Błagam, tylko nie profesor - Janusz Odrowąż-Pieniążek - ebook

Błagam, tylko nie profesor ebook

Janusz Odrowąż-Pieniążek

0,0

Opis

Autor – wieloletni dyrektor Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie – wspomina przyjaciół, znajomych i ludzi, z którymi zetknął go los. A ma o czym pisać, bo byli wśród nich wybitni pisarze, artyści, naukowcy czy politycy. Z poczuciem humoru, ale i refleksyjnie, często bardzo subiektywnie opowiada między innymi o Witoldzie Gombrowiczu, Czesławie Miłoszu, Zbigniewie Herbercie, Jerzym Giedroyciu, Juliuszu Wiktorze Gomulickim, prof. Julianie Krzyżanowskim, Stefanie Kisielewskim, Zygmuncie Mycielskim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 367

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Opracowanie ‌graficzne: ‌Andrzej Barecki

Opracowanie ‌indeksu: ‌Tadeusz ‌Nowakowski

Korekta: ‌Jolanta Spodar

ISBN ‌978-83-244-0410-0

Copyright ‌© by Wydawnictwo Iskry, ‌Warszawa ‌2015

Copyright ‌© by ‌Janusz ‌Odrowąż-Pieniążek

Wydawnictwo ‌dołożyło ‌wszelkich starań, aby ‌ustalić autorstwo i skontaktować ‌się z autorami wszystkich zdjęć ‌zamieszczonych w książce. ‌W odosobnionych przypadkach okazało się ‌to ‌niemożliwe. Dlatego właścicieli ‌praw ‌do zdjęć, z którymi ‌nie ‌zostały ‌podpisane ‌umowy, prosimy o pilny ‌kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

Wydawnictwo Iskryal. ‌Wyzwolenia 18

00-580 ‌Warszawatel./fax ‌22 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WstępBłagam, tylko nie profesor

„Błagam, tylko nie profesor” jest to zwrot używany przeze mnie często i coraz częściej, od dłuższego bowiem czasu, a konkretnie od objęcia stanowiska dyrektora Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, co nastąpiło 1 kwietnia 1972 roku, zaczęto adresować do mnie koperty „Prof. dr”, a co poniektórzy dodawali jeszcze „hab” na wszelki wypadek. Zostałem w ten sposób profesorem kopertowym, jak kiedyś w swoim czasie ci, którzy mieli pretensje do tytułu hrabiowskiego, nie będąc takowymi, zostawali więc hrabiami kopertowymi i to musiało ich kontentować. Miałem z tym zabawną historię. Uczestnicząc kiedyś w jakiejś sesji Mickiewiczowskiej na Uniwersytecie w Grodnie, powiedziałem tamtejszej kierowniczce katedry polonistyki i organizatorce konferencji, że jestem profesorem tylko kopertowym, chwilę później wysłuchałem jej przemówienia inauguracyjnego, w którym wśród innych profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych przywitała także „profesora kopertowego”, piszącego te słowa.

Dziwnie jakoś do tytułów akademickich, zdobywanych coraz to wyższych w pocie czoła, nie miałem nabożeństwa, wykładowcą być nie zamierzałem, ale pracę polonistyczną, naukową lubiłem dla niej samej i coś jednakowoż na tym polu zdziałałem. Może niewesołe doświadczenie z magisterium, którego nie pozwolono mi zrobić z braku miejsc (w stalinowskich czasach stale o tym braku miejsc byłem informowany ustnie i pisemnie), torpedowane przez kilka lat przez postępaków zgromadzonych wokół Stefana Żółkiewskiego, którzy wcale takimi tępakami nie byli, tylko w owym czasie zajadłymi stalinówkami (bo były to zwykle panie, przyszłe kandydatki nauk), na Uniwersytecie Warszawskim sprawiło, że z tym stanem rzeczy musiałem się pogodzić. Jeździłem zresztą przez rok na KUL na seminarium profesora Czesława Zgorzelskiego, ale było to zbyt trudne, jeździć do Lublina co tydzień na dwa dni.

W Warszawie Andrzej Walicki ulokował mnie na pierwszym roku rusycystki na UW, co chroniło mnie od poboru do Ludowego Wojska Polskiego. Wydział ten szczególne ma zasługi w dziele rusyfikacji i bolszewizowania swoich studentów. Magisterium na polonistyce uzyskałem wreszcie w roku 19601 po powrocie z dwuletniego pobytu we Francji. Przywiozłem stamtąd dużą część Rejestru listów skierowanych do Mickiewicza, przechowywanych w Muzeum Mickiewicza – Bibliotece Polskiej w Paryżu. Pracę nad nim ukończyłem w 1964 roku, w czasie następnego pobytu w stolicy Francji, a wydałem w Ossolineum w 1968 roku.

Ale w roku 1963 ukazało się w Czytelniku pierwsze wydanie moich Opowiadań paryskich (wydania następne nieco później poszerzonej książeczki nosiły tytuł Cocktail u księżny Georgijew), które zostały bardzo dobrze przyjęte zarówno przez krajowy Olimp literacki (Dąbrowska, Iwaszkiewicz), jak i emigracyjny (Wierzyński, Gombrowicz), a także przez krytykę krajową. Złośliwościami Henryka Berezy za bardzo się nie przejąłem, bo jego sądy ceniłem niezbyt wysoko. Nie ja jeden zresztą, choć chodził on po Warszawie w glorii Wielkiego Krytyka. Pamiętam ostatnią moją rozmowę z Konstantym Jeleńskim w paryskim metrze linii Vincennes-Neuilly, kiedy z Berezy, mówiąc bez ogródek, szczerześmy sobie dworowali.

Po Opowiadaniach paryskich przyszły równie dobrze przyjęte książki następne, ba, Party na calle Guatemala uznana została przez Radio Wolna Europa za najlepszą książkę wydaną w Polsce w 1974 roku. Po debiucie prozatorskim przyszedł debiut poetycki (Teoria fal, WL, 1964), choć nie były to wiersze, a proza poetycka. Wprawdzie w Instytucie Badań Literackich, gdzie pracowałem etatowo, choć najpierw półetatowo od roku 1956, otworzono mi przewód doktorski, ale na doktoracie nie bardzo mi już wtedy zależało. Kiedy zaś zostałem dyrektorem Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, wolałem już się zająć sprawami konkretnymi, jak sprowadzanie z zagranicy ważnych archiwów Mickiewiczowskich (zbiory Józefa Mickiewicza i Goreckich z Paryża, Begeyów z Turynu itd.), jak również współczesnych pisarzy emigracyjnych (Stanisław Baliński, Jan Brzękowski i wielu innych), o czym w tej książce mimojazdem piszę. Już od roku 1954 sekretarzowałem komitetowi redakcyjnemu wydania jubileuszowego Dzieł Mickiewicza, a od 1959 wydaniu krytycznemu pod redakcją profesora Konrada Górskiego. Redagowałem też „Blok-Notes Muzeum Literatury” – kilkanaście grubych tomów, a przez dwadzieścia osiem lat rocznik „Muzealnictwo”.

Pamiętam, że kiedy raz, bodajże w roku 1958, pisałem do Paula Cazina, który uważał się przede wszystkim za pisarza, a potem dopiero tłumacza i polonistę, rozpoczynając „Wielce Szanowny Panie Profesorze”, otrzymałem taką odpowiedź: „Precz z tytułem profesorskim. Niech będzie Mistrzu, Panie Pawle, byle co innego”. A napisał to pisarz, który miał podstawę, aby go profesorem jednak tytułować.

Są więc w tej książce zapiski nie profesorskie, zebrane z różnych lat i różnych ludzi dotyczące, jak by powiedziano w XIX wieku „różnej szerści i nabożeństwa”. Dotyczą one jeszcze moich lat szkolnych w powojennym Gimnazjum i Liceum im. Długosza we Włocławku, po ostatnie lata dyrektorowania w Muzeum Literatury, co przyniosło mi zręczność poznania wielu ciekawych ludzi, w tym dziwaków, wśród nich osób dosyć porządnych, jak i takich może nie za bardzo. Ale większość to ludzie zasłużeni, o których szerzej wiadomo może niewiele, a wartych przypomnienia z czasem i wypomnienia im tego i owego, stąd pochodzi podtytuł książki Wypominania i anegdoty, bo bez anegdot, jak już dawno temu stwierdził Chamfort, obejść się trudno.

