Bracia z Bronksu - Luc Adrian - ebook

Bracia z Bronksu ebook

Luc Adrian

0,0
24,00 zł

lub
Opis

Zobacz Jezusa w nowojorskiej dzielnicy nędzy. To historie z życia najmłodszego franciszkańskiego zgromadzenia, skomponowane na wzór „Kwiatków” świętego Franciszka.

Franciszkanie Odnowy, bo tak brzmi oficjalna nazwa zakonu, powstali w 1987 roku w Nowym Jorku z inicjatywy ośmiu kapucynów, którzy chcieli żyć w sposób radykalny, według pierwotnych pouczeń św. Franciszka z Asyżu. Jak on postanowili opuścić ciepłe cele zakonne i zamieszkać wśród ubogich, bezdomnych i odrzuconych przez społeczeństwo. Pracują w najtrudniejszych środowiskach Nowego Jorku: Bronksie, Harlemie i Yonkers. Prowadzą schronisko, kuchnie, zajęcia terapeutyczne dla młodzieży i spotkania modlitewne, angażują się w działalność pro-life, ale najważniejsza jest sama ich obecność, co niejednokrotnie potwierdzają bohaterowie prezentowanej książki. Dzięki ludziom, z którymi pracują i którym pomagają, Bracia z Bronksu odkryli, że najmocniej przemawia przykład życia.

Przekonać się o tym może również czytelnik – w prezentowanych opowieściach znajdzie bowiem opis początków działalności misyjnej zgromadzenia w Nowym Jorku, historie nawróceń poszczególnych zakonników oraz szereg anegdot z ich codziennego życia, np. jak kupili wieżowiec za jednego dolara.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 195




Tytuł oryginału: Des fleurs en enfer. Fioretti du Bronx © Editions Presses de La Renaissance, Paris 2000 © wydania polskiego Wydawnictwo Serafin, Kraków 2009

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Redakcja Joanna Świątkiewicz

Łamanie Edward Augustyn

Skład wersji elektronicznej Kacper Bezpałko

Fotografie: Grażyna Marczuk Luc Adrian (1 strona okładki)

Wydawca Wydawnictwo Serafin, ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków Zakon Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincja Krakowska

ISBN 978-83-957717-1-2

Zamówienia: Wydawnictwo Serafin • ul. Korzeniaka 16, 30-298 Kraków tel. 12 623 80 58, e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.e-serafin.pl

Ubóstwo nie polega na pomaganiu biedakom, lecz na byciu ubogim. Carlo Carretto Nie pozwólcie, aby ktokolwiek, kto do was przyjdzie, nie odszedł szczęśliwszy. Matka Teresa Bóg: naprawdę Go znamy dopiero wtedy, gdy rozpoznaliśmy Go w tym, co jest najmniej do Niego podobne. Gustave Thibon

Fraternia Franciszkanów Odnowy, o której mowa w tej książce, powstała w 1987 roku, kiedy ośmiu kapucynów postanowiło opuścić macierzystą wspólnotę, aby podjąć życie ewangeliczne, bardziej radykalne i bardziej zgodne z pierwotną regułą ich założyciela, Świętego Franciszka z Asyżu.

Polski przekład nazwy Franciscan Friars of the Renewal – Franciszkanie Odnowy – może być różnie rozumiany. Tymczasem dla tych braci „odnowa” oznacza wezwanie do odnalezienia ideałów, ducha i wymagań, przyjętych przez reformę kapucyńską z początku XVI wieku, do której nawiązują.

Pod wizją tej wspólnoty, jaka wyłania się na kartach niniejszej książki, podpisuje się tylko autor. Niektóre nazwiska i nazwy miejsc zostały zmienione, aby zapewnić pewnym osobom anonimowość. Niektóre sceny zostały odtworzone na podstawie świadectw.

