Wydawca: Smak Słowa Kategoria: Kryminał Język: polski

Seria o komisarzu Williamie Wistingu. Ślepy trop ebook

Jorn Lier Horst  

4.52 (25)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Seria o komisarzu Williamie Wistingu. Ślepy trop - Jorn Lier Horst

Samotna matka, Sofie Lund, przeprowadza się z roczną córeczką Mają do domu, który odziedziczyła po dziadku, trudnym w kontaktach człowieku, od lat pozostającym w kręgu zainteresowania policji. Sofie postanawia wynająć firmę sprzątającą, aby wyrzucić z domu wszystkie pamiątki po krewnym, o którym najchętniej chciałaby zapomnieć. Pozostaje po nim tylko sejf, przytwierdzony na stałe do podłogi w piwnicy.

W sejfie leży coś, co zaskoczy nie tylko Sofie Lund, ale też wszystkich pracowników komendy policji w Larviku. Tajemniczy przedmiot doprowadzi do ponownego otwarcia sprawy, która od dawna nie daje spokoju Williamowi Wistingowi.

Wisting dostrzega wreszcie możliwe rozwiązanie, nić, po której można spróbować dojść do kłębka. Aby tego dokonać, będzie musiał złamać koleżeńską solidarność i podważyć zaufanie do instytucji, którą sam reprezentuje.

Jørn Lier Horst oddaje w nasze ręce swoją najnowszą powieść kryminalną Ślepy zaułek – jedną z najlepszych, jaka wyszła spod pióra byłego policjanta.

Svein Gjeruldsen, Tvedestrandsposten

Merytoryczna dokładność i wiarygodność w powieściach kryminalnych Jørna Liera Horsta wynosi je wysoko ponad przeciętną.

Torbjørn Ekelund, Dagbladet

Klasyczny kryminał w najlepszym stylu.

Eva Myklebust, Fædrelandsvennen

Cóż, jedna z absolutnie najlepszych książek Horsta. A to już mówi całkiem sporo.

Tarald Aano, Stavanger Aftenblad

Jørn Lier Horst (ur. 27.02.1970) to norweski pisarz i dramaturg; do września 2013 pracował jako szef wydziału śledczego Okręgu Policji Vestfold, obecnie jest pełnoetatowym pisarzem. Studiował kryminologię, filozofię i psychologię. Jest autorem przedstawień dla Teater Ibsen; od dwóch lat ukazują się również jego powieści kryminalne w tzw. serii CLUE, przeznaczone dla młodszych czytelników.

Horst zadebiutował w 2004 powieścią „Nøkkelvitnet” (Świadek koronny). Stworzył w ten sposób cykl powieści kryminalnych, w których głównym bohaterem jest William Wisting, policjant pracujący w Larviku. W Polsce wyszły następujące tomy z serii o Williamie Wistingu: "Jaskiniowiec" (2104), "Psy gończe" (2015) i "Poza sezonem" (2015).  

Opinie o ebooku Seria o komisarzu Williamie Wistingu. Ślepy trop - Jorn Lier Horst

Fragment ebooka Seria o komisarzu Williamie Wistingu. Ślepy trop - Jorn Lier Horst

1

Przejechała obok dużego białego domu dwukrotnie. Za trzecim razem zatrzymała auto na ulicy.

Okazała willa o półszczytowym dachu stała za parkanem z białych sztachet i żywopłotem. Otaczały ją stare drzewa o powykręcanych gałęziach. Szachownica szyb okiennych skrywała panującą w środku ciemność.

Dom był większy, niż go zapamiętała, właściwie o wiele dla niej za duży.

Ostatnio była tu dziewiętnaście lat temu i obiecała sobie wtedy, że już nigdy nie wróci. A teraz miała tu zamieszkać.

Podniosła leżącą na siedzeniu pasażera kopertę, wytrząsnęła z niej klucz. Do breloka przypięła etykietę, na której adwokat zapisał z jednej strony nazwisko jej dziadka, a z drugiej adres: „Frank Mandt. Johan Ohlsens gate, Stavern”.

Nie mogła się uwolnić od myśli, że on także trzymał kiedyś ten klucz w ręku. Nosił go w kieszeni, bawił się nim, zaciskał na nim palce.

Nie lubiła myśleć o nim jako o swoim dziadku, starała się nie używać tego słowa. W jej głowie zawsze był Starcem. Tak właśnie go pamiętała, jako starego człowieka, mimo że gdy go ostatnio widziała, nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat. Był wysoki i potężny, miał ciemne, głęboko osadzone oczy, gęste siwe włosy i mały, zupełnie biały wąsik.

Przypomniało jej się, jak zobaczyła go kiedyś w trakcie obchodów 17 Maja. Szła w dziecięcym pochodzie, który mijał jego dom, a Starzec stał na przeszklonej werandzie z dłońmi splecionymi na plecach i krytycznie lustrował maszerujące dzieci, zaciskając wargi. Chciała mu wtedy pomachać, ale on odwrócił się tylko i zniknął w głębi domu.

Odłożyła klucz i znów zerknęła na willę. Zdawało jej się, że wieje od niej chłodem, nawet w ten ciepły lipcowy dzień.

Nagle usłyszała kwilenie dobiegające z dziecięcego fotelika i odwróciła głowę.

– Obudziłaś się, Majeczko? – posłała córce uśmiech i wyciągnęła do niej ręce. – Jesteśmy na miejscu.

Dziewczynka zagulgotała, uśmiechnęła się i zamrugała oczami. Na szczęście nie była podobna do ojca. Ciemne oczy i włosy odziedziczyła po niej.

– I moje dołeczki w policzkach, rzecz jasna – powiedziała kobieta i połaskotała córeczkę pod brodą, zachęcając ją do ich zaprezentowania. Poradzą sobie we dwie. Kiedyś była sama z matką. Teraz jest sama z dzieckiem.

Odwróciła się do kierownicy, wrzuciła bieg i okrążyła dom, po czym zaparkowała przed garażem na tyłach posesji. Wzięła klucz, wysiadła i wypięła córeczkę z fotelika.

Do drzwi wejściowych prowadził ganek z kolumnami, ozdobiony wyszukanym ornamentem, typowym dla domów budowanych przed stu laty.

Klucz wszedł gładko do zamka. W środku pachniało czystością i świeżością, nie było zaduchu, którego się obawiała.

Adwokat załatwił wszystko tak, jak sobie zażyczyła. Z domu usunięto meble, sprzęty i bibeloty. Wszystko, co mogło cokolwiek przypominać. Przywodzić na myśl przeszłość.

Ruszyła do kuchni i dalej do salonu. Jej kroki odbijały się echem od nagich ścian.

Blade światło słoneczne sączyło się przez okno, rysując na podłodze jasne wzory.

Może tu być całkiem przytulnie, pomyślała, zerkając na mały park po drugiej stronie ulicy. Ten wielki dom może być dobrym początkiem zupełnie nowego życia.

Prowadzące na piętro szerokie schody skrzypiały. Oparła Maję na drugim biodrze i weszła do pokoju, który kiedyś był sypialnią jej matki. Postała tam trochę, choć prawdę mówiąc, nie czuła nic szczególnego, po czym zerknęła na zegarek. Za kwadrans dziesiąta. Samochód z firmy zajmującej się przeprowadzkami mógł przyjechać w każdej chwili.

Zajrzała pospiesznie do pozostałych pokoi, zeszła na parter i zbadała resztę domu.

Zatrzymała się na chwilę przy drzwiach do piwnicy, w końcu je otworzyła. Zapaliła światło i zeszła po kilku pierwszych wyślizganych stopniach.

Znaleźli go tam na dole któregoś dnia w styczniu. Musiał spaść mniej więcej z tej wysokości, na której się teraz znajdowała. Na jasnej cementowej podłodze widać było ciemniejszą plamę. Zdaniem lekarza leżał tam trzy dni, zanim znalazł go jeden ze znajomych.

Była jego jedyną żyjącą krewną, ale nie wzięła udziału w przygotowaniach do pogrzebu ani w samej ceremonii. Wtedy nie wiedziała nawet o tym, że jest jedyną dziedziczką willi, wartej milion koron, i pieniędzy na jego koncie. Gdy ją o tym powiadomiono, w pierwszej chwili pomyślała, że się zrzeknie spadku. Że pieniądze po Franku Mandcie są brudne i nie chce mieć z nimi do czynienia. W końcu jednak doszła do wniosku: a właściwie czemu nie? Przecież odrzucenie takiego majątku byłoby z jej strony głupotą.

Zeszła do piwnicy z córeczką na rękach. Powietrze było tu cięższe niż na górze. Unoszący się zapach zgnilizny przywodził na myśl przejrzałe owoce albo kwiaty, które zbyt długo stały w wazonie.