Jako że mam się nie bez podstaw za mickiewiczologa, musiało znaleźć się w książce coś o Mickiewiczu za życia i po śmierci. Skoro już jesteśmy teraz przy Wielkiej Emigracji, przytoczę właśnie anegdotę – co do jej autentyczności nie jestem przekonany – podobno z jakiegoś listu jednego emigranta do drugiego: „Wczoraj byłem na wieczorku u księcia Adama w Hotelu Lambert: Chopin grał, Mickiewicz improwizował, nudy jak zwykle”. Pasuje to jak ulał do fragmentu listu Adama Gurowskiego, który w książce po raz pierwszy cytuję z rękopisu. Tam znów chodzi o udział Mickiewicza w polskim wieczorze w rocznicę wybuchu powstania listopadowego u generała Lafayette’a.

Ale generał Lafayette to postać zanurzona najgłębiej w odmętach historii, mniejsza już odległość w czasie dzieli nas od obecnych w książce moich rozmówców, jak urodzonego w 1869 roku gubernatora Émila Merwarta, towarzysza Pierre’a de Brazza w zdobywaniu dla Francji Afryki Równikowej, czy urodzonego w 1870 roku Aleksandra Osińskiego (mego ciotecznego pradziadka), który kiedyś długo rozmawiał z Leopoldem Tyrmandem na moich imieninach. Poznałem wprawdzie starszego od nich o piętnaście lat Ludwika Solskiego, urodzonego przecież jeszcze za życia Mickiewicza, gdy mu dziękowałem na deskach włocławskiego teatru za rolę Ciaputkiewicza w Grubych rybach Bałuckiego w imieniu młodzieży (1948 rok), ale nie miałem o nim nic szczególnego do napisania, może tylko to, że stojący koło nas aktor Stoma powiedział do mnie „w rękę go”, co uczyniłem.

W poważnym wieku był może jeszcze rzeźbiarz Izaak Jakowlewicz Itkind (urodzony w 1871 roku, poznałem go w Ałma-Acie w roku 1964) na podstawie „donosu standardowego” aresztowany w roku 1938 w Moskwie i zesłany; czy urodzony w 1876 roku Adam Grzymała-Siedlecki, którego poznałem jeszcze w czasie wojny, a potem po wojnie odwiedzałem parokrotnie w Bydgoszczy. Miałem jeszcze za jego życia program o jego książce w telewizji na jedynym istniejącym wtedy w Polsce kanale. Inni bohaterowie moich opowieści byli już nieco młodsi, mój Mistrz profesor Julian Krzyżanowski (urodzony w 1892 roku) był w wieku mojego ojca, zaś Witold Gombrowicz, Jerzy Giedroyc, Juliusz Wiktor Gomulicki czy Czesław Miłosz, a wreszcie Stefan Żółkiewski byli to ludzie młodsi o lat kilkanaście czy dwadzieścia, tego ostatniego oceniam może dla niego nie najkorzystniej. Są tu i jeszcze młodsi. Ludzi z mojego pokolenia, które „jeszcze żyje”, choć wymiera na potęgę, nie ma tu wielu, a z pokolenia, które „ciągle jeszcze żyje” i przekracza dziewięćdziesiątkę, jest jej wielki przedstawiciel, Zbyszek Herbert, nieżyjący już od piętnastu lat. Z młodszego pokolenia też nieżyjący się znalazł, bo na to zasłużył.

Chciałbym tu podziękować Panu dyrektorowi Iskier Wiesławowi Uchańskiemu najpierw za zachętę do książki tej napisania, a potem za propozycję w Iskrach jej wydania.

Część pierwsza LUDZIE

Alfred Aberdam

W latach 1957-1959, gdy byłem w Paryżu, spotykałem się często z Alfredem Aberdamem. Rozmówcą był ciekawym, a mieszkając w Paryżu od roku 1923 (z okupacyjną przerwą w Szwajcarii), opowiadał wiele o czasach międzywojennych. Codziennie przesiadywał na Montparnassie w Selekcie, co było kontynuacją jego przedwojennych zwyczajów. Znał osobiście wielu sławnych artystów, opowiadał mi kiedyś o dziwactwach Tadeusza Makowskiego. Sam należał do pokolenia malarzy, którzy w czasie albo zaraz po pierwszej wojnie światowej ściągnęli z różnych krajów do Paryża, by stworzyć tam École de Paris, szkołę, która szkołą nie była, a jej przedstawiciele hołdowali kierunkom często zupełnie przeciwnym. Wydała jednak kilku malarzy wielkich, kilkudziesięciu znakomitych, a kilkuset – nieprzeciętnych.

Alfred Aberdam urodził się w roku 1894 we Lwowie, tu ukończył gimnazjum. W latach 1913-1914 studiował malarstwo w Monachium, jako żołnierz austriacki był na froncie, a dostawszy się do niewoli, przebywał kilka lat na Syberii, w Irkucku, po trosze – jak mówił – jako jeniec austriacki, a po trosze, działając z wolnej stopy. Było tam wtedy wielu malarzy uciekinierów, dziś bardzo znanych, urządzali ciekawe wystawy.

Gdy przyszli bolszewicy, został mianowany przez komisarza od kultury dyrektorem muzeum, które dopiero miało powstać. Gdy powstało, przychodziły do niego tłumy ciemnych ludzi, w tym widział tryumf rewolucji. Jednakże gdy po pewnym czasie chciał jechać do Moskwy, aby ukończyć studia i powiedział o tym komisarzowi, ten zagroził mu rewolwerem – jednak po tygodniu sam mu to zaproponował.

W Moskwie zastał bałagan. Za sprzedane futro kupił sobie dwa duże pierogi. Potem dotarł do Leningradu i tu wyjechał jako Niemiec przez Helsinki i Szczecin do Berlina i Wiednia. W roku 1920 znalazł się w Krakowie i rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych u Tadeusza Axentowicza. W roku 1922 przeniósł się do Berlina, gdzie uczył się w pracowni A. Archipenki, a w roku 1923 zamieszkał w Paryżu, gdzie zmarł czterdzieści lat później, w grudniu 1963.

Lata dwudzieste to wyłanianie się wielkich indywidualności malarskich: Vlaminck, Derain, Dufy i inni wskazywali drogę młodszym, którzy stawali przed wyborem stylu: postimpresjonizm, kubizm, surrealizm… Aberdam nie stanął nigdy po żadnej stronie. Kiedy oglądałem jego pracownię, królowały w niej obrazy jednorodne. Wczesne jego obrazy (ich reprodukcje można znaleźć w „Wiadomościach Literackich” z roku 1927 czy w „La Pologne Littéraire” z roku 1934 z okazji wystaw Aberdama w Krakowie i Lwowie) łączą często postimpresjonizm – najbliższy może wówczas artyście – z ekspresjonizmem. Nie to jednak było najważniejsze.

– Interesują mnie tylko zagadnienia czysto malarskie – mówił mi Aberdam. – Prace moje nie mają żadnych ambicji przedstawieniowych – dlatego ich nie tytułuję.

Barwa istotnie grała w obrazach Aberdama najważniejszą rolę: czysta, głęboka, chwilami grawitująca ku szarościom Corota, gdzie indziej przechodząca w ultramaryny i brązy. Waldemar George, znany krytyk sztuki, z okazji wystawy paryskiej w roku 1949 zestawiał Aberdama z genueńczykiem Magnasco, wiążąc malarza – może nie bez racji – z barokiem. Harmonia kompozycji, kolor, rembrandtowskie traktowanie światła przy ulubionych tematach: koncert, bal, taniec – oto Aberdam do roku 1952. Następne wystawy (Paryż 1955 i 1956, Londyn 1961 i Tel Awiw 1962) pokazały innego już Aberdama. Płótna przywiezione z podróży do Izraela (1952) były czymś nowym – uderzają syntetycznym spojrzeniem na związek człowieka z krajobrazem: charakter żydowskiego tłumu na tle pejzażu, architektury.

Następny etap to zwrot ku konstruktywizmowi. Kompozycje nabierają ostrości, postacie zostały wtopione w niezrozumiały mechanizm, który same tworzą, kobiety i dzieci wyprowadzane z ciemności, a może wprowadzane do pieców krematoryjnych. Przezwyciężenie tego mechanizmu to zagadnienie rytmu – wyrażają je konie, szeregi koni, centaurów, kompozycje rytmicznie rozczłonkowane stają się podobne do fryzu. Potem centaury, konie, półludzie przestają być statyczne, dostają skrzydeł, walczą, wreszcie wzlatują. Obrazy stają się dynamiczne, zbliżają się do abstrakcji, lecz nigdy nie przekroczą tej granicy. Myślę, że zagadnienia malarskie zetknęły się w tym momencie z pytaniami, które stawiał przed sobą świat ówczesny.