Zdjęcia autor zrobił podczas trzech pobytów w Bronksie, w 1994 i 1997 roku. Od tego czasu wspólnota się rozwinęła: liczy dziewięćdziesięciu zakonników; ma sześć fraterni w Nowym Jorku, jedną w Londynie i jedną w Ameryce Środkowej (w Hondurasie). Dzielnica Melrose też się zmieniła. Akcja „zero tolerancji” wypchnęła dilerów w inne rejony; zerowe oprocentowanie niektórych pożyczek umożliwiło postawienie nowych budynków, remonty zniszczonych domów i wprowadzenie się pewnego rodzaju klasy średniej, której zależy na mirze domowym. Bieda i przemoc się cofnęły. Bracia z Bronksu mają w tym swój udział, lecz ich habit, broda i uśmiech nie mieszczą się w statystykach.

„Hałas nie czyni dobra, a dobro nie czyni hałasu”, jak głosi maksyma.

Od pierwszego wydania tej książki w 2000 roku pod mostami Nowego Jorku przepłynęło wiele wody. Na miasto spadł ogień wojny. Wieczorem tragicznego 11 września 2001 roku bracia rzucili się w zapylony całun Manhattanu, by modlić się, płakać, pocieszać, czuwać. Do niniejszych stronic można by więc dodać jeszcze wiele przykładów miłosierdzia. Tymczasem zostały one zapisane w Niebie.

Jutro wyjadę z Nowego Jorku.

W ten letni wieczór po raz ostatni wspinam się po schodkach przeciwpożarowych, które czarną blizną przecinają fasadę fraterni Świętego Kryspina. Metalowe stopnie parzą.

Dopiero czerwiec, a upał z każdym dniem coraz bardziej przytłacza. Trwa długo, do nocy, klei się do skóry. Przy najmniejszym ruchu perli się pot. Powietrze jest lepkie.

Miasto się gotuje. Z jego trzewi bucha cierpki oddech asfaltu.

Wychodzę na szczyt sześciopiętrowca. Dach budynku to kwadratowy, goły taras, każda jego krawędź mierzy ze dwadzieścia metrów. Aluminiowa izolacja iskrzy się jak dywan z drogich kamieni.

Platforma sterczy nad dzielnicą Melrose w Południowym Bronksie. Ta niegdyś zwarta aglomeracja zasłużyła sobie na reputację getta dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku. W miarę jak osiedlały się tutaj rodziny czarne i portorykańskie, rodziny białe się wyprowadzały. Służby miejskie stopniowo się popsuły, policyjne patrole pojawiały się coraz rzadziej, śmiecie walały się po chodnikach, rosła liczba napadów i kradzieży. Bronx zaczął konać. Przerażeni właściciele zatrudniali drobnych przestępców do podpalania swoich nieruchomości i pobierali odszkodowania z firm ubezpieczeniowych. Zniszczono trzysta tysięcy mieszkań. Trzecia część Południowego Bronksu padła pastwą płomieni. Pożar trwał piętnaście lat. To morze ruin objęli w posiadanie nowi osadnicy. Byli biedni do ostatnich granic. Pod ciepłym popiołem tlił się ogień getta.

Na wschód od mojego wiszącego klasztoru migoczą tysiące luminescencyjnych punkcików rzuconych na ciemne fasady housing projects [1], wieżowców Bronksu. Żółte orbity mrugają w drgającym powietrzu. W tych wiszących niszach ludzie całują się, czytają, jedzą, oglądają telewizję, rozmawiają, ranią się, biją, zabijają. Tysiące losów, stłoczonych obok siebie, jedne na drugich.

Wieżowce są rozstawione jak wieże w grze konstrukcyjnej, o konturach powleczonych atramentem nocy. Nowy Jork jest miastem dzieci, którym zbyt szybko wydłużyły się nogi. Hausty muzyki, wrzaski, słowa wyrwane z niebieskawych ekranów z sąsiedniego bloku mieszają się z podziemnym pomrukiem miasta. Syreny regularnie przecinają głuchy hałas.

W kierunku południowym, powyżej plamy cienia, po pomarańczowej aureoli domyślam się skyline Manhattanu, naszyjnika migoczących gmachów, przeglądającego się w zatoce.

Na północ, niemal w zasięgu ręki, znajduje się pokryty dachówką dach kościoła Świętego Kryspina i jego spiczasta dzwonnica. Przywierająca do świątyni dawna plebania, trzypiętrowy, ceglany sześcian, ciągnie się wzdłuż 156 Ulicy. Na wprost – niezagospodarowany teren zamieniony na parking, otoczony wysoką siatką zwieńczoną ostrym, kolczastym drutem.

