Chiny bez makijażu - Marcin Jacoby - ebook
Opis

Książka Marcina Jacoby'ego, doktora sinologii Uniwersytetu Warszawskiego, jest subiektywnym przewodnikiem pewnego Polaka po chińskiej kulturze i chińskiej współczesności. Autor nie zapomina przy tym o głębszym kontekście historycznym i kulturowym, bo tylko w ten sposób można wznieść się ponad uproszczenia i stereotypy i zastanowić się, jaki naprawdę jest ten wielki kraj.

Czy Chiny to archaiczna dyktatura gnębiąca swoich obywateli, czy może nowa potęga ekonomiczna? Lider innowacji czy moloch o zapadłych wioskach i tysiącach robotników pracujących w pocie czoła w fabrykach? Czy coś łączy dawne cesarstwo i dzisiejszą młodocianą potęgę, czy istnieją jakieś cechy wspólne pomiędzy pradawną cywilizacją, gdzie niemal wszystko wynaleziono na długo przed Europą, a krajem tanich podróbek, na które wielu z nas patrzy z góry? Jacy ludzie żyją w tym najludniejszym państwie na ziemi? Czy stanowią jednolitą masę, czy są mozaiką narodów, języków i kultur? W co wierzą, jakie mają zmartwienia? Jakie wyzwania stawia przed nimi nowoczesność?

To obowiązkowa lektura dla wszystkich tych, którzy pragną wgryźć się głęboko w „chińskość” i zrozumieć, co może w niej tak fascynować. To również odważne spojrzenie na współczesne Państwo Środka i jego kierunki rozwoju w nowym millennium.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 560

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Konsultacja: prof. Bogdan Góralczyk

dr Małgorzata Religa

Redaktor serii: Halina Hałajkiewicz

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Deco/Alamy/BE&W

© by Marcin Jacoby

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0293-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2016

Wydanie I

FRAGMENT

Droga powstaje dzięki wędrowcom.

Zhuangzi, roz. II, ustęp 3, ok. IV-III w. p.n.e.

Wstęp

Chiny, Chiny, Chiny… To słowo od dzieciństwa działało na mnie jak obietnica przygody, jak klucz do zaczarowanego ogrodu. Chiny to była tajemnica – przyciągała mnie, motywowała do czytania, uczenia się, poznawania. No i tak się jakoś złożyło, że Chiny stały się moim powołaniem, wypełniły szczelnie moje zainteresowania i moje życie zawodowe. Wszędzie w domu mam ich pełno!

Nie jestem już jednak tym małym chłopcem, który z wypiekami na twarzy oglądał filmy z Bruce’em Lee. Nie jestem też tym młodym człowiekiem, któremu wydawało się, że Chiny są takie, jakimi je malują starożytni filozofowie i bohaterowie dzieł literackich. Poznając język, historię i odbywając dziesiątki podróży po Chinach, nauczyłem się pewnej rezerwy, postawy krytycznej, a dodatkowo i pokory.

Kiedy wydawnictwo Muza zaproponowało mi napisanie książki przybliżającej polskiemu czytelnikowi Chiny współczesne, byłem świadomy tego, że biorę się za temat trudny i ryzykowny. Cokolwiek by o Chinach napisać, będzie źle. W końcu to gigantyczny, zróżnicowany kraj i przebogata kultura o wielu tysiącach lat tradycji. A przy tym państwo o bardzo dziwnym, niedemokratycznym ustroju, które rozwija się jak burza i z dnia na dzień zmienia. Jak to wszystko opisać? Jak spróbować stworzyć obraz w miarę obiektywny i aktualny?

A jednak podjąłem wyzwanie z całą świadomością, że książka ta nie zadowoli wszystkich czytelników, zwłaszcza tych, którzy coś o Chinach wiedzą lub się na nich znają. Dlaczego? Bo dla każdego są one inne, każdy ma inne związane z nimi doświadczenia i inaczej ocenia to, co dzieje się w tym kraju. Nie chciałem uciekać od tematów trudnych, ale starałem się powstrzymać od kategorycznych ocen, sugerując raczej, że na wiele kwestii można patrzeć z zupełnie odmiennych pozycji. Opisałem skomplikowaną układankę chińską najpełniej, jak umiałem, ale nadal jest to tylko moja subiektywna opowieść o kraju i ludziach, których sam poznałem.

Bez tych ludzi nie byłoby tej książki. Chciałbym więc podziękować wszystkim moim chińskim i tajwańskim znajomym i przyjaciołom, którzy przez tyle lat uczyli mnie Chin, opowiadali mi o Chinach, bezlitośnie je krytykowali i równie bezkrytycznie wychwalali. Występują w tej pracy anonimowo lub pod zmienionymi imionami, gdyż nie pytałem ich o zgodę na przytaczanie dziesiątek anegdot z ich udziałem, a w dodatku nie wszystkie wyszłyby im na zdrowie. Dziękuję wszystkim moim nauczycielom, którym jakoś się udało zrobić ze mnie sinologa, przede wszystkim wykładowcom Zakładu Sinologii Wydziału Orientalistycznego Uniwersytetu Warszawskiego, i moim studentom – od nich również niemało się nauczyłem. Specjalne podziękowania należą się mojej żonie, Koreance, bo to ona wzbogaciła moje spojrzenie na kulturę Państwa Środka, ucząc mnie patrzeć z dużo szerszej, azjatyckiej perspektywy.

A zatem – w drogę!

Część I Tożsamość

Żółta ziemia

Chiny to właśnie żółta ziemia. Gliniasto-lessowa żółta ziemia jest symbolem, z którym identyfikuje się większość Chińczyków. Zrozumie to lepiej każdy, kto spędzi w tym kraju trochę czasu. Od żółtych nieprzezroczystych wód rzek przez żółte gliniaste miejskie trawniki, żółty pył osiadający na szybach domów i samochodów po żółte spękane krajobrazy za oknem pociągu. Chiny to kraina lessów. Less, wypłukiwany od tysięcy lat przez wody rzek: Żółtej (sic!) i Jangcy, i niestrudzenie niesiony ku… Morzu Żółtemu!, pokazuje nam swoje błotniste oblicze na budowach domów i dróg. Wysuszony i pokruszony, pędzony wiatrem hula po ulicach nowoczesnych metropolii i biednych wiejskich drogach z beztroską zupełnego nieuświadomienia klasowego. Historia Chińczyków to dzieje walki z żółtym błotem niesionym przez straszne powodzie, spękaną żółtą ziemią podczas okrutnych susz, to walka o to, by ta jałowa gleba zrodziła plon i pozwoliła przetrwać do wiosny kolejnego roku.

Żółta ziemia kojarzy się szczególnie z Równiną Centralną. Przez cztery tysiące lat wzrastała tu i rozwijała się cywilizacja chińska, zanim wypełniła znane nam dziś ramy Chińskiej Republiki Ludowej. Ale dzisiejsze Chiny to tysiące różnych krajobrazów – ogromny kraj zajmujący obszar wielkości całej Europy (geograficznej, a więc od Portugalii po Kaukaz), trzeci co do wielkości, po Rosji i Kanadzie, kraj na świecie: dwadzieścia trzy prowincje (razem z Tajwanem), pięć regionów autonomicznych (Tybet, Ningxia, Guangxi, Xinjiang i Mongolia Wewnętrzna), cztery miasta wydzielone (Pekin, Tianjin, Szanghaj, Chongqing) i dwie specjalne strefy administracyjne (Hongkong i Makau).

