Chicago Bulls. Krew na rogach - Roland Lazenby - ebook

Chicago Bulls. Krew na rogach ebook

Roland Lazenby

4,2

Opis

Od wiecznie przynoszącego straty zespołu, który planowano nawet przenieść do innego miasta, po niepodzielnego dominatora ligi. Chicago Bulls w ciągu kilku lat zaliczyło niesamowitą metamorfozę, a jej centralną postacią był Michael Jordan.

Sezon 1997/1998 przyniósł „Bykom” szósty tytuł mistrzowski. Naszpikowana gwiazdami ekipa, na czele z Michaelem Jordanem po raz kolejny potwierdziła swój niesamowity status. Droga po ten tytuł była jednak trudna i wyboista. Zespół jątrzyły wewnętrzne podziały, a sama ekipa znalazła się na krawędzi upadku.

Dlaczego do tego doszło?

Roland Lazenby dzięki dziesiątkom osobistych rozmów z członkami ówczesnej ekipy Chicago Bulls stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Czy winna była batalia o przejęcie kontroli nad drużyną? A może różnice charakteru liderów, które od drobnych rys na nieskazitelnym obrazie klubu przerodziły się w pęknięcia, doprowadzające do rozpadu? Powstała ponad dwie dekady temu książka, zaktualizowana przez autora specjalnie na potrzeby polskiego wydania daje kompleksowy obraz tego, co działo się wewnątrz grupy.

Wyruszcie w podróż w przeszłość. Raz jeszcze zatopcie się w kapitalnej grze Jordana, Scottiego Pippena i Dennissa Rodmana. Wspomnijcie lata wielkości Chicago Bulls i emocje z nimi związane. A przy okazji – sami poszukajcie odpowiedzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 539

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




„Chciałem, żeby nasz Byk był prawdziwym bykiem, walczącym niczym byk na arenie. No wiesz, takim wielkim, czarnym zwierzem z długimi rogami i złośliwymi czerwonymi ślepiami. Pragnąłem Byka, który wygląda wrednie. Na początku w większości propozycji pojawiała się cała sylwetka Byka. Byki z opuszczonym łbem i takie tam. Mówiłem: „Chcę zobaczyć pysk. Dajcie mi zbliżenie na pysk”. Aż w końcu pokazali mi pysk, który wyglądał naprawdę nieźle. Wtedy powiedziałem: „Musimy jeszcze tylko zrobić mu czerwone oczy. Chcę, żeby jego nos ociekał krwią, żeby miał przekrwione nozdrza i krew na rogach”. I to właśnie zrobili. To był kawał dobrej roboty. Tak powstał nasz symbol”.

Opowieść Dicka Kleina, założyciela Chicago Bulls, o tym, jak w 1966 roku pracował wraz z projektantami nad logotypem klubu

Słowo od wydawcy

Pierwsze wydanie niniejszej książki ukazało się ponad dwadzieścia lat temu. Stanowi wierny zapis epoki, w której powstała, szczerą relację z pierwszej ręki, dokładny zapis tego, co Bullsi myśleli i robili w latach dziewięćdziesiątych. Udało nam się wraz z autorem oprzeć pokusie, by przepisywać lub zmieniać oryginał, wygładzać lub polerować go z dzisiejszej perspektywy, gdy wszyscy jesteśmy starsi i mądrzejsi. Dodaliśmy za to nowy materiał, próbując mniej więcej dopowiedzieć historię bohaterów do dzisiaj i zawrzeć najnowsze wydarzenia, jak również dać niektórym nieżyjącym już osobom szansę na odpowiedź na serial Ostatni taniec. Zainteresowanych Czytelników odsyłamy do posłowia na końcu tej książki.

PrzedmowaPokój z widokiem

Dedykuję tę książkę mojemu ojcu, Williamowi Lowry’emu „Skoczkowi” Lazenby’emu, chłopakowi z Wirginii Zachodniej, obdarzonemu umiejętnością oddawania płynnego rzutu oburącz. Był mistrzem zwodów, nie tylko tak zwanych pompek i balansu. Robił zmyłki wszystkimi częściami ciała – twarzą, oczami, łukowatymi brwiami, czymkolwiek, co mogło pójść w jedną stronę, podczas gdy on szedł w drugą. Zdobył przydomek „Skoczek” właśnie dzięki koszykówce – ale nie dlatego, że grał w nią tak dobrze, choć radził sobie przecież całkiem nieźle – ale dlatego, że jego starszy brat, Clyde, był naprawdę świetny. Clyde reprezentował stan Wirginia Zachodnia i jeszcze w latach 20. dostał jedno z pierwszych stypendiów koszykarskich na Virginia Tech. Ale jak wieść niesie, Clyde się zakochał i po jakimś roku rzucił uczelnię. Ożenił się, ale został po nim pseudonim „Skoczek”. Chyba na dobre, bo kiedy tylko w koszykarskiej drużynie w Beaver High w Bluefield w Wirginii Zachodniej pojawiał się jakiś Lazenby, to też dostawał ksywkę „Skoczek”. W sumie było trzech „Skoczków” Lazenbych, co w latach, kiedy jeszcze grali, bywało mylące.

W przeciwieństwie do mnie mój starszy brat Hampton też był całkiem niezłym koszykarzem. Ale brak umiejętności nie przeszkodził mi w grze z pasją w kosza przez całe życie. Mam teraz 45 lat, bolą mnie kolana i pięty, a mimo to wciąż jeszcze gram trzy czy cztery razy w tygodniu. Często się zastanawiam, po co się tak od tylu lat zadręczam. Zazwyczaj odpowiadam sobie na to pytanie następująco: skoro już o koszykówce piszę, to powinienem przynajmniej regularnie w nią grywać. Ale w głębi duszy wiem, że mam poważniejsze powody: koszykówka sprawia, że mogę być bliżej ojca, który umarł w 1981 roku.

Kiedy więc Phil Jackson mówi o duchowej stronie gry w koszykówkę, dobrze wiem, co ma na myśli.

Wspominam o tym, żebyście zrozumieli mój związek emocjonalny z Bykami. Na całym świecie są miliony kibiców, którzy z jakiejś przyczyny zbudowali więź ze swoją drużyną. Ja mam taki oto powód: Chicago Bulls to wyjątkowa drużyna, zbudowana z wyjątkowych strażników koszykówki, z Michaelem Jordanem na czele. A szefem wszystkich strażników jest 76-letni asystent trenera Tex Winter, który całe swoje życie zawodowe spędził na rozwijaniu czegoś, co nazywa „ofensywą trójkątów”. To model gry, który Winter poznał, kiedy grał u trenera Sama Barry’ego na Uniwersytecie Południowej Kalifornii. Ofensywa trójkątów okazała się dla wszystkich koszykarzy NBA, którzy próbowali opanować ten sposób gry, niezwykle frustrująca i skomplikowana. Ale kiedy już poznali jej tajniki, to rzeczy, które początkowo wydawały się trudne, sprawiły, że grało im się niesamowicie łatwo. To ofensywa w starym stylu, zbudowana na koncepcji ciągłego przekazywania sobie piłki – lepsi zawodnicy musieli dzielić się piłką z gorszymi. W skrócie oznaczało to tyle, że ludzie tacy jak Michael Jordan musieli nauczyć się ufać komuś takiemu jak Dickey Simpkins. To istota gry zespołowej. Trójkąty, przynajmniej takie, jakich uczył zawodników Tex Winter, wymagają też od wszystkich nauki schematów defensywnych i umiejętności ścinania do środka, by na parkiecie pojawiały się wolne przestrzenie. Efektem jest ciągły ruch graczy, a kiedy Bulls rozgrywali trójkąty, to ów ruch okazywał się oszałamiający.

Wyraźnie kontrastowało to ze stylem większości pozostałych 28 drużyn w NBA, które zgodnie z panującą modą rozgrywały te swoje straszliwe izolacje, kiedy to jeden zawodnik przepychał się pod koszem, podczas gdy czwórka jego kolegów z drużyny stała na obwodzie, czekając, aż kryjący obrońca ruszy do podwojenia, w efekcie czego ktoś mógł w końcu oddać piłkę.

Mój przyjaciel Billy Packer, dziennikarz CBS, był w 1998 roku na meczu play-offów, w którym rywalizowały Charlotte Hornets i Atlanta Hawks. Był tak zniesmaczony i znudzony, że w trzeciej kwarcie nie wytrzymał, wstał i wyszedł z hali.

Powróćmy do Texa Wintera i jego roli strażnika. Tex wie, że przeszłość koszykówki jest jednocześnie jej przyszłością. Wygląda na to, że niewiele osób w NBA potrafiło przerwać liczenie pieniędzy na wystarczająco długo, żeby w ogóle zacząć o tym myśleć. Phoenix Suns próbowali zaadaptować ofensywę trójkątów w październiku i listopadzie 1996 roku. Przegrali 12 pierwszych meczów sezonu i się poddali. „Nie jestem pewien, czy w ogóle graliśmy trójkątami – żartował rezerwowy center Bulls, Joe Kleine, który grał w tamtej ekipie Suns. – Może to był kwadrat”.

Do śmiechu nie było dawnemu asystentowi trenera w Bulls, Jimowi Cleamonsowi, który został trenerem Dallas Mavericks i próbował wdrożyć tam atak trójkątów, ale spotkał się ze sprzeciwem zawodników. Nauka gry we właściwy sposób tym systemem wymaga czasu, którego współcześni młodzi milionerzy chyba nie posiadają.

Jest też wiele dowodów na to, że w 1990 i 1991 roku Bulls mieli sporo problemów z adaptacją do tego schematu rozgrywania akcji w ofensywie. Ale Winter lubi podkreślać, że niezłomny upór Jacksona we wprowadzeniu trójkątów wyznaczał początki jego wielkości w roli trenera. Były to też początki świetności Byków.

W początkowych latach historii koszykówki starzy zawodowcy mieli pewne określenie na grę polegającą na podaniach na obwód spod kosza; mówili, że „piłka zaczyna wtedy śpiewać”.

We wcześniejszej dekadzie same Byki oczywiście też stosowały mnóstwo tego typu zagrań. I dzięki geniuszowi Jordana w ataku i reprezentującemu starą szkołę podejściu Wintera uwielbiały ich miliony kibiców. Co więcej, Bulls totalnie miażdżyli swoich rywali. Z przyjemnością patrzyło się na to, jak rozbijali kolejne drużyny rozgrywające w ataku te swoje leniwe izolacje. Nie mogłem pojąć, dlaczego do tych zespołów wciąż nie dociera, że wielkość Byków bierze się z poświęcenia Michaela Jordana i Scottiego Pippena, żeby grać w koszykówkę tak, jak powinno się grać.

Wiosną 1998 roku Winter został raz jeszcze nominowany do Koszykarskiej Galerii Sławy imienia Jamesa Naismitha, po tym, jak w poprzednich latach kilkakrotnie go pomijano. Gdyby i tym razem nie został do niej wybrany, to może w Galerii powinna znaleźć się jakaś dobra dusza, która zamknęłaby budynek na klucz, po czym go wyrzuciła.

I tu dochodzimy do powodów, dla których napisałem tę książkę. W drodze po swój szósty tytuł mistrzów NBA Bulls rozpoczęli walkę o władzę i znaleźli się na krawędzi rozpadu. To była fatalna sytuacja, bo groziła zakończeniem kariery przez dwóch najwspanialszych strażników gry w koszykówkę, Jordana i Wintera, a co za tym idzie – była niebezpieczna dla całej koszykówki.