Przy wyjeździe z Paryża (jesień 1959) dostałem od Aberdama nieduży olejny obrazek utrzymany w owych szarościach, rysunek kompozycji z dedykacją i mój rysunkowy portrecik. Na aukcjach w Polsce można się dziś natknąć na obrazy Aberdama o nawet niewysokiej cenie wywoławczej. Są to jednak wszystko obrazy przedwojenne, które o prawdziwym wymiarze malarstwa pojęcia nie dają. Takich szukać trzeba dzisiaj w kolekcjach zagranicznych.

Jerzy Andrzejewski

Andrzejewskiego osobiście jeszcze nie znałem, gdy byłem na jego spotkaniu autorskim w roku 1947, uczyłem się wtedy w szkołach we Włocławku. Czytał któryś z rozdziałów swojej nowej powieści Zaraz po wojnie, którą potem – jako prenumerator Klubu Dobrej Książki – dostałem w roku 1948 z Czytelnika pod tytułem Popiół i diament. Autora poznałem dopiero po latach dwudziestu dwóch.

Otóż 2 maja 1969 roku poszedłem zjeść obiad do Bristolu, ale że nigdzie nie mogłem znaleźć żadnego wolnego stolika ani normalnego czteroosobowego, ani jakiegoś większego, siadam ja więc ostatecznie przy stole nakrytym na osiem osób. Siadam, patrzę, a naprzeciw siedzi Andrzejewski z Andrzejem Mencwelem. Po chwili Mencwel podchodzi do mnie, mówiąc, że Andrzejewski chce mnie poznać i prosi, żebym przysiadł się do nich. Właśnie kończyli półlitrówkę. Andrzejewski miał ujmujący sposób bycia, oko jasnoniebieskie, blade. Zaczyna od tego, że on by nigdy sam nie usiadł przy stoliku ośmioosobowym – muszę być jednak odważny! Zaraz pyta, czy jego Apelację czytałem i czy to rzeczywiście takie niedobre. On to pisał szybko, w klinice Ałapina, wszystko prawdziwe, dziś bohater ten jest w stanie całkowitego rozkładu. Sam Andrzejewski przechodził wtedy kurację odwykową i siedział w pokoju z czterema osobami, co mu – czego sobie kiedyś zupełnie nie wyobrażał – zupełnie nie przeszkadzało i szybko całą Apelację napisał. Pyta, czy wedle mojej opinii dobrze robi, drukując w „Kulturze” paryskiej, ja, że oczywiście odcina sobie tym drogę do krajowego czytelnika. On na to, że już przedtem mu ją odjęto, złożył Apelację w Czytelniku i dostał odpowiedź, że wedle umowy powieść jest objętościowo za mała! Ale teraz ma wreszcie poczucie, że wszystko może napisać.

Wspomniał potem, jak za czasów okupacji byli kiedyś razem z Miłoszem na Stawisku u Jarosława, a kiedy wracali, skakali do kolejki EKD. Wtedy były najlepsze czasy w jego życiu, okres okupacji właśnie, a później lata 1950-1953:

– Byłem wiceprezesem Związku, byłem posłem – tu naiwno przebiegły łyp okiem niebieskim.

Potem o pisarzach: o Dąbrowskiej, że była to kobieta tak namiętna, jak przedtem Orzeszkowa (te listy Orzeszkowej, te bileciki do carskich oficerów!). Dąbrowska miała przed wojną okres, kiedy zaczęła się ubierać jak Nałkowska w suknie w poprzeczne pasy i wyglądała jak z Chmielnej. Potem kochała się w jakiejś malarce, brzyduli, która nosiła – bo z Anglii tę modę przywiozła – krótkie pelerynki, w tym czasie i Dąbrowska w takich pelerynkach chodziła. A potem Kowalska – jej córka Dąbrowskiej nienawidziła. Kiedyś zadzwonił Andrzejewski i pyta Kowalskiej przez telefon, jak tam pani Maria się czuje, na to Kowalska:

– Ona nas wszystkich przeżyje!

Tam musiało być piekło! Potem mówi:

– Orzeszkowa, Żeromski, no i kto?… i kto…? Co pan myśli?

No to ja, wyczuwając sytuację:

– Chyba… Andrzejewski.

On:

– Jak to chyba. Na pewno!

Zjawili się potem Krzysztof Mętrak i Michał Sprusiński, przeszliśmy wtedy do barku przy windzie na tzw. harcerzyka. Kogoż ja w tym barku nie widywałem, od Maxa Frischa z fajką do Sartre’a z Simone de Beauvoir, któremu Lisowski stale zapalał papierosa, a barmanką była wtedy urocza pani Myka. Dawała na pewno najlepszą kawę w Warszawie. Tym razem był tu już Witold Wirpsza ze swoją ówczesną obsesją: znaczeniem polskiego Renesansu dla przeciwstawienia się Rosji, gdzie Renesansu nie było. Wpada i Marek Nowakowski umówiony tu z Wajdą w sprawie jakiegoś filmu, a potem chłoptyś jakiś, polonista, urodzony, jak powiedział, na przełomie 1947 i 1948 roku. Zastanawiałem się, jak można się urodzić na samym przełomie. Koledzy pytają Mencwela na stronie:

– Ale czy go ostrzegłeś o Jerzym?

Mają do mistrza stosunek wyraźnie pobłażliwy:

– On chce udawać młodego, ma sztruksowe spodnie.

Andrzejewski:

– Ale ze sztruksu francuskiego.

Mętrak:

– Ja z włoskiego.

Andrzejewski:

– Mętrak to jedyny krytyk przystojny, inni krytycy zawsze są pryszczaci, albo jacyś.

Na to Mencwel, wskazując na Andrzejewskiego palcem:

– To typowy okaz pisarza, którego gnębi niemoc zupełna.

Ale przecież Andrzejewski mi mówił, że ostatnio wrócił do Miazgi, niektórych jednak bohaterów musiał odmłodzić, bo czas posunął się już za daleko, ma kartoteki dla każdego bohatera itp. Nie była więc to niemoc zupełna.

Pojechaliśmy potem: Andrzejewski, Mętrak i jego pani, która na koniec zjawiła się w barku, w Aleje Ujazdowskie do SPATIF-u, bo od obiadu upłynęło już sporo czasu. Ostatecznie wylądowaliśmy w tym samym składzie w moim mieszkaniu na Uniwersyteckiej, bo miałem jeszcze jakiś dobry trunek na zakończenie wieczoru. Uniósł stąd Andrzejewski małą metalową figurkę – bo mu się spodobała – była to karykatura jakiegoś woźnicy, Murzyna w cylindrze, z rękami wyciągniętymi, bo kiedyś trzymały lejce. Wyraźnie powożący siedział kiedyś na koźle jakiegoś pojazdu z pierwszej połowy dziewiętnastego wieku.

Kiedy jakiś czas później byłem u Andrzejewskiego, woźnica Murzyn stał na jednej z półek oparty o książki, ale gdy po śmierci pana Jerzego (1983) wiele lat później zabieraliśmy jego bibliotekę i archiwum do Muzeum Literatury (dar dzieci pisarza), już jej tam nie odnaleziono. Nie było też stojącego na biurku zdjęcia Tomasza Manna palącego cygaro, które oglądałem, gdy pisarz pokazywał mi trochę zdjęć familijnych, w tym fotografię gabinetową w sepii dziadka macierzystego, Glinojeckiego, do którego istotnie niezwykle był podobny. Dał mi wtedy na pamiątkę jedno ze swoich zdjęć robionych przez zięcia z dedykacją: „Na pamiątkę. Już tylko starość i zmęczenie”, a także brudnopis wiersza pisanego w roku 1968 w Oborach, zresztą w kilku wersjach. Potem w tychże Oborach spotykaliśmy się prawie co roku w lecie, są tego ślady w jego Dziennikach. Woziłem go z panią Ireną Parandowską moim małym fiatem do Konstancina. Siadaliśmy najpierw w kawiarni Oktawia na Żeromskiego, nazwanej tak na cześć Oktawii Żeromskiej, pierwszej żony pisarza, ale podobno przez pomyłkę, bo właściciel sądził, że pani Anna Żeromska jest Oktawią. Ale pani Anna mimo to siadywała tam często na tarasie albo sama, albo z córką Moniką, bo mieszkały prawie naprzeciwko i popijały kawę.

Piątego czerwca 1981 roku spotkaliśmy go z żoną na lotnisku Okęcie, kiedy witano przylatującego samolotem z Londynu noblistę Czesława Miłosza, odwiedzającego Polskę po długich niewidzenia latach. O Nobla był jednak trochę zazdrosny, może nawet więcej niż trochę. Sądził, że nagroda powinna być podzielona pomiędzy Miłosza i jego samego.