W jednym z piwnicznych pomieszczeń urządzono łazienkę z sauną, w innym, które musiało być siłownią, zobaczyła przytwierdzoną do ściany drabinkę gimnastyczną.

W pokoju na samym końcu korytarza znalazła sejf. Adwokat powiedział jej, że nie da się go wynieść. Był nie tylko duży i ciężki, ale także najpewniej przytwierdzony do podłogi wkręconymi od wewnątrz śrubami. Ekipa sprzątająca dom liczyła na to, że znajdzie klucz, ale nigdzie go nie było. Miała do nich pełne zaufanie. Kiedy w jednej z szafek kuchennych natknęli się na kopertę z niemal trzydziestoma tysiącami koron w gotówce, natychmiast ją jej oddali. Rzecz jasna w tak wielkim domu mogło się znajdować więcej pieniędzy, o których nie dali jej znać, ale wierzyła ich zapewnieniom, że nie znaleźli klucza i nie otworzyli sejfu.

Pogładziła go dłonią. Dotyk zimnej stali przyprawił ją o dreszcz.

Ukucnęła i odsunęła małą metalową płytkę zasłaniającą dziurkę od klucza, spróbowała zajrzeć do środka.

Irytowała ją myśl o zagubionym kluczu. Sejf stał na samym środku pokoju i zajmował dużo miejsca. A przecież kiedyś może będzie chciała umeblować to pomieszczenie.

Na ulicy zatrąbił samochód. Zerknęła na zegarek. Dziesiąta. Ludzie od przeprowadzek przyjechali punktualnie.

Wyszła przed dom, by się przywitać. Gdy cofali ciężarówkę i parkowali, otworzyła bagażnik swojego auta i wyjęła pudełko, w którym przywiozła nową tabliczkę, zrobioną na zamówienie w Oslo. Powiesiła ją na gwoździu przy drzwiach wejściowych.

„Sofie i Maja Lund”.

Gospodyni z sąsiedniego domu zerkała na nią zza kraciastej kuchennej firanki. Sofie jej pomachała, ale kobieta nie odwzajemniła pozdrowienia.

2

William Wisting stał w drzwiach sypialni, przyglądając się kobiecie śpiącej w jego łóżku. Promienie słońca wpadały do środka przez szpary w zasłonach, tworząc na jej twarzy wzory, lecz najwidoczniej nie zakłócając odpoczynku.

Pracował z Christine Thiis od niemal dwóch lat. Była od niego młodsza o półtorej dekady i miała dwoje nastoletnich dzieci. Po rozwodzie zostawiła dobrze płatną posadę obrońcy sądowego w Oslo i przeniosła się z nimi do Larviku.

Dobrze się z nią pracowało, była nastawiona na efekty, przedsiębiorcza i sama wychodziła z inicjatywą, a poza tym miała wyjątkową umiejętność podejmowania właściwych decyzji we właściwym czasie.

Rozmawiali ze sobą wyłącznie o pracy. Nie zwierzała mu się ze spraw osobistych. Gdy jeździli razem na szkolenia, od razu po zakończeniu części merytorycznej zawsze wracała do domu albo szła do hotelowego pokoju. Nigdy nie dała się zaprosić po pracy na piwo, nie brała udziału w bożonarodzeniowych przyjęciach. Dlatego Wisting był zaskoczony, gdy zgodziła się wpaść na letnią imprezę, którą organizował u siebie w domu.

Delikatne drgania jej twarzy zdradzały, że wyczuła jego obecność. Wisting zamknął ostrożnie drzwi i zszedł do salonu. Musiała odespać. Do łóżka odprowadził ją Nils Hammer. Wypiła prawie dwie butelki wina. Zasiedzieli się do świtu. Za oknem wstawał już nowy dzień, zaczynały ćwierkać ptaki.

W jednym z kieliszków na stole w salonie miotała się mucha. W końcu zabzyczała żałośnie, dokonując żywota w resztce wina.

Wisting podszedł do sofy, złożył koc, pod którym spał tej nocy, i poprawił poduszki. Zebrał kieliszki ze stołu i zaniósł je do kuchni, załadował zmywarkę i stanął na chwilę w oknie, spoglądając na pomalowany brązową bejcą dom na zakręcie, w którym mieszkała Line.

Nie czuł się zbyt komfortowo na myśl o powodach jej wyjazdu z Oslo i powrotu do Stavern, ale mimo to cieszył się, że była tak blisko. Chociaż nie był zachwycony, że kupiła właśnie ten dom. Miał wrażenie, że czuć w nim zapach śmierci. Człowiek, który wcześniej tam mieszkał, nazywał się Viggo Hansen. Przed ośmioma miesiącami znaleźli go martwego w fotelu w salonie. Siedział tak przez cztery miesiące i nikt z sąsiadów nie zareagował.

Wydawało się, że Line wcale nie dokuczały myśli o zmarłym mężczyźnie. To zresztą do niej podobne. Zawsze była nieustraszona i miała bardzo pragmatyczne podejście do życia. Poza tym kupiła ten dom za naprawdę okazyjną cenę. Okoliczności sprawiły, że jego wartość rynkowa drastycznie spadła. Gdy Wisting odwiedził córkę poprzedniego dnia, stwierdził, że nie zostało tam zbyt wiele po poprzednim właścicielu. Cały jego inwentarz trafił na śmietnik. Kuchnia, łazienka i jedna z sypialni były już wyremontowane. Ten sam los czekał teraz salon.

Gdzieś w domu rozdzwonił się jego telefon. Znalazł go na stole w salonie, ale nie zdążył odebrać.

Dzwoniła Suzanne. Wciąż miał zapisany jej numer. Nie rozmawiał z nią od wielu miesięcy i sam widok jej imienia na wyświetlaczu zrobił na nim wrażenie. Przez jakiś czas byli ze sobą bardzo blisko, nawet się do niego wprowadziła. Ich związek trwał kilka lat, aż w końcu postanowiła iść dalej przez życie bez niego. Wciąż za nią tęsknił. Chociaż nie tak jak za Ingrid, matką Line i jej brata bliźniaka Thomasa. Ingrid odeszła na zawsze. A Suzanne wciąż była niedaleko. Prowadziła w Stavern galerię połączoną z kawiarnią, nad którą miała mieszkanie.

Drgnął, gdy telefon znowu zabrzęczał. Suzanne nie dawała za wygraną.

– Cześć – powiedział do słuchawki. Zaschło mu w ustach.

– Cześć – odpowiedziała. – Mówi Suzanne.

– Cześć – powtórzył i przełknął ślinę. – Jak się masz?

– Jesteś w domu? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Wisting rozejrzał się wokół siebie. Ktoś przewrócił miskę z orzeszkami. Espen Mortensen rozłożył na dywanie kilka warstw papieru toaletowego w desperackiej próbie wytarcia nimi piwa z butelki, która spadła ze stołu. Torebka Christine Thiis leżała pod krzesłem, a jej zawartość walała się dookoła.

– A czemu pytasz?

– Muszę z tobą o czymś pomówić. To nie jest rozmowa na telefon. Chodzi o sprawę Hummela.

– Hummela? – powtórzył Wisting, chociaż doskonale wiedział, o co chodzi.

Jens Hummel był taksówkarzem. Zniknął razem ze swoim autem w nocy z 5 na 6 stycznia. Jako ostatni widział go pasażer, którego o godzinie 01.12 wysadził pod hotelem Grand na ulicy Storgara w Larviku. Od tamtej nocy minęło ponad pół roku. Sprawa nie została wyjaśniona.

– Mogę do ciebie zajrzeć jeszcze przed południem, zanim do kawiarni zejdą się ludzie – zaproponowała Suzanne.

Z piętra dobiegł go odgłos kroków. Christine Thiis musiała się obudzić.

– Właśnie wychodzę – odparł Wisting pospiesznie. – Ale może to ja zajrzę do ciebie?

– Zdążysz przed pierwszą?

Zerknął na zegarek, próbując sobie przypomnieć, o której przestał pić.

– Mogę być u ciebie za jakąś godzinę – odrzekł. Suzanne podziękowała mu, z tonu jej głosu wywnioskował, że się uśmiecha.

W łazience na piętrze zaszumiała woda.

Wisting znów poszedł do kuchni, wyjął z szafki dwa kubki i dwie kapsułki do ekspresu.

Skrzypnęły schody. Ekspres cicho zabulgotał i wypuścił kłąb pary w chwili, gdy do kuchni weszła Christine Thiis.

– Cześć – powiedziała zachrypniętym głosem. Jej kasztanowe włosy wciąż były w nieładzie, ale widać było, że próbowała coś z nimi zrobić. – Bardzo cię przepraszam...

– Kawy? – przerwał jej Wisting.

Skinęła głową.

– Byłoby cudownie.

Usiedli przy kuchennym stole.

– Przepraszam cię – powtórzyła. – Nigdy mi się to wcześniej nie zdarzyło... Zazwyczaj wracam z imprez do domu – upiła łyk kawy i odchrząknęła. – To znaczy zazwyczaj właściwie w ogóle nie chodzę na imprezy. I nie piję alkoholu.

– W takim razie wczorajszy wieczór dobrze ci zrobił – powiedział Wisting. Widział, że Christine czuje się niezręcznie, siedząc przed nim w tym samym ubraniu, w którym poszła spać.

– Musiałaś porządnie się zrelaksować – ciągnął. – Wrzucić na luz i zapomnieć na chwilę o dzieciach i pracy.

– Ale powinnam była wrócić do domu.

– I tak przecież nie miałaś tam nic do zrobienia – uśmiechnął się Wisting. Splótł palce na kubku z kawą i pomyślał, że miło jest znów mieć towarzystwo przy kuchennym stole. – Odwiozę cię – zaproponował.

Potrząsnęła głową.

– Zamówię sobie taksówkę.

Uniósł dłoń w geście, który miał oznaczać, że to dla niego żaden kłopot.

– I tak muszę wyjść z domu – powiedział. – Wypłynęło coś w sprawie Hummela.

Jej spojrzenie błyskawicznie nabrało innego wyrazu. Zupełnie jakby przeszła płynnie od zawstydzenia do pełnej koncentracji.

– Jensa Hummela? Przecież omówiliśmy tę sprawę w zeszłym tygodniu i doszliśmy do wniosku, że ją zawieszamy. Są jakieś nowe informacje?

– Jeszcze nie wiem. Mam się spotkać z kimś, kto chce o nim pomówić.

Christine Thiis pochyliła się nad stołem.

– W gazecie napisali brednie – powiedziała. – Naprawdę zrobiliśmy w tej sprawie wszystko, co było w naszej mocy.

Wisting odwrócił wzrok. Chodziło jej o artykuł z poprzedniego tygodnia. Zagadkowe zniknięcie trafiło na łamy gazet już w styczniu, nie wzbudzając jednak szczególnego zainteresowania czytelników. Jens Hummel nie miał bliskiej rodziny, która mogłaby wywierać presję na policję i prasę. Jego zniknięcie opłakiwała tylko sędziwa babka.

Gdy media znów odgrzebały tę sprawę, Wisting udzielił kilku wywiadów w nadziei, że wypłyną dzięki nim jakieś nowe fakty. Czas nie zawsze działał na niekorzyść śledczych. Wraz z upływem kolejnych tygodni plotki zataczały coraz szerszy krąg i nierzadko znajdował się w końcu ktoś, kto chciał rozmawiać z policją. Ponowne podjęcie sprawy przez media mogło być w takim wypadku czynnikiem decydującym.

Ale w tej konkretnej sytuacji artykuł był jednoznacznie wymierzony w policję, szczególnie zaś w Wistinga jako oficera prowadzącego śledztwo. Nie wynikało z niego, co można było zrobić inaczej, ale dziennikarz sugerował, że policja nie była dostatecznie zaangażowana w sprawę, a funkcjonariusze nie wywiązali się należycie ze swoich obowiązków. Śledztwo, które nie przyniosło żadnych rezultatów, mówiło samo za siebie. Nie udało się nawet znaleźć samochodu Hummela. Nowe dane z ostatniego półrocza, wskazujące, że policja przeprowadziła o prawie 20 procent więcej kontroli drogowych niż w roku poprzednim, zostały podane jako dowód na to, że funkcjonariusze skupiają się na bagatelach, zaniedbując poważne sprawy. Sympatia dziennikarzy leżała nie po stronie policjantów, którzy mieli do wykonania trudne zadanie, ale po stronie babki, która utraciła jedynego wnuka.

Wisting przywykł do krytyki. Zwykle zarzuty spływały po nim jak po kaczce, ale tym razem poczuł się naprawdę dotknięty. Artykuł przypomniał mu, że poniósł porażkę. A sprawa Hummela od samego początku budziła w nim niepokój, poczucie, że nie jest dość dobry.

– Określenie „zaginięcie bez śladu” pasuje do tej sprawy jak do żadnej innej – ciągnęła Christine Thiis. – Można by pomyśleć, że na podstawie wykazu połączeń, danych z bramek na autostradach, taksometru i komputera pokładowego uda nam się przynajmniej ustalić, gdzie jest jego samochód, a tymczasem nic.

Wisting skinął głową. Śledztwo w sprawie Hummela wspominał jako dni zupełnie pozbawione treści. Zdołali odtworzyć każdy ruch mężczyzny na 24 godziny przed jego zniknięciem, ale żadna z tych informacji nie wskazywała na miejsce, w którym mógł aktualnie przebywać. Jednocześnie próbowali ustalić, jakim człowiekiem był Jens Hummel. Zbadali każdy szczegół jego życia. Miał 34 lata i mieszkał sam. Łapał się różnych prac dorywczych aż do chwili, gdy w wieku dwudziestu pięciu lat zatrudnił się jako taksówkarz. Przed pięcioma laty dostał licencję i własny wóz. Niemal dekada spędzona za kierownicą przyniosła mu rozległą sieć kontaktów z bardzo różnymi ludźmi. Policjanci rozmawiali z wieloma z nich, ale nikt nie był w stanie rzucić światła na to, co się faktycznie stało.

Zniknięcia zawsze były wyjątkowo trudnymi sprawami, nie tylko dlatego, że nie było w nich konkretnego miejsca zbrodni, ale też ze względu na trudności w wyborze kierunku, w którym miało się posuwać śledztwo.

Wisting i Christine siedzieli jeszcze chwilę nad kubkami z kawą, rozmawiając o najbardziej interesujących teoriach. Według jednej z nich zniknięcie taksówkarza wiązało się z porachunkami gangu narkotykowego. Mówiło się, że Hummel był kimś w rodzaju kuriera, przewożącego nielegalny towar w swoim aucie. Podobno przez pewien czas woził też prostytutki do klientów i chociaż policji udało się w końcu potwierdzić tę akurat plotkę, to jednak nie posunęło to śledztwa ani o krok dalej.

Wisting zerknął na zegarek. Powinien się już zbierać.

Gdy wsiedli do samochodu, ich rozmowa zeszła na inne tory. Mówili o lecie i o planach urlopowych.

– Ja się nigdzie nie wybieram – powiedziała Christine Thiis. – A ty?

– Obiecałem Line, że pomogę jej przy remoncie. Twierdzi, że dobrze tapetuję.

Christine uśmiechnęła się w zamyśleniu.

– Moje dzieci jadą na cztery tygodnie do ojca, dziwnie będzie mieć dom tylko dla siebie przez cały ten czas.

Wisting skręcił na chodnik przed jej domem.

– Dziękuję, że mnie podwiozłeś. I jeszcze raz przepraszam, że musiałam zostać na noc.

– Nic nie szkodzi – zapewnił.

– Zadzwoń do mnie – powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu.

Spojrzał jej w oczy. Zamrugała nerwowo, po czym cofnęła rękę.

– To znaczy, jeśli coś z tego wyjdzie. Jak będzie coś nowego w sprawie Jensa Hummela.

3

Dzień był ciepły. Duszny i bezwietrzny. Wisting znalazł wolne miejsce parkingowe niedaleko przystani i wysiadł z auta. Nad wodą stali dwaj mali chłopcy z wędkami. Rozleniwione gorącem mewy zataczały koła nad ich głowami.

Ulice pełne były spacerowiczów. Wisting pozdrawiał znajomych skinieniem głowy.

Większość stolików wystawionych przed „Świętym Spokojem” była już zajęta. Wisting wszedł do środka i przystanął na chwilę, pozwalając oczom przywyknąć do oszczędnego oświetlenia.

Suzanne siedziała w głębi lokalu. Pomachała mu. Miała na sobie białą letnią sukienkę, czarne włosy zebrała w kucyk.

– Napijesz się czegoś? – zapytała, zerkając na ladę. – Kawy?

Wisting poczuł, że zaraz rozboli go głowa.

– Może wody mineralnej – odchrząknął.

Suzanne zniknęła za ladą, a po chwili przyniosła butelkę i szklankę z kostkami lodu.

– Nie wiedziałam, z kim mogę o tym porozmawiać – powiedziała, siadając.

Wisting nalał wody do szklanki.

– Mówiłaś, że chodzi o Jensa Hummela.

– Nie wiem, czy to w ogóle ważne – skinęła głową Suzanne. – Ale ostatnio był tu kilka razy pewien mężczyzna. Przychodzi zazwyczaj wieczorem, siada przy barze, czyta gazetę i nie jest zbyt rozmowny, ale z tego, co wiem, mieszkał jakiś czas za granicą, a teraz wrócił do miasta.

