Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Ucieczka Mariny i Luki zaburza kruchą równowagę między trzema mafijnymi rodzinami, uruchamiając lawinę wydarzeń, nad którymi nikt nie jest już w stanie zapanować. Bo kiedy zmienia się władza, upada stary porządek.
Po trzech latach zamknięcia Szyty zaczyna zdobywać zaufanie pachana, a tym samym dojrzewająca latami zemsta ma szansę się w końcu ziścić. Jedno z pozoru niewinne spotkanie staje się iskrą destabilizującą mafijne sojusze, co doprowadza do eskalacji konfliktu. Ślub z Jegorem, który miał zapewnić Anuszce bezpieczeństwo, okazuje się bramą do piekła.
Kiedy jednak granica między katem a ofiarą zaciera się coraz bardziej, bohaterowie przekonują się o tym, że worowski mir nie wybacza błędów, a w tym świecie nie ma niewinnych. Na tle mafijnych porachunków narasta spór – wojny nie da się już zatrzymać. Kosłow, Paszczenko i Wasin muszą zmierzyć się nie tylko z wrogami wewnątrz organizacji, ale przede wszystkim z własnymi demonami, błędami przeszłości i konsekwencjami decyzji, które miały ich chronić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 671
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ponoć każdą istotę, niezależnie od siły intelektu, łączy jedna cecha – instynkt przetrwania.
Lata siedemdziesiąte były dla mieszkańców Tambowa czasem, gdy każdy radził sobie, jak potrafił. Zastoj1 może i był dla ludzi Zachodu okresem stabilizacji i pokoju, dla mieszkańców Związku Radzieckiego jawił się jednak jako etap stagnacji i korupcji. Ulice stały się terenem walk o wpływy tych, którzy rządzili strachem i nie uznawali kompromisów. Sklepowe półki świeciły pustkami. Towarem dostępnym od ręki był jedynie ocet, ale spod lady zawsze dało się wyjąć coś więcej, jeśli oczywiście dysponowało się odpowiednią sumką. Stary magazyn nad Cną odwiedzał czasem milicjant. Nie rozglądał się. Wsiadał za kółko i pospiesznie wrzucał torbę na siedzenie auta. Nawet nie sprawdzał, czy zapiął zamek.
Wszędzie kręciły się dzieciaki, tworzące dzielnicowe bandy i bawiące się w wojnę z innymi dzielnicami. Zbierały niedopałki i podkradały z piwnic samogony, by na siłę spróbować dorosłości kuszącej niezależnością. Wszystko można było wymienić na wszystko. Jak grzyby po deszczu zaczęły się pojawiać spółdzielnie remontowe, mające ze wspomnianymi remontami tyle wspólnego, co Breżniew z uczciwością i pracą fizyczną.
Opuszczone magazyny transportowe nadawały się do tego idealnie. Z zewnątrz w istocie przypominały składy materiałów budowlanych. Kraty w oknach i odrapane tynki zniechęcały potencjalnych złodziei, choć większą siłę przekonywania mieli z pewnością krążący po terenie pracownicy, którzy trzymali legalną broń. Wnętrze magazynów, na pozór niewinne – z samochodami służącymi do transportu towarów – za podwójnymi ścianami i podłogami skrywało skrzynie z przemyconym towarem: od prawdziwych amerykańskich jeansów po węgierski alkohol czy złoto. Wilgoć z przecinającej miasto rzeki Cna wciskała się pod ubrania, a kwaśny zapach celulozy mieszał się z dymem machorki2.
Taka spółdzielnia remontowa działała również na obrzeżach Tambowa, pełnego czteropiętrowych chruszczowek3. Właściciel spółdzielni wkrótce potem otworzył na osiedlu TSBK4 sekcję sportową dla młodych bokserów zwaną „Klubem Majak”. Zrzeszała ona nastoletnich chłopców z całego rejonu sowieckiego. Jednym z nich był świetnie rokujący Fima Maslinow. Wieści o jego wyjątkowych umiejętnościach dotarły do samego Artema Kumarina – króla tambowskiego podziemia, chłopaka wychowanego w arcyprzestępczej dzielnicy Tambowa, znanym miejscowym jako Krasny Ług. Było to miejsce, które nawet milicja omijała szerokim łukiem. Mundurowi zjawiali się tu tylko wtedy, gdy trzeba było odebrać łapówkę za milczenie lub by przekazać informacje o donosicielach, które chętnie sprzedawali – czy to za dolary, czy za alkohol. Było powszechnie wiadomo, że w Krasnym Ługu w najlepszym wypadku można stracić portfel, w najgorszym zaś życie. Osiedlali się tam głównie kryminaliści powracający z Syberii.
To właśnie na wilgotnym podwórku, w ogromnym baraku z deskami zamiast okien, dorastał Artem Kumarin. Mały Tioma Kumarin. Nie znał matki – ojciec zawsze mu powtarzał, że ta stara szlucha5 uciekła na Zachód, zostawiając mu darmozjada na wychowanie. Stary Kumarin, jak przystało na recydywistę, co kilka miesięcy lądował w więzieniu, a Tioma uczył się wówczas dbać o siebie. Nie chciał być darmozjadem, więc szybko ruszył w ślady ojca i opanował sztukę kradzieży. I bicia. Trzymał się tylko jednej zasady: za żadne skarby nie dać się złapać.
– Pamiętajcie – powtarzał Artem ludziom ze swojej gruppirowki – tu, wśród ciemnych zaułków Krasnego Ługu, między torami a blokowiskami, liczy się jedynie prawo pięści, a strach jest jedyną walutą, jaką dysponujemy.
Młody Artem nigdy go nie odczuwał, a zapalczywość i pewność siebie, którymi emanował, sprawiały, że każdy chłopak w Krasnym Ługu chciał być po jego stronie. Stać się częścią jego bandy. Ten niebieskooki blondyn o twarzy aniołka zapisał się w historii Tambowa jako jeden z najokrutniejszych zabijaków.
Ponad wszystko cenił sobie lojalność. Gromadził więc wokół siebie dzieciaki równie brudne i wychudzone jak on – i równie mocno wierzące, że jeśli tylko wezmą sprawy w swoje ręce, los się do nich uśmiechnie. Brak miłości rekompensowali sobie samogonem i opium, które wymieniali za kozie nogi6 skręcone ze starych gazet, niedopałków i machorki. Ciemne zaułki pomiędzy torami a blokowiskami były idealne, by zasadzać się na zbłąkanych przechodniów. Znani jako Chłopcy z Tambowa, szybko stali się postrachem innych grup przestępczych. Krążyły plotki, że nawet stary wor w zakonie skinął Tiomie z szacunkiem głową, a cygański klan trzymał się z dala od terenu Kumarina. Problem stanowili Rynoczniki – butna kaukaska diaspora z rynku przy Placu Lenina – oni nigdy nie oddawali wpływów bez walki.
1 Zastoj (z ros.) – potoczna nazwa dla epoki Breżniewa [wszystkie przypisy pochodzą od autorki, chyba że zaznaczono inaczej].
2 Machorka – najtańszy, śmierdzący tytoń.
3 Chruszczowka – rodzaj budynku mieszkalnego zbudowanego w technologii wielkiej płyty.
4 TSBK – Tambowski Kombinat Papierniczy.
5szlucha (z ros.) – kurwa
6 Kozie nogi – kiepskie papierosy domowej roboty, najczęściej robione z niedopałków.
Wieczorami rejon sowiecki zamierał. Jedynym źródłem światła bywały tu księżyc i gwiazdy oraz gdzieniegdzie lampy sodowe zawieszone nad blokami. Tylko wejście do Klubu Majak wyróżniało się na tle tego monotonnego miejskiego obrazu czerwonymi światłami. Na piętrze dawnego budynku domu kultury mieściła się sala z ringiem, workami treningowymi i ławeczkami zrobionymi z desek przemysłowych. Parter skrywał magazyn sprzętu, do którego dopuszczano jedynie zaufanych ludzi Kumarina. Chodziły słuchy, że za podwójnymi drzwiami prowadzącymi do podziemi trzyma się coś więcej niż tylko rękawice i worki z piaskiem. Nikt jednak niczego nie potwierdzał, a Chłopcy z Tambowa nie dementowali plotek.
Fima, który jak co wieczór odwoził ojca do domu swoją nowiutką Wołgą, uśmiechał się za każdym razem, kiedy słysząc te blagi, przypominał sobie wszystko to, co rzeczywiście skrywały piwnice Majaka: oprócz kradzionego alkoholu, zagranicznych papierosów i broni z demobilu czasem trzymano tam opornych „klientów” Kumarina.
Mimo chłodu opuścił szybę w oknie i przypatrywał się ojcu, pieczołowicie zamykającemu niewielki pawilon spożywczy przy Michurińskiej. Odgłos pędzących w oddali pociągów mieszał się z okrzykami dobiegającymi z pogrążonych w mroku podwórek. Śmierdziało tu ciężkim, przemysłowym dymem. Fima tęsknił za wakacjami u dziadków w Biełej Chołunicy, gdzie razem z Katią pili mleko zdojone prosto od krowy i zajadali się pokrytymi ziemią truskawkami, a śniadania pałaszowali w pośpiechu, na trawie nad brzegiem jeziora. Miał świadomość, że te czasy już nie wrócą.
Kiedy mężczyzna ruszył w kierunku samochodu, Fima pomyślał, że w ostatnim czasie ojciec mocno się postarzał. Zgarbione plecy i drżące ręce uświadomiły chłopakowi, jak bardzo stres go wyniszczał. Potrzebował jednak i ojca, i sklepu, który ten prowadził. Fima szybko awansował do zaufanego kręgu Artema, a niewielki pawilon spożywczy Leona Piotrowicza Maslinowa okazał się dla Tambowskiej idealnym miejscem przerzutowym. To właśnie ten układ sprawił, że cała rodzina Maslinowów awansowała w hierarchii społecznej. Sklep przynosił dochody, o jakich nie śniła większość klasy średniej. Leon zrobiłby jednak wszystko, by dać swoim dzieciom lepszą przyszłość. Dzięki interesom z Kumarinem jego piętnastoletnia córka Katia mogła uczęszczać do prywatnej szkoły, nosić zachodnie ubrania i nie martwić się o jedzenie.
Podobnie jak Artem miała tylko ojca. Matka parę lat wcześniej zmarła na suchoty. To dzięki niej zyskali ładne trzypokojowe mieszkanie na osiedlu TSBK. Kobieta była sekretarką zarządcy Tambowskiego Kombinatu Papierniczego. Oficjalnie – bo nieoficjalnie, dla poprawienia jakości życia, Dina Maslinowa oferowała szerokie usługi nie tylko swojemu szefowi, lecz także jego kolegom. Była piękną kobietą, a Katia i Fima odziedziczyli po niej gęste brązowe włosy i duże ciemne oczy. Oboje niezwykle inteligentni, z umysłami kochającymi liczby, byli oczkami w głowie Leona. Stary Maslinow ubolewał nad tym, że Fima porzucił miejsce na uniwersytecie na rzecz pracy dla Kumarina.
– Z Artemem zajdziemy wysoko, zobaczysz – tłumaczył chłopak przy obiedzie, kiedy ojciec po raz kolejny usilnie namawiał go do odejścia z tambowskiej ekipy.
Fima nie mógł wiedzieć, że do Leona zgłosili się Rynoczniki – azerscy przemytnicy z Placu Lenina – i postawili sprawę jasno: albo działa z nimi, albo zapłatą będzie młodziutka Katia, której nietuzinkowa uroda zachwyciłaby każdego klienta bałkańskich burdeli. Tak więc od kilku tygodni Maslinow oprócz towarów dla Kumarina ukrywał na zapleczu skrzynki z gruzińskim winem, amerykańskimi papierosami i paczki po brzegi wypełnione dolarami. Nie miał świadomości, że współpraca z kaukaską diasporą była uznawana przez Artema za zdradę, ale na szczęście intuicja mu podpowiadała, by nie wspominać Fimie o dodatkowych towarach. Zwłaszcza że Rynoczniki dobrze płacili. To nie tylko skutecznie uspokajało sumienie Leona, lecz także zamykało mu usta.
Ludzie powiadają, że nawet krawiec nie ukryje szydła w worku. Prawda zawsze wychodzi na jaw, i to w najmniej odpowiednim momencie. A kara za interesy z wrogiem bywa bardzo dotkliwa.
– No sam zobacz, papoczka. – Fima położył dużą, silną dłoń na ramieniu ojca, który zasiadł do stołu. – Gdyby nie to, że Artem potrzebuje tego sklepu, nie musiałbyś pracować. On lubi zaufanych ludzi. Ale może Katia cię zastąpi, co? Ej, siostra, ile to ci jeszcze tej budy zostało?! – krzyknął, bo dziewczyna zaszyła się w swoim pokoju.
– Katii w to nie mieszaj! – rzekł ostro ojciec. – Ma skończyć szkołę i wyjść na ludzi. Ty też powinieneś ukończyć…
– I co mi po szkole, papoczka? W obecnych czasach jak nie masz pleców, nie istniejesz. Nie chcę zakuwać tylko po to, by potem ledwo wiązać koniec z końcem. Artem chce, żebym został ich kassirem. Parę razy pokazałem, że znam się na liczbach, i chyba mu to zaimponowało.
– Tylko na siebie uważaj, Fima.
Leon Maslinow zapewne byłby w stanie długo prowadzić interesy na dwa fronty, gdyby nie stary kolejarz, który każdego dnia późnym wieczorem zmuszony był kilkakrotnie wyprowadzać swoją schorowaną jamniczkę na spacer. Suczka lubiła trasę wzdłuż Michurińskiej, więc mężczyzna dla świętego spokoju zawsze ją wybierał. Może nawet nie zwróciłby uwagi na nietypowe nocne godziny dostaw towaru do sklepu Maslinowa, lecz zauważył fakt, iż z dostawczaka wysiadali Czarni7. A że emerytowany kolejarz cenił sobie porządek, uważał za swój obywatelski obowiązek donieść odpowiednim służbom o podejrzanych nocnych dostawach. W jego mniemaniu tambowskie ulice roiły się od spekulantów, których należało tępić.
Katię wybudziło walenie w drzwi. Zerknęła na budzik. Dochodziła piąta rano. Jej pokój położony był najbliżej wyjścia, więc oblekła się w podomkę i poczłapała do drzwi prowadzących na klatkę. Zerknęła przez wizjer, a ze strachu serce załomotało jej w piersi. Milicja.
Co milicja robi przed naszym mieszkaniem o tak wczesnej porze?
I wtedy nagle ją olśniło.
Fima.
Domyśliła się, że pewnie przyszli po niego. Zdawała sobie sprawę, że brat działa w szarej strefie. Nie była głupia. Już choćby to, że w przeciwieństwie do jej koleżanek Katii nikt nie zaczepiał, potwierdzało, iż była chroniona ze względu na jego pozycję. Na osiedlu wszyscy bali się Fimy, dzięki czemu ona czuła się bezpieczna. Przynajmniej do dzisiejszego poranka.
Znów załomotano w drzwi, a niski głos ryknął:
– Milicja! Otwierać, towarzyszu!
Czym prędzej pobiegła do pokoju brata i bez pukania wparowała do środka. Widok, jaki tam zastała, tylko na moment ją zawstydził: Fima spał nago, tuląc do siebie jakąś dziewczynę. Katia jej nie znała, ale nie była zaskoczona. Ku niezadowoleniu ojca brat co rusz sprowadzał do mieszkania nowe panny. Podbiegła do niego i szarpnęła go za ramię.
– Zbudź się, Fima!
– Hmm? – mruknął, mocniej obejmując partnerkę.
– Fima, do cholery, milicja tu jest!
To podziałało na chłopaka jak kubeł zimnej wody. Zeskoczył z łóżka i nie przejmując się nagością, szybko wciągnął na gołe ciało ortalionowe dresy. Narzucił na siebie rozpinaną bluzę, do której kieszeni wsunął pistolet, po czym otworzył okno i spojrzał w dół. Trzecie piętro.
– Kurwa! – zaklął pod nosem. – Jebane menty!
Nie dalej jak trzy dni wcześniej napadł na jeden z banków i dość dotkliwie obił mordę ochroniarzowi. Miał pewność, że nie było świadków. Najwyraźniej jakiś frajer się napatoczył i doniósł. Albo to ten stary ochroniarz postanowił zgrywać chojraka. Fima obiecał sobie, że jeśli uniknie aresztowania, odwiedzi delikwenta w szpitalu i już nie będzie taki miły.
Artem tolerował takie akcje. Cenił ludzi, którzy nie bali się ryzyka i potrafili skołować kasę. Nie mogli jednak dać się złapać.
Fima zacisnął dłonie na parapecie i wziął głęboki wdech. Z korytarza znów dobiegło go głośne łomotanie w drzwi. Serce mu przyspieszyło, ze strachu obijało się o żebra. Nie mógł dać się złapać. Skok z takiej wysokości nie wchodził w rachubę, w najlepszym wypadku skończyłby się połamanymi nogami. Zerknął w bok. Między jego oknem a oknem sąsiada biegła rynna. Nie zastanawiał się. Wspiął się na parapet i rzucił do siostry:
– Zamknij za mną okno!
– Ale… Boże, Fima, a jeśli spadniesz?
– Jeśli te chuje mnie dorwą, upadek będzie najmniejszym problem. Odezwę się. Jak coś, już dawno tu nie mieszkam.
Katia z drżącym sercem obserwowała brata, który sprawnie chwyta się rynny. Metal zatrzeszczał ostrzegawczo. Fima nie należał do drobnych osób, był barczysty i umięśniony, jak na boksera przystało. Kiedy dziewczyna widziała, że jedną stopą jest już na sąsiednim parapecie, pospiesznie zamknęła okno i zasunęła zasłonki. Dopiero wówczas spojrzała na przerażoną nieznajomą. Plecami opierała się o ścianę, przyciskając kołdrę do piersi. Katia się nad nią pochyliła i wycedziła hardo:
– Jeśli piśniesz słówko, że Fima tu był, osobiście wypchnę cię przez okno!
– N-nic nie powiem – wyjąkała.
– Jesteś moją koleżanką. Nocowałaś u mnie, jasne?
Przerażona dziewczyna pokiwała głową. Kolejne łomotanie wywabiło z pokoju Leona. Zerknął tylko do pokoju syna i zauważywszy kolejną nieznaną mu pannę w łóżku Fimy, pokręcił z dezaprobatą głową, po czym poszedł otworzyć.
– Co tak długo? – warknął zimnym, surowym głosem jeden z milicjantów.
– Panie władzo, jest piąta rano i… – Maslinow próbował się tłumaczyć.
Trzech funkcjonariuszy w granatowych mundurach wepchnęło się do środka. Za nimi weszło jeszcze dwóch, w cywilu, w brązowych skórzanych kurtkach. Z twarzami pozbawionymi wyrazu rozglądali się uważnie po mieszkaniu. Na piersi jednego z nich Leon dostrzegł błyszczącą blaszkę z literami OBChSS8. Poczuł, jak niewidzialna pętla zaciska mu się na gardle, a pot zrasza kark i czoło.
To oznaczało tylko jedno: wpadł.
– Towarzysz Leon Piotrowicz Maslinow? – zapytał jeden z tych w skórzanej kurtce, unosząc przy tym wymownie brew. – Otrzymaliśmy sygnał o spekulacji i przechowywaniu towarów zagranicznych. Pojedzie pan z nami. Proszę nie stawiać oporu.
Dwóch milicjantów natychmiast stanęło po obu stronach Leona i chwyciło go pod ręce. Mężczyzna dygotał. Czuł, jak zimny pot spływa mu wzdłuż kręgosłupa. Dobrze wiedział, że jeśli jeszcze nie przeszukali sklepu, zrobią to w jego towarzystwie. Nawet się nie łudził, że wyjdzie z tego obronną ręką. Jednocześnie zalała go fala ulgi, bo nie chodziło o Fimę. Jego syn był bezpieczny. On… on sam mógł trafić do więzienia.
– T-to pomyłka – próbował jeszcze grać na czas.
– Jeśli tak, to nie ma się co martwić, towarzyszu Maslinow.
Problem w tym, że mężczyzna miał się czym martwić. Oprócz ukrytych na zapleczu pod podwójną podłogą nielegalnych papierosów i jeansów Kumarina miał przecież dolary i skrzynie z gruzińskim winem należące do Rynoczników.
– Mogę chociaż coś na siebie włożyć? – zapytał.
Milicjanci spojrzeli po sobie, a jeden z nich skinął głową na znak zgody. Leonowi nie dane było ubierać się w samotności. Dwaj funkcjonariusze, którzy pilnowali go w korytarzu, podążyli za nim jak cienie. Nie spojrzał w kierunku sypialni Fimy, gdzie za zamkniętymi drzwiami po ciemku siedziały przerażone Katia i kochanka jej brata. Nie ufał przedstawicielom władzy. To przez nich ludzie musieli wchodzić w konszachty ze zbirami pokroju Kumarina czy Rynoczników. W czasach zastoju albo miało się mocne plecy, albo korzystało się z kryszy. Zwłaszcza jeśli prowadziło się swój biznes.
Milicjanci zaprowadzili Maslinowa do Łady i ruszyli w stronę jego sklepu. Mężczyźnie trzęsły się ręce, kiedy wkładał klucze w poszczególne zamki, by otworzyć lokal. A potem po prostu usiadł i czekał, aż władze dobiorą się do kontrabandy. Długo nie trwało, jak z zaplecza zaczęli wynosić skrzynie z winem, paczki z dolarami, a potem kartony pełne amerykańskich jeansów i sztangi europejskich papierosów. Jeden z funkcjonariuszy w skórzanych kurtkach notował wszystko w specjalnym zeszycie, drugi podszedł do Maslinowa, pochylił się tak, by patrzeć mu prosto w oczy, i zapytał:
– Chce nam towarzysz opowiedzieć, jak te zakazane towary znalazły się na zapleczu?
– Nie mam bladego pojęcia – skłamał jak z nut.
– Myślę, że noc na Internacjonalnej pomoże ci sobie przypomnieć, towarzyszu. – Uśmiechnął się nieszczerze, błyskając przy tym złotym zębem. – Tam nawet najtwardszym wracają wspomnienia.
Maslinow poczuł autentyczny strach. Znał opowieści o tym, jak przebiegają noce w tak zwanej „komorze operacyjnej” – podejrzani przypadkiem upadali na schodach prowadzących do piwnicy, gdzie nie pozwalano spać, a każde zamknięcie powiek kończyło się bolesnymi razami dubinką9. Wiedział jednak, że jeśli puści parę z ust, dopadnie go nie tylko Kumarin, ale i Rynoczniki. Żadna z opcji nie była dobrym rozwiązaniem. Pozwolił się więc zakuć w kajdany i zapakować do czarnego kruka10.
Noc okazała się dla niego istnym koszmarem. Bity i kopany w podziemiach posterunku przy Internacjonalnej 12, marzył tylko o tym, by w końcu stracić przytomność. Torturujący go milicjanci zmieniali się co godzinę, bijąc go z równą zawziętością i zadając w kółko te same pytania: jak wszedł w posiadanie zakazanych towarów? Z kim współpracuje i kiedy następują dostawy oraz sprzedaż kontrabandy? Na każde odpowiadał to samo:
– Nic nie wiem, to jakaś pomyłka.
Kiedy twarz miał już tak opuchniętą, że ledwo widział na oczy, milicjanci doszli do wniosku, że może faktycznie Maslinow nie ma o niczym pojęcia. Leon nie wiedział, co bardziej mu doskwiera: ból w żebrach czy świadomość, że w jednej sekundzie mógł stracić wszystko, co posiadał. Niewiele bowiem brakowało, a puściłby parę z ust.
Słaniającego się na nogach mężczyznę odstawili rankiem następnego dnia pod drzwi mieszkania, gdzie przerażona Katia odchodziła od zmysłów. Nie pomagał jej fakt, że słuch po Fimie także zaginął. O tym, że ojciec leży ledwo żywy pod drzwiami, dała jej znać sąsiadka. Pomogła dziewczynie zaciągnąć półprzytomnego Leona na łóżko i poleciła mu chłodne kompresy na opuchliznę oraz dużo Krepkayej11, by stłumić ból. Nikt z nich nie miał pojęcia, że koszmar dopiero się zacznie.
7 Czarni – pogardliwe określenie na mieszkańców Kaukazu Północnego.
8 OBChSS – Wydział Walki z Rozkradaniem Własności Socjalistycznej i Spekulacją; radziecki odpowiednik Wydziału Walki z Przestępstwami Gospodarczymi, jednostka milicji kryminalnej odpowiedzialna za tropienie spekulacji, przemytu walut, kradzieży towarów deficytowych i „szkodnictwa gospodarczego”. W latach 70. często przeprowadzał nagłe kontrole sklepów, bazarów i magazynów.
9 Dubinka – gumowa pałka.
10 Czarny kruk – potoczne określenie czarnych więziennych autobusów NKWD.
11 Krepkaya – (z ros. mocna) 56-procentowa wódka.
Do Kumarina szybko dotarły wieści o skonfiskowaniu jego towarów przez milicję – wszak dobrze opłacał jednego z mentówpracujących przy Internacjonalnej. O ile utratę kontrabandy przyjął ze spokojem – było to ryzyko, które wliczał w każdy transport – o tyle wieść, że oprócz jego jeansów i papierosów były tam także gruzińskie wino oraz dolary, obudziła w nim uśpionego potwora. Wpierw wezwał do siebie Fimę, który wczoraj w nocy zjawił się w jego mecie. Zwali ją pieszczotliwie swoim uglokiem12.
– Ponoć odkryto nasz towar u twojego ojca. To prawda? – spytał Artem, siedząc za prostym stołem, którego nieodłącznymi elementami były telefon, popielniczka i butelka absyntu. – To dlatego zjawiłeś się tu w środku nocy?
Kumarinowi jak zwykle towarzyszyło czterech zaufanych ludzi. Nie goryle, lecz młodzi bezwzględni bokserzy z Majaka. Dokładnie tak samo wyszkoleni jak Fima. W rogu pomieszczenia spał pies, kundel, wierny towarzysz Artema, gotów rozszarpać ludzkie gardło na jedno skinienie swojego pana. Na chłopaka padł blady strach. Kumarin nigdy nie pozwalał innym siadać, podkreślając w ten sposób swoją władzę.
– Nad ranem przyszła milicja – tłumaczył zgodnie z prawdą podenerwowany Fima. – Nie wiem po co, bo dałem dyla. Nie chciałem wpaść w ich łapy.
– I słusznie – pochwalił go, uważnie wypatrując w zachowaniu chłopaka oznak kłamstwa. – Ponoć to robota jakiegoś emerytowanego kolejarza z osiedla nieopodal Michurińskiej… Chyba nie muszę ci mówić, co powinieneś zrobić.
Kumarin wiedział, że ludzi łamie się tylko raz. Później wystarczy im zwykłe przypomnienie, kim są i gdzie jest ich miejsce.
Serce Fimy rozpędziło się ze strachu, a pot zrosił mu kark. Nie robiły już na nim wrażenia napady na banki czy drobnych przedsiębiorców, a nawet wymuszenia czy pobicia. Teraz jednak miał zrobić coś o wiele straszniejszego – odebrać tamtemu życie.
– Nie słyszę! – Artem uderzył pięścią w stół, kiedy młody Maslinow milczał, tkwiąc bez ruchu.
Pies uniósł łeb i zastrzygł uszami, po czym ponownie przyjął pozycję warowania. Tym razem jednak nie zamknął ślepi, tylko czuwał, gotów zaatakować na rozkaz swojego pana. Maslinow pomyślał, że psisko przypomina jego samego. Wierne i ślepo posłuszne, zawsze w gotowości.
– Dobrze, szefie. Zrobię to – odparł pokornie.
Całe ciało miał napięte ze strachu, a żółć podchodziła mu do gardła. Co pomyśli ojciec, kiedy się dowie, czego się dopuściłem? – przemknęło mu przez myśl, a potem dotarło do niego, że jeśli milicja znalazła nielegalny towar w sklepie ojca, to na pewno zabrali go na przesłuchanie. A jeśli nas wsypie?
– Pamiętasz, jaka jest nasza zasada?
Pytanie Kumarina przeniknęło do niego przez kanonadę myśli i wątpliwości.
– Nigdy nie daj się złapać – wyrecytował Fima pewnym głosem.
– Masz zostawić wiadomość, żeby wszyscy wiedzieli, jak traktujemy donosicieli. – Spojrzał na niego wymownie.
Chłopak kiwnął głową i wyszedł. Nie wrócił tego dnia do domu. Adrenalina buzowała w jego żyłach, więc postanowił zaszyć się do wieczora u jednej z dziwek Kumarina. Walija przywitała go jak zawsze w kusej halce. Trzymając papierosa w ustach, posłała mu zalotny uśmiech i przepuściła w drzwiach. W obskurnym mieszkaniu pachniało barszczem i tanimi perfumami. Kiedy za mężczyzną zamknęły się drzwi, położyła dłonie na jego ramionach i zaczęła masować spięte ciało.
– Wyglądasz jak trup, Fima – wymamrotała niewyraźnie. – Chcesz coś zjeść?
Obrócił się twarzą do kobiety, wyjął papierosa spomiędzy jej warg i się zaciągnął, a potem po prostu ją pocałował. Walija nie protestowała. Fima był jednym z tych chłopców z Majaka, którzy traktowali ją z czułością. No i miał pięknie wyrzeźbione ciało, którego mogła do woli dotykać. Miła odmiana po kilku obleśnych, zarośniętych klientach, którym zachowaniem bliżej było do rozwścieczonych małp niż do mężczyzn. Ale nie mogła im odmawiać.
Pozwoliła, by chłopak zaniósł ją do sypialni, i tam go zaspokoiła. Po wszystkim zasnął w jej ramionach. Był tego dnia jakiś inny, nerwowy, jakby nieobecny. Wiedziała jednak, że Chłopcy z Tambowa nie dzielą się swoimi bolączkami.
Fima obudził się późnym popołudniem. Walija przywitała go namiętnym pocałunkiem i zaprosiła do kuchni, gdzie na gazie podgrzewał się barszcz. Postawiła przed nim talerz apetycznie pachnącej i parującej zupy, ale chłopak nie był w stanie jej przełknąć. Kolorem przypominała krew. Na samą myśl o tym, że dziś po raz pierwszy ją przeleje, ściskało go w trzewiach.
– Daj mi szluga – poprosił.