Tadeusz Baird i Wiesław Górnicki

Z Tadeuszem Bairdem dzieliłem małą kabinkę na statku „Mazowsze” podczas pierwszej po wojnie wycieczki morskiej na norweskie fiordy. Odbywała się ona od 7 do 15 lipca 1956 roku, a więc jeszcze przed Październikiem. Po drodze odwiedziliśmy Kopenhagę, Oslo, Bergen, Stavanger i ponownie Kopenhagę. W kabinie rezydowaliśmy w trzy osoby: Baird, ja i pewien młody człowiek, który, już w powrotnej drodze, wziąwszy plecak, zniknął w Kopenhadze. Statek był wyprodukowany na Węgrzech i miał służyć żegludze po Dunaju, ale wykryto zasadniczy feler: zanurzył się zbyt głęboko i okna kabin niższego poziomu znajdowały się pod wodą, dlatego były od wewnątrz dodatkowo przyśrubowane i zasłonięte. Duszno było do tego niebywale i ze spaniem mieliśmy trudności. Pamiętam głos Bairda w głębi nocy:

– Panie Januszu, pan też nie śpi? Okropnie się męczę.

Za to w ciągu dnia spał na pokładowym leżaku, każdy wprawdzie trochę leżakował, ale Baird spał niemal bez przerwy. Wiesław Górnicki, który, przeciwnie, bardzo był ruchliwy i czynny, działał, powiadamiał, organizował, puścił w obieg taki dwuwierszyk:

Tutaj śpi kompozytor, szanujcie tę ciszę,

Bo jak się obudzi, symfonię napisze.

Byli podówczas na naszym pokładzie: Stanisław Lem z żoną, August Grodzicki z Blanką Monasterską, plastyczka Irena Kuran-Bogucka, pianiści bracia Łukaszczykowie, profesorowa Hryniewiecka, z którą było trochę kłopotu, bo była bardzo wymagająca, czy mocno romansowy śpiewak Mieczysław Wojnicki. W sumie sto dwadzieścia trzy osoby, w tym niski pan z wydatną szczęką – nadaliśmy mu ksywę „Szczęka” – oficjalny przedstawiciel, jak nam zakomunikowano, Urzędu Paszportowego (powiedzmy). À propos paszportu: przed wyjazdem do końca nie wiedziałem, czy pojadę, bo właśnie Urząd Paszportowy nie wydawał i nie wydawał paszportu dwóm osobom: piszącemu te słowa i – żeby było trudniej zgadnąć – Wiesławowi Górnickiemu, który był wtedy prezesem Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Kiedy go po czterdziestu paru latach spotkałem na Rynku Starego Miasta po jego jaruzelskiej epopei, a więc już jako pułkownika, i wspominaliśmy jakieś dawne wydarzenia, przypomniałem mu nasze oczekiwania wtedy na paszport do ostatniej chwili. Ale on tego właśnie zupełnie nie mógł sobie przypomnieć.

Maja Berezowska

Odwiedziłem kiedyś tę znakomitą artystkę wprowadzony przez jej siostrę stryjeczną, panią Irenę z Berezowskich Morsztynkiewiczową. Ta w drodze powiedziała mi, że datę urodzin artystki, rok 1898, trzeba cofnąć o dobre kilka lat. Pani Jadwiga Kopijowska, towarzyszka Mai Berezowskiej w Ravensbrück, po jej śmierci chciała koniecznie stworzyć muzeum Berezowskiej w jej niedużym mieszkaniu na Mokotowie. Zabiegała, by był to oddział Muzeum Literatury. Niestety, nie leżało to ani w kompetencjach, ani w planach Muzeum, któremu dyrektorowałem. Jednak działania w tym kierunku podejmowano. Najpierw był więc lunch w tymże mieszkaniu z ówczesnym wicepremierem Zbigniewem Giertychem (spotkałem go kilka razy i zawsze przywitanie rozpoczynał od słów: „Rzadką mam okazję…”) i panem Stanisławem Janem Rostworowskim. Gdy i to nie odniosło skutku, zaczęły się do mnie telefony, a żeńskie głosy twardo żądały stworzenia muzeum Berezowskiej. Wreszcie spytałem, kto mówi i wtedy usłyszałem: „Kobiety Mokotowa”. Ja na to, że jestem chłopakiem z Ochoty, więc sprawa ta mnie nie interesuje. Ostatecznie spuściznę po Mai Berezowskiej przyjęło Muzeum Karykatury – co prawda był to niegdyś oddział Muzeum Literatury, ale wtedy już się usamodzielnił – mieszkanie zaś ostatecznie zajął podobno wnuk pani Kopijowskiej.

Kiedy toczyły się boje o muzeum Berezowskiej, zabrał głos na łamach prasy, nie pamiętam już gdzie, Witold Filler. Ubiegał się on wówczas o stanowisko dyrektora Muzeum Karykatury i stanął nawet do konkursu, ale bez pozytywnego rezultatu (poniekąd z przyczyny mej). Napisał więc Filler w jakimś piśmie zamiast pani Kopijowska pani Popijawska. Oczywiście pani Jadwiga była tym słusznie i formalnie oburzona.

Zastanawialiśmy się między swoimi, skąd Fillerowi przyszło do głowy nazwisko Popijawska. Czyżby była w Polsce jakaś miejscowość Popijawa, może nawet Popijawa Górna czy Dolna, ale po dłuższym namyśle chyba odgadliśmy – musiała gdzieś być Popijawa Wielka.

Paweł Bojakowski

Było to w lecie 1945 roku, kiedy uczyliśmy się w Pałacu Biskupim we Włocławku mimo okresu wakacyjnego – wielu z nas nadrabiało stracone lata nauki podczas okupacji. Wtedy jeszcze byliśmy uczniami Gimnazjum im. Piusa X, a nie, jak już od nowego roku szkolnego 1945-1946 Gimnazjum im. Jana Długosza, co nastąpiło po przeniesieniu nas do uwolnionego od Odrodzonego Wojska Polskiego przedwojennego gmachu naszej szkoły przy ulicy Łęgskiej 26. Biegających po korytarzu powiadomił któryś z kolegów: „Wracajcie do klasy, bo przyszedł jakiś operus i czeka na was!”.

Istotnie stał w naszej klasie, a były to duże sale Pałacu Biskupiego, niewysoki, starszy jegomość kompletnie łysy, nos wąski, dość wydatny, pod szyją miał malowniczo zawiązany fontaź. Kiedyśmy wszyscy się zebrali, powiedział do nas z wileńskim akcentem:

– Nazywam się Paweł Bojakowski, mam lat sześćdziesiąt sześć, ale nie jestem Bujakowski, a Bojakowski, bo ja nie bujam, tylko trzeba mieć przede mną boja!

Tu wyciągnął z kieszeni plik przedwojennych zaproszeń i programów pochodzących zazwyczaj z Wilna, pokazywał nam i pytał:

– Kto dyryguje? Paweł Bojakowski! Kto słowa napisał i muzykę skomponował? Paweł Bojakowski.

Uczył nas śpiewu. Była to dziwaczna trochę, ale sympatyczna figura. Mimo że urodził się w Kowalu na Kujawach, akcent miał już wileński, bo tam mieszkał przez kilkadziesiąt lat. Zwracał uwagę, aby kierować głos na maskę i stale wszystkich poprawiał:

– Na maskę, na maskę! Z ekspresją, z dynamiką!

Wydał też broszurę już we Włocławku zatytułowaną: Kierowanie głosu na maskę. Wskazówki dla recytatorów, poetów itp., gdzieś ją mam w swoich zbiorach razem z karykaturą pana profesora ujętą profilem, jaką narysowałem i wkleiłem do jego dzieła. Pamiętam pierwsze słowa piosenek, których nas uczył, słowa i muzyka Paweł Bojakowski: „Ojczyzna ma droga to cały ten kraj, te lasy, te pola…”, dalej już nie zapamiętałem. Albo: „Do roboty, ująć młoty, kuć Ojczyzny gmach / Wszak spełnione to, co śnione / W ukochanych snach”.

Może niezupełnie tak było, ale piosenka ta pochodziła z okresu dwudziestolecia. Gdy akompaniował nam kiedyś na fortepianie, podkradłem się z tyłu i pogłaskałem go po łysinie. Przerwał grę na chwilę, obrócił się i krzyknął:

– A któż mnie, do jasnej cholery, po łysinie głaszcze?!

Były u nas dwie klasy równoległe – humanistyczna i matematyczno-fizyczna, ja byłem w klasie humanistycznej. Profesor ustawiał nas koło fortepianu:

– Matematyczno-fizyczni na prawo, a humaniści na lewo.

