki Olive Lily Hart, która wychowała czterech synów i ciepło przyjęła dwóch nowych chłopców, ale wobec niej pozostała obojętna.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Wołowiec 2026
Wydanie I