Ta plebania stała się fraternią Świętego Kryspina [2], pierwszym klasztorem Franciszkanów Odnowy [3].

„Pragniecie iść za Chrystusem ukrzyżowanym?” – zapytał kardynał O’Connor, arcybiskup Nowego Jorku, ośmiu braci pionierów. „Można modlić się do Boga na szczytach ośnieżonych gór czy nad brzegiem oceanu, ale jeśli chcecie iść za Chrystusem aż na kalwarię, jak Święty Franciszek z Asyżu, to dlaczego nie zejść na samo dno getta?”

Kardynał powierzył im parafię w Południowym Bronksie, która goniła resztkami sił. Kościół, plebania i należąca do niej szkoła stanowiły kompleks trzech gmachów między 155 i 156 Ulicą, w dzielnicy Melrose. W 1987 roku ośmiu awanturników zanurzyło się w tym opustoszałym borough [4], wśród dropouts – wyrzutków i weirdos – nienormalnych, otoczeni przez dilerów i gangi, uzbrojeni jedynie w wiarę, ubóstwo i modlitwę.

Dziesięć lat później było ich pięćdziesięciu.

W dawnej szkole parafialnej, sąsiadującej z fraternią, Franciszkanie Odnowy urządzili lokale Hope Line, stowarzyszenia wzajemnej pomocy dla imigrantów; sale szkolne do nauki angielskiego – Bronx mówi po hiszpańsku; gimnazjum dla młodzieży z dzielnicy. W suterenie powstała noclegownia dla bezdomnych.

Schronisko Padre Pio [5] otworzyło swe podwoje 23 grudnia 1987 roku, zaledwie kilka miesięcy po osiedleniu się franciszkanów u Świętego Kryspina. Tego wieczoru wszyscy bracia zebrali się, by przyjąć pierwszych osiemnastu gości. Inauguracja ta zbiegła się z pierwszym Bożym Narodzeniem nowej wspólnoty. Lokal ozdobiono girlandami, ale brat Glenn był bardzo zmartwiony, ponieważ nie mógł znaleźć Dzieciątka Jezus z szopki, którą urządził w pośpiechu. Wybiła północ. Zaimprowizowana procesja podeszła do żłóbka. Zbawiciel wciąż nie dawał się znaleźć. Glenn zabrał głos:

– Wybaczcie mi, bracia, żłóbek zostanie pusty: nie mogę znaleźć Jezusa!

Jeden z bezdomnych podszedł do niego i powiedział:

– Przestań się, bracie, niepokoić i już nie szukaj. Dziś wieczór to ty jesteś dla nas Jezusem.

Od tej pory każdego wieczoru osiemnastu bezdomnych jest goszczonych jak Chrystus przez braci i ich przyjaciół wolontariuszy.

Moja droga skrzyżowała się z drogą franciszkanów w sierpniu 1993 roku w autobusie relacji Pittsburg – Denver. Razem z zaprzyjaźnioną dziennikarką Florence towarzyszyłem francuskim pielgrzymom do Denver w stanie Colorado, gdzie miały się odbyć Światowe Dni Młodzieży. Wśród pasażerów byli franciszkanie. Mieliśmy trzy i pół dnia i jazdę przez ponad połowę kontynentu amerykańskiego, żeby zobaczyć, jak żyją, i nawiązać z nimi znajomość. Od razu poczuliśmy, że przyciągają nas ci młodzi, brodaci mnisi, odziani w szare, połatane habity, którzy chodzili boso, promienieli radością, która nie od nich pochodziła, żyli w dzielnicy wysokiego ryzyka, a swoją regułę streszczali tak: No money, no honey, one boss (zero forsy, zero miodu, jeden szef). Błyskawiczne tempo i żarliwość ich fundacji musiała ich upodabniać do uczniów Franciszka z Asyżu [6].

Kilka miesięcy później, w lutym 1994 roku, Florence i ja zawitaliśmy do fraterni Świętego Kryspina w Bronksie, aby zrobić reportaż o tej wspólnocie.