Ja na to:

– My, komuniści, na lewo.

On na to:

– Pieniążek, ja ciebie wyboksuji!

A boksował podobno dobrze. Opowiadał, że kiedy w Wilnie napadli go gdzieś w zaułku ówcześni chuligani, jednego z nich zdzielił tak porządnie w szczękę, że wypadła ona z zawiasów.

– Tak krzyczał! – cieszył się zacny profesor. Nazywaliśmy go Bemolem.

Miał syna śpiewaka na Zachodzie, którego koncerty transmitowało radio Bruksela, pokazywał programy i karteczki od niego z widokiem sali, gdzie będzie występował. Wyobrażam sobie, z jaką satysfakcją wysłuchiwał tych synowskich koncertów.

Umarł profesor Bojakowski w roku 1955, gdy już mieszkałem w Warszawie, czy pod Warszawą, od pięciu lat. Miał lat siedemdziesiąt siedem. Widziałem zdjęcia z pogrzebu we Włocławku, był bardzo okazały.

Metschie Budka

Polonista Metschie Budka, popularnie zwany Mieczysławem, z Nowego Jorku przyjeżdżał do Polski parę razy, odwiedzając zawsze profesora Juliana Krzyżanowskiego w Pałacu Staszica. Tam go poznałem, zajmował się amerykańskim okresem życia Juliana Ursyna Niemcewicza. Jeździł też zawsze do swojej stuletniej babci gdzieś na Pomorze czy Kaszuby. Gdy byłem w Nowym Jorku, Męczybudka, jak go nazywał nowojorski profesor Ludwik Krzyżanowski, spotkany bodaj w Fundacji Kościuszkowskiej, zaprosił mnie na kolację w sobotę, 21 grudnia 1968 roku. Mieszkał daleko. Z Columbus Circus, gdzie zwykle wsiadałem, mieszkając wtedy na 1 West 67th Street, musiałem dojechać do 168 i tu przesiąść się na IRT. Jest to duża stacja, na którą zjeżdża się windą. Skromna panienka w ponczo siedziała koło mnie, drzemiąc. Ale gdy wysiadałem przy 168, okazało się, że ma spódniczkę nawet nie mini, ale mikro (pomimo grudnia) i nie bez przyczyny, bo miała zupełnie fantastyczne nogi. Drugie takie widziałem chyba tylko na jakimś filmie u młodziutkiej Brigitte Bardot, nic dziwnego, że trudno było naprawdę oczy od nich oderwać, wchodząc o kilka stopni niżej za nią na górę, a schodów było sporo. Znikła potem w nowojorskim tłumie, a ja wszedłem do windy, by zjechać do IRT.

Do Budków wysiadało się na 231 i potem porządnie kręcącym autobusem nr 10 do 239. Mieli tam wspaniałą willę. W living roomie zastałem już pewnego pana urodzonego w Polsce i mającego wtedy siedemdziesiąt trzy lata. Przed wojną wyemigrował do Wiednia, po anszlusie do Francji i potem do Ameryki, był profesorem bakteriologii. Rozmowa z nim była bardzo ciekawa: o historii, Napoleonie, dziejach Anglii, o wszystkim miał dużą wiedzę. Była też pani Mary Ahern, lat czterdzieści pięć, dość potężna, pono znacząca postać w telewizji NBC. Pytała mnie o filmy, literaturę polską, wreszcie o Antonioniego. Obiad: pieczeń wołowa z kartofelkami i grzybkami z groszkiem, bita śmietana z chrzanem, wino czerwone, a do deseru – lodów – białe Sauterne. Wieczór nadspodziewanie ciekawy: żona Budki, Angielka wymawiająca poprawnie francuskie wyrazy, co jest bardzo rzadkie. Robiła to tak, jak Budka wymawiał wyrazy polskie – była to eksplozja słów różnych, poprawnie wymówionych, z których sens trudno wyłowić, ale ostatecznie można było coś zrozumieć, skupiwszy się mocno.

Duża biblioteka Budki, a w niej piękny egzemplarz Niemcewicza Notes sur ma captivité, prawdziwie bibliofilski.

Gospodarze odwieźli potem gości obszernym samochodem przez Washington Bridge do 168, skąd już łatwo dojechałem metrem do Lincoln Center.

Inna sprawa, że tę wizytę u Męczybudki zapamiętałem tylko dzięki nogom tej trusi w ponczo, bo o Niemcewiczu teraz dopiero sobie przypomniałem.

Paul Cazin

W roku 2015 mija sześćdziesiąt lat od chwili, kiedy Paula Cazina osobiście poznałem. Było to w roku 1955, gdy uczestniczył w uroczystościach setnej rocznicy śmierci Adama Mickiewicza w Warszawie.

Korespondowałem z nim już od roku. Pierwszy list wysłałem do Aix-en-Provence 2 stycznia 1954 roku, a dotyczył on Konstantego Gaszyńskiego, poety i prozaika, przyjaciela Zygmunta Krasińskiego, który po powstaniu listopadowym osiadł w Aix i w latach 1838-1842 był redaktorem czasopisma „Memorial d’Aix”, zmarł tamże w roku 1866.

Właśnie Paul Cazin odnalazł na cmentarzu w Aix grób Gaszyńskiego, o czym w „Przeglądzie Kulturalnym” nr 50 z 1-23 grudnia 1953 roku poinformował czytelników polskiej prasy literackiej w artykule Grób poety – list z Prowansji.

Pisał tam Cazin o ogromnym zamieszaniu, jakie panuje wokół daty i miejsca urodzenia Gaszyńskiego, wymieniał różne lata od 1807 do 1810 roku i kilka domniemanych miejsc urodzenia. „Byłbym zobowiązany historykom literatury w Polsce za szczegółowe informacje w tej sprawie” – pisał w tym artykule.

Mój wuj Janusz Jeżewski, spokrewniony przez babkę z Gaszyńskimi, a posiadający w swych zbiorach list Konstantego do brata Walerego z roku 1864, pisał trzykrotnie w sprawie Gaszyńskiego do Cazina, listy te mam w odpisie, a odpowiedzi Cazina w oryginale. Sprawę tę – wuj zmarł w 1954 roku – przekazał mi niejako w spadku. Sam zdołał przedtem ustalić nazwisko matki poety. Natrafiłem na nieznany brudnopis poematu Jaxiada Gaszyńskiego z 1827 roku, znajdujący się w Bibliotece Zielińskich w Płocku. To właśnie było treścią pierwszego mojego listu skierowanego do Aix. „Januszowi Odrowąż-Pieniążkowi, który łaskawie podpierał moje badania o Gaszyńskim – Paul” – tak zadedykował mi Cazin odbitkę swojej pracy Un poeta polacco girnalista in Provenza, która ukazała się w „Ricerche Slavistiche” n. III, będącej zwięzłą charakterystyką Gaszyńskiego – dziennikarza i, jak się okazało już po śmierci Cazina, również francuskiego pisarza. Ogłosił on bowiem, o czym Cazin nie wiedział, a co odkryła Daniela Łysakowska (Konstanty Gaszyński pisarz francuski?, „Miesięcznik Literacki”, 1984 nr 7), wydany właśnie w Aix w roku 1839 tom interesujących opowiadań – wspomnień Nord et Midi napisanych po francusku. Jedyny zachowany egzemplarz tej książki odnaleziono w kolekcji Ludwika Gocla w warszawskim Muzeum Historycznym.

Rok później, w listopadzie 1955 roku, przyjechał Cazin do Warszawy zaproszony na uroczystości Mickiewiczowskie zorganizowane w setną rocznicę śmierci poety. Jako pełniący jakąś drobną funkcję przy komitecie organizacyjnym miałem podówczas bliższy kontakt z Cazinem, którego ulokowano w hotelu Bristol w pokoju 348. Przyjechał zmęczony po czterdziestu dwóch godzinach w wagonie sypialnym. Każdy go chciał odwiedzić: dziennikarze, literaci, dawni znajomi. 25 listopada, na centralnej akademii ku czci Mickiewicza w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki niedawno zresztą erygowanego, siedział przy stole prezydialnym ustawionym na scenie po lewej stronie premiera Józefa Cyrankiewicza, po jego prawej stronie zasiadał stary działacz Francuskiej Partii Komunistycznej Marcel Cachin, urodzony jeszcze przed Komuną Paryską. Sala na trzy tysiące osób była nabita, Cazin przemawiał w niej po polsku, co uznał za swój tryumf. Kilka dni później udekorowany został przez ministra kultury i sztuki Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta z gwiazdą; cieszyło go, że był przy tym obecny ambasador Francji. Wyjechał z Polski bardzo usatysfakcjonowany, ale i bardzo zmęczony.