Chciałem wiedzieć, dlaczego do tego doszło.

I ta książka próbuje odpowiedzieć na to pytanie.

W czasach kiedy Chuck Daly musiał zmagać się z Detroit Pistons i ich koszmarnymi ego, zwykł mawiać: „Koszykówka jest prosta, to ludzie są skomplikowani”. Tak przy okazji: Pistons zdobyli dwa tytuły mistrzowskie, ale po drodze doprowadzili do totalnego wypalenia relacji w drużynie. To, że wielcy ludzie, którzy zbudowali Bulls, potrafili sięgnąć po sześć tytułów mistrzowskich i utrzymać najwyższy poziom gry pomimo tak ogromnego ciężaru, jest świadectwem ich wielkości.

Krótko mówiąc: co popychało Byki niemalże do rozbicia drużyny?

Nie ma na to jednej prostej odpowiedzi, ale gdybym musiał takiej udzielić, to powiedziałbym: niepewność generalnego menedżera Jerry’ego Krause’a.

Ale z drugiej strony – gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, co sprawiło, że udało się uczynić z Bulls sześciokrotnych mistrzów NBA, to zaraz za słowami „Michael Jordan i Scottie Pippen” znalazłoby się sformułowanie „niepewność Jerry’ego Krause’a”.

Tak naprawdę to wszyscy są po trosze odpowiedzialni za rozpad Bulls. Jerry Krause. Phil Jackson. Scottie Pippen. Michael Jordan. Jerry Reinsdorf. Tex Winter. Podobnie jak to dzięki nim drużyna przeżyła wszystkie te słodkie, niesłychane chwile triumfu.

Taka opinia nie spodoba się Michaelowi Jordanowi i Scottiemu Pippenowi, którzy nienawidzą Krause’a. I jest mi naprawdę przykro, że mówię coś, co może nie spodobać się Jordanowi albo Pippenowi, bo obaj stanowią wielkie serce wspaniałej drużyny koszykarskiej. Ale taka jest prawda.

Dlaczego nienawidzili Krause’a?

Pippen dlatego, że generalny menedżer próbował sprzedać go do innego klubu, co gwiazdor uważał za przejaw totalnego braku szacunku.

Jordan też nienawidził Krause’a za to, że ten próbował sprzedać Pippena, i za to, że nie dogadywał się z Jacksonem. Te dwie rzeczy utrudniały drużynie rywalizację, a Jordan nie akceptował niczego, co mogło przeszkodzić w osiągnięciu sukcesu.

Dlatego też kiedy w 1998 roku sezon dobiegł końca, kibice Bulls musieli zmierzyć się z perspektywą rozpadu drużyny. Był to efekt walki o kontrolę nad drużyną pomiędzy Krause’em a dwiema supergwiazdami drużyny – z Jacksonem, Winterem i Reinsdorfem tkwiącymi pośrodku, próbującymi jakoś to wszystko poukładać i iść do przodu. Czy czegoś w tym rodzaju.

A to sprawia, że mogę powrócić do rzutu mojego ojca. Pod koniec lat 30. i w latach 40. grywał w półprofesjonalnych ligach w południowej części Wirginii Zachodniej. Ponieważ urodziłem się dość późno, nie miałem nigdy okazji zobaczyć go w akcji. Ale słyszałem opowieści o tym, jak składał się do tego rzutu, czasem nawet w sytuacji, kiedy jego kolega z drużyny czekał niekryty pod koszem. Słyszałem, że mój ojciec grał kiedyś przeciwko Original Celtics[1], objazdowej drużynie zawodowej z tamtych czasów, i że był przeszczęśliwy, kiedy gwiazdor Celtics Davey Banks usiadł na trybunach. Oddał rzut z połowy boiska i trafił za pierwszym razem. Nie mam pojęcia, czy te historie są prawdziwe, ale wierzę, że tak, bo zdarzało mi się rzucać z ojcem. W 1946 roku, zanim się urodziłem, bardzo się poparzył i mógł już grać tylko w h-o-r-s-e[2] i jeden na jednego. Na podjeździe mieliśmy betonowe boisko, ale tata wolał oddawać rzuty spod wielkiego wiązu, który rósł na podwórku, w odległości blisko trzydziestu metrów od kosza. Robił zwód, po czym wyskakiwał w powietrze, otwierał szeroko oczy i oddawał ten swój charakterystyczny rzut oburącz, a kiedy piłka wpadała do kosza, wydawał z siebie okrzyk radości – była to chyba jego wersja trash-talkingu.

To on nauczył mnie, że życie, podobnie jak dobra rozgrywka w h-o-r-s-e, wymaga odpowiednio dużej przestrzeni. Któregoś dnia rozmawiałem o walce o wpływy w Bulls z Philem Jacksonem – powiedział wtedy coś, co przypomniało mi o moim ojcu. Jackson mówił o tym, jak Krause próbował zawsze kontrolować Pippena i Jordana. „Chodzi o kontrolę – tłumaczył. – Wszyscy chcą mieć kontrolę. Dla mnie poczucie kontroli jest oczywiście ważne, ale równie ważne jest dawanie wystarczającej przestrzeni. Jeśli przestrzeń jest większa, to ludzie nie będą się bez przerwy obijać o ściany”.

A wygląda na to, że z im większymi osobowościami mamy do czynienia, tym większą powinno dawać się im przestrzeń.

Wtedy przyszedł mi do głowy naiwny pomysł: a gdyby tak zebrać wszystkie uwikłane w to osoby w pokoju, żeby sobie to przedyskutowały? Wszyscy oni robili przecież rzeczy, które mogły rozzłościć albo zranić innych. Każdy przecierpiał swoje. Dlaczego nie spróbować o tym pogadać? Któregoś dnia zapytałem więc o to Jordana.

Spojrzał tylko na mnie pytająco.

– Bez bijatyki? – zapytał. – Nie ma mowy.

– Może w izolatce? – zaproponowałem. – Dlaczego niby nie może to być takie proste? Po prostu pogadajcie.

– Może i udałoby ci się zamknąć naszą piątkę razem w pokoju – odpowiedział Michael – może nawet wykrzyczelibyśmy te swoje bóle i pretensje, ale przecież to wszystko jest już za nami. Musieliśmy to zrobić, żeby odnieść sukces. I wiesz co? – dodał. – Jeśli chodzi o mnie, to ja już sobie z bólem poradziłem. I potrafiłem wykonywać swoją robotę uczciwie, z determinacją i zaangażowaniem.

Sugerował, że Krause nie potrafił dać sobie rady ze swoim bólem i pozwalał, żeby jego osobiste urazy stawały na przeszkodzie w drodze do zwycięstwa. A dla Jordana był to najgorszy grzech.

– Musisz odłożyć na bok cały swój ból i wszystkie cierpienia. Musisz się skupiać na tym, co masz do zrobienia – mówił Jordan. – Jeśli będziesz siedział i rozpamiętywał żale, to tak będzie wyglądała cała twoja kariera… Gdybym tego nie olał, to nie byłbym w stanie grać na sto procent albo skupiałbym się na zemście. Ale ja szedłem do przodu i skupiałem się na zwycięstwie.

Było jasne, że nie ma takiej przestrzeni, w której panowie mogli usiąść i przegadać wzajemne pretensje.

Niech zatem ta książka będzie próbą stworzenia gorszej wersji takiego pokoju zwierzeń. Próbą wyłożenia wszystkich kart na stół. W pokoju z widokiem.

Dla Byków.

Dla ich kibiców.

Dla mojego staruszka.

Roland Lazenby15 czerwca 1998

1. dni walki o władzę i wieczory pełne blasku

„Najpierw musisz zadać sobie pytanie, komu ufasz”

Adwokat diabła

Niezależnie od tego, gdzie grał, dla Michaela Jordana skrzyła się każda hala. Podczas ceremonii prezentacji zawodników przed każdym meczem witały go flesze tysięcy aparatów. Najefektowniej wyglądało to oczywiście w United Center w Chicago, gdzie podczas prezentacji narastała wrzawa i robiło się coraz jaśniej, aż w końcu nazwisko Jordana wywoływano jako piątego zawodnika pierwszej piątki. Hala zamieniała się wtedy w pulsujący stroboskop. Potem, kiedy mecz się rozpoczynał, te same światła znowu zaczynały migotać. Ale do największego szaleństwa dochodziło przy rzutach wolnych, kiedy na linii stawał Jordan, a całe rzędy kibiców za koszem zamieniały się w oszałamiający błysk, który nasuwał na myśl kulę dyskotekową na balu maturalnym albo rój świetlików w letni wieczór.

Kibicom regularnie przypominano, że nie wolno robić zdjęć z fleszem i że flesze są w ogóle niepotrzebne w nowoczesnych, dobrze oświetlonych halach NBA. Ale to ich nie powstrzymywało, a ochroniarze wyglądali na pogodzonych, że nie da się nic na te emocje poradzić.

Zapytany, jak w ogóle może w takich warunkach rzucać wolne, Jordan odparł z dobrodusznym uśmiechem: „Już dawno się do tego przyzwyczaiłem”.

Jordan doskonale rozumiał swoją popularność i potrzeby kibiców. Było to szczególnie widoczne podczas sezonu 1997/98, kiedy wszystko wskazywało, że to jego ostatni sezon. Rozumiał, że prawie każdy chce zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z jednego z jego ostatnich meczów, nawet jeśli miałby to być niewyraźny zaczerwieniony wydruk z fotografii zrobionej z ostatnich rzędów, na którym Jordan i jego koledzy z drużyny wyglądali jak majaczące nieostre zjawy. Ale dla kibiców takie wydruki były dowodem, że tam byli, że na żywo mogli doświadczyć jego wielkości. Takie zdjęcia wkładało się do skrzynki z pamiątkami rodzinnymi. A wnukom będzie można kiedyś opowiadać o tym, że „Michael był lepszy od Babe’a Rutha”.

Babe Ruth? Jeśli Jordana można do kogolwiek porównać, to chyba tylko do innego wielkiego koszykarskiego wojownika, centra Billa Russella, który od 1957 do 1969 roku poprowadził Boston Celtics do 11 tytułów mistrzowskich w ciągu 13 sezonów. Przeznaczeniem Russella było zdominować ligę pod koniec obrzydliwych czasów segregacji rasowej. Spotykał się nie tylko z uwielbieniem kibiców, ale również z nienawiścią. Jak daleko to mogło zajść? Któregoś razu ktoś włamał się do domu Russella i narobił mu do łóżka. To chyba całkiem dobry powód, żeby czuć wściekłość.

Ale Jordan nie miał tego typu doświadczeń. Każdego wieczora dziesiątki tysięcy kibiców oddawało mu hołd. Setki, a czasami tysiące ludzi zbierało się na ulicach. Pod halami. Pod hotelami. W nadziei, że uda im się zobaczyć Jordana choćby na ułamek sekundy, kiedy wysiada wraz z kolegami z autokaru. Niezliczeni fani oddawali mu hołd, zapełniając kolejne magazyny liścikami, pocztówkami, kwiatami, przeróżnymi prezentami i życzeniami.

Ale to flesze aparatów fotograficznych były najlepszym miernikiem popularności. Za każdym razem, kiedy Michael zaliczał jakąś widowiskową akcję, jego świat zaczynał migotać na firmamencie chwały.

Był zimny marcowy wieczór, Bulls wrócili z deszczowego Teksasu, gdzie zagrali dwa spotkania wyjazdowe, do pokrytego śniegiem Chicago, by w hali United Center zmierzyć się z New Jersey Nets. Każde starcie stanowiło element końcowego odliczania – do końca sezonu zasadniczego pozostało zaledwie 17 meczów. Na pierwszy rzut oka nie dało się zauważyć niepokoju, który po cichu narastał wokół drużyny. Ale najważniejsi aktorzy wyczuwali nieuchronnie zbliżającą się ostateczną decyzję co do przyszłości Jordana i całej drużyny. Ten finał był efektem całego sezonu. Była to gra w cykora, obie strony wpatrywały się w siebie, wyczekując, kto pierwszy mrugnie.

„Chodzi o władzę” – na kilka godzin przed meczem tłumaczył ochrypłym głosem trener Bulls Phil Jackson w wywiadzie udzielonym w swoim gabinecie w Berto Center, przyjemnym ośrodku treningowym Byków w Deerfield na przedmieściach Chicago. Kiedy Jackson zaczął w 1989 roku trenować Bulls, miał ciemne włosy i młodą, świeżą twarz. Ale czas mu nie sprzyjał, podobnie jak ten sezon. Patrzył zmęczonymi, podkrążonymi oczami, które przypominały słowa piosenki Townesa Van Zandta:

Życie w drodze, mój przyjacielu, miało sprawić, że będziesz zawsze wolny i czysty, teraz twoja skóra jest twarda jak stal, a twój oddech cuchnie naftą…

No cóż, władza. Bulls znaleźli się w środku morderczej, wyniszczającej batalii o przejęcie kontroli nad drużyną, podczas której Jackson, Jordan i Scottie Pippen stanęli naprzeciw Jerry’ego Krause’a, wiceprezesa klubu odpowiedzialnego za operacje koszykarskie i generalnego menedżera, który już przed rozpoczęciem sezonu ogłosił, że jesienią 1998 roku Jackson nie wróci do klubu jako pierwszy trener.

„To by było na tyle – powiedział wtedy Krause. – I ja, i Phil o tym wiemy. Wszyscy o tym wiemy”.

Ogłaszając swoją decyzję, Krause nie powiedział, co dokładnie doprowadziło do wyznaczenia terminu odejścia Jacksona, ale relacja pomiędzy trenerem a generalnym menedżerem ewidentnie się wypaliła, co zresztą nie było niczym niezwykłym w świecie zawodowej koszykówki – biznesie łączącym się z ciągłym zainteresowaniem mediów, ogromnymi pensjami i jeszcze większymi ego.

Oświadczenie Krause’a z kolei wywołało do odpowiedzi Jordana, który zaraz po tym, jak w październiku rozpoczął się obóz treningowy, powiedział, że zakończy karierę, o ile nie uda się zatrzymać Jacksona. „Jeśli nie będzie tu Phila, to z pewnością nie będzie też mnie” – powiedział dziennikarzom Jordan.

Tym samym niski i grubawy Krause postawił się w niezręcznej sytuacji – to on miał spowodować, że Jordan odejdzie ze świata koszykówki. Na to się w każdym razie zanosiło. Tak naprawdę mieliśmy tu do czynienia z plątaniną wypalonych relacji. W tamtym momencie przyszłość drużyny zależała również od batalii o karierę Pippena, drugiej gwiazdy drużyny, który stanowił idealne uzupełnienie dla Jordana podczas walki o pięć poprzednich tytułów.

W 1991 roku Pippen popełnił fatalny błąd i podpisał z drużyną wieloletni kontrakt, mimo że nawet klubowi działacze ostrzegali go, żeby tego nie robił. I w związku z tym skrzydłowy Bulls musiał pracować przez większość dekady za marne trzy miliony dolarów rocznie. Większość Amerykanów posikałoby się ze szczęścia, mając takie możliwości, ale NBA stała się akurat wtedy baśniową krainą z morzem gotówki i Pippen musiał przypatrywać się młodszym i znacznie mniej utalentowanym koszykarzom, którzy podpisywali umowy warte 10, 15, a nawet 20 milionów dolarów za sezon.

Problem Bulls polegał na tym, że pod koniec play-offów w 1998 roku umowa Pippena się kończyła, a cena za jego usługi wynosiła około 45 milionów dolarów za trzy lata gry. Absurd pensji w NBA polegał na tym, że choć nie były to złe warunki, to Bulls płacili już Jordanowi około 33 milionów za sezon.

A tam, gdzie są pieniądze, sława i ogromne zainteresowanie opinii publicznej, dochodzi też do skomplikowanych konfliktów charakterów. Tak też było w Bulls. Wraz ze zbliżaniem się wiosny odzwierciedleniem tych konfliktów stała się mała wojna PR-owa pomiędzy najważniejszymi aktorami przedstawienia, która sprawiła, ze kibice, dziennikarze i same Byki zaplątały się w gmatwaninę złudzeń.

Ale choć sytuacja była mało komfortowa i ciążyła zawodnikom, to drużynie udało się przetrwać pełen kontuzji sezon i pomimo wielu niepowodzeń na początku rozgrywek przed rozegraniem tego marcowego pojedynku z Nets mieli najlepszy bilans w Konferencji Wschodniej: 47-17.

Co nie zmieniało faktu, że miło nie było. Przed rozpoczęciem sezonu Krause przyrównał sytuację drużyny do rozwodu i rzeczywiście czuło się, że w zespole panuje koszmarna atmosfera, pełna zakłopotania i braku zaufania.

Jackson od kilku lat powtarzał w prywatnych rozmowach, że Krause zarządza drużyną w sposób obcesowy i że woda sodowa uderzyła mu do głowy. „Jerry chce być najpotężniejszą osobą w całym klubie i ciężko mu jest pozwolić Michaelowi być Michaelem – mówił Jackson. – Michael nie musi mieć władzy. Chce być jednym z zawodników. Ale nie potrzebuje kogoś, kto będzie nim dyrygował, rozkazywał mu albo wręcz nim pomiatał. O to tu chodzi”.

W oczach opinii publicznej Jerry Reinsdorf, właściciel klubu, sprzyjał Krause’owi, który był jego lojalnym sługą. Kibice Bulls nazywali ich „dwójką Jerrych”, mroczną koalicją, której jakimś cudem udało się do tej pory zarządzać klubem w epoce Jordana. Nasza historia stawała się coraz bardziej zawiła, otaczała ją też coraz bardziej tajemnicza aura, bo przecież zgoda na rozbicie tak wspaniałej drużyny wydawała się ogromnym błędem biznesowym, gigantycznym przelicytowaniem. A Reinsdorf, który zaczynał jako reprezentant niższej klasy średniej na Brooklynie i dorobił się ogromnego majątku na nieruchomościach i biznesie sportowym, rzadko popełniał duże błędy.

„Już tysiąc razy przez to przechodziliśmy, ale nikt tak naprawdę nie wie, jaki jest plan – mówił Steve Kerr, obrońca Bulls, przyznając, że posunięcia zarządu sprawiają, że zarówno on, jak i jego koledzy z drużyny są skołowani. – W Chicago, wszędzie, gdzie chodzimy, ludzie zadają nam pytania: »Jak to możliwe, że w ogóle bierze się pod uwagę rozpad tej drużyny?«. I mówiąc szczerze, nie mamy pojęcia, co im odpowiedzieć”.

Kerr przypuszczał, że Reinsdorf, który podczas sezonu nie spędzał zbyt dużo czasu z drużyną, słyszy identyczne pytania od mniejszościowych właścicieli Bulls, którzy sami muszą na nie odpowiadać najbliższym i przyjaciołom na bankietach czy spotkaniach rodzinnych.

„Dlaczego – zapytał miesiąc wcześniej Jordan – planujesz zmienić trenera, który zdobył pięć tytułów mistrzowskich, który jest szanowany przez zawodników, który świetnie się z nimi rozumie i potrafi ich zmotywować do tego, żeby codziennie dawali z siebie wszystko? Dlaczego?

Myślę, że musi tu chodzić przede wszystkim o konflikt osobowości. Bo przecież nie o to, w jaki sposób Jackson wykonuje swoją pracę, ani o to, co zrobił z zawodnikami, jaki szacunek sobie wśród nich zdobył. Jego sukcesów trenerskich nie da się przecież podważyć. Nie można ich zakwestionować. Dlatego uważam, że chodzi o coś osobistego”.

Prawdę mówiąc, zdaniem Reinsdorfa problem polegał na tym, że Jackson i Jordan próbowali odebrać Krause’owi kontrolę. Dzwoniąc ze swojej zimowej rezydencji w Arizonie, Reinsdorf zasugerował, że „to Phil nie chce tu zostać”, i dodał, że Jackson odrzucił propozycję pięcioletniego przedłużenia kontraktu.

Zasugerował, że to Jackson i Jordan manipulują faktami, żeby wszystko wyglądało tak, jakby to Krause próbował rozbić drużynę, która odnosiła największe sukcesy w historii koszykówki. Dodał, że „opinia publiczna całkowicie błędnie odczytuje to, co próbuje osiągnąć Jerry Krause, tak jakby jego jedynym celem był demontaż drużyny. A Jerry Krause wcale tego nie chce”.

Reinsdorf mówił to prywatnie, ale publicznie był w tej kwestii podejrzanie milczący. I on, i Krause zbierali w prasie mnóstwo cięgów. Mógłby się wypowiedzieć, żeby oczyścić atmosferę wokół Jacksona i wyjaśnić jego status albo przynajmniej stanąć w obronie drużyny, ale gdyby to zrobił, mógłby doprowadzić do jeszcze większego pojedynku kogutów, co splamiłoby zarówno wizerunek Reinsdorfa, jak i Jacksona. „Mamy świetnego trenera – mówił Reinsdorf. – Po co miałbym wypowiadać się publicznie? Mogłoby to źle wpłynąć na jego reputację”.

Ale z powodu milczenia Reinsdorfa i Krause’a, kiedy zaczynały się próby wyjaśnienia tego, co robią i dlaczego to robią, opinia publiczna uważała, że obaj znajdują się pod ogromną presją. Przemawiały za nich wypowiedzi i ukryte motywacje z poprzednich lat.

Było jasne, że właściciel klubu i generalny menedżer kierowali się kwestiami praktycznymi. Bulls byli najdroższą drużyną w historii NBA, suma płac zawodników wynosiła ponad 60 milionów dolarów, ponad dwukrotnie przekraczając dozwolony limit. Bulls byli też wiekową drużyną. I Krause, i Reinsdorf przyznawali, że chcą przebudować zespół i przejść z epoki Jordana do kolejnej bez konieczności przeżywania straszliwych katuszy porażek, tak jak to było z Boston Celtics po zakończeniu kariery przez Larry’ego Birda w 1992 roku. Zdaniem niektórych komentatorów NBA Celtowie byli tak zajęci honorowaniem Birda i jego kolegów, Kevina McHale’a i Roberta Parisha, że zarządowi klubu nie udało się opracować planu na przyszłość.

Krause i Reinsdorf twierdzili, że nie chcą popełnić podobnego błędu. Ale wyglądało na to, że zamiast tego popełniają błąd jeszcze większy, próbując wyrzucić za drzwi megagwiazdę drużyny, co mogło wywołać kryzys PR-owy, z którego obaj już by się nie podnieśli.

„Od trzech lat powtarzali, że nie chcą, aby na koniec drużyna posypała się tak jak Boston Celtics Larry’ego Birda – wspominał członek sztabu szkoleniowego Bulls. – Ostatecznie miało się to obrócić przeciwko nim i ich prześladować. Bo nawet jeśli próbujesz pozbyć się tych gości, to nie możesz mówić tego głośno ani nawet tego sugerować. Przez cały czas trzeba trzymać gębę na kłódkę”.

Krause często przedstawiał Celtics jako przykład drużyny, którą chciał naśladować, bo klub ten potrafił w ciągu trzech dziesięcioleci zdobyć 16 tytułów mistrzowskich, po drodze kilka razy przebudowując zespół. Ale Pippen odpowiadał, że Krause zapomina o najważniejszej przyczynie sukcesów Celtics – prezydent klubu Red Auerbach zbudował tę drużynę na lojalności i wzajemnym szacunku, tak zwanej „dumie Celtów”. Koszulki największych graczy Celtics zawisły pod kopułą hali, ich numery zostały zastrzeżone, a wielu z nich dostało możliwość dokończenia kariery w Bostonie.

Pippen twierdził, że Bulls „nie znajdują się w sytuacji, w której można przyrównywać ich do największych klubów w historii, takich jak Lakers czy Celtics, bo te pozwoliły swoim największym zawodnikom dokończyć kariery w macierzystym klubie”.

Pippen mówił, że zawodnicy Celtics darzyli Auerbacha ogromnym szacunkiem, a nawet miłością. „A u nas nie znajdziecie nikogo, kto powie choćby jedno dobre słowo na temat Krause’a”.

Sam Krause wydawał niestety czasem niejasne i dwuznaczne oświadczenia, z których opinia publiczna mogła wywnioskować, że tak bardzo chce pokazać, że jest wybitnym generalnym menedżerem, że postanowił rozbić drużynę, która w ciągu siedmiu lat zdobyła pięć tytułów mistrzowskich, żeby móc rozpocząć budowę zespołu od nowa i udowodnić swój geniusz.

„Myślę, że Krause chce mieć kontrolę – mówił w prywatnym wywiadzie Pippen. – Chce zdobyć tytuł bez Michaela. Bez Phila. I beze mnie. Tylko po to, żeby mógł opowiadać, że jest świetny w tym, co robi”.

Zawodnicy Bulls, członkowie sztabu szkoleniowego, PR-owcy i inni przedstawiciele klubu udzielający wywiadów nie potrafili zrozumieć tylko jednego: jak to możliwe, że Reinsdorf się na coś takiego godzi?

„Ego obydwu Jerrych jest na tyle duże, że myślą, że są w stanie tego dokonać wbrew wszelkim przeszkodom, wbrew opinii publicznej – snuł teorie jeden z pracowników Bulls. – Wydaje im się, że będą mogli zrobić to raz jeszcze (zdobyć kilka tytułów mistrzowskich) w ciągu kolejnych dziesięciu lat”.

Phil Jackson zauważył, że Reinsdorf to „gość, który nie robi złych interesów”. To z kolei sprawiło, że Jackson zaczął przypuszczać, że być może Reinsdorf chce sprzedać klub komuś, kto utrzyma niezmieniony rdzeń drużyny – Jordana, Pippena i Jacksona. „Wielka korporacja – odpowiedział Jackson pytany o potencjalnych nabywców. – Korporacja wywodząca się z Chicago. To możliwe. Wiem, że są tu ludzie, którzy by sobie tego życzyli”.

Inny działacz przyznał, że w ciągu kilku najbliższych lat Reinsdorf być może rzeczywiście będzie chciał sprzedać klub, ale że nic takiego nie nastąpi w najbliższej przyszłości, bo „Bulls są ważną częścią życia Jerry’ego”.

Kiedy zapytano o całą sytuację samego Reinsdorfa, ten podkreślił, że interesują go tylko kolejne tytuły mistrzowskie. „Chcemy zdobyć ich tyle, ile się da” – powiedział.

Niezależnie od tego, jak było naprawdę, akcji towarzyszyło całe mnóstwo intryg, a kibice w całej Ameryce czuli się tak, jakby oglądali operę mydlaną. Przy okazji każdego meczu wyjazdowego dziennikarze otaczali Jordana i zadawali mu pytania o przyszłość drużyny. „To fascynujące – powiedział Steve Kerr podczas marcowej wyprawy do Nowego Jorku – jak przez to przechodzimy. Byłoby lepiej, gdyby było to trochę mniej ekscytujące, gdybyśmy po prostu trzymali się razem i robili swoje. Ale to fajne, że możemy być częścią tej historii, niezależnie od tego, jak się ona zakończy. To fascynujące móc grać w tej drużynie”.

TEX

W samym środku konfliktu znalazł się najstarszy reprezentant klubu, 76-letni asystent trenera, Tex Winter. I choć prawdą było, że znoje związane z odnoszeniem sukcesów i ciągłą walką sprawiły, że dawna bliska więź Jacksona i Wintera się wypaliła, to właśnie Winter pomógł utrzymać ich relację zawodową.

Winter wnosił do dyskusji rzadką perspektywę pięćdziesięciu lat spędzonych na ławce trenerskiej. Na uczelni grał przeciwko Jackiemu Robinsonowi, ostatecznie wylądował na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, gdzie grał w kosza razem z Billem Sharmanem i Alexem Hannumem u legendarnego trenera, Sama Barry’ego. Tylko przez kontuzję nie wystąpił na igrzyskach olimpijskich w Helsinkach w skoku o tyczce. Podczas drugiej wojny światowej służył w marynarce, a po niej został jednym z najlepszych szkoleniowców uniwersyteckich w Ameryce – w wieku 28 lat dostał pierwszą posadę trenerską na Uniwersytecie Marquette. Opracował słynną ofensywę trójkątów Bulls i był jednym z najważniejszych architektów sukcesów drużyny – to jemu udało się połączyć wielki talent Jordana z rzemieślnikami, którzy uzupełniali skład.

Ponadto Winter bardzo szanował Jacksona, swojego bezpośredniego szefa, był bezgranicznie lojalny wobec Krause’a, swojego wieloletniego przyjaciela, który go zatrudnił. Do tego darzył głębokim i stałym szacunkiem Jordana, którego talent i styl gry nieprzerwanie wprawiały Wintera w podziw i podważały jego konserwatywne podejście do koszykówki.

„Był tak uczciwy, że stanowił dla nas błogosławieństwo – mówi o Winterze Jackson. – Był jedynym członkiem naszego klubu, który mógł otwarcie mówić to, co myśli. Myślę, że Jerry słuchał go, bo uważał jego podejście za zrównoważone. To on jako pierwszy umiał powiedzieć Jerry’emu: »Wiesz, Jerry, że bez tytułów jesteś nikim«. A po chwili mówił mi: »Kogo jeszcze trenowałeś?«. Odpowiadałem, że mistrzów CBA z Albany. Tex potrafił przebić każdy balonik”.

„Czuję, że czasem znajduję się w samym środku bitwy, bo przyjaźnię się i z Jerrym Krause’em, i z Philem Jacksonem – mówi Winter. – Jerry Krause to szef nas wszystkich, całego klubu, ale jestem też asystentem trenera Phila Jacksona. Wolałbym nie znajdować się bez przerwy między młotem a kowadłem. Ale nie mam wyboru. Jedynym pozytywem jest to, że Jerry i Phil starają się nie stawiać mnie w tak niezręcznej sytuacji. To pomaga. Czasami nie wiem, w którą pójść stronę, kogo powinienem poprzeć, a kogo nie. Ale staram się nie pełnić funkcji rozjemcy”.

„Co ciekawe, pomimo tych okoliczności Jackson i Krause pracowali razem całkiem nieźle – mówił Winter przed jednym z ostatnich meczów. – Obaj są na tyle mądrzy, że wiedzą, że najważniejszy jest klub i ostateczny rezultat. Tym samym żaden nie zrobi niczego, co mogłoby zaszkodzić klubowi, a tym bardziej drużynie”.

Kiedy zapytano Wintera, czy rozmawiał na temat tej sytuacji z Krause’em i Jacksonem, odpowiedział: „Staram się nie wtrącać, nie chcę wchodzić pomiędzy nich. Ale zdarza się, że jestem z Philem i rozmawiamy o ich relacji. I tak samo zdarza się, że jestem z Jerrym i też pojawiają się wiadome tematy. Staram się zachować obiektywizm najlepiej, jak potrafię, próbuję nie stawać po żadnej ze stron i zawsze pokazywać, jak może wyglądać perspektywa i argumenty tego drugiego”.

Winter przyznawał, że sytuacja bywała niekiedy skomplikowana i frustrująca, ale podkreślał: „Obaj panowie bardzo mnie szanowali, a ja bardzo szanowałem ich. Wiedzą, że zależy mi tylko na jednym: żeby Byki były możliwie najlepszą drużyną”.

Podobnie jak większość kibiców Bulls Winter miał nadzieję na pojednanie pomiędzy oboma panami. „Myślę, że to możliwe” – mówił, podkreślając, że w gabinecie Reinsdorfa znajduje się tabliczka z napisem: „Nic nie jest wyryte w kamieniu”.

„To całkiem dobrze tłumaczy filozofię Jerry’ego Reinsdorfa – ciągnął Winter. – Ostatecznie to on będzie podejmował decyzję o dalszych losach drużyny”.

Ale Ron Harper, obrońca Bulls, uważał, że konflikt zaszedł za daleko, trwał zbyt długo i że pewnych rzeczy nie da się już naprawić. „Tutaj już nigdy nie będzie pokoju – mówił, siedząc w szatni przed rozpoczęciem meczu z New Jersey. – Nie ma na to szans. Złe emocje zawsze pozostaną. Tyle. Nie ma szans na lepsze jutro”.

Ten poniedziałkowy mecz Bulls z New Jersey był piątym pojedynkiem tych drużyn w ciągu dziewięciu dni i dało się to zauważyć. W pierwszej kwarcie Toni Kukoč podał piłkę do Pippena, który fatalnie spudłował. Kilka minut później Pippen wszedł pod kosz, odegrał do Kukoča, który tego nie zauważył i piłka odbiła mu się od ramienia, a Nets ją przechwycili i pognali pod przeciwległy kosz.

Kolejna akcja – Jordan wyskoczył w powietrze, żeby zakończyć akcję wsadem, ale trafił w obręcz. Kibice jęknęli z zawodu, widząc, jak piłka odbija się wysoko w powietrze, po czym wylatuje na aut. W innej sytuacji Jordan zostaje sfaulowany przy próbie dobitki, której nie trafia, po czym trafia tylko jeden z dwóch rzutów wolnych. Nets zauważyli, że mają tego wieczora szansę coś ugrać, podobnie jak dwa mecze wcześniej w Teksasie słabiutcy Dallas Mavericks, którzy sprawili niespodziankę i pokonali Bulls.

Pod koniec kwarty tłum wydał z siebie jeszcze jeden jęk zawodu, kiedy Jordan wyskoczył do kolejnego slam dunku, gdzie czekał już na niego zawodnik Nets, David Vaughn. Zablokował Michaela tak łatwo, że sam nie mógł się temu nadziwić. Był to ten sam David Vaughn, który jeszcze w lutym został na chwilę pozyskany przez Bulls, ale po kilku dniach go zwolniono.

Na 52,4 sekundy przed końcem pierwszej kwarty na parkiecie pojawił się Steve Kerr, zastępując Jordana. Michael wrócił na ławkę zmęczony, żując gumę, usiadł, koledzy poklepali go po plecach, a tłum bił mu brawo. Kiedy wrzawa ucichła, jeden z kibiców krzyknął: „Kochamy cię, Michael!”.

Oj tak, kochali go. Praktycznie podczas każdej przerwy skandowano jego nazwisko. A jeśli kibice akurat nie krzyczeli, to jak szaleni robili Michaelowi zdjęcia z fleszem.

Pomimo powolnego początku tego męczącego wieczoru Jordan rozgrywał kolejny fantastyczny sezon, zachwycając tłumy kibiców w całych Stanach niesamowitymi występami. Nawet w wieku 35 lat, kiedy atrybuty fizyczne większości zawodników zaczynają się w szybkim tempie pogarszać, on wciąż był najlepszy w NBA pod względem średniej liczby zdobytych punktów – miał ich ponad 28 na mecz. I choć w ostatnich latach musiał coraz częściej polegać na rzucie z wyskoku, to wciąż prezentował niesamowitą skoczność, kontrolę nad ciałem w powietrzu i oszałamiającą atletykę, którą wprawiał w zachwyt kibiców i dzięki której rankingi oglądalności telewizyjnej szybowały w górę. To niesamowite, ale wciąż był w stanie przejąć kontrolę nad prawie każdym meczem, zdobywając wtedy 40 albo i więcej punktów, czego znakomita większość młodszych rywali mogła mu tylko pozazdrościć.

„Czy Michael może grać lepiej? – zapytał któregoś wieczora Bill Smith, wieloletni fotograf Bulls. – Czy cofnęliśmy się do roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego? Czy naprawdę chce kończyć karierę? Nigdy się z tym nie pogodzę”.

Te słowa odzwierciedlały to, co myślała większość kibiców. Im lepiej Jordan grał, tym bardziej wszyscy pragnęli, żeby pozostał w NBA. „Skoro wygrywają, to po co to psuć? – dopytywała Tina Martinez, wieloletnia kibicka Byków, czekając na parkingu przed ośrodkiem Berto Center w nadziei, że po jednym z treningów uda jej się załapać na autografy rozdawane przez zawodników. – Gdyby utracili mistrzowski tytuł, byłabym to w stanie zrozumieć. Ale przecież do tego nie doszło. A skoro mają dobrą drużynę, to dlaczego to niszczyć?”

Jackson przyznawał, że cała sytuacja była dla niego krępująca. „Jedynym minusem tego wszystkiego wydaje mi się to, że jeśli Michael Jordan nie jest jeszcze gotów na zakończenie kariery, to możemy doprowadzić do odejścia jednego z najlepszych koszykarzy, największych bohaterów, jakich kiedykolwiek mieliśmy w całym naszym społeczeństwie, i ograniczyć to, czego mógłby jeszcze dokonać – mówił trener. – Pozbawiamy kogoś absolutnie wyjątkowego możliwości odejścia na własnych warunkach, w taki sposób i w takim stylu, jaki sam wybierze. A przecież nigdy wcześniej nie widzieliśmy, żeby ktoś w jego wieku miał status takiej supergwiazdy. Nie potrafię wymienić żadnego wielkiego sportowca, który w tym wieku byłby w równie wspaniałej formie. Michael podważył wszystko to, co dotychczas uważaliśmy za normalne w przypadku umiejętności kogoś w tym wieku.

To dla mnie jedyny minus całej tej sytuacji. Mamy dobre relacje z Jerrym Reinsdorfem. Rozumiemy się z Jerrym Krause’em. Może nie jesteśmy ze sobą już tak blisko jak kiedyś, ale nadal się rozumiemy. Wiem, że ma swoje cele, a on wie, że i ja mam własną agendę”.

Jordan poprowadził Bulls do pięciu tytułów mistrzowskich w ostatnich siedmiu sezonach i wyglądało na to, że jego drużyna ma spore szanse na zdobycie w czerwcu kolejnego mistrzostwa. Co ważniejsze, dokonał tego wszystkiego w zawrotnym stylu i z charyzmą, która sprawiła, że liga mogła zarobić na całym świecie miliardy dolarów na prawach telewizyjnych, sprzedaży biletów i licencjach.

Nie da się opisać, co obecność Jordana oznaczała dla NBA, dla jego drużyny i dla całego nękanego problemami Chicago. Przed jego pojawieniem się w mieście Bulls byli słabiutką drużyną, planowano nawet przenieść ją do innego miasta. Mieli fatalny ośrodek treningowy i grali w rozpadającej się hali Chicago Stadium, przed garstką publiczności. W składzie pełno było kokainistów i nawet wygranie połowy z 82 meczów sezonu zasadniczego wydawało się marzeniem ściętej głowy. W połowie debiutanckiego sezonu Jordana klub, który przez 20 lat istnienia zawsze przynosił straty, został sprzedany za ledwie 16 milionów dolarów, a większość z tych pieniędzy przejął natychmiast biznesmen z Wisconsin, który wygrał proces z dotychczasowymi właścicielami.

Byli właściciele mieli jeszcze bardzo żałować sprzedaży klubu, bo pojawienie się młodego Michaela w mieście zapoczątkowało ogromne zainteresowanie zawodową koszykówką i błyskawiczną przemianę Bulls i całej ligi. Czternaście lat później Byki były prawdopodobnie najbardziej wziętą drużyną sportową na świecie, wartą 350 milionów dolarów, a może nawet więcej. Jednym z symboli tego sukcesu była rozpoczęta w 1988 roku – najdłuższa w historii NBA – seria ponad 500 wyprzedanych meczów u siebie z rzędu.

Znajdująca się na Madison Street hala Stadium, która od zawsze była punktem orientacyjnym na mapie Chicago, została w 1994 roku zburzona, żeby zrobić miejsce dla nowej United Center, wartego 175 milionów dolarów eleganckiego budynku po drugiej stronie ulicy. Bulls dzielili go z hokejową ekipą Chicago Blackhawks z NHL. Wyniki sprzedaży biletów i lóż vipowskich były w ciągu pierwszych czterech lat funkcjonowania nowej hali tak dobre, że większość długów zaciągniętych na budowę areny zostało spłaconych. Ale wiosna 1998 roku przyniosła pierwsze sygnały, że niebezpieczeństwo odejścia Jordana jest realne, jego efektem zaś będzie dramatyczny spadek przychodów klubu, a może i długofalowa obniżka jego wartości.

Pippen mówił, że gdyby Jordan odszedł, to byłoby niezwykle wymowne, gdyby kibice też nie pojawili się na inauguracji sezonu 1998/99. „I może coś by do nich dotarło”.

„Ale oni i tak radzą sobie całkiem nieźle – mówił o kondycji finansowej klubu. – Bilety są wyprzedane”.

Nie była to do końca prawda. Najpoważniejszym problemem było odnowienie lukratywnych kontraktów na wykupywane przez firmy loże vipowskie. Jedna trzecia umów czekała na przedłużenie. Przewidując możliwość nieprzyjemnego zakończenia epoki Jordana wraz z końcem sezonu w 1998 roku, klub zmienił termin, w którym można było odnowić umowę, z lata na wiosnę.

Ale klienci biznesowi byli podobno niechętni, by zaciągać zobowiązania, i chcieli poczekać, aż sytuacja się wyklaruje i będzie jasne, czy dojdzie do powrotów Jacksona, Jordana i Pippena. Oznaką problemów była oferowana przez klub 15-procentowa zniżka za przedłużenie umowy.

„Z punktu widzenia wynajmu lóż vipowskich najlepszy moment na przebudowę był rok temu” – mówił Jackson. Gdyby klub już w 1997 roku zaczął odmładzać drużynę, wymieniać zawodników, zastąpił trenera i rozpoczął nową, post-Jordanowską erę, być może byłoby to lepsze rozwiązanie dla biznesu, bo kibice i klienci biznesowi mogliby zobaczyć, jak będą wyglądali Bulls po odejściu Michaela.

„Ludzie wykupujący loże wiążą się z klubem na dłużej – mówił Terry Armour, który relacjonował sytuację w drużynie na łamach «Chicago Tribune«. – Chcą wiedzieć, a nawet muszą wiedzieć, kto, do cholery, pogra w tej drużynie dłużej”.

Ale Bulls zdobyli w 1997 roku mistrzowski tytuł, a Jordan zaapelował zaraz potem, żeby utrzymać drużynę na jeszcze jeden sezon i podjąć próbę sięgnięcia po jeszcze jedno mistrzostwo. Reinsdorf miał być tym poirytowany, nie dlatego, że coś by go to kosztowało – większość zawodników i trenerów miała wciąż ważne kontrakty – ale z tego względu, że Jordan odebrał właścicielowi możliwość wykonania tego gestu w sposób niewymuszony. Wyglądało to tak, jakby Reinsdorf ulegał presji opinii publicznej, co doprowadzało go do szału – nie miał w nosie opinii publicznej, lecz doświadczenie nauczyło go, że popularna decyzja może okazać się błędna.

„Michael uznał, że wygłosi swoje oświadczenie w dniu, w którym zdobyliśmy mistrzostwo – powiedział Reinsdorf w prywatnym wywiadzie przeprowadzonym na potrzeby tej książki. – Byłem zły, że zrobił to już pierwszego wieczora. Powinniśmy byli wtedy świętować, a nie rozpoczynać kampanię dotyczącą następnego sezonu”.

Pomimo irytacji i kosztów Reinsdorf wiedział, że to jedyna możliwa decyzja. Przedłużył o rok umowy z Jordanem, Jacksonem i Rodmanem, co kosztowało go w sumie blisko 50 milionów dolarów. Celem był szósty tytuł mistrzowski dla Bulls. Ale sezon rozpoczął się w fatalnej atmosferze PR-owej – i dla Krause’a, i dla Reinsdorfa – a żaden nie był mistrzem komunikacji. Za kulisami obaj konsultowali się ze specjalistami, szukając sposobów, jak naprawić własny wizerunek. Reinsdorf oczywiście zawsze uważał, że lepiej odczekać i że problemy same się rozwiążą.

„Obaj panowie są swoimi największymi wrogami” – przyznawało źródło zbliżone do drużyny. Reinsdorf często nie chciał brać udziału w wojenkach PR-owych, a Krause, niezależnie od wszystkich swoich sukcesów, kroczył od jednego kryzysu wizerunkowego do drugiego.

„Krause nie jest mistrzem PR-u – stwierdził Jackson. – Jerry Reinsdorf dobrze o tym wie. Próbowali jakoś tym pokierować. Starali się zostać spin doktorami. Mieli strategię, mieli jakichś specjalistów i płacili im kupę pieniędzy za budowanie pozytywnego wizerunku marki Chicago Bulls. Sam chcę, żeby Bulls osiągnęli sukces. Ale oni za każdym razem zaczynają się kopać albo potykają się o własne nogi”.

I rzeczywiście, cud polegał nie tylko na tym, że Jordan wciąż potrafił grać na mistrzowskim poziomie, ale że potrafił to robić, prowadząc wojnę o kontrolę nad drużyną. „Michael jest prawdziwym zawodowcem, przede wszystkim to koszykarz, który potrafi sprawić, że cała reszta jest gdzieś w tle – mówił Kerr. – Michael się nie wygłupia. On gra w kosza”.

Ale umiejętności PR-owe Jordana dorównywały tym sportowym. I potrafił wykorzystywać je subtelnie i skutecznie, kiedy przeciwdziałał próbom zwolnienia Jacksona przez Krause’a. „Michael ze wszystkimi swoimi kontraktami reklamowymi jest oczywiście machiną PR-ową – mówił Steve Kerr o zarabiającym dziesiątki milionów dolarów na reklamach Jordanie. – Jego wizerunek jest dla niego oczywiście bardzo ważny. I myślę, że wcale nie chce wyglądać na kogoś, kto próbuje przejąć we władanie całą organizację… Jest bardzo kumaty”.

Kiedy zapytano Kerra, czy Jordan to godny rywal dla Krause’a i Reinsdorfa, odpowiedział: „Myślę, że możemy zaryzykować twierdzenie, że to Michael ma tutaj poparcie większości kibiców Bulls”.

„Nigdy nie przegra – zgodził się z Kerrem Terry Armour. – Jest tak szanowany, i w Chicago, i na świecie, i w całej NBA. Nie ma mowy, żeby Michael przegrał. Pod koniec ubiegłego roku, kiedy stał na podium, wkurzył Jerry’ego Reinsdorfa, mówiąc: »Chcę, żeby wszyscy tu wrócili«. No wiecie, Jerry Krause i Jerry Reinsdorf musieli sobie pomyśleć: »Kurde, Michael to zrobił i nie ma szans, żebyśmy wyszli z tego obronną ręką«. To Michael stworzył Chicago takim, jakie jest dzisiaj. I Michael nigdy nie przegra pojedynku PR-owego”.

Tak jak oszukiwał rywali swoimi zwodami i piwotami pod koszem, potrafił też doprowadzić do tego, że Krause wyskakiwał w powietrze nie wtedy, kiedy trzeba. W lutym, gdy drużyna przebywała w Utah podczas serii meczów wyjazdowych na Zachodnim Wybrzeżu, to Krause trafił na nagłówki gazet, mówiąc Fredowi Mitchellowi, dziennikarzowi „Chicago Tribune”, że to na pewno ostatni sezon Jacksona z Bulls.

Zdaniem Armoura popełnił w ten sposób kolosalny błąd. „Byliśmy w Utah, kiedy Krause powiedział, że byłoby cudownie, gdyby Michael wrócił, ale jeśli miałoby się to wydarzyć pod warunkiem, że wróci również Phil, to po prostu do tego nie dojdzie. Gdziekolwiek się pojawiliśmy podczas tamtego wyjazdu, ktoś pytał: »Hej, Michael, czy to twój ostatni sezon?«. A on odpowiadał: »O tak, może się tak okazać. Jeśli Phil nie wróci, to ja też nie wrócę. A zatem podchodzę do tego tak, jakby to był mój ostatni sezon«. I myślę, że Krause miał już tego dość, ciągle musiał to czytać, więc nie wytrzymał i stwierdził: »No dobra, to teraz moja kolej i powiem, że wiem, że chcecie, żeby Michael wrócił, ale to się po prostu nie wydarzy pod wodzą Phila«”. Krause to zrobił i rozpoczął PR-ową wojnę”.

Kibice Bulls nie zaaprobowali nacisków Krause’a, co tylko umocniło postawę Jordana. Wyglądało to tak, jakby obaj panowie grali w pokera, a Krause nieświadomie pokazywał karty. „Blefuje, tak jak Michael blefował wcześniej – mówi Armour. – Ale Michael to wytrawny gracz. Wie, co robi. Potrafi rozgrywać te swoje gierki”.

„Myślę, że świetnie się przy tym bawi. Uwielbia sprawiać, że Krause się poci. Nie wiem, czy dotyczy to również Reinsdorfa”.

Kiedy komentarze Krause’a otworzyły Jordanowi drogę do ataku na zarząd podczas spotkania z dziennikarzami przy okazji Weekendu Gwiazd w lutym, Reinsdorf miał na tyle rozsądku, że poprosił, aby strony przestały się ze sobą komunikować za pośrednictwem mediów. Było to najmądrzejsze, co mógł zrobić, zwłaszcza że trudno było racjonalnie wytłumaczyć cały ten konflikt.

„To gadanie o końcu kariery, przebudowie czy zmianach w składzie jest przedwczesne – powiedział właściciel klubu w oświadczeniu przedstawionym przez klub. – To zarząd sprowadził trenera i zawodników na ten sezon, żeby spróbowali zdobyć szósty mistrzowski tytuł. Mamy jeszcze przed sobą pół sezonu i play-offy i na tym powinniśmy się wszyscy skoncentrować. Właśnie na tym zamierzam się skupić. I kropka”.

Zapominając na chwilę o konfliktach osobistych, najważniejszym wyzwaniem stojącym przed Bulls były być może zadziwiające reguły ekonomiczne NBA. Właściciele grających w tej lidze klubów przegłosowali właśnie zerwanie układu zbiorowego, podpisanego raptem dwa lata wcześniej, co oznaczało, że trzeba będzie wynegocjować nową umowę ze związkiem zawodowym koszykarzy. Stojąc w obliczu konieczności podpisywania wieloletnich, wartych ponad 120 milionów dolarów kontraktów z młodymi gwiazdami, które jeszcze nie dowiodły swej wielkości, właściciele uznali, że potrzebują nowego układu. Argumentem było to, że aż 17 klubów odnotowało w 1998 roku stratę, chociaż roczne przychody ligi, napędzane przez gwiazdę Jordana, poszybowały do ponad dwóch miliardów dolarów.

Skład Bulls złożony był z weteranów, dzięki czemu klubowi udało się uniknąć ryzyka związanego z podpisywaniem potężnych wieloletnich kontraktów z młodymi zawodnikami o niepewnej wartości. Licząc na zdobycie szóstego mistrzowskiego tytułu w 1998 roku, Reinsdorf wyłożył 70 milionów na pensje zawodników i trenerów. Ale przyszłość klubu nie była obciążona hipoteką. „Jestem przekonany, że klub nadal zarabia, choć pewnie trochę mniej” – mówił o tej sytuacji Jordan.

Reinsdorf przyznawał, że pomimo gigantycznych kosztów związanych z płacami Bulls wciąż przynoszą zyski, można więc sobie łatwo wyobrazić, jak dużo klub zarabiał w czasach, kiedy i Jordan, i Pippen dostawali poniżej czterech milionów dolarów za sezon. Ale nawet gdyby Jacksonowi, Jordanowi, Pippenowi i Krause’owi udałoby się jakoś dogadać, to prawdziwym problemem okazać się mógł bilans finansowy za sezon 1998/99. Kończyły się umowy Jordana, Pippena, centra Luca Longleya, Rodmana i kilku innych zawodników, a utrzymanie drużyny w niezmienionym składzie byłoby równoznaczne z wydatkiem w wysokości 80 milionów dolarów albo więcej. I z pewnością nie byłaby to najlepsza wiadomość dla współwłaścicieli Bulls, którzy domagali się wypłaty dywidendy.

Naciski finansowe na Reinsdorfa były, mówiąc delikatnie, znaczące. „W pewnym momencie – mówił Terry Armour z »Chicago Tribune« – inwestorzy zaczęli pytać Reinsdorfa: »Co się, do cholery, dzieje?«. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z naciskami, żeby utrzymać cały skład, ale z drugiej wiadomo było, że jesteśmy na finiszu, że to się zaraz skończy. A skoro tak, to zadanie polega na tym, żeby upadek był na tyle bezbolesny i na tyle niedrogi, na ile to możliwe”.

Czas też nie był sprzyjający – 1 lipca 1998 roku majaczył w oddali jako data, kiedy Bulls powinni otrzymać pismo informujące o zakończeniu kariery przez Jordana. Gdyby tak się nie stało, to jego wart 33–35 milionów dolarów kontrakt za rozgrywki 1997/98 zacząłby być liczony do limitu wydatków na pensje zawodników w kolejnym sezonie, co w praktyce oznaczałoby, że Bulls nie będą mogli podpisać umowy z żadnym utalentowanym zawodnikiem. Gdyby ziścił się taki scenariusz, władze Byków musiałyby rozważyć zrzeczenie się praw do podpisania umowy z najlepszym koszykarzem wszech czasów. „Nie życzę nikomu źle – mówił dopytywany o to Jordan. – Mam nadzieję, że ceny za to nie będą musieli zapłacić kibice z Chicago. Ale jeśli do tego dojdzie, tak to się właśnie skończy. Nie zamierzam jednak nikomu źle życzyć, a już na pewno nie mieszkańcom Chicago”.

Okoliczności sprawiły, że atmosfera wokół klubu była nie najlepsza, ale zawodnicy zdawali się tym nie przejmować. Codziennie mówili, że są drużyną, która poradzi sobie z kontrowersjami i będzie odnosić kolejne zwycięstwa. „Ciągle pojawiają się jakieś bzdury – mówił australijski center Luc Longley. – Ciągle coś się dzieje. A to Dennis coś napsoci, a to coś innego. A to Michael kończy karierę, a to Jerry coś nagada. Naszej drużynie od lat towarzyszy mnóstwo kontrowersji, więc nauczyliśmy się nie zwracać na to uwagi”.

Ale wraz z nadejściem wiosny do wszystkich zaczęło docierać, że konflikt poważnie naruszył fundamenty drużyny, w której przez dwa poprzednie sezony panowała atmosfera fantastycznego porozumienia. Jackson zawsze walczył z podziałami w zespole, ale teraz także i on to czuł. Mówił, że Krause wykorzystuje kilku zawodników, żeby ci informowali go o tym, jak funkcjonuje drużyna. „Trzyma niektórych zawodników u siebie w kieszeni, żeby w odpowiedniej sytuacji wykorzystać ich przeciwko mnie” – tłumaczył trener.

Czy to wszystko wywoływało paranoję Krause’a, Jacksona i Reinsdorfa? Kerr był w szoku, kiedy pewien dziennikarz zasugerował, że Jackson uważa, że jeden z zawodników donosi Krause’owi. Zdaniem Kerra wszyscy byli wobec Jacksona bezgranicznie lojalni.

„Phil jest ulubieńcem zawodników – potwierdzał Tex Winter. – To oczywiste, że zawodnicy go uwielbiają. Nieczęsto się zdarza, żeby taka gwiazda jak Michael Jordan dała się pokroić za trenera, żeby deklarowała, że nie zagra dla żadnego innego szkoleniowca poza Philem. To wspaniała relacja. I dowód na to, że to Phil tę więź zbudował. Zresztą Phil ma wspaniałe stosunki z większością zawodników. Niektórzy pewnie lubią go bardziej niż inni. To normalne. On też jednych lubi bardziej, innych mniej. To ludzkie. Wszyscy trenerzy tak robią”.

„W ciągu kilku ostatnich lat – zwraca uwagę Chip Schaefer, trener przygotowania fizycznego – Bulls stali się podzielonym domem: albo byłeś człowiekiem Jerry’ego, albo Phila, niezależnie od tego, czy chciałeś być tak zaszufladkowany. Doszło do tego, że Phil miał swoich trenerów, a Jerry swoich skautów. Jerry miał swoją sekretarkę, a Phil swoją. Dobrze się dogaduję i lubię pracować z Alem Vermeilem (trenerem odpowiedzialnym za siłę i kondycję zawodników), ale skądś brała się opinia, że Al jest człowiekiem Jerry’ego, a ja Phila. Czasami dzieje się tak dlatego, że obaj są agresywni, doprowadzają do sytuacji konfliktowych i nie masz wyjścia: musisz opowiedzieć się po którejś ze stron. Zdarzały się takie sytuacje, że chciałem być bezstronny, ale Phil wzywał mnie do siebie. Chciałbym być neutralny jak Szwajcaria, ale tak się nie da. Jeden albo drugi próbuje mnie przeciągnąć na swoją stronę, to strasznie trudne”.

Pomimo oddania wobec Jacksona i Jordana oraz przywiązania do sukcesów, które dzięki nim osiągali, wielu zawodników Bulls czuło też lojalność wobec Krause’a albo przynajmniej szacunek dla jego stanowiska i władzy, jaką miał nad drużyną. Koniec końców to on ich tu sprowadził, to on wyratował ich z Clippers, Warriors albo innych miejsc wygnania w NBA, ściągnął ich do Chicago, żeby mogli grać drugie skrzypce w Objazdowej Rewii Gwiazd Michaela Jordana.

Na koniec sezonu wszyscy z wyjątkiem Rona Harpera, Toniego Kukoča, Keitha Bootha i Randy’ego Browna mieli zostać wolnymi zawodnikami. I to Krause miał zdecydować, czy zaproponuje im przedłużenie kontraktu.

Co zrozumiałe, większość graczy nie chciało o tym rozmawiać. „Odmawiam odpowiedzi ze względu na to, że latem będę wolnym zawodnikiem” – stwierdził pytany o kontrowersje Luc Longley.

Toni Kukoč przyznawał, że złe stosunki pomiędzy Jacksonem i Krause’em nie ułatwiają im zadania. „Nie wiem, jak to się wszystko skończy. Ale myślę, że to nam jako drużynie nie pomaga”.

To Krause bardzo długo starał się namówić Kukoča na przenosiny z Europy do Chicago. Ale teraz Chorwat mówił: „Jestem bliżej z Philem niż z Jerrym. I wcale nie jest mi z tym łatwo. Grając tu, starałem się zawsze koncentrować na drużynie. I chyba mam dość dobre relacje ze wszystkimi w klubie”. Ale zdaniem Kukoča w obecnej sytuacji było to bardzo trudne.

Domysły, że któryś z zawodników jest szpiegiem Krause’a, były szczególnie przykre dla rezerwowego centra/skrzydłowego Billa Wenningtona. „Nie jestem niczyim człowiekiem” – mówił.

Wenningtona martwiło to, że nigdy nie należał do kolesi, którzy miziają się z trenerami. Był Kanadyjczykiem i wpojono mu, że zawodnicy to zawodnicy, a trenerzy to trenerzy i że zawodnik nie powinien nawiązywać bliskiej relacji z trenerem, żeby poprawić swoją pozycję w drużynie. W związku z tym Wennington nie był z trenerami tak blisko jak niektórzy gracze, którzy wkładali sporo wysiłku w nawiązanie bliskiej relacji ze sztabem szkoleniowym. W przeszłości nigdy nie stanowiło to problemu. Ale teraz, kiedy konflikt Jacksona i Krause’a się zaostrzał, Wennington zaczął się zastanawiać, co się dzieje. Czasami dostrzegał dziwną prawidłowość – spędzał na parkiecie coraz mniej czasu i wchodził na plac gry w dziwnych przedziałach czasowych.

Zastanawiał się, czy to dlatego, że był podejrzewany o bycie marionetką Krause’a. Ale uznał, że lepiej będzie dać sobie z tym spokój.

Przed sezonem miał podpisać dwuletni kontrakt z Indiana Pacers, gdzie grało dwóch jego kolegów z uczelni St. John’s – Chris Mullin i Mark Jackson. Byłaby to dobra sytuacja dla Larry’ego Birda, nowego trenera Pacers, ale agent Wenningtona zadzwonił kurtuazyjnie do Bulls przed złożeniem ostatecznego podpisu. I nagle Wennington dostał roczną umowę z Chicago. Teraz, jako że spędzał na parkiecie coraz mniej minut, zaczął się zastanawiać nad swoją przyszłością w kolejnym sezonie.

Nie był jedyny. Praktycznie wszyscy zawodnicy i trenerzy zastanawiali się, co będzie za rok. Czy cała ta sytuacja wpłynie na szanse drużyny w play-offach? W jednej ze swoich rzadkich wypowiedzi Rodman temu zaprzeczył. „W naszej drużynie panuje straszny chaos – powiedział – ale kiedy wybiegamy na parkiet, wszystko jest w porządku”.

„Rozmawiamy o tym – przyznał Steve Kerr. – Ale fajne jest to, że nie wpływa to na naszą grę”.

Dziwne, ale zdaniem Kerra okoliczności i poczucie osaczenia przez zarząd mogły mieć nawet pozytywny wpływ na wyniki Bulls. „Kto wie, może daje nam to przewagę. To chyba podświadome. Oczywiście o tym nie gadamy. Nie mówimy sobie: »Dobra, zrobimy to dla siebie«. Ale kto wie, być może daje nam to jakąś przewagę”.

Zdziesiątkowani Nets zagrali tego wieczora ostro, a Bulls byli do niczego. Pippen i Kerr pudłowali. Burrell źle podał. Rezerwowy center Joe Kleine rzucił się swoim ciężkim ciałem na parkiet za uciekającą piłką, przechwycił ją, ale zaraz potem źle podał i Nets ruszyli do kontry. Jordan powrócił do gry na sześć i pół minuty przed końcem drugiej kwarty, przy prowadzeniu New Jersey 29:28. Chwilę później było już 33:30 dla Nets i dało się zauważyć, że rywale Bulls są coraz pewniejsi siebie. Czaili się w obronie, czekając na okazję do przechwytu.

Ale na trzy minuty przed przerwą Kukoč trafił za 3 punkty, czym tchnął promyk nadziei w serca kolegów. Do przerwy Bulls prowadzili 37:35 i wyglądało na to, że w trzeciej kwarcie przejmą kontrolę nad meczem.

Jordan rozpoczął trzecią kwartę skoncentrowany na defensywie, naprzeciwko Kerry’ego Kittlesa. Widać było, że gwiazdor Bulls ma problemy w ataku, ale i tak jak zawsze trzymał odpowiedni poziom w defensywie. W końcu często mawiał: „Nasz atak sprzedaje bilety, ale to obrona wygrywa nam mecze”.

Kukoč podał za plecami do Rodmana, który zdobył łatwe dwa punkty. Kilka chwil później sprawne rozegranie piłki w ataku przez zawodników Bulls zaowocowało kolejną trójką Kukoča i wynikiem 42:37. Zaraz potem Harper zdobył kolejne dwa punkty po kontrataku prowadzonym przez Pippena. Ten ostatni pauzował przez większą część sezonu wskutek kontuzji stopy i Bulls nie zdobywali w tym okresie zbyt wielu punktów po kontratakach, ale kiedy wrócił, to wraz z nim powróciły również takie płynne szybkie akcje, zazwyczaj dzięki jego fenomenalnej postawie w obronie.

Jordan wszedł pod kosz i zapakował od góry, zwiększając prowadzenie Bulls do 46:37. W kolejnej akcji Byki zaliczyły zbiórkę w ataku, a Kukoč po dobitce zdobył kolejne punkty. A potem już rządzili w obronie. Kiedy Harper trafił dwa rzuty wolne i Bulls objęli prowadzenie 51:39, w oczach zawodników Nets widać już było rezygnację.

Phil Jackson nazywał taką sytuację – kiedy defensywa Bulls wywierała coraz większą presję na rywali, aż ci się załamywali, nie mogąc sobie z tym poradzić – „rozwiązaniem sprawy”. Po trójce Pippena na pięć minut przed końcem trzeciej kwarty Bulls prowadzili już 54:41. Nets trafili w tej kwarcie tylko trzy z 12 rzutów z gry, o ile w ogóle udało im się oddać rzut. W większości przypadków Pippen i spółka przecinali podania zawodników New Jersey, odbierając im nadzieję.

Potem każda kolejna akcja Bulls była już coraz piękniejsza. Potrajany w obronie Jordan wyskoczył w górę i oddał piłkę niekrytemu Rodmanowi. Kolejne dwa łatwe punkty.

Po chwili po niecelnym rzucie wolnym Jordana Rodman zebrał swoją 11. piłkę i został sfaulowany. Pippen wymusił w obronie kolejną stratę Nets, a kontratak zakończył się faulem i dwoma celnymi rzutami wolnymi Kukoča. 60:43. Nets byli już kompletnie zrezygnowani. Nawet kiedy udawało im się oddać rzut, to nie trafiali. W końcu rozgrywający Sam Cassell mógł już tylko się uśmiechnąć, patrząc na nieporadność swoich kolegów w obliczu pressingu Chicago. Na szczęście kwarta dobiegła końca, przy prowadzeniu Bulls 67:45. Byki wygrały tę część meczu 30:10.

Jordan rozpoczął czwartą kwartę na linii rzutów wolnych, hala raz jeszcze rozświetliła się fleszami aparatów fotograficznych Kodaka. Na niespełna osiem minut przed końcem Michael trafił z wyskoku (miał już wtedy 17 punktów) i Jackson uznał, że wystarczy. Podekscytowany tłum pożegnał Jordana i Rodmana głośną owacją.

Na ławce Rodman wyprosił gumę do żucia od jednego z dziennikarzy, zaczął żuć i czekał spokojnie na koniec meczu, który stał się już brzydkim festiwalem fauli i rzutów wolnych. W przerwie z głośników popłynęła melodia If you’re happy and you know it, clap your hands.

Tymczasem jakiś palant kilkanaście rzędów wyżej zaczął wrzeszczeć: „Hej, Jordan, mogę dostać twój ręcznik Gatorade?”. Michael oczywiście go nie usłyszał. Siedział z założonymi rękami i żuł gumę. Rozglądał się po hali, napawając się każdym szczegółem, podczas gdy ekipa promocyjna Bulls wystrzeliwała w trybuny pamiątkowe koszulki. Jej członkowie wymachiwali rękami, zachęcając kibiców, żeby wydzierali się jeszcze głośniej, niczym wytresowane zwierzęta. Uśmiechnięty Jordan napawał się chwilą, patrząc na otaczające go 21 tysięcy szczęśliwych twarzy.

„Po prostu cieszyłem się tą chwilą – powiedział potem. – Po prostu dobrze się bawiłem”.

Owszem, przyznawał, że toczyła się właśnie pokerowa rozgrywka o najwyższą stawkę, a na stole znajdowała się końcówka jego kariery. Mówił, że bardzo by chciał pograć jeszcze przez rok, może trochę więcej, ale tylko pod warunkiem, że trenerem pozostanie Jackson.

„Nie znam odpowiedniej daty odejścia Michaela – powiedział Jackson. – Może skończy karierę już w tym roku i uda się na szczęśliwą emeryturę. Ale może latem zacznie mieć wątpliwości i podejmie decyzję, że wcale nie ma jeszcze dosyć grania w kosza i wróci. To bez znaczenia.

Zachęcałem go do tego, żeby grał, dopóki nie poczuje, że ma dosyć. I myślę, że to bardzo ważne. Nie powinna to być decyzja uzależniona od tego, czy to ja będę trenerem, czy ktoś inny. Decyzję powinien podjąć na podstawie tego, czy sam chce jeszcze grać, czy nie”.

Jordana pytano, czy wie o fatalnym zakończeniu kariery obrońcy Lakers Jerry’ego Westa, który w 1974 roku wdał się w brzydką bójkę z Jackiem Kentem Cookiem, właścicielem klubu. West chciał rozegrać jeszcze jeden sezon, może dwa i pewnie by mógł, ale wszystko zakończyło się nagle podczas obozu treningowego w 1974 roku. „Nikt nigdy nie musiał mi płacić za grę w koszykówkę – powiedział West 20 lat później, a w jego głosie wyczuwało się gorycz. – Ale manipulacje pana Cooke’a sprawiły, że nie chciałem już dla niego występować. Wiedziałem to. Było to bardzo frustrujące”.

Jordan często wyrażał się w podobny sposób – że mógłby grać nawet za darmo.

„Nie wiedziałem o tym” – powiedział, kiedy się dowiedział, jak zakończyła się kariera Westa i jak bardzo legenda Lakers jest rozgoryczona mimo upływu lat. „Czy czułbym się podobnie? – dopytywał Jordan. – Czy o to pytacie? Nie umiem odpowiedzieć. To jeszcze nie koniec. I mam nadzieję, że do czegoś takiego nie dojdzie”.

Pippen także bardzo chciał pozostać graczem Bulls, ale niespecjalnie wierzył, że tak się stanie.

„Nie sądzę, żeby miała o tym zadecydować opinia publiczna – powiedział. – Ale byłoby super, gdyby udało się utrzymać tę drużynę w niezmienionym składzie. Nikt z nas nie chce po prostu się odwrócić i odejść. Za dużo nas łączy, za dużo razem przeżyliśmy. Zbyt dobrze się bawiliśmy, żeby teraz ot tak po prostu wyrzucić to wszystko na śmietnik. Ale to nie nasza wina, że klub jest tak zarządzany i jako zawodnicy nie jesteśmy w stanie nic zrobić, poza nadstawieniem drugiego policzka i pójściem każdy w swoją stronę”.

2. „chodźcie, milionerzy”

„Porażka? Ja nie przegrywam. Na tym polega moja praca”.

Adwokat diabła

Być może najbardziej niesamowite w Chicago Bulls Michaela Jordana było to, że nie rozpadli się wcześniej. Bo przecież NBA jest koszmarnym biznesem. To środowisko konkurencyjne, w którym bez przerwy zdarzają się drogie porażki, a relacje się wypalają.

Ale Bulls przez całe dziesięciolecie swojej chwały byli silni. Nie licząc Jerry’ego Sloana z Utah Jazz, Jackson piastował stanowisko trenera najdłużej w NBA. A Krause był generalnym menedżerem od 1985 roku. Drużyna nie rozpadła się wcześniej pewnie dlatego, że byli zdeterminowani, żeby dawać z siebie wszystko dla Jordana, który będąc najbardziej wyjątkowym tyranem w historii koszykówki, nieustannie i bezlitośnie wymagał od wszystkich zaangażowania na 200 procent. Nie ma wątpliwości, że to jego obsesja na punkcie rywalizacji i jego wszechobecność napędzała cały klub, począwszy od pracowników fizycznych, a skończywszy na zarządzie spółki.

„Phil Jackson jest oczywiście świetnym trenerem, ale większość tego wszystkiego wydarzyła się dzięki Michaelowi Jordanowi – mówi Chip Schaefer, który od 1990 roku pracował jako trener przygotowania fizycznego Bulls. – Wiele się mówi o jego atrybutach fizycznych, ale to nie wystarczy. Można to podkreślać bez końca: »Nie, nie. Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z tego, co to za gość? Zdajecie sobie z tego sprawę? Oj, chyba nie«”.

Tex Winter wspomina jesień 1985 roku, kiedy dołączył do drużyny i zaczął z bliska przyglądać się Jordanowi. Przyznaje, że z początku czuł się zastraszony. Nie liczyło się to, że miał już wtedy 63 lata i był jednym z najbardziej szanowanych trenerów w całych Stanach. Nie liczyło się to, że Jordan miał tylko 22 lata i rozpoczynał swój drugi sezon w zawodowej koszykówce.

„Tak bardzo podziwiałem Michaela, że czułem się niepewnie, kiedy miałem z nim porozmawiać – wspomina Winter. – Bacznie go obserwowałem, poznałem jego maniery. Ale potrzebowałem kilku lat, zanim zacząłem czuć się w jego obecności komfortowo”.

Jackson także wspomina o swoich obawach, kiedy w 1989 roku przejmował stery pierwszego trenera, i mówi o silnym pragnieniu, żeby zadowolić Jordana własnym podejściem i przygotowaniem do nowej roli. Twierdzi, że nie był to może lęk, który by sprawiał, że nie mógł spać w nocy, ale że był naprawdę onieśmielony.

Jedną z charakterystycznych cech Jordana było poczucie humoru; wykorzystywał je do besztania kolegów z drużyny i członków sztabu szkoleniowego, którzy sprawiali wrażenie, że nie dość sumiennie podchodzą do obowiązków i nie dostosowują się do jego wygórowanych standardów. A kiedy wyglądało na to, że poczucie humoru nie działa, Jordan nigdy nie wahał się naskakiwać na nich ze złością.

„On naprawdę bardzo lubi siebie i kolegów z drużyny – mówi Winter. – Robi sobie z nich jaja, bywa wtedy bezwzględny, do tego stopnia, że czasami ich obraża albo wyśmiewa. Ale wygląda na to, że to akceptują, bo robi to z wdziękiem i poczuciem humoru. Czasami się odgryzają. I wówczas nic sobie z tego nie robi. Problem w tym, że oni nie mają do dyspozycji takiej samej amunicji. A to właśnie robi wielką różnicę. On to uwielbia, a oni o tym doskonale wiedzą. Z jakiegoś powodu kasowanie innych dobrze mu robi. I może zachowuje się tak, bo motywuje go to do bycia jeszcze lepszym”.

„Kiedy chcę, to umiem być trudny – przyznaje pytany o to Jordan, dodając, że poczucie humoru jest jego głównym narzędziem do przetrwania trudów sezonu zasadniczego i play-offów. – Gdybym taki nie był, chyba bym zwariował”.

Podczas 52 sezonów spędzonych na trenowaniu w koszykówce zawodowej i uniwersyteckiej Winter nigdy nie zetknął się z tak skomplikowaną osobowością jak Jordan.

„Jeśli chodzi o osobowość, to gość jest niesamowitym typem. Serio – mówi Winter. – I naprawdę jest mi przykro, bo chyba nie jestem wystarczająco inteligentny, żeby pojąć wiele rzeczy, które sprawiają, że wszystko u Michaela funkcjonuje tak idealnie, które powodują, że jest taki, jaki jest. Myślę, że potrafię go całkiem nieźle przeanalizować, ale i tak jest w nim mnóstwo zagadek, których być może nawet on sam nie potrafi rozwiązać”.

Jordan jest nie tylko wybitnym sportowcem, ma też niebywały urok osobisty, jest dowcipny i inteligentny. Ale naprawdę wyróżniała go zawsze wola walki. Chicagowski dziennikarz sportowy Jim Rose przekonał się o tym, kiedy razem z Jordanem rozgrywał mecz charytatywny przeciwko innym gwiazdom NBA. Rose relacjonował mecze Bulls od pierwszych lat Jordana w NBA, doskonale znał jego wymagania wobec kolegów z drużyny, więc spędził kilka tygodni na treningach i przygotowaniach do pojedynku. Był też całkiem niezły jak na amatora, ale podczas meczu nie trafił prostego rzutu z dwutaktu, czym doprowadził Jordana do furii.

„Nie jesteś wystarczająco czarny” – miał wtedy powiedzieć do Rose’a Jordan, czym tak głęboko uraził dziennikarza, że ten natychmiast rzucił w Michaela piłką. Co za absurdalna sytuacja – dziennikarz, który próbuje strącić piłką głowę samego Michaela Jordana.

Sam Jordan pożałował potem swojej wypowiedzi i przeprosił. Ale cały ten incydent dobrze pokazał Rose’owi, jak bardzo Jordan pragnął wygrywać, niezależnie od stawki pojedynku. I jaką miał fantastyczną intuicję – wiedział, na których emocjach zagrać, żeby dotrzeć do swoich kolegów.

„I robił to, świetnie się przy tym bawiąc – mówi Rose. – Michael nienawidzi przegrywać. Nie trafiłem prostego rzutu. Wściekłem się, rzuciłem w niego piłką, po czym zszedłem z parkietu. Michael nie jest złym człowiekiem. Jest fantastycznym gościem, ale czasem jego wola walki i żądza zwycięstwa są po prostu silniejsze i przejmują nad nim kontrolę”.

Steve Kerr pamięta, jak sam się o tym przekonał, kiedy w 1995 roku Michael wrócił do NBA po blisko dwóch latach prób przebicia się w zawodowym baseballu. Po powrocie Jordana w Bulls było wiele nowych twarzy, większość tych graczy nie miała pojęcia, co trzeba zrobić, żeby zdobyć mistrzostwo. „Wiele o nim słyszałem – mówi Kerr – ale nigdy nie doświadczyłem tego na własnej skórze. Byłem zaskoczony, jak szybko przejął psychiczną kontrolę nad całą drużyną i na każdym treningu zmuszał każdego do stawania się lepszym. Nigdy nikomu nie odpuścił”.

Podejście Jordana było dla Kerra odkryciem: „Może właśnie to jest potrzebne, żeby zdobyć mistrzostwo? Ten facet tego dokonał. Ma już trzy tytuły. Jeśli więc jest to do tego potrzebne, gra jest z pewnością warta świeczki”.

„Doskonale pamiętam ten sezon, kiedy wrócił i zaczął grać wiosną – wspomina Schaefer. – Przez kilka tygodni szerzyły się plotki, że wraca. Często chodziłem z różnymi zawodnikami na kolację. Mam z wieloma z nich dobre relacje. Jadłem z Larrym Krystkowiakiem, Lukiem Longleyem i Steve’em Kerrem, którzy nigdy wcześniej nie grali z Michaelem. Byli podekscytowani jak dzieci perspektywą wspólnych występów z Jordanem. Pamiętam, jak siedziałem z nimi, słuchałem, co mówią, i myślałem sobie: »Panowie, nie macie pojęcia, jakie to trudne – grać z nim w jednej drużynie«. Byli niesamowicie podjarani, ale naprawdę nie wiedzieli, jak będzie ciężko”.

„To przez jego osobowość nasze treningi były codziennie na wyższym poziomie, co z kolei sprawiało, że wszyscy byliśmy lepsi” – mówi Kerr.