Bang, bang! Nigdy nie zapomnę tych wystrzałów i raptownego wyrwania ze snu w nocy po naszym przyjeździe. Rzuciłem się do okna mojego pokoju, znajdującego się na szóstym piętrze wieżowca. Przez zapoconą szybę ujrzałem dantejski krajobraz, nierzeczywiste widowisko w fosforyzującym oświetleniu. Ruiny, pogorzeliska, ziejące, ciemne dziury w ślepych budynkach, zdewastowane domy, wysypiska śmieci otoczone drutem kolczastym, wyboiste chodniki. Zwęglona dżungla, pokryta grubym, nieskalanym welonem, spod którego gdzieniegdzie wyzierały czarne kikuty. W Bronksie padał śnieg.

Zafascynowany i przerażony jednocześnie, poprzysiągłem sobie tej nocy, że jak najszybciej skończę reportaż i nigdy więcej nie wrócę do tego zapadłego kąta, grobowego getta. Nie jestem bohaterem.

Ale zima jednym ciosem powaliła wschodnie wybrzeże. Nazajutrz zimno przystąpiło do ataku. Północny wiatr kąsał, mróz rozsadzał przewody kanalizacyjne, lód kruszył kable, zaspy śnieżne blokowały ulice. Burza śnieżna izolowała miasto, unieruchomiła środki transportu… i nasz powrotny samolot. Bracia uwijali się, wydając żywność i węgiel starcom uwięzionym w dzielnicy w stanie oblężenia. Przez cały tydzień Florence i ja towarzyszyliśmy tym zakonnikom w szalonym wirze ich miłosierdzia.

Błogosławiona Siostra Zima.

Nie mogłem zapomnieć tych mocnych spotkań i więzi zadzierzgniętych w samym środku zawieruchy.

Wróciłem do Bronksu jeszcze dwukrotnie.

Dzisiaj dzielnica bardzo się zmieniła. Ruiny i czarniawe szczątki niemal zniknęły. Miejsce posępnych wieżowców stopniowo zajmują trzypiętrowe domy.

Na samym rogu 156 Ulicy i Melrose, dwa kroki od fraterni Świętego Kryspina, króluje nowy komisariat, błyszcząca bryła z połyskującej cegły, z oknami o kuloodpornych szybach, przyciemnionych na zielono.

Na wprost – numer 55 – remiza straży pożarnej wypuszcza w miasto dniem i nocą szkarłatne wozy, oświetlone i migoczące jak choinki, z wyjącymi syrenami. Te rozdzierające skargi są dla braci wezwaniem do modlitwy.

Bronx z pewnością nie jest jeszcze wioską amiszów. Liczba zabójstw i innych przestępstw wciąż przeraża, ale dzielnica jest mniej niebezpieczna. Można przespać noc i nie zostać obudzonym przez strzelaninę. To uspokojenie nie jest wyłącznie zasługą energicznej polityki burmistrza Nowego Jorku i zwiększenia liczby sił porządkowych. Wspólnoty zakonne, takie jak Franciszkanie Odnowy czy Misjonarki Miłości, pełnią dyskretną i znaczącą rolę pokojową. „Każde dzieło miłosierdzia jest dziełem pokoju”, twierdziła Matka Teresa.

Światła w celach braci na drugim i trzecim piętrze dawnej plebanii kolejno gasną. Fasada fraterni odzyskała nocny wygląd. Księżyc rzuca na nią chiński cień drzewa i splotu jego gałęzi.

Drzewo… Pamiętam. Tym, co najbardziej mnie uderzyło, kiedy po raz pierwszy tutaj dotarłem, wcale nie była ilość krat, łańcuchów i zamków. Ani te niezagospodarowane tereny, na których dogorywają zdewastowane samochody, jak trupy bawołów na asfaltowej sawannie.

Ani hydranty uliczne, którymi w upalne dni kręcą swawolni, półnadzy chłopcy jak armatkami wodnymi, a ich siostry wiercą się pod mokrymi iskrami. Ani te przedpotopowe, drewniane beczki o stożkowatych dnach, ułożone na metalowych stojakach na szczycie szklanych wieżowców.