Przesunęła niezaadresowaną kopertę leżącą na blacie stołu, po czym dodała:

– W zeszłym tygodniu powiedziałeś w wywiadzie, że chcecie umorzyć sprawę Hummela.

– Zawiesić – poprawił ją Wisting.

– A to jakaś różnica?

Wzruszył ramionami.

– Tak czy inaczej – ciągnęła – w gazecie wydrukowali przy okazji krótki opis sprawy i zdjęcie taksówki Hummela.

Wisting skinął głową. Znów zirytował się na myśl o niefortunnej strategii dziennikarzy.

– Tamtego wieczoru było tu dość pusto. Zwróciłam uwagę, że ten człowiek zrobił się jakiś dziwny, gdy zobaczył ten artykuł.

– Co masz na myśli?

Suzanne zniżyła głos, mimo że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ich usłyszeć:

– Wyraźnie się zaniepokoił – wyjaśniła. – Podniósł wzrok znad gazety, rozejrzał się i zaczął znów czytać. A potem wyszedł z kawiarni, postał trochę na dworze, wrócił i przeczytał artykuł jeszcze raz.

Wisting upił solidny łyk wody.

– Podeszłam do niego, żeby zabrać puste szklanki – ciągnęła Suzanne. – Powiedział mi wtedy coś dziwnego.

– Co takiego?

– To ja zaczęłam rozmowę, skomentowałam ten artykuł, mówiąc, że sprawa jest dość wyjątkowa. A wtedy on na mnie spojrzał i powiedział: „stoi w stodole”.

– Stoi w stodole? – powtórzył Wisting.

Suzanne przytaknęła.

– Nie zdążyłam nawet zapytać, o co mu chodzi. „Stała tam po prostu któregoś dnia”, powiedział, wskazując na zdjęcie taksówki w artykule. A potem złożył gazetę, wziął ją ze sobą i wyszedł.

– O jakiej stodole on mówił? – spytał Wisting, nie oczekując właściwie odpowiedzi.

– Wiem tylko tyle, co ci powiedziałam, ale dużo o tym myślałam i w końcu stwierdziłam, że muszę do ciebie zadzwonić. Ten człowiek coś wie.

Wisting potoczył wzrokiem po pozostałych gościach.

– Był tu jeszcze potem?

Suzanne potrząsnęła głową.

– Czy ktoś mu kiedyś towarzyszył? – wypytywał Wisting, próbując znaleźć jakiś punkt zaczepienia.

– Nie, pytałam o niego nawet moich stałych klientów, ale nikt go nie zna.

Wisting chciał się jeszcze dowiedzieć, jak wyglądał ten człowiek, w co był ubrany, jakim dialektem mówił i czy miał jakieś cechy szczególne.

Suzanne zaczęła bawić się nerwowo leżącą przed nią kopertą, w końcu otworzyła ją i wyjęła wąską karteczkę.

– Tamtego wieczoru zapłacił kartą – powiedziała, wsuwając ją z powrotem do koperty. – Sprawdziłam paragony i doszłam do tego, o której to było godzinie. Pewnie możecie do niego trafić po numerze transakcji.

Wisting uśmiechnął się i sięgnął po kopertę. Jej zawartość mogła doprowadzić do przełomu w sprawie Hummela. Wśród śledczych krążyły różne teorie na temat tego, co się stało z autem. Niektórzy byli zdania, że Jens Hummel dobrowolnie wyjechał z miasta, inni sądzili, że samochód leży w jakimś rowie, gdzie trafił na skutek wypadku albo gdzie został porzucony. Wisting natomiast należał do tych, którzy uważali, że taksówka stoi w garażu lub innym tego typu miejscu. I że Jens Hummel padł ofiarą przestępstwa.

Policyjne patrole przeczesały wszystkie boczne drogi w pobliżu. Nad okolicą latał helikopter, rozszerzając coraz bardziej obszar poszukiwań. Nurkowie badali dno obok przystani. Sprawdzono parkingi. Ale wszystkie te wysiłki poszły na marne, istniała więc szansa, że auto faktycznie porzucono w jakiejś stodole.

Suzanne wstała.

– Muszę wracać do pracy – powiedziała. – Jak się miewa Line?

– Dobrze – odchrząknął Wisting. – Wydaje mi się, że nawet bardzo dobrze.

Suzanne wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Wisting był jej za to wdzięczny. Ciężko było rozmawiać o sytuacji córki.

Suzanne ruszyła w stronę kontuaru.

– Powodzenia – powiedziała. – We wszystkim. Pozdrów ją ode mnie.

Wisting skinął głową.

– Zadzwoń do mnie, jeśli ten człowiek znów tu przyjdzie – poprosił. Został jeszcze chwilę przy stoliku. Otworzył kopertę i wyjął z niej cienką karteczkę. Liczby na wydruku potwierdzenia transakcji nic mu nie mówiły. Wiedział, że będzie musiał zwrócić się do firmy, która wydała kartę kredytową, z prośbą o pomoc w ustaleniu tożsamości osoby kryjącej się za kombinacją cyfr. Długo czekał na jakiś przełom w sprawie Hummela. Teraz będzie musiał poczekać jeszcze do poniedziałku.

4

Wisting stawił się w budynku komendy już za kwadrans siódma w poniedziałkowy poranek. Miał na dłoniach plamy od białej farby, bo poprzedniego wieczoru pomagał Line malować listwy.

W drodze do biur wydziału kryminalnego pozdrowił skinieniem głowy kilku zmęczonych funkcjonariuszy, którzy ślęczeli przy ekranach komputerów, spisując raporty po nocnym dyżurze.

Czas przed przybyciem pozostałych śledczych spożytkował na ponowne przejrzenie dokumentów zgromadzonych w sprawie Hummela. Czytając, próbował zdrapać z dłoni resztki farby.

Wiedział, że czasem wystarczyła jedna nowa informacja, by móc spojrzeć na sprawę pod innym kątem. To, co wcześniej było bez znaczenia, mogło nagle stać się istotne w świetle nowej hipotezy. Kartkował akta sprawy w poszukiwaniu czegoś charakterystycznego, co pozostawało niewyjaśnione, szczegółów, które mogły skrywać większe, ważniejsze znaczenia.

Jedną z kwestii wyróżniających się w sprawie Hummela były długie trasy, w które wyruszał. Co najmniej raz w tygodniu Jens Hummel odbywał godzinne kursy do Kristiansand lub Oslo. Rzecz jasna mógł to być tylko zbieg okoliczności. Koniec końców wszystko sprowadzało się do prostej statystyki. Ale te kursy wyróżniały się dodatkowo tym, że zawsze płacono za nie gotówką i że nie były zamawiane przez centralę. Hummel żartował z kolegami, opowiadając, że wozi bogatą, starszą damę, która odwiedza krewnych na południu. Ale nikt nigdy nie widział tej kobiety, nie udało jej się także namierzyć policji.

I tym razem Wisting nie znalazł w sprawie żadnego nowego punktu zaczepienia. Również szybkie przejrzenie elektronicznego rejestru zgłoszeń w poszukiwaniu hasła „stodoła” nie przyniosło konkretnych rezultatów.

Drzwi do biura zostawił otwarte i nastawiał uszu za każdym razem, gdy ktoś wchodził do siedziby wydziału. Za dziesięć ósma rozpoznał kroki Nilsa Hammera, usłyszał, jak kolega człapie do swojego stanowiska na końcu korytarza.

Hammer wypracował sobie niezłą umiejętność podążania za elektronicznymi śladami. Głównie dlatego, że potrafił bez trudu dopasowywać się do nowych warunków pracy. Metody prowadzenia śledztwa i możliwości, które się dzięki nim otwierały, niedostępne w czasach, gdy obaj zaczynali służbę, stały się teraz decydujące.

Wisting wstał od biurka i poszedł do kolegi. Potężnie zbudowany śledczy przyniósł sobie z dyżurki plastikowy kubek z kawą, którą popijał leniwie, logując się do systemu.

Wisting położył wydruk z terminalu na biurku Hammera.

– Jak szybko mógłbyś się dowiedzieć, kto zapłacił tą kartą? – spytał.

Kolega odstawił kubek z kawą, podniósł wydruk i zerknął na niego przelotnie.

– A jak bardzo ci się spieszy?

– Właściciel karty może wiedzieć, gdzie jest Jens Hummel – odparł Wisting.

Nils Hammer wyprostował się na krześle.

– Daj mi ze dwie godziny – poprosił i opróżnił kubek jednym haustem.

Wisting odwrócił się i ruszył do swojego biurka.

– Jak ona się właściwie czuje? – zawołał za nim Hammer.