We wrześniu 1957 roku przyjechałem do Francji, gdzie zostałem dwa lata. Przez kilka miesięcy mieszkałem u rodziny w departamencie Hautes Pyrenées i stąd odwiedziłem Cazina 18 lutego 1958 roku w Aix. Tłumaczył wtedy nowelę Mrożka Na stacji X – widmo pociąg urzeczony, jak powiadał, jej wstrząsającą satyrą tyranii. Jednocześnie przekładał Borsuka Iwaszkiewicza i wiersze Leśmiana, zastrzegając się, że sam jest daleki od psychozy śmierci i nicości, która przesyca całą twórczość Leśmiana. Zamierzał wtedy pisać książkę o postawie religijnej Mickiewicza, którą chciał zatytułować L’âme de Mickiewicz, pytając mnie, także w późniejszych latach, kto to był Edmond Fontille, autor wydanej w roku 1862 książki Adam Mickiewicz, Sa vie et sa croyance, esquisse biographique, impressions et souvenirs. Był to Edmond Mainard, komisarz policji, daleki krewny króla neapolitańskiego Joachima Murata, który w roku 1855 ożenił się z Ksawerą Deybel.

Pokazywał mi Cazin w swoim gabinecie, zastawionym po sufit książkami, porządnie posegregowaną i ułożoną korespondencję (znajdującą się dziś – w przeważającej części – w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie), a także polskie starodruki, na których ciągle, jak mówił, uczył się polskiego – starodruki te były dla niego wciąż żywe i użyteczne. Lubił zresztą Cazin cytować poetów staropolskich, a już szczególnie psalmistę w polskim przekładzie: „stary człowiek się nie drzymie ani zaśnie – nie drętwieje i zbutwieje – umrze on żywy”. Cenił sobie okres, który spędził za młodu w zakonie franciszkanów, do którego wstąpił we Włoszech, ta część biografii Cazina mało jest znana. Ale w zakonie nie wytrzymał długo:

„Po prostu czułem, że będę coraz bardziej okiełznany, że cała potęga hierarchii rzymskiej nareszcie mnie zadusi. Postanowiłem więc zwiać. Nie było to takie proste. Miałem już za sobą śluby zakonne i sam papież musiał mnie z nich zwalniać. Ale nie żałowałem lat, które tam spędziłem, zyskałem bowiem wykształcenie teologiczne i znajomość Pisma świętego, jakie rzadko posiada pisarz świecki”. Potem dopiero nastąpiło zetknięcie z Polakami:

„Sprawił to przypadek” – opowiadał Cazin. „W roku 1904 po ukończeniu studiów na wydziale literatury w Paryżu poznałem Polaków. Hrabia Edward Raczyński zaproponował mi, abym uczył języka francuskiego jego dwóch synów, Edwarda i Rogera. Przyjechałem najpierw na parę miesięcy do Rogalina”.

W języku polskim największe trudności sprawiała Cazinowi głównie i jedynie fonetyka. Język polski uważał za jędrny i bogaty, a składnię za jedną z najpiękniejszych, miał skalę porównawczą, bo oprócz łaciny, greki i języków romańskich znał także serbski i rosyjski. Pierwsze polskie słowo, które zaczął wymawiać, to nazwa krakowskiej gazety „Czas” i anons: „Młody człowiek poszukuje posady”. Potem „szum morza” i „moja siostra wpadła do śmietanki, a mój brat do mleka” – tak zanotował.

„Na Boże Narodzenie 1905” – pisał mi w liście z 16 października 1962 roku – „w Krakowie, pod Baranami, u pani Adamowej Potockiej dostałem na pierwszą moją gwiazdkę w życiu Antologię poetów. Początek swojej nauki. Umiem jeszcze na pamięć te wiersze Asnyka: «O mój aniele, rękę daj, Przez łzy i mękę, przez ciemny kraj, Do jasnych źródeł doprowadź». Powtarzam je do dzisiaj – 57 lat później – ale już trybem nie rozkazującym, nie prośbą – affirmation d’un fait”. Jednym z pierwszych tłumaczeń Cazina z polskiego na francuski była Modlitwa pańska Gabrieli Zapolskiej.

Boya-Żeleńskiego poznał stosunkowo późno, w roku 1928. Poszli razem w Warszawie na przedstawienie Moralności pani Dulskiej Zapolskiej właśnie, wiele wieczorów spędzali wspólnie, Boy prowadzał Cazina do warszawskich kabaretów. Kiedyś nawet namówił go, aby zaśpiewał, a Boy śmiał się, występ musiał się bardzo podobać, bo publiczność „klaskaniem miała obrzękłe prawice”.

Język polski znał Cazin świetnie, choć może lepiej język dawny, posługiwał się nim swobodnie, z osiemnasto- i nawet siedemnastowiecznym nalotem, co dawało rezultaty czasami zaskakujące, ale oczywiste: nie tworzył neologizmów, tylko powracał do wyrazów dawno wyszłych z obiegu. Pisał po polsku właśnie tym swoim językiem równie dobrze, jak mówił.

Kunszt translatorski Cazina polegał także na gruntownej znajomości języka francuskiego, począwszy od francuszczyzny średniowiecznej, do której nawiązywał we własnych utworach. Dlatego może za najświetniejszy przekład Cazina uznano tłumaczenie Pamiętników Jana Chryzostoma Paska, nagrodzone przez Akademię Francuską w roku 1922. Wypada powołać się tutaj na opinię Boya: „Ja zaś, nałogowy tłumacz, czytając francuskiego Paska, raz po raz zachwycony jego jędrną mową, chwytałem się na mimowolnej świerzbiączce przekładania go na polskie, dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że jest zupełnie zbędna fatyga”. Przekład ten cieszył się pewną popularnością z racji egzotyki tematycznej, jak i słowa wstępnego tłumacza, zawierającego znakomity portret autora na obyczajowym i historycznym tle swoich czasów.

Więcej kontrowersji – szczególnie w Polsce – wzbudził przekład Pana Tadeusza wydany w serii Classiques Garnier w stulecie pierwszego wydania poematu (1934), potrzebny widać, bo wznawiany dwukrotnie w latach 1936 i 1937. Był to przekład prozą nawiązujący do dziewiętnastowiecznych francuskich tłumaczeń prozą poematów antycznych – w Polsce mających żywe tradycje wierszowanych przekładów Greków i Rzymian tłumaczonych przez Dmochowskich czy Siemieńskiego; proza Cazina nie wszystkim przypadła do smaku. Odezwały się protesty, Zygmunt Nowakowski ogłosił Votum separatum. Boy podjął się obrony założeń tłumacza: „Jeżeli (…) chcemy, aby nasza wielka poezja zajęła miejsce w światowym panteonie, trzeba by może coś ustąpić z naszego maksymalizmu (…). Doskonały przekład prozą powinien być, a idealny przekład wierszem może się zdarzyć”.

W tym samym roku 1992 ukazały się równocześnie aż dwa przekłady wierszem Pana Tadeusza, wyszły spod piór Rogera Legras i Roberta Bourgeois, oba uznane zostały za dobre, a jednak na specjalnym zebraniu poświęconym obu tym tłumaczeniom profesor Maciej Żurowski uznał, że najlepszy jest przekład… Paula Cazina.

Polonistyka Cazina była drugą cenną dziedziną jego działalności. Swą pracę doktorską o Ignacym Krasickim wydał w Paryżu w roku 1940, przekład polski ukazał się po śmierci autora. Pokaźny tom był owocem długoletnich studiów badacza pozytywisty. „Monografia Cazina – pisał Tadeusz Mikulski – powstała w środowisku studiów komparatystycznych o świetnych tradycjach i wnosi do wiedzy o twórczości Krasickiego liczne nowe szczegóły z zakresu niedostrzeżonych zależności i podobieństw literackich (…). Monografia Paula Cazin wnosi do wiedzy o twórczości Krasickiego miary europejskie. Stanowisko żarliwego popularyzatora polskiej kultury literackiej wśród Francuzów jest dalszą cechą dzieła Cazina”. 24 listopada 1962 roku pisał Cazin do mnie: „Psiakrew z tym biednym XBW. Gdzie znaleźć odpowiedniego tłumacza? A czas pili. Klimowicz przyniósł z Paryża nowe dokumenty. Wnet moja praca stanie się przedawniona, przedpotopowa. Ma oczywiście zalety artystyczne, stylowe, ale to dla bibliotek czy muzeów”.

Do popularyzatorskiej działalności Cazina należą dziesiątki artykułów i drobniejszych rozprawek, z większych wymienić warto Le Genie latin et l’Esprit français en Pologne z roku 1935 czy Les Renaissances en Pologne z roku 1945, a także obszerny wstęp – esej o Polsce dla wydanego przez Hachette albumu Pologne, w serii Les Albums de Guide Bleu (1962), do czego jeszcze wrócę. Przez siedem lat wykładał literaturę polską i prowadził lektorat na Uniwersytecie w Aix-en-Provence, a po przejściu na emeryturę rozpoczął akcję odczytową.

Gdy został zagranicznym członkiem Polskiej Akademii Umiejętności, a potem w roku 1957 Polskiej Akademii Nauk, kazał adresować do siebie listy: „Paul Cazin de l’Academie Polonaise de Sciences”. Wiemy jednak, że było to powodem także i zgryzoty Cazina. „Doszło było do tego – pisał do mnie 7 lipca 1958 roku – że pytałem się, czy wciąż należę do literatury francuskiej”. W roku 1958, gdy rozmawiałem z nim dłużej w Aix-en-Provence – zamierzał wydać swoje pamiętniki. „Ale tylko pamiętniki – cytuję z moich zapisków – od 35 lat piszę i dziennik, ten jednak ukaże się dopiero po mojej śmierci. Za życia nie wolno się bowiem obnażać, a dziennik to coś intymnego, autorowi najbardziej bliskiego, człowiek jest tu położony żywcem na papierze. Robią to wprawdzie czasem ludzie, uwieńczeni za życia dużym sukcesem. Stają się wówczas podobni owym ucztownikom, którzy nie dość, że najedli się, ale chcą jeszcze dojeść swoje kości do końca i siebie samych wystawiają na żer publiczności. Pamiętniki są natomiast tworem sztucznym, wydarzenia ukazane są inaczej, są tylko literaturą, dlatego mogą ukazać się na równi z innymi pracami literackimi, za życia autora. Owe pamiętniki to L’homme qui a vu beacoup (1959), tom, który ukazał się jednocześnie prawie w tłumaczeniu na język polski: Człowiek, który różne rzeczy widział, PAX, 1960, a, jak się zdaje, jego dzienniki istotnie ponad pół wieku po jego śmierci mają szansę się ukazać. Przeglądając listy, które wymienialiśmy po śmierci pisarza, widzę, jak zabiegał, by jego francuska twórczość literacka została przełożona na polski i w Polsce wydana. Doczekał wydania swej pierwszej książki Humanista na wojnie w przekładzie i z posłowiem Konrada Eberhardta, PAX, 1957, bolał, że nie była szerzej recenzowana. Pisał do mnie 10 marca 1962 roku: „Czy znacie moje filozoficzne i fantastyczne opowiadania średniowieczne L’Hôtellerie du Bacchus sans tête? Krótka rzecz – miła i głęboka. Weysenhoff omówił ją obszernie. Wł. Reymont był nią zachwycony i chciał ją spolszczyć. Niestety wyniósł się za wcześnie na tamten świat i pozostawił mnie samego… na drodze. On pracował z żoną, która porządnie władała francuszczyzną. Oddałem ją tutaj do przetłumaczenia…

Moje najgorętsze marzenie byłoby znaleźć wydawcę w Warszawie. Lecz już nie PAX – jakąś firmę państwową – Iskry czy Czytelnik, gdziekolwiek. Francuskie wydania wyczerpane, więc jestem pełnym właścicielem swego tekstu. Chciałbym jak najprędzej zawrzeć umowę. Polecam się więc gorliwemu opiekunowi”. Niestety, pomimo starań w Czytelniku i innych wydawnictwach nie udało mi się tego załatwić. Jeszcze rok przedtem przypomniał mi w kartce o swojej książce Le Bestiaire de deux testaments (1927). „Napisałem o zwierzętach i zagadnieniach moralnych, które powodują: Le Bestiaire. Weysenhoff przełożył pięknie jeden rozdział – oby całe dzieło wypłynęło za mego życia. Bo potem – pewny jestem, że nie zginie”. Tłumaczenie tego rozdziału dołączył Weysenhoff do swojej książeczki O sztuce pisarskiej Pawła Cazin, Warszawa 1928. Tak się złożyło, że znalazłem ją kiedyś w którymś z antykwariatów i powiedziałem o tym Cazinowi. Okazało się, że swoją gdzieś zatracił i nie miał jej w swych zbiorach – powędrowała więc moja do Aix-en-Provence.

Tymczasem w roku 1962 Cazin ciężko zachorował, w tymże liście zdawał taką oto relację: „Bracie kochany, o mało nie wyniosłem się na tamten świat. Szlag w Paryżu w początku lutego po kilku tygodniach nieludzkiego nadwyrężenia starczych sił. Odprowadzono mnie dogorywającego do domu. Leżałem obłożnie chory przez cały miesiąc. Lecz ostatnia godzina nie wybiła jeszcze widocznie dla starego zapaśnika. Niebo się zmiłowało. Wybrnęliśmy. Oto już my znowu na nogach – oszołomiony i chwiejny, ale żywy”.

Trzeciego kwietnia 1962 roku wraca do tego wydarzenia: „Ten wiatr od piekieł, ta zawierucha od siedzib wiekuistych mną naprawdę wstrząsnęła! O mało nie runąłem jak stary, zmurszały dąb, czy spróchniały. Są jeszcze – widzę – żywotne soki: Lecz przeważnie ducha – duszy. Mens agitat molem… Nie wiem, jakie są twoje przekonania filozoficzne, religijne. Ja jestem niepoprawnym, nieuleczonym spirytualistą. Nie bardzo prawowierny, troszkę na bakier ze sztywnym katolicyzmem. Jeśli ludzie z Czytelnika mają sól w głowie, poznają od razu, że mój Bacchus nie należy do literature dedification. Moje życie jest dziwną mieszaniną wielkości i nędzy… jak na wartość istotną moje dzieło dostąpiło dotąd do marnych praktycznych zysków. Taki był los większych ode mnie w historii literatury”. W roku 1961 wiele sił poświęcił przedmowie do albumu Pologne. 9 kwietnia tegoż roku pisał: „To też zaledwie się wynurzam z otchłani pracy – schluss! Już! Co za ulga. Może ostatnie swoje kartki o Polsce napisałem. Przedmowa do albumu. Temat podjąłem wysoki i szeroko. Wszelkie tonacje. Rytm czasami – niby w bębny. Zobaczycie to w Polsce. Ależ zmordowany”. Album ten przysłał mi 22 kwietnia 1962 roku z dedykacją: „Bratu a bratu memu miłościwemu, kochanemu Januszowi Odrowąż-Pieniążkowi. Polska. No cóż! Polska moja – Jeszcze Polska do końca – do śmierci mojej niedalekiej, a po mojej śmierci na długo – Paul”.

Recenzenci francuscy stwierdzali, że tekst Cazina jest przede wszystkim dziełem literackim: „Paul Cazin napisał tekst, w którym przewodnik jest w równej mierze historyczny, geograficzny co poetycki”, anonimowy recenzent „Centre-Martin” napisał dalej, że Cazin jest „najbardziej polski z Francuzów i najbardziej francuski z Polaków, jednoczący w sobie geniusz dwóch ras”. Felicien Mars w „La Croix” zatytułował swoją recenzję Płaskorzeźba i gęstość, mówiąc o „chwalebnej wstrzemięźliwości stylu”, dzięki czemu swój esej uczynił bardziej „skutecznym”. Napisałem i ja dość obszerną recenzję w „Stolicy” z 15 lipca 1962 roku i drugą w „Ilustrowanym Kurierze Polskim” (5 lipca), na które zareagował Cazin listem z 3 sierpnia: „Oszalałem z radości. Trzeba było mi tego wynagrodzenia za tyle zmartwień, zgryzot i krzyżów Pańskich, które mnie napoiły w tych ostatnich czasach… Dostałem najpierw, temu może miesiąc, IKP z Torunia od malarki Barbary Dębskiej. Zewsząd z Polski mówiono mi o moim kocie”. Recenzję zilustrowałem zdjęciem Cazina z kotem, które zrobiłem w 1958 roku w Aix. Pisał tam dalej Cazin: „Ty się zaśmiejesz, jak Ci poufnie opowiem, że był tu, w moim rękopisie, krótki niewinny prztyczek w nos moskiewski une cathedrale colossale, quoique moins imposente que l’actuel Palais de la Culture…” (Chodziło o cerkiew na placu Saskim). „Otóż poddałem był całość swego tekstu cenzurze przyjaciół w ambasadzie. A oni się bali, przekreślili… Ano zgoda”. Ów cenzor to zapewne Tadeusz Breza, ówczesny radca kulturalny ambasady PRL.