Odbiega to znacznie od Chin znanych nam z historii, zwłaszcza tej najdawniejszej. Spójrzmy na mapę. Mniej więcej w środku trójkąta wyznaczonego przez miasta Pekin, Szanghaj i Xi’an leży Zhengzhou, stolica prowincji Henan. Przyjmuje się, że to miasto, dziś niepozorne, wyznacza sam środek Równiny Centralnej, a więc rozumiany historycznie i kulturowo środek Chin. Bo Równina Centralna (po chińsku Zhongyuan) to pojęcie bardziej historyczne i kulturowe niż geograficzne. A dlaczego Zhengzhou? Bo gdzieś w jego okolicach miał władać jeden z pierwszych legendarnych cesarzy – Żółty (!) Cesarz. Również tam jedną ze swoich stolic założyła pierwsza dynastia chińska, dynastia Xia, która panowała od XXI do XVI wieku p.n.e. Zhengzhou dziś znalazło się raczej na uboczu i jedynie pękające w szwach zakurzone magazyny Muzeum Prowincji Henan świadczą o wadze tego nieco teraz zapomnianego miejsca.

Gdybyśmy mieli wskazać jakiś jeden konkretny obszar, skąd wywodzą się Chińczycy, byłaby to zapewne prowincja Henan. Jak sama nazwa wskazuje (Henan to po chińsku „Na południe od Rzeki”), prowincja ta zajmuje tereny położone na południe od Rzeki Żółtej w jej środkowym biegu. Pobawmy się jeszcze trochę w geometrię i zakreślmy koło, którego promień wyznaczy miasto Zhengzhou w środku i miasto Xi’an na jego lewym krańcu. W polu tego koła pomieścimy prawie wszystkie tereny, o których mówi się na kartach chińskiej historii od czasów legendarnych demiurgów po erę nowożytną, prawie wszystkie dawne stolice, miejsca bitew i słynne znaleziska archeologiczne. Po tym terenie tułał się Konfucjusz (551–479 p.n.e.), tu wojował Pierwszy Cesarz Qin (259–210 p.n.e.), łącząc podbite królestwa w pierwsze cesarstwo (221 rok p.n.e.). Oto starożytne Chiny – i faktem jest, że są one gliniaste i żółte.

Od tego czasu przybyło Chinom sporo terenu, a im dalej od prowincji Henan, tym większe różnice w krajobrazach. Chińczycy porównują kształt swojego kraju do wielkiego koguta. A zatem spójrzmy najpierw na północny wschód, czyli na kogucią głowę. Tworzą ją trzy wyliczane najczęściej jednym tchem prowincje: Liaoning, Jilin i Heilongjiang na samym kogucim grzebieniu. Jak podkowa otaczają je z trzech stron góry, w środku zaś, od zatoki Bohai na północ ciągnie się Nizina Mandżurska. Na tych terenach Polacy nie czuliby się obco: sosnowe lasy pokrywające zbocza gór, sporo terenów rolniczych z niezłą ziemią, kopalnie węgla kamiennego i wielkie ośrodki przemysłowe – niemal jak w domu. A przede wszystkim klimat: mroźne zimy, śnieg, czasem dużo zimniej niż u nas! Może też dlatego Harbin, najdalej wysuniętą na północ stolicę którejkolwiek z chińskich prowincji, do lat pięćdziesiątych XX wieku zamieszkiwała spora mniejszość polska. Polacy przywędrowali tu z Syberii wraz z budową carskiej kolei. Ale o tym opowiemy sobie nieco później.

Kogucia szyja i pierś to Chiny Centralne. Najpierw z trzech prowincji północno-wschodnich przemieszczamy się półkolem wzdłuż brzegu zatoki Bohai. Na jej zachodnim krańcu leży wielki port Tianjin, a nieco w głębi stolica kraju – Pekin. Do tego miejsca będziemy bardzo często wracać, ale teraz opuszczamy tę żółtą krainę i jedziemy dalej. Brzeg zatoki wyprowadza nas na półwysep Shandong – wielki róg wysunięty w kierunku Półwyspu Koreańskiego. To ważne miejsce w historii Chin, strony rodzinne Konfucjusza zamieszkiwane przez ludzi dumnych i niepokornych, którzy nieraz wywoływali powstania i bunty krwawo zapisujące się na kartach kronik. Poza niezłym piwem (spadek po niemieckich kolonizatorach) Shandong słynie dziś z produkcji jabłek (polscy sadownicy muszą uważać). To teren w przeważającej części górzysty, jak zresztą większość Chin. W północnej części półwyspu ma ujście Rzeka Żółta – druga najdłuższa, po Jangcy, rzeka chińska (cztery tysiące sześćset siedemdziesiąt kilometrów), która ciągnie się wielkim, mocno poskręcanym łukiem od Wyżyny Tybetańskiej przez suche, półpustynne tereny Chin Północno-Zachodnich, Równinę Centralną aż tutaj. Dawno temu wpadała do Morza Żółtego w południowej części półwyspu, ale zmieniła bieg i teraz nanosi tony żółtych lessów do zatoki Bohai.

Dumnie wypięta kogucia pierś to prowincje nadmorskie – najgęściej zaludnione, najlepiej rozwinięte gospodarczo. Tu krajobrazy bardzo się zmieniają. Przede wszystkim teren jest mniej pofałdowany, pojawia się coraz więcej wody: rzek, jezior, kanałów. Panuje klimat podzwrotnikowy, monsunowy, przez co w lecie niemal ciągle pada, a wybrzeże nawiedzają tajfuny. W przeciwieństwie do mroźnej północy śniegu tu raczej nie zobaczymy, za to konieczne będą kalosze. Jest to kraina dolnego biegu Jangcy – najdłuższej i najpotężniejszej rzeki Chin, wypływającej z Tybetu i biegnącej niestrudzenie przez pięć tysięcy pięćset dwadzieścia kilometrów na wschód aż do okolic Szanghaju, gdzie w końcu spotyka się z Morzem Wschodniochińskim. Nic dziwnego, że jej powszechnie używana chińska nazwa Changjiang znaczy Długa Rzeka. Jangcy to lekko zeuropeizowana wersja drugiej, mniej popularnej nazwy – Yangzijiang (jiang to „duża rzeka”). Na tych terenach bywa naprawdę gorąco. Chongqing, Wuhan i Nankin, trzy leżące w biegu Jangcy miasta, to tak zwane trzy piece Chin – miejsca, gdzie w lecie jest najbardziej duszno i parno. Koguci brzuch i golenie tworzą południowe prowincje nadmorskie Fujian i Guangdong oraz Tajwan – po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej. Panuje klimat zwrotnikowy monsunowy z potężnymi opadami i dużą wilgotnością przez prawie cały rok. Tajfuny najchętniej atakują chińskie wybrzeże właśnie tutaj. Fujian i Tajwan słyną z najlepszej, mocniej sfermentowanej herbaty zielonej typu wulong, której listki zwijane są w drobne kulki. Guangdong – z niezwykle bogatej kuchni, a miasta: Kanton, Makau i Hongkong, to główne bramy, przez które Chiny handlowały z Europą. Także stąd w XIX wieku wyruszyło w świat najwięcej chińskich emigrantów.

Dalej na zachód – jesteśmy już w okolicach podbrzusza i kupra naszego koguta – znajdują się prowincje Guizhou i Yunnan i, wcześniej, region autonomiczny Guangxi. Żyje tu najwięcej mniejszości etnicznych, a klimat zwrotnikowy w niektórych miejscach zbliża się nawet do tropikalnego (z żaru tropików słynie turystyczna Xishuangbanna). Góry wyrastające z wody niemal pionowo, jak maczugi, do dziś inspirują chińskich malarzy. Takimi widokami raczy turystów prowincja Guizhou – jeden z najbiedniejszych regionów Chin.

Z prowincji Yunnan skierujmy się na północ do ogromnej kotliny wielkości Polski – to Sichuan, prowincja ze wszystkich stron otoczona górami (góry stanowią połowę jej powierzchni), znana z pikantnej i aromatycznej kuchni oraz zamiłowania jej mieszkańców do czerpania radości z niespiesznego życia. Zanim wydzielono z niej osobny obszar administracyjny miasta Chongqing, była to najludniejsza prowincja Chin.

