Brakująca połowa dziejów 2. Nowa historia kobiet na ziemiach polskich - Anna Kowalczyk - ebook + audiobook

Brakująca połowa dziejów 2. Nowa historia kobiet na ziemiach polskich ebook

Anna Kowalczyk

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Anna Kowalczyk znów to robi! Opowiada nam zupełnie nowe dzieje Polski, o których szkolne podręczniki nawet się nie zająkną. To historia z perspektywy tej drugiej, brakującej połowy jej twórczyń i uczestniczek.

Kiedy uznano kobiety za „słabą płeć”? Jak macierzyństwo, miłość i seks ewoluowały na przestrzeni wieków? Jak zmieniały się nasze domy, styl życia i sposoby spędzania czasu oraz dlaczego przemoc częściej spotyka właśnie kobiety?

Autorka, snując nieznane losy znanych bohaterek, w oparciu o najnowsze badania, odpowiada na pytania, których historia zwykle nawet nie zadaje. Bo zaplecze dziejów skrywa jeszcze wiele tajemnic, a pod powierzchnią zdarzeń działo się niemniej niż na ich powierzchni.

Gabriela Zapolska - pierwsza polska naturalistka, „pornografka”, pogromczyni emancypantek, czy może niespełniona matka, która nigdy nie wybaczyła światu? Maria Jadwiga Strumff - od dziecka żyjąca w poczuciu odmienności, jako masażystka odkryła intensywne doznania erotyczne, które bez cienia wstydu opisze jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce. Zofia Nałkowska - w literaturze występowała przeciwko męskiej dominacji i przemocy. W życiu prywatnym stała się jej ofiarą. Barbara Brukalska - architektka, która zaprojektowała królestwo każdej kobiety... kuchnię funkcjonalną i wreszcie Lucyna Ćwierczakiewiczowa, która nauczyła Polskę gotować.

"Anna Kowalczyk w sposób niezwykle wciągający wyłuskuje ze społecznej amnezji godne pamięci kobiety i objaśnia, dlaczego wysiłek większości naszych przodkiń nigdy nie zdobył należnego uznania.

Miłośniczki i miłośnicy historii oraz herstorii, szykujcie się na ważną i świetną lekturę! Mam nadzieję, że zaowocuje ona nowymi patronkami naszych ulic, pomnikami i erratami w szkolnych podręcznikach."

Joanna Kuciel-Frydryszak

"Bardzo na tę książkę czekałam! Anna Kowalczyk tym razem zabiera nas w podróż do świata rzadko odwiedzanego przez wielką historię. Nie sposób zrozumieć, jakie są kulisy wielowiekowej nieobecności kobiet w sferze publicznej ani skala i znaczenie ich rzeczywistego wkładu w nasze dzieje bez przyjrzenia się sferze prywatności i cielesności.

To niewygodna i poruszająca lektura, która wymaga uważności. Otwiera oczy i na długo zostaje w głowie. Przypomina, że wolność nie jest dana raz na zawsze, a prawa kobiet jeszcze długo nie będą oczywistością.

To nie jest książka tylko o kobietach. To książka o świecie, który przez wieki opowiadano tylko z jednej perspektywy. Polecam ją wszystkim, którzy chcą zrozumieć, jak bardzo nasze współczesne wybory są splecione z doświadczeniami poprzednich pokoleń. I dlaczego ta historia wciąż się pisze. Również naszymi decyzjami."

Martyna Wojciechowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 545

Data ważności licencji: 3/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki i ilustracje: Marta Frej

Redakcja: Katarzyna Głowińska (Lingventa)

Redaktorka inicjująca: Barbara Czechowska

Redaktorka prowadząca: Magdalena Zabrocka

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sośnicka (Lingventa)

Konsultacja naukowa: dr hab. Dobrochna Kałwa

Portret autorki na okładce powstał na podstawie zdjęcia Cezarego Piwowarskiego dla Polskiego Radia.

Portret autorki na stronie 7. powstał na podstawie zdjęcia Piotra Podlewskiego dla Polskiego Radia.

© for the text by Anna Kowalczyk

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-3909-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

„Prywatność, zwyczajność i codzienność, dotąd uważane za nieistotny szum informacyjny systemu, okazały się miejscem, gdzie dawno pogrzebany został kobiecy punkt widzenia”1.

ELLYN KASCHAK, Nowa psychologia kobiety

Wstęp

„Moje imię nic dla was nie znaczy. Wspomnienie o mnie to pył. To nie wasza wina, moja też nie. Więź łącząca matkę z córką została zerwana, a sama opowieść przekazana mężczyznom, którzy o niczym nie wiedzieli, bo i skąd”2.

ANITA DIAMANT, Czerwony namiot

Kiedy w listopadzie 2018 roku ukazała się Brakująca połowa dziejów, moje śmiałe założenie, że historia kobiet na ziemiach polskich może okazać się interesująca i ważna nie tylko dla wąskiego grona aktywistek feministycznych, zostało poddane próbie. Spodziewałam się, że trafię do osób takich jak ja – zorientowanych progresywnie kobiet około trzydziestki, czterdziestki, które znając i podzielając współczesne postulaty feminizmu (nawet jeśli same nie zawsze nazwą się feministkami), będą chciały poznać historię Polek i ich emancypacji. Jeśli dobrze pójdzie – marzyłam – wyprzedamy cały nakład, odbędę kilka spotkań z czytelniczkami i wrócę do dotychczasowej dziennikarskiej roboty: pisania felietonów i recenzji oraz przeprowadzania wywiadów, całkiem zadowolona, że spełniłam marzenie o wydaniu wreszcie „czegoś dużego”, czego objętość pozwala na szersze ujęcie tematu, a żywotność przekracza tydzień. Nosiłam w sobie tę książkę latami, miesiącami rodziłam ją w bólach. Jej wydanie miało być zwieńczeniem tej drogi, tymczasem stało się początkiem nowej.

Okazało się bowiem, że moje ówczesne poczucie, że czegoś, a właściwie kogoś, bardzo mi w historii brakuje, podzielają w Polsce tysiące osób, i to obojga płci. Od dnia premiery do dziś, online i w realu, w miastach, miasteczkach i wsiach, w bibliotekach, muzeach i na festynach od Ostrzeszowa do Chicago, spotkałam mnóstwo osób złaknionych opowieści o kobietach. Niemal wszystkie, przeczytawszy Brakującą połowę dziejów, mówiły mi to samo: jak to możliwe, że nic o tym nie wiedziałam? Dlaczego nie uczono mnie tego w szkole? Nareszcie rozumiem, czemu nie lubiłam historii: bo nic tam nie było o ludziach takich jak ja, jak moja matka, jak moja babka.

Wysłuchałam wielu opowieści o kobietach, które powinny były zostać zapamiętane i upamiętnione, bo po stokroć zasłużyły na to swoją pracą i dokonaniami, a jednak nie zostały. Dotąd nikomu to nie przeszkadzało, ale teraz nagle zaczęło. Powierzono mi też mnóstwo wspomnień o sile, jaką dziś, w trzeciej dekadzie XXI wieku, można czerpać z opowieści o losach przodkiń. O tym, że pomagają one uwierzyć w siebie i swoje możliwości, że motywują, by sięgać po więcej mimo obaw. Że pokazują, że zadbać o siebie to nie grzech, a kobieca krzywda to nie musi być kobiecy los. Dziękuję moim czytelniczkom za każde z tych spotkań i każdą z tych historii. Czytelnikom też, rzecz jasna, dziękuję, choć mężczyzn w tym gronie było znacznie mniej.

Sezam z opowieściami się otworzył, a poczucie braku historii kobiet i jego niesprawiedliwości zaowocowało masą inicjatyw, o których mi regularnie raportowano, a czasem także zapraszano mnie do udziału w nich. Obserwowałam kolejne, idące już w setki, publikacje książkowe i prasowe, wystawy i akcje społeczne dotyczące bohaterek. Jeden z największych serwisów informacyjnych w polskim internecie Gazeta.pl opublikował w 2021 roku raport Historia bez Polki3, w którym celnie i dowcipnie wypunktowano stereotypowy obraz kobiet w szkolnych podręcznikach. Rok później temat znikomej reprezentacji zasłużonych bohaterek wśród patronów szkół podjął bank BNP Paribas4. Spoty reklamowe akcji „Gdzie są nasze patronki?” obejrzały miliony osób, a w latach 2022–2023 kolejne placówki edukacyjne przyjmowały imiona kobiet. W 2023 roku History TV wraz z DESA Unicum zapoczątkowały kampanię społeczną HERSTORY5, w ramach której co roku telewizja przypomina o niedocenianych bohaterkach na swojej antenie, a dom aukcyjny zaprasza czołowe polskie artystki do stworzenia ich portretów. A to tylko trzy z setek takich akcji w ostatnich latach. Brałam w nich udział z radością, że wreszcie historia kobiet wyszła z cienia wprost do głównego nurtu debaty, i dumą, że mogę być kroplą tej rwącej rzeki. Wreszcie w 2023 roku ukazały się Chłopki Joanny Kuciel-Frydryszak, które przerwały już wszystkie tamy, rozlewając na całą Polskę „opowieść o naszych babkach”. W 2024 roku otrzymałam zaproszenie do opowiadania co tydzień o bohaterkach historii w audycji Brakująca połowa dziejów6 na antenie Programu Trzeciego Polskiego Radia i robię to do dziś. W 2025 roku dowiedziałam się zaś, że moja książka znalazła się na liście rekomendowanych lektur szkolnych7. Nie spodziewałam się, że tak się to potoczy.

Jednocześnie na moich oczach wciąż działa się i dzieje herstoria Polski, a zapisana w pierwszej części książki teza, że proces emancypacji nie jest liniowy, ma swoje meandry, czasem zwalnia, a czasem zawraca, boleśnie się zmaterializowała, gdy przypuszczano kolejne coraz śmielsze ataki na prawo Polek do samostanowienia – począwszy od ograniczenia dostępu do antykoncepcji awaryjnej, przez wycofanie dotacji dla zabiegów in vitro, zapowiedzi ograniczenia edukacji seksualnej czy prawa do rozwodu, po zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, które przelało czarę goryczy i wyprowadziło w 2020 roku na ulice polskich miast setki tysięcy kobiet i wspierających je mężczyzn. Obserwowanie tłumów maszerujących w obronie i na rzecz bardzo skądinąd starych feministycznych postulatów było radością samą w sobie, a temperatura i rozmach tych protestów chyba dla wszystkich okazały się zaskoczeniem.

Z perspektywy osoby, która bacznie obserwuje i na bieżąco relacjonuje postępy emancypacji kobiet – które, jak świetnie wiedzą uważni czytelnicy i czytelniczki pierwszego tomu, zwykle były inicjatywą i postulatem zdeterminowanej garstki – patrzenie, jak prawa kobiet stają się roszczeniem mas, było doświadczeniem ekstatycznym, nawet przy całej upiorności realiów, które do tego doprowadziły. Niebywała samoorganizacja oraz solidarność Polek, które po niej nastąpiły, też już przeszły do historii. A hasło „Nigdy nie będziesz szła sama” od tego czasu – mimo uporu rządzących – każdego dnia staje się nad Wisłą ciałem.

Mimo stopniowego przywracania utraconych praw po 2023 roku kluczowe zmiany, jak legalizacja przerywania ciąży oraz uznanie związków partnerskich, wciąż – mimo wyborczych obietnic – pozostają dla nas nieosiągalne. Gdy piszę te słowa, polityczna przyszłość Polski, Europy i świata rysuje się niepokojąco, we wrogim prawom kobiet i mniejszości kształcie. Tym bardziej będę się upierać, że pora zobaczyć nasze dzieje w nowym świetle i poznać je od innej strony, tej bliższej doświadczeniom większości z nas niż perspektywa polityków, generałów i biskupów.

Obiecywałam drugą część książki już we wstępie do pierwszej. I jak wówczas zapowiadałam, będzie ona dotyczyła obszarów jeszcze rzadziej podejmowanych w głównym nurcie historii. Być może to od nich należałoby rozpocząć całą opowieść – wszak prywatność, domowość, cielesność i seksualność od wieków były uważane za domenę kobiet. Zaczęłam jednak klasycznie, także po to, by pokazać, że nawet w tej historii, którą odruchowo uznajemy za bardziej godną naszej uwagi, za tę jedyną ważną Historię, kobiety miały swój fundamentalny udział, a ich nieobecność w naszej pamięci ma ważne przyczyny. Pora jednak pójść dalej i pokazać, że również „babskie zaplecze” dziejów: kuchnia i kołyska8, alkowa i garderoba, kryje przed nami wiele fantastycznych tajemnic. A także powtórzyć za klasyczkami feminizmu: prywatne jest polityczne – i zawsze było. A kto ma władzę nad twoim ciałem, panuje nad twoim życiem.

Sposób postrzegania kobiecej seksualności, macierzyństwa i urody, ale też praktyki związane z uprawianiem sportu czy prowadzeniem domu ewoluowały. Tu także – jak i w sferze edukacji, pracy, polityki czy religii – wiele się działo i zmieniało, wcale nie zawsze zgodnie z naszymi intuicjami. Głęboko wierzę, że ta „podszewka historii” ma kluczowe znaczenie dla dziejów – wszak to wyobrażenia związane z biologią i psychologią kobiety stanowiły fundament przekonań o naszej „naturze” i wyznaczały nam horyzont aspiracji. Tajemnicza i długo nierozumiana anatomia i fizjologia budziły z jednej strony ciekawość, z drugiej strach, a także kształtowały wyobrażenia o potencjale kobiecego umysłu i charakteru. Zdolność do dawania życia była jednocześnie przekleństwem i błogosławieństwem kobiet, a bez rozstrzygania, czym była bardziej, można bezpiecznie powiedzieć, że stała się ich przeznaczeniem.

Nie sposób zrozumieć ani kulis wielowiekowej nieobecności kobiet w sferze publicznej, ani ich nieoczywistego wkładu w nasze dzieje bez przyjrzenia się sferze prywatnej i okolicom ciała, bez zajrzenia do domów i buduarów. Zapraszam was zatem ponownie, tym razem jeszcze głębiej, za kulisy historii – do prawdziwie podziemnego królestwa kobiet, w którym działo się niemniej niż na powierzchni zdarzeń.

Rozdział 1Ciało i umysł

Czekam na nią na ławce w parku w piękny letni dzień. Specjalnie dla niej ubrałam się cała na różowo i brokatowo – wszak róż od stóp do głów jest jej znakiem rozpoznawczym. Od lat go oswaja, przeobraża i rzuca światu jak wyzwanie. Jest artystką, akademiczką i herstoryczką – bada, opisuje i popularyzuje życiorysy oraz dokonania innych artystek. Jest też aktywistką „wcielającą feminizm”, „ciałaczką” – jak to ładnie ujęła Karolina Sulej1. Jej sztuka to głównie miękkie i obłe obiekty przestrzenne skoncentrowane wokół cielesności, nade wszystko kobiecej, ale nie tylko. Jeden z nurtów tej sztuki – nazwany przez nią samą „waginatyzmem” – skupia się na wydobyciu i odczarowaniu najbardziej stabuizowanej i zawstydzanej części kobiecego ciała: u zarania kultur szanowanej, a nawet czczonej jako „źródło wszechrzeczy” i „brama istnienia”, ale od wieków wstydliwie skrywanej oraz dyscyplinowanej kosmetykami i zabiegami, a także deprecjonującym, wulgarnym językiem.

Profesorka Iwona Demko zmierza ku mnie sprężystym krokiem w krótkiej różowej sukience i różowych sandałkach, z różową walizką na kółkach. Jest wcieloną afirmacją kobiecości – właśnie tej najbardziej stereotypowej i lekceważonej. Przez lata szokowała kadrę i osoby studiujące na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych nie tylko swoimi waginicznymi pracami, ale także sposobem bycia i ubierania się – minispódniczkami, cekinami, różowymi szpilkami, mocnym makijażem. Z rozmysłem wnosiła w mury Akademii kobiecość skoncentrowaną, uwypukloną, a nawet przerysowaną, bardzo fizyczną i bardzo cielesną. I niosła ją na różowym sztandarze, osłaniając swoim profesorskim autorytetem. Dziś wszyscy trochę przywykli do „różowej profesorki w cekinach i piórach”, dla której kobiecy manifest i feministyczny performans stały się drugą skórą. Waginiczne prace Demko coraz lepiej radzą sobie na rynku sztuki, budząc już mniej zdziwienia i kontrowersji. Jej Wilgotna Pani, półtorametrowa złota wulwa w purpurowej pelerynie, stanęła we foyer stołecznego Teatru Dramatycznego, jej Clitoris Wielkiej Bogini, zwana w skrócie Clito, szkatułka z puchatą złotą łechtaczką, pielgrzymuje od lat po domach kobiet, które chcą ją ugościć i uczcić. Pytam więc właśnie ją – prawdziwą ekspertkę od oswajania tabu kobiecego ciała – czy jesteśmy wreszcie od niego wolne? Czy choćby ona sama jest? „Ależ skąd! Może nam się zdawać, że już tyle na ten temat powiedziano i napisano. Ale tak naprawdę to my dopiero od kilku lat uczymy się akceptować nasze ciała takimi, jakie są. To jest mgnienie oka w skali wielowiekowej opresji”2.

Anatomia, czyli przeznaczenie?

Ciało kobiety „nigdy nie stanowiło jej własności. Wielu nim władało i wielu czegoś od niego żądało. Było obiektem tysiącletnich przemyśleń, zabobonów i uprzedzeń, pogardy, podziwu, katowania i uwielbienia… narzędziem służącym do przedłużania gatunku lub naczyniem, w którym mężczyzna gasił pragnienie”3 – pisała Karin Utrio w Córkach Ewy, historii kobiety europejskiej. Dziś bardzo wiele mówi się i pisze o odzyskiwaniu własności naszych ciał i kontroli nad nimi, głównie w kontekście praw reprodukcyjnych. Jednak władza nad kobiecym ciałem ma dużo głębsze znaczenie oraz skomplikowaną historię. Wierzę, że jej znajomość stanowi klucz do dziejów kobiet w ogóle.

Zygmunt Freud, który dla zrozumienia skomplikowanych i delikatnych przepływów między ciałem a umysłem zrobił tyle samo dobrego, co złego, pisał o tym fenomenie: „anatomia jest przeznaczeniem”4. Jednak w jego optyce (podobnie jak dla tysięcy jego uczonych poprzedników) to kobiece ciało było wybrakowane i niekompletne, tęskniące i „zazdrosne o penisa”. A przecież nie ma w tej wizji niczego oczywistego – wszak można by równie dobrze za taki sam „defekt” uznać brak piersi u mężczyzn albo posiadanie penisa uważać za anormalny nadmiar czy narośl na standardowym ciele człowieczym, które penisa nie posiada. Absurdalne, czyż nie? A jednak rzekoma ułomność kobiecego ciała stanowiła przez wieki dyżurny argument na rzecz istnienia hierarchii płci.

Ciało kobiety – choć przecież zdolne do niewyobrażalnego trudu i cudu rodzenia nowych ludzi, wytrzymałe na długotrwałe zmęczenie i ból, częstokroć niemniej niż ciało przeciętnego mężczyzny (a być może bardziej – nauka wciąż się o to spiera5) – przez wieki uznawano za gorsze i podrzędne. A z jego domniemanej słabości czy niekompletności wywodzono rzekomo naturalne i nieuchronne przyczyny podporządkowania kobiet w większości sfer życia. Owszem, anatomia kobie­ty została uznana za jej przeznaczenie. Jednak wcale nie musiało to być przeznaczenie gorsze, bowiem ono „nie leży w biologicznie zdeterminowanej anatomii, lecz w anatomii podporządkowanej pojęciu rodzaju (gender) i umieszczonej w znaczącym kontekście. Anatomia jest przeznaczeniem, bo takie znaczenie nadało jej społeczeństwo”6 – pisała amerykańska psycholożka Ellyn Kaschak i trafiała w sedno.

Tymczasem kobiece ciało – jego niewątpliwie swoista anatomia i fizjologia – nie musiało być i nie zawsze było postrzegane przez pryzmat słabości. Nie zawsze było uznawane za gorsze7. I to nie ciało samo w sobie, a jego postrzeganie, ocena i mitologia – słowem wszystko to, co na temat tego ciała wyobrażali sobie uczeni mężczyźni – stały się najważniejszymi przyczynami kulturowych i społecznych różnic między płciami, które do dziś często uznaje się za „różnice naturalne”. A były to rzeczy niebywałe.

Postawmy więc sprawę jasno: domniemana „słabość płci niewieściej” – zarówno ta fizyczna, jak i umysłowa – jest niczym więcej jak wytworem zbiorowej wyobraźni, stereotypem i błędnym założeniem, które trzyma się tak mocno, że nie przeszkadzają mu żadne dowody empiryczne ani naukowe, choć zdawać by się mogło, że mit ten obalono już po tysiąckroć. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, ale jedną z najważniejszych i najprostszych do objęcia umysłem jest definicja normy i tego, co uważamy za normalne.

Kobieta jest Innym

Człowieczą normą, wzorem z Sèvres istoty ludzkiej – i dziś, i przez stulecia – jest i był mężczyzna: jego anatomia, jego fizjologia, jego behawior. Simone de Beauvoir pisała o tym fenomenie tak: „Ludzkość jest rodzaju męskiego, mężczyzna określa kobietę nie jako taką, lecz w odniesieniu do samego siebie (…). Mężczyzna jest Podmiotem, jest Absolutem; kobieta jest Innym”8. To mężczyzna równa się człowiek, co ma odzwierciedlenie w wielu językach świata określających przedstawiciela rodzaju ludzkiego oraz przedstawiciela płci męskiej jednym i tym samym słowem: angielski man, niemiecki Mann, francuski homme, hiszpański hombre, włoski uomo czy hebrajski אָדָם (’adam) – imię pierwszego człowieka w Biblii, które do dziś znaczy po prostu „człowiek”. To męskie jest uniwersalne i domyślne, to męskie jest normalne. Wszystko, co niemęskie, jest więc siłą rzeczy inne, dziwne i anormalne. Stanowi odstępstwo, wyjątek od reguły, aberrację. A że dotyczy połowy ludzkości? Tym gorzej dla tej połowy.

O korzeniach i konsekwencjach takiej definicji człowieczej normy obszernie pisze Caroline Criado-Perez w swojej ważnej książce Niewidzialne kobiety. Na licznych przykładach wykazuje, że niemal każde osiągnięcie cywilizacji – począwszy od medycyny, przez motoryzację, na architekturze i urbanistyce kończąc – skrojone było pod uśrednionego mężczyznę i przeważnie nijak ma się do potrzeb i możliwości kobiecego ciała oraz realiów kobiecego życia. Kiedy rozmawiałam z Caroline dla „Wysokich Obcasów”, mówiła mi: „Przywykliśmy myśleć o mężczyźnie jako człowieku uniwersalnym, jak gdyby pozbawionym płci. W tej optyce kobieta jest tylko «podtypem» człowieka, odstępstwem od «neutralnej płciowo» normy”9. I jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, tak właśnie wygląda nasza rzeczywistość.

Konsekwencje tego stanu rzeczy można rozpiąć na osi rozciągającej się od przykrości i niedogodności po dotkliwe wykluczenia, które nieraz kosztowały kobiety zdrowie, a nawet życie. Ostatecznie całkiem nieźle udaje nam się funkcjonować wśród mebli standardowo niedopasowanych do wzrostu przeciętnej kobiety, w długich kolejkach do damskich toalet czy w biurach klimatyzowanych nadmiernie jak na nasze optima termiczne. Stajemy na palcach, by sięgnąć najwyższej półki, odczekujemy swoje w kolejce do WC i zakładamy dodatkowy sweter, gdy nam zimno w pracy. Jak zawsze radzimy sobie, nie pytając wcale: czy może dałoby się ten świat jakoś lepiej urządzić? A dałoby się.

Wystarczyłoby, zamiast drwić z rzekomego przesiadywania kobiet w publicznych toaletach, by pudrować nosy i plotkować, dostrzec, że po prostu potrzebujemy ich częściej i na dłużej niż mężczyźni – choćby dlatego, że mamy krótsze cewki moczowe oraz miesiączkujemy. Męska anatomia i fizjologia nie są, jak nam wmawiano, neutralne i ogólnoludzkie. Świat skrojony pod mężczyzn jest dla kobiet nie tylko niewygodny – bywa też śmiertelnie niebezpieczny, gdy z powodu nieadekwatnych algorytmów postępowania diagnostycznego umierają one na nierozpoznane zawały serca albo gdy giną w samochodach, których systemy bezpieczeństwa testowano wyłącznie na męskich fantomach. Nie chcę tu powtarzać ogromu liczb i dowodów przytaczanych przez Criado-Perez – choć jestem przekonana, że warto jej książkę przeczytać, i to nie raz10. Chcę za to spojrzeć szerzej na historyczne tło postrzegania męskości jako normy, a kobiecości jako odstępstwa od niej, bo – moim zdaniem – tłumaczy ono naprawdę wiele, żeby nie powiedzieć: wszystko.

„Naturalna” różnica

Jak pisałam w pierwszej części Brakującej połowy dziejów, już prekursorzy europejskiej medycyny i anatomii Hipokrates i Arystoteles uważali kobiety za „wybrakowane”, a słabość kobiecego umysłu wynikać miała wprost z niedoskonałości kobiecego ciała. Niemal wszyscy ojcowie Kościoła także byli przekonani o duchowej podrzędności kobiet związanej z ich fizycznością. Dziewczynka miała otrzymywać duszę (i to od razu gorszą) znacznie później niż chłopczyk. Święty Tomasz z Akwinu uważał, że – dla dobra ogółu – jedni powinni podlegać władzy drugich, mądrzejszych od siebie. Stąd kobieta, jako słabsza pod względem wigoru duszy i krzepkości ciała, została już przez samą naturę podporządkowana mężczyźnie. Święty Ambroży twierdził wprost, że mężczyzna jest umysłem (mens), a kobieta zmysłem (sensus), i nie miał wątpliwości, kto tu kogo przewyższa.

Kolejne wieki przyniosły nowe i jeszcze zmyślniejsze uzasadnienia męskiej dominacji zarówno fizycznej, jak też intelektualnej i duchowej. Zwolennicy teorii humoralnej przypisywali słabość płci kobiecej dominacji zimnych i wilgotnych humorów, a więc flegmy i czarnej żółci. Orędownicy późniejszej teorii waporów tłumaczyli ją zgubnym działaniem toksycznych wyziewów unoszących się z macicy i zatruwających cały organizm, a późniejsi twórcy frenologii – mniejszym rozmiarem czaszek: „Diagramy pokazujące mózgi kobiece różnych ras i narodowości dają podstawę do wysunięcia oczywistych wniosków, że znakomita większość kobiecych czaszek, bliższa jest objętością przeciętnemu gorylowi niż jakiemukolwiek wyedukowanemu mężczyźnie rasy europejskiej”11 – pisał pod koniec XIX wieku pewien znamienity brytyjski uczony, abstrahując jednakowoż od wielkości czaszek, dajmy na to, słoni. Inny przedstawiciel tej raczkującej „nauki” Johann Spurzheim wyciągał z owego faktu daleko idące wnioski: „Istnieje naturalna różnica między umysłowymi dyspozycjami u mężczyzn i kobiet. Różnica w ilości i jakości, różnica, jakiej edukacja nie jest w stanie usunąć”12. „Musimy mieć świadomość, że skoro mężczyźni przewyższają kobiety objętością swoich mózgów, naturalną koleją rzeczy jest fakt przewyższania ich władzą intelektualną co najmniej w podobnych proporcjach”13 – wtórował mu austriacki neurolog Franz Gall.

Rewolucyjna – bo kwestionująca dogmat boskiego stworzenia – teoria ewolucji Darwina mogła podważyć, a jednak ugruntowała przekonanie o niższości kobiet. W Doborze płciowym pisał on: „Główna różnica w zdolnościach intelektualnych między obiema płciami objawia się tym, że mężczyzna osiąga wyższe niż kobieta wyniki we wszystkim, czego się podejmuje – czy wymaga to głębokiego przemyślenia, rozumu lub wyobraźni, czy tylko zastosowania narządów zmysłowych i rąk”14. Z kształtu świata, który go otaczał, Darwin wysnuł wniosek, jakoby męska supremacja wynikała z biologii, inaczej: z natury. A więc tak to już musi być. Co poradzisz, jak nic nie poradzisz? Zdania nie zmienił do końca życia – choć w swojej przedwcześnie zmarłej córce Annie dostrzegał największy potencjał intelektualny na tle wszystkich swoich dzieci (a miał ich dziesięcioro) i to rozpacz po jej śmierci popchnęła go do pracy, która zrewolucjonizowała naukę splecioną dotąd nierozerwalnie z teologią. Jednak w odpowiedzi na list amerykańskiej sufrażystki Caroline Kennard, która w 1881 roku zwróciła się doń po ostateczne rozstrzygnięcie, czy słuszne jest powoływanie się na darwinizm przez przeciwników tezy o równości kobiet, orzekł jednoznacznie: „Uważam, naturalnie, że kobiety, choć moralnie wartościowsze, ustępują mężczyznom intelektem. Z praw dziedziczenia (o ile je właściwie pojmuję) wydaje się wynikać, że niezwykle trudno będzie im ich doścignąć”15. Czas pokazał, że nie pojmował ich właściwie.

Teza Darwina spotykała się z żywiołową reakcją wielu działaczek ruchu kobiecego, z których najciekawszą, choć niestety nie dość wpływową, była książka Elizy Burt Gamble z 1894 roku The Evolution of Woman. An Inquiry into the Dogma of Her Inferiority to Man (Ewolucja kobiety. Weryfikacja dogmatu o jej niższości wobec mężczyzny). Amerykańska emancypantka przestudiowała dostępną wiedzę i z tych samych danych, którymi posługiwał się Darwin, wyciągnęła zgoła odmienne wnioski. To nie biologia, a społeczeństwo powstrzymuje kobiety przed dokonywaniem tego, co mężczyźni. To nie rozmiary ani siła fizyczna dają przewagę mężczyznom nad kobietami, tak jak wielkość goryli nie oznacza, że mają one przewagę nad ludźmi. To nieprawda, że poddaństwo kobiet jest odwieczne i uniwersalne, skoro już w Mahabharacie możemy przeczytać, że kobiety były wolne do czasu wynalezienia małżeństwa. Niestety praca Elizy Burt Gamble – choć dostrzeżona i komentowana – nie zdołała podważyć ugruntowanego przez darwinizm poglądu o „naturalnej” supremacji mężczyzn. I tak to trwa – gdzieniegdzie do dziś.

Teorie Darwina, mimo wszystko, pomogły zakwestionować religijne argumenty za słusznością kobiecego poddaństwa. Skoro kobieta jednak nie powstała z żebra Adama, to można było zacząć dyskutować o tym, jak powstała i po co. Bardzo długo różnice między płciami tłumaczono boskim planem i zamysłem, a to dla wierzących (czyli nieomal wszystkich) musiał być argument zamykający każdą dyskusję. Wydawałoby się jednak, że wraz z rozwojem nowoczesnej nauki, opartej na empirii i dowodach, musi się to zmienić. Tymczasem, jak pisze Angela Saini, autorka książki Gorsze. Jak nauka pomyliła się co do kobiet, do dziś to nie nastąpiło:

Sądzimy, że w metodzie naukowej z definicji nie ma miejsca na stronniczość ani uprzedzenia. Mylimy się. Zagadka rażąco nielicznej obecności kobiet w nauce odgrywa kluczową rolę w wyjaśnieniu, skąd się bierze ta stronniczość. Nie dlatego, by miała coś wspólnego z rzeczywistymi zdolnościami albo predyspozycjami kobiet, lecz dlatego, że pokazuje, z jakiej przyczyny nauka nie uwolniła nas od stereotypowego pojmowania roli płci i niebezpiecznych mitów, od wieków zaciemniających nasze myślenie. Na szczycie akademickiej hierarchii jest tak mało kobiet, ponieważ przez setki lat traktowano je jako gorsze intelektualnie i z rozmysłem nie dopuszczano ich na uniwersytety. Nie powinniśmy się więc dziwić, że akademickie autorytety stworzyły wypaczony obraz naszej płci16.

Jakkolwiek teksty starożytnych filozofów i średniowiecznych teologów stanowią fundament naszego kręgu kultury, nie znaczy to wcale, że kobiecość od zawsze uznawana była za ułomność. Bynajmniej. Wystarczy zajrzeć trochę głębiej w przeszłość, by przekonać się, że u zarania dziejów kobiecego ciała nie deprecjonowano, przeciwnie – ceniono je, wielbiono i oddawano mu cześć.

Źródło wszechrzeczy

„Co sądzicie o żeńskich narządach płciowych?17” – pyta Catherine Blackledge we wstępie do książki Wagina. Sekretna historia kobiecej siły i wykazuje na kilkuset stronach, że w odpowiedzi na to pytanie nic nie musi być oczywiste: wagina może być widziana jako źródło życia i rozkoszy, ale też bywa obiektem pogardy i lęku. Może być czczona jako święte miejsce, utożsamiana z potęgą i płodnością albo demonizowana jako vagina dentata, żądna krwi bestia gotowa unicestwić mężczyznę. „Można ją postrzegać na wiele sposobów – który wybieracie?”18 – pyta autorka, przypominając, że żadna z tych opcji nie jest obowiązkowa, wszystkie za to możliwe.

Przez tysiące lat wulwa (bo tak właściwie należy nazywać całość żeńskich narządów zewnętrznych) funkcjonowała jako symbol kobiecej mocy – życiodajnej, ale i śmiercionośnej. Niestety ostatnie kilka stuleci, zwłaszcza w kulturach Zachodu, unieważniło tę wieloznaczność i zepchnęło żeńskie genitalia w strefę cienia i ciszy. Zanim jednak doszło do ich wstydliwego ukrycia, przez tysiące lat to właśnie kobiece łono (ze wszystkich dostępnych opcji ja wybieram to słowo) było przedmiotem co najmniej zaciekawienia, a być może także kultu. Jedne z najwcześniejszych i najczęściej pozostawianych ludzką ręką znaków są czasem interpretowane jako symbole kobiecej seksualności. Być może rysowali je nawet poprzednicy Homo sapiens – Neandertalczycy. Mowa o wszechobecnych trójkątach, które pojawiły się w sztuce naskalnej co najmniej czterdzieści tysięcy lat temu.

Genevieve von Petzinger, paleoantropolożka badająca europejskie malowidła jaskiniowe z epoki kamiennej, zidentyfikowała je jako jeden z trzydziestu dwóch powtarzalnych motywów obecnych w najstarszych dziełach sztuki19. Choć sama nie przypisywała mu jednego znaczenia (badacze śladów praludzi starają się tego unikać), wielu archeologów łączy ten motyw z symbolicznym przedstawieniem kobiecych genitaliów. Trójkąty, często rysowane w układach rytmicznych lub w towarzystwie wizerunków kobiet, mogą więc być najstarszym śladem fascynacji kobiecym ciałem. Ich obecność poprzedza realistyczne przedstawienia, takie jak figurki Wenus (o których pisałam w pierwszym tomie Brakującej połowy dziejów), i stanowi ślad najbardziej pierwotnej uwagi, jaką poświęcano źródłu żeńskiej mocy. Podobnie jak odnajdowane na całym świecie naturalne szczeliny i załomy skalne przypominające kształtem łona, które prehistoryczni artyści uwydatniali i ozdabiali. Nie wspominając o całych oszałamiających rozmachem „świątyniach wulw”, takich jak francuska jaskinia La Ferrassie, ozdobiona dziesiątkami podobnych rytów, czy australijska Carnarvon Gorge, na której ścianie z czerwonego piaskowca, nazywanej „ścianą tysiąca wulw”, dawni ludzie pozostawili największą taką galerię w (pra)dziejach ludzkości. W prehistorycznych figurkach Wenus szczególnie zwraca uwagę brak twarzy oraz masywne piersi i na ogół wyraźnie zaznaczony zarys genitaliów. Czy można więc mówić o przypadku? Czy może niezliczeni praludzie przez całe milenia pozostawiali nam te trójkąty jako wyraźny znak? Jeśli tak było, to pewnie by się zdziwili, gdyby odkryli, że dziś powielamy je głównie na drzwiach męskich toalet.

Cześć i szacunek dla kobiecych genitaliów wydają się jednym z najbardziej uniwersalnych kultów w dziejach ludzkości i cywilizacji. W hinduizmie do dziś czci się joni, symbol żeńskiej energii, boskiego łona i źródła wszechrzeczy, czego najbardziej spektakularnym przykładem jest Świątynia Kamakhja w stanie Assam. Znajduje się w niej kamienna joni – naturalna szczelina w skale, uznawana za materialny znak obecności bogini Śakti. Co roku w czerwcu, podczas święta Ambubaći Mela, wierni przybywają z całych Indii, by uczcić symboliczne krwawienie bogini, które trwa trzy dni i jest traktowane jako czas odnowy, odpoczynku i regeneracji świata. W niektórych kulturach Oceanii kobiety nosiły amulety przedstawiające wulwę. Z kolei w Japonii odbywają się popularne festiwale płodności, kojarzone głównie z monumentalnymi fallusami noszonymi w procesjach, jak w Tagata Jinja, tymczasem w pobliskiej świątyni Ōagata Jinja to wagina staje się centrum sakralnej uwagi. Co roku w niedzielę najbliższą 15 marca w mieście Inuyama w środkowej Japonii odbywa się żeńska wersja święta Hōnen-sai. Główna ceremonia polega na procesji z mikoshi – mobilnym sanktuarium w kształcie wulwy ozdobionej kwiatami, niesionym przez kobiety.

Choć w ikonografii chrześcijańskiej jawne przedstawienie żeńskich narządów płciowych było niemal nieobecne (z wyjątkiem obscenicznych marginaliów średniowiecznych manuskryptów oraz moralizatorskich alegorii lubieżności), ich ślady przetrwały – ukryte i przekształcone. Historia sztuki widzi jeden z najważniejszych motywów o takim rodowodzie w mandorli – migdałowatym nimbie, który otacza postać Chrystusa w scenach apokaliptycznych, wniebowstąpienia czy przemienienia. Jeszcze wyraźniejsze – i budzące nawet większą konsternację – są rzeźby Sheela-na-Gig: kobiecych postaci z szeroko rozchylonymi wulwami. Umieszczano je w średniowieczu na fasadach kościołów, między innymi w Irlandii, Anglii i północnej Francji. Te przedziwne figury bezwstydnie eksponujące genitalia długo interpretowano jako przestrogę przed grzechem lubieżności, ale liczne badaczki widzą w nich ostatnie tchnienie kultu kobiecej mocy. Niestety wiele z tych rzeźb bezpowrotnie przepadło, gdy masowo skuwano je z murów świątyń, począwszy od XVI wieku, ale wciąż można je oglądać na ścianach niektórych europejskich kościołów. Kiedy szukam śladów Sheela-na-Gig w dzisiejszej Polsce, trafiam tylko na jedno przedstawienie długowłosej postaci z szeroko rozwartymi udami, wypatrzone przez dociekliwą wikipedystkę na fasadzie Kościoła Zmartwychwstania w Drawsku Pomorskim. Nigdzie nie znalazłam potwierdzenia, że należy ono do tej samej tradycji, ale zaciekłość, z jaką wydrapano dziurę w miejscu, gdzie zapewne znajdowała się wulwa, pozwala przypuszczać, że coś jest na rzeczy.

W polskiej kulturze ludowej symbolika waginy też była obecna. Jak pisze Iwona Demko20, w architekturze drewnianej i ornamentyce wiejskiej zachowały się motywy przypominające kobiece genitalia – zdobienia wrót i okien, kształty portali, układy strzech. Wierzono, że dom, którego wejście przypomina łono, zapewnia ochronę i płodność. Z etnograficznych zapisów wynika, że kobiety w niektórych regionach Polski miały podczas burzy podciągać spódnice, aby uciszyć pioruny lub odgonić grad. Starożytny rytuał anasyrmy1 funkcjonował zatem również na naszych ziemiach.

W przysłowiach i pieśniach ludowych zachowały się ślady przekonania o mocy kobiecego łona: mogło ono „przywołać wiosnę” lub „zamknąć urodzaj między udami”. Na Kielecczyźnie i Podhalu znane były rytuały, w których dziewczyny tańczyły wokół pól z gołymi brzuchami, a czasem – jak wspominał Oskar Kolberg – podciągały spódnice dla płodności ziemi. W pieśniach sobótkowych i weselnych pojawiają się niedopowiedzenia, w których łono symbolizuje przejście, źródło życia, ale i niebezpieczeństwo. To wszystko pokazuje, że polska wieś – choć poddana rosnącej kontroli Kościoła i państwa – na długo przechowała resztki przedchrześcijańskiego kultu kobiecego ciała.

Srom, czyli wstyd

„Polskie słowo «srom» brzmi skandalicznie, obrzydliwie i nieadekwatnie. (…) Kobiety najwyraźniej nie powinny być dumne ze swojej płci, tylko mają się wstydzić sromu” – pisała oburzona filozofka Jolanta Brach-Czaina21. Ja też nie znoszę tego słowa. Najbardziej trwałą formą wymazania i deprecjonowania kobiecego łona okazuje się bowiem język. W polszczyźnie słowo „srom” oznacza jednocześnie i żeńskie genitalia, i wstyd. W Biblii występuje głównie jako „sromota” – synonim grzechu i hańby. W mowie jest zazwyczaj metaforą porażki („sromotna klęska”) lub określeniem nomen omen „wstydliwych części kobiecych”. Neutralne łacińskie labia majora i minora to po polsku wargi sromowe większe i mniejsze. Skądinąd po łacinie vagina oznaczała pierwotnie „pochwę na miecz”, a więc nie samoistną część ciała kobiety, lecz „naczynie” dla ciała mężczyzny.

A przecież języki świata wypracowały oszałamiającą różnorodność nazw kobiecych narządów. Przodują tu kultury dalekowschodnie ze swoimi „złotymi lotosami”, „wonnymi alkierzami”, „jadeitowymi wrotami” czy „bramami raju”, ale i my – jak wykazał Jacek Lewinson w Słowniku seksualizmów polskich – mamy z czego wybierać: „kosmatka”, „ciepełko”, „pieszczoszka”, „szamszurka”, „muszelka” i chyba najbardziej niezawodna „cipka”. Staropolszczyzna, ale i współczesny język polski, oferuje także masę określeń wulgarnych, choć – po namyśle – nie będę ich tu cytować. Inne języki również mają, rzecz jasna, swoje określenia stygmatyzujące łono, a w konsekwencji i kobiecość jako taką. Czeskie stydký, obecny w wielu językach słowiańskich срам (sram) także wywodzą się od określeń oznaczających „wstyd”. Niemieckie Schamlippen to dosłownie „wargi wstydu”, a francuskie con czy angielskie cunt to do dziś jedne z najmocniejszych inwektyw. W polszczyźnie także trudno o gorszą obelgę – i to zarówno jeśli chce się obrazić kobietę, jak i mężczyznę – niż „pizda”. Co to mówi o naszym stosunku do bramy istnienia i źródła wszechrzeczy? Co to mówi o naszym postrzeganiu kobiecości?

Naomi Wolf w książce Wagina. Nowa biografia cytuje internetowy żart, który gorzko, ale i celnie wyznacza oba krańce spektrum semantycznego, między którymi do dziś, mimo dekad feminizmu i pokoleń emancypacji, oscyluje myślenie o kobiecych genitaliach, a pośrednio także o kobiecej „naturze”: „Czym się różni cipka od pizdy? Cipka jest słodka, wilgotna, soczysta, ciepła, przyjemna i pożyteczna. Pizda to jej właścicielka”22.

Najbardziej tajemniczy narząd świata

Tabuizacja kobiecej anatomii miała jeszcze jeden wiekopomny skutek – bardzo długo nikt jej porządnie nie badał. „Przez wieki absolutnego panowania Kościoła żaden lekarz nie dotknął nagiej kobiety i jej grzesznego podbrzusza”23. I dotyczyło to nawet takich zasłużonych i wyprzedzających swoje czasy anatomów, jak Leonardo da Vinci czy Wesaliusz, którzy zrewolucjonizowali medycynę dzięki temu, że otworzyli i opisali ludzkie (ale nade wszystko męskie) zwłoki. Były po temu i obiektywne powody, zwraca moją uwagę historyczka medycyny Katarzyna Pękacka-Falkowska.

Na stoły sekcyjne zwykle trafiali skazańcy, a wśród nich kobiety stanowiły zdecydowaną mniejszość. To były dla anatomów bardzo rzadkie, rarytne ciała. Odbywało się, co prawda, wiele sekcji prywatnych – zamożne rodziny chciały czasem poznać przyczynę śmierci córek i żon, ale obserwacje z tych sekcji nie trafiały do powszechnego obiegu24

– tłumaczyła mi tę zadziwiającą dysproporcję.

Do dziś pewne aspekty funkcjonowania pochwy, macicy, jajników czy łechtaczki pozostają dla świata naukowego zagadką, co nie dziwi, zważywszy, że badane są od zaledwie kilkudziesięciu lat, a nie, jak inne części ludzkiego ciała, od kilkuset czy kilku tysięcy. Czy uwierzycie, że zgodnie ze znikomą wiedzą o kobiecej anatomii i fizjologii, pochodzącą od Hipokratesa (ok. 400 r. p.n.e.) i Galena (129–199 n.e.), macica była opisywana jako narząd pełen przegród połączony z piersiami i jamą ustną kanałami, którymi płynęły mleko i powietrze? Dopiero w 1559 roku Realdo Colombo „odkrył” (bo opisał) łechtaczkę – a i tak na kolejne trzysta lat wymazano ją z atlasów anatomicznych. Czy dacie wiarę, że przez wieki kobiece narządy płciowe nie miały własnych nazw, bo od czasów Hipokratesa uważano je tylko za wariant (naturalnie gorszy) narządów męskich? I tak na przykład jajniki aż do XVI wieku nazywano testes mulierum, czyli dosłownie „jądrami kobiet”. A co powiecie na to, że przez pierwsze dwa wieki rozwoju ginekologii jako nowej gałęzi medycyny lekarze nie oglądali pacjentek w całej okazałości, lecz badali je wyłącznie palpacyjnie, po omacku, po ciemku lub z zawiązanymi oczami, względnie szczelnie owinięte sukniami i zasłonami? Palec nazywano „okiem ginekologa”, a po owianych atmosferą skandalu próbach badania pacjentek rozebranych znamienite stowarzyszenia lekarskie publikowały stanowiska, jakoby obnażanie kobiety nie dawało żadnych korzyści dla jej leczenia. Jeden z pionierów nowoczesnej ginekologii Robert Latou Dickinson miał powiedzieć w 1950 roku:

Czytałem dzisiaj statystykę, według której siedemdziesiąt pięć procent kobiet zdejmuje ubranie i bieliznę, nie czując wstydu, kiedy siada w fotelu ginekologicznym. Za kilka lat będzie ich dziewięćdziesiąt procent. Proszę jednak nie zapominać, że doszło do tego zbyt późno i że można by zapełnić całe cmentarze kobietami i dziećmi, które zmarły dlatego, że za długo i za często podporządkowywaliśmy nasze lekarskie zadania dyktatowi tak zwanej moralności publicznej. Dorastałem jeszcze w czasach, kiedy nasi mistrzowie napominali nas, że mamy dopilnować, aby do badań ginekologicznych kobiety nie rozbierały się, lecz ubierały. Zakładały specjalne spodnie, a my wsuwaliśmy palce lub narzędzia przez specjalne rozporki. Ten tragiczny żart trwał dwieście lat25.

W książce Ginekolodzy, niezwykle krytycznej wobec pionierów medycyny chorób kobiecych, Jürgen Thorwald opisuje, budzące dziś śmiech i grozę, sposoby badania pacjentek tak, by nie narazić się opinii publicznej. Te same metody bywały źródłem dodatkowych ryzyk (jak choćby badanie per rectum poprzedzające badanie per vaginam – oczywiście bez rękawiczek czy nawet mycia rąk). Punktowaniu okrucieństw i chciwości pionierów ginekologii towarzyszy na szczęście opowieść o odwadze i poświęceniu samych pacjentek – gotowych nie tylko zaryzykować reputację, ale też wystawić się na ocean bólu i narazić własne życie, by dać na sobie wypróbować nowe metody leczenia i eksperymentalne zabiegi.

Wielkie zasługi dla zgłębienia kobiecej anatomii położyły w połowie XIX wieku bezimienne Tuchier-damen („damy do obmacywania”), które za niewielką opłatą pozwalały heidelberskim studentom i profesorom badać się bez zasłon, i to nie tylko podczas porodów. Krokiem milowym na drodze rozwoju operacyjnego leczenia przetok stał się cichy heroizm i cierpliwe znoszenie bólu towarzyszącego kolejnym (ponad dwudziestu!) operacjom trzech niewolnic z Montgomery w stanie Alabama (Lucy, Betsey i Anarchy), na których eksperymentował pionier tego zabiegu James Marion Sims. To niezłomności schorowanej Jane Crawford, która w 1809 roku przejechała konno sześćdziesiąt kilometrów i dosłownie zmusiła doktora Ephraima McDowella do wycięcia jej ważącego dziesięć kilogramów guza macicy, zawdzięczamy narodziny dużej chirurgii ginekologicznej, a determinacji farmerki Margharet Wheeler – pierwszą udokumentowaną operację usunięcia guza jajnika w 1842 roku przez doktora Charlesa Claya.

Niedorozwój ginekologii i hegemonia bzdurnych przekonań na temat kobiecego ciała szły, rzecz jasna, ręka w rękę z innymi przesądami, jakimi karmiła się wczesna i całkiem jeszcze niedawna nauka. Choć badacze i badaczki historii medycyny przekonują, że nie powinniśmy mieć pretensji do niegdysiejszych lekarzy o to, że niewiele rozumieli ze skomplikowanej ludzkiej biologii, to nie ulega wątpliwości, że z kobiecej biologii rozumieli najmniej, a sama dziedzina zbyt długo tkwiła w mroku. A wystarczyło zapytać same kobiety. Mogłyby to i owo wyjaśnić – tak kilka wieków wcześniej.

Czerwone namioty

„Cywilizacja patriarchalna nauczyła nas, że krew miesiączkowa jest obrzydliwa, jakaś śmierdząca i lepka. Natomiast krew płynąca z rany jest godna, honorowa i bohaterska”26.

JOLANTA BRACH-CZAINA

Chyba nie przesadzę, mówiąc, że doświadczenie menarche, czyli pierwszej miesiączki, należy do najbardziej uniwersalnych i wyrazistych kobiecych wspomnień. Jest jak jedno z tych epokowych wydarzeń, które pamięta się w detalach: gdzie to było, w co byłam ubrana i jaka wtedy była pogoda. Dla wielu osób to wspomnienie trudne – jeśli czerwona plama na bieliźnie zaskoczyła je nieprzygotowane, bez podpaski czy ubrania na zmianę, w szkole, na plaży, samotne i zdezorientowane. Jak pisała przejmująco Weronika Murek, to moment, „w którym ciało wymyka się nam po raz pierwszy”27. I choć trudno w to uwierzyć, nawet w XXI wieku są jeszcze takie miejsca, w których dziewczynki wciąż nie wiedzą, co to za krew i czy przypadkiem nie są ciężko chore, skoro krwawią.

Ja też doskonale pamiętam swoją pierwszą miesiączkę. Miałam wtedy piętnaście lat i już bardzo na nią czekałam, bo wszystkie koleżanki wokół miały okres, pożyczały sobie w szatni te śliczne paczuszki w pastelowych odcieniach, rozprawiały o tym, czy używanie tamponów może je pozbawić dziewictwa, i raz po raz oznajmiały na wuefie z dorosłymi minami, że dziś są niedysponowane. A ja jeszcze nie.

Pamiętam, że była pogodna, wiosenna sobota, a ja po prostu wiedziałam, że to stanie się dziś. Miałam odłożony swój stosik pastelowych pakiecików w łazience, miałam wyrobione na podstawie lektury „Bravo GIRL” i książek o dojrzewaniu wyobrażenie, jak się będę wtedy czuła. I miałam mnóstwo czasu, żeby leżeć i słuchać sygnałów swojego ciała. Raz po raz wstawałam tylko po to, by pobiec do łazienki i sprawdzić, czy to już. Aż już w końcu przyszło.

To, że ominęła mnie trauma pierwszej miesiączki, nie oznacza wcale, że nie dała mi ona w kość w kolejnych latach: ból, przeciekające podpaski i tampony akurat wtedy, gdy nie masz nic na zmianę, przedwczesne i spóźnione okresy rujnujące plany i spokojny sen. Dość powiedzieć, że te ponad dwa lata, kiedy w związku z ciążą i karmieniem piersią nie miesiączkowałam, były najpiękniejszymi latami w historii mojego dorosłego ciała. Znacie to? Wiem, że tak.

Doświadczenie miesiączki jest jednym z najbardziej powszechnych i demokratycznych ludzkich doświadczeń. Mało co dotyczy tak bezwzględnie równo połowy ludzkości, bez względu na epokę, szerokość geograficzną i stan posiadania. A jednak historia milczy na jej temat i kiedy szukam informacji o tym, jak miesiączkowały nasze (pra)babki, jak sobie radziły w „te dni” – nie mając do dyspozycji nie tylko superchłonnych środków higienicznych, ale nawet czystej wody – znajduję jedynie strzępy informacji. „Nie tylko stan fizjologiczny potwierdzał biologiczną dojrzałość dziewczyny. Potwierdzało ją także i pasowało na kobietę huknięcie w twarz – siarczysty policzek, który matki (i to zarówno kobiety z ludu, jak i wysoko urodzone damy) wymierzały niegdyś swoim córkom przy pierwszej menstruacji”28 – czytam ze ściśniętym gardłem jedną z nielicznych takich wzmianek.

No bo pomyślcie: od zarania dziejów połowa ludzkości przez znaczną część życia (wziąwszy pod uwagę jego średnią długość, dopiero od niedawna przekraczającą wiek menopauzy), co miesiąc przez kilka dni bez przerwy, krwawiła i funkcjonowała, krwawiąc, a my nie wiemy o tym prawie nic – tylko to, że jakieś szmatki, że uznawane za nieczyste, że jakieś obostrzenia i siarczysty policzek na starcie. Australijska historyczka Patricia Crawford podsumowała to krótko: „menstruacja była postrzegana jako ściśle kobieca sprawa bez żadnego znaczenia historycznego”29. Tymczasem wyłącznie pierwsza część tego zdania jest prawdziwa (i to tylko jeśli przyjmiemy binarną definicję płci), bo wziąwszy pod uwagę, jak miesiączka wpływa na życie milionów kobiet na całym świecie do dziś – nie tylko w związku z tabu nieczystości, ograniczeniami w uczestniczeniu w życiu społecznym czy religijnym, ale także z bólem i powikłaniami wynikającymi z niedostępności środków higienicznych czy uśmierzających ból – miała i ma ona fundamentalne znaczenie dla historii kobiet, a więc także historii ludzkości. Ustalmy więc najpierw, co wiemy na jej temat na pewno.

Majstersztyk ewolucji

Dlaczego kobiety miesiączkują? To pytanie od wieków budziło zakłopotanie i do niedawna pozostawało bez odpowiedzi, bo z biologicznego (i każdego innego) punktu widzenia regularna utrata krwi wydaje się marnotrawstwem i pomyłką natury, okupioną zbędnym cierpieniem tysięcy pokoleń kobiet. A kwestia jest tylko z pozoru niedorzeczna. Najlepiej wyjaśniła mi ją chyba Cat Bohannon, amerykańska badaczka praludzi i autorka książki Ewa. Ewolucja jest kobietą. Kobiece ciało i 200 milionów lat naszej historii. Kiedy rozmawiałyśmy tuż po polskiej premierze Ewy, tak wyłożyła mi stan badań na dziś: miesiączkujemy, bo właśnie ten model cyklu okazał się skuteczny dla przetrwania gatunku ludzkiego. Jest on, co prawda, bardzo niekomfortowy i energetycznie kosztowny, ale zapewnia „znakomitą jakość środowiska dla zarodka i większe szanse na utrzymanie ciąży”30. A u ludzi – z ich dużymi mózgami, długim rozwojem płodowym i zwykle pojedynczymi ciążami – miało to kluczowe znaczenie ewolucyjne.

Nadbudowywanie świeżych warstw endometrium oraz złuszczanie i wydalanie ich co miesiąc z organizmu to rzadki w świecie zwierząt fenomen, wykształcony niezależnie tylko w kilku grupach ssaków: u większości człekokształtnych naczelnych (szympansów, bonobo, orangutanów), niektórych gatunków nietoperzy i u ryjówki słoniowej. Oraz u Homo sapiens. „To kosztowna, ale opłacalna strategia, bo nasze ciąże są trudne, a łożyska wyjątkowo inwazyjne. Miesiączka to mechanizm przygotowawczy, który zmniejsza wysiłek organizmu w trakcie wczesnej ciąży” – mówiła mi Bohannon. Ot i cała tajemnica. Dlaczego więc ludzkość włożyła tyle wysiłku w zohydzenie jej na tysiące lat? To już trudniejsza zagadka. Warto jednak zauważyć, że nie zawsze stanowiła tabu (swoją drogą określenie „tabu” wywodzi się od polinezyjskiego słowa oznaczającego zarazem menstruację i świętość).

Miesiączki, jak wiadomo, nie da się przeoczyć, toteż i najstarsze ślady pozostawione przez ludzi ją upamiętniają. Znaczna część zachowanych naskalnych wizerunków kobiecych narządów płciowych nosi ślady barwienia ochrą. Podczas gdy w Polsce jeszcze w 2020 roku skandal wywołała okładka „Wysokich Obcasów” z plamą czerwonego brokatu na majtkach, nasi praprzodkowie ozdobili niektóre jaskinie podobiznami zakrwawionych wulw. Nie musi to świadczyć o kulcie, jakim tę krew otaczano, ale może dowodzić, że nie była to kwestia przesadnie wstydliwa, a raczej – fascynująca. Wygląda na to, że dość szybko ludzkość połączyła kropki i dostrzegła związek między comiesięcznym krwawieniem kobiet a ich zdolnością do rodzenia. Także podobieństwo między cyklem menstruacyjnym a cyklem księżycowym zauważono już w prehistorii, co skłaniało do łączenia miesiączki z rytmem natury. Najstarsze znaleziska, jak paleolityczna kość z Blanchard, bywają interpretowane jako kalendarze menstruacyjne powiązane z fazami Księżyca. W wielu kulturach boginie księżycowe były zarazem patronkami płodności – weźmy choćby grecką Artemidę czy mezopotamską Isztar. Przez tysiąclecia kobiece ciało postrzegano jako zsynchronizowane z Księżycem: zmienne, odradzające się cyklicznie, ale z tych samych powodów wymagające rytualnej kontroli. Staropolski „miesiąc” też oznaczał przecież Księżyc.

Od starożytności aż po XXI wiek menstruacja funkcjonowała więc jednocześnie jako utrapienie lub przekleństwo oraz dowód mocy. Krew miesiączkowa budziła odrazę, ale przypisywano jej też dobroczynne właściwości. Ta ambiwalencja – obecna zarówno w traktatach filozoficznych, teologicznych, jak też medycynie ludowej i akademickiej – ugruntowała podejście do kobiety jako istoty innej, nieczystej, ale równocześnie obdarzonej tajemniczą siłą. Kobieta podczas okresu miała zatrzymywać fermentację, powodować opadanie kwiatów, a nawet uśmiercać zwierzęta samą swoją obecnością. Wierzono, że kontakt z krwią miesięczną może doprowadzić do psucia się przetworów lub zaczynu. Jednocześnie ta sama substancja miała leczyć epilepsję, zatrzymywać krwotoki albo wręcz przywracać życie. Najstarsze receptury magiczne z Babilonii, starożytnej Grecji i średniowiecznej Europy zalecają użycie krwi menarche w miksturach przeciw chorobom duszy i ciała.

Wielki encyklopedysta starożytności Pliniusz Starszy pisał, że kobieta miesiączkująca „wzburza wino, psuje miód, mąkę i nasiona, powoduje matowienie luster, wściekliznę u psów i obłęd u ludzi”31. Antyczni badacze ludzkiego ciała dopatrywali się w miesiączce głównie dowodu na naturalną niższość płci kobiecej. Arystoteles uważał, że to wydalanie niedoskonałej krwi – materii, która u mężczyzn staje się nasieniem, ale u kobiet z powodu ich mniejszego ciepła pozostaje nieprzekształcona i musi być usuwana. Galen pisał o miesiączce nie tyle jako o zagrożeniu czy defekcie, ile fizjologicznym procesie oczyszczania organizmu z nadmiaru krwi i wilgoci. „Kobiety są bardziej wilgotne niż mężczyźni i dlatego potrzebują krwawienia, by zachować zdrowie”32 – tłumaczył. Dla Galena krew menstruacyjna miała także wartość funkcjonalną: była pokarmem dla rozwijającego się w macicy płodu. Gdy miesiączka nie pojawiała się regularnie, diagnozował stan chorobowy i zalecał zabiegi przywracające równowagę humorów: od upuszczania krwi po kąpiele. W jego ujęciu menstruacja była także medycznym wskaźnikiem zdrowia – równie istotnym jak puls czy temperatura, w czym akurat miał trochę racji.

W tradycji judeochrześcijańskiej miesiączkę uznano za karę za grzech pierworodny. W Księdze Kapłańskiej czytamy, że

jeżeli kobieta ma (…) krwawienie miesięczne ze swojego ciała, pozostanie siedem dni w swojej nieczystości. Każdy, kto jej dotknie, będzie nieczysty aż do wieczora. Wszystko, na czym się ona położy podczas swojej nieczystości, będzie nieczyste. Wszystko, na czym ona usiądzie, będzie nieczyste. Każdy, kto dotknie jej łóżka, niech wypierze ubranie, wykąpie się w wodzie i będzie nieczysty aż do wieczora. Każdy, kto dotknie jakiegokolwiek przedmiotu, na którym ona siedziała (…), będzie nieczysty aż do wieczora. Jeżeli ktoś dotknie się czegoś, co leżało na jej łóżku albo na przedmiocie, na którym ona siedziała, będzie nieczysty aż do wieczora. Jeżeli jakiś mężczyzna obcuje z nią wtedy, to jej nieczystość udzieli się jemu i będzie nieczysty siedem dni. Każde łóżko, na którym się położy, będzie nieczyste33.

Dla ortodoksyjnych Żydówek do dziś oznacza to wizytę w mykwie, rytualnej łaźni, w siedem dni po zakończeniu miesiączki, oraz bycie nidda, czyli nieczystą, aż do tego czasu. Warto zwrócić uwagę, że oznacza to przyzwolenie na współżycie dopiero w dni płodne. Przypadek? Nie sądzę.

Podobnie rzecz się miała w średniowiecznym chrześcijaństwie. Fizjologia dostarczała uzasadnień teologii: regularnie krwawiące ciało kobiety przypominało o jej „skażeniu” grzechem pierworodnym i konieczności podporządkowania się tej „doskonalszej” wersji człowieka. Święty Tomasz z Akwinu uznawał miesiączkę za jawną oznakę niższości kobiecej natury. Zakazywano więc kobietom przystępowania wtedy do sakramentów, dotykania relikwii, a w niektórych klasztorach mniszki musiały zgłaszać menstruację przeoryszom. Co prawda już w VI wieku papież Grzegorz Wielki w odpowiedzi na pytanie biskupa Augustyna z Canterbury stwierdził, że menstruacja nie jest grzechem ani winą i z tego powodu kobieta nie powinna być pozbawiana sakramentów, ale (zawsze musi być jakieś „ale”) najlepiej, by sama rozważyła, czy czuje się godna przystąpić do komunii. Natomiast prawie pięćset lat po nim papież Innocenty III (to ten od dziecięcych krucjat) grzmiał: „Człowiek jest zrobiony z najbrudniejszego nasienia… karmiony krwią menstruacyjną, która ma być tak godna pogardy i nieczysta, że przy zetknięciu się z nią owoce nie rosną, a rośliny więdną… a gdy psy ją zeżrą, wówczas dostają wścieklizny”34.

Generalnie w religiach monoteistycznych menstruacja była zwykle traktowana jako stan przejściowej nieczystości wymagającej oddzielenia od wspólnoty. W Koranie miesiączka nazywana jest „dolegliwością” (arab. , adha) i czasem, w którym należy powstrzymać się od współżycia: „Trzymajcie się z dala od kobiet podczas okresu miesięcznego i nie zbliżajcie się do nich, dopóki one się nie oczyszczą”35 – głosi jedna z sur. I choć islam nie naznacza krwi miesiączkowej piętnem winy ani grzechu, to w swoich ortodoksyjnych wariantach, podobnie jak judaizm, do dziś wyklucza miesiączkujące kobiety z praktyk religijnych. W Pakistanie czy Nepalu nadal funkcjonują miejsca izolacji kobiet w czasie krwawienia, do których wypędza się je w przekonaniu o ich nieczystości. Rose George w książce Krew. Pieniądze, medycyna, tajemnice opisuje zwyczaj chaupadi w Himalajach, gdzie kobiety i dziewczęta co miesiąc muszą opuszczać dom i zamieszkiwać w ciemnych glinianych szałasach. Zdarza się, że umierają tam z wychłodzenia, zaczadzenia lub od ukąszeń jadowitych zwierząt – wszystko w imię tradycji, która uświęca wstyd. Mimo że w 2005 roku Sąd Najwyższy Nepalu uznał chaupadi za praktykę nielegalną, a w 2017 roku wprowadzono kary więzienia dla tych, którzy zmuszają kobiety do izolacji, zbrodnicza tradycja trwa.

Jednocześnie nie brakuje dowodów, że dla wielu ludów Azji, Afryki czy Ameryk takie „czerwone namioty”, nazywane także „księżycowymi”, były pierwotnie przestrzeniami, w których kobiety odpoczywały „w te dni” i celebrowały swoją miesiączkę (nierzadko w tym samym momencie, gdy ich cykle były zsynchronizowane). Współczesne feministki próbują odzyskać ten rytuał, ponieważ dostrzegają w nim potencjał dumy, bliskości i solidarności między kobietami, ale mają do odczarowania stulecia wstydu, więc to nie jest takie proste. A i tak wydaje się błahostką wobec doniesień o systemowym wykluczaniu milionów kobiet, o którym regularnie raportuje WHO. W krajach Afryki Subsaharyjskiej co dziesiąta dziewczyna opuszcza szkołę w czasie miesiączki z powodu wstydu lub braku środków higieny36. O dziwo, także w Polsce nie poradziliśmy sobie z problemem tabu i ubóstwa menstruacyjnego, skoro jeszcze w 2020 roku aż czternaście procent badanych uczennic opuszczało niektóre lekcje lub cały dzień nauki podczas miesiączki, najczęściej z powodu bólu, dyskomfortu lub braku dostępu do łazienki z umywalką i koszem. Czterdzieści procent Polek wciąż bardzo się stara, żeby nikt nie widział, jak idą do toalety z podpaską czy tamponem. Co trzecia – by nikt się nie dowiedział, że właśnie krwawi37.

W czasach nowożytnych medycy podtrzymywali stygmatyzację miesiączki, ubierając ją jedynie w nowe szaty pojęciowe czerpane z nauk ścisłych. Krew menstruacyjna miała poprzez „gnicie wewnętrzne” wydzielać „toksyczne wapory” i szkodzić otoczeniu. Ale i w tym okresie znajdziemy opisy jej zastosowań terapeutycznych: przykładano ją do ran, podawano przy padaczce, uważano, że stymuluje płodność. Nadal wierzono, że stosunek seksualny z menstruującą kobietą może spowodować śmierć mężczyzny, ale też… wyleczyć paraliż. Mało kto dostrzegał w tych sprzecznościach coś dziwnego. W XIX i XX wieku ambiwalencja nie znikła – ponownie zmienił się język. Lekarze twierdzili, że kobieta podczas okresu jest niezdolna do pracy intelektualnej, „rozregulowana” i zagrożona chorobami nerwowymi. W podręcznikach higieny ostrzegano przed spożywaniem potraw dotkniętych przez menstruującą kucharkę i nawet tak odważni i przychylni kobietom badacze, jak brytyjski pionier seksuologii Havelock Ellis, uznawali, że nie do pomyślenia jest wykonywanie przez nie obowiązków wagi państwowej w sytuacji, w której przez niemal tydzień w miesiącu „każda kobieta jest periodycznie upośledzona, ponieważ cierpi wówczas na: ciężką depresję i apatię, uniemożliwiającą wszelakie działania i zdolność do odpowiedzialnego zachowania w sytuacji kryzysu”38.

Mało tego, jeszcze w 1920 roku Béla Schick (skądinąd świetlana postać w dziejach badań nad odpornością, alergiami, a nade wszystko błonicą) ogłosił, że kobiety podczas miesiączki wydzielają trującą substancję, którą nazwał „menotoksyną”39. Twierdził, że dotyk menstruującej kobiety powoduje więdnięcie kwiatów, psucie ciasta i zahamowanie fermentacji. Hipoteza ta była traktowana przez medycynę poważnie aż do lat siedemdziesiątych XX wieku, gdy dowiedziono, że obserwowane efekty wynikały z czynników bakteryjnych. Ale to naukowe kuriozum najlepiej chyba pokazuje, jak głęboko zakorzeniony był lęk przed kobiecym ciałem nawet w epoce nowoczesnych laboratoriów. XX-wieczna medycyna nie odwróciła tego trendu, przeciwnie, uznała PMS (zespół napięcia przedmiesiączkowego) za stan patologiczny i wciąż aktualny powód, by marginalizować kobiety, zamiast wreszcie zgłębić przyczyny ich cierpienia i spróbować mu zaradzić. Parafrazując wnioski autorek książki The Curse. A cultural history of menstruation40 (Klątwa. Kulturowa historia miesiączki), PMS stał się nowym, pseudonaukowym uzasadnieniem odwiecznej wiary w to, że kobiety nie są w stanie wyzwolić się z ograniczeń swojego ciała. I dlatego podrzędna rola w świecie po prostu im się należy.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy końcowe

Wstęp

1   Ellyn Kaschak, Nowa psychologia kobiety. Podejście feministyczne, Gdańsk 1996, s. 36.[wróć]

2   Anita Diamant, Czerwony namiot, Poznań 2017, s. 9.[wróć]

3   https://historiabezpolki.gazeta.pl/ (dostęp: 27.06.2023).[wróć]

4   https://bnpparibas.pl/patronki/ (dostęp: 10.01.2026).[wróć]

5   https://historytv.pl/o-projekcie/ (dostęp: 06.02.2026).[wróć]

6   https://www.polskieradio.pl/trojka/podcasty/brakujaca-polowa-dziejow,508 (dostęp: 06.02.2026).[wróć]

7   https://tvn24.pl/polska/nowa-lista-lektur-co-maja-czytac-dzieci-w-szkole-po-reformie-barbary-nowackiej-st8651276 (dostęp: 10.01.2026).[wróć]

8   Czerpię tu z trafnego przekładu Kinder, Küche, Kirche jako kościół, kuchnia, kołyska autorstwa Dobrochny Kałwy.[wróć]

Rozdział 1: Ciało i umysł

1   Karolina Sulej, Ciałaczki. Kobiety, które wcielają feminizm, Kraków 2022.[wróć]

2   Rozmowa z prof. Iwoną Demko odbyła się 23 r. sierpnia 2023 w Warszawie.[wróć]

3   Karin Utrio, Córki Ewy, historia kobiety europejskiej, tłum. Mariola Gąsiorowska, Warszawa 1998, s. 303.[wróć]

4   Zygmunt Freud, Niektóre psychiczne konsekwencje anatomicznej różnicy między płciami, 1924.[wróć]

5   Por. np. Karolina Świder, Przemysław Bąbel, Ból a płeć. Różnice międzypłciowe we wrażliwości na ból i podatności na analgezję, w: Ból i cierpienie, red. Grażyna Makiełło-Jarży, Kraków 2013.[wróć]

6   Ellyn Kaschak, Nowa psychologia kobiety, Gdańsk 1996, s. 55.[wróć]

7   Por. Angela Saini, Gorsze. Jak nauka pomyliła się co do kobiet, Wołowiec 2023.[wróć]

8   Simone de Beauvoir, Druga płeć, Warszawa 2017, s. 22.[wróć]

9   Anna Kowalczyk, Ustawienie domyślne: mężczyzna. Rozmowa z Caroline Criado-Perez, „Wysokie Obcasy” PRACA 2020, nr 4, s. 90.[wróć]

10   Caroline Criado-Perez, Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn, Warszawa 2020.[wróć]

11   Havelock Ellis, Man and Woman. A Study of Human Secondary Sexual Characteristics, London 1894, s. 184.[wróć]

12   Johann Spurzheim, Phrenology, London 1975, s. 199.[wróć]

13   Franz Gall, Biology and Woman’s Rights, „Popular Science Monthly” 1878, nr 14, s. 204, cyt. za: Marta Dora, Ułomność (z) natury. Kobieta w dyskursie naukowym XIX wieku, „Zeszyty Naukowe Towarzystwa Doktorantów UJ Nauki Społeczne” 2012, nr 5, s. 118.[wróć]

14   Karol Darwin, Dzieła wybrane, t. 5: Dobór płciowy, Warszawa 1960, s. 375.[wróć]

15   Cyt. za: Angela Saini, Gorsze. Jak nauka pomyliła się co do kobiet, tłum. Hanna Pustuła-Lewicka, Wołowiec 2022, s. 29.[wróć]

16   Tamże, s. 11.[wróć]

17   Catherine Blackledge, Wagina. Sekretna historia kobiecej siły, tłum. Katarzyna Bartuzi, Warszawa 2019, s. 9.[wróć]

18   Tamże.[wróć]

19   Genevieve von Petzinger, Pierwsze znaki. Najstarsze symbole świata, tłum. Agnieszka Szurek, Kraków 2018.[wróć]

20   Iwona Demko, Waginatyzm, rozprawa doktorska towarzysząca pracy artystycznej Kaplica Waginy, Kraków 2012.[wróć]

21   Jolanta Brach-Czaina, Bogini. Neolityczne zabytki Malty i Gozo, w: Od kobiety do mężczyzny i z powrotem: rozważania o płci w kulturze, red. Jolanta Brach-Czaina, Białystok 1997, s. 27.[wróć]

22   Naomi Wolf, Wagina. Nowa biografia, Warszawa 2013, s. 214.[wróć]

23   Jürgen Thorwald, Ginekolodzy, Warszawa 2016, s. 15.[wróć]

24   Rozmowa z dr Katarzyną Pękacką-Falkowską odbyła się 16 sierpnia 2021 r. w Poznaniu.[wróć]

25   Cyt. za: tamże, s. 27.[wróć]

26   Jolanta Brach-Czaina, Bogini…, dz. cyt., s. 26.[wróć]

27   Weronika Murek, Dziewczynki. Kilka esejów o stawaniu się, Wołowiec 2023, s. 84.[wróć]

28   Barbara Ogrodowska, Polskie tradycje i obyczaje rodzinne, Warszawa 2007, s. 10.[wróć]

29   Patricia Crawford, Attitudes to menstruation in seventeenth-century England, „Past & Present” 1981, nr 91, s. 51.[wróć]

30   Rozmowa z Cat Bohannon odbyła się 1 kwietnia 2025 roku na linii Warszawa–Nowy Jork.[wróć]

31   Gajusz Pliniusz Starszy, Historia naturalna, ks. VII, XV, s. 209.[wróć]

32   Galen, De usu partium, IV.2.[wróć]

33   Kpł, 15, 19–24, Biblia Tysiąclecia, Poznań 2003, s. 122.[wróć]

34   Cyt. za: Mikołaj Kozakiewicz, O miłości prawie wszystko, Warszawa 1982, s. 14.[wróć]

35   Koran, sura 2:222, Warszawa 1986, s. 44.[wróć]

36   Hollie Pycroft, Period poverty: the statistics around the world, Act!onaid, https://www.actionaid.org.uk/blog/2022/05/18/period-poverty-statistics-around-world (dostęp: 17.01.2026).[wróć]

37   Menstruacja. Raport z badania jakościowo-ilościowego przygotowany dla Kulczyk Foundation, Warszawa 2020.[wróć]

38   Havelock Ellis, Man and Woman…, dz. cyt., s. 52–53.[wróć]

39   M.A. Perlstein, A. Matheson, Allergy due to menotoxin of pregnancy, „The American Journal of Diseases of Children” 1936, t. 52, nr 2, s. 303–307, DOI:10.1001/archpedi.1936.04140020046005.[wróć]

40   Janice Delaney, Mary Jane Lupton, Emily Toth, The Curse: A Cultural History of Menstruation, Chicago 1988.[wróć]

Przypisy

1   Anasyrma to gest obnażenia genitaliów lub podniesienia spódnicy, stosowany w starożytnych rytuałach, mitach i sztuce jako akt o mocy apotropeicznej, czyli mający odstraszać złe siły lub przynosić płodność. W kulturze greckiej gest ten wykonywały między innymi kapłanki Demeter, a jego znaczenie łączyło śmiech, wstyd i świętość kobiecego ciała. [wróć]