Ostatnie miesiące przed śmiercią pisarza wypełnione były pracą: „Parę stronic rozmyślań o Boskiej komedii w «Revue des Etudes dantesques»… Przedmowa dla katalogu wystawy malarskiej w Burgundii – szturm na nieznośne nadużycie kubizmu i tzw. art abstrait. Do dupy! No! Praca z panią Teresą Kozłowską około mojej biografii. Nieludzki wysiłek pamięci i melancholijne wrażenie, że depczę po gruzach własnego życia” – pisze 15 marca 1963 roku. Jeszcze na jesieni 1962 roku donosił mi, że natrafił na niepublikowane pamiętniki Pawła Justyniana Cezara Lavirotte, oficera kawalerii i adiutanta marszałków Brune i Bernadotte, w ostatnich zaś latach epopei napoleońskiej Generalnego Inspektora Skarbu, przede wszystkim zaś Burgundczyka, Cazin cieszył się bowiem szczególnie z każdego znaleziska dotyczącego związków swej ukochanej Burgundii z Polską.

Lavirotte pochodził z Arnay-le-Duc, pamiętniki zaś swoje napisał w późnej starości, około roku 1854, wedle Cazina stanowiły lekturę nader interesującą, stawiającą swego autora w rzędzie świetnych pamiętnikarzy tej doby. Cazin wybrał z manuskryptu fragmenty dotyczące Polski i razem zastanawialiśmy się, jak to w Polsce opublikować: Cazin napisał wstęp dość obszerny i kiedy nie udało mi się z różnych względów przeforsować dwujęzycznej edycji bibliofilskiej w Towarzystwie Przyjaciół Książki, jego ówczesny prezes i znakomity zarazem romanista profesor Mieczysław Brahmer zaproponował, że tekst francuski jedynie, bez tłumaczenia, zamieści w „Kwartalniku Neofilologicznym”, co się i stało, ale już po śmierci Paula Cazin, w numerze 2/1963. Polskie wyimki tych pamiętników ogłosiłem w „Stolicy” (nr 32, 25 sierpnia 1963) za zgodą zresztą ich odkrywcy, opisuje tam bowiem Lavirotte swoją misję z Piemontu do Warszawy latem 1812 roku z 22 furgonami fałszywej srebrnej monety, gdzie potem przez dwa tygodnie odpoczywał, zwiedzał zabytki Warszawy i wille podmiejskie o wiele ciekawsze, jak stwierdził, niż stolica. W powrotnej drodze w Wiedniu spotkał się z samym Metternichem.

Do publikacji tego swojego znaleziska Cazin przywiązywał dużą wagę. W ostatniej swojej kartce z 22 kwietnia 1963 roku, na dwa tygodnie przed wypadkiem samochodowym, w wyniku którego zmarł 12 czerwca 1963 roku, powrócił znów do Gaszyńskiego: „Miałem nieznany dokument i artykuł gazety prowansalskiej o śmierci matki Walerego i Konstantego (gorący protest opinii francuskiej w 1863), niestety ani czasu, ani sił dla krzątania się po redakcjach”. Chodziło o śmierć matki Gaszyńskiego, Tekli z Bzowskich, zastrzelonej w majątku Zdrowa przez Kozaków 29 sierpnia 1863 roku. Tak więc moja korespondencja z Cazinem rozpoczęła się Gaszyńskim i Gaszyńskim zakończyła.

Jean Cocteau

Oficjalne uroczystości związane z wizytą w Polsce w 1960 roku Jeana Cocteau rozpoczęły się w sobotę 22 października w kinie Młoda Gwardia w Pałacu Kultury i Nauki pokazem filmu Testament Orfeusza. Pobiegłem tam prosto z sali Pen Clubu, też wtedy w Pałacu Kultury, gdzie prezes Jan Parandowski wręczał nagrodę znakomitemu tłumaczowi i uczonemu Jeanowi Bourillyemu. Cocteau stał już na estradzie w świetle jupiterów (telewizja, kronika filmowa), w garniturze czarnym, koszuli białej – mankiety ze spinkami, niski, suchy, z dużymi rękami, przechyloną w tył głową i wysuniętą nogą. Miał wygląd czerstwego starca. Właśnie przemawiał profesor Jerzy Toeplitz, panienka w głębi trzymała kwiaty wyraźnie zażenowana. Potem przemówił Cocteau, głos miał cokolwiek skrzeczący i niezbyt przyjemnej barwy. Mówił krótko, dowcipnie. Podczas jego wystąpienia coś się filmowcom z hukiem zwaliło na podłogę, nawiązał do tego „accident technique”. Zakończył „Je part”, zszedł z estrady i opuścił salę, a my oglądaliśmy ten film surrealistyczny, oniryczny, pełen zaskoczeń, w roli głównej sam Cocteau, ale był i łysy Yul Brynner, w pewnej chwili pojawił się nawet sam Picasso, którego odwiedzał Cocteau.

W poniedziałek 24 października w salach rektorskich Uniwersytetu Warszawskiego odbył się uroczysty cocktail na cześć znamienitego gościa. Wchodzących witali profesorowie Aleksander Gieysztor i Wacław Sierpiński – gospodarze spotkania, na sali rektor Stanisław Turski jak zawsze w kołnierzyku Słowackiego, profesorowie: Tatarkiewicz, Doroszewski, Lorentz, Zachwatowicz, Kuratowski, same tuzy. Przyjechał ambasador Francji Burin de Rosiers. Był i Jerzy Lisowski, okazały, ale jeszcze bez brody i tak razem oczekiwaliśmy mistrza. Brakowało Iwaszkiewicza, którego Cocteau znał jeszcze z lat dwudziestych, ale był chory i nie mógł przyjechać ze Stawiska, tam odwiedził go Cocteau.

Otóż i on, skromnie staje koło stołu, rozmawiając najpierw z profesorem Tatarkiewiczem, potem z Francuzami. Pyta mnie Gieysztor:

– Czy chce pan poznać pana Cocteau?

– Oczywiście.

Przedstawia mnie. Cocteau rozmawiał właśnie ze starszym panem o wymiętoszonej twarzy, w przekrzywionej muszce, był to profesor Choróbski, lekarz, którego po latach poznałem jako przyjaciela Jana Brzękowskiego. Podszedł ambasador Burin de Rosiers:

– Czy długo tu pan jeszcze zostaje? – pyta go Cocteau.

– Nie wiem, póki mnie nie odwołają.

Cocteau:

– To trzeba prosić generała, żeby pana zostawił.

– Przed wojną długo tu był ambasador Noël – dodał ambasador.

Cocteau zaczął wychwalać teraz filmy młodych, które dziś oglądał. Chwalił Jana Lenicę, choć nazwiska nie pamiętał, ale tytuł, Monsieur Tête, tak, i ten drugi film, tu ruch ręką płynny, chyba mu o Somnambulików chodziło. Ale wszystkie wasze filmy (to do mnie) są pesymistyczne, smutne. Wyjeżdża jutro rano i weźmie z Warszawy odlew ręki Chopina, który wczoraj dostał, a w drugiej ręce będzie miał butelkę wódki. Ucieszony z konceptu, powtarzał go jeszcze parę razy.

Gdy ambasador zniknął, Cocteau opowiedział o wczorajszej wyprawie do Żelazowej Woli, ale dom był zamknięty i tylko przez okno zobaczył fortepian i właśnie rękę Chopina. Obiad zjedli w pałacu w Nieborowie, był jasny, jesienny dzień. Pochwalił odbudowę Warszawy, a szczególnie Starego Miasta. Adam Mauersberger oprowadził go po wystawie w Muzeum Adama Mickiewicza. Wpisał się tam do Księgi Pamiątkowej: „Pierwszy raz spaceruję w duszy poety jak po ogrodzie”.

Przystąpił wtedy do nas młodzian w kamizelce ze złotymi guzikami, który dotąd nudził się manifestacyjnie i spacerował zniechęcony.

– Pan go nie zna, to mój syn… – a kiedy zobaczył moją widać zdziwioną minę, dodał – Fils… adoptif, grał ze mną w filmie Orfeusz.

Istotnie, to ten młodzian z Orfeusza.

– Jest malarzem.

Bodaj on właśnie został generalnym sukcesorem praw autorskich mistrza.

Cocteau był ożywiony, rozmowny, gestykulował, brał za plecy, trzymał za guzik. Twarz miał wysuszoną, czarne tęczówki obwiedzione białą obwódką.

– Muszę dziś jeszcze odwiedzić młodego filmowca.