Bułgaria. Złoto i rakija - Magdalena Genow - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

 

Dlaczego rakii nie pije się na raz? Czy to prawda, że Bułgaria jest rajem dla archeologów i że przeciętny Bułgar lubi rozmawiać o ziołach? Dlaczego ostatni car Bułgarii wrócił do władzy? I w końcu, jak to się stało, że ten czarnomorski kraj zasłużył sobie na miano „Róży Europy”?

Bułgaria kojarzy nam się przede wszystkim z wczasami w PRL-u. Na wakacjach w Złotych Piaskach popijano pomarańczowy schweppes, a na pamiątkę każdy pakował do torby koniak Słynczew Briag. Kwitł nie tylko handel wymienny, ale także nawiązywały się wieloletnie przyjaźnie. A jaka jest współczesna Bułgaria? Autorka przedstawia nieznane oblicze jednego z najciekawszych krajów Europy. Prowadzi nas mało uczęszczanymi szlakami, mierzy się z mitami, uwodzi znajomością miejsca i kultury.

Ta erudycyjna i pełna humoru książka to także moja Bułgaria. Dawno nie czytałem niczego, co przeniosłoby mnie tak wiernie w czasy i miejsca dzieciństwa. Bo niekiedy miejsca, które pozornie doskonale znamy, zasługują na ponowne odkrycie. Takim odkryciem jest „Bułgaria” Magdaleny Genow. Hubert Urbański

Magdalena Genow pisze o Bułgarii w tak niezwykły sposób, że czyta się ją jednym tchem. Jej miłość do tego kraju to cudowna rekomendacja dla niezdecydowanych. Jarosław Kuźniar CEO goforworld.com

Pełna smaków, zapachów i wrażeń książka o Bułgarii i Bułgarach. Autorka ciepło i z nostalgią, bez cienia sentymentalizmu, pisze o kraju lat dziecinnych, zapamiętanych obrazach, wyprawach w różne rejony Bułgarii, babci, która odeszła, i tańczących niedźwiedziach. Bardzo polecam. Ałbena Grabowska autorka wielu powieści, w tym ekranizowanej sagi „Stulecie winnych” i non-fiction o Bułgarii „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Bułgaria kojarzy nam się przede wszystkimz wczasami, na które jeździło sięw czasach PRL-u. Niektórzy wyjeżdżali solidnie obładowani, wiozącz Polski na handel ubrania, kosmetyki, sprzęt turystycznyi butle gazowe. Przewożone towary można było opylić już po drodze, na Ukrainie lubw Rumunii. Dworce kolejowew tamtych czasach pełniły funkcje bazaru,a transakcje nierzadko zawierano przez okna pociągów. Na wakacjachw Złotych Piaskach popijano pomarańczowyi grejpfrutowy schweppes,a na pamiątkę każdy pakował do torby koniak Słynczew Briag.

Jestem dzieckiem tej epoki. Dosłownie.

Mama tańczyław zespole ludowymi podczas jednejz tras koncertowych odwiedziła Bułgarię,a dokładnie – Płowdiw. Po występie jedenz miejscowych tancerzy wywróżył jej, że wyjdzie za Bułgara. Wyśmiała goi wróciła do Polski.

Kilka lat później planowała wyjazd na stałe do Francji. Zaprosiła swoją mamę na pożegnalne wczasy do Warny.I tam poznała pewnego Bułgara. Świetnie mówił po polsku, prenumerował „Magazyn Polski”i miał całą biblioteczkę polskich książek. To mój tata.

Na tym ta historia mogłaby się zakończyć, bo przecież nie każdy mieszaniec bierze się za pisanie książki. Dwujęzycznośći coroczne długie wakacjew Bułgarii sprawiły jednak, że ukończyłam filologię bułgarską, pracowałamw kilku bułgarskich firmach oraz jako tłumaczka. Potem był blogo Bułgarii – śledztwoo kryptonimie „Bułgaria” weszłow fazę publiczną. Poznawanie kraju było szukaniem odpowiedzi na pytanie: „kim jestem?”.

Tymczasem zaczęłam pracowaćw wydawnictwiei kiedy rozmawiałamz koleżankąz redakcjio tym, jak fajnie byłoby znaleźć nowych autorów do serii podróżniczejo państwach, oświeciło nas, że przecieżo Bułgarii napisać mogę ja.

Mam nadzieję, że ta książka uprzyjemni leżakowanie na czarnomorskim all-inclusive, będzie dodatkowym ciężaremw plecaku podczas trekkingu po Rile czy Pirinie lub zagryzką do piwa Zagorka Retro[1].

Wiem, że wiele kwestii może okazać się spornych, zwłaszcza dla bałkanofilów,a tychw Polsce nie brakuje. Nie chcę kruszyć kopiio to, gdzie zaczyna się böreka kończy banica, czy sałatkę szopską naprawdę wymyślili mieszkańcy Szopłukui czy macedoński to dialekt bułgarskiego. To trochę jakz polską dyskusją, czy wychodzi się na dwór, czy na pole, czy mówi się pyzy, czy kluski na parze,i czy Ślązacy są odrębnym narodem. Niniejsza książka to nie przewodnik,a rzecz subiektywna, osobista opowieść,i aż chciałoby się popaśćw banałi napisać – „moja Bułgaria”.

Odpierającw swojej książce „Guamardżos! Opowieściz Gruzji” zarzutyo idealizowanie Gruzinów, Marcin Melleri Anna Dziewit-Meller powoływali się na Mariusza Szczygła, któremuz kolei zarzucano idealizowanie Czechów. Parafrazując autora „Gottlandu”, Mellerowie napisali: „Każdy ma takich Gruzinów, na jakich sobie zasłużył”.

Ja zasłużyłam sobie na samych dobrych Bułgarów. Zapraszam.

[1]Które wygrało plebiscyt na najlepszy bułgarski browar na moim facebookowym profilu bulgarka.pl

Opowieść pierwsza

Ralica nie była typową Bułgarką. Miała blond włosyi jasną karnację. Mieszkaław tym samym bloku, piętro nad nami. Ja gościłamu babci. Babciei ciocie mieszkające nad morzem nie mogą narzekać na brak odwiedzin krewniaków.

Tym razem na wakacje pojechałam tylkoz ojcem, więc stworzyłam sobie podwórko pełne wyimaginowanych przyjaciółi nie przejmowałam się brakiem towarzystwa. Bawiłam się sama przed blokiem. Było bardzo gorąco, trzydzieści osiem stopni (w nocy trzeba było ratować się spaniem na balkonie). Właśnie skończyłam sześć lat. Ralicai osoby z jej bandy były starsze ode mnieo rok.

– Skąd jesteś? – zapytała Ralica, ostentacyjnie żując gumę.

– Z Polski.

– Nie ma takiego kraju.

– Jest.

– Kłamiesz.

– Jest, bo jaz niego przyjechałam.

Zmrużyły lekceważąco oczyi popatrzyły na siebie, wykrzywiając ustaw sarkastycznym uśmiechu. – Nie ma, jest tylko Czechosłowacja. Na pewno jesteśz Czechosłowacji.

–Mogę coś powiedzieć po polsku – postanowiłam udowodnić im istnienie Polski.

– W takim razie powiedz coś śmiesznego. –Z całej bandy mówiła tylko Ralica, reszta się śmiała.

– Czas tou nas godzina. – Bułgarskie słowo czas oznacza godzinę,a rzeczownik godina oznacza rok.

– To jak się mówi na godinę?

– Rok – odparłam,a one wybuchnęły śmiechem.

– Twój język to czeski – zawyrokowała Ralica,a ja uciekłam.

Mój świat ległw gruzach. Polska nie istniała, polski to był czeski.Z oczu poleciały mi łzy jak grochyi wtedy na podwórku pojawiła się Dobi. Mieszkała pod nami. Przyjeżdżała ze Starej Zagory na wakacje do cioci. – Nie płacz. Chodź, pójdziemy do mnie. Pokażę ci mój skarb.

Jej ciocia, na którą zawsze mówiło się doktor Zjumbiulewa (zjumbiul to hiacynt), nalała nam lemoniady. Dobromiraz namaszczeniem wyjęłaz szafy misterną, piętrową konstrukcję, która wyglądała jak tort. Do poszczególnych, kartonowych warstw przyklejone były setki fantastycznych muszli. Prawdziwy pałac. Idealny na pocieszenie dziewczynki zagubionejw geografiii historii.

Opowiedziałam jej, co stało się na podwórku. Dobi spojrzała na mniei odrzekła:

– Ja ci wierzę, że Polska istnieje.

Nad Morzem Gościnnym

Urodziłam sięw Warnie, dwa kilometry od plaży. Warneński wiatr, latem wyczekiwany,a zimą przewiewający gnaty, zajrzał miw ucho już pierwszego dnia, powodując jego zapalenie.

Mama nie znała jeszcze bułgarskiego, dlatego kiedy lekarze powiedzieli, że urodziła momicze, to zwątpiła. Dziewczynka, momiczence, brzmi po bułgarsku podobnie do słowa „chłopiec” – momcze.

Szpital, tak samo jak blok,w którymw Warnie mieszkamy, znajduje sięw dzielnicy Odessos. Tak też nazywa się port oraz reprezentacyjnyw BRL-u – Bułgarskiej Republice Ludowej – hotelw centrum. Skąd tyle Odessyw letniej stolicy Bułgarii?

W starożytności na miejscu Warny funkcjonowało miasto Odessos. Tę grecką kolonię założyli mieszkańcy Miletu w VI w. p.n.e. Współczesna Odessa swoją nazwę zawdzięcza Greckiemu Projektowi carycy Katarzyny, który w ramach wspierania Greków jako cierpiących pod Turkiem zakładał nadawanie miastom greckich nazw. Wiąże się z tym pewne nieporozumienie. Sądzono, że antyczne Odessos znajdowało się tam, gdzie ukraińska Odessa. W rzeczywistości były tam zlokalizowane dwie inne osady: Isiaka i Istrian.

Na starożytnych mapach Morze Czarne widnieje jako Pontus Euxinus – Morze Gościnne. To właśnie nad jego brzegiem żyły Amazonki,a Argonauci żeglowaliw stronę Kolchidy po złote runo. Zaklętew jego falach mity wydają się wiecznie żywe –w 2017 roku odkryto na dnie statek okrzyknięty okrętem Odyseusza.W ramach projektu Black Sea MAP badano ten akwen na okoliczność zmian klimatycznych – przy okazji odkrywając ponad 60 wraków. Nie wiadomo, ile dokładnie, bo projekt jest ściśle tajny. Dopóki naukowcy nie przebadają wszystkich wraków, ich położenie nie zostanie ujawnionez obawy przed poszukiwaczami skarbów. To morze śródlądowe jest prawdziwym cmentarzyskiem statków. Niektóre, na przykład tez czasów średniowiecza, wyglądają jakby zatonęły wczoraj. Morze Gościnne ma bowiem niezwykłą cechę – przedmioty na jego dnie się nie rozkładają. Wynika toz niewielkiej wymiany wodyi braku tlenuw głębinach. To sprawia, że występująw nim siarczki barwiące fale na czarno. Stąd współczesna nazwa.

Morze Czarne jest jednymz najmłodszych na ziemi. Istnieją hipotezy, że od jego wód miał zacząć się wielki potop,o którym opowiadają mito Gilgameszui Biblia. Genezą wersji biblijnej jest nieposłuszeństwo ludzi wobec Boga. Wersja naukowa mówio ociepleniu klimatu, na skutek którego roztapiający się lądolód zostawił masy wody,z których powstało Morze Io. To ono miało spowodować potop. Według innej hipotezy Morze Czarne kiedyś było jeziorem, którego wody, podnosząc sięi łączącz Morzem Śródziemnym, utworzyły Cieśninę Dardanelską[2]. Ludność uciekła na południe, gdzie później opowieśćo potopie krążyła jak plotka. Ze względu na słabą wymianę wódz oceanem (ograniczoną przez wielkośći głębokość Bosforui Dardaneli – cieśnin, które łączą goz Morzem Śródziemnym),w Morzu Czarnym nie ma przypływówi odpływów. Dlatego też zasolenie morza jest niewielkie – wynosi 18,3%,a przy dnie 22,5% (dla porównaniaw Morzu Śródziemnym wskaźnik waha sięw granicach 33-39%). To wszystko nie oznacza jednak, że Morze Czarne jest bezpieczne. Jak każde inne potrafi być groźne.

W Bułgarii 20 lipca obchodzi się dzień topielca. Według prawosławnych wierzeń morze składa zatopionychw darze Świętemu Ilii. Tego dnia zaleca się, by nie chodzić na plażę. Myrtwo wylnenie, czyli prądy strugowe (lub wciągające), powstająw miejscu załamywania się fal. Toń podstępnie wciąga swoje niefrasobliwe ofiary, które często przed wejściem do wody wypiłyo jednego drinkaz palemką za dużo.

Pewnego razu, kiedy byłam na plażyz moim młodszym bratem, sama poczułam, jak morze potrafi przerazić.

Słońcew Warnie grzało tak intensywnie, że jego promienie kłuły po ciele niczym igły.W taki dzień nawet czerwona flaga nie powstrzymywała urlopowiczów przed wejściem do wody.

Siedzieliśmy na plaży „Centralnej”, tuż obok nieczynnej, zardzewiałej zjeżdżalni, któraw BRL-u robiła furorę – można byłoz niej wjechać wprost do morza, dlatego nazwano ją „kamikadze”. Obserwowaliśmy walkę ratownikao życie dwóch osób, które jeszcze przed chwilą moczyły się przy brzegu.

Następnego dnia wybraliśmy sięw to samo miejsce. Pod koniec plażowania poszłam szukać brata, który uwielbiał budować zamkiz piasku. Nie ma go. Wędrowałam dalej,w stronę portu Odessos. Nad brzegiem zebrał się tłum – trwała kolejna walka ratownikaz żywiołem. Wpadłamw panikę. Zapytałam gapiów, kto się topi. Nie wiedzieli. Zaczęłam biegać po plaży. Nie mogłam znaleźć brata. Wracającz portu, zobaczyłam ciała dwóch rosłych mężczyzn. Przed chwilą wypluło je morze. – To Rosjanie – powiedział ktośz tłumu. – Weszli do wodyz materacamii ich zniosło.

Święty Ilija dostał swoje dary.

Brata odnalazłamw piasku przy rzeczce.

Regulirani otpuski – wczasy reglamentowane

Choć jeździliśmy do Warny już po transformacji ustrojowej, tow mieszkaniu dziadków słusznie miniona epoka była zakonserwowana jak przetworyw spiżarni, która po bułgarsku nazywa się kiler. Tak naprawdę moje wakacjew Bułgarii były podróżąw czasie – do zimnowojennych artykułów, taśm szpulowychz piosenkami Beatlesówi medali od Żiwkowa, które spoczywaływ szafce dziadka na klucz wrazz talią kartz roznegliżowanymi damami, papierosami (choć dziadek oficjalnie nie palił)i wodą kolońską, której woń zdawała się przebijać przez zamknięty flakonik. Do tego książki, wieże książek,a nawet łóżeczko dziecięce pełne książek.W tym ostatnim znajdowała się polska klasyka po bułgarsku. Bułgarzy swego czasu zaczytywali sięw „Faraonie” Prusa („Lalka”tow bułgarskiej wersji „Kukła”), Trylogii Sienkiewiczai „Panu Tadeuszu” Mickiewicza.I nadal nasz kanon cenią.

Za PRL-u wczasyw Bułgarii wiązały się nie tylko zkąpielamiw morzu, ale też możliwością powiększenia zasobu dewizowego. Na Bułgarię przydzielano 200 lewów na rok do zrealizowania za pomocą książeczki dewizowej – szło się do bankuz pieczątkąi tam wymieniano „przydziałową” walutę po państwowym kursie. Polacy przywozili do Bułgarii towary na handel, na przykład kuchenki, lampyi butle gazowe, koszulki żarowe, namioty, odzież, materiały do szycia, ręczniki frotté, perfumy Pani Walewskai kremy Nivea. To były dobra trudno dostępne takżew Polsce, ale perspektywa zdobycia dolarów sprawiała, że wczasowicze między strój kąpielowya klapki wkładali wszystko, co można byłow Bułgarii sprzedać.

Z przemytem trzeba było kombinować. Pewnego razu, gdy mój tata wsiadał do pociągu relacji Warszawa-Warna, pewne starsze małżeństwo powiedziało mu: – Nie wsadzaj nic cennego do bagażu na górze, bo tam celnicy będą szukać. Schowaj pod nogi, zrób bałagani przykryj to wszystko jedzeniem.

W czasach PRL-u do Warnyi Burgasu codziennie przyjeżdżało kilka pociągówz Polski.W latach 70. Polacy cieszyli się relatywną wolnościąw podróżowaniu po braterskich krajach – wystarczył specjalny paszport na demoludy zwany „wkładką paszportową wielokrotną”. Później satelity Moskwy zaczęły się bać „zarazy »Solidarności«”. Do Bułgarii można było wjechać na zaproszenie lub voucher.

Vouchery wystawiały biura podróży, na przykład Orbis, lub stowarzyszenia turystyczne, jak Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Po stronie bułgarskiej realizował je państwowy monopolista Balkantourist, który zapewniał przydział na nocleg – zwykle na kempingu lub kwaterze prywatnej. Miejscaw nielicznych hotelach były reglamentowane – na poszczególne kraje przypadała ich określona liczba.W pierwszej kolejności dostęp do nich miały osoby związanez partią. PRL-owscy aparatczycy odpoczywali główniew Domu Polskimw Drużbie (dziś kurort „Przyjaźń” zwany jest Sweti Konstantin i Sweta Elena; ci święciw prawosławnym kalendarzu występują razem, dlatego to miejsce nosi „wspólną” nazwę), podarowanym Polsce przez cara Borysa IIIw podziękowaniu za pomoc, której udzieliła ofiarom trzęsienia ziemiw Bułgariiw 1928 r. Serwowano tam polskie daniaz polskich produktów.

Voucher, jak każde dobro luksusowe, dostępny był dla nielicznych. Jeżeli ktoś mimo wszystko chciał pojechać do ciepłych krajów, to musiał mieć znajomościw biurach turystycznych. Facebooka nie było, ale sieci kontaktów działały sprawnie, wszak polska zaradność nie ma sobie równej. Tak do Bułgariiw 1987 roku na wczasy ze swoją rodzicielką przyjechała moja mama. Opowiadała, że kiedy pociąg stawał na rumuńskich stacjach, Rumuni czekali na peronachi krzyczeli, że chcą kupić dżinsy. Polacy sprzedawali też Rumunom Biseptol, antybiotyk, który służył im jako środek antykoncepcyjny. Mama była chyba jedyną osobą na wycieczce, która jechała po prostu na plażę.

Podróż na własną rękę była znacznie bardziej kręta. Kiedy czytam polsko-bułgarskie korespondencjez tamtych czasów, to widzę, że głównym tematem pozostawała kwestia: jak załatwić zaproszenie. Mógł tego dokonać tylko Bułgar zameldowanyw Sofii. Ojciec uruchamiał więc dalekie znajomości.

Istniała jeszcze jedna opcja – zaproszenie od Polaka pracującegow Bułgarii.A tych nie brakowało – firma Budimex budowała hotelew Albenie, Dewnii w Kozłoduju. Jeżeli chciało się zaprosić swojego znajomegoz Polski, trzeba było znaleźć drogę dojścia do takich pracowników.

Polacy pracującyw Bułgarii wyrabiali książeczki walutowe. Zarobione lewy wymieniali na talony baltonowskie, za które mogli kupić na przykład maluchaw peweksie. Widywało się później maluchy, nawetz przyczepkami, ciągnące znad Wisły na Czarnomorskie Wybrzeże. Więcej jednak przyjeżdżało dużych fiatów, modeli 125p. Kierowcy narzekali na policję wyłudzającą łapówkiw ZSRR, ale wjazd do Bułgarii był pozytywnym zaskoczeniem. Wczasowicze opowiadali, że drogiw Bułgarii były wielopasmowe,w przeciwieństwie do polskich czy sowieckich.

Bułgarowi wjechać do Polski było jeszcze ciężej. Nie mógł ot tak pójśći kupić bilet na bezpośredni pociąg do Polski. Zaproszenie można było wystawić tylko członkom rodziny. Ojciec, zakochanyw Polscei Polkach, pukał do naszego kraju bocznymi drzwiami – przez granicęz NRD. Opowiada, że pierwszy raz wjechał takw 1985 roku („paszport celniczce podawałemz drżeniem rąk”).

Problemówz wjazdem do Polski nie byłoz ościennych demoludów. Bułgar do NRDi Czechosłowacji mógł wjechać, ale musiał mieć zgodę od… swojego przełożonego! Mój tata też taką zgodę musiał zdobyć.A co jeżeli Bułgar był bezrobotny? Wtedy zatrudniał się na 15 dniw jakiejś firmie,w której pracował znajomyi szedłz flaszką do naczelnika prosićo zgodę na wyjazd. Wyobrażacie sobie coś takiego teraz? Prosić szefao pieczątkę na przykład na bilecie lotniczym do Portugalii?

Tata ostatnią podróż do Polski przed upadkiem muru berlińskiego odbyłw 1987 roku, ale już oficjalnie – na zaproszenie. Dostał zezwolenie po okazaniu dokumentu od mamy, że nie maz jej strony przeszkód do zawarcia ślubu. Na papierze była adnotacja: kandydat na męża.

Last minutew Złotych Piaskach

Polacy powrócili na bułgarskie plaże. W 2018 roku w rankingu najpopularniejszych kierunków wakacyjnych wśród Polaków Bułgaria zajęła trzecie miejsce. Portal „wakacje.pl”opublikował też zestawienie kurortów, które „najbardziej kręcą Polaków” – Słoneczny Brzeg zajął drugie miejsce, Złote Piaski również uplasowały się wysoko, bo na pozycji dziewiątej.

Te dwa kurorty wybierają entuzjaści życia nocnegoi imprez. Mniejsze miejscowości też mają swój urok –w knajpach gra tradycyjna bułgarska muzyka,a plaże nie są zastawione parasolkamii leżakami. Często jestemo to pytana, więc uprzedzając – nie,w Bułgarii nie spotyka się parawanów.

Moim ulubionym kurortem jest Primorsko. Ze względu na szerokie plażei wydmy przypomina mi polskie wybrzeże. Kiedy spędzałam tam wakacje kilka lat temu, Primorsko było opanowane przez Czechów. Nasi południowi sąsiedzi wybierają je ze względu na niskie ceny, dziką przyrodęi nieobecność kiczu, tak charakterystycznego dla Słonecznego Brzegu. Przez to nawet menuw restauracjach jestw języku czeskim. Zrozumiecie.

Na wybrzeżu Morza Czarnego latem jest tłoczno.W Warniew sierpniu trudno złapać taksówkę,a w restauracjach często zaczyna brakować najpopularniejszej ryby – szprotki (caca). Dlatego polecam wybrać się tamw czerwcu lub wrześniu (ten drugi miesiąc jest najkorzystniejszy, jeśli chodzio owoce – na bazarach królują winogronoi arbuzy).

A jak miejscowi postrzegają wczasowiczów? Bojan, choć studiował turystykę kulturową, na co dzień, jak mówi, pracujew turystyce alkoholowej. – Strasznie mnie to smuci, że niektórzy turyści przyjeżdżają się tu tylko napić. Zresztą napisy na koszulkach reklamujące mój kraj mówią same za siebie „Bulgaria – sex on the beach” – narzeka. Pytam go, czy pracujez Polakami: –W zeszłym roku odwiedziło nas tylu Polaków, że biuro,w którym pracuję, planuje zimą wysłać wszystkich swoich pracowników na kurs języka polskiego.

Na bułgarskim wybrzeżu, jakw każdym raju turystycznym, należy zachować szczególną ostrożność. Najlepiej wymieniać gotówkęw bankach. Kantoryw kurortach to miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Cinkciarzy, tak licznychw dawnych czasach, już nie ma, ale ich potomkowie znaleźli własną intratną niszę. Spotkałam się przed latyz przypadkami zastrzegania przez kantor drobnym drukiem, że korzystny kurs obowiązuje tylko jako forma promocji dla co dziesiątej osoby. Zawsze też przeliczam gotówkę – zdarzyło się, żew szufladce, do której wkłada się wymienione pieniądze, było podwójne dno. Pracownik pokazywał przez szybę, że kwota się zgadza, ale do klienta docierało mniej.

Bułgaria walczyz plagą nieuczciwych kantorów od lat. Jeszcze parę lat temu nikogo nie dziwił widok osiłków, którzy stali przy wejściach do punktów „change money”. Jeżeli przed kantorem prężył się ochroniarz, znaczyło to, żew takim punkcie pobierana jest dodatkowa prowizja. Oczywiście turyści nico tym nie słyszeli. Władze zakazały zatrudniania ochroniarzyi pobierania takich opłat, ale mafie, które kontrolują kantory, znalazły sposób na obejście prawa. – Obecnie pakerzy już nie ochraniają kantorów, ale po prostu sami zaczęliw nich pracować.W kantorze, który notorycznie oszukiwał turystów, pracownik miał całą podrapaną twarz. Sam widziałem kiedyś, jak rozwścieczona Rosjanka się na niego rzuciła – mówi Bojani dodaje: – Inne ich sztuczki to między innymi uśrednianie kursu kupnaz kursem sprzedaży na tabelach informacyjnych. Tym bardziej później mogą oszukiwać turystów, kiedy okazuje się, że uśrednili superwysoki kurs kupnaz niskim sprzedaży, na przykład kupują lewy za 2,50 euro,a sprzedają za 1,20 – kwituje Bojan.

W Bułgarii mieszkamy nad morzem, nic więc dziwnego, że części familii morze daje pracę. Ciocia pracowaław państwowym monopolu Balkantourism,a tata był pilotem polskich wycieczek. Mój kuzyn maluje portrety na promenadziew Złotych Piaskach. Co roku odwiedzamy go na niewielkiej alejce, przy której zgrupowano artystóww jednym rzędzie. Reklamuje swoje usługi portretem Liv Tyleri kilku innych gwiazd. Podpytuję go, jak postrzega Polaków –w końcu maz nimi do czynienia codziennie. – Przypatrują się, jak maluję, ale rzadko coś zamawiają. Jeżeli już, to przeważnie się targują. Najlepsi klienci to Niemcyi Rosjanie.

Turystyka stanowi 13% PKBi jej udział ciągle rośnie. Jest tym, co najsilniej kojarzy sięz Bułgarią.I choć, jeśli chodzio morze, nie jest to destynacja całoroczna (sezon trwa od czerwca do września, choć coraz częściej turyści plażowi pojawiają się jużw maju – ostatniow tym miesiącu ruszyły czarteryz Polski), to celem bułgarskiego rządu jest to zmienić. Bułgarzy chcieliby promować swój kraj jako idealny na ferie zimowe – nartyw Bansku czy Pamporowie –i wart zwiedzania.

Przeglądając oferty polskich biur podróży, zauważyłam, że bułgarski interior pojawia sięw nich bardzo rzadko. Ruch turystyczny koncentruje się głównie na wybrzeżu.I faktycznie, włócząc się po Płowdiwie czy Trjawnie rzadko dostrzeżemy wycieczkiz Polski, jeśli już, to backpackersów. Mam nadzieję, że ta książka odrobinę to zmienii takie miejsca wejdą do polskiej podróżniczej geografii.

[2] Ostatnie badania kwestionują teorię Ryana–Pitmana i wskazują, że powódź czarnomorska nie była tak katastrofalna – poziom Morza Czarnego miał wzrosnąć o 5-10 metrów, a nie, jak wcześniej zakładano, o 50-60 metrów.

Bułgarski slow life

Dzieli nas ponad tysiąc kilometrów. Między nami Słowacja, Węgryi Rumunia albo Serbia,w zależności od trasy.W PRL-u jeździło się przez ZSRR, teraz rzadko kto wybiera Ukrainę.

Między nami jest też cyrylica[3], któraw Polsce kojarzy sięz Rosją, ale mało kto wie, że powstała na ziemiach bułgarskich. Polacy często pytają, czy Bułgarzy mówią po rosyjsku. Bułgarzyo Polakach wiedzą niewiele więcej. Stereotypowy Polakw oczach Bułgara jest blondynemi pije wódkę ciurkiem.

Poprosiłam moją przyjaciółkę, kulturoznawczynię, żeby opisała, jakie skojarzenia budziw Polsce słowo „Bułgar”: –O ile Rumun tow potocznym polskim rozumieniu Cygan, złodziej, cwaniak, biedak, to Bułgar, mam wrażenie, jest uosobieniem chaosu, brudu, biedy – stwierdziła.

Stereotypowe widzenie Bułgaraw Polsce zostało częściowo ukształtowane przez zachodni dyskurs. Ten nigdy nie oszczędzał Bałkanów, które były nazywane „miękkim podbrzuszem Europy” czy „kotłem bałkańskim”. Mówi się też, że coś zaczyna się „bałkanizować”, co oznacza, że za chwilę nastąpi jakiś wybuchi wszyscy skoczą sobie do gardeł.Wicehrabina Strangford, angielska misjonarkaz czasów wiktoriańskich, scharakteryzowała Bułgarów tak: „dziwne połączenie pracowitościi gospodarnościz lenistwemi apatią; raz zdają się orientalni, raz zachodni”. Wicehrabina wspomina teżo ich dążeniu do edukacji, które nazwała najbardziej niezwykłą cechę charakteru Bułgarów. „Dopraszali się budynku szkolnego, zanim prosilio schronienie dla siebie”– napisała1.

Kilka sezonów temu na polskich listach przebojów rządziła „Balkanica” zespołu Piersi. Tutaj stereotyp według mnie wyśpiewany jest trafnie –w miejscowych knajpach faktycznie królują orkiestry, wino, taniec, śpiew. Bułgarzy, jak to narody południowe, są rozśpiewani,a muzyka na żywo, zwłaszcza ludowa, jestw restauracji czymś zupełnie naturalnym.

Kiedy moi rodzice urządzali weselew Bułgarii (a mieli dwa – jednow Polsce, drugie tam), to zatrudniona orkiestra miała sporą konkurencję.W rodzinie było tylu muzykantów, że starczyło rąk do grania na całą noc. Dzisiaj tata mówi, że był tylko jeden wujek-muzyk ze swoją orkiestrą, któremu śpiewem akompaniowała wujenka,a jego kolega Pawka swoimi śpiewami tylko od czasu do czasu zagłuszał zatrudnioną piosenkarkę. Tylko jeden wujekz orkiestrą? Cóż, na polskich weselach wujkówz własnymi orkiestrami nie ma raczejw ogóle.

Bułgarzy wciąż świętująi nieodłącznie towarzyszą temu słodycze. Pracującz Bułgarami, musiałam być wyposażonaw bombonierkę. Praktycznie codziennie ktoś dokonywał obchodu biura, częstując czymś słodkim. Odruchowo pytałam: „urodziny czy imieniny?”. Imieniny – raz usłyszałam, składam więc życzenia, rozgaduję się, uściski, cmoki, ale po chwili ten ktoś przerywa mój słowotok. Okazuje się bowiem, że to imieniny nie częstującego, tylko jego córki...

I tak przez wszystkie dni świętowaliśmy: urodziny wujów, rocznice ślubu rodziców, imieniny siostry, pierwsze kroki kuzyna – dużo słodkiego przewijało się przez biuro. Moja babcia, serwując popołudniową kawęz keksem, lubiła powtarzać, że to po to, aby osłodzić sobie żywot.

Słodkim częstuje się teżw rocznicę śmierci bliskiej osoby. Przyjmując cukierka czy ciastko, wypowiadamy formułkę: Bog da go prosti (Bóg niech mu wybaczy) lub Leka mu pryst(Niech mu ziemia lekką będzie).

Bułgarzy lubią się pozdrawiać (pozdrawjawam). Pierwszy dzień wiosny czy sylwester – każda okazja jest dobra. Pozdrawiają, czyli gratulują, ale jakoś ciężko mi zrozumieć, że gratulują sobie pierwszego śniegu, więc tłumaczę ten czasownik jako „pozdrawiają”. Bardziej zrozumiałe dla mnie są ich gratulacje na przykładz okazji odzyskania niepodległości. Swego czasu Churchill się dziwił, co to za naród ci Bułgarzy, którzy gratulują sobie kąpieli – Czestita bania! Nie rozumiał, że kiedyś bania (łaźnia) była nie tylko rytuałem higienicznym, ale także towarzyskim.

Nie zawsze różnice kulturowew pracy były przyczynkiem do uśmiechu. Kiedyś pracowałam jako tłumaczka na budowie gazociągu. Czekaliśmy na certyfikaty spawalniczez Urzędu Dozoru Technicznego. Sprawa się przeciągała, więc Bułgarzy wysłali pismo do prezesa Urzędu. Prezes byłw strukturzeo kilka poziomów wyżej niż osoba,z którą na co dzień byliw kontakcie. Swoim pismem pominęli więc paru kierowników czy dyrektorów.

To były moje pierwsze dni pracy – dostałam do przetłumaczenia list, nie znałam jeszcze kontekstu, nie zdołałam ich ostrzec. Rozpętała się burza. Budowa gazociągu stanęła pod znakiem zapytaniaz powodu różnic kulturowych. Polska strona była skonsternowana: „Jak możecie skarżyć na nas naszemu szefowi? Procedury zawsze tyle trwają”. Bułgarzy nie rozumieli oburzenia Polaków –w Bułgarii zawsze kieruje się listy do naczelnika, adresowanie pisma do niższego rangą urzędnika traktowane jest jako nietakt.

Chciałam napisać, że Bułgarzy nie uznają hierarchii, ale mój ojciec mnie poprawił. Po prostu inaczej poruszają sięw strukturze. Ścieżka do szefa wszystkich szefów nie jest dla nich tak kręta jak dla Polaków.

Pracaw bułgarskiej firmie kojarzy mi sięz niespiesznym popijaniem kawy. Bułgarzy popularną ostatnio ideę slow work mają wpisanąw DNA. Przerwa na papierosa. Przerwa na kawę. Strona tłumaczenia. Długa przerwa lunchowa. Odnosiłam wrażenie, że prawdziwa praca rozpoczynała sięw piątek, kiedy ja już zaczynałam myślećo weekendzie. Piątek był najbardziej intensywnym dniemw tygodniu.W piątki wracałam ze Stargardu Szczecińskiego, gdzie znajdowało się biuro projektu, do Poznania. Wiedziałam, że muszę wyjść niepostrzeżenie nie później niżo 15, bo jeżeli nie zdołam, to zostanęw Stargardzie na cały weekend.W piątkowe popołudnia wybuchała bomba – trzeba było nadrobić tydzień „przepracowany”w duchu slow work. Pracownicy uwijali się jakw ukropie, wstępowaław nich jakaś niesamowita energia. Krzyczelii rzucali papierami. Na szczęściew pociągu był słaby zasięg, ale mój telefon nie przestawał dzwonić do sobotniego poranka.

Zastanawiam się, czy istnieje gen odpowiedzialny za slow life, bo jeżeli tak, to Bułgarzy są jego szczęśliwymi posiadaczami (z małymi przerwami na prace na najwyższych obrotach). Duńczycy mają swoje hygge, Szwedzi lagom, Holendrzy gezellig,a Bułgarzy niama byrza rabota (nie ma pilnej pracy). Jestem przekonana, że moglibyw swojej narodowej narracji rywalizowaćz duńskim hygge. Brakuje im tylko dobrego marketingowca.

Niama byrza rabota – jak niama problem – pada często pod koniec rozmowyo jakimś planie, aby nie przytłaczać rozmówcy terminami. Rzucane na koniec rozmowy, uzupełnione jest stosowną pauzą. Bułgarzy nie kończą rozmóww biegu. Niech was nie zdziwi ciszaw słuchawce na końcu rozmowy telefonicznejz Bułgarem. Wcale nie oznacza, że rozmówca się rozłączył. Dwie, trzy sekundy zawieszenia to przestrzeń na to, by drugiej stronie się coś przypomniało.

Bułgar rodzi sięz niama problem na ustach. Zapytajo coś lub poproś,a każdy będzie gotowy, żeby ci pomóc. Zapytaszo drogę – zaprowadzą cię na miejsce. Mająw sobie dużo luzu, żyją tui teraz. Kiedy jestemw kawiarniw okolicach godziny jedenastej, zastanawiam się, czy jej klienci nie muszą chodzić do pracy – zawsze są pełne.

Pocziwka – sjesta

Profesor Bogdan Wojciszkew wywiadziez Marcinem Rotkiewiczem konstatuje, że cechą scalającą Polaków jako wspólnotę jest narzekanie. Nie znalazłam podobnych badań dotyczących Bułgarii, alew tym bałkańskim kraju nie wypada aż tyle utyskiwać.W Polsce istnieje duże prawdopodobieństwo, że na pytanie: „co słychać?” usłyszymy – „stara bieda”.W dobrym guście będzie też ponarzekanie na stan zdrowia lub pochwalenie się wyrwanym zębem.

Bułgar natomiast na tak postawione pytanie odpowie: gore – dołu (jako tako), ne e idealno łoszo (nie jest tak źle), sredna hubost (całkiem nieźle), czasem jeszcze ktoś użyje tureckiego wyrażenia orta budala (tak sobie). Szczytem malkontenctwaw przypadku seniora będzie stwierdzenie: „starość, co ja ci będę narzekać”.W skrajnych przypadkach, jeżeli senior chce uskarżać się na swoje dzieci, to powie – Hrani kucze da te lae (Karm psa, żeby na ciebie szczekał),a kiedy żali się na swoje otoczenie – Wyłkyt ostaree, stawa za podigrawka na kuczetata(Jak wilk się zestarzeje, to staje się pośmiewiskiem psów).

Kiedy Bułgar mówio planach na przyszłość, to żeby nie zapeszyć, dodaje żiwoti zdrawe (życiei zdrowie), cow takim kontekście oznacza: „jeżeli tylko będę wówczas całyi zdrowy”.

W Bułgarii odpoczynek jest celebrowany. Od czasownika pocziwam, czyli „odpoczywam”, powstało kilka istotnych słów. Mamy więć pocziwen den, czyli wolne, pocziwkę – urlop. Nawet „umrzeć” to dosłownie „odpocząć” – toj poczina, „on umarł”.W języku polskim nacisk położony jest na wolne od pracy, natomiastw bułgarskim słowotwórstwie na aspekt wypoczynku. Bułgarzy funkcjonują trochę jak Hiszpanie – po południu sjesta,a wieczorem wyjście na miastoz przyjaciółmi. Jednakz pojawieniem się klimatyzacji spadła liczba zamykanych miejsc na czas sjesty. Teraz, wybierając się na miasto załatwić sprawunki, nie trzeba się obawiać zamkniętych lokali.

Jako dziecko na wakacjachw Bułgarii traktowałam sjestę jako przekleństwo. Bezruch. Zakaz wychodzenia do ogrodu. Skwierczenie letniego upału. Teraz, kiedyi w Polsce pojawiły się horrendalne upały, odnoszę wrażenie, żei u nas przydałaby się popołudniowa sjesta.

Nadal jednak na wsi do około godziny piętnastej, szesnastej obowiązuje sjesta. Powietrzew Wetrino, wiosce niedaleko Warny, gdzie moja rodzina ma dom, stoi. Słychać tylko prąd skaczący po słupachi szelest przewracanych stronw „Standardzie”, popularnym dzienniku, którego codzienną prenumeratę miał wykupioną dziadek. Jestem zaskoczona, kiedyw okno puka nasza sąsiadka, Danczeto.W czasie sjesty nie wypada nachodzić sąsiadów. Przyniosła słoik domowej lutenicy (pastaz grillowanej papryki, pomidorówi przypraw), jajkai kompotz moreli. Każdy, idącw gości, zabiera to, co ma najlepszegow spiżarni – jedni mają więcej orzechów, inni nazbierali ziół. Dziwi nas, że przyszław trakcie sjesty, ale pospiesznie wstawiamy kawęi wyciągamy ciasteczka. Tym bardziej, że ledwie wczoraj wieczorem byliśmyu niej na kolacji. Zastanawiało mnie wtedy, dlaczego Danczeto się nie odzywa. Mówiła jej córka, mąż, ale ona, tak zwykle wygadana, milczała. Po wymianie informacji na temat najnowszych trendóww ziołolecznictwie, sprowadzania ziółz Tybetu dobrych na nowotwory, sprawa się wyjaśnia.

– Rodzina zabroniła mi odwiedzać sąsiadów. Powiedzieli, że zagaduję ich na śmierć – przyznaje. Rzeczywiście, Danczeto nie jest typową Bułgarką. Wizyty na wsiach są krótkie. Danczeto wstaje po kilku godzinach, dopiero, kiedy my się podnosimy.A zawsze mnie dziwiło, dlaczego babcia unikała jej wizyt.

Byłgarska rabota

Turyści z wakacji w Bułgarii często przywożą opowieści oprowizorkach. Sama raz widziałam, jak w Morskiej Gradinie, przy Centralnej Plaży w Warnie, młodzi mężczyźni przerzucali kable do budki z lodami. Jak to zrobili? Zarzucili je na drzewo. A co jeśli będzie burza? A co jeśli jakieś dziecko będzie się nimi bawić?

Czasem się zastanawiam, czyw Bułgarii działa coś takiego jak BHP. Pajęczyny z kabli oplatają bułgarskie miasta i wsie. Być może taki rodzaj pracy po łebkach jest pokłosiem tureckiej okupacjii komunistycznej przeszłości – wszak prywatna własnośći praca na swoim jest najlepszą motywacją. Wiemy, jak to wyglądałow przypadku polskich PGR-ów.W Bułgarii też istniały, pod nazwą Centralen Kooperatiwen Syjuz (CKS).

Jak pisze bułgarski pisarz Ljubomir Kotew: „Pracowitość Bułgara to mit. Południowe narody mają skłonność do lenistwa. Wyżej sobie cenią przyjemności od pracy lub starają się jakoś połączyć przyjemnez pożytecznym. Jaskrawym przykładem jest szopskie powiedzenie: »Chciałbym być żmiją – dwaw jednym: leżyszi jesz«”[4]2.

Co ciekawe, Bułgarzyz jednej strony dokonują autokrytyki, mówiąco „bułgarskiej robocie”, kiedy coś jest zrobione po łebkach,a z drugieji tak rekompensują sobie innym powiedzonkiem: „dobra robota, ale cygańska” – czyli jednak nie do końca dobra.

Kiedyś na wsi panował obyczaj, żeby zostawiaćw nowo wybudowanym domu jednoz pomieszczeń nieurządzone. Istniał zabobon, że jeżeli ukończysz dom, dokonasz żywota. Można jednak łączyć ten zwyczajz innym powiedzeniem, znanym równieżw Polsce – „robota nie zając, nie ucieknie”.

I jeszcze raz niezrównanyw charakteryzowaniu Bułgarów Kotew: „Od roboty staniesz się garbaty – powiada Bułgar – Bogaty nie będziesz. Udowadnia, pracując dużo, ale nieefektywnie. Krząta sięw tęi z powrotem nie tylez powodu pracy, ale żeby zabić czas. Nie szukai nie osiąga zadowalających rezultatów, nie ceni swojej pracy.A bogactwo, wszyscy tak uważamy, osiąga się oszustwem, kłamstwem, okradaniem cudzej pracy.I to jest najważniejszy argument, że ani nie wiemy, ile kosztuje normalna praca, ani nie chcemy jej wykonywać”3.

Jak więc jest naprawdęz „bułgarską robotą”?W praktyce Bułgarzy, których znam, są ludźmi pracowitymi. Moi dziadkowie wstawaliz kurami. Cały dzień,z wyjątkiem sjesty, pracowali. Budowa domu na wsi na emeryturze była ich świadomym wyborem – chcieli wyjechaćz miastai wrócić do korzeni. Zafundowali sobie pracowitą emeryturę na wsi.

Żestowe – gesty

Bułgarzy są kłótliwii porywczy. Przeciętny Petrow potrafi być bardzo asertywnyi szczery, co często jest przyczyną konfliktówz pobratymcami, bo jeżeli coś mu nie smakuje, powie wprost – bywa (ujdzie). Jeżeli dodasz do musaki estragon,a nie czubrycę, to zrobi ci długi wykłado tym kulinarnym wykroczeniu. Bułgarzy szybko wpadająw złość, ale też szybko się godzą. Kłótnie zwykle kończone są jakimś dowcipem, ironiczną uwagą.

Zazdroszczę im asertywności. Jeżeli ktoś proponuje Petrowowi coś do jedzenia,a on nie ma na to ochoty, to mówi po prostu: ne iskam lub bardziej dosadnie ne shta, czyli „nie chcę”. Bułgarzy nie marnują czasu na owijaniew bawełnę – Twojata rabota njama da stane („to nie przejdzie”). Polskie krygowanie się pachnie dla nich fałszem. Bułgar wykłada kawę na ławę.

Swoją odmowę Bułgar może poprzeć też kiwnięciem głowy na „nie”, które wbrew pozorom nie jest lustrzanym odbiciem polskiego „tak”. Bułgarzy na „nie” machają raz. Unoszą przy tym głowęw górę, mocno zadzierając podbródek. Ten gest jest bardzo stanowczy, podobnie jak ich ne wypowiadane kategorycznym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. Czasem na „nie” tylko cmokają.

Jeżeli już jesteśmy przy machaniu głową, to warto też wspomniećo bułgarskim da. Bułgar na „tak” macha głową kilka razy na boki, najczęściej jeszcze się przy tym uśmiechając. Stwierdzenie, żew Bułgarii macha się na odwrót, nie jest więc do końca prawdziwe. Macha się inaczej, ale nie na odwrótw stosunku do międzynarodowych gestów.

Niektórzy Bułgarzy tłumaczyli mi, że te odwrotne gesty pochodząz czasów panowania osmańskiegoi miały być bułgarskim sposobem na zachowanie wiaryw sytuacji zagrożenia życia. Turek pytał Bułgara, czy ten przejdzie na islam, grożąc mu śmiercią, jeśli odmówi. Bułgarzy machali więc na odwrót, żeby zachować zarówno życie, jaki swoją wiarę. Ale nie do końca przekonuje mnie ta historia. Upatrywałabym przyczyn odwrotnych gestóww pochodzeniu Protobułgarów, którzy mieli przyjśćz Hindukuszu, skąd blisko do Indii, gdziew podobny sposób macha się na „tak”. Jednak bułgarskie „nie” jest już inne, bardziejw tureckim stylu.W Turcji bowiemw identyczny sposób macha się na „nie”, zadzierając głowę, jednym ruchemw górę, można przy tym jeszcze cmoknąći podnieść brwi –z takim sposobem wyrażania „nie” również spotkałam sięw Bułgarii. Czyżby więc mikstura wpływów?

Warto dodać jeszcze trzeci rodzaj machnięcia głową,z którym spotkacie sięw Bułgarii – to ich wersja „tak”, alew przyspieszonym tempie, która oznacza wahanie.

Polacy,z którymi rozmawiałamo wakacjachw Bułgarii, często nie kryją rozczarowania – Bułgarzy machali głową „normalnie”. Nie ma co się dziwić. Lokalsi, którzy pracująz turystami, stosują międzynarodowe gesty. Trzeba pobyć dłużej, wyjechać poza kurort…

Familno ime – nazwisko

Najpopularniejszym nazwiskiemw Bułgarii jest Iwanow. Najczęściej spotykane imiona męskie to Georgi, Iwani Dimityr. Kobiece są bardziej różnorodne – jednoz 20 najpopularniejszych imion nosi mniej niż 20% kobiet (w przypadku panów to prawie 40%). Zdecydowanie najwięcej jestw Bułgarii Marii (skrócić można je do Marijkii Mimi). Inne popularne to Iwanka, Elenai Jordanka. Bułgarzy lubią połączenia,w których imię jest podobne do nazwiska – Denis Denisow, Christo Christow czy Genczo Genow.

Takie zbitki są całkiem powszechnei nie budzą śmiechu, ale dotyczą raczej mężczyzn. Skąd to się wzięło? Po bułgarsku nazwisko to familno ime, czyliw dosłownym tłumaczeniu „imię rodzinne”. Wśród chłopów,a ci stanowili przez wieki zdecydowaną większość społeczeństwa, imiona często powstawały od nazwisk.W wielu bułgarskich rodzinach nadal pamięta się moment powstania nazwisk.W naszym przypadku nazwisko powstało od imienia mojego prapradziadka, którego zwano Geno.

Wyjaśnię to na przykładzie Borisa, który, dajmy na to, nadał swojemu synowi imię Stojan. Stojan dostaje nazwisko od imienia ojca – Borisow. Jego syn, wnuk nestora Borisa, zgodniez tradycją imię dostanie po dziadku – Boris Borisow. Jego syn będzie się nazywał Stojan Borisow,a wnuk Boris Borisow.I takw kółko. Przyczyny dziedziczenia imion wyjaśnia Mariola Mikołajczak: „Ludowy światopogląd traktuje bowiem rodzinę (małżeństwoz dziećmi) nie jako samodzielną jednostkę społeczeństwa, lecz zaledwie jako ogniwow łańcuchu pokoleń, którew symboliczny sposób zawieraw sobie obecność zmarłych przodków”4.

Bułgarzy, podobnie jak Rosjanie, oficjalniew dokumentach noszą drugie imię po ojcu, basztino (ojcowskie). Bułgarzy po odzyskaniu niepodległości wiele rozwiązań administracyjnych zaczerpnęli od swoich „wyzwolicieli” – Rosjan. W bułgarskim łańcuchu imioni nazwisk powtarzane jest więc nie tylko co drugie pokolenie imięi nazwisko dziadka, ale też trzeci element, basztino.

W bułgarskim akcie urodzenia mam więc wpisane: Magdalena Rosenowa Genowa. Tak trzeba się legitymowaćw urzędach, alew życiu codziennym lub na Facebooku nikt się tak nie przedstawia (w przeciwieństwie na przykład do Hiszpanii, gdzie na Facebooku każdy ma dwuczłonowe nazwisko – po matcei ojcu).

Stare imiona wyszłyz mody, więc regułę nadawania imienia dziecku po dziadkach zmodyfikowano – trzeba dać imię zaczynające się od tej samej litery, co imię dziadka lub babci. Mój dziadek ze strony mamy miał na imię Marian, więc wszyscyw Bułgarii byli przekonani, że to na jego cześć ochrzczono mnie Magdaleną.W rzeczywistości tak nie było, ale bułgarska familia miała żal, że imieniem pierworodnej uczczono linię matki. Mojego brata nazwano po dziadku – Genczo, ale na drugie. Dziadek pytał, dlaczego nie na pierwsze. Może bał się wiecznego zapomnienia, gdyż według tradycji groziło to tym, których imiona nie były podawane dalej.

Wynszenwid – wygląd zewnętrzny

Bułgarzy są raczej brunetami, często bardzo ciemnymi. Nie zapominajmy jednak, że współcześni mieszkańcy Bułgarii są potomkami zarówno Protobułgarówi Słowian, jaki Traków, dlatego częśćz nich jest jasna – zdarzają się nawet niebieskoocy blondyni.

Kobiety rzadko mają krótkie włosy. Babcia ścięła włosy dopiero po siedemdziesiątce. Nawet prezenterki wiadomościw bułgarskiej telewizji mająw większości długie włosy – nie zobaczycie tam raczej fryzury à la Pochanke czy na Werner.

Typowy Petrow przypomina Turka. Jest raczej niższy od przeciętnego Polakai ma ciemniejszą karnację. Siedząc na ławcew centrum Warny, obserwowałam Bułgarów, szukając cech charakterystycznych. Pierwsze wrażenie było dość banalne – ubierają się skromniej niż Polacy. Nic dziwnego, skoro ich średnie wynagrodzenie jest niskie (1119 lewów,w przeliczeniu około 2400 zł). Szukałam jednak dalej.W końcu zaobserwowałam powtarzający się wzór – co drugi mężczyzna miał przerzuconą przez ramię czarną saszetkę. Owszem,w Polsce również można spotkać taki atrybut, ale zdecydowanie rzadziej.U Bułgara to must have.

W latach 90.w modzie była hiumnetka – męska torebka, którą nosiło sięw ręku. Hiumne tow gwarze warneńskiej homoseksualista,a hiumnetka miała być jego gadżetem. Nosili ją jednak nie tylko geje. Obecnie hiumnetki mogą byćz paskiem, rączką,a niektóre przypominają nerki – saszetki wiązanew pasie.

W kwestii współczesnej mody kobiecej ciężkoo różnice. Tak naprawdę jedyną różnicą, którą dostrzegłamw