Chcę wszystko - Charlotte Brontë, Dorota Combrzyńska-Nogala - ebook
Opis

W 1840 roku Charlotte Brontë rozpoczęła pisanie pełnej namiętności opowieść o panu Ashworth, niezwykle krewkim dżentelmenie, potrafiącym w ciągu kilku lat stracić i odzyskać fortunę. Po śmierci ukochanej żony pozostaje mu córka wychowywana na pensji. W momencie, kiedy dziewczyna wraca do domu opowieść Brontë urywa się i… po latach Dorota Combrzyńska-Nogala tworzy jej dalszą część. Chcę wszystko zaczyna się oryginalnym tekstem, potem współczesna autorka snuje swoją wersję losów młodych bohaterek, splatając je ze sobą w dynamicznej, osadzonej w wiktoriańskiej dekoracji akcji. Powstała znakomita powieść o przyjaźni, miłości, toksycznych więzach rodzinnych i silnych, walczących o szczęście i niezależność kobietach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CHARLOTTEBRONTË & DOROTA COMBRZYŃSKA-NOGALA

CHCĘ WSZYSTKO

przekład:

Tytuł oryginału: Ashworth

Copyright © 2015, MG

Copyright © 2015, Dorota Combrzyńska-Nogala

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-287-2

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

CHARLOTTEBRONTË

ASHWORTH

ROZDZIAŁ I

Z Księgi Kapłańskiej

Długie nieużywanie pióra, którym się niegdyś często posługiwałam, sprawia, że czuję, jakby moja dłoń utraciła coś ze swej biegłości. Nie umiem również myśleć z tą regularnością, która w dawnych czasach wydawała mi się zwyczajna. Mogłabym się również poskarżyć na osłabioną wyobraźnię, bo nie umiem teraz, tak jak dawniej, przywołać na życzenie żywego obrazu wszystkiego, co chcę zobaczyć. Pragnienie odzyskania tych zdolności, które wydają się niemal utracone, skłania mnie do podjęcia ponownie trudu kompozycji.

Jest również pewna historia, której szczegóły często słyszałam od różnych osób i którą pragnę streścić w coś podobnego w formie do opowiadania, tak żeby nazwiska i zdarzenia w niej wyszczególnione nie wymknęły się całkowicie z mojej pamięci. Nie usłyszałam o tych zdarzeniach ostatnio; nie doszły również moich uszu wszystkie naraz. Każda scena i postać, o których napomknę, była tematem wielu anegdot przekazywanych w wieczornej rozmowie przy różnych domowych kominkach.

Parę lat temu pan Ashworth był człowiekiem bardzo znanym na prowincji. Ale w West Riding w Yorkshire, gdzie miały miejsce jego publiczne poczynania, jego prywatna historia po dziś dzień pozostaje w dużej mierze owiana tajemnicą. W istocie pochodził z południa Anglii i w jednym z hrabstw, myślę, że w Hampshire, znano go jako głowę znaczącej rodziny i posiadacza dużego majątku ziemskiego. Jego rodową siedzibą był, jak słyszałam, malowniczy budynek: duży i stary, niepozbawiony romantyzmu dzięki licznym pokojom wykładanym ciemną dębową boazerią; uszlachetniała go również galeria obrazów i dostojna prywatna kaplica. Każdy, kto chce zwiedzić Hampshire, może go jeszcze zobaczyć, chociaż jest oddalony od miast i gościńców i głęboko ukryty wśród drzew pięknego parku.

Pan Aleksander Ashworth, o którym teraz mówię, był synem niezbyt miłego jegomościa. Jego ojciec był człowiekiem bardzo nielubianym przez wszystkich swoich sąsiadów, wysokiego i niskiego urodzenia, bogatych i biednych. Arystokracja hrabstwa nienawidziła go za skrajną arogancję i pewną dozę radykalizmu, którą odznaczały się jego przekonania polityczne, i za odszczepieńcze uprzedzenie, charakteryzujące jego poglądy religijne. Albowiem chociaż zawsze chodził do kościoła, był zdeklarowanym unitarianinem. Co do osób niższego stanu, nie można oczekiwać, żeby wysoko ceniły tak surowego sędziego i chciwego gospodarza. Jednak pan Ashworth senior był człowiekiem utalentowanym, a także wpływowym. Zawsze, przy okazji wyborów w hrabstwie, mógł przyjść z wielką pomocą stronie, którą był skłonny wspierać.

Zrzędliwi politycy i ludzie gorąco znienawidzeni na zewnątrz nierzadko są lubiani we własnych rodzinach. Znałam ich jako dobrych mężów i czułych ojców, jak gdyby blask słońca, którego na ogół tak skąpili ludziom, rozlewał się z pełniejszym i serdeczniejszym blaskiem na ich własne szczupłe domowe ognisko i gospodarstwo. Można powiedzieć, że jest pewien rodzaj egoizmu w ich ograniczonej życzliwości. Jednakże panu Ashworthowi trudno byłoby to zarzucić. Był wyjątkowo surowym mężem i niemal nienaturalnie wymagającym ojcem. Nigdy nie słyszałam, żeby miał jakiś powód do niezadowolenia z żony. Była ona irlandzką damą wybitnie pięknej postaci i szczodrego ciepłego serca, mającą pogodną, liberalną naturę w dniach młodości i wolności, ale w trakcie życia małżeńskiego ujarzmioną stateczną powagą zachowania, graniczącą niemal z melancholią.

Jej główną zgryzotą były ciągłe nieporozumienia utrzymujące się już od wczesnego dzieciństwa między jej jedynym synem, Aleksandrem, a jego ojcem. Nie miała więcej dzieci; w konsekwencji dużo rozmyślała o swym chłopcu i pobłażała mu o wiele bardziej, niż powinna. Mógł zostać samowolnym, krnąbrnym nicponiem również bez tej pobłażliwości; jednak za jej sprawą stał się nim bez wątpienia. A pomiędzy nim a jego ponurym ojcem trwała nieustanna wojna domowa, która utrzymywała dom w waśni od rana do wieczora.

Jednakże pan Ashworth wpadł na znakomity pomysł wysłania syna do szkoły; nie po to wszakże, żeby uzyskał wykształcenie, ale żeby znikł mu z oczu. Chłopiec został zatem wysłany do Eton, gdzie przebywał aż do nadejścia czasu, by pójść na uniwersytet i dopiero po ukończeniu studiów w Oksfordzie powrócił do domu.

Przypuszczam, że w tym czasie był już wybitnie przystojnym młodym człowiekiem, bardzo wysokim i distingué[1], uważanym również za znakomitego uczonego, co zaświadczały laury uniwersyteckie, które zdobiły jego skronie, i liczne nagrody, które zgromadził. Świetnie się przedstawiał w Hampshire, kiedy wrócił do Ashworth Hall i był, szczególnie przez panie, bardzo podziwiany. Chociaż był pięknym mężczyzną, żadną miarą nie okazał się dobrym człowiekiem. Opowiada się rozmaite historie na jego temat, których nie mam zamiaru teraz powtarzać, ale które w swych ponurych szczegółach łączą się z imionami brzmiącymi delikatniej niż takie, które powinny się splatać z jego imieniem. Pamiętam dwa: Harriet i Augusta. Do pierwszej odnosi się smutna, do drugiej burzliwa historia. Z obiema łączy się romans, a także grzech, ze swym bliskim pomocnikiem, nieszczęściem. Jednak obie damy już umarły, a żyjący krewni żadnej z nich nie podziękowaliby mi za ujawnienie faktów, które lepiej pozostawić szczelnie zamknięte w urnach pod ich nagrobkami.

Młody Ashworth prowadził przez jakiś czas niezwykle próżniacze życie. Wreszcie ojciec zmęczył się oglądaniem go w domu i po rozmaitych scenach i wzajemnych obelgach, tyranii z jednej strony i bezczelności z drugiej, wysłał go do Londynu, żeby przyuczył się do jakiegoś zawodu, jako że nie miał zamiaru dłużej ponosić kosztów utrzymania takiego rozpasanego, rozrzutnego hulaki.

Rozpasany, rozrzutny hulaka, przyjechawszy do miasta, zaczął się prowadzić w sposób wskazujący na mocny zamiar zasłużenia na epitety, którymi obdarzała go ojcowska miłość. W wirze i zmianach londyńskiego życia on sam i jego czyny zostały już zapomniane. A jednak, myślę, że może jeszcze żyje kilka osób, którym nazwisko młodego pana Ashwortha przywróci przedziwne i wyraziste wspomnienia. Oczywiście każda z nich będzie go pamiętała w różnym świetle w zależności od tego, jak mu się podobało pokazywać swą wszechstronną postać w czasie, kiedy go znały. Ich poglądy będą również zmodyfikowane w zależności od rodzaju ich własnego umysłu i stopnia umiejętności oceniania jak i określania osobowości. Niektórym wydawał się nad wyraz zepsutym młodym człowiekiem, zbyt niewolniczo oddanym jaskrawemu występkowi, żeby być zdolnym docenić coś dobrego albo dążyć do czegoś wzniosłego; inni widzieli w nim ekscentryczną i dziką istotę, której dziwność stanowiła nieustanną zagadkę, czasem wydawało się, że towarzyszy ona wybitnemu i imponującemu talentowi, kiedy indziej, że jest wynikiem nieodwracalnie uszkodzonego mózgu. Jeszcze inni nie rozpoznawali go w żadnym z tych opisów, ale zachowali w pamięci jego obraz całkiem odmienny od wspomnianych wyżej. Jednak ta grupa obserwatorów zamyka się w niewielkiej liczbie. Słyszałam tylko o dwóch, a oni, jak się wydaje, uznali go kiedyś za swego idola i podobnie jak inni czciciele fałszywych bogów przydali swojemu bóstwu blasku, który raczej był odbitym lśnieniem ich włas­nej wyobraźni niż naturalną emanacją tej osoby.