Ogromny koguci ogon tworzą prowincje: Tybet, Qinghai i Xinjiang, a koguci grzbiet to Mongolia Wewnętrzna. Ten kolosalny obszar cechuje jedno – brak wody. Tybet jest największą, najwyżej położoną wyżyną na świecie. Nie na darmo zwana Dachem Świata gości na swoim terenie prawie sześćdziesiąt procent jezior Chin, daje początek wielu rzekom, ale brak opadów i uboga gleba powodują, że wody jest mało i żyje się tu szczególnie ciężko. Tybet leży tak wysoko, że ma klimat subarktyczny ze średnią temperaturą poniżej 10°C, a dzienne temperatury poniżej -20°C nie robią na nikim specjalnego wrażenia. Warto też przypomnieć, że właśnie tu wznosi się wiele z najwyższych szczytów świata, w tym Mount Everest (Czomolungma), leżący na granicy Chin i Nepalu. Prowincje Qinghai i Xinjiang to obszary stepowe, półpustynne i pustynne. Nad tym wszystkim dominuje kolosalna pustynia Takla Makan, która ciągnie się od gór Kunlun na granicy z Tybetem po góry Tianshan pomiędzy prowincją Xinjiang a granicą Chin z Kirgistanem i Kazachstanem. Historycznie to wielki przedsionek Chin, tędy – wzdłuż północnego albo południowego krańca Takla Makan – prowadził Jedwabny Szlak. Tereny te bardziej przypominają sąsiadujące od zachodu kraje niż same Chiny: mieszkają tu przede wszystkim Ujgurzy i inne ludy wyznające islam, które kultywują własne tradycje, własny język i, cóż, nie wyglądają wcale jak Chińczycy!

Naszą podróż po chińskim kogucie zamkniemy na Mongolii Wewnętrznej, na jej nagich, wyżynnych stepach, górach i pustyni Ordos oraz kawałku Gobi – największej po Saharze pustyni świata. Na południu, pomiędzy Mongolią Wewnętrzną, regionem autonomicznym Ningxia oraz północnymi terenami prowincji Gansu, Shaanxi i Shanxi, na czterystu trzydziestu tysiącach kilometrów kwadratowych rozciąga się największe na świecie takie nagromadzenie lessu w jednym miejscu – Wyżyna Lessowa (chiń. „Wyżyna Żółtej Ziemi”!). Wżyna się w nią Żółta Rzeka, która wije się w spektakularnych głębokich kanionach.

Gdyby pokusić się o jakieś dotyczące Chin geograficzne uogólnienia, trzeba by powiedzieć, że to kraj przede wszystkim wyżynny i górzysty, o wielkiej rozpiętości klimatu, temperatur i opadów. Na zachodzie – pustynie i prawie niezamieszkane półpustynne i stepowe tereny, pośrodku lessy, na południu góry, podczas gdy cały wschód, a szczególnie wschodnie wybrzeże, to ciepła i mokra kraina, gdzie tętni życie gospodarcze i demograficzne. Z zachodu na wschód przecinają Chiny dwie wielkie rzeki (Jangcy i Rzeka Żółta), wzdłuż których wyrosły najważniejsze miasta. Morze otaczające Państwo Środka od wschodu na długości ponad czternastu tysięcy kilometrów daje mu nie tylko szlaki handlowe, ryby i owoce morza – obdarza też co najmniej połowę terytorium cechami klimatu monsunowego. Dlatego lato w Chinach Wschodnich to czas bardzo intensywnych deszczy, zdarzają się też niszczycielskie powodzie i tajfuny.

Warto pamiętać, że ten ogromny kraj ma wielu sąsiadów i nie zawsze łączą go z nimi bliskie i przyjacielskie stosunki. Idąc znów od koguciej głowy i posuwając się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, napotkamy pierwsze kłopotliwe sąsiedztwo: Koreę Północną. Ta nieszczelna granica to jedyny kontakt Korei Północnej ze światem i zarazem pępowina gospodarcza, bez której niewątpliwie nie udałoby się jej przetrwać. Tędy Koreańczycy z Północy szmuglują południowokoreańskie filmy i muzykę, tędy uciekają z kraju.

Zataczamy teraz spore półkole wzdłuż morskich granic Chin i już jesteśmy na samym południu, gdzie graniczą one z kolejnym sąsiadem. To Wietnam. W dawnych czasach podległy Chinom, potem należący do francuskich Indochin, jeszcze później skomunizowany przez Chiny mimo tragicznych w skutkach wysiłków amerykańskich, żeby ten proces zatrzymać, w końcu poszedł własną drogą. Dzisiejsze relacje chińsko-wietnamskie do najbliższych nie należą.

Dalej w kierunku zachodnim ciągnie się górzysta, pokryta niedostępnymi tropikalnymi lasami granica z Laosem (niewiele ponad czterysta kilometrów) i Mjanmą, do niedawna nazywaną Birmą (ponad dwa tysiące kilometrów). Niełatwo poddać ją kontroli, o czym świadczą grasujące tam bojówki maoistyczne i szlaki szmuglerów.

Tybet od południa graniczy z Indiami, Bhutanem i Nepalem. Granica biegnie wzdłuż najwyższych grani Himalajów, nie jest więc szczególnie dogodna komunikacyjnie, co nie przeszkodziło tysiącom Tybetańczyków wraz z Dalajlamą i jego rządem przedrzeć się właśnie tędy do Indii, gdzie schronili się po nieudanym powstaniu i całkowitym zajęciu Tybetu przez Chiny w 1959 roku. Obecnie w Indiach żyje około stu tysięcy Tybetańczyków, w zdecydowanej większości w McLeod Ganj, w Górnej Dharamshali. Granica chińsko-indyjska należy do najbardziej niespokojnych, gdyż obydwa kraje roszczą sobie prawa do wielu spornych terenów, przede wszystkim Arunachal Pradesh na wschodzie i Kaszmiru na zachodzie. W XX wieku nie obyło się bez poważnych granicznych konfliktów zbrojnych i wielu mniejszych incydentów. Relacje pomiędzy obiema potęgami demograficznymi Azji pozostają raczej napięte.

Prowincja Xinjiang (chiń. Nowe Pogranicze) sąsiaduje z Pakistanem, Kirgistanem i Kazachstanem, a są to tereny w dużej mierze pustynne. Od północy, na kogucim grzbiecie, Xinjiang i Mongolia Wewnętrzna graniczą z Mongolią na długości prawie czterech tysięcy siedmiuset kilometrów.

Ostatnim sąsiadem, od samej północy, jest Rosja. Przez tę granicę przeszło sporo chińskich rolników i osadników, którzy osiedli na wcześniej opustoszałych rosyjskich terenach przygranicznych, tworząc tam mniejszość chińską.

Skoro obeszliśmy Chiny już dwukrotnie, pora spojrzeć na ten kraj od wewnątrz i przyjrzeć się, w jakim środowisku wzrastała cywilizacja chińska. Natura nie jest tu zbyt łaskawa dla człowieka, a ten, przez wieki intensywnego rolnictwa, jedynie pogarszał dane mu warunki naturalne. Pierwotnie kraj w połowie pokrywały lasy, dziś zalesienie nie zbliża się nawet do dziesięciu procent jego powierzchni. Bezlitosna gospodarka człowieka na Wyżynie Lessowej spowodowała jej postępującą erozję. Brak lasów, zubożenie gleby (niemal chroniczny niedobór azotu i innych pierwiastków), niedobory wody – to wszystko powoduje, że ogromne obszary w prowincjach Shanxi czy Shaanxi zamieniły się w tereny niemal półpustynne. Prawie połowa Chin to gleby skaliste, które pokrywają niemal całkowicie takie prowincje jak Tybet, Qinghai czy Sichuan. Z kolei południe Chin w dolnym biegu Jangcy ma gleby kwaśne, również niesprzyjające rolnictwu. Ludność radziła sobie z tymi wyzwaniami dzięki uporowi i pracowitości: błotniste pola ryżowe to nie naturalne bagna, lecz gleba trwale zmieniona przez dziesiątki lat pracy chłopów budujących skomplikowane systemy irygacyjne, stojących przez całe życie po łydki w wodzie, poganiających powolne woły do niekończącej się pracy. Oto anonimowi bohaterowie kultury chińskiej, to ich powinna była wykorzystać machina propagandy rewolucyjnej w latach pięćdziesiątych XX wieku zamiast robotników, bo tych było w Chinach niewielu i ich etos tworzono sztucznie. To niestrudzony, uparty chłop powinien być symbolem chińskiego narodu. Chłop w strugach deszczu kopiący błotniste kanały, chłop naciskający na przemian prawą i lewą nogą łopatkowe pompy od wieków nawadniające wysuszone pola, chłop trzymający się kruchej egzystencji tam, gdzie żyją tylko węże i skorpiony.