– Kto? – spytał Wisting, podejrzewając, że może chodzić o Line.

– Nasza pani prawnik – kolega wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zgasła nam jak świeczka.

– Wszystko z nią dobrze – zapewnił Wisting. – Musiała wrzucić na luz.

Wrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się na myśl o porannej kawie wypitej poprzedniego dnia z Christine Thiis.

Czekały na niego codzienne obowiązki. W pierwszej kolejności przejrzał stos raportów i zgłoszeń, który uzbierał się przez weekend. Wyglądało na to, że letni sezon ogórkowy dotyczył także statystyk kryminalnych. Z wyjątkiem awantury w restauracji, kilku przypadków prowadzenia auta pod wpływem i jednego pożaru łodzi nie wydarzyło się nic ciekawego.

Christine Thiis pojawiła się w biurze, gdy kończył przeglądać raporty.

– Jeszcze raz dziękuję – uśmiechnęła się zażenowana. – Że odwiozłeś mnie do domu.

Wisting machnął ręką.

– Masz coś nowego w sprawie Hummela? – zapytała, siadając.

– Poczekamy, zobaczymy.

Opowiedział o wydruku z terminalu i o nieznajomym mężczyźnie, który tak dziwnie zareagował na artykuł w gazecie. Nie wspomniał natomiast o Suzanne. Nie prosiła go co prawda o anonimowość, ale już wcześniej nie wyjawił Christine, z kim jedzie się spotkać, i nie widział powodów, by robić to teraz.

Koleżanka wstała.

– Masz białą plamę, o tutaj – powiedziała, wskazując swój policzek.

Wisting podniósł dłoń do twarzy.

– Farba – wyjaśnił, pokazując jej dłonie. – Będę tak pewnie wyglądał jeszcze przez kilka tygodni.

Uśmiechnęła się i zamknęła za sobą drzwi jego biura.

Wisting wrócił do notatek. Po niecałych dwóch godzinach drzwi znowu się otworzyły. Wszedł Hammer z kilkoma wydrukami komputerowymi. Rozsiadł się na krześle dla interesantów.

– Karta należy do niejakiego Arona Heisela – powiedział, kładąc na biurku wydruk, który potwierdzał jego słowa.

Wisting chwycił arkusz papieru. Oprócz numeru konta widniała na nim data urodzin, ale brakowało adresu. Aron Heisel miał 48 lat.

– Kim jest ten człowiek? – zapytał Wisting, zerkając na papiery, które kolega wciąż trzymał na kolanach.

Hammer pokazał mu dwa zdjęcia z policyjnej kartoteki, jedno zrobione en face, drugie z profilu. Widniała na nich młodsza wersja mężczyzny opisanego przez Suzanne. Miał wąskie ramiona, płaski nos, nieznaczne ciemne kręgi pod szarymi oczami i przerwę między przednimi zębami.

Wisting skinął głową, a Hammer natychmiast zaczął mu objaśniać, dlaczego mężczyzna ze zdjęć ma założoną kartotekę.

– Został skazany jako szef gangu, kiedy w 1997 policja odkryła w Drammen dużą bimbrownię. Potem, w 2002, znów go aresztowano i skazano za przemyt alkoholu. Trzy lata temu był podejrzany w nowej sprawie w Østfold, ale niczego mu nie udowodniono.

– Gdzie teraz mieszka?

– Ostatnio przebywał pod Marbellą w Hiszpanii.

Wisting skinął głową. Znał to miasto. Był tam kiedyś w delegacji razem z Torunn Borg.

– Ale teraz jest w Norwegii – dodał Hammer, kładąc na biurku wydrukowaną drobną czcionką listę transakcji.

– Kartą płacono w różnych miejscach w Hiszpanii – powiedział i powiódł palcem wskazującym w dół strony. – Ostatni raz na lotnisku w Maladze 12 lipca. A potem, jak widzisz, już w Norwegii.

Wisting zmrużył oczy i przyjrzał się wydrukowi. Ostatni raz użyto karty poprzedniego dnia w supermarkecie REMA 1000 w Holmejordet, tuż przy zjeździe na Stavern. Wisting sam często robił tam zakupy w drodze z pracy.

Rozejrzał się w poszukiwaniu okularów, ale ich nie znalazł. Wrócił więc do mrużenia oczu i studiowania listy. Kartą zapłacono za zakupy w sklepie z towarami budowlanymi i za posiłek w jednej z restauracji w Sandefjord, większą kwotę wydano także w sklepie elektronicznym Elkjøp. Wisting odnalazł również dowody na wiele odwiedzin w „Świętym Spokoju” Suzanne. Z wyjątkiem ostatniej wizyty rozliczenia dokonywano krótko po północy. A zaraz potem kartą płacono korporacji Vestfold Taxi.

Wisting podniósł wzrok znad wydruku, czując, jak ogarnia go podniecenie.

– Możemy go znaleźć – powiedział, wskazując na jedną z takich transakcji. – Ktoś go zawiózł do domu.

5

Namierzenie kierowcy, który pamiętał, że wiózł Arona Heisela, trwało trzy godziny. Dwaj pierwsi taksówkarze, z którymi Hammer rozmawiał, nie przypominali sobie ani pasażera, ani trasy, ale trzeci rozpoznał Heisela na zdjęciu i przyznał, że wiózł go dwa wieczory z rzędu. I w oba wieczory wysadził go w Huken.

Dojechanie tam z komendy policji zajęło dziesięć minut. Huken zawsze było dla Wistinga tylko nazwą na mapie, miejscowością przy drodze okręgowej skręcającej na Helgeroa.

Hammer zwolnił, gdy zaczęli się zbliżać do celu. Wisting siedział pochylony, uważnie studiując okolicę. Po obu stronach drogi zieleniły się liście ziemniaków. Zbliżali się do nowego domu, wzniesionego pewnie w miejscu po starej chałupie gospodarzy tego majątku. W ogródku dzieci skakały na batucie, dwaj starsi chłopcy naprawiali skuter. Zaraz przy drodze stał stary warsztat albo garaż na furgonetkę, nieco dalej kilka czerwonych szop. Żadnej stodoły.

– Jedź dalej – poprosił Wisting.

Minęli ogrodzenie, za którym pasło się kilka koni. Zobaczyli człowieka na drabinie, malującego ścianę stajni. Na otwartym placu stał traktor z przymocowaną łuparką do drewna, a tuż obok leżał stos świeżo pociętych szczap. Promienie słoneczne odbijały się od nielicznych szyb, które jeszcze pozostały w oddalonej nieco starej szklarni. Na poboczu zobaczyli budkę na mleko i niebieską tabliczkę informującą, że w tym miejscu stają autobusy.

– Tu – powiedział Hammer, wskazując palcem. – To tutaj go wysadzał.

Za kamiennym ogrodzeniem wiła się wąska, niemal zupełnie zarośnięta droga, prowadząca do lasu.

Wisting skręcił w nią bez wahania. Z drzewa zerwało się stado ptaków, podobne do chmary bzyczących owadów. Samochód podskakiwał na dziurach i kępach trawy. Wzdłuż lewego pobocza biegł szeroki rów, w którym stała woda, jej lustro przykrywał jadowicie zielony szlam. Tylko tu i ówdzie widać było czarną, lśniącą powierzchnię.

Jechali jakiś czas gęstym lasem, po czym okolica znów się przed nimi otworzyła. Droga urywała się przy małym, opuszczonym gospodarstwie. Na samym skraju lasu ujrzeli stodołę, nadającą się już tylko do rozbiórki. Brakowało jej połowy dachówek, przypominała truchło, ogołocone częściowo z mięsa przez wygłodniałe sępy.

Wisting podjechał pod budynek, w którym musieli kiedyś mieszkać gospodarze, i zgasił silnik. Między domem a stodołą znajdowały się dwie szopy, kryte blachą falistą. Wokół nich rosły dzikie róże i kępy purpurowych naparstnic.

Wisting wysiadł i zatrzasnął drzwi auta. Hammer zostawił drzwi po stronie pasażera otwarte. Słychać było tylko typowe dla tej pory roku bzyczenie owadów w wysokiej trawie.

Dom mieszkalny musiał być kiedyś pomalowany na biało. Teraz stał przed nimi szary i zaniedbany. W rogach budynku zwisały smętnie kikuty rynien. W oknach nie było zasłon, a w miejsce wybitej szyby ktoś wstawił drewnianą deskę.

Wisting podszedł do drzwi i zapukał. Nie czekając na odpowiedź, ruszył do najbliższego okna, przycisnął dłonie do szyby i zajrzał do środka. Pomalowana na niebiesko kuchnia. W zlewie piętrzyły się talerze, kubki i szklanki. Na blacie leżały plastikowe torby, puste butelki i pudełka po pizzy. Od jednego z nich zaczynała się trasa mrówek, maszerujących w kierunku listwy przy podłodze. Na kuchennym stole ktoś zostawił gazetę i kubek po kawie.