Niewiele wiem o londyńskiej socjecie i mogę jedynie opowiedzieć z drugiej ręki o wspaniałych kręgach, do których Aleksander Ashworth został dopuszczony. Czy były to kręgi najwyższej arystokracji, nie wiem, ale z opisów, jakie słyszałam, przynajmniej posiadały wspaniałość i bogactwo arystokracji, jeżeli nie jej rangę i tytuły.

Tutaj, wydaje się, pan Ashworth był gwiazdą poruszającą się po szerokiej orbicie i niemało było satelitów podążających jego lśniącym szlakiem. Osiągnięcia młodego człowieka były różnorakie, a niektóre z nich, jak sądzę, olśniewające albo lepiej niż olśniewające, robiące głębokie wrażenie. Z takimi zaletami często łączy się przestępstwo. Gdybym pisała powieść, nie pozwoliłabym na to. Wybrałabym sobie sir Hargrave’a Pollexfena i sir Charlesa Grandisona i przyznała pośledni talent i pecha pierwszemu, podczas gdy drugi byłby obdarzony całkowicie nieodpartymi zdolnościami i wdziękami. Jednak mówię teraz o rzeczywistych wydarzeniach, a jako wierna kronikarka muszę opowiedzieć historię tak, jak ją opowiedziano mnie.

Według moich źródeł pan Ashworth wyróżniał się w muzyce. Wydaje się, że studiował i wielbił tę sztukę z żarliwością jakiegoś szalonego Włocha czy rozmarzonego Niemca. A w towarzystwie korzystał ze swego wielkiego talentu w sposób najzupełniej szczególny. Opisano mi, jak zrywał się nagle spośród grupy dam zgromadzonych pod żyrandolem i od razu, bez słowa, szedł do fortepianu. Ludzie byli zaskoczeni i zdumieni, widząc niezwykłą zmianę, która w takich chwilach zachodziła w jego wyglądzie, kiedy siadał przy instrumencie i uniósłszy oczy, które były błękitne i czyste, wydawał się wzywać natchnienie z czterech wiatrów niebieskich. Oczywiście wobec tak dziwnego ruchu zapadała ogólna cisza. Przerwały ją dopiero głębokie tony przywołane przez pełne akordy wydobywające się spod klawiszy, na które spadały palce Ashwortha. Nic nie wiem o muzyce, dosłownie nic i nie mogę sobie ufać w kwestii jakichkolwiek terminów technicznych, żeby nie popełnić jakiejś okropnej gafy. Jestem niedoskonale obznajmiona nawet z nazwiskami muzyków i kompozytorów. Myślę jednak, że mam rację, kiedy mówię, że to Weber, spotkawszy Ashwortha, więcej niż raz na przyjęciach i słysząc, jak gra, wyraził wielki zachwyt dla jego występu. Podaję to jako swego rodzaju gwarancję doskonałości tego, czego nie umiem opisać.

Kiedy pan Ashworth grał, panie stopniowo zbierały się wokół niego i mówią, że w miarę jak liczba jego słuchaczek rosła i gęstniał za nim jedwabny szereg, energia czy szaleństwo pianisty zwiększało się proporcjonalnie. Czasami, jak mówił mój informator, odwracał się i widząc nad sobą i wokół siebie piękne twarze, powiewające pióra i loki i wszystkie oczy żarliwie zwrócone na siebie, wydawał się uskrzydlony potęgą tej chwili i w ekstazie pochylał się nad instrumentem, a ten odpowiadał wtedy na jego dotyk dźwiękami, jakich nawet najbardziej przytępione ucho, do którego się wlewały, nieprędko mogło zapomnieć. Oczywiście ludzie różnili się w opiniach na temat takich popisów. Niektórzy mówili, że są dowodem obłędu, inni, że geniuszu. Niewiele go obchodziło, która opinia zyskiwała przewagę. Ulegał każdemu impulsowi, jaki odczuwał, widocznie nieświadomy, że jego rosnąca i najbardziej ekscentryczna ekstrawagancja może z czasem bardziej przerażać, niż fascynować. Takie napięcie w oczach i rysach mogło się w innych twarzach wydawać straszne albo absurdalne, ale on był bardzo przystojny, z jasnym, otwartym czołem i greckim profilem, którego żadne wykrzywianie nie mogło całkowicie zdeformować. Obecność pań nie zawsze hamowała jego poczynania orangutana i słyszałam, że zaprezentował się w najbardziej piekielnym stylu przed tą właśnie dziewczyną, z którą się potem ożenił.

Nazywała się Wharton. Z rodziny wywodzącej się z Yorkshire. Była łagodną, miłą młodą kobietą – można by oczekiwać, że jej natura cofnie się ze zgrozą przed wszystkim, co jest dzikie i fantastyczne. Jednak pewnego dnia, właśnie w jej obecności, pan Ashworth postanowił dać pokaz tego co dzikie i fantastyczne, przy okazji jakiejś kłótni, w którą wdał się z panem Arturem Macsha­ne’em (głupawym, ale dobrodusznym młodym Irlandczykiem, który przez dobrą sławę i dużo później zniesławienie podążył za nim do królestwa jego chwały). Pokaz polegał na gwałtownych i druzgoczących obelgach, które poprzedziła, którym towarzyszyła i po których nastąpiła seria gimnastycznych podskoków, najzupełniej nadzwyczajnych i niewytłumaczalnych, kiedy to para najdłuższych nóg w Anglii była zmuszona wykonywać ewolucje, jakie przynios­łyby wielki zaszczyt sztukmistrzowi, ale które całkowicie zhańbiły syna dżentelmena. Panna Wharton i inna jeszcze pani stały obok, zdumione i przerażone. Kiedy Ashworth zakończył swoje ćwiczenie, zwrócił się ku nim z uśmiechem spokojnej godności na twarzy, całkiem równym temu, jaki rozjaśniał rysy sir Charlesa panny Byron. Wydaje mi się, że istnieje pewien rodzaj analogii pomiędzy scenami takimi jak te a dziką farsą religii, którą odegrał na scenie Yorkshire wiele lat potem.

W szczytowym punkcie londyńskiego życia wieść o śmierci ojca wezwała Aleksandra do Hampshire. Naturalna więź została zatem zerwana, ale obawiam się, że to rozstanie nie poruszyło naturalnych uczuć. W rzeczy samej, można zapytać, czy choć jedna łza spadła na grób tego człowieka o surowej duszy i zimnym sercu, oprócz tej, którą uroniło oko wdowy po nim. Kiedy pogrzeb dobiegł końca, wszyscy z ulgą zapomnieli o zmarłym. Dzierżawcy i sąsiedzi, strząsnąwszy z siebie wspomnienie dawnego dziedzica, zwrócili się z zainteresowaniem do jego młodzieńczego syna i następcy. W pierwszą niedzielę po pogrzebie przyszedł on do kościoła z matką i kiedy ją prowadził nawą, jego wygląd zdawał się uzasadniać nadzieje i oczekiwania, które, choćby nawet sformułowane, nigdy nie miały się spełnić. Ubrany był w głęboką czerń, odcień, który doskonale pasował do jego wysokiej i szczupłej sylwetki i jasnej cery. Jego rysy były wówczas spokojne; można było oglądać ich piękny zarys niezakłócony grymasem czy drwiną. Królował w nich wyraz uroczystego, niemal żałobnego zamyślenia, podczas gdy oko było obojętne i uniesione ku górze. Wiele osób zarówno sądziło, jak i stwierdziło, że musi być bardzo religijnym młodym człowiekiem, bo nigdy nie widziały niczego bardziej niebiańskiego niż wyraz jego twarzy podczas całej mszy, szczególnie kiedy grały organy.

Wystarczył tydzień, żeby rozwiać to złudzenie. Ledwie prochy ojca ostygły w rodzinnej krypcie i Aleksander zajął miejsce pana na Ashworth Hall, kiedy zaprosił z Londynu trzech czy czterech dżentelmenów, elitę swoich znajomych z tego miasta, których nazwiska winnam wymienić jedynie po to, żeby z nikim innym ich nie pomylono – zwłaszcza że w Yorkshire żyje teraz wielu ludzi, którzy dzięki tej delikatnej aluzji nie omieszkają natychmiast przypomnieć sobie sławę czy niesławę tych dostojnych osobników. Mówię tu o panu Thaddeusie Danielsie z Castle Daniels w Irlandii; panu George’u Charlesie Gordonie z Cheviot Lodge w Northumberland, panu Fredericku Cavershamie z Longchamps w Berkshire i o nieszczęs­nym panu Arthurze Macshanie, z żadnego szczególnego miejsca na tym wielkim świecie. Przybył też Robert King, znany dżokej i oszust, i niejaki Jeremiah Simpson, bławatnik, który miał duże znajomości w świecie mody, a wśród tych, którzy go znali, cieszył się reputacją kompletnego acz subtelnego łajdaka.