Podała mu skręta z machorki. Skrzywił się. Odwykł od badziewnego tytoniu, ale teraz musiał się wyciszyć.
– Rozkaz Artema? – spytała.
Kiwnął tylko głową i to jej wystarczyło. Już wiedziała, dlaczego ten zwykle dowcipny, pogodny chłopak przypominał dzisiaj wrak człowieka. Zgasił papierosa, wypił mocny, bardzo słodki czaj i pocałował Waliję na pożegnanie. Bardzo lubił ją całować.
– Fima! – krzyknęła za nim, wychyliwszy się przez okno, kiedy wyszedł na ulicę. – Wrócisz jeszcze?
– Wrócę – odparł, ale od razu poczuł, że nie ma pewności, czy faktycznie tak będzie.
Pod wieczór chłopak zakradł się pod odpowiedni adres i wypatrywał starego kolejarza, który zawsze o tej samej porze wyprowadzał psa. Fima ściskał w dłoni mały nożyk, który gwizdnął z kwatery Waliji. Po drodze w oknach swojego mieszkania dostrzegł światło. Miał nadzieję, że Katia jest bezpieczna i że ojciec też wróci z przesłuchania żywy. A przede wszystkim, że nie puścił pary z ust. Nie byłby w stanie i jemu odebrać życia. W końcu dostrzegł znajomą, przygarbioną postać. Obawiał się tylko, że pies może narobić rabanu. Cóż, jego najwyżej też zabiję.
Młody Maslinow czekał cierpliwie, aż staruszek go minie, po czym wychynął zza krzaków. Szedł szybko, pewnym krokiem. Otaczała go cisza wypełniona głębokim oddechem i dudnieniem serca. Nie było czasu na wahanie. Miał tylko jedną szansę. Wyczuł odpowiedni moment, kiedy podstarzały jamnik załatwiał potrzebę, i zaatakował – silnym ramieniem otoczył zaskoczonego mężczyznę. Nim ten zdążył zareagować, Fima wbił kozik prosto w tętnicę szyjną staruszka. Trysnęła krew, zalewając ciepłem twarz i ramiona chłopaka. Puścił starego kolejarza, a jego ciało tąpnęło głucho o chodnik.
Pies zaczął ujadać, ale mocne kopnięcie wojskowego buta, którym chłopak posłał zwierzę na pobliskie drzewo, złamało mu kark. Jamnik pisnął głośno i ucichł. Fima obrócił się w stronę dogorywającego mężczyzny, który ostatkiem sił próbował zatamować krwawienie. Wzrok miał rozbiegany. Chłopak nad nim kucnął. Widział, jak starzec porusza ustami, a z ich kącików również spływały strużki krwi. Nie wydobył z siebie jednak żadnego dźwięku.
– Tak kończą donosiciele – warknął Fima i splunął mu w twarz.
Wbił nożyk prosto w jego serce. Raz, drugi, trzeci. W końcu stracił rachubę, a krew mężczyzny mieszała się ze łzami chłopaka. Gdy ochłonął, wyjął z kieszeni jednego rubla i brutalnie wsunął go starcowi pomiędzy martwe wargi. Znak czytelny dla wszystkich: zapłata za współpracę z władzą.
Potem się podniósł, rozejrzał na boki i czmychnął w krzaki. Im dalej był od ciała, tym bardziej się trząsł. Biegł i biegł, mimo że płuca paliły go tak, jakby napił się kwasu. Ledwo mógł oddychać, więc przystanął i ponownie się rozpłakał. Zrobił coś, od czego zawsze stronił. Od chwili wstąpienia w szeregi Chłopców z Tambowa obiecywał sobie, że nikogo nie zabije. Tymczasem właśnie odebrał bezbronnemu mężczyźnie życie. Nawet jeśli ten doniósł na jego ojca, nie zasługiwał na śmierć.
Fima nie rozumiał decyzji Kumarina, ale wiedział, że z szefem się nie dyskutuje. Długo spacerował wśród nieużytków, próbując sobie poradzić z zalewającymi go wyrzutami sumienia. Dotarło do niego, że skoro potrafił zrobić to raz, Kumarin będzie mu zlecał taką robotę częściej.
Zostanie jego zabijaką.
Torpiedą.
Podły nastrój był teraz nieodłącznym towarzyszem Fimy. Do ugloka wrócił nad ranem. Mieścił się on w starym magazynie na Partizanckiej, gdzie tory kolejowe skręcały w stronę kombinatu papierniczego. Był to jeden z licznych budynków należących do Kumarina. Za dnia naprawiano tu ciężarówki. Główne pomieszczenie zastawione było zdezelowanymi autami i skrzyniami na narzędzia. Na jednej ze ścian wisiał plakat Breżniewa, tuż nad cennikiem napraw. Prawdziwe przeznaczenie tego miejsca skrywały jednak podwójne drzwi. To tam stał słynny stół Kumarina, a na ścianie wisiała mapa Tambowa. Czerwone łebki szpilek, wbite w dzielnice Krasny Ług i Sowiecka, zawsze kojarzyły się Fimie z kroplami krwi. Artem stawał przy tej mapie podczas każdej schodki i z dumą pokazywał swoją powiększającą się strefę wpływów, podkreślając, że rosną w siłę i niebawem będą rządzić nawet na Placu Lenina.
Młody Maslinow spalił zakrwawione ubrania w beczce na tyłach budynku i długo szorował skórę z pozostałości krwi. Miał wrażenie, że ona wcale nie chciała dać się zmyć. Jakby przylgnęła na stałe do jego ciała, niczym tatuaż potwierdzający winę. Przez moment odniósł nawet wrażenie, że spływające z rąk czerwone strugi układały się w napis: WINNY.
Od teraz był mordercą.
Kiedy opuścił warsztatową łazienkę, wezwano go za podwójne drzwi, gdzie czekał Artem w towarzystwie kilkunastu chłopców z Majaka. Niepokój ścisnął Fimę za gardło, zwłaszcza gdy usłyszał od Kumarina: „Jedziemy na wycieczkę”. Chłód w błękitnych tęczówkach mężczyzny potwierdzał, że należy się przygotować na coś strasznego. Kiedy karawana Wołg przemierzała ulice Tambowa, skojarzyło się to Fimie z wyjazdem na razborkę13. Nie mylił się. Nie wiedział tylko jednego: że tym razem nie stanie w roli oprawcy, ale ofiary.
12uglokiem (z ros.) – kącikiem
13 Razborka (z ros.) – pot. wyrównanie rachunków przy użyciu przemocy.
Katia słyszała kiedyś, że spojrzenie psychopaty jest martwe. To właśnie było jej pierwszą myślą, kiedy w szparze drzwi prowadzących do ich mieszkania pojawiła się twarz Artema. W niebieskich oczach mężczyzny nie dostrzegła absolutnie żadnych emocji – były puste i bezduszne. Cofnęła się, czując, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. Przezornie nie zdjęła łańcucha z drzwi.
– Jest ojciec? – spytał Artem, nie odrywając wzroku od ślicznej dziewczyny.
Lubił patrzeć swoim rozmówcom w oczy, wtedy łatwiej było mu ich kontrolować. Nie miał pojęcia, że siostra Maslinowa to taki gorący kociak. Jej śliczne malinowe usta nadawały się idealnie do tego, by sprawiać mu dużo przyjemności.
– Tata… śpi – wydusiła Katia drżącym głosem.
– Nie wpuścisz mnie? – zapytał, a jego ton niespodziewanie zaczął ociekać słodyczą. – Chcę z nim tylko zamienić parę słów.
– Nie wpuszczam obcych – odparła hardo. – Proszę przyjść, jak będzie mój brat.
Nie mogła wiedzieć, że Fima stoi schowany za ścianą, z lufą pistoletu wetkniętą do ust, w otoczeniu kilkunastu napakowanych żołnierzy Kumarina, gotowych do rozróby. Kiedy próbowała zamknąć Artemowi drzwi przed nosem, wsunął w szparę wojskowy but, uniemożliwiając ich zamknięcie.
– Otwieraj te jebane drzwi – wycedził chłodno Kumarin.
Katia w panice zaparła się całym ciałem, ale nie miała szans z nogą mężczyzny. Zwłaszcza że chwilę potem oczom dziewczyny ukazał się obraz, który przeraził ją bardziej niż zmaltretowany ojciec: dwóch oprychów trzymało jej brata, a jeden z nich przykładał mu broń do głowy.
– Fima! – pisnęła przez zaciśnięte strachem gardło.
– To jak będzie? – spytał tryumfalnie Artem.
Tej nocy miał się zapisać w historii Tambowa jako Morte – niosący śmierć.
Dziewczyna drżącymi dłońmi odsunęła łańcuch i odskoczyła w tył. Artem wszedł do ich mieszkania niczym taran. Drzwi rąbnęły o ścianę, zostawiając w niej dziurę po klamce. Mężczyzna wydał się teraz Katii dwa razy większy, niż kiedy stał za nimi. Do środka wkroczyło kilkunastu jego oprychów, równie rosłych jak on. I Fima – z pistoletem przystawionym do skroni. Łza potoczyła się po jego policzku, kiedy z rezygnacją przymknął powieki, a wtedy Katia pojęła, w jak wielkim są niebezpieczeństwie. Nie mogła jednak postąpić inaczej.
Twarz Artema wykrzywił podły uśmiech, od którego sparaliżował ją strach. Zrobił krok w jej kierunku. Potem następny. I następny. Stali teraz naprzeciwko siebie: on wysoki i barczysty spoglądał na nią z góry – bezbronną, zdaną tylko na jego łaskę. Zbliżył rękę do jej twarzy. Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze. Powieki Katii opadły, a ciałem wstrząsnął dreszcz, kiedy knykcie mężczyzny z nieprawdopodobną czułością przemknęły po jej bladym policzku. Dłoń musnęła krawędź dekoltu, a wówczas drobne, lodowate palce zacisnęły się na jego nadgarstku, powstrzymując rękę przed dalszą nachalną wędrówką.
– Nie – odparła stanowczo mimo ściśniętego ze strachu gardła.
Nie miała pojęcia, że to jedno słowo zadziała niczym zapalnik w bombie z opóźnionym zapłonem. Wpierw poczuła cios na policzku, tak mocny, że prawie upadła, ale potężne łapsko zaciskające się na jej szyi utrzymało ją w pionie, odcinając dopływ powietrza. Katia po raz pierwszy naprawdę poczuła, co to znaczy nie móc zaczerpnąć oddechu.
– Och, kiska14, to słowo dla mnie nie istnieje…
Próbowała się wyswobodzić. Walczyła zaciekle, lecz brak powietrza odbierał dziewczynie siły i już po chwili zaczęło jej ciemnieć przed oczami. I kiedy zaczęła myśleć, że to koniec, uścisk zniknął z jej gardła, zastąpiony żelaznym chwytem na ramionach. Byłaby się osunęła, ale pochwycona w łapy Artema wciąż trzymała się na miękkich nogach.
– Gdzie Leon?! – spytał, potrząsając nią lekko, kiedy głowa zaczęła jej opadać.
W odpowiedzi gardło dziewczyny opuścił szloch. Znów otrzymała cios w policzek i Artem ponownie nią potrząsnął. Mocniej. Ból odrobinę ją otrzeźwił. Nogi nadal miała jak z waty, ale zawroty głowy odeszły w zapomnienie. Patrzyła teraz oczami pełnymi łez w ten bezduszny błękit przed sobą i zastanawiała się, jak ktoś tak niepospolicie piękny może być takim potworem.
– Powtórzę pytanie, chociaż bardzo tego nie lubię: gdzie Leon?
Przełknęła gulę w gardle i wyszeptała:
– W sypialni, na końcu korytarza.
Sądziła, że da jej w końcu spokój. Myliła się. Ciągnął ją za sobą, choć potykała się o własne nogi. Odgłos zamykania drzwi prowadzących na klatkę schodową skojarzył jej się ze szczękiem zawiasów bram piekielnych, a stukot ciężkich buciorów zbirów podążających za nimi brzmiał niczym marsz żałobny. Nie wyjdą z tego cało. Tego była pewna.
Weszli do pokoju, gdzie zmaltretowany Leon leżał na łóżku. Charczący oddech i unoszący się w powietrzu zapach, który Artemowi wydał się dziwnie znajomy, upewniły go w przekonaniu, że mężczyźnie nie pozostało zbyt wiele czasu. To rozjuszyło Kumarina. Liczył, że będzie mógł się nad nim pastwić, słyszeć jego jęki i błagania o szybką śmierć. Pchnął Katię tak mocno, że upadła. Pospiesznie odsunęła się pod okno, aż przylgnęła plecami do ściany. Błagała Boga o to, by stała się z nią jednością, by mogła stać się niewidzialna. Albo martwa.
Kumarin podszedł do ciężko dyszącego Maslinowa. Mężczyzna uniósł powieki i załkał, wiedział bowiem, że obecność Tiomy nie wróży nic dobrego. Paraliżował go strach o Katię. Miała tylko piętnaście lat. Nie miał pojęcia, gdzie podziewa się Fima. Łzy spływały mu po rozognionych gorączką policzkach, kiedy łkając, powtarzał ledwo słyszalnym szeptem słowa modlitwy:
– Panie… Jezu Chryste… Synu Boży… zmiłuj się… nade mną, grzesznym. Nie patrz… na moje winy, ale… ale ocal moje dzieci. Panie… Jezu Chryste15.
Artem się nad nim pochylił, a kiedy dotarło do niego znaczenie słów Maslinowa, chwycił go za przepoconą górę od piżamy, uniósł jego tułów z posłania i złowróżbnie wycedził:
– Teraz? Teraz się modlisz?! Twój Bóg czy nawet wszyscy święci już ci nie pomogą… – Puścił Leona, który opadł bez sił na posłanie.
Kumarin zaczął krążyć po małym pokoju tam i z powrotem. Wyjął z kieszeni papierosy i zapalił jednego. Katia obserwowała wszystko wciśnięta w kąt. Liczyła, że o niej zapomni. Ośmieliła się zerknąć w stronę brata. Fima – jej nieustraszony, silny starszy brat – trząsł się na całym ciele. Nie patrzył w stronę siostry, za to czujnie śledził każdy krok przywódcy bandy.
– Możesz mi wyjaśnić, co w twoim sklepie robiły dolary i gruzińskie wino? – spytał Artem nadzwyczaj spokojnie, dopaliwszy papierosa.
– Przyszli do mnie… – powiedział z trudem Leon. – Wyglądali jak wy: silni, niebezpieczni, ale mieli ciemniejszą skórę…
– Kto to był? – Kumarin dobrze wiedział, że to ta kaukaska zaraza zatruwająca ulice Tambowa.
Czarne ścierwa – pomyślał.
Z wszystkimi był w stanie się dogadać. Cyganie wiedzieli, gdzie ich miejsce, wory w zakoniezaakceptowali fakt, że teraz rządzą Chłopcy z Majaka. Tylko te chuje z Placu Lenina panoszyły się po jego terenach.
– Rynoczniki… – odparł półszeptem.
– Kurwa, tato… – jęknął rozpaczliwie Fima.
Dobrze wiedział, jak bardzo Kumarin nienawidzi kaukaskiej diaspory. Chyba byłoby dla nich wszystkich lepiej, gdyby po prostu poszedł na współpracę z władzą.
Artem się wyprostował. Domyślał się, że to właśnie usłyszy, choć nie sądził, że zdrada zwykłego frajera tak bardzo go dotknie. Spojrzał na niedopałek, na jego żarzącą się końcówkę, i pomyślał, że tak właśnie wyglądały tlące się w nim resztki nadziei na to, że są jeszcze ludzie honoru na tym świecie. Cóż, rodzina Maslinowa się do nich nie zaliczała.
– Zastanawia mnie jedno. – Artem zaciągnął się papierosowym dymem i znów zapatrzył w końcówkę peta. – Dlaczego mnie o tym nie poinformowaliście?
– Nic nie wiedziałem! – wydarł się przerażonym głosem Fima. – Przecież gdybym…
Kumarin nawet na niego nie spojrzał. Uniósł tylko otwartą dłoń, po czym gwałtownie zacisnął ją w pięść. „Ucisz go” – taki był przekaz tego gestu.
Nim do chłopaka to dotarło, powalono go na podłogę potężnym ciosem w twarz. Krzyk przerażonej Katii zmieszał się jej bratu z chrzęstem łamanej kości policzkowej. Twarz wybuchła mu bólem tak ogromnym, że aż go zamroczyło. Jego oprawca uderzał jednak dalej. Był wicemistrzem w swojej kategorii, znany jako Żelazny. Ciosy miał tak silne, że łamały kości. Uspokoił się, kiedy twarz Fimy przypominała miazgę.
Artem nawet na niego nie spojrzał, kucnął za to przy łóżku Leona i ponowił pytanie:
– Dlaczego nikt mnie o tym nie poinformował?
– Fima nic nie wiedział – wycharczał mężczyzna zgodnie z prawdą.
– Zła odpowiedź – odparł Artem.
Palcami lewej ręki rozwarł powiekę Maslinowa i ugasił niedopałek na gałce ocznej mężczyzny. Jego wrzask nie zagłuszył kolejnego krzyku siedzącej w kącie dziewczyny. Tioma nagle sobie o niej przypomniał. Dotychczas była nic nieznaczącym elementem otoczenia, jak mebel, ale teraz, kiedy niemal czuł jej strach, zaczęła się jawić jako interesujący okaz. Przyglądał się temu, jak łkając, chowała głowę w ramionach i drżała. Kiska. Kątem oka zauważył, że stary Maslinow stracił przytomność. Wstał więc, każąc swoim ludziom go ocucić, a sam podszedł do dziewczyny.
– Kiska… – rzekł łagodnie.
Spomiędzy otaczających głowę ramion spojrzały na niego piękne, tonące w strachu oczy.
– Nie rób nam krzywdy… – załkała cichutko.
Artem pomyślał, że chciałby widzieć jej śliczne oczy zaraz po przebudzeniu. Wyciągnął ramię, by ująć podbródek Katii, spróbować, jak smakują jej usta, ale wówczas odgłos chluśnięcia wody wyrwał go z macek tej ulotnej, magicznej chwili. Leżący w łóżku Maslinow zaczął się krztusić i kaszleć, starając pozbyć resztek cieczy, która nieproszona wdarła się do jego dróg oddechowych. Kumarin niechętnie zostawił swoją kiskę. Stanąwszy naprzeciwko Leona, spytał chłodno:
– Dlaczego nikt mnie nie poinformował?
– Powiedzieli, że albo to zrobię, albo… porwą moją Katię. – Ostatnie słowo przeszło w szloch.
– A wiesz, co ja sobie myślę? – Artem kucnął tak, żeby słowa dotarły tylko do uszu Leona. – Że było ci to na rękę… Ile procent od sprzedaży spływało do twojej kieszeni, co?
Odpowiedział mu tylko żałosny płacz.
– Tak myślałem. – Wstał. – Postanowiliście dorobić się moim kosztem, ale w tym mieście nic się przede mną nie ukryje, towarzyszu Maslinow. Robienie interesów z kimkolwiek za moimi plecami to zdrada. A zdrady się nie wybacza.
Leon łkał, powtarzając bezgłośnie słowa tej samej modlitwy do Jezusa, którą wyszeptał, gdy Artem pojawił się w mieszkaniu. Kumarin nagle stracił zainteresowanie leżącym w łóżku mężczyzną i skierował swoje kroki do kulącego się na ziemi z bólu Fimy.
– Wstawaj! – Suchy rozkaz smagnął zalegającą w pokoju ciszę.
Chłopak z trudem uniósł się na czworaki. Kończyny mu drżały, a zawroty głowy utrudniały utrzymanie równowagi. Artem jednym mocnym kopnięciem posłał go z powrotem na podłogę. Skulona w kącie dziewczyna znów wydała z siebie pełen przerażenia i rozpaczy krzyk. Fimę zamroczyło, po czym zwymiotował z bólu. Każdy oddech przynosił kolejne fale cierpienia, wojskowy bucior połamał mu żebra.
– Przyprowadź ją – zwrócił się do Żelaznego.
Katia, zorientowawszy się, że to o niej mowa, poczuła skądś nagły przypływ sił. Wstała, wspierając się o ścianę, a kiedy ten oprych do niej podszedł i złapał jej rękę, zatopiła zęby w jego dłoni. Wrzasnął z bólu i wziął zamach, by ją spoliczkować.
– Nie! – Głos Artema działał jak wyłącznik światła, momentalnie stopował działania podwładnych.
Do dziewczyny dotarło, jak przerażający musiał być ten człowiek, skoro każdy słuchał go niczym wyroczni.
– Kiska… – Teraz brzmiał łagodnie. – Podejdź tu.
Zaprzeczyła ruchem głowy, a z przerażenia ściskało jej trzewia. Spojrzenie Artema pociemniało, kiedy nie wykonała jego polecenia. Skinął na Żelaznego, wielkie łapsko zacisnęło się wokół ramienia i przyciągnęło Katię do siebie. Próbowała walczyć, zapierać się, lecz nic z tego. Była całkowicie bezradna w rękach tych ludzi. W końcu znalazła się koło Kumarina, a oprych ją puścił. Nie patrząc na nic, dopadła do zwijającego się z bólu brata. Drżącymi dłońmi próbowała go dotknąć, przytulić, ale bała się, że przysporzy mu tym tylko więcej katuszy.
– No zobaczcie, jak oni się kochają – zakpił Artem, co spotkało się z ogólnym rozbawieniem reszty.
Katia spojrzała na niego z pogardą. Zaimponowała mu. Albo była głupia, albo to piękne ciało skrywało w sobie więcej odwagi niż wszyscy jego ludzie razem wzięci.
Będzie moja – pomyślał i w tym momencie przypieczętował los dziewczyny. A ona nie wiedziała jeszcze, że tej nocy razem z ciałami Fimy i Leona zostanie pogrzebana także jej niewinność.
14kiska (z ros.) – kicia, zdrobnienie od kotki; pot. pizda
15 Adaptacja Modlitwy Jezusowej, jednej z najważniejszych w religii prawosławnej. Klasyczna wersja brzmi: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznym”.
Artem zapalił kolejnego papierosa, a potem spojrzał na skulone na podłodze rodzeństwo. Trzymając szluga między wargami, sięgnął za pasek i wyciągnął Tokariewa. Popatrzył na niego z czułością.
Może i bardziej pasuje do ulicznych zbirów niż do przywódcy – pomyślał Kumarin – ale za to dziurawi jak skurwysyn.
Przeniósł wzrok wpierw na Katię, a potem na jej brata. W jego głowie przemykały wizje tego, co mógłby z nimi zrobić. Jedna potworniejsza od drugiej, ale on nadal myślał i myślał. Żaden pomysł nie wydał mu się bowiem odpowiedni. Dziewczyna najwyraźniej wyczuła jego zamiary, bo przylgnęła do ciała brata, próbując go zasłonić. Mimo paraliżującego lęku nie uciekła spojrzeniem od tych bezdusznych pustych oczu. Artem zrozumiał wówczas, że jest wyjątkowa. I że już nigdy jej nie wypuści. Ale najpierw musiał ukarać zdrajców. Popatrzył raz jeszcze w stronę Leona, a potem na jego syna.
– Odsuń się! – rozkazał, ale Katia jeszcze bardziej przywarła do brata.
Kiwnął na Żelaznego, którego wielkie łapsko zacisnęło się na jej włosach, a potem szarpnęło tak, że dziewczyna sądziła, iż mężczyzna wyrwie wraz z nimi cały skalp. Cisnął nią na podłogę, obok brata. Artem kucnął koło Fimy i wcisnął mu lufę Tokariewa w policzek. Chłopak załkał, unosząc trzęsące się dłonie.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – spytał spokojnie Kumarin.
– Ja naprawdę nic nie wiedziałem – szlochał. – Przecież nigdy bym cię nie zdradził, Tioma. Zawsze byłem lojalny, zawsze… Zrobię wszystko, tylko… tylko nas wypuść…
– Wszystko? – spytał Kumarin z dziką satysfakcją w głosie, zahaczając spojrzeniem o skuloną nieopodal Katię.
– Wszystko… – zapewnił solennie Fima.
Nie wiedział jednak, na co się godzi i że tym jednym słowem przesądził o losie nie tylko swoim, ale i własnej siostry.
Artem wstał, świadom pełnych uwielbienia i trwogi spojrzeń swoich ludzi. Czuł się bogiem. Nie, on był bogiem. Dawał i odbierał. Decydował o czyimś być albo nie być. Zsyłał cierpienie. Bo czymże innym parał się przecież ten, do którego modli się cały świat? Rozpętywał wojny i patrzył, jak ludzie się mordują, nie pamiętając nawet, co było iskrą zapalną. Pozwalał na cierpienie niewinnych. Tak jak on, Artem. Morte, który kurewsko to lubił.
– Dobrze – zgodził się nadzwyczaj spokojnie. – Zatem udowodnij swoje oddanie. – Spojrzał na Katię, podszedł do niej i chwyciwszy za sweterek, uniósł ją jak szmacianą lalkę.
Dziewczyna próbowała się wyrwać, a wówczas on szarpnął materiałem, rozdzierając go, po czym pchnął ją brutalnie na podłogę. Otoczył ich rozbawiony śmiech chłopaków z Majaka. Katia ramionami próbowała zasłonić drobne piersi. Patrzyła błagalnie na brata, chociaż dobrze wiedziała, że ich koniec jest bliski. I zapewne gdyby była świadoma tego, jaki los zaplanował dla niej Artem, przywitałaby śmierć z uśmiechem na ustach.
– Wiesz, co masz z nią zrobić. – Bezwzględny, suchy rozkaz przeciął powietrze.
Katia zdusiła w sobie szloch, a Fima zapłakał jak małe dziecko.
– Błagam, nie! Tioma! Zrobię, cokolwiek mi każesz, tylko nie to. To moja siostra…
– Ty nie masz siostry, Fima… Wyrzekłeś się rodziny, gdy zarzekałeś się, że chcesz być częścią Chłopców z Tambowa. Udowodnij więc, że jesteś gotów na każde poświęcenie. Udowodnij swoją lojalność.
Fima nie odpowiedział. Jego spazmatyczny płacz był jedynym dźwiękiem rozchodzącym się po pokoju.
– A zatem wszystko jasne. Razem z ojcem próbowałeś zrobić mnie w chuja, układając się z Rynocznikami…
– Nie… Nie, nie, błagam, Tioma…
– Z bólem serca musiałem patrzeć, jak te jebane menty niszczą miesiące mojej ciężkiej pracy. Więc teraz ty i twój ojciec będziecie patrzeć, jak ja niszczę ją… To będzie ostatnia rzecz, którą ujrzycie przed śmiercią.
Wbił spojrzenie w Katię. Poczuła to. Podszept instynktu, który kazał jej uciekać. Ruszyła w kierunku korytarza. Tioma był szybszy. Pochwycił ją, zacisnął pięść na włosach dziewczyny i zaprowadził do miejsca, gdzie jej brat właśnie tracił resztki godności, popuszczając ze strachu.
Artem pchnął Katię na podłogę. Zamortyzowała upadek, ale wtedy on przydusił ją swym ciałem. Szarpnął jej spodnie, zsunął je do kolan. Zaczęła się wyrywać i krzyczeć. Szum rozpędzonej adrenaliną krwi wymieszał się z jednym jego słowem: „zapalniczka”. A potem poczuła potworny ból na biodrze, a w nosie zakręcił się nieprzyjemny swąd palonej skóry.
– Od tej chwili należysz do mnie, kiska… – szepnął jej do ucha.
I właśnie wtedy świat Katii dobiegł końca. Został tylko jego oddech, ciężar i ból rozdzierający ją od środka. Nie płakała. Patrzyła w pełne łez, pozbawione resztek nadziei oczy Fimy.
Artem się w niej poruszył, po czym przystawił lufę pistoletu do skroni jej brata. Fima wiedział już, że to koniec. Ostatkiem sił odszukał dłoń siostry i ją ścisnął. Jego wargi ułożyły się w bezgłośne „przepraszam”.
A potem nastąpił huk.
Katia nie czuła już bólu, ale za to wyraźnie poczuła ciepłą krew brata na swojej twarzy. Widziała jej strużki wypływające z dziury po kuli. I nie zapłakała.
Od tego dnia nie uroniła już nigdy żadnej łzy.
Tę noc mieszkańcy TSBK zapamiętali bardzo dobrze za sprawą dwóch ciał, które wypadły z okien jednego z bloków i roztrzaskały się na chodniku. Ponoć plam krwi nie dało się doszorować przez długi czas. Milicja orzekła, że to było zabójstwo, o które oskarżono córkę jednej z ofiar, Katarinę Leonowną Maslinową, po której wszelki słuch zaginął.
Ponoć każdą istotę, niezależnie od siły intelektu, łączy jedna cecha – instynkt przetrwania. Katia szybko się nauczyła, że posłuszeństwem zyska więcej niż oporem, więc mimo obrzydzenia i paraliżującego strachu, jakie wywoływał w niej Tioma, dzień po dniu upadała niżej i niżej. Bo nie znaczyła dla Kumarina więcej niż domowe zwierzątko.
Stała się uległa i posłuszna, nauczyła się kokietować go tak, by wywołać na jego twarzy uśmiech. I choć ta prawdziwa Katarina w głębi duszy wyła z rozpaczy, obiecując bolesną zemstę, Katia robiła dosłownie wszystko, czego tylko Kumarin od niej zażądał. Była więc jego kiską – kotką gotową spełnić każde pragnienie swojego właściciela. Tym dla niego była – własnością.
Naznaczył ją tamtej nocy, kiedy wszedł do ich mieszkania, gdzie zabił jej ojca i brata. Wypalony na biodrze dziewczyny symbol „T” z koroną niósł dla wszystkich jasny przekaz: „należę do Tambowa”.
Kiedy było trzeba, Katia się łasiła, czołgała, całowała stopy Tiomy, a także spełniała jego każde, nawet najohydniejsze fantazje, dzięki czemu on powoli dopuszczał ją coraz bliżej tego, na czym zależało jej najbardziej: do informacji i kontaktów.
Przez pierwszy rok w tambowskim ugloku dowiedziała się jednej istotnej rzeczy: Kumarin bał się zamkniętych pomieszczeń. Kiedyś była świadkiem, jak rozstrzelał dwóch swoich ludzi tylko dlatego, że przypadkowo zamknęli drzwi do kantorka, gdy on był w środku. Katia już dawno przestała bać się śmierci, ta byłaby dla niej wybawieniem, więc po jakimś czasie bez strachu nacisnęła klamkę i weszła wówczas do środka. Zastała tam dwa trupy, pokryte krwią ściany i skulonego na podłodze Artema, próbującego zapanować nad atakiem paniki. W drżących dłoniach kurczowo ściskał pistolet. Zrozumiała, że każdy ma jakąś słabość – a słabością Artema była klaustrofobia, która w jednej chwili zamieniła bezlitosnego, siejącego postrach gangstera w słabego mężczyznę. Pomyślała, że gdyby zobaczyli go teraz jego ludzie, byłby to dla niego koniec. Ale jeszcze nie nadszedł ten czas.
Nie była gotowa.
Wzięła głęboki wdech i kucnęła obok.
– Tioma? – przemówiła łagodnie.
Jej głos wyrwał go z amoku. Poczuła ścisk strachu w trzewiach, jak za każdym razem, kiedy w oczach Kumarina pojawiało się coś więcej niż pustka. Wtedy wiedziała, że trzeba zachować czujność. Mimo to ośmieliła się położyć dłoń na jego karku i lekko podrapać go paznokciami. Wiedziała, że to lubi. Znała go na wylot. A tego wieczora, po roku życia w piekle, w końcu odnalazła klucz do klatki, w której została zamknięta.
Zrozumiała, że jej najważniejszym atutem jest to, iż Artem nie traktuje Katii jak człowieka. Była zabawką, własnością, ozdobą. Głupiutką, śliczną dziewczyną o dużych przestraszonych oczach. Majaobszczaja baba16 – jak mawiał Kumarin, ochoczo dzieląc się jej ciałem ze swoimi najbardziej zaufanymi ludźmi. Wiedział dobrze, którego z nich najbardziej się boi, i wykorzystywał to na wszelkie sposoby, by jeszcze bardziej się dowartościować. Nie było dla niego nic bardziej satysfakcjonującego niż ludzie błagający go o litość. Łaskę. Pławił się w ich rozpaczy i bólu.
Czasem na wyjątkowo zakrapianych spotkaniach upajał się możliwością obserwowania, jak jego ludzie upadlają Katię. Sprawdzał, ile wytrzyma, zanim przyjdzie na kolanach i zacznie łasić się do stóp Artema, by to on ją wykorzystał. A kiedy już się z nią zabawił, wstawała bez słowa i subtelnie poprawiała zsunięte ramiączko podartej halki. Ten prosty ruch maskował emocje i zajmował dłonie, zanim zaczęły drżeć. Zajmował myśli, by nie rozpadła się na ich oczach. Na rozpacz pozwalała sobie dopiero za zamkniętymi drzwiami swojej klatki, kiedy w końcu zasłużyła na to, by iść do siebie i odpocząć.
Tamtego dnia, kiedy Katia znalazła spanikowanego Tiomę, w jej głowie zaczął się kształtować plan zemsty. Może i była słaba, może i nie traktowano jej jak człowieka, umiała jednak słuchać, patrzeć, a przede wszystkim zapamiętywać. Wiedziała, że jeden z najbardziej odrażających ludzi pracujących dla Artema osiąga spełnienie tylko po tym, jak odda na nią mocz, ale za to po seksie robi się niezwykle wylewny, szczególnie jak sobie wypije. Opowiadał jej wówczas szczegółowo o powiązaniach Kumarina z politykami, o planowanych akcjach czy miejscach przechowywania nielegalnych towarów. A ona spamiętywała wszystko w najmniejszym detalu, bo wiedziała, że od tego zależy nie tylko jej wolność, ale przede wszystkim wsadzenie Artema za kratki.
Wielokrotnie słyszała opowieści o tym, jak cudem uniknęli nalotu milicji albo że trzeba kogoś uciszyć, bo sypnął. Zdawała sobie sprawę, że ma jedną jedyną szansę, bo kiedy zacznie mówić, nie będzie odwrotu.
Będzie musiała opuścić Rosję.
Na zawsze.
Ale była gotowa na wszystko.
Alternatywą były dalsze życie u boku Kumarina albo śmierć.
16Maja obszczaja baba (z ros.) – Moja wspólna kobieta (w rosyjskim półświatku kobieta, którą dzielili się najbliżsi współpracownicy)
Czasem Tioma miewał przebłyski człowieczeństwa, jak pewnego styczniowego wieczora, kiedy zabrał Katię na lodowisko przy szkole podstawowej numer 20. Podarował jej wtedy nowiutkie skórzane figurówki. Dziewczyna nie wiedziała, czym jest spowodowana ta nagła zmiana w zachowaniu Artema, ale kiedy sunął tuż obok niej w hokejówkach, popisując się jak dzieciak wymyślnymi akrobacjami, pomyślała, że w innym życiu, w innym czasie i w innych okolicznościach mogłaby się w nim zakochać. Potem obserwowała go, gdy dołączył jak gdyby nigdy nic do młodych grających w bandy – hokej, gdzie zamiast krążka używano piłki. Lampy rtęciowe pozwalały na grę do późnych godzin nocnych. Dźwięk uderzeń ciężkich drewnianych kijów o lodową taflę mieszał się z odgłosem łyżwowych płóz sunących po zamarzniętej wodzie i wykrzykiwanych raz po raz przekleństw. To był pierwszy wieczór od śmierci jej ojca i brata, kiedy Katia naprawdę się śmiała. Wtedy też ich seks wyglądał inaczej niż dotychczas, jakby Artem na ten jeden wieczór znów stał się człowiekiem.
Nazajutrz jednak wszystko wróciło do normy.
Po roku życia w zamknięciu, w stanie nieustannego strachu i poniżenia, Katarinie udało się zdobyć zaufanie Artema, a tym samym uzyskała pewną dozę swobody. Przydzielono jej osobistego byka, w którego towarzystwie mogła opuszczać uglok. To były te chwile, kiedy wyobrażała sobie, że jest kimś innym.
Damą.
Kobietą z wyższych sfer.
Prawdziwie wolną.
Najbardziej lubiła wycieczki na Rynek Centralny, jedyne miejsce łączące ją z dawnym życiem. To tu tata wysyłał Katię i Fimę po świeże warzywa, mięso czy bułgarskie rajstopy, a przekupki częstowały mordoklejkami.
I to tu po raz pierwszy go spotkała.
Był jej szansą na to, by plan zemsty na Kumarinie się w końcu ziścił.
Podążający za nią jak cień bykArtema stanowił przeszkodę, ale nie taką, z którą nie umiałaby sobie poradzić. Czuła zazdrosne spojrzenia innych kobiet, kiedy przechadzała się wśród straganów, okutana w futro z norek i skórzane trzewiki. Musiała się prezentować, jak na kobietę Kumarina przystało.
Roman Stiepanow, czterdziestodwuletni funkcjonariusz KGB, nienawidził ludzi z Majaka, zwłaszcza że wielu jego wyżej postawionych kolegów brało spore łapówki i przymykało oko na działalność Artema. Kiedy więc dostał cynk od zaufanego stukacza17, postanowił obserwować najsłynniejszą tambowską dziewczynę. O Katii wiedział bowiem nie tylko cały mafijny półświatek Tambowa, ale i władza. Była znana jako ta, którą Kumarin dzieli się tylko z najbardziej zaufanymi. A to oznaczało, że musiała wiedzieć i widzieć wiele.
Obserwował ją bacznie, czekając na dogodny moment, by się do niej zbliżyć. Do zdobycia informacji zamierzał wykorzystać fakt, że Katarina była poszukiwana jako podejrzana w sprawie zabójstwa ojca i brata. Sądził, że wizja więzienia wystarczy, by zaczęła sypać. Jakież było jego zaskoczenie, kiedy to ona sama zwróciła się do niego z prośbą o kontakt. Zdawał sobie jednak sprawę z obecności byka, który czujnie obserwował nie tylko każdy ruch dziewczyny, ale i tłum. Parokrotnie napotkali swój wzrok – wówczas byk czujnie mrużył oczy niczym warujący pies, który wywęszył zagrożenie. To potwierdzało tylko, że dziewczyna jest cholernie ważna.
Katarina czuła na sobie baczne spojrzenia Stiepanowa za każdym razem, kiedy pojawiała się na Rynku Centralnym. Złapała z nim kontakt wzrokowy, gdy rozmawiał ze sprzedającym francuskie perfumy farcowszczikiem18. Postanowiła to wykorzystać i kiedy kupowała w tym miejscu ulubiony zapach Tiomy – L’Air du Temps – razem z zapłatą przekazała sprzedawcy karteczkę dla Stiepanowa. Liczyła, że zrozumie.
Ryzykowała. Wiele. Jeśli Tioma przypadkiem dowiedziałby się o tej wiadomości, nie byłoby dla niej ratunku. Właśnie rozpoczęła grę, w której nie było miejsca na błędy. Morte nie dawał drugich szans.
„On mnie ma. Ja mam oczy i uszy. Potrzebny mi tylko klucz”.
Stiepanow czytał tę wiadomość kilka razy, wiedząc, że trafiła mu się szansa jedna na milion. Potem spalił notatkę, by przypadkiem nie wpadła w niepowołane ręce. Był pewien, że dziewczyna pojawi się tam za tydzień, i musiał dobrze przemyśleć, jak ją zgarnąć. Zrozumiał, że przebywa u Kumarina wbrew swojej woli, a co za tym szło, jeśli go wyda, groziła jej śmierć.
Częściowo zaszyfrowaną wiadomością dała mu do zrozumienia, że ma świadomość, o jak wysoką stawkę toczy się gra. A mimo to chciała zaryzykować. Domyślił się, że jej życie pod płaszczykiem drogich futer i francuskich perfum to istne piekło. Inaczej nie próbowałaby z niego za wszelką cenę uciec.
Postanowił wykorzystać farcowszczika i kiedy dziewczyna ponownie przyszła zakupić u handlarza zagraniczny towar, zorganizował obławę wspólnie z milicją. Zaaresztował zarówno ją, jak i swojego zaufanego stukacza. Wszystko dla zachowania pozorów – najdłużej jak się dało.
Podążający za Katią byk tego dnia był bardziej nerwowy niż zwykle. Co chwila rozglądał się dookoła, jakby szukał zagrożenia tam, gdzie zazwyczaj go nie było. Nie zdołał jednak ani przewidzieć aresztowania Katii, ani nawet sięgnąć po broń. Ogarnięty paniką tłum porwał go ze sobą, gdy mężczyzna uciekał w popłochu, mając zapewne niejedno na sumieniu.