– Nikogo nie ma w domu? – spytał Hammer za plecami kolegi.

– Nie, ale zdaje się, że ktoś tu mieszka – odrzekł Wisting. Załomotał pięścią w szybę i zawołał, po czym wrócił do drzwi i pociągnął za klamkę. – Zamknięte na klucz – stwierdził i odwrócił się w stronę niszczejącej stodoły. – Zobaczmy, czy uda nam się tam wejść.

Przez wysoką trawę ruszyli do podwójnych wrót, których jedyne zabezpieczenie stanowiła deska, wbita ukośnie jednym końcem w ziemię. Hammer odsunął ją czubkiem buta. Wrota rozchyliły się na kilka centymetrów, ale trzymała je od środka zasuwa.

Z kolei mniejsze drzwi były zamknięte na klucz. Po obu stronach miały okienka ze szprosami. Większość okiennego kitu wyschła i odpadła, ale szybki utrzymywały się w miejscu na niewielkich zatrzaskach zachodzących na szkło.

– Nie ruszę się stąd, dopóki nie zajrzymy do środka – oświadczył Hammer, skrobiąc nerwowo parapet.

Wisting skinął głową. W milczeniu patrzył, jak kolega idzie do samochodu i przynosi stamtąd skrobaczkę do szyb. Podważył nią zatrzask i bez trudu go odgiął. Po chwili był już w stanie wymontować z okna jedną z szybek, wsunąć dłoń przez otwór i podnieść haczyk.

Wisting przytrzymał okno, a Hammer podciągnął się i wpełzł do środka. Po chwili zaklął szpetnie, a następnie Wisting usłyszał, jak coś skrobie o ścianę i ciężko upada na podłogę. Zazgrzytała zasuwa i wrota stodoły powoli się uchyliły. Wisting otworzył je na oścież i zajrzał do wnętrza. Uderzył go zapach suchej słomy. Przez szpary między deskami wpadały promienie słoneczne. Potrzebował chwili, by przyzwyczaić oczy do panującej tu ciemności, w końcu wnętrze stodoły zaczęło nabierać kształtów. Na krótszej ścianie było dwoje drzwi, po lewej stronie stała dwuosiowa przyczepa skrzyniowa na czterech kołach. Za nią znajdowały się bele słomy i paleta z białymi plastikowymi kanistrami. Na ścianach wisiały widły, łopaty, grabie, kosa i inne narzędzia. W drugim rogu leżał w nieładzie sprzęt do traktora i stare kanki na mleko.

Na samym środku stodoły stał pojazd, przykryty szarym brezentem, który nie sięgał podłogi.

Wisting ruszył w jego kierunku. Każdy jego krok wzbijał w powietrze chmurę gryzącego kurzu.

Hammer chwycił brezentową płachtę i ściągnął ją jednym szarpnięciem. Skrywało się pod nią czarne Volvo V60 z taksówkarskim kogutem na dachu. Numer wozu Z-1086. Samochód Jensa Hummela.

Wisting pochylił się nad przednią szybą i zajrzał do środka, uważając, by przypadkiem czegoś nie dotknąć.

Auto było puste.

Potoczył wzrokiem po jego wnętrzu. Kluczyk tkwił w stacyjce. W uchwycie na kubki stała opróżniona do połowy butelka coli. Na siedzeniu pasażera leżała para skórzanych rękawiczek i owinięta w plastik, zeschnięta, niedojedzona i częściowo spleśniała kanapka.

Hammer odłożył brezentową płachtę, okrążył auto i otworzył bagażnik.

– Pusty – zameldował, wracając do Wistinga. – Zupełnie pusty.

Stanęli parę metrów od samochodu i przyjrzeli mu się uważnie. Wisting miał złe przeczucia; sprawa Hummela zostanie z pewnością otwarta na nowo. Wyjął z kieszeni telefon, by zadzwonić do Mortensena i poprosić o jak najszybszy przyjazd techników, którzy mogliby zbadać auto i stodołę. Skoro Jens Hummel nie leżał martwy w taksówce, istniało bardzo niewielkie prawdopodobieństwo, że znajdą go gdzieś w pobliżu, ale tak czy inaczej, należało przeczesać całe gospodarstwo. Będą musieli przeszukać strumienie i rzeczne rozlewiska, rowy, żwirowiska i wyschnięte studnie. Wszystkie miejsca, w których potencjalnie mogą być ukryte zwłoki.

Telefon zadzwonił, zanim Wisting zdążył wybrać numer. Suzanne.

Odebrał, przedstawiając się nazwiskiem, i zdziwił się na dźwięk swojego głosu, który zabrzmiał twardo i odpychająco.

– Jest tu teraz – szepnęła Suzanne do słuchawki. – Ten człowiek, który mówił, że taksówka Hummela stoi w stodole. Przyszedł do kawiarni.

6

Line cofnęła się o dwa kroki, wierzchem dłoni odgarnęła z czoła grzywkę i zlustrowała sufit w salonie. Świeżo pokryta farbą powierzchnia lśniła. Pomalowany na biało pokój od razu wydaje się większy, pomyślała, przenosząc wzrok na żółtobrązowe panele w korytarzu. Będą musiały poczekać do jutra. Teraz należała jej się przerwa.

Wyczyściła pędzle, spakowała sprzęt do malowania i zdjęła biały kombinezon.

Ojciec obiecał, że pomaluje sufit po południu, i pewnie się wścieknie, widząc, że zrobiła to sama. No, może się nie wścieknie, ale na pewno nie będzie zadowolony. Mruknie coś o tym, że nie powinna tego robić w jej stanie. Ale ona bardzo chciała już skończyć, poza tym farba nie zawierała żadnych szkodliwych rozpuszczalników ani gazów.

Jej dłoń automatycznie powędrowała w dół, układając się na pokaźnym brzuchu. To już prawie dziewiąty miesiąc. Dziecko jeszcze nie przyszło na świat, a już zmieniło jej życie. Straciła zamiłowanie do wielkomiejskiego gwaru i wróciła do domu, w znajome, bezpieczne miejsca. Zostawiła ekscytującą karierę dziennikarki, stwierdziwszy, że szybkie tempo pracy i wysokie wymagania nie dadzą się pogodzić z rolą świeżo upieczonej matki. Może byłoby inaczej, gdyby miała z kim dzielić tę odpowiedzialność. Ale nie było jej to dane.

Podeszła do lodówki i wyjęła z niej butelkę, do której wcześniej nalała wody z kranu. Piła, stojąc w drzwiach salonu. Właściwie powinna jeszcze raz pomalować listwy okienne, ale ta część pracy będzie musiała poczekać.

Niewiele teraz przypominało o tym, jak wyglądał ten salon w chwili, gdy kupiła dom, ale mimo to ciężko jej było uwolnić się od myśli o człowieku, którego znaleziono tu w fotelu martwego. Była to już druga tragedia, do której doszło w tym domu – inny mężczyzna powiesił się w piwnicy pod koniec lat sześćdziesiątych, tuż po zakończeniu budowy.

Line wzdrygnęła się na samą myśl o tym i położyła dłoń na brzuchu. Wciąż czuła się trochę dziwnie z powodu jego wielkości, ale tak czy inaczej, miała szczęście. Urósł jej tylko brzuch. Niespecjalnie przytyła i czuła się znakomicie. W tej akurat chwili dokuczały jej trochę plecy, ale to głównie przez malowanie. Poza tym od dawna nie miała tak dużo energii.

Wstawiła wodę z powrotem do lodówki i poszła do łazienki. Nie żałowała, że jeszcze przed przeprowadzką najęła ekipę do remontu tego właśnie pomieszczenia. Pieniędzy jej nie brakowało, zrobiła dobry interes. Dom kupiła za kwotę znacznie niższą od jego faktycznej wartości, a po sprzedaniu mieszkania w Oslo został jej całkiem spory budżet.

Rozebrała się i obejrzała swój brzuch pod różnymi kątami. Nigdy jeszcze nie był tak napięty jak teraz; czuła każdy ruch dziecka. Line zaśmiała się i położyła dłoń na niewielkim, twardym wybrzuszeniu, które pojawiło się nagle na jej skórze. Czy to rączka dziecka? A może stópka?

Nie miała ochoty myśleć o porodzie. Zostały jej jeszcze cztery tygodnie i szczerze mówiąc, zaczynała się już bać. Czytała trochę na ten temat, ale nie była pewna, czy to jej w czymkolwiek pomoże. Będę musiała po prostu jakoś sobie poradzić, pomyślała, przenosząc wzrok na odbicie swojej twarzy w lustrze. Miała dwie białe plamy na prawym policzku i jedną na szyi. Starła je, zmyła też farbę z dłoni i weszła pod prysznic.

