Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem - Marketa Zahradnikova - ebook
Opis

Najpopularniejszym księdzem w ateistycznych Czechach jest Polak. Ksiądz Zbigniew Czendlik przyjechał do Czech w 1992 roku i szybko zdobył wielką popularność. Ugruntowały ją programy telewizyjne, które prowadził oraz książka Postel, hospoda, kostel – co po polsku znaczy: łóżko, knajpa, kościół – w której odpowiadał na pytania Markéty Zahradníkovej. W Czechach książka stała się bestsellerem i zdobyła literackie nagrody.Na kazaniu ksiądz Zbigniew oznajmia, że Bóg nie jest ciekawy tego, co zrobiliśmy źle – ciekawi go to, co zrobiliśmy dobrze. Początek pierwszej mszy w niedzielę przesunął z ósmej rano na wpół do dziesiątej. Kobiety protestowały, że nie zdążą ugotować obiadu, ale młodzieży to odpowiadało. („Dla mnie – mówi w książce – to i tak jest wciąż za wcześnie, przecież msza święta jest pamiątką ostatniej wieczerzy, a nie pierwszego śniadania”).Każde opowiadanie Autorka poprzedza cytatem z klasyka XX-wiecznej literatury, co – jak zauważył jeden z czeskich krytyków – sugeruje z czyją twórczością czuje powinowactwo. Jej opowiadania otwierają między innymi: Musil, Gombrowicz, Mann czy Bernhardt. W Czechach pisano, że ten zbiór opowiadań to książka o ludziach czasów, w których zwiększa się spożycie antydepresantów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 295

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


dla Lucie, Arka, ‌Mirka

IŚwiąteczne dziecko

Ostatnio ‌często czuję ‌się przeceniany. ‌Dociera do ‌mnie ‌wiele próśb o rady w sprawach, ‌na ‌których słabo się ‌znam. ‌Jakbym był specjalistą ‌od prawa ‌kościelnego i rodzinnego, ‌psychologii dziecka, związków partnerskich, ‌doradztwa ‌finansowego, dyskryminacji ‌mniejszości narodowych, migracji ‌i sam już ‌nie wiem od czego. ‌Cieszę się, że wzbudzam ‌w ludziach zaufanie, czasami jest ‌ono ‌jednak ‌po prostu bardzo ‌krępujące.

Wspomniane zaufanie wynika prawdopodobnie ‌nie tylko z faktu, ‌że jestem ‌księdzem, ‌lecz ‌także ‌z opinii o mnie – ‌jako otwartym, ‌towarzyskim ‌człowieku. ‌Książka ta ma formę ‌wywiadu między ‌innymi dlatego, że ‌chciałem otwarcie wyrazić swoje ‌stanowisko w wielu kwestiach, ‌o które jestem pytany, poruszyć ‌w niej problemy, ‌z którymi ‌spotykam się na ‌co dzień. Wiem, że ‌część czytelników odbierze mnie ‌jako ‌„nazbyt”, ‌część jako „za mało” ‌świętego. Z pełną świadomością ‌wypływam na niebezpieczne ‌wody.

Zbigniew Czendlik

Zacznijmy więc bezpiecznie ‌od ‌początku, ‌od twojego przyjścia ‌na świat.

Nigdy nie wypytywałem ‌rodziców o szczegóły samego aktu ‌poczęcia. Sądzę jednak, że ‌na pewno doszło do niego po ślubie. Moi rodzice nie pozwoliliby sobie na żadne przedmałżeńskie igraszki. Tak czy inaczej, byłem owocem miłości. Pierwszym z czworga rodzeństwa, w dodatku chłopcem. Rodzicie byli szczęśliwi, tatę rozpierała duma. O ile dobrze liczę, zostałem poczęty w okolicy świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Rodzice być może zainspirowali się Dzieciątkiem Jezus. Jestem więc takim trochę „świątecznym dziec­kiem”. Co do samego porodu, to mama opowiadała mi, że kiedy się zbliżał, popędziła jeszcze do sadu, by w oczekiwaniu na karetkę nazbierać jak najwięcej jabłek. Żeby jej starczyło w drodze do szpitala i na porodówkę. Bo mama w ciąży bez przerwy wcinała jabłka. Chyba właśnie dlatego sam nie cierpię ich z całego serca.

Nadano mi imię Zbigniew. Podejrzewam, że pomysł wyszedł od mamy, która potajemnie kochała się w znanym aktorze filmowym Zbigniewie Cybulskim. Wszystkie kobiety i dziewczęta wtedy za nim szalały.

Mniejsza o to, skąd pomysł na takie imię, ważne, że przypadło mi do gustu. Znam osoby, które nie lubią swojego imienia, mnie się moje podoba. To imię pochodzenia słowiańskiego, po czesku brzmi Zbyhněv. Na temat jego znaczenia istnieją różne teorie. Jedni twierdzą, że oznacza „ten, który pozbawia gniewu”, inni, że przeciwnie – „ten, który przynosi gniew”. Mam więc do wyboru dwie opcje, a że jestem księdzem, wybieram tę pierwszą. Sama przyznaj, to cały ja. Wystarczy chwila w moim towarzystwie i napięcie znika. A tak serio, naprawdę uważam, że mam piękne i dobrze dobrane imię.

Szkoda, że wiele osób nie ma pojęcia, co oznacza ich imię. A przecież każde niesie jakiś przekaz. Coś, co nas identyfikuje, może nawet przesądza o naszej przyszłej roli. Wierzę, że w każde imię jest wpisana misja. I choć możemy nie znać jej treści, to i tak w pewien sposób dążymy do jej wypełnienia. Dawniej rodzice wybierali imiona dla dzieci z rozwagą, zwracali uwagę na ich znaczenie. Teraz czasy się zmieniły. Często pretekstem jest fascynacja jakimś aktorem, piosenkarką, sportowcem czy, nie daj Boże, politykiem.

Po świecie chodzą tabuny Adolfów.

No widzisz, mój dziadek też miał na imię Adolf. Pochodzę ze Śląska, regionu, który zawsze był pod silnymi wpływami niemieckimi. Ale po wojnie dziadek zmienił imię. Na Józef.

A nazwisko Czendlik oznacza coś w języku polskim?

Niby nie, ale dla mnie jego znaczenie jest oczywiste. Świadczy o tym, że urodziłem się w Polsce przez pomyłkę. Zaczyna się od „Cz”, oznacza więc, że powinienem był przyjść na świat tutaj, w Czechach. W dodatku jest w nim również „end”, co z kolei znaczy, że powinienem tu zostać aż do końca.

Zdążyliśmy cię naprawdę polubić. A raczej zdążyłyśmy. Opowiedz o swojej rodzinie. Kto w niej rządził?

Zdecydowanie mama. Nie tylko wybierała imiona dzieciom, ale decydowała właściwie o wszystkim, z rodzinnymi finansami i wychowywaniem nas włącznie. Wyobraź sobie, że nigdy nie dostałem lania od taty. Kiedy któreś z nas coś przeskrobało, musiało załatwić sprawę z mamą. A mama się z nami nie cackała!

Rózga szła w ruch?

Oj, tak. Wiesz, ile razy oberwałem? Może nie rózgą, ale lanie pasem było normą. Mama była surowa, lubiła porządek, poza tym byłem najstarszy. Spadała więc na mnie odpowiedzialność za wybryki własne i rodzeństwa. Młodsi mieli immunitet, ja zgarniałem za nich. A że nie ponosili żadnych konsekwencji, ich odpowiedzialność praktycznie była zerowa, to rozrabiali aż miło.

Za co was karano?

Pamiętam na przykład dość komiczną scenkę, kiedy mama goniła mnie z pasem wokół domu za to, że podobno nie powiedziałem sąsiadce „dzień dobry”. A mogę przysiąc na wszystko, że powiedziałem wtedy „dzień dobry”, jak zawsze! Właśnie takie lanie dwa razy bardziej boli. Bo zgarniasz je niesprawiedliwie. Niezasłużone cięgi są dużo dotkliwsze.

Od razu manto? Dość twarde wychowanie.

Fakt, mama się z nami nie pieściła. Nawet tata na swój sposób jej się bał. To bardzo ciekawe, jak wy, kobiety, potraficie nami kręcić. Kto wie, może model małżeństwa moich rodziców zadziałał na mnie odstraszająco. Może właśnie dlatego wylądowałem na plebanii. Często myślę: kocham kobiety, ale cieszę się, że z żadną nie mieszkam. Właściwie podziwiam tatę, tak dzielnie to wszystko znosił. Ja chyba nie dałbym rady.

Może mu to odpowiadało. Albo po prostu ją kochał.

Mamy nie dało się nie kochać. Była wspaniałą, wrażliwą kobietą. Byliśmy bardzo podobni, świetnie się rozumieliśmy. Uwielbiała się śmiać, był z nią ubaw. Choć przyznaję, że uwielbiała też płakać. Oboje kochaliśmy stare ckliwe filmy, na których płakaliśmy jak bobry. Tata i rodzeństwo nabijali się z nas.

Właśnie mama nauczyła mnie, że czasem dobrze jest się wzruszyć, że nie należy tłumić łez. Całe życie stosuję się do jej rad. Zawsze, kiedy się zbliża happy end, natychmiast nerwowo szukam chusteczki. Dlatego nie mogę oglądać filmów w rodzaju Rzymskich wakacji. Byliśmy sobie z mamą bardzo bliscy, bo mieliśmy mnóstwo cech wspólnych, należały do nich właśnie wrażliwość i empatia.

A tata? Jaki jest?

Ma duszę buntownika, co chyba po nim odziedziczyłem. Może właśnie dlatego wolał pozostawać trochę pod pantoflem mamy. Mama była dla niego w pewnym sensie błogosławieństwem. Chroniła przed rozpustą i innymi pokusami. Tata był jak rzeka, mama wyznaczała jej bieg. Ale ogólnie to klasyczny przykład porządnego, skromnego, uczciwego człowieka. Nie jest zbyt rozmowny, za to wiele mnie nauczył. Na przykład tego, jak powinien zachowywać się mężczyzna, kiedy puszczają mu nerwy.

Kiedy kłócili się z mamą i zaczynało naprawdę wrzeć, trzaskał drzwiami i mówił: „Idę po coś do piwnicy!”. My, dzieci, myśleliśmy sobie, że to dziwne, bo nigdy z tej piwnicy niczego nie przynosił. Dziś wiem, że chodził tam uporządkować myśli, wziąć głęboki oddech, policzyć do dziesięciu, wyciszyć nerwy i nabrać sił, by ustąpić i pogodzić się z mamą. Niełatwe zadanie. Naprawdę chylę czoło przed tatą. Ale wytrzymał z mamą aż do jej śmierci, a gdyby żyła, na pewno byliby razem do dziś.

Czyli sakramentalna miłość aż po grób. Co przywodzi mi na myśl kolejne pytanie. Jak u was było z Bogiem?

Bóg zawsze był członkiem naszej rodziny. Częścią społeczeństwa i całego narodu. Nie zapominaj, że jestem Polakiem.

A ty, że jesteś księdzem. Robisz sobie żarty z Boga.

Nie robię sobie żartów z Boga, tylko z naszych wyobrażeń na Jego temat. Poza tym mówię zupełnie poważnie. Pochodzę z typowej rodziny katolickiej. Nie byliśmy fanatykami, nikt nie miał obsesji wiary, Pan Bóg był po prostu naturalną częścią naszego życia.

Regularnie chodziliśmy do kościoła, do spowiedzi, na nabożeństwa, obchodziliśmy też, rzecz jasna, wszystkie święta kościelne. Odruchowo żegnaliśmy się przed jedzeniem. Kiedy mieliśmy kłopoty lub ktoś na przykład zachorował, wspólnie odmawialiśmy modlitwę. Do dziś mam w głowie obraz rodziców ze złożonymi rękoma, klęczących przy łóżku. Każde osobno, zanurzone w cichej rozmowie z Bogiem.

Poranna i wieczorna modlitwa była dla nas sprawą oczywistą jak mycie zębów. Chociaż ja zwykle ograniczałem się do wieczornej. Klękałem, szybko się modliłem, dopiero potem – hop do łóżka. Naturalny odruch.

Podobnie jak chodzenie do kościoła. Nikomu nie przyszłoby do głowy, by podważać ten zwyczaj. Żadna dyskusja nie wchodziła w grę, nie była możliwa. Wiara i związane z nią tradycje były dla nas regułą i tak mi zostało do dziś.

Jak wam się powodziło?

Nie byliśmy ani biedni, ani bogaci, ale niczego nam nie brakowało. Mieszkaliśmy na wsi, mieliśmy własne kury, króliki, świnie, owoce, warzywa i tak dalej, czego dusza zapragnie.

Mieliśmy też rodzinne rytuały. Tata i dziadek na przykład wędzili razem mięso. A że przy tej sposobności nie wylewali za kołnierz, mama i babcia zawsze musiały dokończyć za nich i jeszcze wszystko posprzątać.

Dobrze pamiętam zapach wędzonego mięsa, wisiało na stryszku, obok spichlerza ze zbożem. Nikt z głodu nie umierał, biedy również nie klepaliśmy. Zawsze było co jeść, i na śniadanie, i na obiad, i na kolację. Zimą nie marzliśmy, latem mogliśmy się opychać owocami prosto z drzewa. Czego chcieć więcej?

Do dziś pamiętam, gdzie w ogrodzie rosły czerwone porzeczki, gdzie maliny, gdzie truskawki. Cały nasz piękny ogród. Albo jak chodziliśmy na szaber, a potem piekliśmy w ognisku ryby i ziemniaki. Piękne wspomnienia, z których wyłania się obraz cudownego dzieciństwa. Nie byliśmy bogaci, lecz mieliśmy wszystkiego pod dostatkiem. Nieważne przecież, ile masz, ważne, by umieć się tym cieszyć. Doceniać to. Niewiele nam tak naprawdę potrzeba do szczęścia. Życie może obfitować nie tylko w pieniądze…

…ale również na przykład w rodzeństwo.

Długo by opowiadać. Nie było łatwo nas wychować na porządnych ludzi. Jak już wspomniałem, jestem najstarszy. Mam o dwa lata młodszego brata Józefa, o sześć lat młodszego brata Leszka i o dziesięć lat młodszą siostrę Edytę. Byłem odpowiedzialny za całą tę bandę. Ze względu na najmniejszą różnicę wieku najbardziej skakaliśmy sobie do oczu z Józkiem. Pamiętam, jak raz uprawialiśmy „boks”. Tak mu przyładowałem, że wyrżnął w ramę łóżka i rozciął sobie głowę. Szyli mu ją w szpitalu. Cóż, typowe bójki rodzeństwa.

Skarżyliście na siebie?

Raczej reszta na mnie niż ja na nich. W moim przypadku skarżenie nie miało sensu, bo – jak już wspomniałem – ponosiłem odpowiedzialność za całą bandę. Poza tym za skarżenie też można było oberwać, więc w ogóle się nie opłacało. A że i tak zawsze byłem głównym winowajcą i kozłem ofiarnym, miałem najwięcej powodów, żeby trzymać język za zębami. Starałem się albo nie dopuszczać do kłopotów, albo zachować je w sekrecie.

Udawało ci się?

Niespecjalnie. Na wsi niczego nie da się ukryć. Każdy każdemu zagląda w talerz. I wszystko bardziej się przeżywa. Pamiętam jedno dramatyczne wręcz wydarzenie z milicjantem i rowerem. Może trochę poniżające, ale z morałem.

Byłem jeszcze mały, wracałem na rowerze od babci, było już ciemno. Nagle zatrzymuje mnie policjant i pyta, gdzie mam lampkę. Struchlałem. I nieważne, że milicjant był naszym sąsiadem, bo milicjant na wsi był kimś w rodzaju króla. Podobnie jak proboszcz czy nauczyciel. Niepodważalne autorytety. Zaczął się nade mną znęcać, groził, że porozmawia z moimi rodzicami. Zupełnie spanikowałem. Nie mam lampki! Co teraz? Co ze mną będzie?! Ze stresu aż zlałem się w spodnie. Ale to nie wszystko. Kazał mi wypuścić powietrze z opon i wrócić do domu.

W domu koszmaru ciąg dalszy. Stanąłem w progu jak zbity pies. Zapłakany, w mokrych spodniach, z flakami zamiast opon. Do tego draka z milicjantem! Mama, rzecz jasna, zrobiła awanturę. Sęk w tym, że ten rower bez lampki wcale nie był mój, tylko jej! Nie miałem jednak odwagi z nią dyskutować. Powiedziała, że nie trzeba było wracać po ciemku! I tyle.

A morał?

Często nie potrafimy przyznać się do błędu, zrzucamy winę na innych, unikamy odpowiedzialności. Gdybym był rodzicem, zrozumiałbym raczej, że mały chłopak nie ma pojęcia, co składa się na obowiązkowe wyposażenie roweru. Że jest bezradny i przerażony w takiej sytuacji. Gdybym był policjantem, poszedłbym z takim dzieckiem do domu i załatwił sprawę z jego mamą. Normalnie, po sąsiedzku, jakaś seteczka, ewentualnie mały mandat.

Nie jestem jednak ani rodzicem, ani policjantem, mogę więc jedynie dawać dobre rady. W każdym razie do dziś nie przepadam za policją. Wiąże się to pewnie z moim postrzeganiem autorytetów w ogóle. Rodzice nie tolerowali ich podważania. Nie było mowy o krytycznych uwagach, przykładowo, na temat któregoś z nauczycieli.

Ale cieszę się, że wpoili mi szacunek do drugiego człowieka. Prawdopodobnie dzięki temu mam teraz dobre stosunki ze swoimi przełożonymi, zresztą nie tylko z nimi. Po prostu szanuję ludzi, którzy coś osiągnęli czy zbudowali albo potrafią. W naszym domu zawsze doceniało się osoby, które miały do czegoś dryg, i dobrze im się życzyło. Obojętne, czy chodziło o murarza, rolnika czy szewca. Nie przypominam sobie też, żebyśmy zazdrościli innym. Ludzie wtedy ciężko pracowali i nie mieli czasu na zawiść.

Niemal każdy dorosły wracał po południu z pracy i od razu zabierał się do roboty w gospodarstwie, która trwała kolejnych osiem godzin. Potem prosto do łóżka i spać. Trzeba było harować w pocie czoła, dlatego bardziej wszystko szanowaliśmy.

Gdy mama pożyczała od sąsiadki piękny młynek do orzechów, nawiasem mówiąc, wyprodukowany u was, w Czechach, musiała go zwrócić w idealnym stanie. Kiedy odnosiło się pożyczoną rzecz, zawsze dołączało się również jakiś drobiazg w podziękowaniu. Kilka słodkich bułeczek, jajek albo kwiaty. Cudze rzeczy szanowało się bardziej niż własne. Dziś mamy raczej do czynienia z odwrotnym myśleniem. Wiesz, jak jest, cudza rana nie boli. Nie bez powodu mawiają, że kiedy coś komuś pożyczasz, lepiej od razu się z tym pożegnaj.

Na pewno dawniej ludzie bardziej dbali o dobre relacje z innymi. Chętniej sobie pomagali, częściej myśleli o bliźnim. Niedawno zdałem sobie sprawę, że ostatnim już chyba echem tych minionych czasów, starego porządku, jest ochotnicza straż pożarna. Która zresztą kilkakrotnie pomogła mojej rodzinie, na przykład kiedy wybuchł pożar w gospodarstwie dziadków. Dlatego wszyscy: dziadek, tata, ja i bracia, też do niej należeliśmy. Jestem dumny z tej rodzinnej tradycji, bardzo szanuję strażaków.

Wyniosłeś z domu dużo dobrego

Dopiero teraz jestem w stanie to docenić. Rodzice często mówili: „Bóg dał wam ręce, nogi, rozum i serce, żebyście się o siebie zatroszczyli. A kiedy się zestarzejemy, zatroszczycie się o nas. Nikt nie zrobi tego za was”. W końcu w Polsce był wtedy komunizm. Państwo nie za bardzo dbało o obywateli.

A kiedy ludźmi nie interesuje się państwo, obywatele muszą być bardziej zaradni, polegać na sobie. Pewnie dlatego my, Polacy, jesteśmy tacy przedsiębiorczy. Chleb, benzynę i masę innych rzeczy można było u nas wtedy dostać tylko na kartki.

A jednak my, Czesi, zazdrościliśmy wam tego i owego. Kupowaliśmy u was ubrania, galaretkę, krówki. Mieliście też dużo lepsze programy telewizyjne.

To fakt. Byliśmy bardziej otwarci na Zachód, łatwiej było u nas o zagraniczną muzykę, filmy. Pod tym względem mieliśmy większą swobodę. Myślę jednak, że jeśli chodzi o słusznie miniony system, to największa różnica między naszymi krajami dotyczy majątków. U nas tyle ich nie rozkradziono. Komuniści nie odważyli się odebrać wszystkiego rolnikom czy drobnym przedsiębiorcom ku chwale kolektywizacji. I co najważniejsze, nie odważyli się podnieść ręki na Kościół. Słowem, nie rozbestwili się u nas tak bardzo jak tu. Chyba bardziej się bali.

Twoje dzieciństwo było niemal sielankowe. Nic cię nie martwiło, nie denerwowało?

Cóż, miałbym na co ponarzekać. Mama na przykład, chyba chcąc zaoszczędzić, wykorzystywała to, że między mną i Józkiem była mała różnica wieku, i ubierała nas identycznie. Nie byłem tym zachwycony. Najwyraźniej już wtedy nie lubiłem uniformizmu. Do dziś go nie lubię.

Nienawidziłem też rajtuzków! Obrzydlistwa, które zimą kazano nam nosić pod spodniami. Brr! Na szczęście znalazłem na nie sposób. Zawsze pozbywałem się tego szkaradzieństwa gdzieś na podwórku, a potem, przed powrotem do domu, znów wciągałem na tyłek. Boże, to był naprawdę koszmar!

Ale poza tym moje dzieciństwo było naprawdę wspaniałe. Niczego mi nie brakowało, nie przypominam sobie jakichś specjalnie bolesnych, bo niespełnionych, marzeń. Zero frustracji, zero katastrof. Chociaż muszę przyznać: był pewien problem, i to dość poważny. Nigdy mi nie szło z dziewczynami. Ponosiłem porażkę za porażką! Miłość. Zupełnie sobie z nią nie radziłem. Choćbym nie wiadomo jak się starał, zawsze przegrywałem na całej linii.

Kiedy miałem dziesięć lat, spełniło się jedno z moich wielkich marzeń. Dostałem swój pierwszy rower. Nowiutki. Z lampką, rzecz jasna. To było naprawdę coś! Od razu poczułem się jak zupełnie inny człowiek, już nie pętak, tylko przebojowy cyklista, któremu żadna się nie oprze. „To twoje pięć minut, nareszcie zabłyśniesz” – myślałem sobie. Postanowiłem zaszpanować i pojechałem do kościoła na rowerze. Gdy msza się skończyła, nadeszła moja wielka chwila.

Na zewnątrz stała grupka dziewcząt, ruszyłem na rowerze dokładnie w ich kierunku. Zamierzałem wjechać pełną parą w sam środek powabnego tłumku, zrobić efektowny nawrót. Po czym, przy niemym zachwycie dziewcząt, triumfalnie zniknąć za horyzontem z szybkością błyskawicy. Pognałem więc w ich stronę, gwałtownie zahamowałem i szarpnąłem kierownicą. I zaraz potem gruchnąłem na ziemię, wprost pod ich nogi. Mało tego, byłem taki zdolny, że wybiłem sobie przy okazji przedni ząb. Poleciałem prosto na gębę! Taki wstyd!

Wiem, jeśli komu w głowie miłostki, musi się liczyć z ewentualnym cierpieniem. Ale dla mnie, dziesięciolatka, to było naprawdę za dużo. Uszkodziłem nowy rower, obiłem sobie buźkę i w dodatku straciłem ząb! Jak widzisz, bardzo wcześnie zrozumiałem, że wy, kobiety, wnosicie w nasze życie zbyt wiele cierpienia!

To kolejny powód, dla którego wylądowałeś na plebanii.

Teraz faktycznie żartujemy na dość poważny temat, lecz naprawdę tak było: nigdy mi nie szło z kobietami. Nie potrafiłem zainteresować tych, które mi się podobały. Chciały mnie jedynie te, których z kolei ja nie chciałem. Mam wprawdzie trochę słodkich wspomnień, jak pierwsze pocałunki pod szkołą i tak dalej, ale ogólnie, w sumie, straszna bryndza.

Będziemy rozmawiać o kobietach później, od tego tematu łatwo się nie wykręcisz. Wróćmy jednak do dzieciństwa. Co najchętniej wspominasz?

Babcię, mamę mojego taty. Była opiekuńczą babunią, z zawsze otwartymi ramionami. Bardzo się z nią kochaliśmy. Stała nade mną jak anioł stróż. W gospodarstwie było mnóstwo roboty, którą my, dzieci, także musieliśmy wykonywać. Zbieranie buraków, młócenie jęczmienia, deptanie siana. Wyobraź sobie taką harówkę w stodole przy czterdziestu stopniach.

W przeciwieństwie do mojego rodzeństwa nie cierpiałem tej roboty. Dla nich to była rozrywka, dla mnie męka. Oni zawsze się cieszyli, kiedy ze względu na pracę w polu czy gospodarstwie nie musieliśmy iść do szkoły, ja byłem zrozpaczony. I pewnie zostałbym w rodzinie uznany za śmierdzącego lenia, gdyby nie uratowała mnie babcia. Obserwowała mnie i widziała, że nie nadaję się do takiej roboty, że najwyraźniej nie jestem do niej stworzony.

I odtąd zawsze przychodziła mi na ratunek. Mówiła na przykład: „Zabieram Zbyszka! Idziemy robić drugie śniadanie!”. Albo coś w tym stylu. Wynajdywała dla mnie lżejsze – jej zdaniem – zajęcia: myłem podłogi, łatałem ubrania na starej maszynie do szycia, pomagałem przy gotowaniu. Babcia dużo wymagała, nie dawała mi taryfy ulgowej, ale byłem jej za to wdzięczny. I właściwie do dziś jestem, bo jej wychowanie świetnie przygotowało mnie do życia, jakie jestem zmuszony prowadzić jako ksiądz. W domu potrafię zrobić wszystko, co mi się wiele razy przydało. Może nawet nieźle sprawdziłbym się w roli męża.

Reklamujesz się?

Nie, raczej po prostu się przechwalam. Ale babcia naprawdę dużo mnie nauczyła. Była cudownie ciepłą osobą. Łączę z nią same dobre wspomnienia. Zapachy, które unosiły się z kuchni. Babki w ślicznych glinianych foremkach. Zawsze coś dla nas miała. Słodycze, cukierki, potem jakiś grosz. Dzieliła się z nami wszystkim, choć nie bardzo miała czym. Chyba po prostu nas rozpieszczała, przychyliłaby nam nieba.

Czytała mi bajki. Już jako dziecko miałem sporą biblioteczkę. Wówczas ukazywała się u nas seria Poczytaj mi, mamo – mnie czytała ją babcia. Jeszcze nim poszedłem do szkoły, znałem wszystkie te opowieści na pamięć. To babcia nauczyła mnie miłości do książek. Na czytanie jednak był czas dopiero po szkole i pracy w domu, wiadomo. Z latarką, pod kołdrą. Zostało mi to do dziś. Kiedy chcę spokojnie poczytać, coś napisać lub się pouczyć, robię to wieczorem.

A jakim byłeś uczniem? Chyba kujonem, co?

Nie, w żadnym razie! Ale lubiłem szkołę i lubiłem się uczyć. Zdecydowanie wolałem to od pracy w polu. W naszym domu nie mówiło się zbyt dużo o szkole. Po prostu trzeba było do niej chodzić, odrabiać zadania domowe, rodzice jednak nie robili wielkiego halo z powodu ocen.

A co z zabawą? Starczało na nią czasu?

Powiedzmy, że nie była w naszej rodzinie priorytetem. Jasne, że w dzieciństwie mieliśmy zawsze trochę wolnego, żeby się pobawić, ale nie za dużo. To były inne czasy. Na wsi nie było kółek zainteresowań czy zajęć pozalekcyjnych, gdzie dziecko mogłoby się realizować. Mogłem grać w piłkę albo służyć do mszy. Robiłem to i to. Balansowałem między boiskiem i kościołem. Na tym kończyło się moje życie towarzyskie.

Piłkę rozumiem, ale służenie do mszy? A może w Polsce każdy chłopak z marszu zostaje ministrantem?

Każdy mógł spróbować, ale prawie żaden z chłopców nie zostawał na dłużej. Mieliśmy dosyć surowego proboszcza. Nazywał się Franciszek Sedlaczek, nienawidził komunistów, kochał boks, hokej i wszyscy go szanowali. Tak zwany facet z zasadami. Msze rozpoczynały się punktualnie co do minuty i były bardzo długie. Wszystkich traktował na równi, dzieci i dorosłych. Miał surowe spojrzenie i naprawdę sumiennie doglądał nas, ministrantów. Na przykład sprawdzał naszą higienę osobistą. Trzeba było mieć czyściutkie ręce, zęby i buty, inaczej nie wpuszczał przed ołtarz. I oczywiście schludnie uczesane włosy – to się rozumie samo przez się.

Dlatego zawsze jesteś taki wymuskany…

Bycie ministrantem oznaczało też wczesne wstawanie, bo msze poranne odbywały się jeszcze przed rozpoczęciem lekcji w szkole. Wiadomo, że nie każdy chłopiec potrafił zdać ten test. Mój brat Józef wytrzymał ledwie tydzień. Zaczął swoją karierę tuż przed Bożym Narodzeniem, a zakończył chwilę po pasterce. Tak się na wigilii objadł grochu z suszonymi śliwkami, że potem zwrócił całą zawartość żołądka za ołtarz, bezpowrotnie żegnając się z funkcją ministranta. Mój drugi brat, Leszek, również wytrzymał krótko, może z miesiąc, bo w ogóle mu się to nie podobało.

Za to ja byłem ministrantem jeszcze w szkole średniej. Jako jedyny w naszej wsi tak długo wytrzymałem z naszym proboszczem. Cokolwiek by mówić, Kościół był silnie obecny w moim życiu od dzieciństwa i ostatecznie wygrał nawet z piłką.

IIŚwiatowiec w Cieszynie

Byłeś ministrantem, kiedy poszedłeś do szkoły średniej. Jaką wybrałeś?

Liceum ogólnokształcące w Cieszynie. To był pomysł wuja, starszego brata taty. Rodzice nie byli zachwyceni, mówili, że niczego tam się nie nauczę. Że stracę cztery lata i skończę bez zawodu, konkretnych umiejętności.

Poza tym nie za bardzo ufali wujkowi Józkowi. Był czarną owcą w rodzinie, bo wstąpił do partii. Cała rodzina źle to zniosła, wstydzili się za niego. Słowem, bardzo się różnił od taty, od nas wszystkich. Ale pracował w kuratorium Związku Nauczycielstwa Polskiego w Katowicach i był w stanie załatwić mi tę szkołę.

Nie wiem, co zdecydowało, ale ostatecznie rodzice zgodzili się na liceum, a ja nagle z wiejskiego chłopaczka zmieniłem się w światowca.

Faktycznie duża zmiana!

Żebyś wiedziała! Chwilę przed nią stało się jednak jeszcze coś dużo ważniejszego. Kiedy byłem w ósmej klasie, kardynał Karol Wojtyła został papieżem. Niesamowite wydarzenie, które wszyscy bardzo przeżyliśmy. Tego dnia zwolniono nas z lekcji; w gazetach, radiu, telewizji, na ulicach, w kościołach, knajpach, wszędzie tylko o tym się mówiło.

Niedługo po tym – w roku 1979 – odbyła się pierwsza wizyta papieska w Polsce. Moi rodzice wydali wtedy wszystkie oszczędności na nowy telewizor kolorowy marki Rubin. Takiego wydarzenia nie można było oglądać na starym czarno-białym. Jan Paweł II sprawił, że Polska ożyła, rozkwitła, przepędził całą tę komunistyczną szarość. Za jego pontyfikatu nasz kraj zaczął się budzić, to był początek zmian. Dopiero potem przyszedł czas Solidarności, stan wojenny i cała reszta.

Myślę więc o sobie trochę jak o wychowanku Wojtyły. To po części dzięki niemu zakiełkowała we mnie myśl o zostaniu księdzem. A raczej to dzięki niemu zacząłem tę myśl akceptować. Wówczas miałem z tym jeszcze niemały problem. A dokładniej nie z tą myślą, ale z moim otoczeniem. Ze względu na długą „karierę ministranta” inni najwyraźniej stwierdzili, że nadam się na księdza.

Bez przerwy ktoś o tym gadał, co doprowadzało mnie do szału! W kółko pytali: „I jak tam, pani Czendlikowa? Pójdzie wasz Zbysio na księdza czy nie?”. Najlepszy sposób, żeby mnie wyprowadzić z równowagi. W tamtym okresie właściwie próbowałem raczej od Boga uciec. A On i tak mnie dogonił, mimo że najpierw wybrałem liceum.

Jak ci się podobało w nowej szkole?

Przede wszystkim chciałem udowodnić, że nie jestem taki święty, za jakiego mnie biorą. Zacząłem nad tym intensywnie pracować. Dyskoteki, alkohol, papierosy, randki itepe. Byłem po prostu chłopcem, któremu udało się wyrwać z małej wsi do wielkiego świata, do liceum w Cieszynie, i nagle poczułem się bardzo dorosły i wolny.

Wystarczało ci czasu na naukę?

Miałem szczęście, że rodziców nigdy za bardzo nie interesowały moje oceny. Nie czułem presji, ciśnienia. Rodzice na mnie nie naciskali, mówili tylko: „Skończ, co zacząłeś”. Najbardziej zależało im na tym, byśmy potrafili doprowadzać sprawy do końca.

Moja nauka w szkole średniej nie rozpoczęła się zbyt obiecująco. Mało nie oblałem roku z ruskiego, i to już w pierwszej klasie. Rusycystka była okropnym, złośliwym starym babskiem. Bywało, że zgarniałem trzy dwóje w ciągu pięciu minut. Potrafiła wywołać mnie do tablicy i warknąć coś w rodzaju: „Obmieniajtiemnieżeleznodorożnajastancija”. Pierwszą pałę wlepiła mi za to, że nie byłem w stanie powtórzyć tych straszliwych słów. Drugą – że nie wiedziałem, co oznaczają, a trzecią za to, że śmierdziałem papierosami. Co oznaczało, że na przerwie paliłem w szkolnej toalecie.

Jej system był w każdym razie dość motywujący. Pamiętam, założyliśmy się z kolegą, kto zgarnie więcej dwójek. Zdaje się, że wygrałem. Pod koniec pierwszego półrocza miałem ich ze dwadzieścia i jedną tróję.

Na swoje usprawiedliwienie muszę dodać, że naprawdę wcześniej nie miałem szans nauczyć się rosyjskiego. Na pewno nie w mojej podstawówce. Nie przypominam sobie, by poprzednia nauczycielka choć raz odezwała się do nas w tym języku. Zawsze tylko przychodziła do klasy i mówiła: „Proszę otworzyć podręczniki na stronie, bla, bla, bla, i pracować samodzielnie”. Bardzo możliwe, że w ogóle nie znała rosyjskiego. Na szczęście potem brałem korepetycje i ostatecznie jakoś udało mi się wykaraskać z tej kabały. Dostałem tróję na koniec roku i cudem zdałem do następnej klasy.

Może, jak każdy prawdziwy Polak, byłeś uprzedzony do rosyjskiego?

Możliwe, choć muszę przyznać, że w czasach liceum udało mi się odwiedzić Związek Radziecki i bardzo miło to wspominam. Wyjazd wiązał się z moją „karierą sportowca”.

Wcześniej, w drużynie piłki nożnej, grałem jako prawy pomocnik, moim zadaniem było więc bezustanne bieganie w tę i z powrotem od jednego pola karnego do drugiego. Dzięki temu nauczyłem się dobrze biegać i miałem niezłe wyniki w lekkoatletyce, konkretnie w biegu na czterysta metrów. A potem, jako obiecujący młody polski sportowiec, zostałem powołany do uczestnictwa w olimpiadzie w Moskwie. Chodziło chyba o to, by motywować młode talenty do zdobywania coraz lepszych wyników.

Wszystko to była jakaś ściema, bo nie przypominam sobie, żebym miał wówczas wyjątkowe osiągnięcia w sporcie. Moje powołanie do kadry musiało oznaczać naprawdę kiepski czas dla naszych młodzików. W każdym razie w moim przypadku cała ta akcja motywacyjna zupełnie minęła się z celem. Skłaniałbym się wręcz ku stwierdzeniu, że wyjazd na olimpiadę zniechęcił mnie do uprawiania sportu.

W Moskwie zrozumiałem, że szczytowe osiągnięcia są zupełnie poza zasięgiem moich możliwości. Żeby zostać jednym z najlepszych, musiałbym dać z siebie absolutnie wszystko, wszystko poświęcić dla sportu. A na to nie miałem najmniejszej ochoty. Pomyślałem więc: „Wziąłeś udział w olimpiadzie i wystarczy, czego chcieć więcej?”.

Jednak sama sytuacja, od początku do końca, była bardzo zabawna. Kiedy w szkole zaproponowano mi ten wyjazd, miałem tylko kilka godzin na podjęcie decyzji, ustalenie wszystkiego z rodzicami i tak dalej. Uciekł mi autobus, założyłem więc biegówki. Całkiem możliwe, że pędząc na nich z Cieszyna do Dębowca, pobiłem rekord Polski na jedenaście kilometrów.

Rodzice zgodzili się na mój wyjazd, jednak pojawił się inny poważny problem. W tym samym terminie odbywały się bowiem wakacyjne rekolekcje, ważne ćwiczenia duchowe. Sprawy boskie były, rzecz jasna, ważniejsze od jakiejś tam olimpiady, więc opuszczenie rekolekcji z tego powodu mogło być kłopotem dla mnie – ministranta. Postanowiłem więc poprosić o radę proboszcza.

Z wywieszonym językiem wpadłem na plebanię i wyłożyłem kawę na ławę. Księdza najpierw trochę zatkało, potem obrzucił mnie długim zdegustowanym spojrzeniem. Następnie załamał ręce i powiedział pełen żalu: „I to właśnie ty, Zbyszku? Mój najwierniejszy ministrant?! Właśnie ty chcesz jechać do tego gniazda Szatana?! Nikt jeszcze tak mnie nie rozczarował!”. Ksiądz nienawidził komunistów, a już Ruskich szczególnie. Ostatecznie jednak odpuścił i udzielił mi zgody na wyjazd do siedliska Szatana. Wychodziłem więc sobie – wybiegałem raczej – wszystkie potrzebne zgody i mogłem ruszać do Moskwy.

Jaja zaczęły się już na dworcu w Warszawie. Wyjazd olimpijczyków był nie lada wydarzeniem politycznym, dlatego kręciła go nasza polska telewizja. Mieliśmy za zadanie z promiennymi uśmiechami na twarzach wsiąść do pociągu, machając przy tym do kamery. Żeby podnieść atrakcyjność widowiska, wyposażono nas w chorągiewki i transparenty propagandowe. Niestety, wciąż nie udawało nam się stanąć na wysokości zadania, tak jak to sobie wyobrażał reżyser. W związku z czym wsiadaliśmy do pociągu ze sześć razy.

Każdy z nas dostał na cały pobyt sto dziesięć rubli. Zastanawialiśmy się z kolegą, z czego tam wyżyjemy. Potem jakiś obeznany gość podpowiedział nam, że w Rosji jest ogromny popyt na „zachodnie” ciuchy. Tak zdobyliśmy wiedzę o towarze eksportowym. Udało mi się wytrzasnąć skądś podróbę dżinsów firmy Wrangler, kolega załatwił sztruksy, na które u nas panował wtedy szał. Zakładaliśmy – słusznie, jak się później okazało – że w Moskwie, podobnie jak u nas, trudno o najmodniejsze ciuchy.

Poszło raz-dwa. Już pierwszy kelner, na którego trafiliśmy w Rosji, podpytywał: „U was jest dżinsy? Rajfle. Rajfle jest?”. Handel odbywał się zwykle w toalecie. My, Polacy, lubimy robić interesy i nie najgorzej nam to wychodzi. Mamy nawet powiedzenie: „Lepsze deko handlu niż kilo roboty”. Sprzedaliśmy moje dżinsy i sztruksy kolegi, a potem właściwie wszystkie ubrania, które wzięliśmy ze sobą na wyjazd. Wróciliśmy do domu umorusani, półnadzy, z pustymi walizkami.

Tak czy siak, wyszarpane ruble wydaliśmy co do jednego. Między innymi na piwo, które chyba nazywało się Zołotoje Kolco. Nie­zwykłe było też spotkanie z młodzieżą uzbecką. Byliśmy w szoku, że balują przy piosence Rasputin zespołu Boney M., bo u nas mówiono, że ten utwór jest zakazany w Związku Radzieckim. Mało tego, wspomniana „mołodioż” składała się głównie z mężczyzn w wieku od lat trzydziestu do siedemdziesięciu. Co ja mówię – głównie, wyłącznie! Zero kobitek. I jak tu się z nimi kumplować, skoro wciąż podrywali nasze polskie dziewczyny?!

Moskwa była w porównaniu z Cieszynem wielkim światem. Dla mnie, chłopaka z Dębowca, wszystkie te pałace, domy kultury, bulwary i stacje metra były czymś naprawdę niezwykłym. Olbrzymie stadiony. Mieszkaliśmy w akademiku, mieliśmy dla siebie całe piętro. Z dumą porozwieszaliśmy więc na całym korytarzu polskie chorągiewki, które dostaliśmy na dworcu w Warszawie.

Lecz zaraz na drugi dzień wybuchła afera. Kazano nam natychmiast je zdjąć. Olimpiada odbywała się pod flagą olimpijską, narodowe były zakazane. My, Polacy, rzecz jasna, nie zamierzaliśmy tego słuchać. Nie będzie nam tu jakiś Ruski rozkazywał. Co z tego, że organizuje olimpiadę?! Jak mawia jeden z moich kolegów: „My, Polacy, giniemy tylko w boju!”.

Do tematu śmierci jeszcze dojdziemy. Wróćmy teraz do liceum w Cieszynie. Co oprócz niczym nieskrępowanej zabawy lubiłeś najbardziej?

Wyobraź sobie, że odkryłem w sobie talent plastyczny. Okazało się, że niezgorzej maluję. Nie byłbym Polakiem, gdybym od razu nie zaczął kombinować, jak by tu na tym zarobić. Zacząłem więc odrabiać za kolegów zadania domowe z rysunku, za papierosy. Nauczycielka, co oczywiste, nie była ślepa i dość szybko się zorientowała, że wszystkie te prace wyszły spod jednej ręki. Mało tego, do obrazków dla „klientów” mocno się przykładałem, a na własne nie starczało mi czasu.

Ostatecznie więc koledzy mieli piątki, a ja czwórę. Na szczęście pani była uczciwa i na świadectwie wpisała wszystkim według własnego uznania to, na co zasługiwali. Kiedy później, już jako ksiądz, odprawiałem pierwszą mszę świętą i zaprosiłem ulubionych nauczycieli, zjawiła się też ona. Powiedziała mi wtedy w tajemnicy, że właściwie trochę ją zawiodłem, bo miała nadzieję, że pójdę na ASP.

Nie żałujesz? Mogłeś zostać malarzem.

Albo fotografem. To moja kolejna licealna pasja. Założyłem nawet kółko fotograficzne. Teraz są inne czasy, nowe technologie, i praktycznie każdy może robić dobre zdjęcia, więc trochę mi przeszło, ale wcześniej zastanawiałem się, czy nie zająć się tym na poważnie.

Moim mistrzem jest na przykład Jan Šibík. Fascynuje mnie fotografia reportażowa. Ciekawa rzecz, żadne pejzaże czy portrety. Dla mnie najważniejsze są emocje, a emocje można uchwycić w obiektywie tylko tam, gdzie naprawdę są. Przyznam, że kiedyś wiele razy bawiłem się myślą o fotografii. Niedawno doszedłem nawet do wniosku, że fotograf i ksiądz mają ze sobą wiele wspólnego. Fotograf musi wtłoczyć trójwymiarową rzeczywistość w dwuwymiarowy świat. My, księża, usiłujemy wzbogacić trójwymiarowy świat o czwarty, boski, wymiar.

Miałeś wiele zainteresowań, żadne jednak nie wzięło góry nad resztą.

Bardzo długo nie miałem pojęcia, kim będę. Wybrałem liceum ogólnokształcące, bo to szkoła, która do niczego nie zobowiązuje. Nic nie wciągnęło mnie na tyle, bym chciał się temu całkowicie poświęcić. Furtka była stale otwarta.

IIIW berka z Panem Bogiem

Kiedy i dlaczego postanowiłeś pójść do seminarium?

Ludzie często zadają mi to pytanie. Nie potrafię jednak odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Prawdopodobnie Pan Bóg jakoś to wszystko na górze wykombinował.

W pewnym sensie bawiliśmy się w berka. Najpierw przez chwilę dawał mi fory i pozwolił się wyprzedzić, potem po prostu mnie dogonił. Dziś już wiem, że to Jego stary sposób. To, przed czym usilnie uciekasz, i tak w końcu cię dopadnie. Gdyby nie fakt, że zdążyłem przez te lata trochę Go poznać, myślałbym pewnie, że Bóg wszystko starannie zaplanował i zastawił na mnie pułapkę. Wiem jednak, że wcale tak nie robi. Nie jesteśmy marionetkami w Jego rękach. Traktuje nas po partnersku i chętnie z nami współpracuje.

A na czym polegała wasza współpraca?

Prosta sprawa. W czasach liceum wciąż jeździłem do domu rodzinnego, by służyć jako ministrant w kościele, a On zadbał o całą resztę. Jak już wspomniałem, wszystko zaczęło się od dnia, kiedy Polak został papieżem, cały naród jakby przebudził się z letargu. Mnie też to bardzo poruszyło. A później Pan Bóg wykonał jeszcze jeden właściwy i ważny ruch.

W naszej parafii zmienił się proboszcz. Kiedy byłem w trzeciej licealnej, stary ksiądz Sedlaczek przeszedł na emeryturę, a parafię objął młody wikary Skórkiewicz. Nasza wieś przeżyła wówczas potężny szok. Facet był przystojny, więc wszystkie kobitki, niezależnie od wieku, z miejsca się w nim zakochały. A ja zacząłem się zastanawiać, czy faktycznie koniec końców nie iść do seminarium.

Także tutaj kobiety odegrały ważną rolę?

Bardzo możliwe. Pamiętaj, że Bóg jest zdolny do wszystkiego. Ale raczej po prostu zobaczyłem w tym facecie siebie, pozytywnie mnie zainspirował. Ostatecznie tuż przed maturą zacząłem bawić się myślą o pójściu do seminarium. Trudno powiedzieć, co bardziej wpłynęło na moją decyzję: papież Polak i nowy proboszcz czy raczej ludzie, którzy od lat niestrudzenie wypytywali, czy zostanę księdzem. Bóg jeden wie.

Nie wierzę, że tego typu decyzję można podjąć ot tak.

Co znaczy „ot tak”? Dojrzewałem do niej osiemnaście lat! Spróbuję może wyjaśnić to inaczej. Zakochujesz się w jakimś mężczyźnie. A ja pytam cię: „Dlaczego właśnie ten? Dlaczego nie inny? Przecież tamten jest lepszy pod każdym względem. Wyższy, przystojniejszy, inteligentniejszy, bogatszy...”. Będziesz w stanie podać jakąś sensowną odpowiedź? Czy raczej powiesz: „Nie wiem, po prostu go kocham”? Czasami dzieją się w nas rzeczy, których nie potrafimy nazwać. I tak właśnie było z moją decyzją. Tak na marginesie, jest takie powiedzenie: miłość i sraczka przychodzą znienacka. A ja dodaję, że tak samo szybko i znienacka odchodzą. Na mnie to powołanie nieoczekiwanie przyszło i ciągle mnie trzyma!

A poważnie. Teraz mogę spoglądać wstecz i dopatrywać się przyczyn. Tłumaczyć to pontyfikatem Jana Pawła II, zmianą proboszcza, wpływem wychowania czy okoliczności, ale prawda jest taka, że pewnego dnia zwyczajnie postanowiłem, że to zrobię, złożyłem podanie i poszedłem oznajmić ten fakt rodzicom.

To znaczy, że w ogóle nie spytałeś ich wcześniej o zdanie?

Nie, niczego z nimi nie ustalałem. Po pierwsze, wcale nie byłem pewien, czy dostanę się do seminarium, a po drugie, wiedziałem, że rodzice się zgodzą.

Ksiądz ma w Polsce wysoką pozycję. Przynajmniej wtedy tak było. Proboszcz należał do elity. Choćbyś miała – jak ja na ten przykład – IQ 70, to z chwilą przyjęcia święceń, kiedy biskup kładzie dłoń na twojej głowie, z miejsca wskakujesz na sam szczyt drabiny społecznej. A we wsi, w której obejmiesz parafię, stajesz się kimś w rodzaju Pana Boga. A już na pewno kimś ważniejszym od sołtysa.

Bo właśnie w kościele omawiano wszystkie ważne dla gminy sprawy. Pamiętam, jak nasz proboszcz podczas ogłoszeń duszpasterskich mówił na przykład o nabożeństwach w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, po czym oznajmiał, że „w najbliższą środę w budynku numer sto dwadzieścia sześć odbędzie się szczepienie prosiąt”.

Ksiądz potęgą jest i basta. A kiedy twoje dziecko zostaje księdzem, jako rodzic automatycznie rośniesz w oczach innych. Sąsiedzi od tego dnia kłaniają się niżej. Nagle zyskujesz wielu nowych przyjaciół, więcej o tobie gadają, ale również bardziej cię szanują. Coś w rodzaju: „Szczęść Boże, pani Czendlikowa, jak się pani miewa? A jak tam Zbyszek? Jeszcze go z tego seminarium nie wyrzucili?”.

Rodzicom nie przeszkadzało, że nie będą mieli wnuków?

Na pewno nie martwili się o przedłużenie rodu, miałem przecież troje rodzeństwa, wiedzieli, że w naszej rodzinie będzie jeszcze od groma dzieciaków. Moja decyzja tego nie zmieniała. Zresztą to były inne czasy. To dzisiaj lamentuje się z powodu niskiego przyrostu naturalnego, wtedy tak nie było.

Rodziców, ludzi praktycznych, ucieszyła moja racjonalna decyzja. Gdybym chciał zostać malarzem czy piłkarzem, być może wybuchłaby awantura. Ale w takiej sytuacji wiedzieli, czego mogą się spodziewać po moim wyborze. Że pójdę do seminarium, a jeśli je ukończę, zostanę księdzem, a to niewątpliwa duma, więc byli zadowoleni.

Wszystko poszło gładko, bezproblemowo i bez większych wzruszeń. W naszej rodzinie ogólnie rzadko wrzało. Pomijając porywy wychowawcze mamy, o których już wspominałem, byliśmy całkiem spokojną rodziną.

IVW lochu nie jest źle

Podejrzewam, że zasłużony ministrant bez problemu dostał się do seminarium.

Dostać się do seminarium wcale nie było trudno, trudniej było tam wytrzymać. Nawiasem mówiąc, wszystkie seminaria w Polsce były wtedy przepełnione.

Studiowałem w Katowicach. Kiedy zaczynałem, w 1983 roku, przyjęto około sześćdziesięciu chłopaków, a w 1989, kiedy kończyliśmy, ostało się nas raptem trzydziestu. Jak widać, dość duży odsiew. Zresztą nic dziwnego, w seminarium panował surowy reżim. Wstawaliśmy wczesnym rankiem, rozpoczynaliśmy dzień od modlitwy. Zaraz potem msza i wykłady. Po obiedzie krótki spacer, później obowiązkowa nauka lub dalsze zajęcia. Byliśmy też mocno odizolowani od świata. Mogliśmy wychodzić do miasta jedynie między trzynastą a pięt­nastą i wyłącznie we dwóch. Oficjalnym powodem takich reguł było zagrożenie ze strony Służby Bezpieczeństwa oraz innych „wrogich sił”.

Na przykład kobiet?

Między innymi. Wiesz, jak jest, na młodego kleryka czyha mnóstwo niebezpieczeństw. Jednak w tamtych czasach możliwość współpracy z komunistami była naprawdę poważniejszym zagrożeniem niż płeć piękna.

Czyli seminarium to trochę przyjemniejszy loch?

Na pewno niektórzy tak je odbierali, ja niezupełnie. Całkiem nieźle znosiłem to „uwięzienie”. Ale przyznaję, że najbardziej lubiłem soboty, wówczas mieliśmy dłuższe wychodne, chyba do osiemnastej. Chodziliśmy oglądać rozgrywki sportowe, najchętniej koszykówkę kobiet. Zawsze było na co popatrzeć.

Na początku studiów mieszkaliśmy w pokojach sześcio-, potem cztero-, a pod koniec dwuosobowych. Czyli z biegiem lat zyskiwaliśmy coraz więcej prywatności.

Nie miałeś nic przeciwko wyłącznie męskiemu towarzystwu?

Jeśli spodziewasz się jakichś sensacji homoseksualnych, to muszę cię rozczarować. Nie spotkałem się w seminarium z niczym takim. Albo po prostu byłem ślepy i tego nie zauważałem. Może dlatego, że w tamtych czasach w ogóle nie przejmowałem się seksualnością, celibat mnie nie martwił. Nie musiałem ze sobą walczyć. Problem pojawił się dopiero po święceniach.