Najbardziej spektakularnie wyglądają pola tarasowe, dzięki którym lepiej można utrzymać w glebie wodę oraz zatrzymać erozję. Krajobraz takich pól, czy to ryżowych, czy herbacianych, robi niesamowite wprost wrażenie – trudno uwierzyć, że zamiast zmienić miejsce zamieszkania w poszukiwaniu lepszych terenów rolnych, całe pokolenia miały tyle odwagi, żeby trzymać się swojej roli i powoli zmieniać setki kilometrów kwadratowych górzystego terenu w niekończące się tarasy. Łatwiej zrozumieć tę prawdę, gdy sięgnie się po bardzo znaną filozoficzną przypowiastkę Głupi starzec przenosi góry, spisaną około tysiąca pięciuset lat temu i do dziś przytaczaną. Tytułowy bohater, gdy był już bardzo stary, podjął decyzję, że razem z całą rodziną, kamień po kamieniu przeniesie w inne miejsce góry tarasujące drogę od południa. Kiedy ludzie zaczęli mu perswadować, że przecież nie zdąży w ciągu niewielu lat, które mu zostały, przenieść nawet kawałka tych gór, odparł: „Choć ja zbliżam się do śmierci, zostawię po sobie synów i wnuków. Wnukowie będą mieli synów, a ich synowie wnuków. Z syna na syna, z wnuka na wnuka – to niewyczerpana skarbnica. Góry zaś już nie urosną. Jak tu się troskać, że ich nie zrównamy?”.

W przypowiastce bóstwa litują się nad upartym starcem oraz jego rodziną i same przenoszą obydwie góry w odpowiednie miejsce. Sądzę, że w rzeczywistości starzec i tak dopiąłby swego: pokolenia po nim pracowałyby wytrwale głaz po głazie, kosz ziemi po koszu ziemi, aż góry zmieniłyby swoje położenie, nawet gdyby miało to trwać setki lat. Pola tarasowe, Wielki Mur, Wielki Kanał i inne niezwykłe chińskie dokonania inżynieryjne – w skali wysiłków prywatnych i tych ogólnonarodowych – pokazują, że Chińczycy dokonali już tego wielokrotnie.

Gleba nie jest jedynym wrogiem chińskiego chłopa. Staje się on aż nazbyt często ofiarą klęsk naturalnych: trzęsień ziemi, powodzi, suszy. Wydaje się, że w Chinach wody nigdy nie jest w sam raz. Albo jest jej zdecydowanie za dużo, albo nie ma jej w ogóle. Region Jiangnan (w południowej części dolnego biegu Jangcy) zdaje się bezustannie tonąć w deszczu. Średnie opady roczne kształtują się tam na poziomie tysiąca pięciuset milimetrów. Woda jest wszędzie: w niezliczonych jeziorach, kanałach, zbiornikach, kapie z dachu, chlupie w butach, stoi w kałużach. Za to północ, a szczególnie północny zachód to wieczna pustynia, z opadami poniżej dwustu milimetrów w skali roku, czyli prawie trzy razy mniej niż w Polsce.

Ciekawym przykładem jest sam Pekin. Przez miasto nie przepływa żadna rzeka, wytchnienia dostarczają tylko sztuczne zbiorniki wodne budowane mrówczą pracą przez pokolenia: parki Beihai, Houhai, Yiheyuan, Yuanmingyuan, w których dominują rozległe stawy niczym niekończące się płaskie kałuże. Są to stworzone ludzkim wysiłkiem zbiorniki dostarczające miastu tego, bez czego nie poradzi sobie żadna, najwspanialsza choćby metropolia. Poza tymi plamami błękitu na mapie miasta znajdziemy tylko kilka mizernych kanałów otoczonych zewsząd betonem. Innej wody ani śladu. W ostatnich latach władze Pekinu wydały ogromne sumy na zieleń miejską, która pomaga ocieplić wygląd stolicy. Zamiast dominującego betonu i szkła widać coraz więcej pięknie utrzymanych pasów zieleni oddzielających ciągi komunikacyjne, wymyślnych kompozycji roślinnych zdobiących trawniki i wejścia do wielkich biurowców czy zielonych miniogrodów otaczających drogie apartamentowce. Pekin pięknieje w tempie imponującym, choć nie jest łatwo uczynić pięknym miasto o ulicach tak szerokich, że trzeba przez nie przechodzić dobre parę minut, i budynkach tak olbrzymich, że ich fasady, niczym burty oceanicznych wycieczkowców, zdają się nigdy nie kończyć – ani wzwyż, ani wszerz. Przyzwyczajeni do europejskiej architektury czujemy się tu jak w jakiejś krainie gigantów, którzy bardzo się starali, żebyśmy w pełni odczuli nikczemność naszej postury. Niczym stado mrówek drepczemy wzdłuż niekończących się ścian, wspinamy się po schodach, przechodzimy przez rozległe place.

Ale to już nie tylko dominujący ton samego Pekinu. W dawnych Chinach różne miasta tworzyły swoje własne, lokalne światy – teraz są do siebie łudząco podobne. Koloryt lokalny ustąpił pędowi ku nowoczesności, rozumianej nie zawsze szczęśliwie. Stare dzielnice tradycyjnej architektury wyburzono, a to, co od lat osiemdziesiątych XX wieku nieprzerwanie powstaje i przeobraża się, jest architekturą zimną, odczłowieczoną, porażającą swoją skalą i przytłaczającą ogromem. Dzisiejsze chińskie miasta to przede wszystkim rzędy dwudziestokilkupiętrowych zespołów bloków, ustawionych równo wzdłuż szerokich, pustych ulic. To warszawski Ursynów lat osiemdziesiątych z hulającym pomiędzy ścianami bloków wiatrem, tylko że wszystko jest kilkakrotnie większe, i ulice, i bloki. Tak jak w Polsce stawiano mrówkowce o pięciu, sześciu klatkach schodowych i kilkunastu piętrach, tak w Chinach stawia się na wspólnej podstawie wielkości dużego polskiego centrum handlowego zespoły czterech czy sześciu wieżowców, w których mieszka wiele tysięcy lokatorów. Już jedna taka struktura z powodzeniem mogłaby odgrywać rolę miasta. Z daleka przypominają one jakieś futurystyczne, przeraźliwe i niedostępne fortece. Ktoś, kto zna chińskie miasta, Łowcę androidów, klasykę science fiction, będzie oglądał z ironicznym uśmieszkiem, tak jak himalaista mógłby patrzyć na wycieczkę na Giewont. Kiedy miasto spowija pomarańczowy smog, w policzki kłują drobinki piasku, podstawy gigantycznych budowli ledwie majaczą w niezwykłej rakotwórczej poświacie, a wszędzie na wielopoziomowych estakadach i węzłach autostrad stoją w korkach setki samochodów, wtedy zbłąkany europejski podróżnik może dopiero odczuć, czym jest miasto w dzisiejszej Azji. Jest to miejsce przytłaczające i przeraźliwe, atakujące wielkością, masą i wrażeniem. Wydaje się, że z tego labiryntu nie sposób wydostać się i żyć.

Żółta ziemia została zabetonowana, przegrodzona, ujarzmiona, przykryta, jej śmieszne reminiscencje uklepano na gliniastych trawnikach, pod którymi beton, wokół których beton. Jedynym przypomnieniem, że zamieszkujący wielkie miasta lud z tej żółtej ziemi się wywodzi, są chłopi z tobołami przyjeżdżający z prowincji w poszukiwaniu pracy. Ich twarze i ubrania w kolorze lessu, ich genetycznie wysuszona skóra to jedyne świadectwo, że reprezentują plemię, które ta żółta ziemia karmiła od tysięcy lat surowo i oszczędnie.

