Biblioteka Przeglądu Sportowego. Wrogowie. Losy najsłynniejszej przedwojennej rywalizacji biegowej - Michał Karol Hasik - ebook

Biblioteka Przeglądu Sportowego. Wrogowie. Losy najsłynniejszej przedwojennej rywalizacji biegowej ebook

Michał Karol Hasik

0,0
44,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dzieliło ich wiele – wygląd, charakter, sposób bycia czy styl biegania. Łączyły – ambicja, ciężka praca oraz nieodparta chęć odniesienia sukcesu, która Janusza Kusocińskiego zaprowadziła na olimpijski szczyt, a łotewskiego emigranta Stanisława Petkiewicza strąciła w otchłań zapomnienia.

Opowieść o najsłynniejszej przedwojennej rywalizacji biegowej kreśli portrety psychologiczne najwybitniejszych polskich długodystansowców II RP, śledząc ich pełne wzlotów i upadków lekkoatletyczne kariery naznaczone pogonią za marzeniami, sławą oraz pokusą dominacji nad rywalem.

Pojedynki dwóch wielkich mistrzów bieżni były ozdobą wielu krajowych zawodów, zapełniając trybuny obiektów sportowych do ostatnich miejsc i rozgrzewając serca oraz umysły tysięcy polskich kibiców przed odbiornikami radiowymi.

Losy obu biegaczy, które po latach ponownie się splotły za sprawą tego „trzeciego” – Józefa Nojiego – tworzą historię o zdradzie, odkupieniu, walce z samym sobą, postępującej profesjonalizacji w sporcie oraz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 526

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Motywacja

Za każdym wielkim sportowcem stoi motywacja. Źródłem sukcesów Janusza Kusocińskiego, jednego z najwybitniejszych polskich lekkoatletów, byli jego rywale. Walka z łotewskim imigrantem Stanisławem Petkiewiczem wyzwalała w nim dodatkowe pokłady energii oraz sportową złość w czystej, nieskażonej postaci, która zawiodła go na sam szczyt olimpijskich himalajów. Mniej szczęścia miał jego przeciwnik. Świetnie rokująca kariera została brutalnie przerwana, a on sam został zepchnięty w otchłań zapomnienia. Biegowe pojedynki dwóch charakterologicznych „przeciwieństw” były ozdobą wielu zawodów oraz iskrą, która rozpalała serca i umysły setek tysięcy kibiców nad Wisłą. Wzajemna niechęć obu mistrzów była odczuwalna również poza arenami sportowymi. Konflikt systematycznie narastał, a do gnębienia przeciwnika używano szerokiego arsenału dostępnych środków, m.in. prasy, innych lekkoatletów, poczty pantoflowej czy nawet przepisów krajowej federacji.

W drugiej odsłonie swojej kariery Kusociński rzucił się w pogoń za Józefem Nojim. Tytan pracy z Pęckowa, ochrzczony mianem „nowego Kusego”, rozwijał swoje biegowe skrzydła pod czujnym okiem… „banity” Petkiewicza. Trapiony kontuzjami stary mistrz bieżni znajdował się na sportowym zakręcie i w starciu ze wschodzącą gwiazdą długich dystansów zdawał się być na straconej pozycji. Zamiast usunąć się w cień i skupić na pracy trenerskiej, podjął karkołomne, szaleńcze wyzwanie odzyskania pełnej sprawności, powrotu do najlepszej formy z czasów igrzysk oraz wywalczenia palmy krajowego pierwszeństwa.

Za sprawą walki z Petkiewiczem i Nojim legenda wielkiego Kusocińskiego stała się kompletna, a karty biegowej, przedwojennej historii, ze wszystkimi sukcesami i porażkami, zapisały się złotymi zgłoskami. Olimpijski triumf „Kusego” to w dużej mierze zasługa stale depczącego mu po piętach Staszka. Natomiast sportowa długowieczność małego wojownika bieżni, której pięknym zwieńczeniem mógł być triumf na igrzyskach w Helsinkach w 1940 roku, pośrednio „obciąża” konto Józka.

Książka „Wrogowie” nie opowiada historii wielkiego sportowca i patrioty, choć „Kusy” jak mało kto zasługuje na oba te przymioty. Jej bohater to człowiek z krwi i kości, naznaczony trudami przedwojennego życia, obsesyjnie walczący o uznanie oraz największe lekkoatletyczne laury. Droga na olimpijskie podium, której podporządkował całe swoje życie, nie była usłana różami, a pokonanie jej wyzwalało w nim najlepsze i najgorsze cechy charakteru. Bezkompromisowe podejście Kusocińskiego do życia stało się zarzewiem szeregu konfliktów oraz sporów, przysparzając mu równie wielu wrogów, co sympatyków.

Zmagania trzech wielkich mistrzów są również pretekstem do przybliżenia początków kształtowania się „królowej sportu” w wolnym, niepodległym kraju. W trudnych, powojennych czasach brakowało trenerów, zaplecza oraz systemu szkoleniowego, a budowanie podwalin lekkiej atletyki opierało się głównie na entuzjazmie działaczy terenowych. Inspiracji szukano poza granicami kraju, między innymi w odległej Finlandii dzierżącej status kuźni największych długodystansowych talentów. Rozwój dyscypliny ograniczała walka z postępującą, nieuchronną profesjonalizacją. Proza życia zmuszała największych mistrzów do łączenia surowego reżimu treningowego z etatową pracą, co samo w sobie stanowiło przejaw wyjątkowego heroizmu. Warunki do wychowywania przyszłych gwiazd były ciężkie, ale mimo wielu przeciwności losu Kusociński, Petkiewicz i Noji ruszyli w pogoń za marzeniami, znacząc dla ówczesnych fanów sportu tyle, co dzisiaj Robert Lewandowski czy Iga Świątek.

Historia ich pojedynków oraz wzajemnych relacji to jeden z najciekawszych, ale i mocno zapomnianych rozdziałów polskiego sportu. Wierzę, że za sprawą tej książki usunę tkwiącą na niej grubą warstwę kurzu, a losy wielkiej trójki pozna szersze grono również młodszych odbiorców. Tego sobie oraz wam, drodzy czytelnicy, życzę z całego serca.

Zapraszam do lektury!

Tło konfliktu

W listopadzie 1918 roku po 123 latach wegetacji pod zaborczym jarzmem Polska odzyskała niepodległość, a wśród jej mieszkańców radość mieszała się z niepokojem. Kraj znajdował się w gospodarczej ruinie. Wszystkie dziedziny życia, wliczając w to również sport, wymagały pilnej odbudowy, a samo państwo stworzenia solidnych, finansowych fundamentów. Dla powstałego 11 października 1919 roku w Krakowie Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (skrót: PZLA), który był pierwszym ulokowanym w niepodległym „krajobrazie” stowarzyszeniem sportowym o zasięgu ogólnopolskim, początki działalności stanowiły prawdziwą drogę przez mękę. W obliczu trudnej sytuacji ekonomicznej oraz wojny polsko-bolszewickiej, która zamknęła nam drogę do olimpijskiego debiutu w Antwerpii (1920 rok), rozwój i popularyzacja „królowej sportu” przypominały walkę z wiatrakami. W kraju cierpiano na deficyt lekkoatletycznych obiektów. Tylko dwa stadiony – we Lwowie i Warszawie – spełniały wymogi organizacji zawodów w pełnym wymiarze konkurencji. Środowisku doskwierał też brak trenerów oraz spójnego systemu szkoleniowego, a związek był zdany wyłącznie na własne, skromne siły. Młodzież po okresie wojennej zawieruchy chętnie garnęła się do sportu. Dostrzegała w nim przejaw normalności oraz solidny grunt do uzyskania psychicznej i emocjonalnej stabilizacji. Niestety, same chęci nie wystarczały. Brak dostępu do fachowej lektury oraz ograniczony kontakt z zagranicznymi ekspertami mocno spowalniały rozwój lekkoatletycznych talentów. Treningi bardziej przypominały eksperymentowanie niż stosowanie przyjętej, profesjonalnej metodologii. Biegacz miał głównie biegać, a wszystkie pozostałe elementy jego sportowych przygotowań, takie jak odnowa biologiczna, odpowiednia dieta czy masaże, leżały odłogiem. W „królowej sportu”, podobnie jak i w innych dyscyplinach, dominowało amatorstwo, a jakiekolwiek próby zarabiania na startach groziły natychmiastową, dożywotnią dyskwalifikacją. W takich warunkach wychowanie w krótkim czasie wielkiego mistrza graniczyło niemal z cudem.

Antoni Cejzik z herbem Polonii Warszawa na piersi.

Podczas premierowych dla nas, VII Letnich Igrzysk Olimpijskich w Paryżu (1924 rok) lekkoatleci z orzełkiem na piersi wystąpili na miarę swoich możliwości. Ich start na Stade Olympique Yves-du-Manoir w Colombes miał symboliczny charakter i doskonale wpisywał się w słynną maksymę wypowiedzianą przez twórcę nowożytnych igrzysk olimpijskich, barona Pierre’a de Coubertina: „Nie ważne jest zwycięstwo, ważny jest udział”. Niemal wszyscy nasi reprezentanci odpadli w eliminacjach. Chlubnym wyjątkiem okazał się wychowany w Moskwie, ale posiadający polskie obywatelstwo dziesięcioboista Antoni Cejzik, który ukończył najcięższą z lekkoatletycznych konkurencji na 12. miejscu (z wynikiem 6319,455 pkt) spośród 25 śmiałków, którzy szczęśliwie dobrnęli do końca zawodów. Rok przed kolejnymi igrzyskami (Amsterdam, 1928 rok) PZLA ściągnął do kraju wybitnego zawodnika oraz dobrze rokującego trenera – Aleksandra Klumberga.

Zatrudnienie estońskiego mistrza dziesięcioboju okazało się strzałem w dziesiątkę. Pierwszy oficjalny rekordzista świata w tej konkurencji oraz brązowy medalista olimpijski z Paryża podpisał dwuletnią umowę ze związkiem. Klumberg miał zapał i chęć do pracy. Czerpał ze sprawdzonych fińskich wzorców przygotowań oraz nie bał się wprowadzać innowacji do treningu swoich podopiecznych. Jako pierwszy w kraju zrezygnował z prowadzenia wspólnych przygotowań olimpijskich dla wszystkich członków kadry. Zajęcia podzielił na trzy grupy – dla biegaczy, skoczków i miotaczy. Estończyk przekonał średnio- i długodystansowców do zalet biegowych interwałów. Upowszechnił również wizyty w łaźni, masaże czy okłady borowinowe (polegające na nakładaniu na skórę podgrzanej borowiny), a cukier – rzecz jasna w odpowiednich proporcjach – stał się fundamentem sportowej diety.

W 1929 roku powstał w Warszawie, z inicjatywy marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, na bazie działającej w Poznaniu Centralnej Szkoły Wojskowej Gimnastyki i Sportów oraz Państwowego Instytutu Wychowania Fizycznego – Centralny Instytut Wychowania Fizycznego (dzisiejsza Akademia Wychowania Fizycznego), który miał odpowiadać za szkolenie przyszłej kadry dydaktycznej. Z uwagi na słabo rozwiniętą infrastrukturę sportową rekordy popularności bił cykl zawodów przełajowych pod nazwą Bieg Narodowy – z wielkim, ogólnopolskim finałem podczas obchodzonego w dniu 3 maja Święta Konstytucji. Lekkoatletyka zyskiwała fanów głównie w kręgach robotniczych, choć daleko jej było do fenomenu piłki nożnej. Systematycznie rosły nasze notowania w europejskich rankingach. Progres był widoczny, ale nazbyt powolny, aby przed wybuchem II wojny światowej dołączyć do grona najlepszych na Starym Kontynencie.

Janusz

Był wcześniakiem, który urodził się dwa miesiące przed terminem porodu, ale mimo obaw rodziców wyrósł na zdrowego młodzieńca. Wszędobylski malec, najmłodszy z sześciorga rodzeństwa (dwóch braci i trzy siostry), sprawiał wiele problemów. – Łobuz jesteś. Nic dobrego z ciebie nie wyrośnie – zwykła mawiać do niego matka. Sam biegacz w swoich pamiętnikach nazywał siebie „nieznośnym smarkaczem”. Życie Januszka od maleńkości kręciło się wokół sportu. Kilkuletni berbeć w rodzinnym Ołtarzewie często ścigał się z psami – dwoma wyżłami o imionach Boks i Orion. Później grywał ze starszym bratem Zygmuntem w palanta, a gdy podrósł, całymi dniami uganiał się z rówieśnikami za piłką. Futbol pokochał szczerą miłością – z każdego meczu wracał niczym „wojenny inwalida”, a skalpy w postaci siniaków oraz ran, które opatrywała mu matka, świadczyły o tym, że zawsze dawał z siebie wszystko. Marząca o profesjonalnych karierach młodzieńcza ferajna założyła własny, „dziki” klub o nazwie „Pretoria”. Za boisko służył im stołeczny ogród Saski bądź ogrody Rauta, a w gronie piłkarskich kompanów Janusza znalazł się między innymi późniejszy wybitny lekkoatleta i dziennikarz sportowy Aleksander Szenajch. Po nieudanym epizodzie w prywatnej szkole powszechnej im. Stanisława Nawrockiego, gdzie bardziej niż nauka zajmowały go sport oraz płomienne romanse z rówieśniczkami, w 1925 roku rozpoczął edukację w Państwowej Szkole Ogrodniczej w Warszawie (tzw. Pomolog). W tym samym czasie młody Kusociński wstąpił w szeregi zespołu Sparta, zdobywając kolejne piłkarskie szlify na terenie dzisiejszego placu Starynkiewicza. Syn niskiej rangi urzędnika kolejowego – Klemensa Kusocińskiego – nie przepuścił okazji, gdy w jego rodzinnych stronach (dokładnie w Ożarowie Mazowieckim) założono klub o nazwie Ożarowianka. Janusz został jego członkiem, a boiskowy debiut przyszłego mistrza wypadł nad wyraz okazale. Zdobył dwie bramki, ale nie uchronił kolegów od sromotnej porażki 2:8 z Józefowianką. W kolejnych spotkaniach Kusociński nie błyszczał, a jego drużyna zaliczała kolejne przegrane. Przyszły lekkoatleta był ambitny i mierzył wysoko, więc gra w ekipie ze słabszymi o dwie klasy kolegami nie gwarantowała mu dalszego futbolowego rozwoju. Szybko dojrzała w nim decyzja o kolejnym „transferze” – do swojego niedawnego pogromcy Józefowianki. W następnej futbolowej przystani – RKS Ruchu Warszawa (skrót od Robotniczy Klub Sportowy) nie godził się na bycie rezerwowym, dlatego stał się bohaterem ponownych „przenosin”. Tym razem przywdział trykot C-klasowego (najniższa w tamtym czasie klasa rozgrywkowa) RKS Sarmaty Warszawa. W robotniczo-tramwajarskim zespole występował w napadzie. Jednak i tam nie zagrzał długo miejsca. Krewki charakter podsycany trudnym, buntowniczym wiekiem doprowadził go do scysji z kierownikiem sekcji. Zniechęcony porzucił nadzieje o wielkiej karierze i zaprzestał poszukiwań kolejnego piłkarskiego „domu”.

Za sprawą krótkiego futbolowego epizodu Janusz dochrapał się ksywki „Kusy”, która towarzyszyła mu później przez całą sportową karierę. Wbrew pozorom nie pochodziła od jego nazwiska, a nawiązywała do budowy ciała i wzrostu przyszłego czempiona. Z przezwiskiem biegacza wiązała się ciekawa historia. Aktor dwudziestolecia międzywojennego, niezapomniany odtwórca fredrowskiego Papkina z „Zemsty” Mariusz Maszyński, dopatrywał się w niej dowodu na proroctwo, które miał sformułować sam… Adam Mickiewicz. Narodowy wieszcz w „Panu Tadeuszu” imieniem „Kusy” ochrzcił bowiem najszybszego z chartów!

O sportowej przyszłości urodzonego w 1907 roku Janusza zdecydował przypadek. Niewysoki, mierzący zaledwie 165 centymetrów nastolatek nie przepadał za „królową sportu”. Pewne leniwe, letnie przedpołudnie roku 1925 (według Jacka Smulskiego z miesięcznika „Lekkoatletyka” był to rok 1926) spędzał w roli widza na żużlowym stadionie lekkoatletycznym stołecznej Skry podczas mistrzostw Związku Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. W składzie Sarmaty brakowało jednego zawodnika, a nieobecnego postanowiono zastąpić kimś z „łapanki”. Wybór padł na „nieopierzonego” biegowo Kusocińskiego. Młokos początkowo odmawiał występu, ale pokusa sprawdzenia się w konfrontacji z rówieśnikami wzięła górę nad rozsądkiem. Po chwili absolutny debiutant, niemający bladego pojęcia o taktyce czy rozkładaniu sił, stanął na linii startu. Szybko opanował nerwy, a po pokonaniu dwóch pętli stadionu cieszył się z sensacyjnej wygranej w przyzwoitym czasie 2:26,4. Podekscytowany premierowym sukcesem wystąpił na bieżni ponownie – tym razem w sztafecie 5 × 1000 metrów.

Prestiżowe zwycięstwo Sarmaty nad Skrą nie sprawiło, że serce „Kusego” skradła lekkoatletyka. Wciąż rozrywało go od środka płomienne uczucie do piłki, a chęć zdobywania laurów na miarę Józefa Kałuży czy Wacława Kuchara zatruwała jego myśli. Uczucie do „królowej sportu” zrodziło się dopiero po kolejnym biegu. Janusz ponownie zaliczył start na prośbę swoich kolegów – tym razem w podwarszawskim Rembertowie w zawodach na przełaj (3500 m) o mistrzostwo Związku Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. Utalentowany nastolatek długo trzymał się pleców znanego zawodnika Polonii Warszawa Eugeniusza Szablińskiego i nie zwątpił w sukces nawet wtedy, gdy rywal uciekł mu na 20 metrów. Janusz dopadł lidera na finiszu i pierwszy przeciął wstęgę na mecie. Heroiczny start okupił bolącymi przez dwa tygodnie łydkami. Zyskał jednak pewność, że chce związać swoją przyszłość z bieganiem. W kolejnych startach nie miał sobie równych, choć te są owiane mgiełką tajemnicy i obarczone ryzykiem pewnych przekłamań. „Kusy” zazwyczaj uczestniczył w zawodach robotniczych, o których prasa w tamtych czasach rzadko informowała. Z kolei pojawiające się w jego pamiętniku („Od palanta do olimpiady”) fakty nierzadko „kłócą się” z innymi źródłami, co trzeba zrzucić na karb ułomności ludzkiej pamięci.

Ponad wszelką wątpliwość można jednak stwierdzić fakt, że poczatkujący biegacz czynił błyskawiczne postępy i w krótkim czasie zyskał opinię wschodzącej, lokalnej gwiazdy. Mimo pierwszych sukcesów jego rodzice z dużym dystansem przyglądali się nowej pasji syna.

– Co ci z tego. Zdrowie stracisz, nerwy poharatasz i tyle – mówili matka i ojciec, próbując zniechęcić go do sportu.

Serię startów w roku 1927 zainaugurował zwycięstwem na 1500 m w biegu przełajowym dla młodzieży szkolnej, gdzie dobiegł do mety w czasie 5:41,2. W kolejnym występie – zawodach crossowych ośrodka w.f. w Warszawie (3000 m) – zajął co prawda „tylko” drugie miejsce za Jerzym Hnatykiem z Pogoni Lwów, ale porażkę powetował sobie w kolejnych zmaganiach. Pewnie zwyciężył w organizowanym przez 21. Pułk Piechoty Biegu dookoła Cytadeli (3500 m). Kusociński pokonał cały dystans w zwykłym obuwiu, ale nawet ta niedogodność nie przeszkodziła mu w dotarciu do mety ze sporą przewagą nad goniącym go zaciekle Celińskim z 3. Batalionu Strzelców oraz resztą stawki.

