Błękitny zamek - Lucy Maud Montgomery - ebook + audiobook + książka

Błękitny zamek ebook i audiobook

Lucy Maud Montgomery

4,5

Opis

29-letnia Joanna mieszka z despotyczną matką i ciotką w starym domu w Deerwood, w Kanadzie. Wyśmiewana przez rodzinę z powodu staropanieństwa i nieśmiałości, Joanna znajduje ukojenie w snuciu marzeń o Błękitnym Zamku, gdzie jest adorowana przez najprzystojniejszych rycerzy i nie musi słuchać przezwisk o „starej pannie”.

Gdy pewnego dnia dowiaduje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę, zdaje sobie sprawę, że nie ma nic do stracenia i zaczyna żyć własnym życiem, nie przejmując się opinią rodziny i społeczeństwa. Ku zgrozie bogobojnej matki Joanna decyduje się opuścić własny i zamieszkać w domu Ryczącego Abla, lokalnego awanturnika i pijaczyny, aby zaopiekować się jego umierającą córką i swoją dawną przyjaciółką. Joanna decyduje się robić to, na co ma ochotę i żyć pełnią życia, nie tylko w wyimaginowanym, ale także tym rzeczywistym świecie.

Nowe, poprawione wydanie (2022).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 5 min

Lektor: Lucy Maud Montgomery

Oceny
4,5 (196 ocen)
136
40
14
3
3
Sortuj według:
Natalia_Calgary

Nie oderwiesz się od lektury

Nawet tak fatalne, niechlujne tłumaczenie nie jest w stanie zepsuć tej pięknej historii.
40
alessa28

Nie oderwiesz się od lektury

Miło wrócić do książki. Klimat jest. Minusy - zła korekta tekstu i tłumaczenie.
30
Gosia17-82

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna z moich ulubionych ksiazek
20
EmmaKrause

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna lektura. Nie wiem jak to się stało, że dotąd jej nie czytałam :)
10
Rybbbka

Całkiem niezła

Słodka baśń dla dorosłych kobiet o sile marzeń i odwagi. Dużo mniej tutaj realizmu niż w serii o Ani. W sam raz na pocieszenie i jesienną melancholię.
10

Popularność




ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdyby nie to, że pewnego marcowego poranka padał deszcz, całe życie Joanny Stirling potoczyłoby się inaczej. Poszłaby wraz ze wszyst­kimi członkami swojego rodu na rocznicę ślubu do cioci Wellington, a doktor Trent pojechałby do Montrealu. Ale deszcz lał jak z cebra i oto co się z tego powodu wydarzyło.

Joanna obudziła się wcześnie w tę martwą, przytłaczającą godzinę, która bezpośrednio poprzedza nastanie świtu. Niezbyt dobrze spała. Nic dziwnego zresztą, że się źle sypia, kiedy nazajutrz kończy się dwa­dzieścia dziewięć lat, a przy tym jest się wciąż panną, w środowisku, gdzie nie wychodzą za mąż tylko te, które po prostu nie mogą dostać męża.

Miasto Deerwood, podobnie jak ród Stirlingów, od dawna pogo­dziło się z myślą, że Joanna pozostanie na zawsze beznadziejną starą panną. Lecz w sercu samej Joanny nie przestawała tlić się iskierka żałosnej, wstydliwej nadziei, że i ją ktoś jeszcze pokocha – aż do tego słotnego poranka, kiedy uprzytomniła sobie, że ma już dwadzieścia dziewięć lat i że dotychczas żaden mężczyzna nie ubiegał się o jej rękę.

Joanny nie martwiło znów tak bardzo, że zostanie starą panną. Bądź co bądź, myślała sobie, lepiej już być starą panną, niż wyjść za mąż za kogoś takiego jak wuj Wellington albo stryj Beniamin lub na­wet wuj Herbert. W gruncie rzeczy bolało ją tylko to, że ani razu nie miała sposobności stać się kimś innym niż starą panną, że nigdy nie pragnął jej żaden mężczyzna.

Leżała samotnie w rzednącym szarym półmroku i gorące łzy na­pływały jej do oczu. Chętnie rozpłakałaby się na dobre, ale nie chcia­ła folgować sobie z dwóch powodów. Po pierwsze, obawiała się, że płacz może wywołać nowy napad bólu w okolicy serca. Jeden taki atak, ostrzejszy niż wszystkie dotychczasowe, miała już w momen­cie, gdy kładła się do łóżka. Po drugie, bała się, że matka zauważy zaczerwienione oczy i zacznie się drobiazgowe, natrętne i dokuczliwe wypytywanie.

„Co by było – pomyślała Joanna, gorzko się uśmiechając – gdybym odpowiedziała szczerą prawdę: płaczę, ponieważ nie mogę wyjść za mąż. Wyobrażam sobie, jak bardzo zgorszona byłaby matka, chociaż sama spala się ze wstydu, że jej córka jest starą panną. Ale oczywiście pozory muszą być zachowane”.

Joanna nieomal słyszała namaszczony, dyktatorski ton matki: „Nie wypada, aby panienka z dobrego domu myślała o mężczyznach”. Na samą myśl o minie, jaką zrobiłaby matka, Joanna parsknęła śmiechem – posiadała bowiem poczucie humoru, o które nie podejrzewał jej nikt z członków bliskiej i dalszej rodziny. Joanna w ogóle miała dużo cech, o które nikt jej nie podejrzewał. Przelotny śmiech szybko jednak za­marł i po chwili Joanna znów leżała skulona, mała i żałosna, nasłu­chując chlupotania deszczu za oknem i przypatrując się z niesmakiem, jak zimne, bezlitosne światło sączy się z wolna do jej od­rażającego pokoju.

Brzydotę tego pokoju znała na pamięć i nienawidziła go z całego serca. Nienawidziła żółtej podłogi z jedynym dywanikiem ręcznej ro­boty, na którym wyszyty był groteskowy pies, wiecznie szczerzący do niej zęby; odrapanego i popękanego sufitu; rolety z brązowego papieru z czerwonymi wymalowanymi różami; poplamionego lustra z przeci­nającą je ukośną rysą i starych fotografii jeszcze starszych krewnych, które dawno zostały wyrugowane z pokojów na dole. Poza podobiznami przodków ścianę zdobiły tylko dwa obrazki. Jeden z nich był to stary oleodruk przedstawiający małe szczenię, leżące na progu domu pod rzęsistą ulewą. Obrazek ten działał na Joannę deprymująco. Biedny, zbłąkany piesek, skulony na progu i smagany deszczem. Czemuż nie ot­worzy mu ktoś drzwi i nie wpuści do środka? Drugi obrazek to wyblakła rycina w tekturowej oprawie, wyobrażająca królową Ludwikę schodzą­cą ze schodów. Rycinę tę ofiarowała jej wspaniałomyślnie na urodziny ciocia Wellington, kiedy Joanna miała dziesięć wiosen. I od tego czasu przez dziewiętnaście lat przypatrywała się tej pięknej, wymuskanej, za­dowolonej z siebie królowej Ludwice, nienawidząc jej z całego serca.