Gdy mieszkałem w Pekinie (2007), a miasto opanowane było gorączką przygotowań do olimpiady (lato 2008), tłumy takich przybyszów z prowincji przemieszczały się z budowy na budowę. W porze lunchu poszarzali, pomarszczeni ludzie o ogorzałych twarzach szli z blaszanymi miskami po przydział robotniczej strawy. Kucali w cieniu, jedli szybko, palili papierosy, tanie i smakujące jak najgorsze świństwo, potem w grupkach po dziesięciu, dwudziestu wracali z kilofami, łopatami na niezliczone place budowy emitujące tony lessowego pyłu, który pokrywał ulice, ludzi, samochody, budynki. To był czas, gdy ci biedni, pracujący za grosze ludzie wznosili śmiałe dzieła największych światowych architektów. Nie lśniącymi, zagranicznymi maszynami, nie odblaskowymi szalunkami, ale dłońmi, kilofami, szpadlami. Budynki oblepione robotnikami jak makiem rosły z dnia na dzień, wszystko zmieniało się w okamgnieniu, z biedy i pyłu powstawały nowe dzielnice, szklane biurowce, centra handlowe. Buldożery zmiatały całe ciągi kulawych budynków, całe osiedla jednopiętrowych ruder. Na ich miejscu rosło nowe miasto. Bez wyrazu, bez charakteru. Wielkie, nowoczesne, bezlitosne.

Później, tuż przed olimpiadą, robotników wypędzono, budowy zamknięto, fabryki zastygły, kominy przestały dymić. Miało być czysto, żadnego błota, żadnego pyłu, żadnych tabunów biedoty z prowincji. Usunięto nawet żebraków, którzy przedtem tłumnie zalegali w przejściach podziemnych i wieczorami atakowali zagranicznych przechodniów, czepiając się ubrań i prosząc o pieniądze. To wszystko zniknęło. Pekin niemalże z dnia na dzień, a raczej z nocy na noc miał stać się pięknym współczesnym miastem. Nad nim miało świecić pogodne słońce i rozciągać się przejrzyste, błękitne niebo. Choć Komunistyczna Partia Chin jeszcze nie w pełni kontroluje pogodę, cudu dokonano i nad stolicą Państwa Środka zrobiło się jasno i pogodnie. Już mnie wtedy w Pekinie nie było, przyglądałem się wszystkiemu z Polski i czułem, że rok 2008 był dla Chińczyków początkiem nowej ery. Ery, w której lud żółtej ziemi, odrodzony i silny, miał pożegnać się ostatecznie z historią biedy i poniżenia i zająć należne mu miejsce wśród narodów świata. Tak przynajmniej głosiła lokalna propaganda.

Chińczyków, podobnie, jak to się dzieje w innych częściach świata, definiuje teren, na którym mieszkają. Mówimy o narodach morskich, o góralach, ludziach nizin, myśliwych, pasterzach, rolnikach czy nawet piratach. Budujemy stereotypy opierające się na tym, jak wyobrażamy sobie typowych przedstawicieli danej nacji, pamiętając o terenach, które ta nacja zamieszkuje. Problem w tym, że Chiny są zbyt wielkie i różnorodne, by można było w kilku zdaniach podsumować to, jak warunki geograficzne uformowały chińskiego człowieka. Czy jest w ogóle jeden typ Chińczyka? Pytanie zakrawa na prowokację polityczną, ale jest prawdziwe. Czy Chiny to wielka Równina Centralna? A może kraina jezior i kanałów w prowincji Zhejiang? Czy Chiny to mroźne zimy trzech prowincji północno-wschodnich, przypominające Syberię lub Polskę? Czy może gorący i wilgotny klimat południa – od prowincji Fujian i Tajwanu po Guangdong? Czy Chinami są kamienno-trawiaste wyżyny Tybetu, pustynie Xinjiangu i półpustynne tereny prowincji Qinghai? – pytanie również nieco polityczne. A więc jaki jest ten Chińczyk? Czy jest rolnikiem brodzącym w żółtym błocie ryżowych pól, czy rybakiem w przemoczonym kaftanie gdzieś w krainie jezior? A może pasterzem na stepie czy zbieraczem jagód i korzeni w górskim lesie? Niskim i ogorzałym jak Wietnamczyk czy wysokim i bladym niczym Mongoł lub Koreańczyk? Ma okrągłe, szerokie oczy jak ludy południa czy wąskie, skryte pod grubymi powiekami jak ludy północy? Ma duszę rolnika, pasterza, a może rybaka?

Jeśli uprzemy się i zechcemy stworzyć jeden obraz typowego Chińczyka, pewnie będzie to rolnik walczący z ziemią jałową, ziemią suchą i zalewaną przez wody, ziemią płaską i ziemią górzystą, kamienistą… Jednym słowem, próbujący utrzymać się z ziemi, jakakolwiek i gdziekolwiek by ona była. Rolniczy tryb życia przez tysiące lat definiował zdecydowaną większość społeczeństwa chińskiego i dlatego mówimy, że jest to społeczeństwo agrarne. Ale także wiele chińskich miast może poszczycić się ponadtysiącletnią, imponującą historią. Dzisiejszy Xi’an, gdy nosił nazwę Chang’an i był stolicą w epoce Tang (VII–X wiek n.e.), był też największym miastem na świecie o populacji około dwóch milionów ludzi, czyli tyle, ile dziś ma Warszawa, i to wszystko bez bloków, jedynie z zabudową parterową. Mieszczaństwo stanowiło bardzo ważną grupę społeczną – pokaźną, wnoszącą ogromny wkład cywilizacyjny. Miasta dawnych Chin zachwycały bogactwem kultury mieszczańskiej (dzielnice rozrywki, teatry), dynamiką sektora rzemieślniczego (to mamy do dziś) i poziomem rozwoju sektora usług, w tym na przykład usług bankowych (Chińczykom zawdzięczamy wiele z podstawowych narzędzi dzisiejszej bankowości, od papierowych pieniędzy i weksli po sieci banków z oddziałami w różnych miastach). Błędem byłoby więc uznanie, że skoro większość społeczeństwa mieszkała na wsi i uprawiała ziemię, to właśnie chłopstwo wyczerpuje definicję chińskiej tożsamości. Zresztą nawet liczebnie ono już nie przeważa. W ostatnich trzydziestu latach gwałtowny rozwój miast, ogromne migracje do rosnących metropolii oraz kształcenie i bogacenie się społeczeństwa spowodowały złamanie odwiecznej tradycji: w 2012 roku statystycy z dumą ogłosili, że ludność miejska przewyższyła liczebnie ludność wiejską, czyli, w bardziej naukowych słowach, współczynnik urbanizacji społeczeństwa chińskiego przekroczył pięćdziesiąt procent. Dla porównania podam, że w Polsce w 2009 roku według danych GUS wynosił on sześćdziesiąt jeden procent.

Tak więc Chińczyków równie dobrze uważać można za naród chłopów czy naród mieszczan, ale trudno ich nazwać narodem morskim. Może się to wydawać dziwne, jeśli się pamięta o długości i zróżnicowaniu chińskiego wybrzeża oraz tysiącach wysp, które do ChRL należą lub o których przynależność toczą się boje. Mieszkańcy północnych Chin właściwie nie wykształcili kultury morskiej – brak historycznie ważnych portów, społeczności skierowanych ku morzu, obecności morza w literaturze i sztuce. Żadna z historycznych stolic nie była portem morskim, wszystkie leżały w głębi lądu. Chińskie tereny przybrzeżne przez całe wieki łupili piraci japońscy, a Cesarstwu Chińskiemu, mimo jego cywilizacyjnej przewagi i militarnej potęgi, ani razu nie udało się przeprowadzić udanego desantu na Wyspy Japońskie, o zwycięskiej kampanii wojskowej już nie mówiąc. Japońscy wikingowie pozostali niepokonani. Poza jednym wyjątkiem wielkiego żeglarza Zheng He (1371–1433), z pochodzenia zresztą Persa i muzułmanina, Chińczycy nie zapuszczali się w morze dalej, niż było to absolutnie konieczne, a chińscy cesarze nie uznawali pomysłu podboju zamorskich krain za nic, co godne byłoby ich uwagi (i pieniędzy). Cesarstwo było wobec morza obojętne, nie posiadało właściwie floty z prawdziwego zdarzenia, co okazało się zgubne w XIX wieku, kiedy podczas niesławnych wojen opiumowych kanonierki brytyjskie siały w portach Państwa Środka spustoszenie jeszcze gorsze niż brytyjska piechota w szeregach źle opłacanej i żałośnie uzbrojonej armii cesarskiej.

