39,99 zł
Ta książka to poruszający zakulisowy portret chińskiego społeczeństwa i rynku pracy. To intymny i szczery zapis zmagań jednostki z odczłowieczającą naturą współczesnego globalizmu.
Hu Anyan opowiada o wyczerpującej pracy bez perspektyw na spełnienie. Znosi ją ze stoickim spokojem, surowym humorem i silnym poczuciem własnej tożsamości. To właśnie ono sprawia, że za każdym razem kiedy Hu utyka, po chwili rusza dalej: w ciągu dziewiętnastu lat zmienił pracę aż dziewiętnaście razy.
Noce tak upalne, że nawet po wypiciu trzech litrów wody nie ma się ochoty skorzystać z toalety. Dni upływające na poszukiwaniu tanich pokoi ze znośnie działającą klimatyzacją. Rzadkie chwile wytchnienia spędzane na lekturze Czechowa, Carvera i Wallace’a. Zastanawianie się, ile alkoholu potrzeba, by pokonać bezsenność, a przy tym nie zacząć na kacu porannej zmiany. Szukanie wśród niezliczonych ulic i uliczek Pekinu trasy, która pozwoli dostarczyć jak najszybciej jak największą liczbę paczek.
Hu zaczął publikować w internecie eseje o swoich doświadczeniach podczas lockdownów, a jego wspomnienia z nocnych zmian w ogromnym centrum logistycznym na południu Chin stały się wiralem. W 2023 roku książka Byłem kurierem w Pekinie stała się literacką sensacją w Chinach. Opowieść Hu Anyana o pracy dorywczej w anonimowych megamiastach uderzyła w czułą strunę pokolenia Państwa Środka, przytłoczonego rosnącą presją, by coraz szybciej osiągać coraz więcej.
„To niepozorne arcydzieło mówi nam więcej o tym, jak żyje się w Chinach na początku XXI wieku, niż całe stosy książek pisanych przez obserwatorów z zewnątrz. Tak autentyczny wgląd zdarza się niezwykle rzadko” – Evan Osnos, autor książki „Age of Ambition”
„To nie jest próba podglądania życia nisko opłacanych pracowników ani podnosząca na duchu historia kuriera, który pisaniem toruje sobie drogę do sławy. To opowieść o kimś, kto nieustannie zadaje sobie pytanie, co właściwie czyni go człowiekiem” – Magazyn „People” (人物杂志)
„Bezpośredni styl pisarski Hu Anyana i jego wyczulone na detale oko znakomicie oddają trud wyczerpującej niskopłatnej pracy” – „The Economist”
„Fascynujące spojrzenie na chiński rynek pracy dorywczej oraz frustracje, lęki i nadzieje wschodzącego pokolenia, które kształtuje przyszłość tego kraju” – „Financial Times”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 320
Tytuł oryginału
我在北京送快递
Copyright © 2025 by Hu Anyan
Published by special arrangement with Astra Publishing House
in conjunction with their duly appointed agent 2 Seas Literary Agency
and co-agent Graal Sp. z o.o.
astrahouse.com
Przekład z chińskiego: Jarosław Zawadzki
Redakcja i korekta: Dominika Rychel, Karolina Zelewska
Skład, adaptacja okładki i przygotowanie do druku: Tomasz Brzozowski
Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser,
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68639-44-5
Wydawca
Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
X, Instagram, TikTok: @insignis_media
Tak naprawdę w spółce logistycznej D. przepracowałem nieco ponad dziesięć miesięcy, czyli niecały rok. Zatrudniłem się 12 maja 2017 roku, w dziewiątą rocznicę trzęsienia ziemi w Wenchuanie. Pracowałem w jednym z hubów logistycznych spółki D., w dzielnicy Shunde w Foshanie; było to wówczas jedno z największych centrów przeładunkowych w kraju. O tym jednak dowiedziałem się z internetu już po moim odejściu. Pracując tam, byłem wprawdzie pod wrażeniem rozmiarów tego miejsca, ale nigdy nie przyszło mi do głowy zastanawiać się, gdzie się plasuje pod względem wielkości.
Nasze centrum przeładunkowe znajdowało się w parku logistycznym, oprócz D. swoje centra miały tam również firmy takie jak JD, Vipshop czy Best Express. Pracowałem na nocną zmianę. Zaczynałem zawsze o siódmej wieczorem i kończyłem następnego dnia o siódmej rano. Miałem cztery dni wolne w miesiącu. Niemal wszyscy pracowali tam na nocki – w dzień sortownia świeciła pustkami. Do tej pracy nie trzeba było mieć wykształcenia, ale ludzi ze wsi, co nie umieli czytać, nie zatrudniano – umiejętność czytania była potrzebna w radzeniu sobie z adresami na etykietach. Niektórzy więc nie dostawali się nawet do takiej pracy.
Tak zwana rozmowa kwalifikacyjna polegała na tym, żeby przyjść. Kiedy już ktoś przyszedł, przyjmowano go, ale pierwsze trzy dni stanowiły okres próbny, za który nie przysługiwało wynagrodzenie. Było to raczej niezgodne z prawem pracy, ale z tego, co słyszałem, postępowały tak wszystkie firmy w parku logistycznym – jeśli komuś to nie pasowało, musiał szukać innego zajęcia.
Z praktycznego punktu widzenia okres próbny w takiej pracy jest nieodzowny. Na początku większość osób nie wie, na czym właściwie ona polega. Okres próbny pozwala poznać się obu stronom. Z tego, co zauważyłem, po okresie próbnym zostawała mniej niż połowa śmiałków. Niektórzy odchodzili już po dwóch godzinach. Tym jednak, którzy zostali, pracodawca mimo wszystko wypłacał pensję za te trzy dni.
Firma miała też jednak ludzką twarz: wiele osób przyjeżdżało z daleka bez grosza przy duszy, dlatego po dwudziestu dniach pracy wypłacano im z wyprzedzeniem połowę pensji za pierwszy miesiąc, chociaż standardowo wypłata powinna następować piętnastego dnia następnego miesiąca.
Centrum przeładunkowe przypominało wielką zatokę portową. Naszym miejscem pracy była wysoka na metr betonowa platforma, którą nazywaliśmy sortownią. Sortownia miała powierzchnię ośmiu, może dziesięciu boisk piłkarskich, nad nią rozciągało się ogromne blaszane zadaszenie, zaś z czterech stron otaczały ją ponumerowane stanowiska załadunkowo-rozładunkowe. Ciężarówki jedna po drugiej podjeżdżały tyłem pod platformę, a następnie otwierały się drzwi komór ładunkowych, żeby załadować albo rozładować towar. Wieczorem, kiedy weszło się na platformę, od razu można było usłyszeć nieustanne dudnienie, głębokie i donośne, jak dochodzące z daleka gromy – to ponad sto wózków widłowych maltretowało posadzkę. Te pojazdy były jak mrówki robotnice: odbierały rozładowane z paki przesyłki i dostarczały je poszczególnym zespołom do sortowania, a następnie brały od nich posortowany towar i zawoziły go do odpowiedniej bramy załadunkowej.
Przydzielono mnie do zespołu sortującego małe paczki. Moim zadaniem było segregowanie i pakowanie przesyłek zgodnie z ich adresem docelowym. Choć nie wszystko w tej pracy przypadło mi do gustu, w gruncie ją lubiłem: nie trzeba było się do nikogo odzywać, nie trzeba było myśleć – wystarczyło zakasać rękawy.
Lato w Guangdongu trwa dziewięć miesięcy. Za dnia blaszany dach nagrzewał się jak patelnia, a wieczorem nie robiło się dużo chłodniej. Po godzinie czy dwóch pot spływał mi już po plecach i tak lało się ze mnie aż do rana. Później kupiłem sobie trzylitrowy bidon i każdego wieczoru wypijałem jego zawartość do ostatniej kropli. Zdarzało się, że przez całą noc ani razu nie byłem w ubikacji – wszystko wypacałem.
Trzydniowy okres próbny spędziłem przy rozładunku przesyłek, co było najbardziej wyczerpującym zadaniem w naszym zespole. Przesyłki dostarczane z punktów serwisowych pakowano do worków, które potem zawiązywano. Nasze zadanie polegało na tym, aby te worki rozwiązać, posortować towar według adresu docelowego i ponownie spakować. Rozładunek sprowadzał się w zasadzie do rozpruwania worków i wysypywania całego towaru na platformę sortowni. Niektóre przesyłki były lekkie, inne ciężkie. Lekkie ważyły po kilka kilogramów, ciężkie – nawet dziesięć razy tyle. Większość osób nie miała problemu, żeby pracować przy rozładunku dwie, trzy godziny, ale takie zasuwanie całą noc bez przerwy stanowiło niemałe obciążenie dla organizmu; niektórzy nie dawali rady. Było to jedyne zadanie, którego nie przydzielano kobietom – wszyscy mężczyźni z naszego zespołu byli w okresie próbnym wysyłani właśnie do rozładunku, kobietom zlecano pakowanie.
Tylko dzięki najbardziej wymagającym zadaniom można było się tak naprawdę przekonać, czy pasuje się do tej pracy – dzięki temu zmniejszało się ryzyko, że potem szybko się z niej zrezygnuje. Okres próbny mocno dawał w kość, bo organizm nie przyzwyczaił się jeszcze do odmiennego trybu pracy i wielkiego obciążenia, a nieporadne ruchy powodowały niepotrzebną utratę sił. To właśnie dlatego wiele osób odchodziło po zaledwie dwóch godzinach. Ale jeśli ktoś się zaparł i popracował dłużej, to z czasem przywykł i nie czuł już takiego zmęczenia.
Pewnego razu przyszła do pracy kobieta w średnim wieku. Dobrze pracowała, ale w środku nocy nagle zniknęła. Potem ktoś mi powiedział, że brygadzista ją zwolnił, bo nie umiała czytać. Nie mogła być kompletnie na bakier z czytaniem, bo inaczej nie przepracowałaby tych kilku godzin bez popełniania błędów. Możliwe, że znała dość ograniczoną liczbę znaków i raz po raz prosiła innych o pomoc, przez co współpracownicy mieli coraz większe obawy, aż w końcu poinformowali brygadzistę. Gdyby pewnego razu przykleiła złą etykietę i paczka powędrowałaby do niewłaściwego miasta, z wypłaty potrącono by całej grupie.
W tej pracy każdy na początku traci na wadze. Jeden z kolegów, który zatrudnił się ledwie kilka dni po mnie, schudł w ciągu trzech miesięcy z dziewięćdziesięciu paru kilogramów do niecałych siedemdziesięciu. Ja sam nie zaliczam się do grubasów, ale po kilku miesiącach pracy straciłem ponad pięć kilo.
Pracowaliśmy codziennie po dwanaście godzin. Dwie godziny nad ranem przed końcem pracy były zazwyczaj luźniejsze, mogliśmy co jakiś czas zrobić sobie krótką przerwę. Roboty po uszy mieliśmy od dziesiątej wieczorem do piątej rano, nie było wtedy ani chwili wytchnienia. Zaczynaliśmy o siódmej wieczorem, o dziewiątej mieliśmy pół godziny, żeby coś zjeść.
Na terenie zakładu były dwie stołówki prowadzone przez różne firmy z zewnątrz. Wybór był spory. Potrawy nabierało się samemu, niczym przy szwedzkim stole, płaciło się od wagi, ale ryż był za darmo i bez ograniczeń. Żeby zaoszczędzić, można było wziąć mniej potraw, a więcej ryżu. Z ręką na sercu mogę przyznać, że jedzenie było przystępne cenowo, a stołówki w miarę czyste. Po zjedzeniu pracowaliśmy już bez przerwy od dziewiątej trzydzieści do siódmej rano. Przez dziewięć i pół godziny nie mieliśmy czasu na posiłek. Niektórzy przynosili sobie coś do przekąszenia i w wolnej chwili zjadali. Inni potrafili nie jeść niczego przez dziesięć godzin – przyzwyczaili się. Zazwyczaj zabierałem jakieś herbatniki, ale zdarzało się, że zapomniałem, a wtedy kiszki mi marsza grały.
Pierwszego dnia okresu próbnego, nie wiedząc, że tak jest rozplanowany czas pracy, zjadłem kolację przed wyjściem z domu. Kiedy o dziewiątej wszyscy ruszyli do stołówki, nie byłem w ogóle głodny, więc niczego nie tknąłem, myśląc, że później będzie jeszcze okazja coś zjeść. Ku mojemu zdumieniu okazało się jednak, że od dziewiątej trzydzieści aż do siódmej rano nie było sposobności, żeby pójść na stołówkę, mogłem się tylko napić wody. Nie wziąłem ze sobą suchego prowiantu. Następnego dnia rano byłem tak głodny, że kręciło mi się w głowie.
Szybko zdałem sobie sprawę, że moi współpracownicy nie należeli raczej do szczególnie rozmownych. Przejawiali przy tym kompletny brak entuzjazmu czy inicjatywy i milczeli niczym staruszkowie ze wsi – choć nie byli wcale starzy – zachowując wobec obcych chłodną i zachowawczą postawę. Całe szczęście, że sam nie jestem zbyt towarzyski. Dobrze się czułem w otoczeniu ludzi, którzy nie gadają, tylko pracują. Kiedy musiałem ich o coś zapytać, uśmiechali się najpierw jakby zawstydzeni, po czym nieśmiało odpowiadali – nie byli zarozumiali, a w większości nieco wycofani.
Każdego ranka przed fajrantem odbywało się regularne zebranie, na którym brygadzista i kierownik podsumowywali problemy z naszej zmiany; trwało to jakieś dwie, trzy minuty. Wieczorem przed pracą również mieliśmy krótkie zebranie, na którym omawiano co istotniejsze kwestie lub najnowsze wymogi, ale to wszystko było tak nudne i oczywiste, że zazwyczaj nie słuchałem – w końcu rewolucja nie polega na strzępieniu języka.
Pamiętam, że po trzech dniach okresu próbnego zastępca brygadzisty, człowiek niewielkiego wzrostu, podszedł do mnie, by zamienić słowo. W naszym zespole mieliśmy jednego brygadzistę, trzech zastępców brygadzisty, a nad nimi był jeszcze kierownik odpowiedzialny za sprawy administracyjne. Zastępca brygadzisty poinformował mnie, że wprawdzie za okres próbny nie dostanę pensji, ale tworząc grafik, zrekompensuje mi to trzema dodatkowymi dniami wolnymi. Wtedy jeszcze nie musieliśmy odbijać karty przy wejściu i wyjściu, wprowadzili to dopiero później. Usłyszawszy to, bardzo się ucieszyłem. Nie minął jednak miesiąc, a ten zastępca brygadzisty pokłócił się z pozostałymi i odszedł z pracy. Moje trzy dni wolnego w zamian za pensję przepadły.
Spółka D. zajmowała się głównie transportem towarów i logistyką, ale w roku 2013 weszła na rynek kurierski, tyle że słabo jej szło – a przynajmniej w 2017 roku, kiedy się tam zatrudniłem, jej udział w tym rynku był znikomy. Nasz zespół zajmował się sortowaniem małych przesyłek kurierskich, co nie znaczy jednak, że nasza praca należała do lekkich. Liczba pracowników i obciążenie pracą były ze sobą ściśle powiązane, kapitaliści nie płacą za zbijanie bąków.
Przez pierwsze kilka miesięcy pracowałem na zmianę raz przy rozładunku, raz przy pakowaniu. W naszym zespole były cztery stanowiska: rozładowujący towar, operator kodów, sortowacz i pakowacz, przy czym rozładowujący i operatorzy kodów współpracowali ze sobą, podobnie jak sortowacze współpracowali z pakowaczami. Po tym jak rozładowujący wyrzucał przesyłki na platformę sortowniczą, operator kodów skanował kod kreskowy, a następnie zapisywał na przesyłce jej kod docelowy grubym markerem. Przesyłki z dopisanym kodem trafiały przenośnikami do strefy pakowania, gdzie sortowacze segregowali je w szafach sortowniczych według adresu docelowego, a potem pakowacze pakowali wszystko raz jeszcze i umieszczali na wózkach widłowych, które zawoziły przesyłki pod odpowiednie stanowisko załadunkowe. Jeśli chodzi o nakład pracy, to najlżejszym zajęciem było skanowanie i wypisywanie kodów – zajmowały się tym głównie kobiety. Najbardziej wyczerpującym zadaniem był rozładunek, a drugie miejsce na podium zajmowało pakowanie.
Po pracy szło się na śniadanie, które dla nas było tak naprawdę kolacją (większość z nas jadła dwa posiłki dziennie). Po zjedzeniu wracało się do mieszkania, żeby się umyć i zrobić pranie. Ciuchy nie dawały się łatwo doprać – podnosząc i przenosząc paczki, trudno było się nie ubrudzić albo nie poplamić, a poza tym jak człowiek jest zmęczony, to myśli sobie: „Nie ma sensu prać zbyt dokładnie, następnego dnia i tak się zabrudzi, a dobre środki czyszczące nie są tanie; wystarczy przetrzeć mydłem”. Dlatego ubrania nawet po wysuszeniu wciąż śmierdziały potem. Ale z czasem człowiek się do tego przyzwyczajał.
Najgorzej było ze spaniem. Ludzie różnie reagują na taki tryb życia, w którym noc i dzień zamieniają się miejscami. W moim wypadku przez pierwsze kilka miesięcy wyglądało to tak: zawsze około czwartej czy piątej nad ranem chciało mi się strasznie spać – gdybym tylko mógł się położyć, zasnąłbym w pięć sekund. Nogi się pode mną uginały, nieraz tak mi pociemniało przed oczami, że prawie straciłem przytomność, ale otrząsałem się natychmiast i budziłem, brałem się w garść i chodziłem jak zombie – mętny wzrok, mglista świadomość; sam nie wiedziałem, co zrobiłem sekundę wcześniej. Dlatego zdarzyło mi się raz źle przykleić etykietę: na przesyłkę, która miała iść do Chongqingu, przykleiłem etykietę z adresem pekińskim, a na tej do Pekinu umieściłem etykietę z adresem czongkińskim. Całe szczęście, że się zorientowałem przed załadunkiem i ją zawróciłem. Nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że każdego wieczoru, kiedy dopadała mnie taka senność, że aż słaniałem się na nogach, obiecywałem sobie w myślach: po pracy, choćby się paliło i waliło, będę spał jak zabity. Ale rano, gdy kończyłem pracę, senność już mijała i człowiek znowu był rześki. A w dodatku po długiej pracy, której ciało nie lubiło, umysł zaczynał odczuwać dziwną chandrę i pragnął zrobić coś przyjemnego dla ciała, aby tę chandrę stłumić i zadośćuczynić ciału – przywrócić je do życia. Widziałem, że niektórzy szli po pracy na karaoke i śpiewali niemal do zmierzchu, przespali się potem godzinę czy dwie i przychodzili znów do pracy. Ale ja nie byłem taki szalony. Nie miałem zamiaru poświęcić życia dla pracy. Stosowałem więc nieco łagodniejsze metody odreagowania. Na przykład jadłem wystawniejsze śniadanie albo szedłem do supermarketu w sąsiedniej wiosce. Nie był to duży sklep, towarów w nim też nie mieli zbyt wiele, ale chodzenie po markecie działało na mnie odprężająco, nawet jeśli kupiłem tylko jedną rzecz czy dwie.
Nadal jednak nie chciało mi się spać, i to był problem. Kiedy mijało południe, zaczynałem się martwić, że nie zasnę. Pokój, w którym na początku mieszkałem, był strasznie duszny – latem panowało w nim ponad trzydzieści stopni, słońce nagrzewało ściany niemiłosiernie, gorąco było jak w piekarniku, wentylator nie dawał rady. Wziąłem pokój bez klimatyzacji, żeby zaoszczędzić, chociaż ten z klimatyzacją był droższy jedynie o pięćdziesiąt juanów. W okolicach sierpnia nie dało się już wytrzymać, myślałem, że umrę, powiedziałem więc właścicielce mieszkania, że chcę zmienić pokój. Ale gdzie tu latem znaleźć wolny pokój z klimatyzacją? Właścicielka ciągle mnie zwodziła, za każdym razem obiecywała, że wkrótce coś znajdzie, a guzik znalazła. W ten oto sposób zmarnowałem przez nią ponad dwa miesiące, dopiero gdy minęło Święto Środka Jesieni[1], dała mi nagle znać, że jest wolny pokój. Do tego czasu zdążyło się już nieco ochłodzić, ale wciąż było gorąco. W Guangdongu aż do października temperatura nie spada poniżej trzydziestu stopni. Natychmiast zmieniłem pokój. Ale po przeprowadzce włączyłem klimatyzację zaledwie trzy, cztery razy, bo potem upały ustały.
Oprócz skwaru przeszkodę dla snu stanowił hałas. Na dole przy wejściu do budynku nie było domofonu, więc jeśli przychodził gość, to musiał albo zadzwonić na komórkę, żeby ktoś zszedł i mu otworzył, albo wydzierać się pod oknem. Wystarczyło więc, że ktoś krzyknął, a ja już się budziłem. Miałem wtedy ochotę go udusić.
Mój pokój miał poza tym fatalne wygłuszenie. Kiedyś usłyszałem kłótnię za ścianą – mąż rugał żonę, a ona przez cały czas milczała. Może nie miała nic na swoją obronę. „Haruję cały dzień jak wół – mówił – i jak wracam, to chcę się tylko spokojnie wyspać, a nawet tego nie mogę się doprosić!”. Wyglądało na to, że żona wykręciła mu jakiś numer. Potem mąż zaczął płakać. Wielki chłop płakał, nie przestając rzucać bluzgami. Z czystej ciekawości bardzo chciałem się dowiedzieć, co ta jego żona właściwie przeskrobała. Pochodziliśmy jednak z różnych zakątków kraju, mieliśmy różne akcenty, nie byłem więc w stanie do końca go zrozumieć.
Ale nawet jeśli było cicho i kiedy temperatura na zewnątrz już opadła, ja wciąż miałem problemy z zaśnięciem. Myślałem o różnych rozwiązaniach. Leków nasennych nie mogłem kupić; słyszałem, że gorzka czekolada pomaga na sen, jadłem ją więc jak lekarstwo, jeden kawałek przed snem – co oczywiście w ogóle nie pomagało. Kupiłem też melatoninę, ale nie zadziałała. Została mi więc tylko jedna stara metoda – upić się. W supermarkecie mieli erguotou[2] w czterolitrowej butelce, ale że Hongxing było za drogie, kupowałem mniej znane marki. Kilka z nich pochodzi z Syczuanu, w smaku nie bardzo przypominają znane mi erguotou i są naprawdę mocne. Ale za to są tanie. W granicach budżetu, który sobie wyznaczyłem, czasem kupowałem nieco lepszy alkohol, na przykład Lao Cun Zhang[3] po osiemnaście juanów za półlitrową butelkę. Była to najlepsza wódka w tym przedziale cenowym.
Pijąc wódkę, zazwyczaj czytałem jednocześnie książkę, ale potem nie pamiętałem już, o czym czytałem. Nierzadko wypijałem setkę albo półtorej. Wstawałem o wpół do siódmej wieczorem – jeśli udało mi się zasnąć przed drugą, mogłem uznać to za sukces.
Ale zdarzały się takie podłe dni, że o czwartej jeszcze nie spałem, wtedy naprawdę nie było mi do śmiechu. Zanim trafiłem do D., sypiałem siedem godzin na dobę, ale pracując na nocki, spałem średnio cztery godziny z hakiem.
Picie, by zasnąć, było źródłem kolejnego problemu – po przebudzeniu wciąż byłem pijany. Na szczęście do pracy chodziłem pieszo. Miałem przemożne wrażenie, że ulica faluje z każdym kolejnym krokiem – nie wiedziałem, czy to ja się chwieję, czy świat dookoła się kołysze. Z kolei kiedy piłem mniej, ogarniała mnie senność, jakbym w ogóle nie spał. W drodze do pracy mijałem rząd parterowych domów, czułem dochodzący z mieszkań zapach świeżo ugotowanych dań, widziałem ludzi, którzy po pracy zadowoleni zasiadali na kanapach. Tak w moim mniemaniu wyglądało prawdziwe szczęście. Tymczasem ja, mimo że jeszcze nie zacząłem pracy, byłem już bardziej zmęczony niż oni. Przeklinałem wtedy siebie z całej siły, ciało przeklinało wolę, wola przeklinała ciało. Przysięgałem sobie, że następnego dnia, jak tylko wrócę do domu, od razu pójdę spać. Ale rano robiłem to, co zwykle – i tak w kółko.
Mieszkałem w małej wiosce o nazwie Luoheng, leżącej tuż przy parku logistycznym, od którego oddzielała ją mała rzeczka. Park logistyczny stanowił teren otwarty, nie miał żadnego ogrodzenia ani bramy, można było swobodnie wchodzić i wychodzić, wjeżdżać i wyjeżdżać. Wioska Luoheng była natomiast zamknięta – z jednej strony otaczała ją rzeczka, a z drugiej na ulicy wjazdowej ustawiono bramę, którą zamykano o dziesiątej wieczorem. Wydawało mi się to z początku dziwne. Czemu wioska jest ogrodzona? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Później dopiero zauważyłem, że we wsi tej uprawia się głównie rośliny ozdobne: od misternych bonsai po bujne drzewa sadzone wzdłuż deptaków; do wyboru, do koloru. Pewnie z uwagi na wysoką wartość roślin mieszkańcy ogrodzili wioskę w obawie przed złodziejami. Każdego dnia w drodze do pracy i z powrotem musiałem przechodzić przez płot z drutu kolczastego. Pewnego razu, kiedy wdrapywałem się na ten płot w strugach deszczu, wystarczyła chwila nieuwagi, żebym rozciął sobie ramię – do dzisiaj mam bliznę.
Wszyscy mieszkańcy Luohengu noszą nazwisko Yun. Z duilianu[4] przy wejściu do świątyni przodków wyczytałem, że nie wiadomo za czasów jakiej dynastii ich przodkowie przybyli tutaj z Longzhongu. Wioska ta nazywała się pierwotnie Luokeng, o czym dowiedziałem się z porzuconej tabliczki adresowej ze starego domu – teraz nosi nazwę Luoheng, co nie brzmi już tak przyziemnie[5]. Mieszkańcy uważali, że poprzednia nazwa była zbyt prostacka i utrudniała im robienie interesów. Załóżmy, że jesteś jakimś drobnym przedsiębiorcą w Delcie Rzeki Perłowej i chcesz przyozdobić swoje biuro bambusem szczęścia[6] – to kupisz go raczej od „łowców pomyślności” niż z „dołu na sieci łowieckie”.
Życie w Luohengu nie należało do wygodnych – we wsi nie było supermarketu, fryzjera ani nawet budki z jedzeniem, a jedynie dwa sklepiki z mizernym wyborem towarów. Dlatego większość kolegów z pracy mieszkała w sąsiedniej wiosce, Shizhou. Luoheng dzieliło od Shizhou pół godziny piechotą. Co kilka dni chodziłem tam na zakupy. Shizhou miało targ, mały park, boisko do koszykówki, średniej wielkości supermarket i kilka sklepów wielobranżowych z towarami codziennego użytku, a ponadto było tam gdzie zjeść i nie brakowało mieszkań do wynajęcia; wieczorem pod gołym niebem można było kupić coś z grilla albo malatang[7]. Ja lubię jednak spokojne okolice, dlatego Luoheng bardziej mi odpowiadał. Poza tym ceny najmu w Luohengu były nieco niższe. Na przykład czynsz za mój pokój wynosił czterysta juanów – w Shizhou za podobny zapłaciłbym pięćset.
Rzadko kupowaliśmy przez internet. Co prawda jest tam tanio, wybór niemały, ale kurierzy nigdy nie podchodzili pod same drzwi, tylko zatrzymywali się u wejścia do wioski i dzwonili, żeby ktoś przyszedł odebrać od nich przesyłkę. Zejście na dół i odebranie przesyłki zajmowało mi dziesięć minut, poza tym nie wiedziałem, o której godzinie przyjedzie kurier, a sen w ciągu dnia był bezcenny. Raz obudzony, nie mogłem ponownie zasnąć. Dlatego kupowałem to, co mieli w Shizhou. Na szczęście nie było drogo. Na przykład za czajnik elektryczny marki Triangle dałem tylko dwadzieścia dziewięć juanów, a potem zostawiłem go właścicielce mieszkania. Myślę, że na drogie rzeczy nie byłoby w Shizhou popytu.
Jest takie powiedzenie, że koszary się nie zmieniają, ale żołnierze są w nich ciągle nowi. Niewiele osób wytrzymywało długo w tej pracy. Kiedy się zatrudniałem, nagroda za polecenie nowego pracownika wynosiła trzysta juanów, potem wzrosła do pięciuset, a potem nawet do ośmiuset, żeby przed Dniem Singla[8] osiągnąć okrągły tysiąc. Poleciłem znajomego do pracy w dziale operacyjnym na stanowisku kuriera. Dostałem za to pięćset juanów, ale nie zatrzymałem tych pieniędzy, oddałem mu je. Znajomy nie wytrzymał jednak nawet dwóch miesięcy. Powiedział, że ta praca jest dla niego za ciężka.
W ubikacji, przy dystrybutorze wrzątku i na wolnej przestrzeni nad umywalkami, wisiały kolorowe plakaty z HR-u, na których można było przeczytać, co mówią o sobie pracownicy. Pamiętam niektóre z nich. Na przykład ktoś – zapomniałem oczywiście, jak się nazywał, więc powiedzmy, że pan Wang – przepracował w sortowni kilka lat, potem się zwolnił, żeby rozkręcić własny biznes, ale stracił wszystkie pieniądze i wrócił do firmy. Dzisiaj mówi, że lepiej mu się pracuje na etacie, a na pensję nie narzeka… Taki opis widniał obok fotografii ukazującej jego postać od pasa w górę. Sądząc po zdjęciu, powodzi mu się teraz całkiem nieźle – patrzy w obiektyw z radością w oczach i pełnym zadowolenia uśmiechem. Osób z podobnym doświadczeniem jak pan Wang było jeszcze wiele. Sikając, myjąc ręce czy nalewając wodę, mogliśmy sobie o nich poczytać.
Poza dostarczaniem nam plakatów propagandowych HR ruszał do boju osobiście, wystawiając swoje stoiska na skrzyżowaniach w Shizhou, obklejając mury ogłoszeniami o pracę czy też wysyłając powiadomienia przez różne aplikacje. HR-owcy dwoili się i troili, nie cofali się przed niczym. Jeśli ktoś tylko odpowiedział na ogłoszenie, to bez większego namysłu wysyłali go do sortowni na okres próbny. W końcu mieli swoje KPI do wypełnienia. Może to właśnie dlatego niektóre osoby przysłane na okres próbny w ogóle się do tej pracy nie nadawały.
Pewnego razu przyszła na przykład pewna dziewczyna: wąskie ramiona, chude nogi, a do tego niska; widać było, że sobie nie poradzi. Ale skoro już ją przysłano, to nie można jej było odesłać do HR-u ani tym bardziej przenieść do innego zespołu. Trzeba było dać jej szansę. Brygadzista nie chciał mieć u siebie takich ludzi. Miał obawy, że dziewczyna będzie się guzdrać, zaniżając wyniki zespołu; że nie wytrzyma ciężkiej pracy i po dwóch miesiącach odejdzie, a wtedy cała para w gwizdek. Dlatego dał nam wyraźnie do zrozumienia, żeby nie pomagać jej w okresie próbnym.
Jak już wspomniałem, okres próbny był najtrudniejszy. Osoby nieprzywykłe do takiej pracy potrzebują zwykle tygodnia lub dwóch, żeby się oswoić, a jeśli ktoś ma kiepskie warunki fizyczne, to nawet szkoda gadać. Ale im bardziej ktoś był wiotki – tak jak ona – tym bardziej nie wolno nam było mu pomagać, gdyż w rezultacie mógł nabrać mylnego przekonania, że sobie radzi. Ważne, żeby poczuć, jak trudna to praca, a jeśli po wszystkim wciąż będzie się chciało zostać, to znak, że naprawdę można to zrobić. Osobom dobrze zbudowanym i silnym mogliśmy udzielać pomocy.
Ja sam podczas okresu próbnego nie wiedziałem jeszcze, jak najlepiej rozładowywać przesyłki, i podczas wysypywania paczek z brezentowego worka nie chwytałem drugiego końca kciukiem i palcem wskazującym, ale wbijałem palec wskazujący i ciągnąłem worek do góry. Z początku nie czułem bólu, ale po trzech nocach takiego pociągania paznokcie na palcach wskazujących odgięły się, a kilka dni później poczerniały, żeby na koniec odpaść. Odrosły dopiero po trzech miesiącach.
Mieliśmy w zespole również osoby z niepełnosprawnościami – przepisy wymagały, aby każde przedsiębiorstwo zatrudniało odpowiednią liczbę takich osób w stosunku do ogólnej liczby pracowników. Słyszałem, że wcześniej nie spełnialiśmy tego wymogu, przez co przyszło nam zapłacić sporą karę. Osoby te dawały sobie radę w pracy, a prawdę mówiąc, to na niektórych stanowiskach nie było żadnej różnicy między nimi a resztą pracowników. Ze względu na swoje ograniczenia nie mogły jednak rotować między stanowiskami. Na przykład osoby kulejące nie mogły pracować przy rozładunku czy pakowaniu, bo na tych stanowiskach trzeba bez przerwy chodzić – ja sam zużyłem parę nowych butów z Decathlonu w ciągu czterech miesięcy. Brygadzista miał więc niemały problem w rotacyjnym obsadzaniu stanowisk. W rezultacie nie lubił pracowników z niepełnosprawnościami i czasem się z nich nabijał.
W każdym stadzie znajdzie się jakaś czarna owca. Nasza grupa nie była tutaj wyjątkiem. Przyszła do nas dziewczyna zaraz po ukończeniu szkoły, miała ledwie osiemnaście lat i była najmłodszą osobą w zespole. Szczupła i niska, niespecjalnie silna, ruszała się wolno, była dość nieporadna. Szło jej naprawdę wolno na przenośniku, więc inni musieli jej pomagać; nieraz chciała, żeby zatrzymano taśmociąg. Poza tym była bardzo nietowarzyska, nie potrafiła się zaprzyjaźnić z nikim w zespole. Dlatego też niemal wszyscy mieli jej dosyć, wymyślali nieprzyjemne przezwiska, rzucali szyderstwa w twarz i wydzierali się na nią za byle co. Ja bym na jej miejscu nie wytrzymał w takim otoczeniu.
Była jednak ode mnie silniejsza psychicznie albo wszystko spływało po niej jak po kaczce, bo wytrzymała całkiem długo, znacznie dłużej, niżbym się spodziewał. Starałem się być wobec niej jak najbardziej koleżeński, ale nic nie mogłem poradzić na jej sytuację. Pewnego razu rozpłakała się i nagle, w środku nocy, sobie poszła. Brygadzista odetchnął z ulgą, bo sam chciał się pozbyć osoby mało wydajnej w pracy, ale tej dziewczyny wołami by nie ruszyli. Brygadzista nie miał na nią sposobu. Dwa dni później powiedziała, że jednak chce wrócić. Brygadzista oczywiście odmówił. Tylko że w sortowni był jeszcze jej chłopak, pracował przy załadunku. Poszedł z nią po prośbie do brygadzisty i długo go namawiał – przecież pracują w tej samej firmie, spotykają się na co dzień, są zwykłymi pracownikami, więc nie warto sobie wzajemnie utrudniać życia. Brygadzista w końcu się zgodził. Dziewczyna wróciła więc do nas i znowu się męczyła, i zbierała cięgi.
Kilka dni po mnie zatrudniono pewnego mężczyznę. W pierwszym dniu okresu próbnego brygadzista kazał mi zaprowadzić go na stołówkę i od tamtej pory nowy wszędzie za mną łaził. Chciał nawet, żebyśmy razem chodzili do pracy. Zaproponował, byśmy wzięli wolne w tym samym czasie i spędzili ten dzień wspólnie – na szczęście brygadzista się nie zgodził. Nasi koledzy byli przekonani, że znamy się od dawna. Czułem się z tym wszystkim nieswojo, ale nie miałem odwagi zerwać kontaktu, w końcu był bardzo przyjaźnie nastawiony. Miał do tego pewną wadę: lubił się przechwalać. Wciąż powtarzał, jaki to on jest niesamowity, jak się na wszystkim zna, iloma osobami kierował, a gdyby doszło do bójki, to nawet z sześcioma czy siedmioma naraz sobie poradzi. I tak dalej. Słuchałem tylko i kiwałem głową – bałem się powiedzieć mu wprost, że nie wierzę w ani jedno jego słowo. Zastanawiałem się wtedy, jak próżnym i zakompleksionym trzeba być, żeby wciąż się tak przechwalać. Jednak patrząc na to teraz z perspektywy czasu, lepiej rozumiem jego zachowanie. Zatrudniliśmy się niemal w tym samym momencie, nikogo wcześniej tu nie znaliśmy, mieliśmy podobne poglądy na niektóre tematy i zbieżne interesy. Samotna walka w nowym środowisku bywa niebezpieczna, przy braku szczęścia można zostać odsuniętym na margines jak ta dziewczyna opisana wcześniej. On wyczuł to już pierwszego dnia – ja tego nie pojmowałem i nie rozumiałem, o co tak naprawdę mu chodzi.
Dołączyła też do nas młoda kobieta w ciąży – polecił ją jej chłopak, który z nami pracował. Przepisy kadrowe zabraniały przydzielania do jednego zespołu osób pozostających ze sobą w związku, ale chłopak chyba zataił, że coś ich łączy – kiedy wyszło to na jaw, było za późno i brygadzista mógł tylko robić dobrą minę do złej gry. Na początku nie było jeszcze po niej widać, że jest w ciąży; miała ledwie dwadzieścia lat, była silna, praca nie sprawiała jej trudności. Z czasem jednak jej brzuch się zaokrąglał. Było nam jej żal, w końcu ta praca to całonocna harówka. Niektórzy kręcili głową, mówiąc, że to „ludzka tragedia”.
Jej chłopak miał w dodatku skłonności do hazardu, przez aplikację kupował kupony Mark Six[9], co w praktyce niewiele różniło się od gry w kasynie. Już kilka dni po wypłacie potrafił być goły i wesoły, a na jedzenie i czynsz szła pensja dziewczyny. W dodatku naciskał na nią, by prosiła nas o pożyczkę, bo sam już pozapożyczał się na lewo i prawo i nie wypadało mu robić sobie nowych długów. Z czasem zaczęło dochodzić między nimi do coraz częstszych kłótni. To głównie dziewczyna miała obiekcje wobec faceta. Chłopak miał spokojne usposobienie, nigdy nie tracił panowania nad sobą, ale co z tego, że był niekonfliktowy – gdy garnkowi brakuje denka, nawet najlepsza przykrywka na nic się nie zda. W końcu pewnej nocy dziewczyna wybiegła z płaczem – musiała być równie zmęczona, co wściekła, i nie miała już siły tego ciągnąć. Następnego dnia zwolniła się i więcej jej nie widziałem. Jej facet nadal tam pracował, kiedy odchodziłem. Szybko znalazł sobie nową partnerkę – tym razem mężatkę, która samotnie wyjechała do pracy. Na wspomnienie o ciężarnej rumienił się ze wstydu i powtarzał, że chciałby jej to jakoś wynagrodzić — nie wiem, czy to zrobił. Jakiś czas potem rzucił jednak hazard. Może nie miał już od kogo pożyczać, a może zablokowali mu konto w aplikacji.
Od początku do końca byliśmy jedynie biernymi obserwatorami, spokojnie przyglądającymi się rozwojowi wydarzeń – nikt go nie upominał, nikt nie wyciągnął pomocnej dłoni do kobiety w ciąży, co najwyżej ktoś szepnął jej kilka słów otuchy. Każdy z nas miał własne zmartwienia i własne problemy do rozwiązania, przez co brakowało nam energii, żeby troszczyć się o cudze sprawy.
Ta praca wyciskała nas jak cytryny, nie pozostawiając ani kropli współczucia – byliśmy jak odrętwiali. Miała na nas ogromny wpływ. Przez ciągłe zmęczenie i nieprzespane noce człowiek łatwiej traci nad sobą kontrolę.
Ja sam pokłóciłem się z dwoma kolegami z zespołu, i to ostro. Jeden z nich strasznie się obijał, kiedy razem pracowaliśmy; miał fatalne podejście i cięty język, a wysługiwanie się innymi uważał za normalną rzecz.
Drugi był jeszcze gorszy. Najtrudniejszą robotę zwalał na mnie, a sobie wybierał łatwiejsze zadania, i tak za każdym razem – szybko przestał się nawet z tym kryć. Niewiele brakowało, żebym go uderzył – byłem wtedy gotów komuś przywalić, komukolwiek, a najbardziej jemu. Ale za bójkę wywalali z roboty – nawet gdyby do niej doszło poza miejscem pracy. Dobrze więc, że się powstrzymałem.
Mieliśmy jednak pewną dozę wyrozumiałości wobec leserów w zespole, bo ilość pracy i pensja i tak nie były rozłożone sprawiedliwie. Jeśli tylko nie stawali się obciążeniem dla innych, to nie widzieliśmy problemu. Poza tym osoby leniwe były przyjaźniej usposobione. Może miały jakieś wyrzuty sumienia?
Wynagrodzenie obliczano nam w następujący sposób: w zespole było pięćdziesiąt parę osób, którym przydzielano jedną z trzech kategorii – A, B albo C – w zależności od indywidualnych wyników pracy w danym miesiącu. Dziesięciu najbardziej wydajnych pracowników otrzymywało kategorię A. Jeśli ktoś popełnił poważny błąd – na przykład zgubił przesyłkę, źle posegregował, miał bumelkę, nie wykonał polecenia i tym podobne – dostawał C. Pozostałym przypadała kategoria B. Kategoria A oznaczała pięć tysięcy juanów na rękę, za B dawano cztery siedemset, a za C – jakieś cztery trzysta. Liczba przesyłek zmieniała się każdego miesiąca, więc kryteria wypłat również były ruchome. Kategoria C stanowiła karę – jeśli nie popełniło się błędu, to się jej nie dostawało, dlatego wszyscy plasowali się w zasadzie na poziomie A lub B.
Niektórzy przywiązywali do tego ogromną wagę. Na przykład ten drugi, z którym miałem starcie, jeśli tylko nie dostał A, z marszu szedł do brygadzisty i żądał wyjaśnień. Znacznie więcej osób przejawiało jednak bierną postawę. Nawet jeśli czasem ktoś narzekał, rzadko szedł się wykłócać. Większość nie chciała harować jak wół. Może zdawali sobie sprawę, że przy większym wysiłku trudno się będzie wybić, więc już lepiej się zbytnio nie forsować i pilnować jedynie, żeby nie spaść do C – ten pierwszy mężczyzna, z którym się pokłóciłem, należał właśnie do takich osób.
Oficjalnie głównym kryterium oceny stosowanym wobec nas przez brygadzistę była liczba przesyłek, ale każdy pracował przecież na innym stanowisku i miał inny zakres obowiązków, trudno byłoby więc porównywać nas wszystkich jedynie na podstawie liczby obsłużonych paczek. Był to raczej pretekst dla brygadzisty, żeby nas zmotywować lub spławić. W rzeczywistości brał pod uwagę dwie kwestie: po pierwsze, chcąc łagodzić i równoważyć nastroje w zespole, rotacyjnie przyznawał kategorię A większości osób; po drugie, zależało mu na motywowaniu tych bardziej wydajnych i pracowitych.
Zawsze dawałem z siebie wszystko, kiedy się za coś brałem, no i miałem całkiem dobre relacje z ludźmi – zdarzało mi się pokłócić, ale zwykle z takimi osobami, które i tak miały z innymi na pieńku. Pozostali, widząc, jak się złoszczę na tamtych, czuli niemałą ulgę. W gruncie rzeczy byłem najbardziej uprzejmą osobą w całej grupie – słowo „dziękuję” mówiłem częściej niż reszta zespołu razem wzięta. W D. przepracowałem dziesięć miesięcy i pamiętam, że dostałem A jakieś pięć razy, co uchodziło za naprawdę niezły wynik. W miesiącu, w którym odszedłem, nie zakwalifikowano mnie oczywiście do tej najwyższej kategorii; przez pierwsze dwa miesiące pracy też nie było co o tym marzyć – przyznanie najwyższej oceny nowicjuszowi mogłoby zniszczyć morale starej gwardii. W końcu A to towar deficytowy, obiekt pożądania. Poza tym kto wie, jak długo taki nowy wytrzyma? Nawet brygadzista nie jest tego pewien. Gdyby świeżak dostał A i zaraz potem zniknął? Tylko by się to A zmarnowało. Brygadziście zależało na tym, żeby zmaksymalizować wartość każdego A.
Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie powyższe czynniki, widać jak na dłoni, że brygadzista bardzo mnie poważał. Co miesiąc wybierano najlepszego pracownika w zespole. Na początku przeprowadzano tajne głosowanie i efekt był taki, że w ciągu pierwszych trzech miesięcy dwa razy byłem na pierwszym miejscu, a raz na drugim. Kierownik specjalnie zmienił więc zasady wyboru, żeby nagroda nie została zawłaszczona przez jedną czy dwie osoby. W nagrodę dostawałem głównie artykuły higieniczne. Raz nawet trafiła mi się suszarka do włosów – ale strzygę się krótko, więc ją komuś oddałem.
[1] Święto Środka Jesieni obchodzone jest zgodnie z tradycyjnym kalendarzem chińskim w połowie ósmego miesiąca, co przypada na okres między połową września a początkiem października według kalendarza gregoriańskiego. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
[2]Erguotou (w wolnym przekładzie: produkt drugiej destylacji) to przezroczysta wódka wytwarzana przede wszystkim z sorgo, cechująca się zawartością alkoholu od 40 do 60 procent.
[3] Lao Cun Zhang (dosł. stary sołtys) to mocna wódka z sorgo i kleistego ryżu zawierająca od trzydziestu kilku do czterdziestu kilku procent alkoholu.
[4]Duilian (dosł. łączone parami) to napisy umieszczane symetrycznie po obu stronach drzwi lub ołtarza, zawierające – czasem rymowane – poetyckie sentencje.
[5] Luokeng (罗坑) można przetłumaczyć jako „dół na sieci łowieckie”, a Luoheng (罗亨) – „łowienie pomyślności za pomocą sieci”. Użyte tutaj morfemy są wieloznaczne, więc możliwe są również inne interpretacje tych toponimów.
[6] Bambus szczęścia (ang. Lucky Bamboo, chiń. 富贵竹, dosł. bambus bogactwa i zaszczytów) znany oficjalnie pod nazwą dracena Sandera, to roślina z rodziny szparagowatych przypominająca kształtem bambus, stąd jej potoczna nazwa.
[7]Malatang to potrawa składająca się z silnie aromatycznego bulionu (najczęściej o ostrym smaku) oraz surowych produktów takich jak mięso, warzywa, tofu, makaron czy jajka, które klient wybiera, po czym przekazuje, zwykle w plastikowym koszyku, osobie obsługującej, aby je ugotowała we wspomnianej zupie. Malatang przypomina nieco huoguo (tzw. gorący kociołek), ale ten drugi charakteryzuje się tym, iż biesiadnicy siedzą przy stole, na którym stoi zupa, i gotują sami; malatang to posiłek serwowany czasami wprost na chodniku.
[8] Dzień Singla w Chinach obchodzony jest 11 listopada (z uwagi na cztery jedynki w dacie) i jest to zarazem dzień wielkich wyprzedaży internetowych. Zwyczaj wyprzedaży zapoczątkował 2009 roku serwis sprzedażowy Taobao Mall (obecnie Tmall) należący do Alibaba Group Holding Limited.
[9] Hongkońska loteria.