Co prawda wszystkie pokoje w tym domu były brzydkie, ale na dole starano się jako tako utrzymać pozory. Szkoda było jednak pienię­dzy na pokoje, których nigdy nie pokazuje się gościom. Joanna myślała niekiedy, że mogłaby uczynić coś dla wyglądu swojego pokoju nawet bez pieniędzy, gdyby jej tylko na to pozwolono. Lecz matka odrzuca­ła z miejsca każdą nieśmiałą propozycję, a Joanna bała się nalegać. W ogóle Joanna nie miała nigdy zwyczaju nalegać. Po prostu się bała. Matka jej zaś nie znosiła żadnego sprzeciwu. Gdy czuła się obrażona, umiała całymi dniami chodzić nadąsana, z miną znieważonej księż­niczki. Jedyną zaletą, jaką miał dla Joanny jej pokój, było to, że mogła w nim samotnie płakać po nocach.

Ale w gruncie rzeczy cóż to za różnica, że miała brzydki pokój, skoro używała go jedynie do spania i ubierania się? Nigdy nie po­zwolono by jej zostać w nim samej w jakimkolwiek innym celu. Ludzie, którzy chcieli być sami, w przekonaniu pani Fryderyki Stirling i cioci Tekli, mogli tego pragnąć wyłącznie dla jakichś niegodziwych i podejrzanych zamiarów. Ale za to pokój, który miała w Błękitnym Zamku, wyposażony był we wszystko, co łączy się z pojęciem pięk­na. Bo Joanna, która czuła się tak zahukana, wylękniona i ujarzmiona w rzeczywistym życiu, pędziła niezwykle okazały i wystawny żywot w swych marzeniach na jawie. Nie domyślał się tego nikt z rodu Stirlingów, a już najmniej ze wszystkich – matka i ciocia Tekla. Nikomu z nich nie śniło się nawet, że Joanna ma dwa domy – brzydkie domisz­cze z czerwonej cegły przy Elm Street oraz Błękitny Zamek w Hiszpa­nii. Od kiedy pamiętała – duszą żyła zawsze w Błękitnym Zamku.

Była jeszcze małym dzieckiem, gdy ją to opętało. Ilekroć zamy­kała powieki, mogła go oglądać zupełnie wyraźnie. Oto on – najeżony basztami i wieżyczkami, wznoszący się na szczycie urwistego wzgórza i owiany błękitną tajemniczą mgłą na tle zaróżowionego nieba dalekiej czarodziejskiej krainy. Wszystko, co jest piękne i cudowne na świecie, znajdowało się w tym zamku. Klejnoty, które zdobiły królewskie czo­ła; szaty z purpury i blasku księżycowego; łoża z róż i złotogłowia; szerokie marmurowe schody i cicho stąpające smukłe dziewice w bia­łych powiewnych szatach; dziedzińce okolone marmurowymi filarami, gdzie tryskały lśniące fontanny i śpiewały wśród mirtowych krzaków słowiki; zwierciadlane sale, gdzie lustra ukazywały wyłącznie odbicie pięknych rycerzy i prześlicznych kobiet. Wśród nich ona sama była najśliczniejsza i mężczyźni zabijali się dla jej uśmiechu. Wspaniałe zabawy i uczty, które przeżywała po nocach w wyobraźni, były dla Joanny jedynym urozmaiceniem, które dodawało jej sił do znoszenia beznadziejnej nudy szarego, monotonnego życia. Większość rodziny Stirlingów skamieniałaby chyba ze zgrozy, gdyby dowiedziała się choćby połowy tego, co roiło się w głowie Joanny.

Wystarczy powiedzieć, że miała w swym Błękitnym Zamku sporą gromadkę wielbicieli. Najpiękniejszy z nich adorował ją z całym ro­mantycznym zapałem tej rycerskiej epoki i zdobywał jej miłość dopie­ro po długotrwałej służbie i licznych bohaterskich czynach, a w końcu poślubia ją z niezwykłym przepychem i okazałością, w ogromnej, ude­korowanej chorągwiami kaplicy.

Gdy miała lat dwanaście, ideał ten był jasnowłosym paziem o zło­tych kędziorach i oczach modrych jak niebo. Gdy ukończyła lat piętna­ście, był on wysoki, ciemny i blady, ale wciąż jeszcze absolutnie piękny. W dwudziestym roku życia wyobrażała go sobie jako ascetycznego, marzycielskiego, uduchowionego. Gdy skończyła dwadzieścia pięć, ulu­bieniec jej miał mocno zarysowany, trochę zacięty podbródek, a twarz surową raczej niż piękną. W zamku Joanna nie miała nigdy więcej niż dwadzieścia pięć lat, ale ostatnio, całkiem ostatnio, ideał jej otrzymał kasztanowatą czuprynę, smutny uśmiech i tajemniczą przeszłość.

W tym przełomowym dniu swego życia Joanna nie mogła jed­nak odnaleźć klucza do Błękitnego Zamku. Rzeczywistość zbyt silnie na nią napierała, następując jej na pięty i ujadając jak rozwścieczony kundel. Miała dwadzieścia dziewięć lat i była samotna, niekochana, brzydka – jedyna niepozorna dziewczyna w przystojnej na ogół rodzi­nie, pozbawiona zarówno przeszłości, jak i widoków na przyszłość. Jak daleko sięgnął pamięcią, jej życie zawsze było nudne i bezbarwne, bez jednego złotego promyka. Jak daleko sięgnął wzrokiem naprzód, wydawało się rzeczą pewną, że zawsze będzie to samo, dopóki nie zamieni się w zwiędłą staruszkę, uczepioną nagiej, uschniętej gałęzi życia. Chwila, w której kobieta dochodzi do wniosku, że nie ma już w imię czego żyć, ani w imię miłości, ani obowiązku, że nie ma przed sobą żadnego celu – jest dla niej gorsza niż śmierć.

„I pomyśleć, że muszę pędzić nadal ten żywot; że może mam jesz­cze przed sobą osiemdziesiąt lat życia – pomyślała Joanna z przeraże­niem. – Wszyscy Stirlingowie są strasznie długowieczni. Słabo mi się robi na samą myśl o tym”.