Ani kratki ściekowe, te dymiące paszcze, które z wnętrzności wypluwają bryzgi pary.

Ani zwęglone domki o czarnych i pustych oczodołach, miejsca-widma. Ani czterdziestopiętrowce z cegły w kolorze skrzepłej krwi, których kwadratowe i zamknięte szyby nie odbijają słońca.

Ani freski namalowane na murach w miejscach, gdzie zabito ludzi. Ani parkingi, przypominające spacerniak w więzieniu o zaostrzonym rygorze.

Ani olbrzymi w opadających spodniach, w czapkach wciśniętych aż po nauszniki walkmana, których mija się na ulicy, spuszczając wzrok, kuląc się i gorąco pragnąc zamienić się w malutką myszkę albo w człowieka niewidzialnego.

Nie: tym, co mnie najpierw uderzyło w tym wrogim świecie asfaltu, betonu i drutów kolczastych, była magnolia.

Na wewnętrznym dziedzińcu fraterni bracia uprawiają kilka metrów kwadratowych ziemi, wyrwanych miastu. W samym środku oazy, okolonej ceglanymi murami i siatką, rośnie w całej krasie drzewo cud. W ciepłej porze jego gałęzie są ostoją dla setek ptaków. Skacze po nim wiewiórka. Drzewo symbolizuje ogromny zakon franciszkański i jego liczne rozgałęzienia. I to, co Bóg może zrobić z ziarenkiem miłości, kiedy zostaje ono zasiane z wiarą.

Ta magnolia kwitnie dwa razy do roku.

Cud.

Piękna książka Kwiatki świętego Franciszka (Fioretti [7]) nie jest ukończona. Synowie Świętego Franciszka wyjątkowo dyskretnie zapisują jej kolejne stronice na całym świecie. 

Do tego wielkiego dzieła chciałbym dodać garść „kwiatuszków”, prostych świadectw, prawdziwych historii przeżytych w Nowym Jorku przez braci i siostry Biedaczyny z Asyżu i zebranych w ich otoczeniu.

Dostrzeżone w przelocie, nieznane oblicze Bronksu. Kwitnące drzewo we wrogim mieście. Świetlisty uśmiech na cierpiącej twarzy. Dziecko wyrwane ze szponów śmierci. Zbłąkana dusza, która odzyskuje godność…

Nadzieja budzi się wraz ze świtem. Siły życia i źródła miłości są ukryte pod ziemią. Nawadniają świat. W niektórych opustoszałych miejscach łatwiej dostrzec ich szmer.

Chrystus żyje w Bronksie. Spotkałem Go w ciągu tych dni, dzieląc życie tych apostołów, którzy „ubogim niosą dobrą nowinę, niewidomym przejrzenie, więźniom głoszą wolność…” (Łk 4,18).

Tu czy gdzie indziej życie nie zawsze jest różowe i nie wszystkie kwiaty są błękitne. Ale czasami wyrastają w piekle, z łaski Boga i na Jego większą chwałę.

Luc Adrian

[1] Housing projects – odpowiednik naszych bloków mieszkalnych w biednych dzielnicach Ameryki.

[2] Klasztor franciszkański nazywa się „fraternią”. Odpowiedzialnym za wspólnotę jest gwardian. 

[3] Franciszkanów Odnowy jest obecnie około sześćdziesięciu, w sześciu klasztorach w Nowym Jorku. Trzy fraternie znajdują się w Bronksie – Świętego Kryspina, Matki Bożej Anielskiej i Matki Bożej z Gwadelupy – a jedna w Harlemie. Gałąź żeńska – Franciszkanki Odnowy – liczy kilkanaście kobiet.

[4] Miasto New York City jako odrębna jednostka administracyjna zostało utworzone w 1898 roku w wyniku połączenia pięciu miast, które stanowią obecne boroughs (okręgi): Manhattan, Brooklyn, Queens, Bronx i Staten Island. Bronx jest jedną z największych dzielnic nędzy na terytorium USA. 

[5] Ojciec Pio, włoski kapucyn (1887-1968), przez ponad pół wieku nosił na swoim ciele stygmaty Męki Pańskiej. Papież Jan Paweł II beatyfikował go 2 maja 1999 roku, a kanonizował 16 czerwca 2002 roku.

[6] Franciszek Bernardone, urodzony w Asyżu w 1182 roku, rezygnuje z mieszczańskiego życia sprzedawcy sukna, by upodobnić swoje życie do życia Chrystusa, w całkowitym ubóstwie. Kiedy umiera w 1226 roku, nosząc na swoim ciele stygmaty Ukrzyżowanego, jego rodzina zakonna liczy kilka tysięcy braci. Zakon franciszkański obejmuje dzisiaj około 35 tysięcy zakonników i ponad 2 miliony tercjarzy świeckich, rozsianych po całym świecie,. Jest podzielony na kilka gałęzi: bracia mniejsi (ok. 19 tysięcy członków), bracia mniejsi konwentualni (ok. 4 tysięcy członków), bracia mniejsi kapucyni (ok. 11 tysięcy członków). Z tej trzeciej gałęzi wyodrębniła się odrośl Franciszkanów Odnowy.

[7] Fioretti to zbiór „cudów i pobożnych przykładów” z życia św. Franciszka i jego pierwszych towarzyszy. Pochodzi z ostatniego ćwierćwiecza XIV wieku.

Fioretti W imię naszego Pana Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego i Jego Matki, Najświętszej Maryi Panny. Są w tej książce kwiatuszki, cuda i znaki Opatrzności, pobożne przykłady i zabawne perypetie, jakie przeżyli amerykańscy bracia chwalebnego Biedaczyny Chrystusowego, Świętego Franciszka, w dżungli Południowego Bronksu w Nowym Jorku. Na chwałę Jezusa Chrystusa. Amen.

Moja cela jest schowana w podziemiu fraterni Świętego Kryspina, przylega do kotła centralnego ogrzewania. Pusty pokój, materac na podłodze, stół, krzesło. Wrażenie mieszkania w luku starego statku towarowego. Niski sufit tuż nad moją głową przecinają rury kanalizacyjne. Na wysokości oczu lufcik, tuż nad ziemią, wychodzi na ogródek wspólnoty jak iluminator.

O piątej rano głośne bulgotanie w rurach ogłasza, że bracia wstają. Rury się trzęsą, woda szemrze i obija się o nie. Stary kocioł jęczy. Nikt już nad nim nie panuje. Jego kaprysy w ciągu jednego dnia zanurzają ludzi w polarnym zimnie albo w tropikalnym skwarze. Na pokładzie jedynym panem jest Bóg.

Kilka minut później woda przestaje spływać, a rozlega się chór niskich głosów. Bracia recytują jutrznię. Prosta, surowa liturgia.

Potem cisza. W kaplicy zakonnicy zanurzają się w osobistej modlitwie, przed mszą wspólnotową o siódmej. Modlą się przez cztery godziny dziennie.

Brat Andrew Apostoli, gwardian wspólnoty, stale przypomina: – Bez modlitwy wasze życie przerodzi się w aktywizm. Och, wasze sprawy będą świetnie iść do przodu, ale utracicie rzeczywistą płodność. Szatan nie skłania do robienia złych rzeczy, ale do zbyt wielu dobrych.

Przychodzę do nich na palcach, przecinając coś w rodzaju ciemnego przedpokoju, skrzypią listwy podłogi. Schody idą do góry, na piętro i do cel braci. Dwoje drzwi obok siebie prowadzi do kuchni i jadalni. Na wprost dawna poczekalnia plebanii, przerobiona na kaplicę. Do framugi przyczepione pineskami kartki z notesu: „Módlcie się za Isabel, rak”, „Carlita, sześć lat, ofiara kazirodztwa”, „O nawrócenie mojego ojca”… Intencje modlitewne powierzone wspólnocie.

Na podłodze rozrzucone sandały.

W kwadratowym pomieszczeniu z oknami na ulicę krzesła stoją w szeregu wzdłuż czegoś, co przypomina drewniany stół: bardzo grubego, kwadratowego blatu położonego na czterech przysadzistych nogach. Za tym ołtarzem krucyfiks namalowany jak ikona. Chrystus o ogromnych oczach, poważnych i zarazem pogodnych. Chrystus od Świętego Damiana [8].

Kilkunastu mężczyzn siedzi, klęczy prosto albo z czołem przy ziemi. Bose stopy. Noszą habit w szarym kolorze i mniej lub bardziej obfitą brodę. Sznur z trzema węzłami służy im jako pas. Do pasa przypięty ogromny różaniec, z wielkimi, drewnianymi kulami jak te od bilardu. Niektórzy zaciągnęli na głowę spiczasty kaptur.

Rozpoznaję niektórych: olbrzymi brat Terry, dawny barman, który wolał piwo od wody święconej; brat Stan, jazzman z podejrzanych nocnych lokali na Manhattanie, z gęstwiną czarnych, gęstych włosów; brat Bob, jedyny, który nie nosi brody, ironiczny i roztropny zarządca…

Między szóstą a ósmą co trzy minuty ciszę rozdziera ryk. Fraternia leży na przecięciu korytarzy powietrznych lotniska La Guardia, znajdującego się po drugiej stronie East River. Silniki startujących stalowych ptaków osiągają maksymalną moc dokładnie nad Południowym Bronksem. W niektórych samolotach siedzą czasem bracia lecący ewangelizować na wszystkich krańcach Stanów Zjednoczonych.

Kilka miesięcy temu brat Bob Lombardo, dawny specjalista księgowy z dyplomem Uniwersytetu Notre Dame, został poproszony o wygłoszenie rekolekcji do młodzieży w Atlancie.

Z powodu wypadku, jaki zdarzył się na Triborough Bridge, brat Bob dociera na lotnisko La Guardia z opóźnieniem. Biegnie, pędzi korytarzami terminalu, ale przy stanowisku odprawy nie ma już nikogo. Poczekalnia jest pusta. Została tylko jedna hostessa.

– Proszę pani – mówi zasapany brat Bob – koniecznie muszę wsiąść do tego samolotu!

– Za późno, wielebny ojcze, odprawa pasażerów zakończona, drzwi samolotu właśnie zostały zamknięte.

– Ale pani mnie źle zrozumiała. Ko-nie-cznie muszę wsiąść do tego samolotu, mam bardzo ważne spotkanie w Atlancie.

– Nie zrozumiał mnie ojciec, powiedziałam, że to w żadnym razie niemożliwe. Przepisy federalne zabraniają otwierania raz zamkniętych drzwi.

Bob Lombardo z wytrawnym kunsztem powściąga swoje uczucia i podaje zarówno najlżejsze, jak i najcięższe wiadomości beznamiętnym tonem. Powtarza, nie podnosząc głosu, z całkowitym spokojem:

– Pani mnie nie zrozumiała. Mam wygłosić rekolekcje do tysiąca młodych. Czekają na mnie, nie śmiem powiedzieć, że jak na mesjasza, ale prawie… Jestem jedynym kaznodzieją. Muszę wsiąść do tego samolotu!

Przez oszklone drzwi za stanowiskiem odprawy brat Bob widzi, jak DC-8 sunie w kierunku pasa startowego, a za nim gęsiego inne maszyny, które po kolei, w odstępie trzydziestu sekund, unoszą się i przecinają błękit.

– Ojciec mnie nie zrozumiał: nawet prezydent Stanów Zjednoczonych nie mógłby zawrócić tego samolotu. Teraz pilot jest jedynym panem na pokładzie…

– …po Bogu, proszę pani. Po Bogu!

Brat Bob nie zamartwia się. Siada i zaczyna w myślach przyzywać Pana Rzeczy Niemożliwych: „Mój Boże, jeśli chcesz, by ci młodzi, którzy pragną i łakną Ciebie, mieli księdza, poradzisz sobie z tym. Ja już zrobiłem, co mogłem”.

Wahadłowiec do Atlanty ustawia się na początku pasa. Przychodzi jego kolej. Biały samolot sunie coraz szybciej, przyspiesza… W chwili, gdy powinien oderwać się od ziemi, raptownie hamuje, zwalnia i zakręca na boczny tor. Hostessa łapie za telefon. Zerka podejrzliwie na franciszkanina. Samolot zawraca w stronę wyjścia dla pasażerów.

Kilka minut później w rękawie lotniczym pojawia się śmiertelnie blada, leciwa dama, pchana na wózku inwalidzkim przez stewarda. Hostessa zwraca się do brata Boba i mówi jakby nigdy nic:

– Tę panią złapał nagły atak paniki tuż przed startem. Musimy ją zabrać z pokładu. Jeśli zechciałby ojciec wsiąść, samolot jest podstawiony…

– Dziękuję pani.

Brat Bob dociera do Atlanty na początek rekolekcji. Niektórzy młodzi nawrócili się i zmienili swoje życie, kiedy usłyszeli, jak mówi o Chrystusie.

[8] Chrystus z kościółka Świętego Damiana nieopodal Asyżu przemówił do Franciszka, kiedy ten się modlił. „Napraw mój dom”, poprosił. Franciszek opacznie to zrozumiał. Kaplica popadała w ruinę, więc pomyślał, że budynek wymaga remontu. Zabrał się do roboty i dopiero potem pojął, że to Kościół go potrzebuje.

– Dziesięć lat temu dzielnica ta była bardzo niebezpieczna – opowiada brat Stan przy śniadaniu po rannej mszy – ponieważ przemoc sięgała zenitu, a w tym morzu ruin łatwo było się pokaleczyć.

Nasze początki były niełatwe. Koło trzeciej nad ranem słychać było głuche uderzenia w ściany budynku. Czasem rozlegała się dziwaczna muzyka. Trwało to około miesiąca. Szczerze mówiąc, sądzę, że diabeł chciał nas wystraszyć. Uczepiliśmy się Jezusa. Co wieczór z kijem bejsbolowym w ręku wchodziłem do każdego pomieszczenia w budynku, żeby sprawdzić, czy nie ma tam intruzów, i śpiewałem na całe gardło: I love You, Jesus, I love You. Nie czułem się zbytnio podniesiony na duchu…

Jeden, jedyny raz odmówiłem otwarcia drzwi fraterni. Pukało dwóch typów, rozmawiałem z nimi przez siatkę. Mówili, że chcą tylko szklankę wody, ale czułem obecność zła. Gdybym ich wpuścił, myślę, że doszłoby do rozróby…

Jedną z pierwszych robót do wykonania był demontaż urządzenia do klimatyzacji w poczekalni, z której mieliśmy zrobić kaplicę – ciągnie dalej opowieść Stan – ponieważ było ono zniewagą dla ubóstwa. Usiłowaliśmy wyjąc ten cholerny blok. Zajęło nam to cały dzień. Nic z tego, za ciężkie. Nawet siłacz Terry skapitulował… Poszliśmy spać z modlitwą na ustach: „Dobrze, Panie, Ty się tym zajmij, to Ty jesteś Panem tego miejsca!”.

Co takiego słyszę koło czwartej nad ranem? Wielkie bum na ulicy! Patrzę przez okno mojej celi: dwa typy wynoszą urządzenie do klimatyzacji! Udało im się je zdemontować w całkowitej ciszy!

– I pobiegł brat za nimi?

– Ejże, bracie – mówi Stan, biorąc mnie za ramię – dokończyli robotę, z którą nie mogliśmy się uporać od rana, i zapewnili wywóz za darmo, nie zamierzałem ich ochrzaniać! Zawołałem za nimi: „Dzięki, chłopaki, niech Bóg wam błogosławi! Mam nadzieję, że to jeszcze działa!”. Tutaj nie wszyscy posłańcy Opatrzności są aniołami – kończy Stan, wybuchając śmiechem.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Zdjęcie dostępne w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

Treść dostępna w pełnej wersji.

WYDAWNICTWO SERAFIN

POLECA

Jim powiedział mi kiedyś: – Paul, kiedy wylądowałem w więzieniu myślałem, że moje życie właśnie się skończyło. Chciałem, żeby to był koniec. Byłem przeżarty nienawiścią do siebie. Jedyne, co mogę powiedzieć to, że jeśli Bóg mógł dotrzeć do mnie, to może dotrzeć do każdego. On dał mi nadzieję i przyszłość. Czegóż więcej mógłbym pragnąć?

(fragment książki)

stron 264, format 123 x 194 mm, oprawa miękka