Kiedy Roman pakował dziewczynę do milicyjnego UAZ-a, szepnął jej tylko:
– Wszystko będzie dobrze.
A potem założył jej worek na głowę.
17 Stukacz – tajny informator.
18 Farcowszczik – potoczne określenie osoby, która w czasach ZSRR zajmował się sprzedażą nielegalnych towarów z zagranicy.
Katia nie czuła strachu. Cierpliwie znosiła szarpnięcia, popychanie i zbyt mocno zaciśnięte palce na wychudzonym ramieniu. W końcu brutalnie posadzono dziewczynę na twardym krześle i ściągnięto jej z głowy czarny worek. Oślepiło ją światło. Zmrużyła oczy.
– Mamy maksymalnie kilka godzin, zanim wieść o twojej zdradzie dotrze do Kumarina, a on wyśle tu swojego torpiedę. –Usłyszała ten sam głos, który zapewniał ją, że wszystko będzie dobrze. – Nawet tu nie jesteś bezpieczna.
– Powiem wszystko – odparła pewnym głosem – jeśli zapewnisz mi transport i nową tożsamość.
Roman się roześmiał, choć w głębi duszy podziwiał tę młodą dziewczynę. Była w wieku jego córki, znał jej teczkę na pamięć.
– Nie sądzisz, że nie jesteś na pozycji, w której możesz stawiać warunki? Mamy swoje sposoby wyciągania informacji z bezwzględnych morderców. Naprawdę myślisz, że nie poradzimy sobie z nastolatką?
– Śmiało. – Uniosła hardo podbródek i spojrzała przed siebie, mimo że nie widziała twarzy rozmówcy, skrytej za ostrym światłem. – Znosiłam już takie rzeczy, że nic nie jest w stanie mnie złamać.
Przerażała ją tylko wizja powrotu do Tiomy, ale tego nie zamierzała mu zdradzać.
– Doprawdy? A jeśli ci nie uwierzę i będziesz musiała tam wrócić? – spytał szorstko, po czym warknął na swojego towarzysza, który zbyt łakomie się jej przyglądał: – Patrz w notatki, nie na nią!
Mężczyzna posłusznie spuścił głowę. Roman zaś obserwował dziewczynę, której twarz pozostawała niewzruszona, choć oczy jej się zaszkliły. Wiedział, że powie im wszystko.
– Jeśli twoje zeznania okażą się satysfakcjonujące, wtedy załatwię ci transport na Zachód – stwierdził zadowolony z siebie. Lubił czuć się panem sytuacji. Rozdawać karty. – Propiskę19 i inne potrzebne dokumenty. Nie będziesz jednak mogła tu wrócić. Nigdy.
Nie musiała wiedzieć, że wszystko już dawno zostało załatwione i czekali tylko na sygnał.
Ciało Katii ścisnęły okowy strachu i bezsilności. Nie miała wyjścia. Spuściła głowę. Powróciły do niej obrazy torturowanego ojca oraz martwe spojrzenie brata.
– Nie mam tu do kogo wracać – wyszeptała, ten jeden jedyny raz okazując emocje, a potem już pełnym głosem dodała: – Tioma boi się jednej rzeczy: zamkniętych pomieszczeń. Ale Tiomy boją się wszyscy.
Roman jej nie przerywał. Wraz ze swoim partnerem notowali skrupulatnie trzygodzinny monolog dziewczyny tak szybko, jak umieli. Starali się przy tym nie utracić ani jednej cennej informacji. Katia wyjawiła wszystko: począwszy od nazwisk najbliższych współpracowników, przez adresy magazynów i wspólników, a skończywszy na nazwiskach oligarchów, których Kumarin trzymał w kieszeni. A kiedy skończyła, rozpłakała się rzewnie. Nie z żalu czy ze strachu, ale z ulgi. Że w końcu udało jej się zrzucić z siebie to ciężkie brzemię.
Roman zamknął zeszyt i zgasił lampę.
– Samochód już czeka – oświadczył.
Katia spojrzała na mężczyznę z wdzięcznością, a wtedy ten pomyślał sobie, że w sumie to z żoną już dawno się nie dogadywali. I spali w osobnych pokojach. Wiedział, że miała kochanka, więc i on postanowił ten jeden raz skorzystać z życia. W zasadzie nie zrobi przecież tej małej nic nowego. Tamci też ją rżnęli.
Przez głowę przemknęły mu wszystkie sprośne opowieści o dziwce Kumarina – jego kisce – które krążyły po KGB. O jej uległości i rozwiązłości. Roman ratował dziewczynie dupę, więc należała mu się zapłata. Może i wsypała tego chuja z Majaka i jego ludzi, ale on wcale nie musiał spełniać obietnicy za darmo.
W końcu robił to dla jej dobra.
– Wypierdalaj – rzucił do swojego partnera, a ten pospiesznie zabrał notatki i zniknął bez słowa.
Gdy zostali sami, podszedł do Katii. Była naprawdę śliczna. Ujął ją za podbródek i kciukiem obrysował jej pełne wargi. To były usta, które ponoć potrafiły zdziałać cuda.
Znała ten dotyk i błysk w oczach.
Wiedziała, co one oznaczają.
I choć serce jej przyspieszyło, a umysł głośno protestował, pozostała niewzruszona. Tioma przygotował ją na to, że w tym świecie kobiece ciało jest tylko walutą. Posłuszeństwo – przepustką do przywilejów.
Nie oponowała. Mimo lęku zduszającego płuca, mimo potwornych mdłości jej ciało pozwoliło się wykorzystać. Skupiła więc wzrok na jednym punkcie. Jak zawsze. To pomagało przetrwać.
Strach ją paraliżował, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na łzy. Na okazanie obrzydzenia. Tioma by tego nie pochwalił.
– Tylko nie krzycz! Nie narób mi wstydu! – warknął.
Nie zamierzała. Nigdy nie krzyczała. Chyba że prosili.
Skończyło się szybko. Za szybko, by można to było opisać jako coś więcej niż transakcja. Kiedy Roman się odsunął, poczuła jedynie ulgę. Na końcu jeszcze ją pocałował, choć jakby z wahaniem. Smakował tanimi papierosami i śmierdział potem zmieszanym z tanią wodą kolońską. A ona się z wdzięcznością uśmiechnęła, bo tak należało. Bo tak lubili.
Ten uroczy grymas nie sięgał jednak oczu Katii – te nigdy się nie śmiały. Stiepanow się odsunął i poprawił mundur, jakby chciał strzepnąć z siebie jej zapach.
– Wiedziałem, że się dogadamy – rzucił chłodno. – Doprowadź się do ładu. Za pięć minut wracam.
Gdy wyszedł, Katia wciąż siedziała nieruchomo. Oddychała płytko i myślała tylko o jednym: że to jej brama do wolności. Że jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę.
Kiedy Roman zjawił się z powrotem, długo nie patrzył dziewczynie w oczy. Dopiero gdy na nią spojrzał, zrozumiała, że wcale nie żałuje tego, co zrobił. Raczej obawiał się konsekwencji. Bez słowa dał jej dokumenty. Wyczuła od niego alkohol. Mężczyzna wskazał Katii drzwi i zaprowadził ją do niepozornej szarej Łady. Odwykła od jazdy takimi autami, ale było jej już wszystko jedno. Byle tylko wydostać się z Tambowa. Z Rosji. Byleby w końcu Katia Leonowna Maslinowa przestała istnieć.
– W Lipiecku będzie czekała kobieta – odezwał się Stiepanow, nadal unikając jej spojrzenia. – Zapyta cię, czy jesteś zmęczona. Masz odpowiedzieć, że zmęczenie dla ciebie nie istnieje.
– Dziękuję – wyszeptała, nie kryjąc wzruszenia.
– Powodzenia, Oleno.
Kiedyś i ty za to zapłacisz – pomyślała.
Stiepanow zatrzasnął za nią drzwi auta, a ona zerknęła na swoje nowe dokumenty. Wewnątrz paszportu wystawionego na fałszywe dane, zgodnie z którymi nazywała się teraz Olena Piotrowa Woroncowa, leżało sto rubli. Obejrzała się po raz ostatni za siebie, ale miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał funkcjonariusz, było już puste.
19 Propiska – karta meldunkowa obowiązująca w ZSRR, uprawniająca do zameldowania w danym miejscu i decydująca o prawie do zamieszkania, dostępie do usług i legalnego zatrudnienia; brak właściwej propiski znacząco utrudniał, a nawet uniemożliwiał swobodne poruszanie się i podjęcie pracy.
– Jakby pytali, jesteś moją siostrą i wiozę cię do matki. – To były pierwsze słowa, które usłyszała z ust kierowcy Łady, gdy po jakimś czasie zatrzymała ich milicja.
Unikali tambowskiej trasy federalnej, bo tam łatwiej było wpaść. Poruszali się bocznymi drogami, a i tak nie uniknęli kontroli. Serce dziewczyny przyspieszyło, kiedy milicjant zażądał papierów przewozowych umożliwiających podróżowanie między obwodami. Miała wrażenie, że funkcjonariusz obracał je w palcach zbyt długo, a kiedy zajrzał do środka i na nią spojrzał, była już pewna.
Tioma wie.
Jej płuca ścisnął strach. Drżała na całym ciele i nie umiała tego powstrzymać. Przygryzła wnętrze ust, aż poczuła na języku metaliczny posmak krwi. Szum w uszach przybierał na sile. Myślała, że jeszcze chwila i straci przytomność. Mimo wszystko milicjant puścił ich wolno. Może to była kwestia rubli wsuniętych w jego dłoń przez kierowcę? Dla Katii liczyło się tylko to, że samochód ruszył w dalszą drogę.
Mężczyzna nie był rozmowny. Drugi raz odezwał się do niej pół godziny przed Lipieckiem, informując, że przejmie ją Alla Nazarowa zwana Lisicą.
– To szanowana centriaczka20, kobieta zamordowanego awtoritieta z Lipiecka – mówił sztywno, bez intonacji, jakby czytał na głos jakiś cholerny regulamin. – Nienawidzi Kumarina. Zwykle pomaga tylko swoim, ale kiedy usłyszała, że dzięki tobie Morte trafi za kratki, zgodziła się bez wahania. Nic więcej nie wiem.