Była zadowolona, że pada deszcz, a właściwie odczuwała z tego powodu jakąś ponurą satysfakcję. Doroczna uroczystość familijna dzi­siaj się nie odbędzie. Ta uroczystość, którą ciocia i wuj Wellington (zawsze wymieniano ich w tej kolejności) wyprawiali z okazji rocz­nicy swoich zaręczyn, stała się ostatnio istną zmorą dla Joanny. Pech chciał, że w dniu tym przypadały również jej urodziny, i od chwili gdy przekroczyła dwudziesty piąty rok życia, nikt nie dawał jej o tym zapomnieć.

Chociaż chodzenie na uroczystości rodzinne było dla niej istną męczarnią, to jednak nigdy przez myśl jej nawet nie przeszło zbunto­wać się przeciwko temu. Joanna nie miała w sobie ani odrobiny ducha buntowniczego. A przecież doskonale z góry wiedziała, co jej powie każdy z obecnych tam gości. Wuj Wellington, którego nie cierpiała i którym gardziła, mimo że osiągnął szczyt aspiracji każdego Stirlinga, żeniąc się z posagiem, zapyta ją ogłuszającym szeptem: „Nie myślimy jeszcze o zamążpójściu, serdeńko?” – po czym wybuchnie głupawym rechocącym śmiechem, który stanowił zawsze niezmienny epilog jego „głębokich” uwag. Ciocia Wellington, która napawała Joannę jakimś zabobonnym strachem, będzie jej opowiadać o nowej szyfonowej suk­ni Oliwii i o ostatnim płomiennym liście narzeczonego Oliwii, Rober­ta. A Joanna będzie musiała robić zadowoloną i zainteresowaną minę, jak gdyby ta suknia i ten list były przeznaczone dla niej, w przeciwnym bowiem razie ciocia Wellington czułaby się dotknięta. A Joanna dawno już zdecydowała, że woli raczej obrazić Boga niż ciocię Wellington, ponieważ Bóg mógłby jej wybaczyć, a ciocia Wellington – nigdy.

Stryjenka Alberta o wyjątkowej tuszy i niezwykle miłym zwyczaju mówienia o swoim małżonku „on”, jakby to była jedyna istota płci mę­skiej na tym padole, wciąż nie mogła zapomnieć o tym, że była kiedyś wielką pięknością, i biadała nad ciemną cerą Joanny:

– Nie rozumiem, dlaczego wszystkie dzisiejsze panny są takie opalone. Kiedy ja byłam panną, miałam cerę jak krew z mlekiem. Uchodziłam za najładniejszą dziewczynę w Kanadzie, moja droga.

Wuj Herbert może nic nie powie, a może zauważy żartobliwie: „Ależ ty tyjesz, Bubo”. Po czym całe towarzystwo gruchnie śmiechem z powodu tego niezwykle zabawnego przypuszczenia, że biedna, chu­dziutka Buba mogłaby w ogóle utyć.

Przystojny, napuszony wuj Jakub – którego Joanna nie lubiła, ale którego darzyła szacunkiem, ponieważ cieszył się opinią niezwykle mądrego i odgrywał z tego powodu rolę wyroczni w rodzinie (Stirlingowie na ogół nie grzeszyli nadmiarem rozumu) – rzuci z zabójczym sarkazmem, któremu zawdzięczał swoją sławę:

– Jesteś pewnie ostatnio zajęta szykowaniem swojej wyprawy, co?

A stryj Beniamin będzie zabawiał zgromadzonych swoimi kiepski­mi kalamburami i zagadkami, na które sam będzie pośpiesznie odpowiadał.

– Jaka jest różnica między urzędnikiem a starą panną? Żadna, obo­je czekają na pierwszego... On, pierwszego każdego miesiąca, a ona na pierwszego, który jej się oświadczy.

Joanna słyszała ten dowcip z ust stryja Beniamina już co najmniej z pięćdziesiąt razy i za każdym razem miała ochotę rzucić w niego jakimś ciężkim przedmiotem. Ale nigdy się na to nie zdobyła. Po pierwsze, w rodzinie Stirlingów to nie było przyjęte; po drugie, stryj Beniamin był bogatym i bezdzietnym starym wdowcem, a Joanna zo­stała wychowana w duchu głębokiej czci dla jego pieniędzy. Gdyby go obraziła, mógłby ją skreślić ze swego testamentu, o ile w nim przy­padkiem figurowała. A Joannie wcale się to nie uśmiechało. Przez całe życie cierpiała biedę i znała aż nadto jej gorycz. W milczeniu znosiła więc stryjowe kalambury, a nawet przyjmowała je z wymuszonym męczeńskim uśmiechem.

Stryjenka Izabela, prostolinijna i kłująca jak cierń, będzie ją za coś krytykować – za co, tego Joanna nigdy nie mogła przewidzieć z góry, bo stryjenka Izabela zwykle nie powtarzała dwa razy jednego zarzutu. Zawsze miała jakieś nowe żądło w pogotowiu. Stryjenka Iza­bela była dumna z tego, że mówi zawsze to, co myśli, ale sama nie była zbytnio zadowolona, gdy inni mówili jej, co o niej myślą.

Kuzynka Georginia będzie wyliczać wszystkich krewnych i zna­jomych, którzy zmarli od czasu ostatniej uroczystości familijnej i roz­ważać „na kogo teraz nadeszła kolej?”.

A Oliwia, cudowne dziecko Stirlingów, obdarzona tym wszyst­kim, czego Joanna była pozbawiona – urodą, powodzeniem, miłością – będzie obnosić swoje wdzięki, chełpić się powodzeniem i olśniewać brylantami.

O tak, Joanna wiedziała doskonale, jak wyglądałaby ta uroczystość familijna, błogosławiła więc deszcz, który ją od niej ocalił. W tym roku już się nie odbędzie, bo ciocia Wellington, o ile nie mogła wyprawić swojej uroczystości w uświęconym dniu, rezygnowała z niej w ogóle. Chwała Ci za to, Boże.

Joanna postanowiła, że skoro z uroczystości nici, to po południu, jeśli deszcz ustanie, uda się do biblioteki po nową książkę Johna Fostera. Joannie nie wolno było czytywać powieści, ale książki Johna Fostera nie były powieściami. Były to książki „przyrodnicze”, jak mawiała właścicielka czytelni: „Wie pani, o lasach, ptakach, roba­kach i innych takich rzeczach”. Dlatego lektura ta nie była zabroniona, choć i na nią patrzono dość podejrzliwym okiem, stawało się bowiem aż nadto widoczne, że Joanna jakoś za bardzo się nią delektuje. Do­puszczalną, a nawet chwalebną rzeczą było czytać książki budujące, krzepiące umysł i wiarę, ale lektura, która sprawiała uciechę, musiała być wysoce niebezpieczna. Joanna nie wiedziała, czy umysł jej został „zbudowany”, czy nie, ale doznawała nieodpartego wrażenia, że gdy­by przeczytała książki Johna Fostera kilka lat wcześniej, to jej życie inaczej by wyglądało. Dostrzegła w nich przebłyski jakiegoś innego świata, do którego mogła niegdyś wejść, lecz którego podwoje były teraz przed nią zamknięte na wieki. Książki Johna Fostera pojawiły się na półkach księgarskich w Deerwood dopiero w ostatnim roku, choć, jak Joanna słyszała od właścicielki, był on już od kilku lat słynnym pisarzem.

– Gdzie on mieszka? – zapytała bibliotekarkę.

– Nikt nie wie. Sądząc z jego dzieł, musi być Kanadyjczykiem, ale niczego więcej dowiedzieć się o nim nie można. Wydawcy milczą jak zaklęci. John Foster to prawdopodobnie pseudonim. Jego dzieła są rozchwytywane, choć osobiście nie wiem, co ludzie w nich widzą, że tak za nimi szaleją.

– Uważam, że są cudowne – rzekła Joanna nieśmiało.

– No tak. – Pani Clarkson uśmiechnęła się protekcjonalnie. – Nie powiem, aby mnie tak bardzo interesowały robaki, trzeba jednak przy­znać, że Foster zna się na nich tak, że lepiej już chyba nie można.

Przecież i Joannę robaki znów tak bardzo nie obchodziły. W dzie­łach Fostera oczarowała ją nie tylko jego zdumiewająca wprost wie­dza o życiu ptaków i owadów. Trudno by jej było określić, na czym właściwie polega urok jego książek. Wiedziała tylko, że miały w sobie wdzięk jakiejś dręczącej, nigdy nieujawnionej tajemnicy – przebłysk nieznanego cudownego świata – echa z krainy baśni i dziwów.

Tak, pójdzie po nową książkę Fostera. Już miesiąc mija, jak ma u siebie Jesienne liście, więc matka nie będzie się mogła sprzeciwić. Przeczytała tę książkę cztery razy i zna całe fragmenty na pamięć.

Pomyślała też, że musi jednak udać się do doktora Trenta i zapy­tać, co znaczy ten dziwny ból w okolicy serca. Ostatnio ataki stawały się coraz częstsze, przy czym towarzyszyła im gwałtowna palpitacja, zawroty głowy i nagły brak tchu. Ale czy mogła pójść do lekarza, ni­komu o tym nie mówiąc? Była to niezwykle zuchwała myśl. Żaden ze Stirlingów nie zwracał się nigdy po poradę do lekarza bez uprzedniego odbycia formalnej narady familijnej i uzyskania aprobaty wuja Jakuba. Po czym każdy z nich udawał się do Port Lawrence, do doktora Amb­rożego Marscha, który był mężem kuzynki Adelajdy Stirling.

Ale Joanna nie lubiła doktora Marscha. Zresztą Port Lawrence od­dalony był o dwadzieścia pięć kilometrów i nie mogła tam pojechać sama. A nie chcia­ła, żeby ktokolwiek dowiedział się o jej sercu. Od razu powstałby taki rwetes, że niech ręka boska broni. Każdy krewny z osobna przyszedłby wtrącić swoje trzy grosze, dawać jej cenne rady, ostrzegać i opowiadać straszne rzeczy o babkach, ciotkach i kuzynkach czterdziestego stopnia pokrewieństwa, które „miały akurat to samo” i „padły, proszę ciebie, trupem na miejscu, nie zdążywszy nawet pisnąć”.

Joanna postanowiła więc nikomu nic nie mówić i wybrać się jesz­cze tego samego dnia do doktora Trenta, w tajemnicy przed rodziną. Co do honorarium, to miała w banku dwieście dolarów, które ojciec złożył na jej imię w dniu jej narodzin.

Doktor Trent był starym, mrukliwym i roztargnionym jegomoś­ciem, z tych, co to walą prawdę prosto z mostu, przy tym jednak ucho­dził za autorytet w zakresie chorób serca. Żaden Stirling nie przestąpił jego progu od czasu, jak przed dziesięciu laty oświadczył kuzynce Lo­dzi, że jej nerwobóle są całkowicie urojone i że ona się w nich lubuje. Nie można popierać lekarza, który w tak niesłychany sposób ubliżył kuzynce pierwszego stopnia – pomijając już to, że ów lekarz był prezbiterianinem, podczas gdy wszyscy Stirlingowie chodzili do kościo­ła anglikańskiego. Ale Joanna, mając do wyboru zdradę swego klanu a piekło hałasu, trajkotania i ciotecznych rad – doszła do wniosku, że zdrada jest mniejszym złem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Gdy ciocia Tekla zapukała do drzwi, Joanna wiedziała, że jest wpół do ósmej i że musi wstać. Jak daleko sięgała pamięcią, ciocia Tekla za­wsze pukała do jej drzwi o wpół do ósmej. Ciocia Tekla i pani Fryderyka Stirling były już na nogach od siódmej, ale Joannie wolno było w dro­dze szczególnej łaski leżeć o pół godziny dłużej, ze względu na utartą w rodzinie opinię, że jest ona delikatnego zdrowia. Joanna wstała, cho­ciaż tego dnia miała na to jeszcze mniejszą ochotę niż kiedykolwiek. Po co wstawać? Jeszcze jeden ponury dzień, jak wszystkie dotychczasowe, pełen niedorzecznych drobnych zajęć bez znaczenia, nieprzynoszą­cych nikomu radości ani pożytku. Ale jeżeli nie wstanie zaraz, to nie będzie gotowa do śniadania o ósmej. Godziny posiłków przestrzegane były w domu pani Stirling niezwykle rygorystycznie i spóźnianie się nie było tolerowane. Joanna wyszła więc z łóżka, dygocąc z zimna.

W pokoju panował ostry, przejmujący do szpiku kości ziąb. Do nie­wzruszonych zasad pani Stirling należało bowiem przeświadczenie, że po dwudziestym czwartym marca, bez względu na pogodę, nie ma po­trzeby palić w piecu. Posiłki gotowało się na małej naftowej maszynce, która stała w przedsionku. Podobnie nie wolno było opalać mieszkania przed dwudziestym pierwszym października, choćby na dworze był trzaskający mróz. Począwszy od tego dnia, pani Fryderyka zaczynała gotować na płycie kuchennej i co wieczór palono w pokoju bawialnym. W rodzinie szeptano sobie na ucho, że nieboszczyk pan Karol Stirling nabawił się grypy, która stała się przyczyną jego śmierci, kiedy Joanna miała zaledwie roczek, właśnie dlatego, że pani Fryderyka Stirling nie pozwoliła napalić w piecu dwudziestego października. Uczyniła to następnego dnia, ale dla nieboszczyka pana Karola Stirlinga było to niestety o jeden dzień za późno.

Joanna zdjęła i powiesiła w szafie swoją nocną koszulę z szorst­kiego niebielonego płótna, z wysokim kołnierzem i długimi wąskimi rękawami. Następnie założyła bieliznę tego samego typu, brązową, bawełnianą suknię, grube czarne pończochy i buty na gumowych ob­casach.

Ostatnimi czasy przywykła czesać się przy spuszczonej rolecie. Rysy jej twarzy nie uwydatniały się wtedy w lustrze tak wyraźnie. Ale dziś podciągnęła zasłonę do samej góry i z rozpaczliwą determinacją przejrzała się w upstrzonym czarnymi plamkami, trędowatym lustrze. Postanowiła odważnie spojrzeć prawdzie w oczy.

Rezultat był, niestety, fatalny. Inna sprawa, że nawet największa piękność wypadłaby niekorzystnie w tym jaskrawym, rażącym świetle. Joanna ujrzała proste czarne włosy, krótkie i rzadkie, stale pozbawione połysku, mimo że każdego wieczoru szczotkowała je ni mniej, ni więcej, tylko dokładnie sto razy, wedle przepisu, i wytrwa­le wcierała sobie eliksir do włosów Redferna; ładne proste czarne brwi; nos, który wydawał się jej stanowczo za mały, nawet jak na jej maleńką, trójkątną, bladą twarzyczkę; drobne, blade usta, stale nieco rozchylone i ukazujące małe, białe ząbki; figurę szczupłą i płaską, tro­chę poniżej średniego wzrostu. Uniknęła jakoś rodzinnych wystających kości policzkowych, ale jej ciemnobrązowe, łagodne oczy były z lekka skośne jak u Japonki. Pominąwszy oczy, nie była ani ładna, ani brzyd­ka – ot, po prostu przeciętna, jak sama oceniała z goryczą. Och, jak wyraźnie odznaczały się w tym bezlitosnym świetle zmarszczki wokół oczu i ust. I nigdy jeszcze jej wąska blada twarzyczka nie wyglądała tak wąsko i tak blado.

Włosy czesała do góry à la madame Pompadour. Fryzura ta dawno przestała być modna, ale była nią wtedy, kiedy Joanna po raz pierwszy uczesała się do góry i ciocia Wellington zdecydowała, że musi już zawsze być tak uczesana.

– Tylko w takiej fryzurze jest ci do twarzy – oświadczyła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Joanna marzyła o tym, żeby móc zaczesać włosy nisko na czoło i mieć loczki nad uszami, tak samo jak Oliwia, ale nie miała odwagi zmienić rodzaju uczesania, narzuconego jej przez ciocię Wellington. Zresztą dużo było takich rzeczy, na które Joanna nie miała odwagi.

„Całe życie bałam się czegoś” – pomyślała z goryczą. Od naj­wcześniejszego dzieciństwa, kiedy to lękała się panicznie dużego czar­nego niedźwiedzia, który mieszkał, jak twierdziła ciocia Tekla, w ko­mórce pod schodami. Potem bała się złego humoru matki, bała się obrazić stryja Beniamina, bała się zjadliwych uwag stryjenki Izabeli, pogardliwego spojrzenia cioci Wellington, nagany wuja Jakuba, bała się sprzeciwić zapatrywaniom i przesądom całego rodu, bała się nie zachować pozorów, bała się powiedzieć, co naprawdę myśli. Bała się nędzy na starość. Strach, strach i strach – nigdy nie mogła się przed nim uchronić.

Strach ją omotał i obezwładnił jak sieć potwornego pająka. Tylko w swoim Błękitnym Zamku znajdowała chwile wytchnienia. Ale dziś rano nie mogła nawet uwierzyć, że posiada Błękitny Zamek. Zdawało się jej, że już nigdy go nie odzyska. Dwudziestodziewięcioletnia, niekochana stara panna – cóż ona mogła mieć wspólnego z zaczarowaną królewną z Błękitnego Zamku? Musi wyzbyć się tych dziecinnych uro­jeń na zawsze i bez złudzeń spojrzeć w twarz rzeczywistości.

Odwróciła się od nieżyczliwego lustra i wyjrzała na dwór. Brzy­dota tego widoku uderzała ją zawsze niby obuchem: odrapany płot, stara waląca się rudera sąsiedniej posesji, oblepiona jaskrawymi, nie­wybrednymi plakatami; w oddali niechlujna stacyjka z poniewierającymi się wiecznie odpadkami i śmieciami. Przesłonięte strugami deszczu, wszystko to wyglądało jeszcze ohydniej niż zwykle. Nigdzie ani cienia piękna. „Zupełnie jak moje życie” – pomyślała Joanna, wzdychając. Lecz gorycz jej szybko minęła. Pogodziła się z faktami z taką samą rezygnacją jak zawsze. Należy do tej kategorii ludzi, których życie stale omija. Nie ma na to rady.

W tym nastroju Joanna zeszła na śniadanie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Na śniadanie jadło się zawsze jedno i to samo. Kleik z kaszki owsia­nej, który budził w Joannie żywiołowy wstręt, grzanki z herbatą oraz jedna łyżeczka marmolady. Pani Fryderyka uważała, że dwie łyżeczki to marnotrawstwo, ale niewiele to obchodziło Joannę, która marmola­dy również nie cierpiała. Chłodna, ponura jadalnia była chłodniejsza i jeszcze bardziej ponura niż zazwyczaj; za oknem wszystko tonęło w strugach deszczu. Zmarli Stirlingowie w okropnych złoconych ra­mach spoglądali upiornym wzrokiem ze ścian. I w tych okolicznościach ciocia Tekla winszowała Joannie z okazji urodzin, życząc jej, żeby dożyła wielu takich szczęśliwych dni.

– Siedź prosto, Bubo. – To było wszystko, co jej powiedziała matka.

Joanna siedziała prosto. Rozmawiała z matką i z ciocią Teklą o tym, o czym się rozmawiało zawsze. Wiedziała doskonale, co by się stało, gdyby spróbowała mówić o czym innym, więc wolała wcale nie próbować.

Pani Fryderyka, urażona, że opatrzność zesłała taką plu­chę akurat wtedy, kiedy ona chciała pójść na uroczystość, jadła śniadanie w ponurym milczeniu, za które Joanna była jej nawet trochę wdzięczna. Ale ciocia Tekla biadoliła jak zwykle bez końca, narzekając na wszystko: na pogodę, na dziurę w spiżami, na ceny kaszy owsianej i masła – Joanna poczuła momentalnie, że nasmarowała sobie grzankę stanowczo za rozrzutnie – na epidemię świnki w Deerwood.

– Buba na pewno nabawi się świnki – oświadczyła złowieszczym tonem.

– Buba nie powinna chodzić tam, gdzie można nabawić się świnki – odrzekła krótko pani Fryderyka.

Joanna nigdy nie przechodziła świnki ani wietrznej ospy, ani odry, ani niczego innego, co powinna przechodzić wedle ponurych prze­powiedni rodzinnych, tylko każdej zimy dostawała kataru. Katary Buby stały się czymś w rodzaju tradycji rodzinnej. Zdawało się, że nic nie może jej przed nimi uchronić, choć pani Fryderyka i ciocia Tekla czyniły wszystko, co było w ich mocy, aby im zapobiec. Raz przez całą zimę, od listopada do maja, trzymały Bubę uwięzioną w domu, w ciepłej bawialni. Nie wolno jej było nawet pójść do kościoła. Tymczasem Jo­anna, jak gdyby nigdy nic, dostawała kataru za katarem, a w czerwcu zakończyła „sezon” zapaleniem oskrzeli.

– Czegoś podobnego nigdy w naszej rodzinie nie było – za­uważyła pani Fryderyka, dając w ten sposób do zrozumienia, że Buba skłonność tę odziedziczyła po Stirlingach.

– Ja sądzę – oświadczyła pani Fryderyka – że jak ktoś postanawia sobie, że się nie przeziębi, to się nie przeziębi.

A więc w tym sęk. Joanna była sama wszystkiemu winna.

Ale dziś rano najdotkliwiej bolało Joannę, że wciąż nazywają ją Bubą. Znosiła to cierpliwie przez dwadzieścia dziewięć lat i nagle poczuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Miała dwa imiona: Joanna Walencja – trochę zbyt pompatycznie, jakkolwiek Joannie podobało się cudzoziemskie nieco brzmienie imienia Walencja. Podobno tak ją ochrzcił jej dziadek po kądzieli, stary Amos Barraclud. „Joannę” dodał ojciec, by uczynić imię córki trochę bardziej swojskim, a cała rodzi­na wybrnęła z trudności, obdarzając ją przezwiskiem „Buba”.

– Mamo – rzekła nieśmiało – czy nie mogłabyś mnie nazywać Joanną? Buba brzmi jakoś tak... tak...

Pani Fryderyka obrzuciła córkę zdumionym spojrzeniem. Nosiła ona okulary o niezwykle silnych soczewkach, co nadawało jej oczom szczególnie nieprzyjemny, sowi wyraz.

– Dlaczego nie podoba ci się „Buba”?

– Brzmi jakoś tak dziecinnie – bąknęła Joanna.

– Ach tak. – Uśmiech pani Fryderyki nie należał do słodkich. – Więc imię to powinno ci odpowiadać. Zapewniam cię, drogie dziecko, że jesteś jeszcze dość dziecinna.

– Ależ mam już dwadzieścia dziewięć lat – rzekło „drogie dziecko” z rozpaczą w głosie.

– Na twoim miejscu, kochanie, nie trąbiłabym o tym na cały świat – rzeczowo zauważyła pani Fryderyka.

– Dwadzieścia dziewięć lat! W twoim wieku byłam już dziewięć lat po ślubie.

– Ja wyszłam za mąż, mając siedemnaście lat – oświadczyła z dumą ciocia Tekla.

Joanna zerknęła na nie ukradkiem. Pani Fryderyka byłaby może niebrzydka, gdyby nie te okropne okulary i haczykowaty nos, które sprawiały, że wyglądała bardziej sowio niż najprawdziwsza sowa. Zresztą kiedy miała dwadzieścia lat, była może dość ładna. Ale ciocia Tekla... A przecież i na nią znalazł się kiedyś amator. Joanna czuła, że ciocia Tekla ze swoją płaską, pomarszczoną twarzą, z brodawką akurat na samym czubku bulwiastego nosa, z zarostem na podbródku, żółtą szyją i wyłupiastymi oczyma, ma jednak nad nią tę przewagę – i prawo patrzeć na nią z góry.

Do południa deszcz lał bez przerwy. Joanna sztukowała kołdrę. Nienawidziła tej roboty. Zwłaszcza że kołdry były zupełnie niepotrzeb­ne. W domu było ich zatrzęsienie. Na strychu stały trzy skrzynie wy­pakowane kołdrami. Pani Fryderyka zaczęła gromadzić kołdry, kiedy Joanna miała siedemnaście lat, i gromadziła je wytrwale w dalszym ciągu, chociaż stawało się coraz mniej prawdopodobne, żeby Joanna ich kiedykolwiek potrzebowała. Ale Joanna musi coś robić, a materiały do robótek ręcznych są zbyt kosztowne. Bezczynność uchodziła w domu Stirlingów za śmiertelny grzech. Kiedy Joanna była jeszcze dzieckiem, matka kazała jej co wieczór zapisywać w czarnym, wstrętnym notesiku wszystkie chwile, które danego dnia spędziła bezczynnie. A w niedzie­lę musiała dodawać je razem i prosić Boga o przebaczenie.

Dzisiaj Joanna próżnowała tylko dziesięć minut. Przynajmniej pani Fryderyka i ciocia Tekla nazywałyby to próżnowaniem. Poszła do swo­jego pokoju po lepszy naparstek i z poczuciem winy otworzyła na ślepo Jesienne liście. Po chwili już pochłonęła ją ta cudowna lektura.

– Bubo – rozległ się nagle głos matki z dołu – co ty tam robisz sama w pokoju?

Joanna drgnęła i wypuściła książkę z ręki, jakby to był rozżarzony węgiel. Pobiegła z powrotem do swojej łataniny. Ale w sercu jej pozo­stało to uczucie pogody, które zjawiało się zawsze, ilekroć zagłębiała się w którąkolwiek z książek Johna Fostera. Joanna niewiele wiedziała o lasach – poza dębowymi i sosnowymi, nawiedzanymi przez duchy gajami, okalającymi Błękitny Zamek. Ale przez całe życie tęskniła za nimi potajemnie i dlatego książka Fostera o lasach tak bardzo chwytała ją za serce.

Choć w południe przestało padać, słońce pokazało się dopiero o trze­ciej. Wówczas Joanna oświadczyła nieśmiało, że zamierza wyjść do miasta.

– Po co chcesz wyjść do miasta? – zapytała matka.

– Chcę wymienić książkę w czytelni.

– Przecież wymieniałaś dopiero w zeszłym tygodniu.

– Nie, cztery tygodnie temu.

– Ależ skąd cztery tygodnie. Bzdury.

– Naprawdę, mamo...

– Mylisz się. To mogło być najdalej dwa tygodnie temu. Nie lubię, jak się ze mną sprzeczasz. I w ogóle nie rozumiem, po co ci teraz nowa książka. Za dużo czasu tracisz na czytanie.

– Cóż jest wart mój czas? – spytała Joanna z goryczą.

– Bubo, nie mów do mnie takim tonem!

– Nie ma w domu herbaty – wtrąciła ciocia Tekla. – Jeżeli Buba chce się przejść, niech pójdzie i przyniesie trochę herbaty. Chociaż powietrze jest tak wilgotne, że katar gotowy.

Jeszcze przez dziesięć minut debatowano nad tą kwestią, aż wresz­cie pani Fryderyka dość niechętnie zgodziła się, żeby Joanna poszła.

– Czy włożyłaś kalosze? – zawołała ciocia Tekla, gdy Joanna była już przy drzwiach. Ciocia Tekla zawsze pytała o to, ilekroć Joanna wychodziła na ulicę w mokry dzień.

– Tak.

– A czy włożyłaś flanelową spódnicę? – spytała pani Fryderyka.

– Nie.

– Bubo, ja doprawdy cię nie rozumiem. Czy chcesz znowu zazię­bić się na śmierć? – Z tonu jej można było wnosić, że Joanna już kilka­krotnie umarła z przeziębienia. – W tej chwili idź na górę i włóż ją.

– Mamo, nie potrzebuję flanelowej spódnicy. W satynowej jest mi dostatecznie ciepło.

– Bubo, pamiętaj, że dwa lata temu miałaś zapalenie oskrzeli. Idź i zrób, jak ci każę.

Joanna usłuchała, ale nikt nie wie, jak mało brakowało, by przed tym wyrżnęła o ziemię doniczką z kaktusem. Nienawidziła tej szarej flanelowej spódnicy. Oliwia nigdy nie musiała nosić flanelowych spódnic. Oliwia nosiła marszczone jedwabie, przezroczysty batyst oraz cie­niutkie koronkowe falbanki. Ale ojciec Oliwii ożenił się „z posagiem” i Oliwia nigdy nie miała zapalenia oskrzeli. Ot co.

– Czy wiesz na pewno, że nie zostawiłaś mydła w wodzie? – za­wołała jeszcze za nią pani Fryderyka. Ale Joanny już nie było.

Herbatę musi oczywiście kupić w sklepie stryja Beniamina. Kupić ją gdzie indziej byłoby nie do pomyślenia. Joanna aż skręcała się na samą myśl, że ma pójść do sklepu stryja Beniamina w dwudziestą dzie­wiątą rocznicę swoich urodzin. Nie było się co łudzić, stryj Beniamin nie zapomni o tym fakcie.

– Dlaczego – zagadnął stryj z chytrym uśmiechem, zawiązując paczkę herbaty – stare panny nie mogą być dobrymi żołnierzami?

Joanna, z podświadomą prawie myślą o testamencie stryja Benia­mina, rzekła potulnie:

– Nie wiem. Dlaczego?

– Ponieważ – zaśmiał się stryj Beniamin – one są nie-za-mężne...

Obaj subiekci zaśmiali się również i Joanna poczuła do nich jesz­cze większą niż dotąd antypatię.

– Dwadzieścia dziewięć lat – ciągnął stryj Beniamin – bagatela. Na miłość boską, Bubo, jesteś już zaledwie o krok od trzeciego krzy­żyka i nawet nie myślisz jeszcze wyjść za mąż. Dwadzieścia dziewięć lat! Wprost nie do wiary. – Po czym stryj Beniamin rzucił oryginalną myśl: – Jak ten czas leci.

– A mnie się zdaje, że pełza – rzekła Joanna z pasją.

Pasja była czymś tak obcym wyobrażeniu stryja Beniamina o Jo­annie, że nie wiedział, co z tym począć. Aby pokryć zmieszanie, zadał jej nową zagadkę:

– Jakie jest najlepsze wyjście dla kobiety? – i nie czekając na od­powiedź Joanny, pośpieszył sam dodać: – Wyjście za mąż.

Joanna miała już tego dość.

– A wie stryj, dlaczego Kain zabił Abla?

Stryj Beniamin wybałuszył oczy.

– Bo mu opowiadał stare dowcipy – rzekła Joanna, po czym szyb­ko chwyciła swoją herbatę i wyszła. W tej chwili było jej wszystko jedno, czy stryj Beniamin skreśli ją ze swego testamentu, czy nie.

Przez minutę stryj spoglądał za nią z rozdziawionymi ze zdumienia ustami. Po czym potrząsnął melancholijnie głową.

– Biedna Buba, bierze to sobie do serca – westchnął.

Tymczasem Joanna, zanim doszła do następnego rogu, już poża­łowała swojego wybuchu. Czemu nie potrafiła się opanować? Stryj Beniamin będzie się czuł dotknięty i na pewno opowie matce, że Buba zachowała się arogancko wobec niego, a matka jej będzie prawić mo­rały przez cały tydzień.

„Przez dwadzieścia lat trzymałam język za zębami, dlaczego nie potrafiłam utrzymać go i tym razem?” – myślała Joanna.

Tak, mijało już bądź co bądź dwadzieścia lat od czasu, kiedy po raz pierwszy wytknięto jej staropanieństwo. Doskonale pamięta tę gorzką chwilę. Miała wtedy akurat dziewięć lat i stała samotnie na boisku szkolnym, podczas gdy inne dziewczynki z jej klasy bawiły się w grę, w której trzeba było zostać wybraną przez jakiegoś chłopca. Nikt nie wybrał Joanny, drobnej, bledziutkiej, czarnowłosej i skośnookiej, w schludnym fartuszku z długimi rękawami.

– Och – odezwała się do niej jakaś ładna dziewczynka – naprawdę mi ciebie żal. Ty nie masz narzeczonego.

Joanna odpowiedziała wówczas hardo, podobnie jak odpowiadała potem stale przez dwadzieścia lat:

– Nie potrzebuję narzeczonego.

Ale dziś postanowiła raz na zawsze przestać tak mówić. „Po co mam się sama okłamywać? – pomyślała z determinacją. – Kalam­bury stryja Beniamina bolą mnie tak bardzo, bo są prawdziwe. Tak, ja przecież chcę wyjść za mąż. Chcę mieć własny dom, chcę mieć męża, chcę mieć własne pulchniutkie maleństwo...”. Nagle urwała, przerażo­na własnym zuchwalstwem. Była pewna, że wielebny doktor Stalling, który ją w tej chwili minął, wyczytał jej zdrożne myśli i potępił je z całą stanowczością. Joanna bała się doktora Stallinga – drżała na sam jego widok. Datowało się to od pewnej pamiętnej niedzieli sprzed dwudziestu trzech lat, kiedy doktor Stalling po raz pierwszy przybył do kościoła św. Albana. Tego dnia Joanna spóźniła się na niedziel­ną naukę katechizmu, przyszła więc do kościoła zalękniona i usiadła w rodzinnej ławce. W kościele nie było nikogo – nikogo oprócz nowe­go rektora, doktora Stallinga. Doktor Stalling stanął naprzeciw drzwi prezbiterium, skinął na nią i rzekł surowym głosem:

– Chłopcze, chodź tutaj!

Joanna obejrzała się zdumiona. Nie było żadnego chłopca, w ogóle nie było nikogo w całym ogromnym kościele, oprócz niej. Ten dziwny pan w niebieskich okularach nie mógł przecież mieć jej na myśli.

– Chłopcze – powtórzył jeszcze surowszym głosem doktor Stal­ling, groźnie potrząsając w jej stronę wskazującym palcem. – Chodź tutaj natychmiast!

Joanna wstała i jak zahipnotyzowana poszła szpalerem między ławkami. Była zbyt zdrętwiała ze strachu, by móc uczynić coś in­nego. Za chwilę stanie się z nią coś okropnego. Coś okropnego już się z nią stać musiało. Czy naprawdę zmieniła się w chłopca? Zatrzymała się przed obliczem doktora Stallinga. Wielebny rektor pogroził jej wskazującym palcem, takim długim, kościstym palcem – i rzekł:

– Chłopcze, zdejmij czapkę.

Joanna zdjęła czapkę. Z tyłu zwisał jej mały chudy warkoczyk, lecz doktor Stalling był krótkowidzem i nie zauważył tego.

– Chłopcze, wróć na miejsce i żebyś zawsze zdejmował czapkę w kościele. Pamiętaj!

Joanna wróciła na miejsce oszołomiona, z czapką w ręku. Po chwi­li przyszła matka.

– Bubo – rzekła pani Stirling – co to za zdejmowanie czapki? Żebyś mi ją w tej chwili włożyła!

Joanna włożyła czapkę, drętwiejąc ze strachu na samą myśl, że doktor Stalling znów ją wezwie przed swoje srogie oblicze. Oczywi­ście będzie musiała pójść – nie przyszło jej nawet do głowy, że można nie usłuchać rektora – a w kościele było teraz pełno ludzi. O Boże, co ona zrobi, jeżeli ten straszliwy kościsty palec znów skieruje się ku niej w obecności tylu ludzi?

W czasie nabożeństwa Joanna przeżywała istną udrękę, a potem jeszcze chorowała przez cały tydzień. Nikt nie domyślał się przyczy­ny. Pani Fryderyka zaś miała okazję do biadania, że Joanna jest takim wątłym dzieckiem.

Doktor Stalling odkrył później swoją pomyłkę i śmiał się z tego wobec Joanny. Jej wcale nie było do śmiechu. Nigdy też nie przemogła swego lęku przed doktorem Stallingiem. I pomyśleć, że została teraz przyłapana przez niego na gorącym uczynku – na rozmy­ślaniu o t a k i c h rzeczach.

Joanna dostała swojego Johna Fostera. Książkę Czarodziejstwo skrzydeł.

– To jego najnowsza książka – powiedziała pani Clarkson. – Po­święcona życiu ptaków.

Po wyjściu z czytelni Joanna była już niemal zdecydowana wrócić do domu, zamiast iść do doktora Trenta. Zabrakło jej nagle odwagi. Bała się obrazić wuja Jakuba, bała się rozgniewać matkę, bała się sta­nąć twarzą w twarz z mrukliwym, srogim doktorem o krzaczastych brwiach, który może powie jej to samo co cioci Lodzi, że jej choroba jest całkowicie urojona i że ma ją tylko dlatego, że chce ją mieć. Nie, nie pójdzie, kupi lepiej buteleczkę czerwonych pigułek Redferna. Pi­gułki te uchodziły w całej rodzinie Stirlingów za uniwersalny środek na wszelkie dolegliwości. Czyż nie uleczyły one kuzynki Geraldiny, kiedy pięciu lekarzy machnęło już na nią ręką? Joanna była zawsze usposobiona bardzo sceptycznie wobec cudownych właściwości czer­wonych pigułek. Ale może jednak są one coś warte, a przecież bez porównania łatwiej zażyć pigułki, niż znaleźć się sam na sam z doktorem Trentem. Przejrzy tylko w czytelni magazyny powieściowe i pójdzie do domu.

Zaczęła czytać jakąś powieść, ale doprowadzało ją to do szału. Na każdej stronie była rycina, przedstawiająca bohaterkę otoczoną ro­jem zalotników. A tu siedzi ona, Joanna Stirling, stara panna, która nie może znaleźć nawet jednego wielbiciela. Zamknęła magazyn i otwo­rzyła Czarodziejstwo skrzydeł. Spojrzenie jej padło na urywek, który spowodował przełom w jej życiu.

„Strach to grzech pierworodny – pisał John Foster. – Niemal wszystko zło na świecie ma swe źródło w tym, że ktoś się czegoś boi. Jest to zimny, oślizgły wąż, który owija się wokół ciebie. Nie ma nic okropniejszego ani bardziej poniżającego, jak żyć w bojaźni”.

Joanna zamknęła Czarodziejstwo skrzydeł i wstała. Postanowiła pójść do doktora Trenta.

SPRAWDŹ RÓWNIEŻ

 

Dziewczę z sadu

Lucy Maud Montgomery

Eryk Marshall, świeżo upieczony absolwent college’u przyjeżdża na Wyspę Księcia Edwarda, by w zastępstwie chorego przyjaciela poprowadzić szkółkę w Charlottetown. Pewnego dnia zachodzi przypadkiem do starego sadu, gdzie spotyka piękną i tajemniczą Kilmeny – niemą dziewczynę, która komunikuje się ze światem poprzez grę na skrzypcach. Eryk jest onieśmielony i odtąd zaczyna regularne chodzić do sadu, aby się z nią spotkać. Czy uda mu się zdobyć serce Kilmeny? Czy nietypowa komunikacja będzie barierą dla ich relacji?