Tylko południowe Chiny skierowane były ku morzu. Dżonki prywatnych kupców chińskich wypływające z takich portów jak Fuzhou, Xiamen czy Kanton przemierzały Azję Południowo-Wschodnią wzdłuż i wszerz, dzięki czemu Chińczycy zdominowali handel w regionie i zasiedlili liczne kolonie w Indonezji czy Malezji (szczególnie dzisiejszy Singapur). Mniejszość chińska na tych terenach trzymała w garści (i do dziś trzyma) większość handlu, przemysłu i banków, przez co zresztą nie zawsze cieszyła się przychylnością społeczności lokalnych. Historia pogromów mniejszości chińskich w Azji Południowo-Wschodniej jest długa i krwawa.

Chińczycy, choć nie mieli ciekawości odkrywania i zdobywania nowych lądów, mieli odwagę odrywania się od swojej żółtej ziemi i kolonizowania innych krain. Wędrowali daleko. Kolonizacja Azji Południowo-Wschodniej drogą morską to zaledwie wycinek. Zapuszczali się do Tajlandii (zresztą Tajowie również zasiedlali południowe Chiny, a jedna z teorii powiada, że nawet stamtąd się wywodzą), Kambodży i Laosu, Mjanmy (Birmy). Na północy wylali się przez nieistniejącą dziś na mapach Mandżurię aż do rosyjskiej Syberii, gdzie dziś uprawiają większość ziemi, kontrolują handel drzewem i zasobami naturalnymi w wielu syberyjskich miastach. Nie wiadomo, na ile prezydent Putin, zagarniający Krym i walczący zaciekle na Ukrainie, interesuje się losem swoich wschodnich ziem, które właśnie traci, powoli i w mało spektakularny, ale jakże skuteczny sposób.

Wszechobecność imigrantów z Chin w Ameryce Północnej i Europie bierze się z tego samego ducha cierpliwej drogi za chlebem (chciałoby się raczej powiedzieć: za miską zupy z kluskami i za pierogami z mięsem) milionów chińskich emigrantów oraz z historii gorzkiej biedy w Chinach przełomu wieków. Gdy dokładniej wejrzymy w głąb historii, pokaże nam się owo straszniejsze oblicze wczesnej emigracji chińskiej. Do lat czterdziestych XIX wieku, jeśli nie liczyć odwiecznych szlaków kupców penetrujących Azję Południowo-Wschodnią, Chińczycy nie emigrowali masowo za granicę. Wszystko się zmieniło, gdy w roku 1842 po przegranej wojnie opiumowej z Wielką Brytanią cesarstwo zmuszone było podpisać traktat nankiński. Imperium wymusiło na Chinach otwarcie, poza Kantonem, czterech dodatkowych tak zwanych portów traktatowych (Xiamen, Fuzhou, Ningbo i Szanghaj) oraz wymogło zgodę na nieograniczony handel w tych portach pomiędzy Brytyjczykami a kupcami chińskimi (wcześniej, w Kantonie, handel był możliwy tylko za pośrednictwem kohongów, czyli trzynastu gildii kupieckich). Brytyjczycy szybko zdali sobie sprawę, że skala biedy chińskiego chłopstwa daje im możliwość pozyskania taniej siły roboczej do swoich kolonii. Powstał potężny handel ludnością wiejską, głównie z południa Chin, zupełnie nieświadomą czekającego ją losu. Tysiące mężczyzn zostało zwerbowanych przez chińskich naganiaczy obietnicami góry pieniędzy za kilkuletnie kontrakty za granicą. Jeszcze więcej było po prostu porywanych i ładowanych na statki dokładnie tak jak wcześniej niewolnicy z Afryki, których mieli zresztą zastąpić.

Pierwsze transporty kierowały się od 1847 roku do Peru (kopalnie srebra) i na Kubę (plantacje trzciny cukrowej) oraz do kolonii brytyjskich i holenderskich. Umieralność podczas transportu sięgała od kilkunastu do trzydziestu procent. Ci, którzy przeżyli, zmuszani byli do niewolniczej pracy. Wielu nie wytrzymywało dłużej niż kilka miesięcy. Nieliczni z żywych mogli po paru latach wrócić do Chin, inni zostawali w krajach, do których ich wywieziono, najczęściej dlatego, że założyli tam rodziny. Chińskich niewolników, których podobnie jak niewolników indyjskich zaczęto nazywać kulisami (ang. coolie), transportowano przede wszystkim z portów Fuzhou, Kantonu i Makau. Byli to przeważnie mieszkańcy dzisiejszych prowincji Guangdong i Fujian.

W 1865 roku po robotników z Chin wyciągnęły ręce Stany Zjednoczone. Potrzebowały ich do budowy kolei transkontynentalnej. Emigracje do Stanów były już dobrowolne, ale zachowało się niemało historii o przebiegłości naganiaczy i łatwowierności biednych chłopów, którzy godzili się na ciężką podróż i jeszcze cięższą pracę przy budowie kolei z próżną nadzieją, że pomogą w ten sposób swoim rodzinom w kraju. Robotnicy chińscy byli w Ameryce wyzyskiwani nie mniej niż w innych krajach, pracować mogli tylko mężczyźni, a po zakończeniu kontraktu robiono wszystko, by nie mogli się osiedlić w Stanach i musieli wrócić. Poza koleją zatrudniali się jeszcze przy wielu innych projektach inżynieryjnych, nie zabrakło ich też wśród poszukiwaczy złotego kruszcu, kiedy w 1848 roku wybuchła gorączka złota w Kalifornii. Dlatego też osiedlali się prawie wyłącznie tam, w San Francisco, Sacramento, Oakland czy San Diego. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku w USA zaczęły narastać nastroje antychińskie, co doprowadziło w końcu w latach osiemdziesiątych i później do całkowitego zakazu imigracji chińskiej. W konsekwencji rozwinął się nielegalny przemyt ludzi, a społeczność chińska, zdana wyłącznie na siebie, zamknęła się w gettach – dziś to Chinatowns, jak są barwnie nazywane.

Najgorszy okres eksploatacji chińskiej siły roboczej zakończył się w 1875 roku dzięki presji politycznej i społecznej wywieranej na pośredników, firmy i rządy kolonialne w Europie i Ameryce. Do tego czasu przez niecałe trzydzieści lat Chiny opuściło około pięciuset tysięcy robotników. Możemy zadać sobie pytanie: dlaczego ten niezwykły dramat trwał tak długo, czy Chińczycy nie wiedzieli, co ich czeka za morzem? Czy rząd cesarski nie był w stanie ich obronić? Za granicę wywożeni byli przede wszystkim niewykształceni chłopi. Ściągano ich z najbiedniejszych wsi, dokąd nie docierały informacje o tym, jak naprawdę wygląda praca w koloniach europejskich czy w Ameryce. Ulegali łatwowiernie agitacji naganiaczy, którzy krzyczeli na ulicach o lekkiej pracy i szybkich pieniądzach. Dla kogoś, kto przymiera głodem i ma na głowie całą rodzinę, była to czasami jedyna szansa na odmianę losu, nawet jeśli wiązała się z ryzykiem i niewiadomą. Rząd qingowski w ostatnich dziesięcioleciach cesarstwa całkowicie pochłonięty, niestety, własnymi problemami, pozwolił nie tylko na niewolniczą pracę tysięcy Chińczyków za granicą, ale i na niekontrolowany napływ w tym samym czasie brytyjskiego opium z Indii, co doprowadziło do szerzenia się w całym kraju narkomanii na niespotykaną dotąd skalę. Brytyjczycy w ten cyniczny sposób wyrównywali swój bilans handlowy z Chinami, a rząd cesarski martwił się tylko o pusty skarbiec, tracąc z oczu postępujące zubożenie i dewastację społeczeństwa. Koniec XIX wieku był w Chinach smutnym i trudnym czasem, nic więc dziwnego, że kiedy pod koniec 1911 roku cesarstwo obalono, nie znalazło się wielu jego obrońców. Handel kulisami i handel opium to jeden z najbardziej wstydliwych i tragicznych rozdziałów europejsko-chińskiej historii, a wciąż się o nim szerzej nie mówi.

Migracje dobrowolne, zarówno mężczyzn, jak i całych rodzin, trwały też na przełomie wieków i na początku wieku XX, choć ich intensywność bardzo się przez lata wahała w zależności od sytuacji w samych Chinach oraz od uwarunkowań lokalnych. Stany Zjednoczone wycofały się z bezwzględnej antychińskiej polityki imigracyjnej dopiero pod koniec 1943 roku, kiedy Chińczycy uznani zostali za sojuszników Ameryki w drugiej wojnie światowej. Nowi imigranci z Chin znowu pojawili się najpierw w Kalifornii, później na Wschodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku. Dziś największe Chinatown znajdziemy właśnie w Nowym Jorku oraz w San Francisco i są to miejsca egzotyczne i ciekawe. Nie zawsze porozumiemy się w nich w chińskim języku ogólnonarodowym, gdyż wielu emigrantów zamieszkało tu, zanim ten język powstał i się upowszechnił. W większości zresztą pochodzą oni z chłopskich, słabo wykształconych rodzin i porozumiewają się tylko w swoich dialektach: najczęściej kantońskim, minnan (emigranci z Fujianu) i języku mniejszości etnicznej Hakka. Choć do końca XIX wieku już było ich tu niemal trzysta tysięcy, najwięcej przybyszów zaczęło napływać z Państwa Środka stosunkowo niedawno: poczynając od lat osiemdziesiątych XX wieku, do dziś. Ci ludzie, w przeciwieństwie do starszej emigracji, wszyscy mówią w języku ogólnonarodowym. Tylko w ciągu ostatnich czterdziestu lat w Stanach osiedliło się siedemset tysięcy Chińczyków, przez co cała społeczność liczy już ponad dwa miliony.

Do Europy Chińczycy napływali przede wszystkim w XX wieku, szczególnie po roku 1911, kiedy nowo powstała Republika Chińska zezwoliła na emigrację setkom tysięcy obywateli. Później, w trakcie wojny domowej w latach 1945–1949 oraz po powstaniu ChRL (1949), do różnych państw europejskich, ale przede wszystkim do Francji i Wielkiej Brytanii, wyjechało wielu Chińczyków zamieszkujących Azję Południowo-Wschodnią. Po roku 1949 wyjazdy z samych Chin stały się niemożliwe.

Największa emigracja chińska, zapoczątkowana w 1978, kiedy Komunistyczna Partia Chin (KPCh) dopuściła taką możliwość, rozwinęła się zwłaszcza po zliberalizowaniu (1985) przepisów wyjazdowych i nadal trwa. Najpopularniejsze kierunki obejmują, poza Stanami Zjednoczonymi, następujące kraje: Kanadę, Koreę Południową, Japonię, Australię i Singapur. Całą chińską diasporę na świecie szacuje się na około trzydzieści pięć milionów osób (dane z 2012 roku), ale jest to tylko przybliżona liczba. Nie brakuje śmielszych szacunków – nawet do pięćdziesięciu milionów, jeśli wliczy się wszystkich „etnicznych Chińczyków” poza granicami kraju. Różnice wynikają nie tylko z tego, że wielu imigrantów chińskich w trzecim lub nawet czwartym pokoleniu może, ale nie musi nadal czuć się Chińczykami, a ich deklaracje są bardzo subiektywne i często zależą nawet od sposobu sformułowania pytania o chińską tożsamość. W różnych krajach przebywa też pewna liczba imigrantów nielegalnych, którą trudno ująć w statystykach.

Do Polski docierało niewielu Chińczyków. Pojedynczy byli u nas jeszcze przed wojną (między innymi grupa kilkunastu rodzin szewskich mieszkających w Warszawie i Łodzi), właściwie jednak do lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia nie istniała żadna mniejszość chińska o zauważalnej statystycznie wielkości. Jeszcze dziesięć lat temu ta społeczność w naszym kraju liczyła zaledwie około tysiąca osób, czyli tyle co nic. Dziś jest to około pięciu tysięcy, też w skali europejskiej niewiele, ale widać zauważalny wzrost, i to w ciągu ostatnich kilku lat. Tak czy inaczej, w porównaniu z innymi krajami Europy, nawet Czechami i Węgrami, Chińczyków jest w Polsce bardzo niewielu.

Wróćmy jednak do tych mieszkańców Państwa Środka, którzy nadal przebywają w swoim kraju. Nie tworzą oni jednolitej grupy, gdyż za bardzo zróżnicowane są same Chiny: geograficznie, demograficznie i społecznie. A zatem czy w ogóle możemy powiedzieć coś ogólnego, a przy tym prawdziwego o naszym „wyimaginowanym, typowym Chińczyku”? Czy w ogóle można mówić o chińskości jako wyraźnej, dającej się opisać cesze? Jest może coś takiego jak „typowa chińska mentalność”? Tylko szaleniec mógłby się podjąć zadania opisania chińskości Chińczyków i na pewno poniósłby klęskę. Dlatego przypomnę jedynie dwa elementy, które być może łączą się jakoś z geograficzną i historyczną tożsamością mieszkańców tego kraju.

Pierwszy to przestrzeń. Zabrzmi to jak straszny truizm, ale Chiny naprawdę są ogromne. To wpływa na postrzeganie samych siebie. Chińczycy są świadomi tej skali. Są świadomi potęgi chińskich liczb. Kilkunastomilionowe miasta, populacja oficjalnie licząca miliard trzysta milionów mieszkańców ChRL (a zatem bez Tajwanu), nieoficjalnie oscylująca prawdopodobnie gdzieś w okolicach miliarda siedmiuset milionów. Ale przede wszystkim wielkość kraju: ponad dziewięć milionów sześćset tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni (trzydzieści razy tyle co Polska), pięć tysięcy pięćset kilometrów na linii północ – południe, pięć tysięcy dwieście na linii wschód – zachód. Chiny to potęga, trzeci największy kraj na ziemi. I Chińczycy noszą w sobie tę wiedzę o wielkości swojego kraju, dumę i przekonanie, że Chin nikt nie pokona, że są za duże na klękanie przed kimkolwiek, że nikt nie może sobie pozwolić na brak szacunku dla tego kolosa.

Jakiś rok temu siedziałem pewnego wieczoru w jednej z pekińskich restauracji z Gavinem, inteligentnym i oczytanym chińskim nacjonalistą. Po kolacji zaczęliśmy dyskutować o polityce. To w Chinach bardzo ważny temat, o tym chętnie się rozmawia, szczególnie z obcokrajowcem. Gavin wie, co pisze się o Chinach za granicą, i lubi mnie pytać, co o tym wszystkim myślę. Mówię zawsze szczerze, choć staram się nie poruszać tematów najbardziej drażliwych. Tego wieczoru rozmawialiśmy o Rosji i Stanach, o tym, jak blisko Chiny są związane ze Stanami ekonomicznie, mimo nie zawsze dobrego klimatu politycznego w stosunkach między tymi krajami. Stany mają w Chinach fatalną prasę, szczególnie od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Gavin z satysfakcją opowiadał mi, że Stany są zadłużone po uszy u chińskich wierzycieli, że gdyby tylko rząd chiński zechciał przewalutować swoje rezerwy z dolarów na euro, Stany natychmiast by zbankrutowały. Przekomarzałem się z nim, że Chiny też zbankrutowałyby natychmiast, gdyby amerykańska gospodarka runęła, za bardzo są ze Stanami powiązane. Fakty są te same, ale interpretacje różne. Gavin zaśmiał się i powiedział coś, co mnie zaskoczyło: „Marcin, my się tak naprawdę zawsze dogadamy ze Stanami, zawsze dogadamy się z Rosją. A wiesz dlaczego? Bo jesteśmy graczami w tej samej lidze. Nie mamy o czym rozmawiać z małymi krajami. Małe kraje mają ciasną perspektywę. Wybiegają myślami wprzód tylko na tyle, na ile starczy im terytorium. Im mniejszy kraj, tym jego politycy bardziej pamiętliwi, bardziej małostkowi, bardziej ograniczeni. My, Chińczycy, tacy nie jesteśmy. Nie pamiętamy drobnych krzywd, machamy ręką na nieistotne szczegóły. Jesteśmy wielcy i myślimy tylko w wielkich kategoriach, szkoda nam czasu na duperele. Dlatego mówię ci, ze Stanami zawsze się dogadamy, bo oni są tacy sami. I Rosja jest taka sama, z nimi też się zawsze dogadamy”.

Te słowa wryły mi się w pamięć. Nie widzę dużego podobieństwa pomiędzy Amerykanami a Chińczykami. Może jakieś jest, Amerykanów znam głównie z filmów, a to chyba nie jest dobre źródło wiedzy. Ale jako Polak znam trochę mentalność rosyjską. Z biegiem lat widzę coraz więcej podobieństw w myśleniu Rosjan i Chińczyków. Podobną dumę narodową, podobny rodzaj patriotyzmu i nacjonalizmu, podobny wielkorówninny gest, wspaniałomyślność giganta. „Rosja wszystko przetrzyma i Chiny też wszystko przetrzymają. Nikt nie złamie rosyjskiego ducha. I chińskiego ducha też nikt nie złamie”. Takie wypowiedzi usłyszymy od Moskwy do Pekinu, od Kaliningradu do Harbinu, od Wołgogradu po wyspę Hainan.

Chińska wiara w siłę przetrwania własnej nacji to wynik geografii i historii. Wiele razy słyszałem to samo zdanie: „My, Chińczycy, jesteśmy narodem, który potrafi wiele znieść”. Określenie „wiele znieść” wyrażane jest zawsze przez frazę hen hui chiku (很会吃苦), czyli dosłownie „świetnie umiemy jeść gorzkie”. Gorzka jest ziemia, ale gorzcy są i władcy, i ich polityka. Przez wieki chiński chłop musiał nie tylko walczyć z przyrodą, ale i uginać kark przed władcą, a przede wszystkim przed skorumpowanym i bezlitosnym lokalnym urzędnikiem cesarskim. I dziś zdecydowanej większości mieszkańców Chin nie żyje się łatwo. Współczynnik Giniego (wskaźnik stopnia rozwarstwienia społecznego) dla kraju to oficjalnie około czterech dziesiątych, najwyższy wynik, ponad pięć dziesiątych, Chiny osiągnęły w 2008 roku, teraz władze w Pekinie robią wszystko, żeby wartości stopniowo się zmniejszały, bo to grozi wybuchem społecznym. Jak to wygląda? Najbogatsi – jeden procent społeczeństwa – kontrolują co najmniej dwie trzecie bogactwa, pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć procent dzieli się resztą, i to nierówno. Podobny wskaźnik odnotowuje się w Nigerii, Turcji, Indonezji, Meksyku, ale i w Stanach Zjednoczonych. Do rozwarstwienia dodajmy wszechobecną korupcję, brak powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych, odpłatną edukację. I cały stres życia w niezwykle konkurencyjnym społeczeństwie „na dorobku”. Mimo to niewielu znajdziemy w Chinach buntowników chcących obalać system. Bunty i protesty mają charakter bezpośredni i lokalny. Można się buntować przeciwko fabryce, lokalnemu urzędowi, nowym przepisom. Ale nie przeciwko całemu systemowi. Trudno takie podejście zrozumieć Polakowi, który asystemowość ma we krwi i który nie ufa nikomu, a szczególnie wybranym przez samego siebie politykom. Być może chińską cierpliwość lepiej zrozumie właśnie Rosjanin, bo i on może narzekać na ciężkie życie, ale swojego prezydenta niezmiennie popiera.

Chińczycy narzekają bardzo rzadko. Pod tym względem są jednym z najbardziej optymistycznie nastawionych narodów. Gdy dzieje się naprawdę źle, nasz typowy Chińczyk westchnie tylko głęboko i powie: „Musimy przetrzymać, będzie lepiej”. To mentalność chłopa – powódź właśnie zalała mu pole, stoi po pas w wodzie i zamiast płakać, już myśli o tym, jak zbudować mocniejszy i większy wał. Jest w takim myśleniu wielka siła, której nam w Polsce może brakować. Ale jest też pole do wykorzystania przez włodarzy. Bo skoro ludność wszystko wytrzyma, można posunąć się dalej, jeszcze bardziej przycisnąć.

Ten duch cierpliwej pracy, ukształtowany być może przez trudy życia na żółtej ziemi, zrobił z Chińczyków nie tylko karnych robotników w dziewiętnastowiecznej Ameryce, ale i świetnych kupców, którzy potrafili każdy interes zmienić w żyłę złota. Dawniej dominowali w Azji Południowo-Wschodniej, dziś dominują w Afryce i Ameryce Południowej. Pamiętam, co pewien dobrze zorientowany polski polityk mówił mi o Afganistanie: „Amerykanie tam przelewali krew, utopili w tym kraju miliardy dolarów, a jak przyszło co do czego, to okazało się, że wszystkie najlepsze deale na odbudowę kraju zawarli już z Afgańczykami Chińczycy, i to zanim Amerykanie w ogóle zaczęli z nimi rozmawiać, o nas, Polakach już nie mówiąc”. To nie tylko przebiegłe gry strategiczne chińskiego rządu. To również niezwykłe kupieckie umiejętności chińskiej nacji kształtowane przez pokolenia. Wynikają one między innymi z cierpliwości, z tego, że chiński biznesmen może robić interes nawet wtedy, gdy najpierw na nim będzie tracił, bo wie, że za parę lat zyska więcej. Może dać lepszą cenę niż konkurencja, nawet jeśli zarobi grosze, bo wie, że wraz ze wzrostem obrotów zysk wzrośnie. Nie ma dla Chińczyka interesów, których nie chce mu się prowadzić. Będzie pracował w kółko, po nocy, będzie miał biuro we własnym domu, ale się nie podda. W końcu może mu się uda.

Gdy przebywałem na Tajwanie, widywałem rodzinę, która zamieszkiwała garaż na mojej ulicy. Ojciec miał wózek widłowy i w ciągu dnia gdzieś nim wyjeżdżał do pracy. Wtedy w garażu robiło się luźniej, a przez drzwi, prawie zawsze otwarte ze względu na gorący klimat, widać było dwójkę dzieci odrabiających lekcje na materacu czy oglądających telewizję oraz matkę gotującą coś na butli z palnikiem. Kiedy ojciec wracał, wózek widłowy wjeżdżał tak, że zajmował praktycznie całe miejsce. Rodzina spała przytulona do wózka jak do jedynej mlekodajnej krowy. Nie wiem, czy w Polsce ktoś byłby zdolny do takich poświęceń dla własnej minifirmy. Pewnie rzuciłby wszystko i powiedział: „Panie, to mi się nie opłaca”. Duch chiński jest inny. Wszystko się opłaca, trzeba tylko ciężko pracować.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Marszałkowska 8

00-590 Warszawa

tel. 22 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz