Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Opowieść o celibacie. O zakonie tłumaczy.
Biserka Rajčić, była przez pięćdziesiąt lat notariuszem polskiej literatury. Adwokatem, gońcem, tłumaczem przysięgłym. Przerywa milczenie, po pięćdziesięciu latach w cieniu autorów, których przekłada i spraw o których pisze. Serbka. Laureatka nagrody „Transatlantyk” dla najlepszego tłumacza literatury polskiej (2009). W dorobku, liczącym przeszło 1500 pozycji bibliograficznych, ma ponad 70 książek z zakresu poezji, prozy, filozofii, teorii literatury, eseju i reportażu.
Nawiązuję kontakt z autorem do końca życia. Te przyjaźnie są specyficzne, bo rzadko się widzimy, ale często rozumiemy bez słów.
B.R.
Łukasz Mańczyk – ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz scenopisarstwo w Łódzkiej Szkole Filmowej. Wydał trzy książki: Służebność światła, Kraków 2004 (Nagroda im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut roku); Pascha 2007/punkstop, Kraków 2009, Affirmative, Belgrad 2006. Bezpartyjny radny Krowodrzy, Dzielnicy V Krakowa.
.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 355
Rok wydania: 2014
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Do Belgradu
można jechać na różne sposoby, a każdy ma swoje zalety. Od 2009 roku wznowiono bezpośrednie loty z Warszawą. Jest też zajmujące trzydzieści sześć godzin połączenie kolejowe z przesiadką w Budapeszcie. Pamięta poprzednie formy ustrojowe, ale dostępne będzie zapewne i wtedy, gdy połączy nas polityczna umowa eurolandu.
Można przyjechać autem dyplomatycznym polskiej ambasady, która mieści się na ulicy Kneza Miloša 38. Autostopem jak Herbert (o czym dalej). Mimo że, jak twierdzą niektórzy, „autostop nie istnieje”. I poza tym że,achtung baby, „najstraszliwsza mafia całego świata”… Można też w Bratysławie wsiąść na rzeczny prom wycieczkowy. Dunajem popłynąć przez Győr (tam wpływa „nasza” Raba), Budapeszt, Vukovar oraz Nowy Sad. Wreszcie, na regionalnym dworcu autobusowym w Krakowie czeka dwa razy w tygodniu dalekobieżny autokar.
Można także, zaopatrzywszy się w zieloną kartę i cierpliwość, wybrać w ośmiusetkilometrową trasę samochodem. To jak droga z Krakowa do Gdańska. Tyle, że po drodze czekają winiety – proszą, by je kupić.Mitteleuropastopniowo przechodzi w Bałkany. Spiskie wsie. Geotermalne atrakcje w słowackim Popradzie. Kanapki z salami na węgierskich stacjach benzynowych. Niewykoszona kukurydza w Wojwodinie, przy granicy. Patrzyłem późnym latem, jesienią, nawet teraz, gdy jest styczeń, ale nic. Za drogi kombajn. Opłaciło się zasiać, ale zebrać już się nie opłaci? (O tym być może też będzie.)
Bilety autostradowe. Z tym że w zamian nie zawsze jest autostrada.
Kraje nie zaczynają się ot, tak. Polska łagodnie przechodzi w Słowację. Słowacja w Węgry. A Węgry w Serbię. W Polsce jest trochę Słowacji, na początku Słowacji trochę Polski i tak dalej.
Kierunkowy do Belgradu 11. Београд, Singidunum, Biały Gród. Forteca i miasto w jednym: Kalemegdan. I miejsce gdzie Sawa wpływa do Dunaju.
Coraz bliżej centrum. Most z widokiem na białą cerkiew świętego Sawy. Pamiętająca Broz-Tito wielopoziomowa estakada Gazela, wyprowadzająca autostradę na Zagrzeb („Ile do Zagrzebia? Czołgiem osiem godzin”).
Wysokościowiec „Wrota Belgradu”.
Niepotrzebny staje się GPS. Doświadczenie kilkunastu podróży zaczyna prowadzić. Budynek targów, gdzie co roku odbywa sięMedjunarodni sajam knjiga(Międzynarodowe Targi Książki). Pnę się w górę do jednej z dzielnic, zwanej Banovo brdo.
Belgrad jest jedną z ponad czterdziestu europejskich stolic. Nie tak monumentalny, jak Madryt. Nie tak „święty”, jak Rzym. Nie otacza go też żaden saturniański pierścień – jak Berliner Ring czy potrójna obwodnica – jak Moskwę. Nad innymi ma tę przewagę, że mieszka w nim Biserka.
Ajwar robi się w następujący sposób:
z czterech kilogramów półproduktu na kilogram gotowego wyrobu. Ugotuj paprykę i cebulę. Następnie całość należy przetrzeć. Odstawić na dwa dni. Potem raz jeszcze ugotować.
Na jednym ze zdjęć jej mentor, Petar Vujičić (którego zresztą też uczyła gotować), pozuje ze swoimi książkami. Przełożył ponad sto pozycji. Opiera się na nich ręką. Biserka jeszcze nie zrobiła sobie podobnego zdjęcia. Za nim dwie półki przetłumaczonych przez nią książek. Przekłady z pism wydawanych w krajach byłej Jugosławii już by się tu nie zmieściły.
Najważniejsze wspomnienie o Piotrze? Tadeusz Różewicz, jadąc z wieczorami autorskimi do Chin, zatrzymuje się w Nowym Sadzie, by spędzić jeden dzień ze swoim pierwszym tłumaczem – i często do tego wspomnienia powraca.
Następnego dnia robimy gibanicę (kora, czyli cienkie gotowe ciasto pszenne kupione napijácy, dwie warstwy, nadzienie z sera lub mielonego mięsa)*. Tłuczemy całe jajka, dodajemy ser i śmietanę oraz gazowaną wodę mineralną. Dziesięć minut w dwustu stopniach Celsjusza i trzydzieści pięć minut w stu pięćdziesięciu. Nie za dużo oleju do smarowania formy. Gdybyśmy postanowili zrobić na słodko (z nadzieniem na przykład ze startej dyni), całość nosiłaby nazwę halawa. Z kolei królewską odmianą gibanicy jest musaka z bakłażanem. Uformowane ciasto piecze się w polskim piekarniku.
Trzeba przerwać rozmowę. Dzwoni profesor Risto Tubić. W jego mieszkaniu w Sarajewie było piętnaście tysięcy książek. W czasie wojny palono nimi w piecu. Po wojnie mieszkanie wzięła „na własność” jakaś rodzina. Gdy wrócił, pozwolili mu wejść do środka i zabrać dziesięć. Przeniósł się do Belgradu i przez kilka lat mieszkał razem ze studentami w akademiku.
Rozmowa telefoniczna trwa. Czas przejść się po mieszkaniu.
W salonie zdjęcie Zbigniewa Herberta. Salon ten, goszczący jej autorów, w tym twórcęBarbarzyńcy w ogrodzie, za gospodynią będziemy także w książce nazywać „pokojem Herberta”. Książki od najstarszych po najnowsze.
W pokoju osobistym, gdzie jest komputer, z którego czasem korzystam – wyklejanki Wisławy Szymborskiej.
Telefon się skończył, wracamy do rozmowy.
Mówi Biserka:
Każdy z pisarzy ma coś do innego. Jedyny, który nie narzekał, to Kapuściński.
Tłumacz jako jedyny może przyjaźnić się z nimi wszystkimi.
Dziś jednak będzie mało literacko.
W 1994 roku zmarł mąż. Zaczynała się wielka wojna z Chorwatami. Syn, żeby nie trafić do armii, wyemigrował do Grecji. Tam przez kilka lat pracował jako stolarz, żeby dopiero po latach trafić do Kanady i wreszcie zacząć pracować w wyuczonym zawodzie geologa. W 1994 roku rozpadła się rodzina i kraj.
1999 to naloty na Belgrad. Zniszczono elektrownie, mosty. A bombę, która traciła przydatność, zrzucono na fabrykę zabawek. Zaczęłam schodzić – tak, jak wszyscy – do piwnicy. Ale gdy zrozumiałam, że stamtąd nie ma wyjścia, zostawałam na górze, na najwyższym piętrze wieżowca. Próbowałam czytać antycznych autorów. Na początku przed nalotem rozlegały się syreny. Ale one były absurdalne, bo naloty trwały non-stop i w końcu chyba umilkły. Samoloty zrzucały bomby z wysokości dziesięciu tysięcy metrów. Słychać było jak nadlatują, lecz ich nie widzieliśmy. Zestrzelono tylko jeden i to w Bośni (a i tak ponoć stali za tym Rosjanie).
Wówczas belgradczycy bardziej się zżyli… ze zwierzętami z tutejszego zoo. Brali do siebie na przechowanie małe gepardy i lwy.
Przez dziesięć lat nie było tu życia. Wszędzie sankcje.
Póki jeździłam pociągiem, żeby dostać się do Polski, musiałam prosić o wizę kilku państw. Płaciłam także za wizę do samej Polski. Raz nie wytrzymałam: „Nie byłam nigdy polskim problemem, to Polska była moim”. I dano mi wizę ulgową, za połowę opłaty.
Tu i w Polsce gotowałam wielu pisarzom.
Wciąż rozbrzmiewa telefon. Dzwoni rodzina. Artysta. Wydawca (Biserka wydaje w roku średnio pięć książek). Przerywa rozmowę. Takich rozmów odbędziemy dziesiątki.
Pani Rajčić tłumaczy najchętniej tylko wczesnym ranem. Wtedy jest spokój.
Łączyła reperację dachu u swojej matki z tłumaczeniem Ewy Lipskiej. Pieczenie halawy z pisaniem listu do przyjaciółki z Instytutu Badań Literackich. Póki żyła matka i jeździła do niej na wieś, tłumaczyła tam tylko wiersze. Na laptopie, który z Kanady przywiózł syn.
Filozofię i teorię literatury, wymagające ogarnięcia wielusetstronicowego systemu, mogła przekładać tylko w domu.
Na dole, niedaleko domofonu, ma zamontowaną specjalną, większą niż inni mieszkańcy bloku na ulicy Požeškiej, skrzynkę pocztową.
Wieczorami ogarnia jej zawartość. „Tygodnik Powszechny” (Turowicz uważał ją za wnuczkę, stąd ma dożywotnią darmową prenumeratę). „Zeszyty Literackie”, „Odra”.
Można by rozmawiać w nieskończoność, ale skończyła się „świeżyzna”, idziemy na targ. Tam Biserka (z serbska „Perełka”) przeistacza się w prawdziwą Vukicę („Lwicę”) targując się, degustując i wybierając najlepsze produkty.
Obokpijácy(targu) jest willa, w której sprzedaje się alkohol. Rakija (w wersjach: śliwowica, brzoskwiniówka, winogronówka i gruszkówka) leje się z żelaznych kadzi do plastikowych butelek po Karadjordje (tamtejsza markowa woda mineralna).
Biserka przeistacza się w Vukicę również w drodze powrotnej, aby zająć miejsce siedzące w autobusie. To rykoszet po czasach blokady, gdy „na cały Belgrad przypadało sto pięćdziesiąt sprawnych autobusów”.
Nie znosi pośpiechu. Pośpiech, mówi, zabija najlepsze pomysły. „Nienawidzę pośpiechu, dlatego wszędzie zdążam”.
Dzięki temu mogła symultanicznie prowadzić dom, gotować i tłumaczyć. W kuchni.
W okresie sankcji był deficyt wszystkiego, mało drukowano. Wtedy licencje na serbsko-chorwackie wydania były darmowe. Ale i obecnie, mimo tłumaczenia tylu książek rocznie, wciąż nie można się z tego utrzymać.
Dziś pada i na dodatek jest chłodno. Kiedy będzie ciepło, pójdziemy na Wyspę.
Do domu Piotra.
Kiedy będzie słonecznie, dostaniemy się na taras widokowy, by zobaczyć całą dzielnicę Banovo brdo i dużą część Belgradu.
Pojedziemy też na wieś, gdzie w dzieciństwie mieszkała Biserka.
Udamy się do Muzeum Tity.
Ale na razie jesteśmy w kuchni. Mamy świeże warzywa.
Więc jeszcze raz: ajwar robi się w następujący sposób: z czterech kilogramów półproduktu na kilogram gotowego wyrobu: ugotuj paprykę i cebulę. Następnie całość należy przetrzeć, odstawić na dwa dni. Potem raz jeszcze ugotować. To bardzo stary przepis.
Tak swoje przekłady robi też Biserka.
Biserka nie może spać
Na początku wydawało się, że moim obowiązkiem jest sporządzić ankietę bohaterki. Kim jest, kogo zna, kim byli jej rodzice. Jakie ma marzenia. Najsilniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Cele. Kwestionariusz Prousta?
Bohater reportażu chyba musi być tak opowiedziany.
Potrzebuję związków przyczynowo-skutkowych.
– Nie jestem łatwą rozmówczynią – przyznaje Biserka. – Chciałbyś wszystko naraz.
– Ale to już nasza kolejna rozmowa.
Wtedy przypominam sobie zapis tej pierwszej.
„W ubiegłym roku najpierw zabolała mnie okolica karku. Schodziło to w dół, nie mogłam spać. Przebadałam się na wszystko, nawet na nerki. Nie pomogła kanadyjska maść „Deep heating. Ultra strength” – ta, co zwykle. A przecież dbam o siebie. Wieczorem często ćwiczę na parkiecie, a rano w kuchni”.
Tym razem bóle jednak nie przechodziły, nasilały się nocą. Biserka poszła do lekarza pierwszego kontaktu. Do reumatologa. Ten skierował do psychiatry.
„Poszłam tam jak na zwykłą wizytę”.
Pani doktor zaczęła ją pytać: „Kiedy zmarł mąż? Kiedy wyemigrował syn?”
„Jak spędza pani czas? Czy jest pani samotna z wyboru?”.
Po tej wizycie nie mogła zasnąć całą noc (wcześniej chodziło tylko o bezsenność częściową).
– Jak mogła mnie tak wypytywać? – mówi. – Jak policjant.
A ból pewnego dnia ustąpił. On po prostu tak ma.
Śpi się raz dobrze, raz gorzej.
Powtarza: „od dwudziestego piątego roku życia jesteś swoim zawodem. Najważniejsza jest moja pasja”. Na pytania o rodzinę, o życie na wsi w dzieciństwie, sąsiadów, posłała mi swoją aktualizowaną na bieżąco bibliografię.
Jeszcze i to wspomnienie: kiedy Antoni Kępiński przyjmował swojego pacjenta, najbardziej interesował się, jaki to jest człowiek. Jak idzie mu praca.
Przyjaciółka Biserki, Anna Potoczek, powtarza, że aby lekarz mógł pomóc, pacjent musi wiedzieć, czy i na co jest chory.
Czy rozmowa o bólu pomaga? „Jednemu tak, a drugiemu nie. Czasem najważniejsza i wystarczająca jest uwaga, obecność”.
Julian Aleksandrowicz zachowywał się podobnie. Wspominała Biserce Aniela Kott: „Byłam nieszczęśliwa, że on mnie nie leczy, że interesuje się tylko moją wiedzą. Nasze rozmowy sprowadzały się do aktualnie opracowywanego przeze mnie hasła w słowniku”.
Pani Rajčić dodaje: „Ja też miałam takiego lekarza. Bardzo interesował się Żydami i historią Austro-Węgier. O tym rozmawialiśmy, gdy pozostali pacjenci w kolejce na korytarzu «szaleli»”.
„Uwielbiam taki typ starych lekarzy. Oni wszystkim się zajmowali, wszystko wiedzieli. Inny taki, belgradczyk, pediatra, przyjmował na emeryturze raz w tygodniu. Nigdy nie liczył czasu wizyty. Te przeciągały się do północy. Częstował dzieci czekoladą i pisał im życzenia noworoczne.
Już od samego narodzenia człowiek nie wystarcza sam sobie, potrzebuje akceptacji. To w nas zostaje. Wiedział, że choroba wyklucza, potęguje samotność”.
„Teraz prawie wszyscy piszą prace naukowe i wszyscy chcą znać objawy, a nikt nie leczy”.
Tego dnia zeszło na chorobę i słabość.
Biserka wspomniała syna dalekich znajomych. „Gwałcił babkę, sam był jak dziecko, zazdrosny o dzieci w swoim otoczeniu, o to, że zabierały mu uwagę dorosłych”.
O innym chorym: „zapomina kim jest, (na szczęście) choruje tylko raz na jakiś czas”.
I jeszcze o jednej ze swoich autorek: „mogłaby pracować, a traci czas na chorobę”.
„Jak zaczęła chorować mama, wolałam, żeby była tu, w moim mieszkaniu w mieście. Ale ona nie chciała. Bała się jednej prozaicznej rzeczy: gdyby umarła, jak załatwić karawan, który przetransportuje ją kilkanaście kilometrów”.
„Źle wspominam szpital. Krew na korytarzu, jęczący mężczyzna z bolącym brzuchem, a lekarka w tym czasie w swoim gabinecie pije kawę… Inni lekarze rozmawiają na jakiś absolutnie obojętny temat. Dopiero po kwadransie zaczynają się interesować tym pacjentem…”.
„Musieliśmy matkę nosić po schodach, bo w szpitalu winda była tylko dla lekarzy”.
„«To był ostatni raz», powiedziała nam po jednej z takich wizyt”.
Czy mogę zadać kolejne pytania?
Milan, Lazar, Daniel
Mówi Biserka:
Ten dom zawsze tak nie wyglądał. Każdy miał swoje wizje. Musiałam być tolerancyjna. Wspólny w jakiś sposób był nam minimalizm.
Kiedy dostaliśmy przydział, rodzice niewiele mogli pomóc. Również i dlatego nasze mieszkanie pozostało minimalistyczne. Do dzisiaj nie ma w nim prawie niczego oprócz książek potrzebnych do pracy.
Dzięki kredytowi mogłam trzy lata temu zmienić okna, bo te stare nie mogły się już domknąć.
Dopiero po śmierci męża Milana pojawiło się dużo grafik i zdjęć. Wcześniej były książki, jego i moje, oraz białe ściany.
Księgozbiór męża był w kuchni. Filozofia niemiecka, poezja rosyjska. Po jego śmierci część pozycji oddałam katedrom germanistyki i rusycystyki, część zaś Bibliotece Narodowej – nie chcieli wszystkiego brać, chociaż darmo – nie mają gdzie składować.
Teraz w mieszkaniu Biserki wzrok przykuwa duża liczba detali. W kuchni świeczniki w styluart deco. Formy geometryczne ze srebra. Dwie filiżanki, które przetrwały powstanie warszawskie – dar od państwa Zagórskich. „Rzadko z nich korzystam, boję się, że się stłuką”. Parę indyjskich gadżetów. Jest barokowo – nadliczbowo. „Kiczowate, ale lubię”.W „pokoju Herberta” (poza fundującą go biblioteką)uwagę zwraca żelazna puszka z powietrzem z Izraela (z ostrzeżeniem – „może się ulotnić w razie otwarcia”). Na stoliku przy łóżku kompozycja ze śródziemnomorskich muszli. I „Rozgrzewające Usta” – wygrana w loteryjce zorganizowanej przez Szymborską. Nieopodal „Lipa Ostatniego Ratunku”.
(Czy Szymborska bawiła się kiczem na co dzień – lektury, przedstawienia w teatrze dziecięcym „Kolejarz”, na które chodziła z sąsiadką Wandą Klominkową; wyklejanki, limeryki – by coś zaspokoić, a uchronić od niego poetycką twórczość?
I Biserka w pewien sposób adoruje kicz. Uprawia wyklejanki, posyłając je niektórym przyjaciołom. W jej mieszkaniu królują bibelot i szczegół. Co ciekawe, tam, gdzie zaczyna się pracownia – pokój z komputerem, gdzie dokonuje tłumaczeń, prawo wstępu mają jedynie książki.)
Bez względu na to, że mieszkanie było minimalistyczne a czasami i za ciasne, często bywali u nas goście, krewni, przyjaciele z Jugosławii i zagranicy, najwięcej Polaków (dlatego salon nazywaliśmy też „pokojem polskim”). Czasami gości mieliśmy tylu, że sami spaliśmy na podłodze. Tę gościnność przejęliśmy od rodziców, którzy postępowali podobnie.
Mąż chciał studiować germanistykę. Jednak zaraz po wojnie, z powodów politycznych, było to niemożliwe. Katedra, bardzo uszczuplona, formalnie funkcjonowała, jednak nie robiono naboru. Mógł zacząć jedynie slawistykę. Tak też uczynił. A potem poszedł na te drugie, wymarzone studia. Wiedział, że jest „za późno”, jednak się uparł. Nie dokończył doktoratu. Pracował w szkole. Potem wyemigrował. Przepracował kilka lat w Niemczech we Frankfurcie nad Menem. Zajmował się tam filozofią. Tłumaczył Kierkegaarda, Nietzschego.
Był niespełniony, mimo wielu prób, które w życiu podejmował. Nie widział już dla siebie szansy. Być może to przyspieszyło jego śmierć. Był rok 1994.
Kiedy chodziliśmy naAdę(Wyspę), Biserka często wspominała syna Lazara. Lubił tam przychodzić, kiedy był dzieckiem.
Milan zmarł w 1994 roku.
Lazar, żeby uniknąć powołania do jugosłowiańskiego wojska, uciekł pod koniec tego samego roku do Grecji. Zabrał ostatnie dziesięć tysięcy dolarów. W Grecji pracował w warsztacie stolarskim. Tamtejszy patriarcha rodu chciał ożenić go z własną córką. Ale Lazar chciał jechać dalej, za Atlantyk.
W całej Jugosławii zaczął się kryzys. Nie mogłam nic zarobić. Ale na szczęście pojawiła się telewizja i radio B-92, dla których moja opozycyjność (niezależność), była interesująca. Opornie, ale drgnął rynek wydawniczy. Tłumacząc Kapuścińskiego, Michnika i Szymborską udało mi się uskładać na podróż syna z Grecji do Kanady.
W Belgradzie Lazar skończył studia geologiczne. Dopiero w Kanadzie pracuje w zawodzie. Szuka ropy naftowej. Oprócz tego lubi naturę, wspinaczkę górską i jazdę na nartach. Ostatnio zaczął hodować pszczoły. Podchodzi do nich naukowo. Mieszka w Calgary na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. Dlatego zamówił sobie pszczoły syberyjskie, które mogą wytrzymać mrozy od minus trzydziestu do czterdziestu stopni.
Pracując w terenie fotografuje też dla własnej satysfakcji. Jego żona Bojana również.
W dzieciństwie zachwycałam się pszczołami ojca. Pomagałyśmy mu z siostrą. Po jego śmierci matka musiała je sprzedać, bo nie miała dla nich czasu, opiekując się starymi rodzicami ojca.
Ich organizacją życia byłam tak zachwycona, że uważałam że w poprzednim życiu sama byłam pszczółką.
Z kolei ulubionym miejscem spacerów z wnukiem Danielem jest Kalemegdan, miasto-twierdza w centrum Belgradu.
Od lat przed wejściem do otaczającego go parku, pieczone kasztany sprzedaje ta sama rodzina Cyganów.
Na Kalemegdanie, w miejscu gdzie żyli i panowali serbscy królowie oraz tureccy i austro-węgierscy namiestnicy, Daniel zrozumiał, co to jest historia.
Daniel ma w Kanadzie naprawdę dobre warunki. Szkołę z basenem. Gra w water polo – jest bramkarzem.
*
Siadamy za stołem w kuchni. Kiedy rodzina była liczna, tutaj tłumaczyła.
Jestem ochrzczona, moja rodzina obchodziła wszystkie święta. Szczególnieslavę, święto rodzinne, występujące – z tego, co wiem – tylko u Serbów. Każda rodzina miała swojego patrona.
Moja rodzina obrała sobie świętego Djordje (Jerzego). „Najczęstszymi” są Nikola, Djordje i Jovan.
Istnieje święto wiosenne, jesienne i zimowe. Czasami jedna rodzina obchodzi święto dwa razy w roku. Największe, związane ze świętym Mikołajem czy Jovanem (Janem) obchodzi się tylko raz w roku.
Naslavętrzeba zaprosić. Przedstawiciel domu – mężczyzna – idzie do każdego domu z rakiją i małymi kieliszkami, zaprasza innego mężczyznę i częstuje go alkoholem.
Dzisiaj się dzwoni. A może nawet zapraszają przez email?
Slavęcelebruje się trzy dni. Począwszy od tego, gdy w cerkiewnym kalendarzu liturgicznym przypada dzień danego patrona. Żeby wszyscy zdążyli dotrzeć i złożyć sobie życzenia. A potem wypić rakiję, zjeść kawałek pity albo ciasta.
Pierwszy dzień jest dedykowany najbliższym. Następny dzień dla gości zaproszonych przez rodzinę (w miarę bliskich). A trzeciego dnia przychodzą sąsiedzi, już bez zapraszania.
Na te dni piecze się specjalny okrągły chleb,kolač. Nanosi się nań wzór krzyża lub kwiatów. Robi się też kutię z pszenicy i miodu.
Pierwszego dnia przed obiadem, zazwyczaj rano, do domu obchodzących święto przychodzi pop.
Pop kroikolačnożem, robiąc przy tym znak krzyża. Środek zalewa czerwonym winem. Czyta modlitwę. Każdy z rodziny bierze kawałek tego chleba i zjada w jego obecności.
Winem, w kształt krzyża, polewa się też pszenicę. Póki trwa polewanie chleba i gotowanej pszenicy, póty pali się świeczka. Na chlebie duża, a na pszenicy mała.
Następnie pan domu częstuje popa rakiją.
I ten idzie dalej, spiesząc się, bo do obiadu, który zaczyna się o drugiej, musi odwiedzić wszystkich parafian, obchodzących w danym dniu to święto.
Menu zależy od pory roku: wiosną i latem jest baranina, jesienią i zimą wieprzowina.
Pieczone na rożnie prosię, jaki to był smak! Teraz nic mi nie smakuje, bo nie przypomina tego… (Wielu rzeczy nie było, ale sery na przykład były pierwszorzędne. Pomidory, papryki. Owoce. Kupuję, myślę że dobre, ale okazują się okropne, prawie nie można zjeść. Teraz już tego nie ma, tego smaku.)
Naslavębyła duża kura i rosół. Zimą galareta drobiowa. Mięso z kury z jarzynami. Gołąbki. Pieczeń: jagnię, prosiak. Ciasta. Wino. I na końcu kawa.
Rakii pije się mało. Absolutnie nie tak, jak wódkę w Polsce. Dziadkowie mieli tysiące litrów, ale pili kieliszek rano i kieliszek na obiad. Podczas obiadu maksymalnie dwa kieliszki wina. Rakiję piło się symbolicznie do galarety.
Dzieci nigdy nie siedziały z dorosłymi. Jadły wszystko co dorośli, tylko przy innym stole i w innym pokoju – żeby nie słyszeć, o czym tamci mówią. No i nie dostawały ani rakii, ani wina.
Dzieci jako takich nie zapraszano.
Od piętnastego roku życia utraciłam kontakt z tymi obyczajami, bo ojciec z matką przeniósł się do pracy do Salašu. Z siostrą pozostałyśmy same w Zaječarze, gdzie było nasze gimnazjum. Samych dzieci nikt nieslavęnie zapraszał, bo same nie mają prawa jej urządzać. Nie mogłyśmy się więc zrewanżować… Nie mogłyśmy również chodzić do dziadków. Ze względu na to, że były zajęcia w szkole.
I wcześniej ojciec miał w firmie zakaz zapraszania naslavę. Że niby na wsi to wolno, a w mieście już nie… I jemu, osobie na stanowisku, nie wypada.
Slavęw rodzinie kontynuuje syn. Z moim ojcem się ona skończyła. Boslavępodtrzymuje tylko linia męska. Póki żyje w rodzinie mężczyzna, póty trwa to święto.
Jeśli w rodzinie zostają same kobiety, oznacza to koniecslavy.
Póki żyła mama, przygotowywała specjalny obiad. Artystycznie najlepszykolačrobiła moja młodsza siostrzenica Sladjana, która ma talent plastyczny.
Mama do końca życia pamiętała o slavie, ale jak została sama, przestała traktować ten obiad jako świąteczny. Ponadto długo nie było popa na wsi.
Z kolei rodziną Tabaković (męża) opiekuje się święty Jan (Jovan). On jest ichslavą. Przez to, że Milan uważał się za agnostyka, chodziliśmy tego dnia tylko na obiad do jego matki, na który zapraszała najbliższą rodzinę.
Przez wiele lat chodziłam, właśnie w dzień rodzinnego święta, do kościoła świętego Djordje w mojej dzielnicy. W chórze śpiewali moi przyjaciele. Teraz przenieśli się na Nowy Belgrad, a z racji tego, że tam nie ma podobnego kościoła, przestali śpiewać.
Różne były te święta. W czasie drugiej wojny światowej to ledwie na świece starczało.
Dzisiaj, tak w miastach, jak i na wsi święta obchodzi się bardzo powierzchownie. I komunizm, i postkomunizm na tym polu zrobiły swoje.
Tradycja święta rodziny odżyła po odejściu Tity. Ale niedługo tym się cieszyłam. Mąż umarł, syn wyemigrował.
Dom zmienił się nie do poznania.
Idziemy na Wyspę
– O czym będzie ta książka? – zapytała Biserka.
– Wciąż się pisze. Jeden z jej rozdziałów nosi tytuł „Idziemy na Wyspę”.
Wyglądamy z okna „pokoju Herberta”. Dziś pada.
W piątek zjeżdżamy już windą w dół („Ale dziś nie będziesz niczego pisał, dobrze?”). Z wiatrołapu klatki schodowej widać panoramę ulicy Požeškiej. Zaczyna błyskać.
Jednak kolejnego dnia, a jest akurat sobota, na stole świeżo upieczona gibanica i propozycja, na którą czekałem całą zimę.
– Idziemy na Wyspę.
– Czy to nie nadmierne naciąganie faktów?
– Jak co sobota, kiedy jest ładnie – dodaje Biserka.
– Żyję jak mnich – dodaje już w autobusie. – Zasłużyłam.
Wysiadamy zaraz za estakadą.
„Wyspa”, u Słowian określana jako „ostrów” czy „ostrov”, po serbsku nazywa się „ada”. „Ada Ciganlija” – bo mieszkali na niej kiedyś Cyganie. Obecnie jest już częścią stałego lądu. Aby do tego doprowadzić, zasypano starorzecze, jedną z odnóg Sawy.
Biserka pokazuje z uśmiechem duże głazy, „nasze Stonehenge”. Idziemy nad jezioro. Tam obok budowli pamiętających lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, kilka chat, przewiezionych niedawno na platformach z tradycyjnej serbskiej wsi. Skansen. Kuźnia, chaty, piec do wypieku chleba. Używane na przełomie wieków wozy („najpierw koła były drewniane, na zewnątrz obstalowane, dopiero potem pojawiły się opony”). Siewniki. Brony.
Dalej miejsce do zabaw dla dzieci. Biserce przypomina to czas, gdy Lazar był małym chłopcem.
Są też instalacje parę lat temu nieobecne: napowietrzna, survivalowa trasa między wysokimi drzewami. I plaża dla nudystów…
Niedaleko smażalnia ryb, która tyle razy gościła Biserkę i jej przyjaciół. Podobnie jak restauracja na statku.
Nieopodal parkowe audytorium. „Leśna” scena. Krzesła wydrążone w pniach piłą łańcuchową.
Klub wioślarski. Kilka następujących po sobie boisk do piłki nożnej. Korty tenisowe. Wyspiarska kolejka – ciuchcia dla dzieci „Ada woz” – okrąża całą Wyspę.
Mówi Biserka:
Pracowaliśmy z mężem intensywnie. Nie było czasu na hobby. Jeśli już, to w wakacje jeździliśmy w góry. Naszą ulubioną górą była Avala. A w Słowenii – Triglav.
Koło rodzinnego Zaječaru jest tysiącmetrowa Vrska Cuka, ale był to zarazem obszar przygraniczny, blisko Bułgarii. Stąd był tam zakaz chodzenia po górach.
Jeździliśmy też nad Adriatyk.
Wspólnie kochaliśmy Wenecję.
Ale generalnie nie znoszę morza i jestem człowiekiem gór. Nie lubię też jaskiń.
Potem, gdy zbliżaliśmy się do wieku emerytalnego i na wakacje miało być więcej czasu, zaczął się upadek ekonomiczny, sankcje, aż wreszcie wybuchła wojna.
Ani Biserka, ani jej mąż Milan nie mieli samochodu. Choć Jugosławia słynęła z zakładów Zastava.
Kiedy przyjechał Zbigniew Herbert, nie miał go kto zawieźć w okolicę słynnej góry Avala, na co bardzo liczył.
Teraz na wakacje Biserka nie wyjeżdża już w góry. Odkąd w 2007 roku zmarła mama, ograniczyła też wyjazdy do rodziny na wieś.
Gdy przyjeżdża do Polski, to jak zawsze, przede wszystkim szukać materiałów do tłumaczeń. Każdy pobyt traktuje jak ostatni. Poluje na książki i ich odbitki.
Na szczęście jest jeszcze Jelica Jelić w Nowym Sadzie, do której wpada na parę dni. Odpocząć.
Z wyjątkiem tych wizyt raczej nie opuszcza Belgradu. Celem najazdów znajomych autorów, dziennikarzy, tłumaczy też jest zazwyczaj stolica, w której na co dzień mieszka. Czasem, jak Zagajewskiemu, towarzyszy im do takich miast, jak Nowy Sad, Nisz, Kragujevac.
Często chodzi na wieczory autorskie, koncerty, wystawy.
– Kultura i natura w moim życiu były obok siebie, w różnym natężeniu – powie w innym miejscu tej książki. – Ale o tym, kiedy i co, często nie decydowałam sama.
Przystajemy w jej ulubionym miejscu – Cafe Režiser. Stąd jest widok nafilmski grad(miasteczko filmowe). Kelnerka serwuje krem kasztanowy i piramidę bitej śmietany. Dodatkowo pistacje na długich łyżeczkach.
Torem przepływają kajakarze. Naprzeciw, za wodą, restauracje.
– Są czynne całą dobę. Ciągle zjeżdżają się tam auta i coś się dzieje – mówi Biserka. Ale potem jej wzrok skupia się na czym innym. Po obu stronach toru szkoły jazdy na rolkach.
– Myślałam żeby zacząć – mówi Biserka – ale się boję.
– Przychodzę tutaj co sobota. Jeśli obchodzę Wyspę bez przystawania, zajmuje to dwie godziny.
Kiedy przyjdziemy kolejny raz, to koniecznie na smażoną rybę. A kolejny raz, na obiad w restauracji na statku. Może też zdecydujemy się na wizytę na przeciwległym brzegu.
Jedziemy na wieś
Należy wyjechać z ulicy Požeškiej w kierunku południowym. Potem skręcić w lewo, na wschód. Z dzielnicy Banovo brdo dostać się na autostradę Zagrzeb–Belgrad–Skopje. Jechać do wysokości Paračina. Tam skręcić w lewo.
Droga jest dość dobra, choć częściowo w remoncie. Minąć górę Rtanj, miasteczko Boljevac u podnóża tej góry. Gamzigrad, kompleks rzymskiego namiestnika. Zaječar. Droga prowadzi w kierunku Dunaju. Do wsi jest jeszcze siedemnaście kilometrów.
Mówi Biserka:
1. Rodziny matki i ojca pochodziły z Kosowa. Kosowem zawiadywali Turcy. Albańczycy zeszli z gór. Serbowie nie czuli się bezpiecznie. W XVIII wieku te ich wioski, matki – Koprovnica i ojca – Jelasnica, przeniosły się do wschodniej Serbii, zachowując swoje historyczne nazwy.
2. Inna część mojej rodziny musiała z kolei uchodzić z Macedonii.
Dziadek mamy mojego ojca zabił Turka, który chciał zabrać mu żonę. Był urzędnikiem osmańskiego imperium (beg). Musiał uciekać z okolic Tetova do wschodniej Serbii. Na miejscu ożenił się z młodą wdową.
3. Dziadek (ojciec ojca) nazywał się Živko. Gdy dziecko umierało przy porodzie lub bardzo młodo, kolejnemu chłopcu rodzice nadawali właśnie imię Živko (Życie) albo Vuk (Wilk). Jak rodziła się dziewczynka, chrzczono ją Vukica (Wilczyca).
Živko świetnie gotował, był wojskowym kucharzem. Na wsi do perfekcji była doprowadzona wówczasmoba(samopomoc). Gdy na nasze pole przychodzili sąsiedzi, dziadek przygotowywał posiłek nawet dla pięćdziesięciu osób. Nigdy nie dawał pieniędzy. Zdarzało się, że płacił winem. Po jego śmierci żona Ljubica nie umiała już tak dobrze zająć się gospodarką. Poumierali lub zestarzeli się też ci, którzy dla dziadka pracowali. A młodzi patrzyli w stronę miasta, tak samo jak teraz.
4. Babcia go nie kochała, chciała wyjść za kogo innego, ale ojciec jej nie pozwolił. Była bardzo nieszczęśliwa. Živko miał sześć hektarów ziemi, a cała jej rodzina miała w sumie półtora. Babcia była ciągle niezadowolona. Przez to że mieszkali u jego rodziców. Kłóciła się z nimi.
5. Pradziadek ze strony mamy skończył studia filozoficzne. Z kolei dziadek był kupcem – często jeździł do Wiednia.
Inny z kolei był deputowanym do parlamentu. W opozycji wobec króla. Został uwięziony. W więzieniu nabawił się gruźlicy i zmarł. Zostawił młodą żonę i dzieci. Rodzina utraciła swoją głowę. Zaczęła się niedola, bieda, tułaczka.
6. Ojciec mamy nazywał się Dragoljub. Pochodził z jednej z najbardziej znanych rodzin wschodniej Serbii. Ukończył szkołę handlową. Handlował, jeździł do Wiednia. Grał w karty. Zanim jego najstarsza córka wyszła za mąż, przegrał jej posag w karty. Mając czterdzieści pięć lat, popełnił samobójstwo. Zostawił żonę Darę z trójką dzieci. To dlatego mama nie mogła studiować.
7. Matka mamy, Dara, pochodziła również z cenionej rodziny, choć historycznie nie aż tak. Jej ojciec również wcześniej zginął, mając 36 lat.
8. Mama miała na imię Kovilka. To serbska nazwa jednego z kwiatów.
Pochodziła z bogatszej rodziny niż mąż. Wcześnie utraciła ojca. Zarówno ona, jak i starsza siostra mogły sobie pozwolić tylko na trzyletnią „żeńską szkołę fachową”. Dziadków nie stać było, by wszystkich wysłać na uczelnię.
Matka i jej starsza siostra Radmila wyszły za mąż i zajmowały się dziećmi. A w ciągu lata pomagały matce i rodzicom swoich mężów w uprawie roli, bo na bazarach nic nie dało się kupić.
Interesowała się moimi przekładami, choć sama studiów nie ukończyła.
Pod koniec życia zaczęłam nagrywać z nią rozmowy o historii, obyczajach, dzieciństwie, życiu codziennym. Kiedyś podzielę się tym z dyrektorem muzeum etnograficznego w Zaječarze. Może powstanie z tego też książka.
Mama najczęściej nie wiedziała, że ją nagrywam. Gdy była tego świadoma, usztywniała się, mówiła nie swoim językiem.
Nasza mama świetnie rysowała i śpiewała. Gdyby były inne czasy, powinna ćwiczyć śpiew i może zostać nawet śpiewaczką operową.
Dużo słuchała radia. Z zachwytem i ze szczegółami opowiadała o Isidorze Sekulić. Nie mogłam uwierzyć.
9. Średnia siostra matki bogato wyszła za mąż w Zaječarze. Mąż był handlowcem. W pewnym momencie wstąpił do sekty. Rozdał wszystko, rodzina została bez środków do życia.
10. Jego syn studiował teologię. Po tym, jak ojciec wszystko stracił, przerwał studia. Nie został popem, poszedł pracować do urzędu. W końcu zaczął zajmować się kwiatami, został ogrodnikiem.
Raz w roku mama z siostrą do końca życia go odwiedzały.
11. Najstarsza siostra matki wyszła za mąż za agronoma, Rosjanina. Pracowali w Serbii i Macedonii. Mieli córki piękne jak aktorki, nie wiem która piękniejsza. Obie były nauczycielkami w gimnazjum.
Najmłodsza mieszkała w Sarajewie. Nie wiem, co się z nią stało.
12. Na studia wysłano jednak tylko dziecko, które rodzicom wydawało się zdolniejsze – jej brata. Wyjechał do Belgradu, co kosztowało połowę posiadłości. Dokończył je zaraz po wojnie dzięki temu, że otrzymał stypendium. Został inżynierem. Krótko pracował w fabryce. Po zrobieniu doktoratu udało mu się dostać etat na uczelni. Zwolnił się z pracy w fabryce. Został profesorem technologii na uniwersytecie w Nowym Sadzie.
13. Po migracji z Kosowa do wschodniej Serbii, dom ojca w Jelasnicy był odległy o zaledwie 300 metrów od domu matki w Koprovnicy. Byli rówieśnikami, mieli do siebie blisko. Mogli powiedzieć „nie”, ale o ślubie i tak decydowali rodzice.
Rozwodów absolutnie nie było. Nawet jak babcia nie kochała dziadka. Rodzina funkcjonowała na innych zasadach, jako wspólnota. Inne były także relacje z krewnymi – jedni drugim wzajemnie pomagali i byli ze sobą bardzo blisko. Wszystko uległo zmianie, gdy zaczęli się przenosić do miast…
Siostra mamy zachorowała na białaczkę. Spędziła dwa miesiące w szpitalu.
Dowiedziałam się, że w tym samym szpitalu jest syn mojego ojca chrzestnego, chory na nerki (nazywał się Ljubomir, a jego siostra to Ljubinka). Tak bardzo cieszył się, że do niego przyszłam (ojciec chrzestny był głównym gościemslavy. Noszę imię córki ojca chrzestnego. Teraz ojciec chrzestny już o tak wielu rzeczach nie decyduje).
14. Psychologowie mówią, że każda osoba jest uformowana już po skończeniu czterech lat. Moje pierwsze cztery lata kształtowała druga wojna światowa.
Przyszłam na świat 23 grudnia 1940 roku w Jelasnicy. Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców było jeszcze wolnym państwem. Był pakt o nieagresji. Wojna zaczęła się od bombardowania Belgradu 6 kwietnia 1941. W SHS była regencja. Najstarszy syn króla wyemigrował do Londynu. Tak skończyło się panowanie dynastii Karadjordjewów.
15. Kiedy się urodziłam, mój ojciec jako agronom pracował niedaleko swojej rodzinnej wsi, w miasteczku Salaš, zajmując się sadownictwem. Ja i dwa lata młodsza siostra wraz z matką mieszkałyśmy u rodziców ojca we wsi Jelašnica we wschodniej Serbii. Dziesięć kilometrów od granicy bułgarskiej.
Miał na imię Milan, tak jak później mój mąż.
Aż do pełnoletności miejsce zamieszkania naszej rodziny zależało od tego, gdzie i jaką pracę miał ojciec.
Ojca powołali do wojska w roku 1943. Było to jeszcze wojsko Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców. Kiedy alianci w roku 1943 przestali wspomagać Dražę Mihajlovicia, antyfaszystę i antykomunistę, oprócz partyzantki Tito powstała i partyzantka Mihajlovicia.
W roku 1944 dowództwo nad wojskiem przejął Tito. Mój ojciec, a od 1945 roku i dziadek, który był artylerzystą, walczyli w armii wyzwoleńczej Tito. Dziadek z Rosjanami dotarł do Słowenii, wyzwoliwszy cały kraj. Potem wrócił do domu. A ojciec pozostał w wojsku i rozbrajał miny w okolicach miasta Požarevac do końca roku 1947. Kiedy wrócił, był nam bardzo obcy. Stąd moja bliskość z matką do końca życia.
Zaraz po demobilizacji ojciec dostał pracę w państwowych sadach w Zaječarze, oddalonym siedemnaście kilometrów od rodzinnej wsi Jelasnica.
16. We wschodniej Serbii były dobre ziemie pod pszenicę i kukurydzę. Rosły drzewa owocowe. Hodowano krowy i drób. Mieściły się tam największe w byłej Jugosławii państwowe gospodarstwa rolne.
W związku z wojną jedzenia było mało. Brakowało na przykład chleba. Żeby dostać chleb, do piekarni trzeba było dostarczyć i pieniądze, i mąkę. Młynarze mieszali mąkę mieszkańców całego miasteczka. Wypiek był bardzo dobry.
W latach 1945–1955 chłopi w Jugosławii mieli obowiązek dostarczać państwu kontyngenty. Wszystko, co produkowali: pszenicę, kukurydzę, mięso, jajka, owoce, jarzyny; nawet bawełnę i wełnę. Żeby utrzymać rosnące w liczebność miasta. Bo powstawał proletariat i przemysł. Podstawą obliczania tych należności były hektary ziemi, którą uprawiali. Jeżeli ze względu na suszę czy grad nie mogli się wywiązać, aresztowano ich i osadzano w więzieniach jako wrogów komunizmu. Sporo z nich nigdy nie wróciło.
Ten region – wschodnia Serbia – był stosunkowo słabo zamieszkany. Ciągnął się od rzeki Moravy do granicy rumuńskiej i bułgarskiej. Były tam winnice i pola uprawne.
Teraz okolica prawie zupełnie opustoszała. Na przykład pełny o każdej porze roku hotel, zbudowany jeszcze za Tito, nie ma klientów. Ludzie wyjechali do miast. Druga generacja nie wracała, trzecia tym bardziej…
17. Po wojnie oczkiem w głowie ojca stał się rosyjski czarny samochód, marki nie pamiętam. Gdy go nabył, rodzice zaczęli dużo jeździć po Jugosławii. Co roku bywali na przykład na teatralnym „Dubrovackim letnim festivalu”.
18. Najpierw mieszkaliśmy w małym pokoju poza miastem. Chodziłam do szkoły dwa i pół kilometra, zimą w śniegu po pas.
Gdy byłam w drugiej klasie podstawówki, dostaliśmy mieszkanie w Zaječarze. Miasto liczyło wtedy pięćdziesiąt tysięcy ludności.
Mieszkaliśmy na ulicy Kumanovskiej u „Pani”. Tak nazywaliśmy pewną rosyjską „białą” emigrantkę. Była to Varvara Musatova. Mieszkań się wówczas nie wynajmowało. Zostaliśmy do niej po prostu dokwaterowani. Dopiero potem zaczęto budować. Płaciliśmy czynsz władzom, nie jej.
Jedna z kuzynek, Dana Djordjević, miała przedwojenny francuski radioodbiornik. Raz w tygodniu chodziliśmy do niej posłuchać audycji. Mówiłyśmy też o tym naszej „Pani”, ona chciała z nami chodzić, ale Dana nie pozwalała. Nie lubiły się po prostu.
Była to audycja „Veselo veczer”. Zaczynała się zawsze w sobotę wieczorem o 19.00 i trwała pół godziny.
Od 20.00 władze zakazywały dzieciom bawić się nawet na własnym podwórku i trzeba było szybciej wracać do domu. Każdy z profesorów szkoły miał wyznaczony rejon i sprawdzał, czy zakaz jest przestrzegany.
Kiedy opuszczałam miasto, parę osób miało już radia i telewizory. Ale jak mieszkałam na stancji, nikt. Gdy wyszłam za mąż, w latach sześćdziesiątych, kupiliśmy japoński czarno-biały telewizor, a w siedemdziesiątych kolorowy niemiecki…
Dana Djordjević jako jedyna na całej ulicy miała radio. Życie było paskudne. Nic wyjątkowego mi się nie stało, ale nie chcę wspominać. Wszystko było zakazane. Rock’n’roll, wszystko. Dopiero w Belgradzie w latach sześćdziesiątych cokolwiek drgnęło.
19. W Zaječarze po godzinie ósmej wieczorem nie można było chodzić ulicami. Profesorowie gimnazjum mieli za zadanie kontrolować nas także i poza szkołą. Było to o tyle łatwe, że przez cały dzień musieliśmy nosić mundurki. Byliśmy widoczni z daleka.
Nawet w tak małym miasteczku jak nasze, roiło się od donosów i szpicli.
20. Dzieciństwo obyło się bez żadnej zabawki. Najgorsze, że książek też nie było. W Zaječarze, na końcu ulicy Kumanovskiej znajdowała się publiczna Biblioteka Svetozara Markovicia, do której codziennie chodziłam. Odegrała ogromną rolę w moim życiu. A trochę dalej, za rogiem, znajdowała się szkoła podstawowa Ljuba Nešić, a za nią moje przyszłe gimnazjum.
W domu było mało książek, bo rodzice matki i ojca nie mieli pieniędzy na ich kupno. Jako wyprawki do szkoły nie dostałam żadnej książki, bo ich podczas wojny nie drukowano i nie sprzedawano. Szkoły były wtedy zakazane.
W bibliotece pracowała pewna Ormianka. Bardzo mnie lubiła. Ukradkiem dawała mi książki również na niedzielę. Biblioteka była czynna od poniedziałku do soboty. Na dni świąteczne nie można było pożyczać książek do domu.
21. Kiedy miałam szesnaście lat a siostra czternaście, rodzice pozostawili nas w Zaječarze, bo ojciec znalazł nowe zatrudnienie przy utworzeniu nowoczesnych kompleksów. W Salašu była firma Poljoprivredno dobro. Pracował tam do końca życia. W Salašu była tylko szkoła podstawowa. Całe gimnazjum dawałyśmy sobie radę bez rodziców.
(Tereny te kupił obecnie jeden serbski polityk, pozwalniał ludzi, zlikwidował winnice; szkoda, niektóre pamiętały jeszcze czasy rzymskie.)
Ojciec zmarł na zawał mając pięćdziesiąt lat. Matka później stwierdziła, że przyczyniło się do tego również i to, że zmuszono go do wstąpienia do partii.
22. Przed jego śmiercią zapisałam się na studia slawistyczne w Belgradzie, które skończyłam w roku 1963. Po jego śmierci mama zamieszkała z powrotem na wsi, w Jelasnicy.
23. Aż do wyjazdu na studia nosiłam wywrócony na lewą stronę płaszcz mamy. Jak wyjechałam do Belgradu na pierwszy rok studiów, udało się kupić nowy materiał, a potem uszyć z niego płaszcz. W sklepach pojawiły się w tym czasie włoskie buty na obcasie. I ja miałam takie. Ale chodziło się w nich tylko w pomieszczeniach. Na ulicę miało się gorsze.
24. Instytucje państwa i miast były okropne. Zawsze na czele tych instytucji stał komunista.
Gdy Tito doszedł do władzy, najpierw zlikwidowano tych anty-, a każdy mógł być anty-…
Sądziłam że dobrze znam się z koleżanką ze studiów. Ale nie wiedziałam, że jej ojciec był na Goljim otoku. „Naga Wyspa”, gdzie nie było ani jednego drzewa i panowała temperatura 50 stopni. Nosili kamienie na górę i z powrotem. Do tego podczas apelu więźniowie musieli składać samokrytykę.
Pewnego dnia zaprosiła mnie na film do rosyjskiego centrum kultury, które było przecież legalne.
Następnego dnia zabrano mnie do urzędu bezpieczeństwa na przesłuchanie. Puszczono mnie.
Potem już wiedziałam, który z nas, niby-student, donosi.
25. Po skończeniu studiów zaczęłam chodzić do amerykańskiego centrum kultury i zaczęłam pożyczać płyty z jazzem. Ktoś mnie zatrzymał na ulicy i pytał, dlaczego tego słucham, z kim słucham.
26. Ojciec umarł mając pięćdziesiąt lat. Matka została bez emerytury, dodatkowo zajmowała się dziadkiem.
27. Po pogrzebie mojej mamy zmieściliśmy się w dwóch pokojach. Każdy dostał świeczkę i mały chlebek. Zaczęło się jedzenie. W połowie zaczęto opowiadać wesołe anegdoty – nie dotyczyły one mojej matki. Brali w tym udział sąsiedzi, bliscy krewni.
Mąż siostry chciał, żebyśmy po czterdziestu dniach od śmierci mojej matki powtórzyli tę ceremonię. I ta sytuacja z żartami też się powtórzyła.
28. Całe życie muszę komuś pomagać. Matce, siostrze, nigdy żadnego odpoczynku.
Nie tylko ja tak żyłam. Inni też. Nie ma powodu, by o tym opowiadać.
Tylko najwyższa warstwa mogła sobie pozwalać na podróże. Córka prezydenta Jugosławii wakacje spędzała na Brionach, pływała jachtem do Wenecji. Pracowałam w Bibliotece Narodowej, gdzie zatrudnienie na stanowiskach kierowniczych znalazła sama wierchuszka…
Pamiętam, idę w butach w zimie, pyta czy to z Włoch, czy nie mogłaś kupić lepszych?
29. To, co robisz ceni mała garstka ludzi, która też żyje skromnie. Tak wtedy, jak i teraz, pieniądz jest najważniejszy, samochody, wielopiętrowe wille…
Nie może człowiek czuć się okropnie. Jak o tym mówię, to czuję się okropnie. Ludzie, z którymi mam do czynienia, są na marginesie.
W moim serbskim towarzystwie nie ma osoby, która zajmowała lub zajmuje jakąś ważną posadę.
Nigdy nie otrzymałam normalnego serbskiego stypendium. Raz z Biblioteki Narodowej, żeby dla nich coś robić w Polsce. A zwracałam się o stypendium. W Związku Tłumaczy były delegacje.
30. Siostra Ljubinka, młodsza ode mnie o dwa lata, mieszka w Barze (przed II wojną światową znajdowały się tam największe w kraju kopalnie miedzi, prowadzone przez Czechów i Francuzów. Bar liczył kiedyś około siedemdziesięciu tysięcy mieszkańców, teraz trzydzieści–czterdzieści).
Nie uczyła się jak ja. Skończyła taką samą, co matka „żeńską fachową szkołę”. Umie świetnie szyć, ale mając chore dzieci, nie mogła zająć się tym profesjonalnie. Sama też lubię szyć. Większość swoich sukni uszyłyśmy razem. Ostatnią miesiąc temu.
Jej córki, Vesna i Sladjana, ze względu na chorowitość od dzieciństwa, nie skończyły studiów, ale odziedziczyły zainteresowanie kulturą. Chodzą na koncerty, wystawy, do teatru. Sladjana, która mieszka w Borze we wschodniej Serbii, ma talent plastyczny, niestety, nie wyrażony odpowiednio. Na imprezy kulturalne często chodzimy razem, bo córka starszej siostrzenicy Ivana Kozomara jest baletnicą w Teatrze Narodowym.
Młodsza córka siostry mieszka również w Barze. Starsza w Belgradzie (nie może, niestety, sprzedać dużego mieszkania w Barze i czegokolwiek kupić tutaj; w stolicy się tuła od jednego najmu do drugiego). Ukończyła krawiectwo, ale nie miała czasu na pogłębianie pasji. Jej mąż Tomislav bardzo lubi czytać (czeka na każdą moją nowo wydaną książkę). Jest instruktorem jazdy. Bardzo pomagał nam po śmierci ojca. Zastąpił go. Orał traktorem. W gospodarstwie były maszyny, a poza nim nikt nie wiedział, jak się nimi posługiwać.
Córki Ljubinki zawsze miały problemy ze zdrowiem. Tuberkuloza nerek, schorzenia oka. Nie skończyły studiów. Jej starsza córka Vesna ma artystycznie uzdolnione dzieci. Syn Predrag studiował produkcję muzyczną, obecnie zajmuje się jazzem. Córka Ivana jest solistką baletową. Młodsza córka, Sladjana, ma czternastoletnią Milicę, która właśnie idzie do gimnazjum.
Vesna (córka siostry) pomaga mi w domu. Myje okna, jak jestem bardzo zajęta. Na co dzień Vesna jest opiekunką do dziecka u znanej reżyserki. Kiedyś Vesna miała własny sklep muzyczny, ale nastała „pirateria”, musiała wyjść z tej branży i długo wylizywała się ze strat.
31. Mąż Milan miał mniejsze szczęście do rodziców. Mama bywała dla nich „tyranem” („potwór kompletny”). Milan trochę mi zazdrościł. Lubił teściów.
– Cieszy się pani, że tam jedziemy?
– Nie wiążę już z tym żadnych emocji. Jestem człowiekiem miasta.
Po śmierci matki zrzekłam się swojej części spadku – połowy ziemi i domu rodzinnego.
Poza tym, kiedy wyjeżdżam, wybijam się z rytmu pracy. Kilka dni zajmuje mi dojście do siebie.
Zresztą i wieś dzieciństwa nie istnieje. Pogorszyły się stosunki międzyludzkie. Odeszło to, co było dobre, zostało to, co nienajlepsze – przeinaczenia, plotki. W małej miejscowości każdy wie lub wydaje mu się, że wie, co robisz, co powiedziałeś…
Nie chcę tak – mówi i czeka, kiedy wyrośnie przed nami znowu tabliczka z utęsknionym napisem „Belgrad”.
– Moglibyśmy jeszcze raz, tym razem po kolei?
– Nie wiem czemu to miałoby służyć.
Kołakowski, kiedy przystępował do rozmowy ze Zbigniewem Mentzlem, wyraźnie powiedział mu, o jakich rzeczach chce rozmawiać, a o jakich nie.
Rodzice interesowali się moją pracą zawodową, biblioteką. Zajmowały ich także przekłady.
Nasi rodzice najbardziej cieszyli się, kiedy wróciwszy z podróży zagranicznej, pokazywaliśmy im albumy o sztuce i płyty z muzyką klasyczną zamiast prezentów. Nawet w latach siedemdziesiątych, kiedy sytuacja w kraju się polepszyła, z Włoch z mężem wracaliśmy bez butów, torebek, biżuterii, które inni kupowali. Kupowaliśmy tam jedynie jeansy, bo ich u nas nie było. Nie chcę powiedzieć, że nie obchodziło nas, jak jesteśmy ubrani. Mieliśmy mało rzeczy, ale zawsze porządne.
Dzięki matce, która skończyła „żeńską szkolę fachową” i była plastycznie uzdolniona, z siostrą wcześnie nauczyłyśmy się szyć, robić na drutach, farbować ubrania. Dzięki temu mogłyśmy sobie pozwolić na suknie, swetry, których prawie do końca moich studiów nie można było na wolnym rynku kupić. Do dziś używam wszystkiego do końca, oszczędzając. Bo nigdy nie mogłam od nikogo pożyczyć pieniędzy. Dzięki oszczędzaniu mój syn po rozpadzie Jugosławii mógł wyjechać do Kanady. A z mężem nie musieliśmy iść na kompromisy, żeby coś zrealizować.
Podobnie zachowywali się nasi rodzice. I ten kanon zachowania w naszych rodzinach pozostał do dzisiaj.
Jestem szczęśliwa, że od rodziców, skromnych ludzi, dostałam coś bardzo ważnego – estetykę. Estetykę jako wartość.
Ojcu sytuacja rodzinna nie pozwoliła na studia, a od dzieciństwa lubił czytać. Samodzielnym czytaniem uzupełniał swoją wiedzę.
Matka była bardzo utalentowana muzycznie i plastycznie. Jak mówiłam, mogła zostać śpiewaczką operową. Muzyką klasyczną interesowała się do końca życia. Umiała rysować i malować. Nie miała możliwości, by rozwinąć swój talent. Będąc z nią dłużej w ostatnich latach jej życia, dużo dowiedziałam się z rozmów, o niej, o jej rodzinie i o rodzinie ojca.
Bo ojciec, niestety, był małomówny i nigdy nie opowiadał ani o sobie, ani o swoich rodzicach. Był bardzo odpowiedzialny i absolutnie poświęcony swojej pracy sadownika. Zmarł w momencie kończenia powierzonej mu misji. Uczyniwszy raj z plantacji, które od początku zaprojektował. Wraz z „dziką” prywatyzacją i kompletnym zaniedbaniem, stały się piekłem… Przechodząc dzisiaj koło tych plantacji myślę ze smutkiem: dobrze, że nie żyje, umarłby widząc, co się stało z hektarami sadów, którym poświęcił życie.
Raj, o którym mówiłam, zrealizował tylko prywatnie. Poprzez winnice, sady i kwiaty wokół domu. Kwiatami i ogrodem do końca życia zajmowała się też moja matka.
Sama nie hodowałam kwiatów w moim mieszkaniu na ósmym piętrze. W zeszłym roku zrobiłam remont czterometrowego tarasu, gdzie temperatura w lecie dochodziła do 50 stopni – pierwszy raz dzięki nowym oknom PVC i izolacji termicznej, powstały odpowiedniejsze warunki i zajęłam się kwiatami. Długo nie wierzyłam, że mi się powiedzie. Wypijając rano „kultową” kawę, patrzę na nie codziennie i cieszę się myśląc, co by o tym powiedzieli moi rodzice. W tym roku ozdobiłam kwiatami także i korytarz przed moim mieszkaniem. Dzięki kwiatom nawiązałam lepszy kontakt z sąsiadami, którzy również cieszą się z ich piękna.
Tak naprawdę nigdy nie pojechaliśmy na wieś.
Prawosławna Wielkanoc
Wielkanoc 2011 wypadała w te same dni w kalendarzu katolickim i prawosławnym.
„Wielkanoc jest jednym ze świąt ruchomych. Termin jej obchodów ustalono na soborze nicejskim w roku 325, kiedy przyjęto, że przypada ona na pierwszą niedzielę po wiosennej pełni Księżyca, ale nie wcześniej niż 25 marca i nie później niż 25 kwietnia. Jeżeli pierwsza wiosenna pełnia wypada w niedzielę, Wielkanoc przypada na następną. W roku 1583 po wprowadzeniu kalendarza gregoriańskiego pojawiły się rozbieżności pomiędzy datą Wielkanocy obchodzoną w Kościele prawosławnym, a datą jej obchodów w Kościele katolickim. W Kościele prawosławnym Wielkanoc obchodzona jest według dat kalendarza juliańskiego. Ponadto jest wymóg, by prawosławna Wielkanoc przypadała później niż żydowska pascha”.
Tyle Internet. Prawosławna Wielkanoc to największe święto w roku liturgicznym. Także w świadomości wiernych. Zmartwychwstanie jest fundamentem wiary, ekskluzywną (wyłączającą) tajemnicą, podczas gdy prawu narodzin podlega wszystko.
Na kilka godzin wchodzimy do cerkwi.
Mówi Biserka:
Świece za zdrowie zapalane są na górze. Dla umarłych stawia się te na dole.
Są specjalne tacki wysypane piaskiem, w którym się je osadza. Woskowe, smukłe, kupowane w sklepiku na terenie cerkwi – jest to zarazem ofiara na rzecz kościoła. Można wybrać jej wielkość i tym samym cenę.
Najbardziej lubię przychodzić i siedzieć w kościele, gdy jestem sama, ja i pani sprzedająca świeczki. Nigdy nie idę tam w duże święta.
Do rozpadu Jugosławii Serbowie prawie nie uczęszczali do świątyń. Szczególnie partyjni. Wraz z nadejściem wolności wielu ludzi zaczęło odwiedzać cerkwie w wielkie święta.
Na przykład kościół świętego Sawy w Belgradzie. Monaster Rakovica na peryferiach miasta, w którym półtora roku temu pochowano pobożnego patriarchę Pavlę.