Pół godziny później siedziała w samochodzie, jadąc do centrum. Niełatwo jej było znaleźć ubrania, które pasowałyby do wciąż powiększającego się brzucha. Zazwyczaj wkładała po prostu spodnie od dresu albo tunikę, ale teraz miała na sobie jasną, wygodną sukienkę z luźnym dołem, odciętą tuż pod biustem.

Na drodze do centrum robiły się korki, latem większość wąskich uliczek była zamykana i przerabiana na deptaki. Zazwyczaj udawało jej się znaleźć miejsce postojowe w jednym z mniej uczęszczanych bocznych zaułków, ale dziś musiała zostawić auto na płatnym parkingu, wybudowanym na starym korcie tenisowym.

Miała nadzieję na wolny stolik przed „Świętym Spokojem” albo w innej kawiarni z letnim ogródkiem. Ale najpierw chciała zajrzeć do sklepiku z wyposażeniem wnętrz, usytuowanym na rogu ulic Skippergata i Verftsgata. Uwielbiała atmosferę tego miejsca. Za każdym razem gdy tam zaglądała, do głowy przychodziło jej mnóstwo nowych pomysłów na urządzenie domu. Oprócz wyposażenia wnętrz sprzedawano tam także biżuterię i ubrania.

Na ulicach jak zawsze roiło się od przechodniów. Line zatrzymała się przed jednym z kramów i obejrzała ręcznie robione ozdoby, po czym ruszyła dalej, zanim sprzedawca zdążył nawiązać z nią kontakt.

Weszła do sklepu i zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Tutaj również było sporo ludzi, ale powietrze wydawało się chłodniejsze. Na każdej półce czekały na nią ciekawe przedmioty: pachnące świece, lusterka, ramki na zdjęcia, zegary, pudełeczka, dzbanuszki, obrazy, poduszki, koce, filiżanki, półmiski, lampy, tablice, kołki, tabliczki, świeczniki, drewniane skrzynki, doniczki, wiaderka i drobne meble.

Line była zmęczona modą na nostalgię, zgodnie z którą wszystkie meble powinny sprawiać wrażenie starych i zniszczonych. Szukała czegoś prostszego i bardziej nowoczesnego, ale z drugiej strony chciała, by jej dom miał charakter. Na ścianach planowała powiesić własnoręcznie zrobione zdjęcia. Doskonale radziła sobie z aparatem i czuła się w takim samym stopniu fotografem i dziennikarzem. Najbardziej cieszyła się na przygotowanie w piwnicy pokoju do pracy. Chciała, by został urządzony w nieco szorstkim i nonszalanckim stylu, z zardzewiałymi lampami, starymi szafami kartotekowymi i artykułami z pierwszych stron, które napisała w ciągu całej swojej kariery, wiszącymi w ramach na szarym betonie ścian.

Przystanęła przed gustownym zegarem z rzymskimi cyframi. Spojrzała na metkę z ceną, gdy nagle poczuła, że ktoś na nią wpada.

– Przepraszam!

Kobieta w jej wieku, z dzieckiem na rękach i okularami przeciwsłonecznymi nasuniętymi na włosy położyła ostrożnie dłoń na jej brzuchu.

– Wszystko w porządku?

Line uśmiechnęła się i skinęła głową. Znów wyciągnęła rękę po zegar, ale jej wzrok powędrował z powrotem ku kobiecie z dzieckiem. W jej twarzy było coś znajomego.

– Line? – zapytała kobieta. – Line Wisting?

Line znów posłała jej uśmiech i skinęła głową, po czym przekrzywiła ją i zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć, skąd mogą się znać.

– To ja, Sofie – pomogła jej młoda matka. – Chodziłyśmy razem do podstawówki. Nic dziwnego, że mnie nie pamiętasz, ale ja o tobie czytałam w gazecie. To znaczy czytałam to, co napisałaś.

Line natychmiast skojarzyła imię i twarz.

– Sofie Mandt – powiedziała. – Wyprowadziłaś się, jak byłyśmy chyba w siódmej klasie.

– W piątej – poprawiła ją kobieta. – Teraz nazywam się Lund. A to Maja – połaskotała córeczkę pod brodą. Mała zagulgotała rozbawiona, prezentując urocze dołeczki w policzkach.

– Wyszłaś za mąż? – spytała Line, gładząc dziecko po włoskach.

– Nie, Lund to panieńskie nazwisko mojej babci – wyjaśniła Sofie. – Jestem sama z Mają.

Line miała ochotę powiedzieć, że też jest sama, ale ugryzła się w język.

– Przyjechałaś tu na urlop? – zapytała zamiast tego.

Sofie Lund potrząsnęła głową.

– Właśnie przeprowadziłam się z powrotem – wyjaśniła.

– Ja też! – wykrzyknęła Line. – Mieszkałam pięć lat w Oslo i już wystarczy – położyła dłoń na brzuchu. – Kupiłam dom w Varden – ciągnęła. – Na tej samej ulicy, na której dorastałam. Właśnie go remontuję.

Sofie wskazała na jej brzuch.

– Kiedy rodzisz?

– Pod koniec sierpnia – Line przeniosła wzrok na dziecko. – Ile miesięcy ma mała?

– W maju skończyła rok – wyjaśniła Sofie, stawiając córeczkę na podłodze. Dziewczynka wykonała kilka niepewnych kroków, po czym chwyciła się nogi matki i mocno do niej przywarła.

– Gdzie mieszkacie? – spytała Line.

– W centrum – odrzekła Sofie, wskazując kierunek skinieniem głowy.

Line ukucnęła i zaczęła mówić do Mai. Po przeprowadzce do Oslo straciła kontakt ze starymi przyjaciółmi, zbliżyła się bardziej do kolegów z pracy. Podejrzewała, że nawiązywanie nowych znajomości zajmie jej sporo czasu, ale może wcale nie będzie tak trudno.

– Pójdziemy gdzieś na kawę? – spytała, prostując plecy.

Sofie Lund nie odpowiedziała od razu. Przyglądała się przez chwilę tabliczce z napisem głoszącym, że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby zachować równowagę, trzeba pedałować do przodu.

– Chętnie – odrzekła wreszcie, kładąc tabliczkę na półce.

Line posłała jej uśmiech i sprawdziła przed wyjściem cenę zegara. Prawie tysiąc dwieście koron. Jeśli nie sprzedadzą go do końca lata, pewnie będzie go mogła kupić o połowę taniej.

Dwoje młodych ludzi wstało właśnie od stolika przed „Świętym Spokojem”, robiąc dla nich miejsce. Siedzący przy sąsiednim stoliku mężczyzna w czapce z daszkiem skinął głową i odsunął się odrobinę, by mogły postawić obok siebie wózek z Mają.

Line weszła do kawiarni i złożyła zamówienie. Suzanne stała za ladą, ale zamówienie przyjęła jedna z jej młodych pracownic. Po chwili Line wróciła do koleżanki, niosąc dwa kawałki ciasta i dwie wysokie szklanki z caffè latte.

Gawędziły o błahych sprawach, o pogodzie i upałach, tłumach ludzi, turystach, o koleżankach i kolegach z klasy.

– Czemu wróciłaś? – spytała Line.

Sofie na chwilę zamarła ze szklanką w dłoni. Zdążyła już wypić połowę jej zawartości.

– Odziedziczyłam dom – odparła. – Po moim dziadku. Poza tym przeprowadzka była mi bardzo na rękę. Widzisz, chciałam zacząć wszystko od nowa.

– Jak się nazywał twój dziadek? – spytała Line. Zauważyła, że Sofie skrzywiła się na to pytanie.

– Frank Mandt – odrzekła. – Nie miałam z nim szczególnie dobrego kontaktu. Zmarł tej zimy.

Line doskonale wiedziała, kim był ten człowiek. Kojarzyli go wszyscy mieszkańcy Stavern.

– A ty? – spytała Sofie, najwidoczniej chcąc skierować rozmowę na inne tory. – Dlaczego tu wróciłaś?

– Bo zaszłam w ciążę – odparła Line. – Moje życie w Oslo kręciło się wokół pracy w „VG” i wokół kolegów, których tam miałam. Praca była jedyną rzeczą, która mnie tam trzymała, poza tym chciałam, żeby mała wychowywała się tutaj.

Sofie zerknęła na jej brzuch.

– To dziewczynka?

Line skinęła głową i pomyślała o maleńkim ciałku, które w niej rosło. Jeśli prawdą było to, co wyczytała w poradnikach, jej córeczka mierzyła już ponad 40 centymetrów i ważyła 2,5 kilo.