Przed przyjazdem owych ziemian pan Ashworth zadbał o usunięcie z domu matki; wyjechała do Irlandii, żeby spędzić tam miesiąc czy dwa u swych krewnych. Skoro teren został w ten sposób oczyszczony, nie było już żadnych przeszkód, żeby ustanowić system kawalerskiego gospodarstwa, który doskonale odpowiadał gustom gości i ich gospodarza. Moi czytelnicy nie muszą się obawiać, że wdam się tu w opis owych wesołych tygodni. Nie mogę opisywać tego, czego w ogóle nie widziałam. Ale wydaje się, że po upływie niemal czterdziestu lat ciągle jeszcze żyje tradycja tamtej dzikiej, szaleńczej i fantastycznej zabawy, którą wówczas, noc za nocą, rozbrzmiewały korytarze i galerie Ashworth Hall. Zdumieni dzierżawcy dowiedzieli się niebawem, czego mogą się spodziewać po swoim rozrzutnym młodym dziedzicu; nic go nie obchodziło ich dobro i nie interesowało, czy mają o nim dobrą opinię. Wyglądało na to, że wszystkie jego wysiłki zmierzają do zmarnowania własnego majątku poprzez hulaszcze życie. Kiedy upłynęły dwa miesiące, jego goście opuścili dwór, a on opuścił go wraz z nimi. Wkrótce nadeszła wiadomość, że wszyscy wyjechali na północ, żeby uczestniczyć w wyścigach w Doncaster, podczas których dżokej King miał się przedstawić jako wybitna postać. Z Doncaster pomknęli do Londynu. Tam wydało się, kim naprawdę jest King i srodze mu się dostało za kwalifikowane oszustwo. Protektorzy opuścili go w kłopotach bez większych wyrzutów sumienia, bo nigdy nie było w ich zwyczaju pozwalać, żeby niepowodzenie jednego spośród nich spowodowało zatrzymanie się reszty w biegu. Cała zima przeszła w mieście i wreszcie wiosną Ashworth wrócił do Hampshire.

Miał już za sobą pierwsze szaleństwo. Mówię „pierwsze”, bo po nim przyszedł czas wielu innych, w których odznaczył się lekką ręką. Teraz jednak odpoczął trochę od tego zajęcia i ożenił się.

Jak powiedziałam wcześniej, nazwisko jego narzeczonej brzmiało Wharton, a pochodziła z Yorkshire. Można przypuszczać, że lepsze uczucia Ashwortha przeważały, kiedy ją wybrał. Była kobietą obdarzoną trzema czy czterema dobrymi cechami: wdziękiem, rozsądkiem, miłym usposobieniem i przyjemnym wyglądem. Nie chcę opisywać jej wyglądu olśniewającymi epitetami; nie lubię nazywać jej piękną czy przystojną czy fascynującą. Spokojny opis dałby dokładniejsze pojęcie o jej wyglądzie i sposobie bycia. Była dość blada, o miękkich i harmonijnych rysach. Miała oczy koloru orzecha laskowego i ciemnoblond włosy. Jej sposób bycia i oblicze były takie, jakie przystoją damie, a w jej głosie dźwięczał pasujący doń ton słodyczy.

Pan Ashworth bardzo się przywiązał do tej damy. Nie chcę powiedzieć, że jako amant, ale jako mąż. Nie można go tu oskarżyć o grzech niestałości, bo im dłużej z nią żył, tym bardziej wydawał się uzależniać od jej towarzystwa i obecności. Wyglądało na to, że znalazł w niej ziszczenie jednego z tych marzeń, jakie snują młodzi ludzie, o istocie cudownej dla oczu i pokrewnej dla duszy, której poszukiwaniu niektórzy poświęcają całe życie i nigdy jej nie znajdują.

Pani Ashworth miała niewątpliwie wady, ale były one takiego rodzaju, że nigdy nie drażniły wybrednego gustu jej męża. Była wytworna, delikatna i inteligentna. Miała również łagodne usposobienie i stwarzała dla niego dom pełen spokoju. Ashworth nie miał teraz serca zakłócać miru swego domostwa świętokradczym zgiełkiem, jaki niegdyś rozbrzmiewał pod jego krokwiami. Ci, którzy znali go w późniejszym życiu, z trudem przyznają, że przez pięć lat trzymał swą wędrowną łódź zakotwiczoną w tak spokojnej zatoce, ale tak właśnie było.

Niektórzy spośród moich czytelników mogli wcześniej nie słyszeć o panu Ashworcie i mogą nie znać okoliczności jego życia małżeńskiego. Niewątpliwie dojdą do wniosku, że jego żona musiała być szczęśliwą kobietą, mieszkając zawsze z mężem, którego bardzo kochała i który był wobec niej bezsprzecznie czuły i wierny. Często się zdarza, że kiedy okoliczności jakiejś sprawy wydają się doskonale jasne i kiedy wygląda na to, że niemożliwe jest wyciągnąć jakiś sprawiedliwszy wniosek niż ten, jaki uderza nas na pierwszy rzut oka, to jednak kiedy się bliżej przyjrzeć, okazuje się, iż wszyscy się myliliśmy i że, jak zwykle, zewnętrzne pozory są zdradliwe.

Pani Ashworth była młodą i ładną kobietą, żoną młodego, przystojnego i utalentowanego mężczyzny. Mieszkała w pięknym starym domostwie otoczonym angielskim parkiem, zielonym i rozległym, ze szlachetnymi dębami, które stanowią dumę Anglii, wieńczącymi zbocza, po których biegały jelenie, z lasami i szerokimi uprawnymi polami rozciągającymi się daleko dokoła. Wyobraźcie sobie tę damę idącą samotnie jakąś zieloną ścieżką pomiędzy pastwiskami albo polami zboża w majątku swojego męża. Nie ma przy niej służącego, tylko ten wielki pies, nowofundlandczyk Roland, którego ze względu na nią otaczano później w Hall troskliwą opieką. Z pewnością, gdybyście mogli zobaczyć twarz, którą ocienia ten słomkowy kapelusz, wyrażałaby ona szczęście. Dama odwraca się, zaskoczona nagłym ćwierknięciem ptaka na gałęzi leszczyny nad sobą. Jej oczy i policzki są mokre od łez. To taka prawda, że najszczęśliwsi pośród nas mają smutny wewnętrzny pokój z zasłoniętą niszą ukrywającą jakąś tajemną niedolę, której samo wspomnienie przesłania chmurą całe słońce ich życia.

Czy nie powiedziałam wcześniej, że pan Ashworth we wczesnej młodości był dziwny i nieobliczalny? Czy nie wspomniałam, że ukrywał ekscentryczne fantazje swojej natury, które niekiedy wydawały się graniczyć z szaleństwami obłąkanego? Ożeniwszy się, pan Ashworth zmienił swe obyczaje. Ale czy było możliwe, żeby zmienił własny temperament albo konsystencję własnego mózgu? Teraz nigdy nie wykręcał swych członków w zniekształcone i niemożliwe postawy arlekina. Nigdy nie przewracał oczyma ani nie wykrzywiał rysów jak ktoś, kogo trafiła epilepsja. Nigdy nie wstawał nagle ze swego miejsca wśród gości w salonie żony, żeby upadając niemal na jej fortepian, wylać nadmierne wzburzenie swej duszy w tony szalonego muzycznego natchnienia. Nie pił i nie klął, i nie bił się tak, że nawet zatwardziały drań jak Daniels uznał go za obłąkanego; nie strzelał także na chybił trafił przy własnym stole ani nie rozrzucał szufli gorących węgli pomiędzy swych zdumionych towarzyszy, oświadczając z ohydnym bluźnierstwem, że daje im w ten sposób przedsmak tego piekła, do którego wszyscy razem pędzą. Jednak, spodziewam się, nie był to jeden z wybryków młodości; był to wyczyn jego wieku średniego, jedno z jego szaleństw w Yorkshire. Tych rzeczy, jak mówię, nie robił. Przeciwnie, jego zrównoważone i szlachetne zachowanie było obecnie tak wytworne i spokojne jak zachowanie każdego dżentelmena w kraju. Jednak ekscentryczność, która została stłumiona w jednej formie, ujawniła się w innej i to o wiele dziwaczniejszej i mającej gorsze skutki.

W ciągu trzech pierwszych lat małżeństwa pani Ashworth urodziła dwoje dzieci, chłopców. Obu oddano niańce na folwarku będącym częścią majątku, gdzie pozostali do czasu, kiedy stali się silnymi, zdrowymi urwisami, umiejącymi chodzić za drobiem, krowami i końmi razem z nieokrzesanymi małymi wieśniakami, z którymi się wychowali. Wszyscy się wówczas spodziewali, że zostaną sprowadzeni z powrotem do Hall i oddani pod opiekę niań, żeby ich ubierano, kształcono i usługiwano im tak jak innym pańskim dzieciom. Ale nikt nie zwracał na nich żadnej uwagi. Zaznaczyłam wcześniej, że nigdy nie słyszano, żeby pan Ashworth zapytał o synów czy wyraził najmniejsze zainteresowanie opieką nad nimi. Pani Ashworth, w rzeczy samej, niekiedy ich odwiedzała, ale zawsze przychodziła późnym wieczorem, zostawała tylko na krótką chwilę i często opuszczała ich ze łzami w oczach i tak smutna, jak gdyby nie miała nadziei zobaczyć ich nigdy więcej.

Stopniowo zaczęły się szepty pomiędzy służbą i dzierżawcami, że pan Ashworth żywi do swoich dzieci antypatię i mówiono, że postanowił nigdy ich nie uznawać ani nie widywać. Choć ta pogłoska z początku wydawała się niewiarygodna, czas pokazał, na jak dziwnej prawdzie była oparta. A Edward i William Ashworthowie dobrze jej do tej pory dowiedli, poprzez zaniedbanie i trudy młodości oraz zmagania i wysiłek wieku męskiego. Sądzę, że uczucia pana Ashwortha musiały być wynikiem tej samej zasady, która spowodowała nienawiść carycy Katarzyny do swego syna Pawła. Jakikolwiek był motyw pana Ashwortha, wpłynął na całe jego życie: nigdy nie uznał swoich synów, nigdy z nimi nie rozmawiał, nigdy nie wspomógł ich nawet pensem. Jak zwykł mawiać pan Edward, kiedy siedział w swoim kantorze w Yorkshire, wertując księgi i obliczając zyski na miniony rok: niech nikt mu nie mówi o ojcu. Jest synem własnych działań. Kto mi pomógł założyć interes? Kto mi dał kapitał, kiedy zacząłem produkcję? Czuł wdzięczność, mówiąc, że nie jest winien temu staremu, zmarnowanemu łajdakowi w Hamp­shire nawet tyle, ile płaci za godzinę pracy jednemu pracownikowi w swoim zakładzie.

Chyba już dość powiedziałam, by pokazać, że pani Ashworth, będąca, jak ją opisałam, kobietą pełną uczucia i czułości, nie mog­ła być całkowicie szczęśliwa. Choć bardzo kochała męża, natura zmuszała ją także, żeby kochała swoje dzieci i może z tym boleśniejszą intensywnością przywiązania, że pomiędzy nią a nimi leżała przeszkoda i tak silny zakaz jej usunięcia.

Po czterech latach małżeństwa urodziła kolejne dziecko. Pan Ashworth, poinformowany o jego narodzinach, zapytał czy to syn, czy córka. Niania odpowiedziała, że córka. Wydawało się, że coś w rodzaju chmury znikło z jego twarzy, i powiedział: „Musi tu zostać i trzeba się nią zajmować w domu”. Kiedy zaniesiono tę wiadomość matce, podniosła oczy mile zaskoczona. Jej wygląd się zmienił. Wydawało się, że odżywa, jak gdyby pomyślała, że jest jakaś dodatkowa potrzeba, żeby wyzdrowiała i żyła. Ta chwila radości więcej zdradziła na temat jej minionych cierpień, niż ona sama kiedykolwiek wyznała skargą czy łzą. Pani Ashworth była jedną z tych osób, które do końca uśmiechają się do smutku, jeżeli czara, która go zawiera, została podana kochaną ręką.

Zbliżał się dzień zapłaty.

Nie ma sensu odwlekać tego, co mam do powiedzenia, ani zbliżać się do celu krętą drogą. Ashworth kochał swoją Mary tak bardzo, jak mężczyzna może kochać kobietę. Przebił jej serce, ale nie wiedział, jak głęboko sięga rana. Któż mógł myśleć, że tak spokojna fasada ukrywa śmiertelny ból? Żył obok niej we śnie, jak często żyją mężczyźni obok kobiet, które uwielbiają. Jednak „czas snu już dlań przeminął”. W swym śnie szedł z aniołem przez krainę Beulah. Teraz, tak jak Bunyan, miał się obudzić i stwierdzić, że jest sam na pustkowiu.

Umarła cicho pewnego letniego wieczoru, kiedy na jej prośbę pan Ashworth uniósł ją w ramionach z kanapy, żeby mogła popatrzeć z okna na zachód słońca. Odwróciła się od lśniącej czerwieni nieba, opuściła głowę na jego ramię i po krótkim zmaganiu wyzionęła ducha.

Bardzo opłakiwano panią Ashworth. Była kimś, kto podczas swego życia przysporzył sobie niewielu wrogów i wielu przyjaciół. Służba i znajomi jej żałowali. Dzieci były za małe, żeby je ta strata obeszła, ale mąż doznał z tego powodu wstrząsu, o czym świadczyła zmiana, jaka dokonała się w trakcie jego całego późniejszego życia. Nie złamała mu serca; jego energia nie wygasła. Kochał później więcej niż kilka razy z niemal szaleńczą namiętnością, ale

Nic serc im pustych nie ocala -

Zostały blizny.

Owo przywiązanie do domu, które stało się znaczącą cechą jego charakteru za życia żony, umarło wraz z nią. Zdawało się, że poetyczna czułość jego natury, której pozwalał otaczać żonę, podążyła za nią do grobu i została zamknięta pod tym samym ciężkim marmurem, jaki spoczął na jej szczątkach. Kto po jej śmierci kiedykolwiek widział u niego czułość? Nikt, chyba że było to osierocone malutkie dziecko, któremu pani Ashworth pozostawiła imię i błogosławieństwo.

Nieszczęścia nigdy nie chodzą pojedynczo. Ashworth wiedział od dawna, że jest zrujnowany i w ciągu miesiąca po śmierci jego żony wiedział o tym cały świat. Wspomniałam rozpasaną rozrzutność jego młodości: owa rozrzutność, jeszcze zanim objął majątek, całkowicie podkopała posiadłość, którą miał odziedziczyć. Dotychczas udawało mu się opóźniać katastrofę, o której wiedział, że w końcu musi nadejść, i od dawna żył w skrytym cierpieniu wobec perspektywy zniszczenia, jakie musi objąć tę, która jest mu droższa nad życie. Teraz jej nie było. Od razu rozluźnił nerwy, które były napięte, żeby zapobiec tej ruinie. Lawina zeszła; wszystko pod nią zatonęło. Ashwortha uznano za niewypłacalnego; jego majątek przejęli wierzyciele, a egzekucja sądowa ogołociła ściany Ashworth Hall. Matka, która jeszcze żyła, zajęła się dziećmi. Dobrze, że tak się stało, bo zdawało się, że ojciec zapomniał o ich istnieniu. Co do niego samego, nie odczuwając żadnej potrzeby pozostania pod dachem, gdzie „skruszone łkały u nóg bogi”, opuścił okolicę i znikł, nikt nie wiedział gdzie.

Tak więc zamykam jeden rozdział w życiu Aleksandra Ashwortha. Zawiera tylko trzy wydarzenia, ale wszystkie trzy są ważne: jego narodziny, małżeństwo i bankructwo.

ROZDZIAŁ II

Ostatnie zdanie wydaje się wskazywać, że piszę regularną biografię tego dżentelmena, ale jeśli moi czytelnicy tak sądzą, stwierdzą, że się mylą. Biografia nie jest moją mocną stroną, a szczególnie biografia takiego człowieka. Raczej usiadłabym i spisała usystematyzowaną biografię lorda Broughama[2]. Po kim, jeśli nie po ignis fatuus[3], który niesie swą latarnię ponad wrzosowiskiem i mchem poprzez niedostępne miejsca, można się spodziewać, że wytropi krok takiego włóczęgi. Zgubiłabym się, gdybym spróbowała wyjść w mroczne pustkowie, gdzie widzę, jak jego błędne światło lśni przez chwilę na porośniętych trzciną sadzawkach, pośród których przemyka. Nie, czytelniku, jeśli pójdziesz ze mną, musisz się trzymać drogi, kolei przecinającej Chat Moss. Będziemy rozmawiać ze wszystkimi, których spotkamy, a czasami, w przerwach, Ashworth ze swym światłem przeleci przez naszą drogę, może zatrzyma się i odwróci dwa albo trzy razy w swoich dziwnych obrotach, po czym usunie się tam, dokąd nie wolno nam nigdy podążyć.

Mam mało wspólnego z piętnastoma latami, jakie nastąpiły po śmierci pani Ashworth. Wydaje się, że to długi okres w życiu człowieka, żeby przejść nad nim niemal w milczeniu, a był to poza tym zdecydowanie najbardziej porywający i pełen wydarzeń okres w życiu Aleksandra. Ale powtarzam: nie mogę pójść za nim w te dziwne spekulacje polityczne i ekonomiczne, które później dały swemu pomysłodawcy miejsce w historycznych annałach owych czasów.

Sceną jego działań były północne hrabstwa Anglii; od czasu bankructwa był stracony dla południa. Zanurkował pod wodę i wychynął daleko od miejsca, w którym zniknął. Ale zmienił nie tylko miejsce pobytu. Wydawało się, że jego charakter, jego wygląd, jego zachowanie przeszły całkowitą przemianę. Ashworth opuścił Hampshire jako dżentelmen o arystokratycznym wyglądzie, języku, manierach, gustach, uczuciach, przyzwyczajeniach, i przesądach. Minęły ledwie trzy miesiące, kiedy przyjechał do karczmy Strafford’s Arms w Wakefield w Yorkshire, ubrany w zielony żakiet, białe sztruksy i buty z cholewami, na ognistym i potężnym koniu, prowadząc za sobą duże stado bydła. Za nim jechało trzech poganiaczy, a obok niego czterech dżentelmenów, których mający zaszczyt znać ich wcześniej mogli rozpoznać jako panów Thaddeusa Danielsa, George’a Charlesa Gordona, Artura Macshane’a i Roberta Kinga. Ostatniego z wymienionych dżentelmenów pozostawiliśmy dwadzieścia lat temu w niejakich kłopotach w Doncaster.

Thaddeus Daniels, jak powiedziałam wcześniej, był irlandzkim dżentelmenem, człowiekiem energicznego ciała i umysłu, ale splamionego honoru i takim, który nauczył się zasad moralnych w szkole francuskich rewolucjonistów. Jego żoną była owa Harriet, której imię wspomniałam jako uwikłane w cieniu wczesnych grzechów Aleksandra Ashwortha. Daniels znał całą jej historię, jednak nie wahał się z nią ożenić. Była kobietą, której niefortunny los zdawało się opromieniać niewiele błysków szczęścia. Surowość macochy uczyniła jej dzieciństwo nieszczęśliwym. Kiedy dorosła, jeden fatalny błąd na zawsze zniweczył jej spokój ducha. Niedola życia małżeńskiego doprowadziła ją do szaleństwa. Powtórzyła błąd, który wcześniej tak drogo ją kosztował, a smutna i samotna śmierć była pokutą, którą oburzone sumienie i złamane serce wymusiły za podwójny grzech.

Pan Daniels był o osiem lat starszy od pana Ashwortha. To on, pospołu z Robertem Kingiem, dawał mu pierwsze lekcje występku, lekcje, które zostały przyswojone tak dobrze, że teraz uczeń prześcignął swych nauczycieli i był gotów realizować zamysły, jakie oni ledwie odważali się planować. Daniels stracił swój dziedziczny majątek w taki sam sposób jak Ashworth. Był zatem całkiem gotów dołączyć do niego sercem i czynem, w spekulacji, która miała odzyskać ich utracone dobra – była to śmiała spekulacja, obejmująca plany politycznej szarlatanerii i oszustwa handlowego, bezprecedensowe w jakiejkolwiek poprzedniej części naszej historii.

Powiedziałam, że ojciec Ashwortha był radykałem w kwestiach politycznych. Samego Ashwortha w młodości i w czasach małżeństwa te sprawy nie obchodziły. Nie opowiadał się po żadnej stronie, ale mówił z jednakową pogardą o wigach i o torysach, o rządzie i o opozycji. Ale po tym wydarzeniu, które stępiło jego lepsze uczucia i wzburzyło niespokojne pierwiastki jego natury, poddał się skłonności swego ducha i nadal gardząc wszystkimi uznanymi władzami i istniejącymi instytucjami, wystąpił od razu jako zażarty i zdeklarowany republikanin. Tutaj Daniels mógł z nim serdecznie współpracować. Ta sama kontynentalna szkoła, która nauczyła go kodeksu moralnego, dała mu również stronniczość polityczną: był uczniem Barrasa i Mira­beau. Irlandzki i francuski charakter mają wiele pokrewnych cech. Zaciekłość, zdrada i wzburzenie są silnymi cechami charakterystycznymi obu narodów. Daniels łączył je wszystkie doskonale, dodając do nich zwodniczą cechę beztroskiej zwierzęcej wesołości. Nic jeszcze nie powiedziałam o Gordonie i Macshanie. Obaj byli łajdakami, i to łajdakami bez grosza. Różnica między tymi dwiema postaciami polegała na tym, że Gordona charakteryzowała najbardziej ponura zjadliwość, a Macshane’a najmniej dżentelmeńskie poczucie honoru. On również był Irlandczykiem i również miał atut francuskiego wykształcenia. Dam prawdziwe pojęcie o wyrafinowaniu jego uczuć moralnych, kiedy powiem, że Harriet, żona Danielsa i kochanka Ashwortha, była siostrą Artura Macshane’a. Wiedział, że została zniszczona przez tego ostatniego i jest brutalnie maltretowana przez pierwszego, jednak nie wahał się wspierać jednego i być kompanem drugiego. Niemniej Macshane był lepszym człowiekiem niż Daniels czy Gordon. Miał pewną szczodrość serca i serdeczność uczuć, przymioty, których tamci dwaj byli całkowicie pozbawieni. Co powiem o Robercie Kingu? Był małym człowieczkiem o wrednym wyglądzie, który nie mógł się wykazać tak piękną postacią czy silnym ramieniem jak jego arystokratyczni towarzysze, ale który sprawił, że jego subtelność zastępowała ich siłę. Wydaje mi się, że widzę go w tej chwili. Był niski i trochę przygarbiony w ramionach. Fizjonomię miał wyjątkowo brzydką: jego nos był długi, dość hebrajski; oczy osadzone blisko siebie i małe; włosy bardzo rude. Za to odznaczał się talentem w swojej dziedzinie. Ashworth doceniał jego zdolności i trzymał go przy sobie przez wiele lat.

Takich to osobników Aleksander Ashworth wybrał sobie na wspólników swej wielkiej potrójnej postaci jako demagog, hodowca krów i dżokej. Jak w dawnych czasach, przewodził. Był Szatanem – oni zaś Belzebubem[4], Belialem[5], Molochem[6] i Mammonem[7]. Cóż więcej mam powiedzieć o cwale tych bohaterów przez północne hrabstwa, przez Lancashire, Yorkshire, Westmoreland, Cumberland, Durham i Northumberland; o ich udziale w jarmarkach i targach; o ich hurtowym targowaniu się o woły i konie; o ich politycznym gardłowaniu i perorowaniu na ulicach? Czy jest jakiś stary hodowca bydła w Craven, emerytowany handlarz koni w East Riding, sześćdziesięcioletni gospodarz w którejkolwiek prowincji na północ od Humber, który nie umie opowiedzieć o wiele lepiej niż ja o wielkiej firmie Ashworth i Spółka, który nie umie opisać wyglądu szefów tej firmy, jadących konno obok swoich wielkich stad bydła? Ashwortha, wysokiego, przystojnego mężczyzny i najśmielszego jeźdźca; Gordona, o posępnym wyglądzie i prostych czarnych brwiach; Macshane’a, lekkomyślnego typa z kręconymi rudymi włosami i rudymi bokobrodami. Również w Leeds, Manchesterze i Liverpoolu mieszka wielu kupców, którzy pamiętają targowe obiady wydawane przez Ashwortha, zgiełk przy stołach, gdzie prezydował, jego pijackie wyczyny, przekleństwa, dziwne, fantastyczne wypowiedzi, dzikie kaprysy, bluźniercze i wywrotowe przemówienia po obiedzie. To nie zostało zapomniane i nigdy nie zostanie. Ashworth był lubiany w okręgach handlowych. Umorusani, inteligentni mechanicy z Manchesteru i z West Riding w Yorkshire wręcz uwielbiali go. Rozpowszechniał truciznę ateistycznych i republikańskich pojęć w ich fabrykach i gręplarniach, i w tych ponurych świątyniach traktowano go niczym boga, któremu chętnie się kłaniano. Danielsa też lubiano; talenty towarzyskie były dlań rekomendacją na wszystkich publicznych obiadach. Dobrze wiedział, jak ukryć serce zdrajcy pod rysami wesołego irlandzkiego dżentelmena.

Nie poruszyłam jeszcze tematu doświadczenia religijnego pana Ashwortha. Podczas napadu delirium tremens[8], wyniku kilkutygodniowej lekkomyślnej rozpusty, postanowił wygłaszać kazania i modlić się z fanatycznym ferworem we wszystkich miastach, wsiach i wioskach, które leżały na jego drodze. Jego doktryna wahała się od najniższego arminianizmu do najwyższego kalwinizmu. Dzika zapamiętałość i elokwencja przysparzały mu konwertytów, których gorliwość wkrótce jednak stygła wobec nawrotu pijaństwa i rozpusty ich apostoła. Ten napad trwał trochę ponad miesiąc. Powracał jednak, z niewielkimi przerwami, w kilku następnych okresach jego życia. Daję taki oto krótki szkic spraw zawartych na przestrzeni tych piętnastu lat – omijając tylko kilka ustępów dotyczących cichej winy, która zakłóciła spokój więcej niż jednej rodziny i wprowadziła grzech i smutek do domów, gdzie, do tej pory, ci mroczni goście byli obcy. Za to wszystko Aleksander Ashworth odpowie przed trybunałem, gdzie jego wielkie talenty, dalekie od doprowadzenia do uniewinnienia go, podwoją jedynie ciężar jego sprawiedliwego potępienia.

A teraz Czytelnik przypomni sobie, że kiedy pani Ashworth umarła, pozostawiła po sobie troje dzieci, z których najstarsze miało ledwie cztery lata. Co się stało z tą trójką? Gdzie i czym są?

