Wydawca: Armoryka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Car widmo. Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym ebook

Wiktor Gomulicki

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 255 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Car widmo. Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym - Wiktor Gomulicki

Car widmo. Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym” to piękna historyczna powieść przygodowa z czasów świetności Polski, a czasów „Wielkiej Smuty” i niepokojów w Rosji, opowiadająca o tym jak Polacy zdobywali moskiewski Kreml, jak sandomierzanka Maryna Mniszchówna została carycą rosyjską u boku Dymitra Samozwańca, a król Władysław carem moskiewskim po pokonaniu Wasyla Szujskiego. Powieść czyta się jednym tchem – przenosi nas ona w egzotyczny a niekiedy wręcz na poły baśniowy świat dawnej Rosji, w czas wojen, bitew, potyczek, dzielnych rycerzy, bojarów i kozaków, ukrytych  skarbów carów i monastyrów, władzy, intryg, spisków, ale też o dzielności i szlachetności.

Opinie o ebooku Car widmo. Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym - Wiktor Gomulicki

Fragment ebooka Car widmo. Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym - Wiktor Gomulicki

Wiktor Gomulicki

Car widmo

Powieść z czasów zasiadania a przecie nie siedzenia Władysława, syna Zygmuntowego, na tronie Rurykowym

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Konstantin Makovsky (1839-1915), The Murder of False Dmitry,

(licencjapublic domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Konstantin_Makovsky,_The_Murder_of_False_Dmitry.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights.) 

Copyright © 2013 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

Rozdział 1

- Na Moskwę!... Na Moskwę!... 

To już nie dawne, przyduszone wrzenie, szeptami króla i kilkunastu jezuitów wywołane. To głośny krzyk z pełnej piersi wyrwany, przechodzący chwilami we wrzask, ryk, wycie. 

Wszystkie oczy na Wschód dziś patrzą; wszystkie ręce ku Wschodowi się wytężyły. A w tych oczach żarzy się bystrość i królewskość orłowa; a palce tych rąk kurczą się i ostrzą kształtem szponów orłowych. 

Ha! Posiąść, uścisnąć i zapłodnić tę dziewiczą olbrzymkę, której głowę wieńczy diadem z lodów oceanowych, której stopy grzeją się w gorących stepach Południa! 

W te mroki, lęgowi potworów i straszydeł sprzyjające, rzucić słońce zachodniej cywilizacji, rozzłocić je, rozbielić, rozbłękitnić! 

Tę moc, nieświadomą siebie, bezwładną, z letargu wyrwać i do życia powołać na chwałę Bożą ku szczęściu całej ludzkości! 

Tę śpiącą królewnę czarami tatarskimi zaklętą, przez smoki mongolskie strzeżoną, zbudzić, aby poczuła się sobą, to jest czystą, szlachetną, serdeczną Słowianką! 

Ten dobry, biedny, spętany i opętany naród, przez katów Godunowów, przez tyranów Szujskich po manowcach wodzony, do bratniego łona Rzeczypospolitej przycisnąć, pod jedno berło z Polakami przyjąć i tchnieniem wolności ogrzawszy, pozwolić mu żyć, rosnąć, rozkwitać! 

Tak marzą jedni - anielscy. 

A innych opiekielnił szał zemsty za Dymitrowe „krwawe gody", za zbrodnię skrytobójstwa spełnioną pod znakiem gościnności, która dla Słowian rzeczą jest świętą. 

Koni - ptaków dosiedliby i polecieli z szablami podniesionymi na ten dziwny jak baśń wschodnia, „białokamienny" gród, gdzie tylu dobrych synów Rzeczypospolitej okrutnie pomordowano. 

Krew za krew, męka za mękę, niewola za niewolę! 

Polecieliby mścić zabitych, wyzwalać żyjących. Czyż ścierpieć może Polska z Litwą, aby senatorowie i rycerze tej sławnej Rzeczypospolitej w wilgotnych ciemnicach, na słomie zbutwiałej, kajdanami dzwonili? Żeby ich ściskały obręczą śmiertelną nigdy nierozmarzające lody Białego Jeziora? Żeby, rozrzuceni po zamkach i słobodach dalekich, ginęli marnie i bezcelowo, niby garść zboża, na powietrze ciśnięta i wiatrem tu, tam i owdzie rozproszona? 

Na toż dostojna, cudnej urody dziewka senatorska ślubowała miłość i wiarę nowemu carowi, a służby powolne narodowi całemu, aby dziś pospołu z ojcem sędziwym w pętach, hańbie, poniewierce, białe ręce do krwi gryzła z bólu, tęsknoty i wściekłości? 

Na toż kwiat rycerstwa piersi nadstawiał, broniąc w dobrej wierze pokrzywdzonego carzyka, aby za to przez współziomków onego na gardle i na honorze był pokaran?... 

Zemsta!... Zemsta!... 

- Cóż to?... Jeszcze w miejscu stoimy?... Jeszcze nas huragan nienawiści nie przeniósł pod mury Moskwy, Smoleńska, Nowogrodu?... 

...A pośrodku, między tymi a tamtymi, kłębi się i wre powszednia ziemska zachłanność. 

Taki łup!... Taki żer!... 

Niby bajeczny potwór, straszny a ponętny, rozwaliła się ta Moskwa na nieprzejrzanych okiem, nieprzesiężonych myślą przestrzeniach. Oczy tego potwora są z brylantów a zęby z kości słoniowej, a łuska na nim szczerozłota, a każda łza jest perłą, a każda kropla krwi rubinem, a kto by go posiadł całego, byłby mocarzem nad mocarzami, całą by Europę, całą ziemię pod stopy sobie rzucił... 

Potwór przerażał dotąd najśmielszych ogromem cielska, pojemnością bezdennej, kraterowi podobnej paszczy, rykiem, krew w żyłach mrożącym. Ale oto przyszła nań niemoc - trupem go czuć... 

- Kiedyż, kiedyż, jeśli nie teraz?... 

Więc żądzą łupów, głodem złota, pragnieniem zbytku iskrzą się ślepia, szczerzą kły, kurczą brzuchy, skręcają wnętrzności. 

A! Nażreć się tłustego mięsiwa, nażłopać krwi gorącej, gnaty wilkom i sępom na strawę cisnąć! 

...Z trzech różnych źródeł wytryska moc, pchająca wszystkich ku ołowianym falom Wołgi, ku baniastym kopułom niezliczonych cerkwi, ku wykładanym mozaiką jaskrawą pałacom dawnych bojarów, ku oślepiająco białym murom Kremla. Nade wszystko: ku skarbcowi carskiemu, gdzie błyszczy ze złota ulany Chrystus wśród takichże naturalnej wielkości apostołów, gdzie korcami mierzą się perły, gdzie łuny biją tęczowe od koron wielkoksiążęcych, gdzie straż przy nich trzymają posochy z jednorożców z szafirami, na trzy palce szerokimi. 

Miłość, Nienawiść i Żądza podniosły chór, w którym trzy różne głosy splatają się z sobą jak trzy błyskawice w ognistym mieczu Michała Archanioła. 

A ten chór po całej Koronie, Litwie i Rusi grzmi: 

- Na Moskwę!... Na Moskwę!... Na Moskwę!...

Rozdział 2

- Śliz, do usług waszmości. 

- Pałka, na rozkazy pana mego. 

- Hu, hu! Nazwisko waszmościne w łeb wali... 

- A nazwisko pana mego jak piskorz przez kaczkę przesmyka... 

- Czyżby obrażało uszy waszmości? W takowym wypadku obetnę je. 

- Nazwisko? 

- Uszy takoż. 

- To rzecz butla, mości Ślizie. Czy pretendujesz do tej godności? 

- Pretenduję do godności kaczki sub conditione, że waszmość staniesz się piskorzem... 

- Hu, hu! Patrzy mi się, żeśmy równej miary w językach. 

- Tuszę, że i w szabli. 

- O tym się dowie Moskwicin. 

- Bodajby sam Wasyl Szujski! 

Jeden pokręcił wąsa, drugi brodę pomusknął i jechali dalej w milczeniu. Znajomość ich liczyła się na minuty, czuli jednak, że są do siebie dobrze dopasowani. 

Na piaszczystej, lekkim przymrozkiem stwardniałej drodze kopyta koni nawet szelestu nie czyniły. Słychać było tylko skrzyp uprzęży oraz brzęk kolczug i miedzianych kociołków, które za każdym z junaków wiózł jego luzak. Oni sami mieli na sobie jeno kolety łosiowe i płaszcze obramione futerkiem, swobodnie na barki zarzucone, na srebrną klamrę pod szyją spięte. Za luzakami, na trenzlach wolno puszczonych biegły cicho konie zapaśne, większej cnoty od tych, których jeźdźce dosiadali. 

Niekiedy ze skrzypem i brzękiem zmieszał się świergot wzbitego wysoko skowronka, miało się już bowiem ku wiośnie. 

- Coś mi się patrzy, mości Pałko - bąknął po chwili Śliz, kryjąc uśmiech pod dużymi wąsami - że o prozapii waszmościnej pan Bartosz Paprocki przemilczał... 

- Porwan czortu i on, i mać jego! Przecie, in necessitate, łacno z Pałki uczynić Pałuka, a Pałucy herbowi Toporem się pieczętują. Pono jednak error takowy i na tobie, mości Ślizie, zaciężył? 

- Firki to są, mości Pałko, alias Pałuku! Kandyba klejnotny, a przecie „czy tak, czy siak - Kandyba durak!" Na koniec, jeśli z Pałki uczyniono Pałuka, to czemuż by ze Śliza uformować się nie mógł Ślizień, herbu własnego? Hu, hu! 

- Święte słowa pana mego. Już to ja widzę, że my przystawamy do siebie... 

- Jak dwie łyse kobyły, proszę waszmości. 

- Ergo: gdzie twoja łapa, mości Ślizie? 

- Szuka twojej, mości Pałuku. 

- Amicycja? 

- I konstancja! 

Przymknęli ku sobie, aż ich wierzchowce łbem o łeb stuknęły. Cięższe od obuchów, szersze od patelni dłonie zwarły się na długą chwilę. 

- Krzepko ściskasz, miły Ślizie! 

- Gdy miłuję, cny Pałko. A gdy nienawidzę, hu, hu!... Ściskam jeszcze krzepciej! 

Służba, widząc panów w tak dobrej komitywie, również się ze sobą zbratała. Przy tej okazji pachołek Śliza przyłożył pięść do pleców towarzysza tak rzetelnie, że ów równowagę stracił i nos w grzywie swego konia uwikłał. 

Gdy tak jadą afektem serdecznym zagrzani, dobiegnie ich brzęczenie bandurki oraz śpiew mocny donośnie w ciszy porankowej rozbrzmiewający. 

Nadstawili uszu. 

Ktoś, śpiewając, przybliżał się drogą, która pod kątem ostrym z gościńcem się łączyła. Rosnące wzdłuż tej drogi rosochate i już rozzielenione wierzby zasłaniały śpiewaka, słowa jednak piosenki dochodziły wyraźnie. 

Bandurzysta śpiewał: 

- Przez pszeniczny zżęty łan, zżęty łan,

Jedzie, jedzie Bałaban, Bałaban. 

Twarz jak miesiąc, spasły brzuch, spasły brzuch,

Do psich figlów znać, że zuch, znać, że zuch.

Wąs jak miotła, srogi nos, srogi nos,

Pod żupanem złota trzos, złota trzos. 

W garści dzierży z winem róg, z winem róg,

Coraz golnie... Pomóż Bóg! Pomóż Bóg! 

Nadjechali, gdzie gościniec z bocznicą się stykał i zatrzymali konie, gdyż było czemu się przypatrzeć. 

Zbliżał się nie jeden człowiek, lecz cała kawalkada, w której śpiewak podrzędne jeno miejsce zajmował. 

Mąż dorodny na czoło orszaku wysunięty wyglądał tak właśnie, jak ów, o którym śpiewał bandurzysta. Taż sama okazałość, taż sama fantazja, też same, wałami sadła odzież rozsadzające kształty. Trzymał nawet w prawicy puchar z żubrowego rogu w srebro oprawny, winem nalany. 

O jednym jeno śpiewak zapomniał. 

Gdy prawica srogonosego męża była zajęta pucharem, lewica obejmowała równocześnie kibić pięknej dziewki siedzącej na łęku, rozkosznie przegiętej i co chwila w szerokim uśmiechu ukazującej białe jak u młodego wilka zęby. 

Po jednej stronie nadobnej pary jechał śpiewak z bandurką, postać wychudła, wybladła, z wąską, zapadłą piersią, z której cudem zaiste tak potężny głos się dobywał. 

Po stronie drugiej cwałował na mierzynku wyrostek, dźwigając brzuchaty gąsior z winem. 

Za tym czworgiem na tłustych szkapach człapali ciężko dwaj pachołkowie: jeden - objuczony poduszkami, pierzynami i wszelkiego rodzaju pościelą; drugi - uginający się pod ciężarem kilku rusznic, muszkietu i garłacza. 

Telepało się na końcu duże wozisko - płótnem nakryte, wszelaką wszelakością naładowane, przez dwie pary niewielkich żmudzkich koników ciągnione. 

- Hu, hu... - dmuchnął z cicha Śliz, na towarzysza zerkając. 

Tamten tylko brwi wysoko podniósł i wąsami kilkakroć poruszył. 

Gdy dowlokła się owa kawalkada do gościńca i gdy jej wódz ujrzał o kilka kroków przed sobą zagradzających drogę jeźdźców, skinieniem ręki nakazał śpiewakowi milczenie, amazonkę swą w pozycji zwyczajnej na łęku posadził, cały orszak w pochodzie wstrzymał i kołpaka, lisim futrem oszytego, cokolwiek uchylił. 

- Czołem! 

- Czołem! 

- Waszmoście na zabawę?... 

- Rycerską. 

- Przystałbym do was... 

Ślizowi znów się wyrwało półgłośne „hu, hu!"... Na strzemionach podniósł się, koniec brody w palce ujął i skręcił. 

- Z kim mamy cześć? - spytał przeciągle, przymrużonym okiem wpatrując się w mówiącego. 

Grubas zahuczał: 

- Bałaban jestem, serdeńko! Polak z Białej Rusi!... Nawzajem ? 

- Pułuk, herbu Topór - oznajmił się Pałka. 

- A ja, serdeńko, herbu-m swego zabaczył. Kat wie zresztą, czym go i miał kiedy. Byli w świronku jakieści papiery, ale się spalili. 

Gdy to mówił, dziewka przy nim siedząca, poczuwszy nagle wstyd, spłonęła, jak kwiat czerwonego maku, i rąbkiem twarz po same oczy zakryła. Sponad zasłony te oczy jeszcze ogniściej niż wpierw błyszczały, paląc i świdrując Pałkę, któremu aż na wnętrzu gorąco się czyniło. Mężnie wszelako to natarcie wytrzymał. 

- Dokądże waszmość dążysz, panie Bałabanie? - dopytywał tymczasem Śliz. 

- Dokądże by, serdeńko? Na wojnę! 

- Z kim? 

- Z kimniebądź. Niech mi stanie Żyd, Cygan, Francuz, albo inny poganin, wszystko mi zarówno, byle jeno bić. 

- Hu, hu! A cóż waści zniewala do tej imprezy? 

- Zatyłem, serdeńko. Baba, co mi zioła warzy i maściami schaby smaruje, mówi: „Oj! Nie będziesz ty zdrów, serdeńko, aż się szabelką dobrze wymachasz. A nie daj Bóg, poniechasz tego, żywot ci rozpuknie i amen!”... 

Pałka, nie spuszczając oka z dziewczyny, wtrącił: 

- W ziemięśmy tu wrośli, czy co? Czemu nie ruszamy dalej kupą?... 

- Kupą!... Kupą!... - potwierdziło kilka głosów, wśród których był i niewieści. 

Złączyły się oba orszaki i pospołu pociągnęły gościńcem. 

Bandurzysta znów zaczął palcami przebierać po strunach. 

- Patrzy mi się, mości Bałabanie - zagadał Śliz - że waścin lutnista ze swoją śpiewką nie dojechał do końca?... 

- To dojedzie, serdeńko, dojedzie... 

I skinął pan Bałaban na śpiewaka, który wraz zaczął: 

Magduleńka, dziewka - rydz, dziewka - rydz,

Idzie sobie jakby nic, jakby nic.

Gdy ją zoczy Bałaban, Bałaban, 

Krzyknie: „Z tą bym poszedł w tan, poszedł w tan.

Świdrygiełku! Bież co tchu, bież co tchu,

Dziewkę - rydza dawaj tu, dawaj tu!"... 

Między rycerzami tymczasem szła rozmowa: 

- Na Moskwę idziemy, mości Bałabanie. 

- Dawaj na Moskwę, serdeńko! 

- Na cara Wasyla Szujskiego. 

- Dawaj, serdeńko, na cara! 

- Książę Rożyńskie takoż... 

- Dawaj na książę Rożyńskie!

Śliz rzucił się. 

- Oszalałeś waść? Książę Rożyńskie z Dymitrem trzyma! 

- To dawaj i na Dymitra! Wszystkich, serdeńko, bić, szabelką machać, sadła zbywać... 

Pałka trącił towarzysza. 

- Słysz! - szepnął (już się byli spoufalili) - toż to białoruskie cielę. Z nim, jak z żakiem, trzeba ab ovo, od abecadła. 

- Hu, hu!... - mruknął Śliz, potwierdzając. I podjechawszy do tamtego, bez żadnych już ceregieli rzecze: 

- Patrzy mi się, mości Bałabanie, żeś waść uczony, ale jeno pić, jeść i dziewki ściskać... 

Mniemał, że się ów obrazi, lecz owszem, za dobrą monetę to przyjęto. 

- Dobrześ trafił, serdeńko! - zahuczał tłuścioch z wielkim ukontentowaniem. - Wart żeś, by cię miodem za to wysmarować! A dołóż, że i na roli znam się, jak świnia na fasoli, albo jak ksiądz ruski na łacinie. Bo i co mi po tym? Ciwuna mam, to się on tam z chamstwem użera i gotowe karbowańce do dworu przynosi. Ho, ho, ho!... 

Bardzo był ucieszony, trzęsła mu się od śmiechu broda pospołu z trzema podbródkami. 

- Hu, hu!... - dmuchnął po swojemu Śliz.- Dobre to tam, na Białej Rusi, ale na potrzebie wojennej nie wystarcza. 

- Tak i cóż, serdeńko? 

- Muszę cię, mój mości, kęs wyedukować. 

- Edukuj, serdeńko! 

- Jeno białogłowy tu zbędne. Ergo... 

Ruch ręki pokazujący chwytanie, a potem wyrzucanie, lepiej od słów objaśnił Bałabana. Szepnął coś dziewce, która w mgnieniu oka ześlizgnęła się z konia, pobiegła do woza i siadła w nim, zasłony płóciennej uchyliwszy. 

Prawie w tymże momencie znalazł się przy wozie Pałka. 

- Jak cię zowią, panno? - zapytał, na koniu się przeginając. 

- Sciepula... - szepnęła, chabrowe oczy ciemnymi zakrywając rzęsami. 

- Nadobne imię, a nadobniejsza jego posesorka... 

- Dziakuju!... 

- A czy dobrze pannie z tym Bałabanem? 

- Oh!... oh!... - westchnęła. Pomyślała chwilę i podniosła na pytającego wymowne oczy. Potem szepnęła, jakby do siebie tylko: - N o c z moja c i o m n a, a zoreńka jasna, doleńka moja niszczasna... 

Zrozumiał junak i niżej jeszcze się przegiął. A że na wyładowanym wozie siedzenie było wysokie, przeto jego wąsy dotknęły rozplecionych, puszystych włosów dziewczyny. 

Jadący na przedzie bandurzysta, nieco odpocząwszy, znów struny zatargał i znów śpiewka po zieleniejących polach popłynęła: 

Pomknął chłopiec jako ptak, jako ptak,

Prosi pannę tak i siak, tak i siak, 

Jak go Magda lunie w pysk, lunie w pysk,

To był jego cały zysk, cały zysk!

W dziwny sposób podziałały te zwrotki na Pałkę. Nagłym ruchem głowę podniósł, wyprostował się na siodle jak cięciwa i zamilkł.  

A w pierwszym szeregu zahuczał wrzaskliwy, wszystko zagłuszający i jakby szyderczy śmiech Bałabana, który skinął na bandurzystę, aby śpiewał dalej. Więc ów kończył: 

Zlezie z konia Bałaban, Bałaban,

Od sług weźmie wina dzban, wina dzban.

I odepnie złota trzos, złota trzos,

Wetknie Magdzie pod sam nos, pod sam nos.

Udobruchał dziewkę wnet, dziewkę wnet,

Już gotowa iść z nim het! Iść z nim het!... 

Zamilkła rozswawolona bandurka, wiatr poniósł na pola i ugory płochą śpiewkę i w powietrzu ją rozmiótł. Jeno na przedzie orszaku słychać było głośny, żołądkowy, podrwiwający śmiech Polaka z Białej Rusi. Wreszcie i to ucichło.

Rozdział 3

Na kupie chrustu zastępującej ławę pod gontowym okapem starej, omszałej, roztrzęsionej karczmy żydowskiej, siedział i dumał rycerz posępny. 

Luzak oprowadzał dwa konie zgrzane po zarosłym trawą dziedzińcu i mamrotał coś pod nosem, ściągając coraz ciaśniej pas rzemienny na zaklęsłym brzuchu. 

Brudne gęsi z podskubanymi skrzydłami, zabłocone kaczki, czereda chudych kur i dumny indyk o lśniącym pierzu, podrzucający z senatorską powagą głowę i dziwiący się swej w tym towarzystwie obecności, obchodziły posępnego rycerza ciekawie, a z uszanowaniem i rzec by można: na palcach. 

Rudy karczmarz w jarmułce i atłasowej kamizeli, spod której zwieszały się długie, brudne cycełe, przytoczył przed siedzącego beczkę i ustawił ją dnem do góry. Na tym dnie znalazła się niebawem butelka i kubek cynowy. 

Żyd nalał z butelki do kubka. 

- Pij, jegomość, zdrów! - zachęcił. 

Uśmiechał się, powiekami mrugał. Jak wszyscy rudzi, skłonny był do wesołości. Ale, gdy zbudzony rycerz głowę podniósł i spojrzał nań, od razu uśmiech i wesołość Żyda pierzchły. 

Pierzchły nie dlatego, że rycerz miał oczy wielkie, ciemne i głęboko zapadłe, lecz że w tych oczach była pustka. Nie miewa takich oczu, kto zechce. Nie miewa też ich ten, w którego duszy boleść, wszystko już do cna wypaliwszy, pozostawiła choćby najlichsze ziarenko - nadziei... 

Rycerz głowę podniósł, po kubek sięgnął. Było w tym prostym ruchu coś takiego, co Żydowi kazało uchylić jarmułki. 

- Niech waszmość zaczeka... - rzekł mniej śmiało, niż wpierw. - To wino nie jest fajn. Przyniosę lepszego, co będzie godniejsze waszmościnej gęby. 