– Co z jej ojcem? – chciała wiedzieć Sofie.

– To długa historia – uśmiechnęła się Line. – Zniknął z mojego życia, jeszcze zanim się dowiedziałam o ciąży.

– Może to i lepiej – stwierdziła Sofie. – Mój facet został, ale zaczął sobie znajdować inne kobiety, z którymi się zabawiał. Lepiej mi bez niego.

– W moim przypadku było trochę inaczej – Line posłała jej uśmiech. – Poznałam go w związku z pracą. To policjant z Ameryki, badał tu przed świętami pewną sprawę.

Sofie wybuchnęła śmiechem i wycelowała palec w jej brzuch:

– A więc to skutek jednorazowej przygody?

Line zawtórowała jej i poczuła, jak wspaniale jest móc znów się pośmiać.

– To nie był tylko jeden raz – zaprotestowała. – On tu spędził parę tygodni.

– I zdecydowałaś się urodzić?

– Mam 29 lat – Line skinęła głową. – Mała nie była niechciana.

– Masz z nim kontakt? Z tym facetem z Ameryki? Wie o dziecku?

– Tak, piszemy do siebie na czacie. Zaproponował nawet, że się tu przeniesie, by być bliżej dziecka, ale to nie byłoby dobre rozwiązanie. Ma tam przecież pracę, która jest dla niego bardzo ważna.

Dostrzegły samochód, jadący powoli deptakiem. Spacerowicze niechętnie schodzili mu z drogi. Line odstawiła dopitą do połowy kawę i patrzyła, jak auto parkuje przy krawężniku po drugiej stronie ulicy. Kierowca wysiadł, przystanął na chwilę i spojrzał w ich kierunku. Rozpoznała swojego ojca.

7

Wisting poczekał, aż Hammer wysiądzie z auta, po czym ruszył przez ulicę. Zdążył dostrzec kątem oka, że przy jednym ze stolików przed „Świętym Spokojem” siedzi Line. Mężczyzna zajmujący miejsce nieopodal niej zerwał się z krzesła. Nasunął czapkę z daszkiem na czoło, odepchnął dziecięcy wózek i szybkim krokiem zaczął się oddalać.

Nie byli w stanie dostrzec jego twarzy, ale sądząc po wzroście, wieku i wąskich ramionach, mógł to być Aron Heisel. Musiał rozpoznać policjantów po sposobie zachowania. Zdecydowane ruchy i badawcze spojrzenia zdradzały ich, w każdym razie przed tymi, którzy mieli się na baczności albo próbowali coś ukryć.

– Hej! – zawołał Wisting za odchodzącym. – Poczekaj chwilę!

Mężczyzna przyspieszył. Wyglądało na to, że zmierza w stronę zaparkowanego nieopodal motocykla z kaskiem zawieszonym na kierownicy. Gdy Wisting znów na niego zawołał, zmienił nagle zdanie i puścił się pędem w przeciwnym kierunku.

– Stój! – krzyknął Wisting, rzucając się do pościgu. – Policja!

Stojący najbliżej ludzie odwrócili głowy i zerknęli na niego ciekawie. Uciekinier obejrzał się przez ramię, odepchnął kilkoro stojących mu na drodze dzieci i pognał dalej.

Wisting pędził za nim. Koszula wysunęła mu się ze spodni i łopotała na wietrze.

Mężczyzna wbiegł w Dronningens gate i skręcił w pierwszą uliczkę po prawej. Wisting wypadł zza rogu i stwierdził, że uciekinier zdążył już wmieszać się w tłum. Przez chwilę myślał, że go zgubił, ale wtedy dostrzegł czapkę z daszkiem i białą koszulkę. Zaczął torować sobie drogę między turystami. Mężczyzna przeciskał się przez tłum, odpychając spacerujące z rodzicami dzieci i innych przechodniów. Potknął się o rowerek z dokręcanymi kółkami i upadł, ale szybko zerwał się znów na nogi. Skręcił w prawo w najbliższą uliczkę i pobiegł w kierunku nabrzeża, po czym wykonał ostry zwrot w lewo i ruszył przez plac zabaw. Potknął się, zerkając przez ramię. Wisting był coraz bliżej, dopadł go w końcu przy budce z goframi i chwycił za ramię, lecz mężczyzna wyrwał mu się tak gwałtownie, że policjant zatoczył się na latarnię i uderzył w nią mocno głową. Całe jego ciało przeszył ból, poczuł, że po policzku spływa mu krew. Uciekinier popędził dalej nabrzeżem.

Wisting nie dostrzegł nawet, skąd wypadł Nils Hammer. Kolega pojawił się nagle i rzucił na uciekiniera. Przewrócił go tak, że mężczyzna runął prosto do morza. Hammer o mały włos nie poszedł w jego ślady, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę.

Wielu gości pobliskich ogródków restauracyjnych wstało od stolików, by sprawdzić, co się dzieje. Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar uciekać dalej wpław, ale w końcu potrząsnął głową i chwycił unoszącą się obok czapkę z daszkiem. Podpłynął do nabrzeża, gdzie Wisting i Hammer wyciągnęli go z morza.

– Aron Heisel? – spytał Wisting.

Mężczyzna skinął głową, stał przed nimi pochylony w przód, z dłońmi na kolanach. Kapała z niego woda.

– Dlaczego uciekałeś? – chciał wiedzieć Hammer.

Aron Heisel złapał z trudem powietrze i westchnął głęboko, ale nie odpowiedział.

– Musimy porozmawiać o Jensie Hummelu i jego taksówce – wyjaśnił Wisting.

– Po prostu tam stała – zrezygnowanym tonem oznajmił Heisel. – Nie wiem nic więcej. Stała tam i tyle.

Zobaczyli jadącą w ich stronę policyjną więźniarkę. Hammer pomachał kierowcy, ciekawscy gapie zeszli z drogi.

– Zawieźcie go do komendy i dajcie mu jakieś suche ubrania – poprosił Wisting.

– Nie zrobiłem nic złego – zaprotestował Heisel.

– Można na ten temat dyskutować – orzekł Wisting, podnosząc dłoń do skroni. Poczuł krew pod palcami i stwierdził, że zdążył już solidnie opuchnąć po zderzeniu z latarnią.

Jeden z policjantów otworzył tylne drzwi więźniarki i wprowadził Arona Heisela do środka.

– Niech sobie trochę posiedzi – rzucił Hammer.

Wisting skinął głową. Zatrzymanie przesłuchiwanego przez jakiś czas zawsze działało na korzyść tych, którzy zadawali pytania. Nigdy na korzyść tego, kto musiał na nie odpowiadać.

– Chciałbym jeszcze wrócić do tej stodoły – powiedział, patrząc, jak zamykają się drzwi za Heiselem. – Tak czy inaczej, uważam, że auto może dać nam więcej odpowiedzi niż ten tu gagatek.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

Dostępne w wersji pełnej

57

Dostępne w wersji pełnej

58

Dostępne w wersji pełnej

59

Dostępne w wersji pełnej

60

Dostępne w wersji pełnej

61

Dostępne w wersji pełnej

62

Dostępne w wersji pełnej

63

Dostępne w wersji pełnej

64

Dostępne w wersji pełnej

65

Dostępne w wersji pełnej

66

Dostępne w wersji pełnej

67

Dostępne w wersji pełnej

68

Dostępne w wersji pełnej

69

Dostępne w wersji pełnej

70

Dostępne w wersji pełnej

71

Dostępne w wersji pełnej

72

Dostępne w wersji pełnej

73

Dostępne w wersji pełnej

74

Dostępne w wersji pełnej

75

Dostępne w wersji pełnej

76

Dostępne w wersji pełnej

77

Dostępne w wersji pełnej

78

Dostępne w wersji pełnej

79

Dostępne w wersji pełnej

80

Dostępne w wersji pełnej

81

Dostępne w wersji pełnej

82

Dostępne w wersji pełnej

83

Dostępne w wersji pełnej

84

Dostępne w wersji pełnej

85

Dostępne w wersji pełnej

86

Dostępne w wersji pełnej

87

Dostępne w wersji pełnej

88

Dostępne w wersji pełnej

89

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Blindgang

Copyright © 2015 Jørn Lier Horst

Published by agreement with Salomonsson Agency

All rights reserved

Copyright © 2016 for the Polish edition by Smak Słowa

Copyright © for the Polish translation by Karolina Drozdowska

This translation has been published with the financial support of NORLA

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być publikowana ani powielana w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Edytor: Anna Świtajska

Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz

Projekt graficzny książki: Agnieszka Karmolińska

Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska

ISBN 978-83-64846-49-6

Smak Słowa

ul. Sobieskiego 26/4

81-781 Sopot

tel. 507 030 045

Szukaj nas także na

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl