Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
44 osoby interesują się tą książką
„W przypadku Engera i Horsta suma jeden plus jeden jest większa niż dwa. (…) Jørn Lier Horst i Thomas Enger stworzyli zabawną i dobrze napisaną powieść trzymającą w napięciu.” - NRK, Norwegia
Oslo dusi się w letnim upale, gdy miastem wstrząsa seria ataków snajperskich. Nieznany napastnik otwiera ogień w miejscach publicznych. Na mieszkańców stolicy pada blady strach,a miasto zamienia się w oblężoną twierdzę. Jedną z ofiar snajpera jest siostra Emmy Ramm.
Wraz z byłym śledczym Alexandrem Blixem Emma podejmuje pościg za zabójcą, którego motywacja pozostaje dla policji niezrozumiała. Blix jednak podejrzewa, że ataki są czymś więcej niż przypadkową przemocą. Dostrzega w nich pewien schemat, ukryty plan z osobistym motywem zemsty.
Liczba ofiar rośnie, w Oslo szerzy się panika, a Blix i Ramm próbują powstrzymać człowieka, który nie ma już nic do stracenia.
„Trudno wyobrazić sobie bardziej aktualną intrygę kryminalną […]. Duet autorów trzyma karty przy orderach, angażując czytelników do ostatniej strony. Fabuła jest wiarygodna i mocno osadzona w realiach. Autorzy wiedzą, jak zwodzić czytelnika i jak stawiać przed nim wyzwania. Postacie stworzone przez Jørna Liera Horsta i Thomasa Engera są pełnokrwiste. Nawet osoby nieznające Blixa i Ramm z poprzednich książek mogą w pełni wczuć się w ich dramatyczne losy.” - Tønsbergs Blad, Norway
„Horst i Enger wiedzą, jak się buduje solidną, pełną napięcia narrację. To lektura, której nie można przerwać. Obiecująca jest chemia między Ramm i Blixem, a zwłaszcza pogłębiony portret Emmy.”- „Göteborgs-Posten”, Szwecja
W serii kryminalnej Blix i Ramm na tropie zbrodni ukazały się dotychczas następujące książki: Punkt zero, Zasłona dymna, Nieobliczalni, Blizny i Ofiary.
Jørn Lier Horst (ur. 1970) i Thomas Enger (ur. 1973) połączyli siły i stworzyli rewelacyjną serię, thrillery, które zdobył międzynarodowy rozgłos. Na co dzień każdy z nich kontynuuje własną popularną serię powieści kryminalnych, których głównymi bohaterami są: inspektor William Wisting (u Horsta) i dziennikarz Henning Juul (u Engera).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 353
Tytuł oryginału: Utskudd
Copyright © 2025 by Jørn Lier Horst & Thomas Enger Published by agreement with Salomonsson Agency All rights reserved
Copyright © 2026 for the Polish edition by Smak Słowa Copyright © for the Polish translation by Milena Skoczko-Nakielska
This translation has been published with the financial support of NORLA, Norwegian Literature Abroad.
Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Edytor: Anna Świtajska Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz Projekt okładki: & visual
ISBN 978-83-67709-78-1
Smak Słowa ul. Bohaterów Monte Cassino 6A 81-805 Sopot tel. 507-030-045www.smakslowa.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Wyjął kolbę, następnie lufę i lunetę. Każda część była owinięta materiałem, żeby zapobiec wstrząsom i uderzeniom. Ostrożnie odłożył broń i rzucił okiem na smartwatch. Jego serce biło siedemdziesiąt jeden razy na minutę.
Spokojnymi, precyzyjnymi ruchami umieścił kolbę stabilnie między nogami i uniósł lufę pod odpowiednim kątem. Potem delikatnie zbliżył obie części do siebie, aż wsunęły się na swoje miejsce.
Demontaż w zasadzie nie powinien mieć wpływu na regulację celownika, ale nawet minimalne przesunięcie mogło oznaczać kilkucentymetrową różnicę między idealnym i nieidealnym trafieniem. Zaletą było to, że przenoszenie dwóch krótkich części nie wzbudzało podejrzeń. Poza tym tak mały margines błędu nie miał znaczenia w przypadku strzału w środek klatki piersiowej.
Wiatr, który wpadał przez okno, był gorący jak powietrze w saunie.
Oslo w lipcu.
Mogło być osiem stopni i deszcz, ale równie dobrze mogły panować tropikalne upały – tak jak teraz. Los mu sprzyjał, bo w tak gorący dzień nie tylko w jego biurze okna były otwarte.
Górna część ciała opierała się o twarde biurko, łokcie wbił mocno w blat dla maksymalnej stabilności. Ułożył się wygodniej, wcisnął kolbę w ramię i pochylił się w kierunku lunety.
Jego oczom ukazał się powiększony świat.
Przystanek tramwajowy. Kwiaciarnia. Fontanna. Nierówne kamienne płyty na Stortorvet i przepływająca po nich fala ludzi w letnich ubraniach.
Powiódł wzrokiem za młodą kobietą, która wyszła ze sklepu odzieżowego, kołysząc biodrami. Świat był sceną, a chodnik wybiegiem. Jej piersi falowały pod przewiewną tkaniną. Mijała innych, nie racząc ich nawet przelotnym spojrzeniem. Choćby z tego powodu, pomyślał, kusi mnie, żeby zdjąć właśnie ją.
Przeszła obok młokosa w garniturze i spiczastych brązowych butach, który prawie nie krył się z tym, że pożera ją wzrokiem. Mały krok w prawo zamiast w lewo, nagłe zatrzymanie się, żeby odczytać esemesa albo powiadomienie o otrzymanej wiadomości – lekki nacisk na spust i ich życie zmieniłoby się na zawsze.
Albo zakończyło.
Śledził wzrokiem zakurzoną taksówkę, która jechała w żółwim tempie po torach tramwajowych w kierunku Kongens gate. Próbował wycelować dokładnie w tył głowy pasażera, ale na drodze było zbyt dużo nierówności. Nienajlepsze warunki do oddania strzału.
Piski i zgrzyty nadjeżdżającego tramwaju przybierały na sile. Jakaś kobieta ciągnęła za sobą dziewczynkę, po chwili wzięła ją na ręce i pobiegła truchtem w kierunku przystanku.
Na ten widok odsunął się lekko do tyłu i wziął głęboki oddech.
Pomyślał o własnej córce.
O wszystkim, co legło w gruzach.
Odpędził te myśli i pociągnął łyk wody z butelki, po czym zacisnął cienkie jak żyletka rękawiczki z wyjątkowo dobrym tarciem wokół palca wskazującego i przyjął pozycję strzelecką.
Grupa azjatyckich turystów zmierzała w stronę katedry. Wielu z nich osłoniło się parasolami. Starsza para wyglądała tak, jakby dzieliła się ze sobą lodami. Gołąb spacerujący po bruku wzbił się w powietrze, gdy podbiegł do niego jakiś chłopiec.
Zaraz zaczną krzyczeć, pomyślał.
Zaraz rzucą się do ucieczki.
Jego wzrok padł na chłopca radośnie machającego balonem napełnionym helem. Obok niego szedł mężczyzna, który przez cały czas sprawdzał coś w telefonie komórkowym.
Nacisk na spust wzrósł.
Wziął głęboki oddech i policzył do ośmiu, zanim powoli wypuścił powietrze. Odczekał chwilę i ponownie zerknął na smartwatch. Odczytał wynik tętna, który błyskał na wyświetlaczu.
Osiemdziesiąt trzy.
Zacisnął mocniej palce wokół rękojeści.
Było blisko.
Było bardzo blisko.
W takim upale Emma Ramm nigdy nie miała apetytu, ale dziś było wyjątkowo źle. Od chwili, gdy się obudziła, czuła ucisk w żołądku. Gdy w końcu zebrała się na odwagę i zaprosiła siostrę na lunch, wcale nie było lepiej.
– Masz na to czas? – zapytała Irene, gdy Emma do niej zadzwoniła.
– Akurat teraz nie mam za dużo pracy – odparła Emma. – Jest środek lata. Ludzie są na wakacjach.
– Ale nie ty.
– Nie – potwierdziła. – Nie ja.
– Ty też potrzebujesz urlopu, sis.
– Tak, wiem.
Zapadła krótka cisza.
– Martine i ja i tak wybieramy się do Stortorvet, żeby kupić kwiaty – powiedziała Irene – więc pasuje idealnie.
Emma nie zdobyła się na to, żeby powiedzieć, że musi porozmawiać z nią na osobności. Nie zrobiła tego, bo wiedziała, że Irene nie dałaby jej spokoju. Wierciłaby jej dziurę w brzuchu dopóty, dopóki Emma nie wyrzuciłaby z siebie tego, co jej leży na sercu. I nie mogła nie zgodzić się, żeby Martine poszła z nimi na lunch. Siostrzenica miała przecież wakacje.
Na Christiania Torv ciepłe powietrze drżało nad brukiem. Markiza dawała trochę cienia i ochrony, ale z pomalowanych na żółto ścian bił nieznośny żar. Było gorąco jak w piekarniku. Nawet gołębie, które zwykle odkurzały ziemię w poszukiwaniu okruchów chleba, szukały schronienia.
Irene pochłaniała kawałek sera koziego, który według menu miał być ciepły, a w rzeczywistości wydawał się suchy i popękany. Martine chciała tylko lody i połączyła trzy gałki w miseczce w jedną kleistą, kolorową masę.
– Co u ciebie słychać? – zapytała Irene, wycierając kącik ust serwetką.
Emma przesunęła się nieco na bok. Słońce odbijało się w oknie po drugiej stronie placu. Ostre światło raziło ją w oczy.
– Nic szczególnego – odrzekła.
Nabiła grzankę na widelec i włożyła ją do ust. Chrupała powoli, omiatając wzrokiem twarz siostry. Zauważyła, że w lewym kąciku jej oka pojawiła się nowa zmarszczka. Irene jak zwykle wyglądała na zmęczoną, a mimo to szczęśliwą i zadowoloną, kiedy tak siedziała w zwiewnej letniej sukience, delektując się jedzeniem i otoczeniem.
Martine jadła lody w wielkim skupieniu, ale z czujnym wyrazem twarzy – jak zawsze, kiedy przysłuchiwała się rozmowie, ale nie chciała, żeby ktoś to zauważył.
Irene podniosła wzrok znad talerza.
– Spotykasz się z kimś?
Emma wybuchnęła śmiechem.
– Nie, dawno nie byłam na randce.
– Czyli przeszłaś już Tindera?
– Bardzo śmieszne.
Irene uśmiechnęła się, ale szybko spoważniała.
– To co cię gryzie?
Martine podniosła wzrok.
– Co mnie gryzie? – powtórzyła Emma.
Już miała zapewnić siostrę, że nie ma żadnych problemów, gdy nagle jakiś mężczyzna w garniturze podszedł do stolika na zewnątrz. Zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła przy sąsiednim stoliku, odsłaniając przy tym duże, mokre plamy pod pachami. Nad ich głowami krążyła mewa. Upał zdawał się tłumić dźwięki miasta.
Nie minęło dużo czasu, zanim Martine zamieniła łyżeczkę na telefon komórkowy i gry. Irene nie przestawała opowiadać o pracy pielęgniarki, dyżurach, o tym, jak cudownie byłoby dostać kilka dni wolnego. Pod koniec lata mogłyby wybrać się na wycieczkę do Kragerø. Koleżanka miała tam domek letniskowy, który mogły od niej wynająć.
– Martine, może przejdziesz się do Normal1? – zwróciła się do córki Irene, odsuwając na bok pusty talerz. – Może coś sobie kupisz?
– Chwilowo niczego nie potrzebuję – odpowiedziała Martine tonem osoby dorosłej, nie odrywając wzroku od telefonu. Jej kciuki błyskawicznie przesuwały się po ekranie.
– A nie możesz tego zrobić tak po prostu?
Martine zastygła. Podniosła głowę i spojrzała na matkę. Irene posłała jej znaczące spojrzenie. Nie musiała nic więcej mówić ani robić. Telepatia między matką a córką zdawała się działać.
– Okej – odparła Martine, teatralnie wzdychając.
Emma odprowadziła siostrzenicę wzrokiem do wyjścia.
Martine zaczynała dorastać.
A przynajmniej stała się na tyle duża, żeby móc poruszać się samodzielnie, nawet w centrum Oslo. Emma przyjrzała się jej długim włosom, które spływały falami aż do łopatek.
– Dobrze leży – skomentowała Emma, gdy siostrzenica była już wystarczająco daleko, żeby ich nie słyszeć.
– Hmm?
– Nowa peruka – wyjaśniła Emma.
– Ach, tak. Chyba jej się podoba.
Emma doskonale wiedziała, co spotka jej siostrzenicę w nadchodzących latach, że Martine, podobnie jak ona sama, w końcu zupełnie wyłysieje. Do tej pory udawało im się to ukryć przed wszystkimi w szkole, ale to, że tajemnica wyjdzie na jaw, było kwestią czasu.
– No więc? Co się dzieje, sis?
Emmą zaczęły targać wątpliwości.
Czy dobrze robiła?
Przeniosła wzrok z powrotem na Irene, która wycierała skórę wokół ust.
– Byłaś ostatnio na grobie? – wyrzuciła z siebie Emma.
– Na jakim grobie?
– Mamy i taty.
Siostra prychnęła.
– Nie. A ty?
Emma skinęła głową.
– Kilka dni temu.
– Aha. A po co?
– Po co? A dlaczego nie?
Emma coraz rzadziej myślała o ich dramatycznym dzieciństwie. O matce leżącej w kałuży krwi na podłodze w kuchni. O ojcu, który zaciągnął Emmę do salonu, gdy zorientował się, że policja zatrzymała się przed ich domem. O pistolecie, który przystawił jej do głowy, gdy Alexander Blix wszedł do salonu. Emma miała wtedy pięć lat.
Oprócz odgłosu wystrzału, który usłyszała kilka minut później, najlepiej zapamiętała ciepło wylotu lufy na skroni i to, jak paliła jej skórę. Ostry zapach potu jej ojca zmieszany z wonią starego alkoholu. Mocny uścisk Blixa, gdy ją podniósł i pospiesznie stamtąd wyniósł.
Irene na szczęście nie było tego dnia w domu, ale fakt, że w wieku pięciu i siedmiu lat zostały sierotami, odcisnął na nich piętno. Właśnie z tego powodu zbudowały absolutnie wyjątkową siostrzaną relację, jaką zdaniem Emmy miało niewielu ludzi. Nierozerwalną więź, opartą na miłości i zrozumieniu niedostępnym dla innych, bo przecież nikt inny nie doświadczył dokładnie tego samego. A jednak Emma siedziała teraz przed Irene i była zdenerwowana.
– Nigdy tam nie chodzę – odparła Irene. – Przecież wiesz.
– Tak, wiem.
– To dlaczego pytasz?
– Sama nie wiem.
– Nie wiesz? Dziwnie się zachowujesz, sis. Co się dzieje?
Emma powtórzyła w myślach, co zamierza powiedzieć. Tego nie dało się zrobić w prosty sposób.
– Ty i ja nigdy nie miałyśmy taty. Przynajmniej nie takiego prawdziwego.
– Miałyśmy Olafa.
– Tak, ale dziadek to nie to samo. I sam fakt, że nazywasz go Olafem, dowodzi, że mam rację.
– Okej, może. Sorry, ale nie bardzo rozumiem. O co ci właściwie chodzi?
Emma odczekała chwilę.
– Martine ma ojca, Irene. Kogoś, kto chce nim być. Ale nie ma prawa, bo ty mu tego zabraniasz.
Emma spojrzała na siostrę, która wpatrywała się w nią z niedowierzaniem.
– Co ty, do cholery, wygadujesz?
Emma nie odpowiedziała od razu.
– Wiem, że Heine nie był wymarzonym ojcem, kiedy Martine była mała, ale to było dawno temu. Mógł się zmienić.
– Zmie…
Irene urwała w pół słowa.
– Trust me, Heine nigdy się nie zmieni.
– Skąd wiesz? Od lat nie miałaś z nim kontaktu.
Irene zrobiła się czujna.
– Rozmawiałaś z nim? To dlatego tu siedzisz i wygadujesz bzdury o Heinem z piekła rodem? To dlatego zaprosiłaś mnie na lunch?
Emma spuściła wzrok.
– Wpadłam na niego – powiedziała po chwili. – Przypadkiem, w zeszłym tygodniu, w drodze ze sklepu. Zatrzymaliśmy się i chwilę rozmawialiśmy. Powiedział, że próbował do ciebie dzwonić, wysyłać wiadomości, że…
– Tak, dziękuję, wiem, że dzwoni i pisze. Robi to od lat.
– Ale…
– Nie pamiętasz, jaki był?
– Pamiętam. Ale pamiętam też, że był w Afganistanie i że…
Irene zaczęła się śmiać.
– Tak, oczywiście. I dlatego musiał zacząć brać heroinę? To wina talibów, że wsadził sobie strzykawkę między palce u stóp, kiedy ja byłam w pracy, a on miał odebrać Martine z przedszkola. Naprawdę myślisz, że znowu narażę córkę na kontakt z tym facetem?
Potrząsnęła głową.
– On już nie bierze narkotyków.
– I wiesz o tym, bo widziałaś jego twarz przez dokładnie dwie sekundy?
– Lepiej wyglądał.
– Lepiej wyglądał…
Znów się zaśmiała, ostro i szyderczo.
– Uważasz, że Martine nie potrzebuje ojca, bo same dorastałyśmy bez niego?
Nagle w oczach Irene pojawiły się iskry.
– Co to, do cholery, za psychobełkot?
– Ja tylko…
Nie wiedziała, jak dokończyć zdanie.
– Bycie tatą to nie jest rola, którą facet może sobie wybierać, kiedy mu pasuje, Emmo. Kiedy życie jest lekkie, łatwe i przyjemne. Kto jak kto, ale ty powinnaś o tym wiedzieć.
– Wiem, że jeśli człowiek nie potrafi poradzić sobie z tym, przez co przeszedł, może poprosić o pomoc i ją otrzymać. I może wyjść z tego silniejszy. Tak jak Blix.
– Tak, a potem może znowu wpaść w to samo gówno. Nie zgadniesz, ile takich przypadków widziałam w szpitalu. Kiedy wielokrotnie traumatyzujesz i rozczarowujesz swoją córkę, tak jak to robił Heine, to powstają rany i blizny, których nigdy w życiu nie zamierzam rozdrapywać.
Westchnęła ciężko.
– On sam zrujnował sobie życie, Emmo. Nie ja. Nie talibowie. Nie sędzia, który przyznał mi wyłączną opiekę. Nikt z nas nie jest mu nic winien.
Irene chwyciła torebkę, która leżała na krześle obok niej, i otworzyła ją z wyraźną irytacją.
– Myślisz, że nie wiem, że w życiu Martine brakuje wzoru ojca?
Wyjęła wizytownik, rozłożyła go zamaszystym ruchem i zaczęła wsuwać palce do wąskich przegródek.
– Myślę o tym za każdym razem, kiedy mijam jakiegoś ojca trzymającego za rękę własne dziecko albo kiedy widzę dziadka huśtającego wnuka na placu zabaw.
Nie znalazła tego, czego szukała. Zdenerwowana zaczęła grzebać w torbie.
– Nawet sobie nie wyobrażasz, jak to jest chodzić do szkoły na zebrania dla rodziców – kontynuowała. – Sama. Ale nie mam czasu, ochoty ani energii, żeby szukać na Tinderze kogoś, z kim mogłabym się tym wszystkim dzielić. Nie każdy ma tyle swobody co ty.
– Irene…
– I co teraz? Zadzwonisz do Heinego i opowiesz mu, jak poszło?
– On nie wie, że chciałam poruszyć z tobą ten temat.
– No popatrz. Czyli udało mu się również przeniknąć do twojej podświadomości. Nice. To musiał być nieprawdopodobny przypadek, że wpadł na ulicy właśnie na ciebie.
Przewróciła oczami.
– Chcę tylko, żebyś się nad tym zastanowiła. Dla własnego dobra i dla dobra Martine. Przestała czuć do niego taką złość.
– Złość? Lol.
W końcu Irene znalazła to, czego szukała. Rozłożyła banknot pięćsetkoronowy i wbiła go w blat stolika. Potem wstała tak gwałtownie, że omal nie przewróciła krzesła. Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach podnieśli wzrok znad jedzenia i menu, które studiowali.
– Już dawno przestałam się na niego złościć – powiedziała Irene, nie zwracając na nich uwagi. – Po prostu nie pozwalam, żeby zabierał mi czas i energię. Następnym razem, kiedy przypadkiem spotkasz go na ulicy, pozdrów go ode mnie i powiedz mu, że nadal zamierzam tak robić.
Jedną ze szklanek z wodą postawiła na banknocie i zarzuciła torebkę na ramię. Na odchodne rzuciła jeszcze:
– Dziękuję za lunch. Było bardzo miło.
1 Normal – duńska sieć handlowa założona w 2013 roku, łącząca sklep spożywczy z drogerią. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
– Nie jestem takim człowiekiem. Nie jestem facetem, którego próbują ze mnie zrobić.
Alexander Blix siedział pochylony do przodu. Słuchał i robił notatki. Mężczyzna po drugiej stronie biurka poprawił okulary na nosie.
Blix czuł, że go zna. Ole Frode Hamvik: facet z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku. Ale nie dzisiaj.
Trzydzieści lat temu Hamvik zasłynął jako lekko bezczelny gospodarz zabawnego i kontrowersyjnego programu randkowego w telewizji. Od tego czasu prowadził kilka lekkich programów rozrywkowych i zagrał w kilku komediach. Pięć lat temu przeniósł się do branży reklamowej i szybko zyskał duże grono klientów. Od czasu do czasu jego nazwisko pojawiało się w ogólnokrajowej prasie, na stronach poświęconych celebrytom.
– Musimy to zatrzymać – powiedział z naciskiem, ponownie poprawiając okulary. Oprawki były pstrokate i wykonane z materiału, który zmieniał kolor pod wpływem światła: od opalizującej zieleni po głęboki fiolet.
Dziwaczne okulary były częścią jego wizerunku. Lubił się wyróżniać, przyciągać uwagę, być celebrytą. Mówić o sobie. Zwykle robił to nieskromnie i przy każdej możliwej okazji, ale przez ostatnie dni milczał.
W mediach społecznościowych pojawił się siedmiosekundowy klip z letniej imprezy, który wywołał dyskusję w sieci. Blix odszukał filmik, gdy Hamvik poprosił go o spotkanie.
Nagranie przedstawiało parkiet do tańca. Hamvik podszedł od tyłu do młodej kobiety, złapał ją za biodra i wykonał kilka obscenicznych ruchów, a następnie puścił ją i dał jej klapsa w tyłek.
– Pracuje dla mnie od pięciu lat – powiedział Hamvik. – Przyjąłem ją, kiedy nie potrafiła dosłownie nic, kiedy nikt inny nie chciał jej zatrudnić. To samo dotyczy Guro. A teraz rozsiewają plotki na mój temat.
Wskazał kartki leżące przed nim na biurku, na których były zapisane pełne dane osobowe obu kobiet.
– Pracował pan kiedyś w policji – kontynuował celebryta. – Może uda się panu ustalić, czy w ich aktach jest cokolwiek, co podważałoby ich wiarygodność. Wiem, że dwa lata temu Guro była zamieszana w jakąś sprawę z kokainą. Ale potrzebuję faktów. Dowodów.
Na jego jasnoniebieskiej koszuli wyraźnie odznaczały się plamy potu. Blixowi też było gorąco. W pokoju panowała duchota. Emma postawiła w kącie na stole stary wentylator. Szumiał cicho, ale bez zauważalnego efektu.
– To, co dzieje się na nagraniu, to żart, scena wyrwana z szerszego kontekstu – mówił dalej Hamvik. – Właśnie to musimy ludziom uświadomić.
Zegar na wieży katedralnej zaczął wybijać godzinę. Blix sięgnął po dokumenty. Podczas wstępnego dochodzenia natknął się w Internecie na kilka wątków dyskusyjnych, w których twierdzono, że Hamvik w różnych okolicznościach molestował młode kobiety. Zatrzymanie lawiny plotek tego rodzaju było prawie niemożliwe. Zwłaszcza że to, co trafiło do Internetu, najpewniej było prawdą.
– Zwykle ustalamy, co się wydarzyło albo kto jest sprawcą jakiegoś czynu. Tym się tutaj zajmujemy – powiedział Blix. – A nie tym, czy coś miało miejsce.
– Ale przecież wychodzi prawie na to samo – zaprotestował Hamvik. – Interesuje mnie wszystko, co zdoła pan wykopać na ich temat. Nieuregulowane zobowiązania, oszustwa podatkowe, oszustwa na egzaminach, praca na czarno. Ludzie muszą wiedzieć, że tym dziewuchom nie można ufać.
Kolejny raz poprawił okulary i wytarł dłonią spocone czoło. Blix zerknął na Terryʼego, jakby chciał się naradzić z psem, czy powinni przyjąć to zlecenie.
Kampania oszczerstw wymierzona w dwie młode dziewczyny nie była tym, na co planował poświęcać swój czas, gdy nieco ponad rok temu Emma zaproponowała, żeby założyli biuro detektywistyczne.
– Zanim podejmę decyzję, chciałbym skonsultować się z partnerką biznesową – powiedział Blix i wstał, dając znać, że spotkanie dobiegło końca. – Wtedy się odezwę.
Podeszli do drzwi i stanęli w przeciągu od schodów na zewnątrz.
– Potrzebuję szybkiej odpowiedzi – odparł Hamvik. – Jeszcze dzisiaj.
Blix spojrzał na zegarek. Było krótko po dwunastej.
– Postaram się zdążyć – odpowiedział.
Kobieta z trzema wypchanymi siatkami u stóp wstała, gdy tylko za Haraldem Pollestadem zamknęły się drzwi tramwaju. Spojrzała na niego i wykonała zachęcający gest dłonią.
– Nie, nie, moja droga – powiedział. – Niech pani siedzi. To bardzo miło z pani strony, ale chętnie postoję.
Kobieta, na oko czterdziestokilkuletnia, usiadła na swoim miejscu, starając się ukryć westchnienie ulgi. Pollestad posłał jej pełen wdzięczności uśmiech, ale w środku aż się zagotował. Nie był aż tak stary, jeszcze nie. Emeryt, owszem, ale… niech to diabli!
Chwycił jeden z wolnych gumowych uchwytów nad sobą, ale natychmiast tego pożałował. Wisiał trochę za wysoko jak na jego obolałe ramię, zwłaszcza gdy Pollestad zacisnął dłoń, żeby nie stracić równowagi. Wpadł na młodego mężczyznę z białymi słuchawkami w uszach, który zareagował mruknięciem niezadowolenia na ten niechciany kontakt fizyczny. Pollestad wybąkał „przepraszam”.
Tramwaj ruszył w kierunku centrum miasta, z czasem nabierając płynności. Za brudnymi oknami trwało upalne lato, ale w tramwaju panował przyjemny chłód. Przy drzwiach stał zmęczony mężczyzna w zbyt wielu warstwach ubrania, mamrocząc coś, czego nie dało się zrozumieć. Nikt z wsiadających ani wysiadających nie nawiązał z nim kontaktu wzrokowego.
W przedziale pachniało kremem z filtrem.
Wokół mężczyzny stało kilka osób z torbami plażowymi. Grupa dziewcząt, które mogły mieć nie więcej niż piętnaście lat, prowadziła głośną rozmowę. Nastolatki mówiły jedna przez drugą, a na ich twarzach malowało się oczekiwanie – i właśnie tak powinno być podczas wakacji i cudownego lata.
Pollestad rzadko miał coś do załatwienia w centrum miasta.
Gunnar, jego przyjaciel i były kolega z pracy, skończył w sobotę sześćdziesiąt pięć lat, a ekspres do kawy, który stał w jego domu w Høvik, powinien trafić do skansenu. Plan był taki, żeby znaleźć nowy, porządny ekspres do kawy, a nie jeden z tych, pożal się Boże, młynków na kapsułki.
Harald Pollestad poruszał się lekko w rytm szarpnięć i kołysania tramwaju.
Myślał o synu.
Trzy tygodnie temu Atle zjawił się w jego domu i poprosił o pożyczkę w wysokości pół miliona koron, ponieważ chciał wejść w spółkę z kolegą i razem z nim założyć firmę konsultingową. Kiedy przedstawiał swoje plany, w jego głosie słychać było entuzjazm, a oczy błyszczały mu z podekscytowania.
Pollestad słuchał uważnie, ale zawahał się, gdy padła konkretna kwota. Pożyczając pieniądze, całkowicie wyzerowałby swoje konto oszczędnościowe, więc ostatecznie odmówił. Zamiast tego zasugerował, żeby Atle zrobił to, co wszyscy inni: skontaktował się z bankiem. Syn nie zaprotestował, ale nie udało mu się ukryć rozczarowania. Harald długo nie zapomni wyrazu jego twarzy. Czuł, że powstał między nimi dystans.
Tramwaj ze zgrzytem pokonał Adamstuen i potoczył się dalej w kierunku Bislett. Pollestad nie pamiętał, za ile przystanków powinien wysiąść, ale na szczęście na ścianie wisiała mapa. Szybko zrozumiał, że zmieniono trasy tramwajowe. Numerację również. Dawniej tramwaj, którym jechał, miał numer siedemnaście, a teraz osiemnaście. Pewnie jakiś japiszon uznał to za konieczne, jakby zmiana lub innowacja była dobrem samym w sobie.
Znowu wrócił myślami do Atlego.
Syn zadzwonił bladym świtem, żeby zapytać, czy w sierpniu mógłby przez tydzień korzystać z domku letniskowego. To była ich pierwsza rozmowa od czasu, gdy Atle poprosił o pieniądze. Jeśli chodziło o domek, to oczywiście nie było sprawy, ale ta wymiana zdań również źle się zakończyła. Syn nigdy nie kiwnął nawet palcem, żeby pomóc przy domku. Wystawiona na działanie warunków atmosferycznych chatka wymagała corocznej konserwacji i po raz pierwszy Harald zwrócił na to uwagę synowi.
Atle się obraził, zrzucił winę na napięty grafik i powiedział, że kiedy w końcu będzie miał wolne, to będzie chciał naprawdę mieć wolne. Kiedy później rozmawiali o innych rzeczach – upale i pogodzie, urodzinach Gunnara i ekspresie do kawy, który Harald zamierzał kupić – w głosie syna czegoś wyraźnie brakowało. Może ciepła, a może bliskości, która zwykle tam była. Pobrzmiewało w nim coś niewypowiedzianego, coś skrywanego. Jakby uleciało z niego powietrze. To była duża zmiana w porównaniu z dniem, w którym z ogromnym entuzjazmem opowiadał o swoich planach biznesowych. A kiedy Harald zapytał, czy wybiorą się później na piwo, żeby się ochłodzić, Atle skierował rozmowę na inny temat.
Pollestad zmienił ułożenie palców wokół gumowego uchwytu i przełknął ślinę. Czuł narastający ucisk w klatce piersiowej. Trudno mu było pozbyć się wrażenia, że zaprzepaścił coś ważnego. Że jego odmowa zamknęła drzwi do czegoś, co mogło być dla Atlego wielką szansą. Może rozpoczęcie czegoś własnego dałoby mu wiatr w skrzydła, którego tak potrzebował, poczucie bezpieczeństwa, by móc rozpocząć nowe życie – dla dobra własnego i córki.
– Następny przystanek: Stortorvet.
Pollestad zbliżył się do przesuwnych drzwi tramwaju i wyjrzał przez okno. Zauważył mężczyznę, którego rozpoznał, idącego energicznym krokiem po chodniku. Te jego dziwaczne kolorowe okulary od razu rzucały się w oczy.
Tramwaj zatrzymał się z szarpnięciem. Pollestad wysiadł i stanął na wyboistym bruku Stortorvet. Słońce sprawiło, że koszula niemal natychmiast przykleiła mu się do ciała.
Podjął decyzję w chwili, gdy inni pasażerowie tramwaju pospieszyli dalej.
Oszczędności.
Nie było sensu zatrzymywać ich dla siebie. Stać go było na wygodne życie, a poza tym nie miał żadnych planów, na co przeznaczyć te pieniądze. Po co więc je gromadzić, skoro i tak przypadną jego synowi w dniu, w którym Harald odejdzie z tego świata?
Kobieta w jego wieku spojrzała na niego i życzliwie skinęła głową. Nagle uświadomił sobie, że stoi i się uśmiecha, przepełniony cichą satysfakcją i oczekiwaniem na to, jak na dobre nowiny zareaguje Atle.
Blix wyjrzał przez okno. W dole ospale sunął tramwaj. Ludzie poruszali się wolniej niż zwykle, jakby upał odbierał im siły.
Alexander oparł się o parapet.
Prośba celebryty wywołała w nim niechęć. Nie tylko dlatego, że zadanie wydawało się pozbawione sensu, ale także dlatego, że stawiało go w sytuacji, której obiecał sobie unikać. Udzielanie pomocy w bagatelizowaniu, tłumaczeniu lub usprawiedliwianiu działań człowieka pokroju Hamvika było błędem.
Z drugiej strony to mogły być łatwe pieniądze. Szybka robota, niezła kasa. Śledztwo nie wymagałoby wiele wysiłku, a prawdopodobieństwo znalezienia czegokolwiek, co pozwoliłoby zdyskredytować te dwie kobiety, wydawało się minimalne. Były tak młode, że najpewniej nie zdążyły zrobić w życiu niczego, co mogłoby podważyć ich wiarygodność.
Ale problem tkwił w czym innym. Blix nie podzielał sposobu myślenia Hamvika. Pomysł, by szukać potknięć w życiu innych ludzi, nie w imię sprawiedliwości, lecz po to, by odwrócić uwagę od własnych czynów, był naprawdę żałosny i prowadził do manipulacji.
A obietnica, że rozważą przyjęcie tego zlecenia, była przejawem tchórzostwa.
Powinien był odmówić Hamvikowi od razu, jeszcze w biurze. Nie potrzebował czasu na zastanowienie.
Odwrócił się od okna i podszedł do lodówki. Gdy otworzył drzwi, owiało go zimne powietrze. Wyjął dzbanek z wodą, do którego Emma wrzuciła plasterki limonki i listki mięty, zanim wyszła na lunch. Kilka kostek lodu wciąż unosiło się na powierzchni wody. Zabrzęczały o krawędź, gdy napełniał szklankę.
Przydreptał Terry. Blix wlał do jego miski wodę z kranu, a potem patrzył, jak pies cicho pochyla łeb, żeby się napić. Dwa lata temu Alexander zabrał go z ulicy, chudego i brudnego, i dał mu dom, ponieważ nikt się po psiaka nie zgłosił. Od tamtej pory Terry stał się milczącym partnerem, zawsze obecnym, zawsze czujnym. Niewiele żądał od swojego nowego pana, a sam dawał więcej, niż Blix się spodziewał.
Drzwi lodówki pozostały lekko uchylone. Blix domknął je i podszedł ze szklanką z powrotem do okna. Z tej wysokości mógł spoglądać ponad dachami sąsiednich budynków, w kierunku wieży katedry. Do jego uszu dobiegały stłumione odgłosy rozmów i śmiechu.
Na gzymsie za oknem przysiadł gołąb. Kiwał rytmicznie głową, rozglądając się dookoła. Blix dopił resztę wody, odstawił szklankę na parapet i sięgnął po telefon.
– Jak poszło spotkanie? – zapytała Emma, gdy nawiązał połączenie. Dźwięki w tle wskazywały, że dziewczyna jest na zewnątrz. Alexander szybko zrelacjonował jej przebieg rozmowy. Gdy skończył, nie odezwała się ani słowem.
Gołąb na gzymsie zerwał się do lotu. Blix położył dłoń na spoconym karku, który wydawał mu się brudny.
– Czy coś się stało? – spytał. Sekundę później drgnął.
Gdzieś na ulicy rozległ się huk. Alexander opuścił telefon i wychylił się przez okno. Kilkoro przechodniów zamarło w bezruchu. Przerażone krzyki w oddali sprawiły, że ludzie zrobili kilka niepewnych kroków, a potem rzucili się do ucieczki.
Kolejny huk.
Suchy, ostry dźwięk niósł się echem między budynkami, wprawiając powietrze w drżenie.
Blix ponownie przyłożył telefon do ucha.
– Padły strzały – powiedział. – Ktoś strzela.
Emma zatrzymała się i wyciągnęła słuchawkę z ucha. Usłyszała wystrzały, które przypominały huk fajerwerków.
– Ktoś strzela na Stortorvet – powiedział Blix. – Gdzie jesteś?
„Stortorvet”.
Przeszył ją zimny dreszcz, a nad jej górną wargą zebrały się krople potu.
– Gdzie jesteś? – powtórzył pytanie Blix.
– Będę tam za kilka minut.
Ruszyła przed siebie.
– Co? Nie możesz…
– Irene i Martine wybierały się na Stortorvet – wyjaśniła, rozglądając się szybko na boki, zanim przeszła przez ulicę tuż za przejeżdżającym tramwajem.
– Emmo…
Blix urwał w pół zdania, bo padł kolejny strzał. Tym razem dźwięk był głośniejszy, dobiegał z bliższej odległości. Powietrze wypełnił krzyk ludzi, którzy biegli w jej stronę. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Jedni płakali, innych ogarnęła niema panika.
– Zostań tam, gdzie jesteś – prosił Blix. – Trzymaj się od Stortorvet z daleka.
Myśl o Irene i Martine napędzała ją do działania. T-shirt przykleił się jej do spoconej skóry na plecach.
– Spróbuję do niej zadzwonić.
– Okej…
Rozłączyła się i zatrzymała na chwilę, nie była w stanie wybrać właściwego numeru. W końcu jej się udało.
Pobiegła dalej.
Telefon dzwonił. I dzwonił.
Każdy sygnał dzwonka ciągnął się w nieskończoność. „No dalej!”, błagała w myślach, zwiększając tempo. „Odbierz, do cholery!”
Biegła najszybciej, jak umiała, przecięła deptak na wysokości Steen & Strøm. Każdy krok na nierównym bruku był niepewny i powodował lekki ucisk w łydkach.
Na rogu Karl Johans gate skręciła w prawo i napotkała kolejną falę spanikowanych przechodniów. Jakaś matka ciągnęła płaczącą córkę w stronę pobliskiego sklepu w poszukiwaniu schronienia. Ekspedientka właśnie opuszczała bramę roletową, ale pozwoliła im się schować w środku.
Kolejny strzał przeciął powietrze. Ulice wypełniły kolejne rozpaczliwe krzyki. Emma wbiegła na Møllergata. Musiała odskoczyć w bok, gdy taksówka wjechała na chodnik, chcąc wyprzedzić inny samochód. Kierowca zatrąbił i pojechał dalej.
Ludzie rozpierzchli się we wszystkich kierunkach. Emma podniosła wzrok i zobaczyła kilka otwartych okien i łopoczących zasłon, ale żadnej broni.
Zwolniła. Płuca ją paliły. Irene wciąż nie odbierała. Włączyła się poczta głosowa: „Cześć, niestety nie mogę teraz…”.
Emma wyłączyła telefon.
Zbliżała się do Stortorvet. Cieszyła się, że tę część placu otaczają drzewa. Jakiś mężczyzna schował się za jednym z nich. Jego oczy były szeroko otwarte z przerażenia.
Tuż za nim, na torach tramwajowych, leżała porzucona w pośpiechu hulajnoga elektryczna.
Emma rozejrzała się dookoła. Z okien spoglądały na nią twarze świadków tego mrożącego krew w żyłach zdarzenia.
Ale nigdzie nie było widać strzelca.
Ostrożnie lawirowała między straganami. Jeden z pracowników leżał na ziemi za stołem, zasłaniając uszy dłońmi. Jego ciałem wstrząsał cichy szloch.
Emma odsunęła kopniakiem porzucony wózek sklepowy i szła dalej, mijając wiadra z różami, liliami i tulipanami. Z przedziurawionego węża ogrodowego tryskała woda. Tworzące łuk krople mieniły się w słońcu.
Zatrzymała się za samochodem dostawczym. Stała zwrócona plecami do rozgrzanego słońcem metalu i ciężko dyszała. Pot szczypał ją w oczy.
Na placu panowała złowróżbna cisza. Od ostatniego strzału minęło trochę czasu. W każdej chwili mógł paść kolejny, ale nie sposób było określić, gdzie ukrył się snajper. Ta myśl napawała Emmę grozą.
Ostrożnie wyjrzała zza furgonetki.
Na spalonym słońcem Stortorvet leżały ciała, kilka z nich zupełnie nieruchomo. Postrzelony w nogę starszy mężczyzna czołgał się na przedramionach, zostawiając za sobą krwawą smugę.
Wszędzie było widać ślady paniki. Przewrócone wiadra, porozrzucane bukiety kwiatów, torebki, okulary przeciwsłoneczne i telefony komórkowe znaczyły drogę ucieczki zaatakowanych ludzi.
Nagle Emma zastygła.
Wszystkie dźwięki wokół niej ucichły.
Na środku Stortorvet klęczała Martine.
Jej drobnym ciałem wstrząsały spazmy. Obok niej leżała Irene. Rozrzucone wokół głowy włosy przypominały wachlarz. Ciemna kałuża krwi wypływająca spod jej ciała na jasnoszary bruk z każdą chwilą stawała się coraz większa.
– Zostań.
Blix szybkim ruchem zamknął drzwi na klucz. Skowyt Terryʼego towarzyszył mu aż na parter.
W pobliżu wyjścia stał mężczyzna w garniturze i wyglądał przez okno. Blix nacisnął przycisk dla niepełnosprawnych. Drzwi otworzyły się na zewnątrz. Na dźwięk zamka mężczyzna wzdrygnął się i odwrócił.
– Chryste Panie, nie może pan teraz wyjść! – zawołał. – Ktoś tam strzela!
Blix niemal niedostrzegalnie skinął głową, ale nie odpowiedział. Bez słowa wyszedł na dwór. Fala gorącego powietrza uderzyła go niczym żar z piekarnika.
To był drugi raz w ciągu niespełna tygodnia, kiedy w centrum miasta padły strzały. Poprzednio jedna osoba zginęła, a kilka zostało rannych. Sprawcy nie ujęto.
Blix skręcił w lewo. Poruszał się najszybciej, jak mógł, wzdłuż fasad budynków. Przed biurowcem na Grensen zwykle tętniło życie. Samochody, tramwaje, ludzie pielgrzymujący od sklepu do sklepu. Teraz ulice były praktycznie puste, skąpane w upiornej ciszy.
Na rogu Møllergata zatrzymał się i przycisnął plecy do szorstkiego muru. Przedramieniem otarł pot z czoła. Według jego szacunków od ostatniego strzału minęło około półtorej minuty. Im dłużej trwała przerwa, tym bardziej prawdopodobne, że sprawca się wycofał. Atak snajperski zwykle nie trwał długo. Często kończył się, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, skąd padły strzały.
Gwałtownym ruchem rzucił się przez przejście dla pieszych. Biegł skulony. Po drugiej stronie ulicy zatrzymał się i ponownie przywarł do ściany domu.
W uszach czuł bicie serca.
Snajper mógł się ukryć gdziekolwiek, rozumował Alexander, może w samochodzie lub w jednym z budynków. Najprawdopodobniej strzelał z okna, pewnie na jednym z wyższych pięter. Dzięki temu miał lepszy widok. Poza tym już po wszystkim będzie musiał uciec, najlepiej niezauważony, chyba że ma przygotowane miejsce, w którym może się zaszyć na jakiś czas. W samym sercu Oslo to raczej mało prawdopodobne.
Blix spojrzał przed siebie i poczuł, jak uchodzi z niego całe powietrze.
Stortorvet wyglądał jak pole bitwy. Ciała leżały na wybrukowanym placu, za przewróconymi ławkami i pod krzesłami, którymi rzucano w panice. Na ziemi walały się rozdarte torby z zakupami, porzucone w desperackiej ucieczce.
W środku tego chaosu dostrzegł Emmę.
Klęcząc, obejmowała chude ciało siostrzenicy.
– Mój Boże – powiedział cicho Blix.
Na środku placu były łatwym celem.
Alexander zrobił krok na ulicę. Skulił się i przebiegł zygzakiem przez tory tramwajowe. Bał się, że lada chwila usłyszy kolejne strzały albo, co gorsza, że sparaliżuje go ostry, kłujący ból gdzieś w ciele.
Przy krawężniku zobaczył zwiniętą w kłębek kobietę. Trzymała się za ramię, a jej twarz wykrzywiał ból. Spomiędzy jej palców tryskała krew. Blix uklęknął tuż obok.
– Pomoc jest już w drodze – powiedział. – Proszę uciskać mocno ranę.
Kobieta z powagą skinęła głową.
Kilka metrów dalej leżał na plecach starszy mężczyzna. Pośrodku klatki piersiowej, pod rozdartą koszulą, widniała ciemna rana. Twarz miał zwróconą ku niebu, ale jego spojrzenie było pozbawione wyrazu. Za nim siedział na ziemi młody chłopak, który trzymał się za łydkę. Patrzył przed siebie pustym wzrokiem.
– Ukryj się gdzieś! – krzyknął Blix, ale chłopak nawet nie drgnął.
– Help.
Azjata siedzący na lewo od nastolatka spojrzał na Alexandra błagalnym wzrokiem. – Help me. Please.
Blix próbował zlokalizować ranę, gdy powietrze przeszył kolejny strzał.
Detektyw rzucił się na ziemię. Nie widział, w co ani w kogo trafił pocisk, ale niemal natychmiast rozległ się przeraźliwy krzyk. Jakaś kobieta, pomyślał Blix, rozglądając się szybko dookoła. Po chwili padł jeszcze jeden strzał. Alexander zmrużył oczy i wstrzymał oddech.
– Cholera!
Bez namysłu podniósł się i podbiegł do chłopaka, który wciąż siedział nieruchomo, jakby przymarzł do ziemi. Blix złapał go za ramię i pociągnął za stragan z kwiatami. Woń róż mieszała się z metalicznym zapachem krwi nastolatka.
– Zostań tu – rozkazał. – Zaczekaj na pomoc.
Ochrypł z wysiłku.
Ponownie spojrzał na środek placu.
– Emmo! – krzyknął, machając ręką. – Musicie stamtąd uciekać!
Odwróciła głowę w jego stronę. Miała szeroko otwarte oczy, ale nie zareagowała.
Blix zaczął biec. Kostka brukowa była śliska. Dotarcie do Emmy zajęło mu ledwie kilka sekund. Na ziemi przed Martine, w ogromnej kałuży krwi, leżała bez ruchu Irene.
– Szybko! – powiedział. – Musimy uciekać.
– A co z Irene?
Emma spojrzała na niego. Po jej policzkach płynęły łzy.
– Teraz nie możemy jej pomóc – odparł stanowczo. – Przebywanie tutaj jest zbyt niebezpieczne. Chodźcie!
Pociągnął ją za ramię.
Emma podniosła się, ale Martine stawiała opór.
W następnej chwili rozległ się kolejny strzał. Blix poczuł pęd powietrza. Pocisk przeleciał tuż nad jego głową.
– Schowajcie się tam! – krzyknął, wskazując najbliższy samochód dostawczy. – Za tą białą furgonetką. Biegiem!
Sam popędził w stronę pobliskiego drzewa. Trzy osoby zbite w ciasną gromadę były łatwiejszym celem dla strzelca, który prawdopodobnie właśnie kalibrował przyrząd optyczny. Od grubego pnia dzieliło Blixa zaledwie kilka metrów, gdy znów padł strzał.
Blix doskoczył do drzewa, przykucnął i przylgnął do szorstkiej kory, starając się maksymalnie skurczyć. Z miejsca, w którym się chował, nie widział Emmy ani Martine. Nie miał pojęcia, czy zostały trafione.
Na Stortorvet znowu zapadła cisza.
Zupełnie jakby plac wstrzymał oddech w oczekiwaniu na kolejny strzał, który mógł nastąpić w każdej chwili.
A może snajper miał już dość?
Przerwa mogła być manewrem mającym zmylić przeciwnika. Blix nie był pewny, ale poprzednio odstęp między strzałami trwał co najmniej dwie–trzy minuty.
Wyjął telefon komórkowy i próbował zadzwonić pod numer alarmowy, ale nie uzyskał połączenia. Po kolejnych kilku minutach wyjrzał ostrożnie zza drzewa. Irene wciąż leżała nieruchomo.
Blix widział wiele w swojej karierze policyjnej, ale nigdy nie był świadkiem takiej sceny, takiej zbrodni.
Pełną napięcia ciszę przerwał dobiegający z oddali dźwięk syren. Blix poczuł ulgę. Ale jednocześnie przyszła mu do głowy myśl: czy personel karetki pogotowia odważy się podejść do ofiar?
Wciąż żadnych nowych strzałów.
Blix zaryzykował i wyszedł zza drzewa.
Dźwięk syren przybierał na sile.
To najprawdopodobniej koniec, stwierdził Blix i zrobił kilka kroków w stronę środka placu. Słońce paliło go w szyję. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest mokry od potu. Miał dziurę w rękawie i krwawił, chociaż nie pamiętał, gdzie i kiedy się zranił.
W następnej chwili zza białej furgonetki wyłoniła się Emma. Jej twarz była blada i napięta.
– Gdzie jest Martine? – zapytał Blix.
– Kazałam jej czekać za samochodem – odrzekła Emma. – Na wszelki wypadek.
Rozejrzeli się niepewnie.
Razem podeszli do Irene. Blix zobaczył, że kobieta została trafiona w udo, a jednocześnie krwawiła z rany na głowie.
Rana uda wydawała się poważniejsza. Krew tryskała z dziury po kuli. Gdyby pocisk przebił tętnicę główną, Irene w krótkim czasie by się wykrwawiła.
– Weź to – powiedział, ściągając pasek. – Zaciśnij go powyżej rany wlotowej. Z całej siły.
Emma uklękła i przeciągnęła pasek pod udem siostry. Dłonie Emmy natychmiast pokryły się krwią.
– Z całej siły – powtórzył. – A ja sprowadzę pomoc.
Zrobiła, jak jej polecił, zaciskając przy tym powieki. Jej oczy znów zaszły łzami.
Blix wstał, szybko się rozejrzał i zobaczył, że więcej osób przybyło na pomoc rannym. Ludzie klęczeli przy ofiarach, tamowali krew elementami garderoby, wzywali pomocy. Spontanicznie, w odruchu serca próbowali ratować innym życie pośród kompletnego chaosu.
Po chwili na miejsce dotarła pierwsza karetka pogotowia. Tuż za nią nadjechała kolejna, a za nią pojawiło się kilka oznakowanych radiowozów. Niebieskie światła tańczyły przed katedrą.
Blix podbiegł do jednej z karetek i chwycił za ramię młodego mężczyznę w czerwonym uniformie z zielonymi pasami fluorescencyjnymi.
– Ona ma priorytet – powiedział stanowczo, wskazując Irene. – Straciła dużo krwi.
Mężczyzna razem z kolegą zabrał z ambulansu nosze i potrzebny sprzęt i pobiegł do rannej. Emma podniosła się i odeszła na bok. Jej spodnie przesiąkły krwią, a dłonie były ciemnoczerwone.
Blix rozejrzał się dookoła.
Jeden z policjantów zaczął odgradzać plac. Pojawili się ludzie, którzy znaleźli schronienie na Torggata. Kilka osób odważyło się wyjść z katedry. Mieszkańcy okolicznych domów wyglądali przez okna. Wielu z nich trzymało w ręce telefon komórkowy.
Z czasem zaczęły powracać odgłosy miasta. Mewy ostrzegające się przed zagrożeniem, gruchające gołębie. Niektórzy ludzie krzyczeli, inni płakali. Cywile, którzy wciąż znajdowali się po wewnętrznej stronie barierek, byli przerażeni.
Ze skrzyżowania z Møllergata odjechała karetka i włączyła sygnały dźwiękowe. Ludzie rozstąpili się na boki.
Jakiś mężczyzna w ciemnej czapce z daszkiem i z niebieskim plecakiem szedł chodnikiem na wysokości Glasmagasinet2. Coś w tej postaci przykuło uwagę Blixa. Czujność wynikająca z doświadczenia zwykle pojawiała się, zanim Alexander w pełni zrozumiał dlaczego. Sposób, w jaki mężczyzna się poruszał, jakby nie pasował do reszty. Szedł zdecydowanym krokiem, a wzrok miał utkwiony prosto przed siebie, jakby chaos za policyjnymi barierkami w ogóle go nie dotyczył. To wyglądało jak próba wymknięcia się stąd niezauważonym.
Blix ruszył w jego stronę.
– Dokąd idziesz? – rzuciła za nim Emma.
– Muszę coś sprawdzić – odparł, nie spuszczając oczu z mężczyzny. – Zaraz wracam.
2 Glasmagasinet – centrum handlowe przy Stortorvet 9-11 w Oslo, pierwszy dom towarowy w Norwegii.
– Uratujecie ją?
Emma spostrzegła, że jej głos ledwo się niósł.
– Zrobimy, co w naszej mocy – odparł jeden z ratowników.
– Raz, dwa…
W następnej sekundzie ostrożnie przenieśli Irene na nosze. Jej głowa opadła bezwładnie na bok. Blond włosy miała posklejane ciemną krwią. Emma z trudem przełknęła ślinę. Irene przypominała lalkę, z zamkniętymi oczami i pozbawionymi czucia rękami, bez śladu życia na bladej twarzy.
Emma odprowadziła ich do karetki. Przez całą drogę nie mogła opanować drżenia nóg.
Ratownicy wsunęli nosze do samochodu. Jeden z nich usiadł obok rannej. Emma miała właśnie zapytać, czy może towarzyszyć siostrze, gdy nagle przypomniała sobie, że Martine czeka na nią za furgonetką.
Drzwi ambulansu zamknęły się z głuchym łoskotem.
Emma zaniosła się szlochem i złapała za głowę. Lepkie palce wplątały się we włosy. Ostatnim wspomnieniem związanym z siostrą była kłótnia. Nie miała pojęcia, czy jeszcze kiedyś będą mogły ze sobą porozmawiać. Zrobiło jej się niedobrze.
Karetka ruszyła. Emma śledziła ją wzrokiem, aż ta zniknęła za katedrą.
Odwróciła się w stronę placu. Nie była w stanie ogarnąć wzrokiem wszystkiego, co widziała, wszystkiego, co się tam działo. Kakofonia dźwięków, ruchu, emocji była wprost niewyobrażalna. Szok. Rozpacz. Podmuch wiatru porwał z ziemi stos papierów i uniósł je w powietrze. Rozpoznała logo Amnesty International.
Przyjrzała się sobie. Nogawki spodni przesiąknięte krwią. Ręce pokryte skrzepłą krwią siostry. Czerwone plamy na białej bluzce. Wiedziała, że ten widok jeszcze bardziej przerazi Martine.
Muszę być silna, powtarzała sobie w duchu, idąc w kierunku białej furgonetki. Dla dobra Martine.
Ale co jej powiedzieć?
Prawda – że nie wiadomo, czy Irene przeżyje – była zbyt brutalna dla dwunastolatki.
Emma zmusiła się do wzięcia kilku głębokich wdechów. Pomogło. Poczuła, że powoli się uspokaja. Przyspieszyła i obeszła vana od drugiej strony. Gwałtownie się zatrzymała.
Siostrzenicy tam nie było.
Emma rozejrzała się gorączkowo dookoła.
– Martine! – krzyknęła. – Marti…
Jej głos stłumił hałas panujący na placu. Emma obróciła się wokół własnej osi, wypatrując siostrzenicy.
Po Martine nie było śladu.
Poczuła ostry ucisk w przeponie.
Próbowała przypomnieć sobie, w co Martine była ubrana. W białą letnią sukienkę. I czerwone, płaskie buty? Tak. Cienkie, czerwone sneakersy. Emma chodziła po placu, przez cały czas rozglądając się wokół siebie.
Wszędzie roiło się od ludzi.
– Martine! – zawołała ponownie, tym razem głośniej. Kilka osób odwróciło się w jej stronę, ale Martine nie było wśród nich.
Emma obeszła inne samochody stojące na placu. Zajrzała pod nie. Weszła między stragany z kwiatami i sprawdziła pod stołami i za stojakami na rośliny, ale bez powodzenia.
Chryste Panie, powiedziała w myślach, co się z nią stało? Może…
Nie.
Nie mogła oddalić się z nikim innym. Nie teraz. Najprawdopodobniej poszukała sobie innej kryjówki, pocieszała się Emma. Tylko to miało sens.
Wyszła spomiędzy straganów i ponownie zawołała siostrzenicę po imieniu. W jej głosie słychać było przerażenie.
Ruszyła w stronę Karl Johans gate.
Jeśli Martine dokądś poszła, to musiała udać się właśnie w tym kierunku, jak najdalej od Stortorvet.
Emma zajrzała w pobliską bramę. Pusto. Rzuciła okiem za otwarte na oścież drzwi magazynu. Pusto. Zajrzała pod samochód z wybitą tylną szybą. Na ziemi leżały drobne kawałki szkła.
Ale tam też nie było Martine.
Biegła od budynku do budynku, nie przestając nawoływać siostrzenicy. Wkrótce dostała zadyszki.
Przy Karl Johans gate zatrzymała się i omiotła wzrokiem okolicę od lewa do prawa. Nigdy nie widziała głównej ulicy miasta tak pustej jak teraz.
Już miała pójść dalej, gdy nagle jej wzrok padł na dziewczynkę w czerwonych butach siedzącą na chodniku przy wejściu do sklepu odzieżowego. Nastolatka przyciskała plecy do ściany, a podciągnięte do brody kolana obejmowała ramionami. Ze wzrokiem wbitym w ziemię kołysała się w przód i w tył.
– O Boże! – wykrzyknęła Emma.
Poczuła niewyobrażalną ulgę. Podbiegła do siostrzenicy i stanęła przed nią.
– Martine – wyszeptała, jakby nie chciała jej przestraszyć.
Dziewczynka podniosła wzrok, ale wyglądała tak, jakby jej nie poznała.
Emma uklękła.
– To ja. Ciocia Emma. Jesteś już bezpieczna.
Nagle Martine rzuciła się Emmie na szyję i ukryła twarz w jej ramieniu.
Emma mocno ją do siebie przytuliła.
Drobne ciało dwunastolatki dygotało bezgłośnie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Oslo 2018. Była królowa biegów długodystansowych Sonja Nordstrøm nie pojawia się na promocji swojej kontrowersyjnej autobiografii „Wieczna mistrzyni”. Jeszcze tego samego dnia dwudziestoczteroletnia słynna blogerka Emma Ramm zjawia się w domu Nordstrøm, który okazuje się otwarty i nosi ślady walki. Do telewizora sportsmenki ktoś przyczepił numer startowy z liczbą 1.
Okoliczności zmuszają Emmę i Blixa do podjęcia współpracy. Każde z nich na swój sposób stara się zdemaskować i powstrzymać skrupulatnego i bezlitosnego zabójcę, który najwyraźniej ma ochotę dodać sytuacji jeszcze większego dramatyzmu. Chce zwrócić na siebie uwagę. I wygląda na to, że dopiero się rozgrzewa...
Noc sylwestrowa. Alexander Blix patroluje ulice Oslo, gdy na Rådhuskaia, w środku tłumu, wybucha bomba. W chaosie, który powstaje, Blix ratuje z basenu portowego nieprzytomną, mocno poparzoną kobietę. Gdy poznaje jej nazwisko, przypomina mu się dawna sprawa zaginięcia dziecka.
Dziennikarka Emma Ramm przeżywa osobistą tragedię w związku z zamachem bombowym i próbuje się z tego otrząsnąć w jedyny znany sobie sposób: angażując się w dziennikarstwo śledcze. Drogi Blixa i Ramm znowu się krzyżują. Blix prowadzi śledztwo konsekwentnie podążając własnymi ścieżkami, a Emma przez cały czas depcze mu po piętach.
Alexander Blix i Emma Ramm siedzą w oddzielnych pokojach przesłuchań i składają zeznania w sprawie tego samego zdarzenia. Blix zastrzelił mężczyznę, a jego własna córka, Iselin, walczy o życie.
Trzydzieści sześć godzin wcześniej ktoś dzwoni do drzwi Sofii Kovic, najbliższej współpracownicy Blixa. Kobieta ginie od jednego strzału i wszystko wskazuje na to, że to była egzekucja. A tymczasem chwilę przed mordercą wróciła do domu Iselin, która wynajmuje u Sofii pokój na piętrze…
W tych dramatycznych okolicznościach Emma proponuje Blixowi pomoc w opiece nad córką. Niestety jedna błędna decyzja Emmy będzie miała fatalne skutki dla całej trójki.
Alexander Blix, skazany za pomszczenie śmierci swojej córki, przebywa w jednym z norweskich więzień o zaostrzonym rygorze. Współwięźniowie wykorzystują każdą okazję, by upokorzyć byłego policjanta. Niekiedy posuwają się naprawdę daleko...
Tymczasem dawni koledzy Blixa rozpoczynają polowanie na groźnego zabójcę. Walter Kroos uciekł z więzienia w Niemczech i przekroczył norweską granicę. Jedynym łącznikiem między Kroosem a Norwegią, jak ustaliła policja, jest osadzony na oddziale więziennym Blixa. Śledczy zwracają się do byłego policjanta o pomoc.
Dziennikarka Emma Ramm, jedna z nielicznych osób odwiedzających Blixa, staje się jego współpracownicą. Pomaga mu znaleźć powiązania między przeszłością i teraźniejszością, a także między światem więziennym i tym poza murami więzienia.
Alexander Blix jest byłym szefem ekipy śledczej, który stracił wszystko: pracę i córkę. Dawni koledzy z policji trzymają go na dystans. Kiedy więc kontaktuje się z nim nieznajomy mężczyzna i ujawnia, że popełnił zbrodnię, która od dwóch lat nie daje Blixowi spokoju, były policjant zostaje z tym sam.
Jego dawna współpracowniczka i była dziennikarka Emma Ramm pracuje właśnie nad sprawą mężczyzny podejrzewanego o zabójstwo kobiety, który został aresztowany, mimo że ciała ofiary nie odnaleziono.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1
2
3
4
5
6
7
8
9
Okładka
Strona tytułowa