Szybko zmienił zastawę. Obok świeżej butelki zabłysnął kubek szczerosrebrny. 

Rycerz wypił trzy kubki, jeden po drugim. Ze skórzanego wacka dobył garść srebrnych i złotych pieniędzy, rzucił Żydowi orta, kazał dla luzaka zrobić jajecznicy. 

- A dla waszmości? - spytał karczmarz. 

Odpowiedzi nie było. 

Czwarty kubek podążył za trzema poprzednimi. 

Rycerz wsparł się plecami o ścianą domostwa - szklane spojrzenie w punkt jeden wbił, w zadumę ponownie zapadł. 

Żyd stał w drzwiach karczmy, zerkając nań żółtym, mądrym okiem. 

Myśli rycerza, winem pognane, skłębiły się, zwarły. W szalonym, zawrotnym tańcu straciły wyrazistość i odrębność. I było w nich przez długą chwilę jednostajnie czarno, jak nocą na niebie, chmurami zaciągniętym. 

Potem tę czarność jęły cięcia piorunów krwawymi, zygzakowymi ranami rozwidniać. I rozszczepiły się chmury, i rozjęły się myśli. A każda myśl stała się ostrzem rozpalonym, które się w sercu grążyło. 

Miłował rycerz, jak tylko synom ziemi miłować pozwolono. Nie było to włoskie, mięsopustne szaleństwo, jeno miłość cna, szczeropolska. Takiej miłości kapłan przy ołtarzu błogosławi i uśmiechają się do niej z rodzinnych, pociemniałych obrazów surowi antenaci w zbrojach i deliach, w fioletach i purpurze. 

Miłował rycerz dziewkę wysokiego rodu, córę wojewody, a przecie, choć kasztelanic, ni o kęs niższym się od niej nie czuł. Gwarzono po województwie, ba, na komnatach królewskich: lgnie swój do swojej, koligacą się dwa równej świetności klejnoty... 

Dotąd w lipowych szpalerach parku wojewodzińskiego kryją się po gąszczach echa wyznań namiętnych. Nierzadko na tych serdecznych dokumentach pocałunek pieczęć kanclerską przykładał. 

A potem jedno mignięcie błyskotki, jedno podrażnienie próżności, i dokument na szczęty zdarty! „Zwracam waszmościne słowo... Nie byliśmy dla siebie przeznaczeni"... I koniec. Dziecko nie ukręca tak prędko i łatwo główki schwytanemu motylowi, jak łatwo i prędko ona tę okropność pomyślała i uczyniła. 

Błyskotka była zbyt ponętna dla córek Ewy, dla tych zwłaszcza, których usta w chwilach samotnych rozmyślań układają się tak dziwnie, jak usta wojewodzianki. On potem dopiero ten układ jej ust przypomniał sobie - i zadrżał... 

Tamten pociągnął ją nie osobą swą - szpetny był i prostak - lecz błyskotką, którą to w ręku trzymał, to do czoła przymierzał. Jasność wielka biła od tego cacka, a moc miało taką, że mogło miliony cisnąć na kolana i miliony na śmierć wyprawić. On do stóp jej rzucił siebie i błyskotkę swą, i rzekł: „Depcz po nas"... A ona podjęła cacko i na głowę sobie włożyła, potem podniosła jego i pozwoliła, by ją objął jak kochankę, jak narzeczoną, jak małżonkę. 

Strasznie, gdy ukochaną zabiera nam śmierć; straszniej, gdy ją wydziera życie. Ona się wówczas trupem staje żyjącym, upiorem, wampirem. Każdej nocy u wezgłowia siada, anielsko piękna, szatańsko wabna i usta do pocałunku pochyla. Ale, zamiast całować, zęby w żywym ciele zatapia, krew pije, życie zabiera... 

Ten rycerz przed kilku laty jeszcze był hożym młodzianem o różanym licu i oczach, pełnych ognia... Walczyć chciał - lecz z kimże miał walczyć? Czy z nią? Lecz musiałby wówczas ostrze szabli przeciw własnemu sercu kierować. Czy z nim? Lecz on był zbyt potężny, by go zemsta współzalotnika dosięgnąć mogła. 

Potężny był nie dlatego, że milionom rozkazywał i miliony miał na swą obronę, lecz że go Rzeczpospolita pod skrzydła swe wzięła. Opieka Rzeczypospolitej czyniła go nietykalnym dla Polaka. 

Więc żaden duch dobry, żadna moc nadprzyrodzona nie zmąciły szyków skojarzonym przez piekło oblubieńcom. Odbyło się ich wesele, szumu, huku i wiwatów pełne, dostojnicy duchowni i świeccy życzenia im składali, wybuchy dział głuszyły fletni pisk i wrzask regałów - sam król jegomość przez posły afekty im swe świadczył. A on, ten odtrącony i zdeptany, po strasznych drgawkach konania, drętwiał, chłódł, obumierał... 

Ożył jednak, na pierwszy moment ożył, gdy go wieść dobiegła, że straszydło zowiące się „mężem naszej umiłowanej" już nie istnieje. Zamordowano je, psom na żer ciśnięto... 

A potem ożył na drugi moment, gdy sykiem wężowym wpełzła mu do mózgu inna wieść, światła wstydząca się, przyduszona, szpetna, że jego bóstwo - zbezczeszczone! 

Ha! Czemuż kula trafiająca męża i żony trupem nie położyła?! Byłby szczęśliwy, mogąc płakać na jej grobie, o ile by tego grobu nie uczyniono wspólną dla obu trupów małżeńskich łożnicą... Byłby szczęśliwy i błogosławiłby śmierć jak anioła, który potopem białych, czystych kwiatów liliowych otchłań jego bólu zasypuje. Miałby do kogo modlić się, do kogo tęsknić, do kogo dążyć. Bo do zmarłych łatwiej trafić, niż do żywych; bo życie oddala i rozdziela, a śmierć przybliża i łączy. 

Ale jego świętości Bóg nie zabrał do nieba. Motłoch z ołtarza ją strącił i zbezcześcił. „Wparli się bojarowie, krwią i gorzałką pijani, żądzą szaloną rozbestwieni, do komnat, gdzie się była caryca, z panienkami swymi, zawarła"...

Nie! Nie można o tym myśleć! Za wszelką cenę trzeba ten obraz wyszarpnąć z pamięci! 

I rzekną bojarowie: „Tak nam mówiono, polskie szelmy, że żadnej z was jeden mężczyzna nie wystarcza"... 

Ha, za szablę! Za rusznicę! Siec, strzelać, samemu zastrzelonym być i rozsiekanym! Bić kogokolwiek, gdziekolwiek, za cokolwiek! Zebrzydowski wichrzy przeciw królowi, więc z Zebrzydowskim na króla! Mniejsza, kto po tamtej stronie: swój czy obcy! Ma on kulę w rusznicy, ma szablę w poszwach, nacierać nań można i ciosy od niego otrzymywać! Błogosławiony wir walki! Błogosławione gwizdy kul siekących powietrze. Błogosławiona zawierucha ludzkich i końskich postaci, przecinana błyskawicami mieczów, podnoszonych i opuszczanych. Przelękła, zakrzyczana, oszołomiona dusza kurczy się i zamiera. Miejsce jej zajął instynkt, czuwający jedynie nad tym, aby zabijać, a nie być zabitym. 

Potem, śmiechem piekielnym wybuchnąwszy, dorzucą: „Zażywniejsi my od waszych mdłych Polaczków; krzepciej od nich ściskamy; przy tym dwakroć nas więcej, niźli was"... 

O, jak trudno zabić myśl, co jak szerszeń brzęczy i, jak szerszeń, raz po razu żądło jadowite w otwartą ranę zapuszcza! 

Głośniej ryczcie, działa! Gęściej sypcie się kule! Niech dzwoni szabla o szablę, czyniąc zgiełk głuszący, a nieprzerwany! 

Och, ta myśl!... Ta myśl... 

...,,I dziko wrzasnąwszy, posuną się rośli, otyli, brodaci, z nabrzmiałymi na czerwonosinych czołach żyłami, i mało sobie ważąc błagania, jęki, szlochy i omdlenia niewieście, od szatanów straszniejsi, od zwierząt nieczulsi, jedną po drugiej, od carycy zacząwszy, w mięsiste ramiona pochwycą"... 

Szablo - drużko! Kulo - miłośnico! Oto pierś na przyjęcie wasze gotowa... Przybywajcie, upragnione, wyglądane, zaspokójcie ten straszny głód śmierci, co przez wszystkie pory ciała krzyczy o ciszę grobu, o spokój wiekuisty! 

Nie przybyły... 

Nie imają się kule nieszczęśliwych, ślizga się szabla na zbroi przeklętego. 

Okropną jest rzeczą wytrzeźwienie po pijaństwie krwawych rozpraw przychodzące. Dusza zapada w zimne, plugawe trzęsawisko, sama sobie wstrętna się staje. Myśli, dotąd zatajone, wypełzają z kryjówek, i rozłażą się na wszystkie strony, osowiałe, chore, bolesne i ból sprawiające. I każda myśl staje się kroplą jadu dziwnego, który zatruwa, a nie zabija. 

„Wparli się bojarowie, krwią i gorzałką pijani, żądzą szaloną rozbestwieni"... 

Och, zapomnieć!... Zapomnieć!... 

Huk wybuchającej petardy, łoskot staczającego się z chmur gromu, klątwy bluźnierców, krzyki konających słodką są pieśnią przy szemraniu mrowiącego się w mózgu robactwa. 

Dłońmi w stalowych rękawicach ścisnąć czaszkę, ażby się rozprysła... Albo ją o ścianę kamienną roztrzaskać... Albo prochem rozsadzić.

Snem zasnąć nieprzespanym... Rozumu się zbyć... Zapomnieć... 

- Ten tokaj był fajn. Ale ja dla jaśnie wielmożnego pana mam coś jeszcze rarytniejsze. To kosztuje cały dukat, ale to jest cymes. My, Żydki, pijemy to jeno w nasze święto. A jak my tego pijemy, to my nie jesteśmy już w żadne Polskie, w żadne Rzeczpospolicie, i nie jesteśmy już żadne bidne, czarne Żydki. A gdzie my jesteśmy? W nasze kochane, bogate, śliczne Jerozolyme. A co my jesteśmy? Kochane, bogate, śliczne Izraelity. I mamy swój rodzony król, i swój właściwy senat, i swoje osobliwe wojsko. I jesteśmy bardzo kontente, śmiejemy się, tańcujemy, ściskamy swoje sury i swoje bachury i szpiwamy sobie: hop-sa-sa, bim-bom-bum! To ja wnet tego dla jaśnie wielmożny pan przyniosę. To jaśnie wielmożnego pana dobrze zrobi. Ale to kosztuje cały dukat. 

Naszeptał w ucho rycerzowi rudy karczmarz i do izby pomknął, żeby łojówkę zatlić i do sklepu z winem zejść. 

Ale jeszcze się z cienką szabasówką nie uporał, gdy przed karczmą rozległy się burzliwe śmiechy, śpiewy, parskanie koni i brzęczenie bandurki. 

Przez wywrócone, a przeto zawsze i wszystkim gościnne wrota wwalił się na dziedziniec orszak jezdny z panem Bałabanem i jego bandurzystą na czele. 

Bandurzysta, ledwie się zoczył ptactwem domowym otoczony, szarpnął struny i donośnie zapiał: 

Oj! Chacieła baba kurni zbahacieci.

Pasadziła kurycu, kab sidzieła dzieci. 

Tip, tip-tiur, tiur! 

Tipa, tipa-kur, kur! 

Aż tu zaraz i jegomość Bałaban, i wszyscy ichmoście z orszaku, ba, i jejmościanka Sciepula, a za nią luzaki i cała służba Bałabanowa dalej drzeć się na przerozmaite głosy: 

- Tip, tip - tiur, tiur!... Tipa, tipa - kur, kur!.... 

Przestraszyły się kokosze z kurczętami, zaniepokoił się majestatyczny kogut. Popłoch wkradł się między kacze i gęsie szeregi. Nawet sam indyk dobrodziej doznał gniewnego zdziwienia, które mu sine podgardle na czerwono zafarbowało. Rozprysło się wszystko w momencie, skrzydłami głośno łopocząc i hałas podnosząc okrutny. 

Gdy przycichł nieco, podjedzie imćpan Śliz do posępnego rycerza i pozdrowi go, jako później przybyły. 

- Czołem waszmości mojemu! 

- Czołem... - mruknie rycerz, głowy nie podnosząc. 

- Śliz jestem, alias Ślizień. herbu ut fert „własnego”. 

Zmilczał tamten. 

Śliz, który opowiedziawszy się, już dłoń do kołpaka ściągał, do obustronnego powitania gotowy, opuścił szybko rękę i z naciskiem powtórzył : 

- Ślizień jestem. Z kim mam cześć?... 

Rycerz, jakby nie rozumiał, milczenia nie przerywał. 

- Godność waszmości poznać bym rad - oświadczył Śliz bardzo już głośno i wyniośle. 

Reszta kompanii podjechała w to miejsce, pilnie się niezwykłemu dialogowi przysłuchując. 

Raczył wreszcie rycerz dźwignąć cokolwiek zwieszonej głowy. Podniósł też z wolna ciężkie powieki, pod którymi zaszkliły się martwo źrenice bez blasku. 

Gdy Śliz ujrzał tę twarz bardzo chudą i bardzo bladą, na której wysterczał duży nos orli, opuszczona już jego ręka wzniosła się ponownie w górę i pełnym uszanowania ruchem kołpaka uchyliła. 

A rycerz wówczas głosem przyciszonym, jakby do siebie tylko mowę zwracał, wyrzekł: 

- Ora-pro-nobis .... 

Tu już wydało się wszystkim, że on jest albo głuchy, albo... gorzej jeszcze. 

- O nazwisko waszą miłość pytałem - dobitnie, choć z dobrotliwym pobłażaniem Śliz rzecz ponowił. 

- Ora-pro-nobis - zabrzmiała taż sama odpowiedź.