Edward i William zostali wysłani przez babkę do prywatnej szkoły – chyba do Harrow. Gdyby żyła, zapewne zostaliby stamtąd przeniesieni na jeden z uniwersytetów. Jednak jej śmierć to uniemożliwiła. Edward, najstarszy, przebrnął przez wyboiste życie ucznia bez dużej szkody dla swych uczuć ani zdrowia. Nigdy nie słyszałam, żeby go bardzo lubiano w Harrow ani żeby zawiązał jakieś bardzo sentymentalne przyjaźnie w stylu Orestesa[9] i Pyladesa[10] pośród swoich towarzyszy. Prawdopodobnie nie był zdolny do tego rodzaju przywiązania. Nawet jeśli w jego naturze istniały wcześniej zarodki czułego uczucia, los sprawił, że nigdy nie otrzymały szansy na rozwój. Nie miał domu, nie miał ojca ani matki. To prawda, miał babkę, która wydawała się gotowa traktować go z dobrocią, ale może brak było sympatii między jego i jej naturą, bo nigdy nie zauważono, żeby na jej dobroć odpowiedział przynależnym stopniem wdzięczności. Mógł pokochać siostrzyczkę, ale nie miał możliwości okazania jej swoich względów, jako że rozdzielono ich już w dniu jej narodzin. Miał jednak brata, jedynego brata, ale o rok młodszego od siebie. Prawdopodobnie tu się skupiały wszystkie kochające uczucia jego natury. Jeśli tak, była to miłość zbyt głęboka dla słów czy nawet czynów – albowiem nikt nigdy nie odkrył jej istnienia. Tak więc nie niepokojony płaczliwym uczuciem Edward Ashworth wyrósł na silnego i odważnego chłopca: kształtnego, nie za wysokiego jak na swoją wagę, o rysach równie proporcjonalnych jak jego figura i twarzy, której wyraz można było różnie interpretować zgodnie z nastrojem tych, którzy go badali. Można go było nazwać pełnym zapału i opanowanym albo egoistycznym, bezczelnym i zakamieniałym. Nikt jednak nie mógł zaprzeczyć, że wskazywał na żywy rozsądek i bystry talent, chociaż niektórzy mogli nie dostrzec śladów uczucia wielkoduszności czy rycerskiego honoru. Edward przebrnął przez szkołę. Nie szukał względów ani u nauczycieli, ani u kolegów, ale jedni i drudzy bali się go. Był niebezpiecznym młodzianem, zawsze skłonnym do niezadowolenia i buntu; stale przekraczał granice, a potem zręcznie zrzucał karę, która mu się należała, na barki jakiegoś nieszczęsnego młodszego kolegi. Nie lubił się uczyć i nigdy nie aspirował, żeby otrzymywać jakieś wyróżnienia.

William Ashworth znacznie się różnił od Edwarda, jednak wcale nie był dużo bardziej lubiany. Spokojniejszy w sposobie bycia, ale nie serdeczniejszy w uczuciach, usposobienie miał mniej gwałtowne; był chłodny i opanowany. Nie miał jak Edward skłonności do zastraszania i bijatyki, bo nie był taki silny. Raz czy dwa, kiedy był zmuszony bić się z silniejszym od siebie chłopcem, poddał się strasznej karze z indiańskim uporem i małomównością. Jego siła leżała raczej w wytrwałości niż w działaniu. Na pierwszy rzut oka można było powiedzieć, że William jest miłym chłopcem, bo był ładny, miał kręcące się blond włosy i nadzwyczaj czyste niebieskie oczy. Ale szybko dało się dostrzec w jego charakterze brak szczerości, otwartości czy też bezpośredniości. Nigdy nie mówił o swoich uczuciach. Jego uwagi o uczuciach innych były cyniczne i drwiące. Poza tym miał usposobienie samotnicze, nieprzyjemne i nienaturalne u młodego chłopca. Pod tym względem był gorszy od Edwarda, który nigdy nie stronił od kolegów (chociaż w ich towarzystwie często okazywał się kłótliwy i awanturniczy). W wolne popołudnia William wymykał się na jakieś własne samotne poszukiwania i nic nie budziło równie skutecznie jego uśpionej głębokiej nienawiści jak to, że inni chłopcy idą za nim i go obserwują. Zauważono, że jeśli się zdarzyło, że któraś z jego ulubionych kryjówek została odkryta, porzucał ją i od tej pory nigdy tam nie wracał, ale odchodził w poszukiwaniu innego i bardziej odosobnionego miejsca wytchnienia. William różnił się od Edwarda także tym, że dość lubił książki – jednak nie te związane z regularną nauką, wobec nich bowiem był nieuważny i obojętny. Ale chętnie szukał rozmaitej literatury, a kiedy znalazł książkę, która mu się podobała, leżał godzinami na plecach w cieniu, zagłębiony w lekturze. Była to jednak jego ulubiona pozycja, również kiedy nie miał książki i nic do roboty poza patrzeniem na chmury i niebo, widoczne w przebłyskach poprzez trzepoczące liście drzewa.

William i Edward nie byli kompanami. Nieraz się kłócili i bili, a Edward, jako silniejszy, porządnie turbował Williama. Miał w zwyczaju nie przestrzegać ściśle zasad uczciwej walki. Przy jednej czy dwóch okazjach, po uprzedniej prowokacji, kiedy stwierdził, że panuje nad młodszym bratem, powaliwszy go, uderzał raz za razem, aż Williamowi poszła krew z nosa i ust. To była cecha dziedziczna, spadek po jego miłym dziadku. Była zapewne troskliwie przechowywana w pamięci młodego dżentelmena, który ją otrzymał, a pośród którego licznych wspaniałych zalet nigdy nie słyszałam, żeby wspomniano o gotowości do wybaczania.

Kiedy Edward miał osiemnaście, a William siedemnaście lat, ich babka umarła. Nie pozostawiła im fortuny, albowiem jej dożywotne dochody wdowy powróciły do syna. Zasoby braci od razu się skończyły, nie mieli środków, żeby pozostać w Harrow. Obaj opuścili zatem szkołę, mając skromną garderobę i mizerne fundusze wysokości jednego suwerena i kilku szylingów każdy. Nie znaleźli dla siebie gotowej wyznaczonej drogi w świecie, żadnego zawodu dostępnego dla swych ambicji, żadnego krewnego gotowego podać im pomocną dłoń. Młodzieńcy byli zupełnie sami i w tych okolicznościach wkrótce popadli w zapomnienie – zanurkowali, tak jak zrobił to ich ojciec, ale w gorszą topiel niż on kiedykolwiek doświadczył, topiel przygotowaną dla nich przez ich własny całkowity brak doświadczenia i rozpaczliwą sytuację. Poznali biedę. Miażdżące trudności, niedostatek, głód i niemal nagość to prezenty, które złożyła na ich piersi. Zostawiam ich zatem na chwilę w ciemności, pustce i wśród wysokich fal wokoło. Nurkowie mogą wypłynąć znowu na światło dzienne, niedługo, trzymając w dłoniach perły, jakie znajduje się w ponurych morzach przeciwności.

Zapytajmy teraz o dziewczynkę. To tak jakbyśmy się odwrócili od dwóch krzewów wrzosu zakorzenionych na wietrznej stronie wzgórza, żeby popatrzeć na kwiat starannie uprawiany pod inspektem. A jednak mogłabym wycofać tę przenośnię, ponieważ panna Ashworth, jak jej bracia, nie zaznała nigdy takiej uwagi i uczucia, jakie może dać rodzic. Ją także wcześnie wysłano do szkoły, ale różnica w jej życiu była taka, jaka istnieje pomiędzy prywatną szkołą dla młodych dżentelmenów a pierwszorzędnym londyńskim prywatnym zakładem dla młodych dam. Panna Ashworth, chociaż rzadko odwiedzana przez przyjaciół, była zawsze traktowana z szacunkiem przez guwernantki, nauczycieli, pryncypałów i koleżanki, ponieważ umiejętności, jakich ją uczono, były kosztowne i liczne, a jej dodatki i ubiór były najbardziej wyszukanego i kosztownego rodzaju. Ojciec rzadko przyjeżdżał ją odwiedzić, ale kiedy się zjawiał, jego powóz, piękne konie i własny bardzo dystyngowany wygląd zawsze robiły wrażenie na dyrektorce tego pierwszorzędnego zakładu. Trzeba pamiętać, że pan Ashworth znowu stawał się bogaty. Odkupił Ashworth Hall i dodał doń posiadłości w Yorkshire. Prawdopodobnie nawet bez tych walorów własna postawa i zachowanie panny Ashworth mogły zapewnić jej pewną dozę atencji ze strony otaczających ją osób. Wybieram słowo „atencja” zamiast cieplejszych określeń, takich jak „uczucie” czy „przywiązanie”, albowiem ta młoda dama miała charakter uważany za cokolwiek dumny i wybredny. Nie jest niemożliwe, że może istnieć podobieństwo między jej usposobieniem i usposobieniem jej brata Williama. Pewne jest, że była powściąg­liwa. Nie wyjawiała tajemnic; nie miała przyjaciółki od serca. Miała jedną dobrą cechę charakteru. Chociaż nieśmiała i trzymająca się z daleka od swoich starszych i szykowniejszych koleżanek, zwykle była miła dla młodszych i dla płotek. Jej dobroć była z pewnością cichego rodzaju i rzadko się pokazywała, z wyjątkiem sytuacji, kiedy któraś popadła w kłopoty i martwiła się. A jeśli pojawiło się trudne zadanie do nauczenia albo trzeba było odbyć karę, panna Ashworth na ogół była gotowa zrobić co w jej mocy dla cierpiącej. Również kiedy starsze damy wykazywały jakiekolwiek oznaki tyranii, rzadko brakowało jej słowa, żeby potępić ich despotyzm.

Panna Ashworth była bardzo kłopotliwa jako uczennica, bardzo uparta i nieustępliwa, kiedy przywieziono ją po raz pierwszy do szkoły jako rozpuszczoną sześcioletnią dziewczynkę. Ale w miarę jak dorastała, stawała się spokojniejsza i wytworniejsza i bardzo się przykładała do nauki, która, w rzeczy samej, sprawiała jej niewiele trudności, albowiem jej uzdolnienia były duże, a nawet świetne. Miała zwłaszcza szczególny talent do muzyki, prawdopodobnie odziedziczony po ojcu. Z tej sztuki zdawała się czerpać milczącą, ale głęboką przyjemność, a jej nauczyciel, będąc sam znanym profesorem, wkrótce ogłosił, że jest jego dumą. Stopniowo panna Ashworth stała się jedną z primadonn szkoły. Jej dyrektorka także była z niej bardzo dumna, ponieważ wygląd dziewczyny i osiągnięcia przysparzały zakładowi wiele uznania. Jednakże, choć wiele osób szanowało pannę Ashworth, w istocie niewiele ją kochało. Zdawało się, że nie dba o szacunek większości osób wokół. Czy był to skutek nieczułości i braku uczucia, czy też miało to inne źródło, będzie odtąd przedmiotem naszego dalszego badania.

Panna Ashworth była teraz bliska ukończenia szesnastego roku życia. Zawiadomiono już, że to będzie jej ostatnie półrocze w szkole. Nadeszły ferie Bożego Narodzenia. Nazajutrz wszystkie londyńskie szkoły miały zacząć wakacje, a to był wieczór wielkiego egzaminu i rozdania nagród. Dosyć mieliśmy opowieści i dydaktyki: teraz muszę przejść bliżej do rzeczy i postarać się ilustrować postaci, wprowadzając od czasu do czasu sceny i dialog. Nie zamierzam schodzić do obszernej klasy ani do jasno oświetlonego salonu zakładu pani Turner, gdzie zebrała się wówczas wesoła kompania, a dwadzieścia elegancko ubranych młodych dam popisywało się umiejętnościami i otrzymywało nagrody za swoje półroczne wysiłki. Głębokie tony fortepianu rozbrzmiewały w całym domu. Niżej rozlegał się śmiech wielu głosów i odgłos ogólnej wesołości, ale podczas gdy ten karnawał królował na dole, górne pokoje wypełniała cisza. W jednym z nich paliła się pojedyncza świeca. Jej świat­ło, chociaż przyćmione, ukazywało wszystkie oznaki pakowania i przygotowywania do podróży, rozrzucone na łóżkach, krzesłach i komodach rzeczy świadczyły o tym wymownie. Kufry wszelkiego rodzaju zawalały podłogę. Jedna z tych niewolnic, nazywanych półpensjonariuszkami, klęczała pośrodku pokoju, zajęta pracowicie pakowaniem dużego kufra. Porywy deszczu stukały w okno sypialni, dając świadectwo, że jest dżdżysta grudniowa noc.

Minęła godzina, podczas której pakowanie odbywało się w milczeniu i szybko. Nikt nie pojawił się w sypialni poza ową służącą, a ona czasem ją opuszczała, żeby szukać brakujących przedmiotów w innych pokojach. Jej świeca znikała wówczas wraz z nią i wszystko za nią pozostawało w całkowitej ciemności i ciszy.

Ale teraz scena miała się zmienić. Słychać było, jak na dole otwierają się drzwi i w korytarzu rozległ się gwar głosów. Egzamin się skończył i uczennice zostały zwolnione. Panienki wbiegały szybko po schodach; korytarz się wypełnił i śmiejąc się, i podskakując, uczennice weszły do sypialni. Większość tych, które się tu pojawiły, była wysokimi i przystojnymi dziewczynami, elitą szkoły, wszystkie bardzo elegancko ubrane w galowe stroje. Suknie z koronki i satyny przebiegały obok podobnej do wołu roboczego służącej, klęczącej nadal na podłodze, stanowiąc niezbyt pochlebny kontrast z jej suknią z ciemnej wełny, zachodzącą wysoko pod szyję i ozdobioną jedynie wąską falbanką. Młode damy nie zwracały uwagi na tę osobę, która nie należała do ich kasty, ale zebrały się w grupy przy swoich toaletkach, stojących w niszach okien. Pokój wypełniały rozmowy i w ogólnym gwarze można było tylko tu i ówdzie uchwycić jakieś zdanie.

– Tak się cieszę, że to już koniec! Naprawdę się trzęsłam, jak musiałam grać tę sonatę. Dobrze mi poszło?

– O tak, znakomicie, a czy ja dobrze powiedziałam tę scenę z Racine’a? Czy mówiłam z dobrym akcentem?

– Tak, z doskonałym, ale uważam, że to wstrętne ze strony pani Turner, że nie dała mi nagrody za muzykę. Opowiem wszystko papie, jak pojadę do domu i myślę, że nie pozwoli mi tu wrócić.

– Och, tyle jest stronniczości. Mama mówi, że właśnie z tego powodu jest przeciwna szkole.

– W takim razie twoja mama się myli – przerwała inna młoda dama o wspaniałym wyglądzie. – Ja uważam, że pani Turner rozdzieliła nagrody bardzo sprawiedliwie.

– Tak, nigdy pani nie pomija, panno De Capell. Jest pani jedną z jej ulubienic.

Panna De Capell odwróciła się z wyrazem milczącej pogardy i kontynuowała rozmowę, którą była zajęta wcześniej, z dwiema ciemnowłosymi dziewczynami o wyglądzie Hiszpanek, do których zwracała się jako do Julii i Harriet Daniels i które nie były nikim innym tylko córkami Thaddeusa Danielsa. Rozmowa dotyczyła głównie tego, co wydarzyło się podczas egzaminu oraz sukien i wyglądu tych, które dostały nagrody. Wymieniano także komplementy.

– Tak świetnie wyglądałaś, Amelio, kiedy szłaś odebrać nagrodę za rysunki, naprawdę całkiem przystojnie.

– Nonsens, Harriet, nawet w połowie nie tak dobrze jak ty. Ta suknia z różowej gazy doskonale pasuje do twojej cery. Nawiasem mówiąc, jak ci się podobała panna Ashworth?

– Och, nie wiem. Tak jak zawsze, wyglądała dumnie.

– Zawsze tak wygląda, ale jest bardzo bystra. Ileż nagród dostała!

– Ona i pani macie obie wyjechać w tym półroczu, prawda panno De Capell?

– Tak.

– Będziecie się odwiedzać, jak wrócicie do Yorkshire?

– Nie wiem. Może Ashworthowie zamieszkają w Hampshire? Teraz jednak muszę zapytać tę dziewczynę, czy spakowała moje rzeczy jak należy.

Postawna panna De Capell podeszła do służącej i zapytała:

– Hall, spakowałaś moje biurko?

– Tak.

– A pudełko z przyborami do szycia?

– Tak.

– Mam nadzieję, że nie kosmetyczkę?

– Owszem, jest na samym spodzie kufra.

– To bardzo głupio z twojej strony! Mogłaś się domyślić, że będzie mi jeszcze potrzebna. Wyjmiesz ją, proszę, zaraz.

– Będę musiała rozpakować cały kufer, a jest już związany sznurkiem – powiedziała służąca.

– Nic na to nie poradzę – padła wyniosła odpowiedź. – Muszę mieć kosmetyczkę.

Służąca oderwała się od pracy. Odpowiedziała, nie podnosząc oczu:

– Uważam, że to nierozsądne, panno De Capell. Mam tyle do zrobienia.

– Zdaje mi się, że twoim obowiązkiem jest nam usługiwać – odparła jej rozmówczyni, będąca najwyraźniej rozpuszczonym dzieckiem bogactwa. – Będziesz tak dobra i zrobisz mi tę uprzejmość albo uznam za konieczne poskarżyć się pani Turner.

Służąca zrobiła, co jej kazano i pośpiesznie zaczęła odwiązywać twarde, szorstkie sznurki, które z takim trudem wcześniej zawiązywała.

Amelia De Capell wróciła do swoich towarzyszek.

– Och – powiedziała, klaszcząc w ręce, jak gdyby ogarnęła ją nagle ekstaza, zmiatając wszelkie wspomnienie służącej o nazwisku Hall. – Och, jak wspaniale będzie jutro, kiedy powóz, nasz własny powóz podjedzie pod drzwi i wysiądzie z niegopapa, a Nicholson zadzwoni i zastuka kołatką. Potem, kiedy pożegnam się z wami wszystkimi i pięknie się usadowię w powozie blisko papy, i kiedy popędzimy – pożegnam Kensington i w drogę do rozważnego Yorkshire i miłego De Capell Hall!

Panna Amelia była przystojną dziewczyną w rozkwicie i wyglądała pięknie, kiedy jej oczy iskrzyły się w oczekiwaniu przyjemności. Istotnie niewiele osób mogło się spodziewać bardziej świetlanej perspektywy niż ta, która leżała przed nią. Była jedyną córką, przeznaczoną, żeby zostać bogatą spadkobierczynią. Jej ojciec, pomimo swego arystokratycznego nazwiska, był człowiekiem interesu – kupcem – ale jednym z tych kupców, którzy przypominają książęta. Jego styl życia, dom, powóz, konie i służba mogły rywalizować ze szlacheckimi. Moim Czytelnikom nie wolno sądzić na podstawie scenki, którą właśnie opisałam, że panna Amelia była bardzo złośliwą albo nieprzyjemną młodą damą. Przeciwnie, była bardzo lubiana wśród tych, które uważała za równe sobie, ponieważ w stosunku do nich zawsze zachowywała się nadzwyczaj miło. Jej matka była kobietą dumną i bezmyślną, a ją od wczesnego dzieciństwa przekonywało, że podwładnych należy trzymać na dystans i traktować wyniośle. Pobłażliwość i pochlebstwa dużego kręgu bogatych krewnych nauczyły ją uważać samą siebie za coś niezrównanego. W tych okolicznościach jedynie jej wrodzony dobry humor, uroda i pewna doza rozsądku uchroniły ją przed staniem się kimś wręcz nieznośnym. Panna De Capell i panna Ashworth nigdy nie zgadzały się ze sobą. Duma utrzymywała dystans między nimi. Jednak panna Ashworth była wolna od niektórych wad panny De Capell. Nigdy jej nie zepsuło idiotyczne pochlebstwo krewnych. Ponadto jej umysł był zdecydowanie wyższego rzędu, a ton jej uczucia bardzo odmienny. Miała zwyczaj myśleć samodzielnie, zastanawiać się nad zagadkami ludzkiej natury. Była oryginalniejsza i nieskończenie mniej zarozumiała. Prawdę mówiąc, nie umiem dobrze powiedzieć, jaka była, ale wprowadzę ją na scenę i pozwolę mówić samej za siebie.

Sypialnia znowu opustoszała, gdyż na dole zadźwięczał dzwon wzywający całą szkołę na kolację. Nawet służąca miała chwilę odpoczynku od niekończącego się pakowania i chociaż nie zeszła na dół z innymi, przyniesiono jej szklankę mleka i talerz chleba. Usiadłszy na jednym z kufrów, powoli i w zamyśleniu jadła swój posiłek. Również pewna młoda dama pozostała w sypialni. Siedziała u stóp jednego z łóżek z białymi firankami, a jej głowa pochylała się nad pięknie oprawionym tomem, jedną z jej nagród, i zdawała się oglądać ilustracje. Po chwili jednak zamknęła książkę i wstała.

– Panno Hall – zapytała – czy zapakowała pani moje kufry?

– Tak.

– Pewnie nie uda się już zmieścić tych książek? Jeśli kufry są owiązane sznurkiem, można je powkładać do kieszeni powozu.

– Z łatwością znajdę dla nich miejsce – powiedziała pogodnym tonem panna Hall i żwawo wstawszy, otworzyła duży kufer i zaczęła w nim chować lśniące nagrody.

Młoda dama stała obok niej i obserwowała ów proces. Światło jedynej świecy w pełni ją oświetlało i moi czytelnicy mogą się teraz przyjrzeć pannie Ashworth.

Była kształtu, jaki natura wyróżnia, nie wysoka, ale dobrze wyrośnięta i pełna wdzięku. Jej twarz była niemniej piękna, albowiem jej rysy były greckie w swej formie, a cera do nich odpowiednia, nie kwitnąca, ale jasna i czysta. Miała brązowe włosy, bardzo prosto ułożone, i oczy koloru orzecha laskowego, otwarte, duże i bystre. Jej twarz wyrażała tyleż powagi co żywości.

– Gdzie ma pani zamiar spędzić wakacje, panno Hall? – zapytała po tym, jak w milczeniu przyglądała się ponownemu zamykaniu kufra.

– Spędzam je zawsze tu, w Londynie – odpowiedziała służąca.

– Więc pewnie nie ma pani rodziców?

– Nie, proszę pani.

– Ale ma pani siostry albo braci?

– Mam brata, który jest chirurgiem na statku Kompanii Wschodnioindyjskiej.

– Oczywiście jest starszy od pani.

– Tak, ma dwadzieścia trzy lata, a ja piętnaście.

– Ma pani jakichś innych krewnych?

– Chyba mam wuja i ciotkę gdzieś w Anglii, ale to bogaci ludzie i mało o mnie myślą.

Ostatnia część zdania została wypowiedziana nie smutnie, ale w dość pogodny, rzeczowy sposób, z podniesieniem oczu na pannę Ashworth i z uśmiechem. Był to pierwszy raz, kiedy służąca podniosła oczy i było teraz widoczne, że jej twarz nie jest nieładna, choć trochę chuda i znękana jak na swój wiek. Panna Ashworth odwzajemniła uśmiech. Łagodnym tonem kontynuowała rozmowę.

– Gdzie pani mieszkała, zanim pani przyszła do pani Turner, panno Hall?

– Mieszkałam w znacznej odległości od Londynu, na obrzeżach Lancashire – brzmiała odpowiedź, a mówiąca ponownie pochyliła się nad kuframi.

– Czy czuje się tu pani szczególnie nieszczęśliwa? – zapytała znowu panna Ashworth.

– Och, nie, proszę pani, dobre czasy i ciężkie czasy, i wszystkie czasy przemijają. Ale będzie mi przykro, panno Ashworth, kiedy pani wyjedzie.

– Dlaczego? Nie myślę, żebym z panią rozmawiała z dziesięć razy w ciągu półrocza.

– Tym lepiej. Chciałabym, żeby wszystkie młode damy poszły za pani przykładem. Niektóre rozmawiają ze mną o wiele za często.

– Czy bezczelność tej panny De Capell i innych z jej rodzaju bardzo pani dokucza?

– Nigdy dłużej niż dziesięć minut naraz.

– Jednak widziałam, że pani płacze.

– Obserwowała mnie pani, panno Ashworth?

– Czasami.

Służąca podniosła znowu wzrok z wyrazem zaskoczenia i niedowierzania.

– Nie byłam świadoma, że strwoniła pani na mnie choćby jedną myśl – stwierdziła.

– Ma pani już prawie tyle lat, że mogłaby pani opuścić pensję pani Turner – ciągnęła panna Ashworth po chwili przerwy.

– Mam wyjechać, kiedy pani Turner znajdzie mi posadę damy do towarzystwa albo niani.

– Niani! Mogłaby pani znaleźć coś lepszego!

– Pani Turner mówi, że nie mam zdolności do niczego lepszego.

– Na czym opiera tę opinię?

– Wie pani, że nigdy nie wydaję poprawnie lekcji, które mi zadaje.

– Na zdrowy rozsądek, jak może tego oczekiwać, skoro w chwili kiedy zadała pani stronice z historii do przestudiowania albo trzy strony francuskiej prozy do nauczenia się na pamięć, wysyła panią do pralni, żeby wykrochmalić cały koszyk koronek i muślinu.

– Zauważa pani więcej, niż sądziłam – powiedziała służąca, ponownie się uśmiechając.

– Zauważam, panno Hall! Myśli pani, że mam zamknięte oczy? Dziwi mniej jedynie to, że w ogóle jest pani w stanie się uczyć. Ze wszystkich niewolnic pracowitości pani jest najbardziej niezmordowana.

– Wstaję wcześnie rano.

– I idzie pani do łóżka późno w nocy. Słyszałam, jak się pani zakrada do swojego pokoiku długo po północy.

– Nie śpi pani o tej porze, panno Ashworth?

Panna Ashworth nie odpowiedziała. Podeszła do swojego łóżka i powoli zaczęła się rozbierać. W ciszy minęło pół godziny. Panna Ashworth położyła głowę na poduszce i wydawało się, że śpi. Służąca, skończywszy, co miała do zrobienia w pokoju, wzięła swoją świecę i poszła na palcach w stronę wyjścia z mieszkania.

– Ellen! Ellen Hall – odezwała się panna Ashworth, podnosząc głowę. – Zdaje się, że ma pani na imię Ellen, prawda?

– Tak.

– Poda mi pani chustkę do nosa z tej górnej szufladki?

Panna Hall otworzyła wspomnianą szufladę. Zdawała się zaskoczona, stwierdziwszy, że leży tam kilkanaście książek.

– Myślałam – powiedziała, podając chusteczkę – że opróżniłam ją dziś rano, a tu w szufladzie jest pełno książek. Część Scotta, część Byrona. Chciałabym mieć czas, żeby je przeczytać.

– Prawdopodobnie będzie pani miała czas podczas wakacji – zauważyła panna Ashworth.

– Tak, ale wtedy ich tu nie będzie.

– Niech pani spojrzy na stronę tytułową tej, którą trzyma pani w ręku.

Panna Hall usłuchała. Na białej stronicy napisano kilka słów: „Mary Ashworth prosi Ellen Hall o przyjęcie załączonych tomów dzieł Scotta i Byrona na pożegnanie i jako wyraz szacunku”. Panna Hall porzuciła książkę, zamknęła szufladę i wyszła szybko z pokoju. Doszła jednak tylko do progu. Tam się opanowała i wróciła.

– Jestem pani bardzo wdzięczna – powiedziała, zbliżając się do łóżka panny Ashworth.

– Bardzo proszę, Ellen. Dobranoc. – Panna Ashworth wyciągnęła do niej rękę, która, kiedy ją podawała, okazała się bardzo piękna i delikatna. Skromna służąca ujęła ją, uścisnęła i z gorącej wdzięczności odważyła się nawet schylić i pocałować policzek dumnej młodej damy. Panna Ashworth uśmiechnęła się i nie odepchnęła jej. Odgłos kroków biegnących na górę przerwał tę scenę. Panna Ashworth pośpiesznie cofnęła rękę, opuściła głowę na poduszkę i udała, że śpi. Panna Hall szybko wyszła.

[1] Wytworny.

[2] Henry Peter Brougham – brytyjski prawnik i polityk, współzałożyciel „Edinburgh Review”, przeciwnik handlu niewolnikami, zwolennik wolnego handlu i reform edukacyjnych.

[3] Ognik.

[4] Przywódca demonów.

[5] Mroczny Starzec, jeden z upadłych aniołów (pozostali to Szatan, Lucyfer i Lewiatan).

[6] Bóstwo fenickie, któremu miano składać ofiary z dzieci.

[7] Bożek pieniędzy.

[8] Majaczenie alkoholowe.

[9] W mitologii greckiej syn Agamemnona i Klitajmestry, który pomścił ojca, zabijając matkę (jego morderczynię) i jej kochanka.

[10] Najbliższy przyjaciel Orestesa.