Równie dobrze radził sobie na bieżni. Był bezkonkurencyjny podczas odbywającego się na obiekcie stołecznej Skry zlotu robotniczego, wygrywając na 1500 oraz 3000 m. Trzeci triumf dorzucił w sztafecie olimpijskiej (100+200+400+800 m), w której biegł na ostatniej zmianie i odrobił 80 metrów do prowadzącego zespołu. Na tym samym stadionie ustrzelił dublet (800 i 1500 m) podczas robotniczych mistrzostw Warszawy. Żółtodziób brylował i zwyciężał seriami, lecz stosowane przez niego metody treningowe, dieta czy sam sposób rozgrywania biegów nosiły w sobie duży bagaż dyletanctwa. Wskoczenie na wyższy sportowy poziom wymagało od niego przyswojenia sporej dawki wiedzy teoretycznej i przekucia jej w praktykę. Ciężka praca, której Janusz się nie bał, musiała być efektywna, a do tego niezbędna była profesjonalizacja treningów. W tym celu zaczął podpatrywać i naśladować najbardziej utytułowanych długodystansowców w stolicy. Długo wzorował się na olimpijczyku z Paryża (1924), starszym wachmistrzu Stefanie Szelestowskim, z którym wspólnie podjął próbę bicia rekordu Polski na 3000 m. Starszy z biegaczy uzyskał wynik 9:11, a „Kusy” dobiegł do mety w mało imponującym czasie 9:20. Ambitny młodzieniec z pasją oddawał się treningom, choć nie było to łatwe, gdyż uczęszczał do szkoły i codziennie musiał dojeżdżać do Warszawy.

W nagrodę za serię zwycięstw posmakował pierwszego zagranicznego startu. W 1927 roku znalazł się w kadrze na igrzyska robotnicze w Pradze. W stolicy Czechosłowacji debiutant zdołał oprzeć się tremie i sprawił miłą niespodziankę – dwukrotnie stanął na pudle. Wywalczył srebro w biegu na 1500 m oraz brąz na 800 m. Radość z sukcesu mąciło mu poczucie niedosytu i czysta sportowa złość.

Reprezentacja Polski na igrzyska robotnicze w Pradze. Kusociński stoi w trzecim rzędzie od góry, pierwszy z prawej.

Wyczerpująca, ciągnąca się w nieskończoność podróż koleją w wagonie trzeciej klasy oraz prymitywny prowiant nie sprzyjały budowaniu optymalnej formy. Swoje trzy grosze dołożył też epizod barowy z udziałem „Kusego” oraz innych kadrowiczów. W dniu startu grupka zawodników z orzełkiem na piersi wybrała się na obiad. W lokalu raczyli się lokalnym przysmakiem – knedlikami, które zapijali piwem o złocistej barwie. Krótko po wyjściu z knajpy Janusza ogarnęła senność, a ciało zrobiło się dziwnie ociężałe. Z pomocą towarzyszy zdołał się zreanimować i doprowadzić do „względnej sprawności”, ale na bieżni, gdy o zwycięstwie decydowały detale oraz ułamki sekund, wcześniejsza chwila barowego zapomnienia mogła przesądzić o jego porażce. Po powrocie do Polski Kusociński zwrócił się w kierunku pełnej abstynencji, której – z małymi przerwami – pozostał wierny przez całą sportową karierę.

Zagraniczny występ „Kusego” odbił się szerszym echem w Polsce. Młodzian zaczął zyskiwać należny mu rozgłos, choć pod względem popularności wciąż ustępował krajowej czołówce. Podczas jednego z biegów znajdował się na czele stawki. Jeden z przypadkowych gapiów zapytał o nazwisko lidera, a w odpowiedzi usłyszał: „A, to ta Sarmata!”.

W kolejnych tygodniach Kusociński nadal brylował – zwyciężył w biegach na 800 i 1500 m podczas meczu Sarmata – Policyjne Koło Sportowe (26:22). Wygraną odniósł też w biegu przełajowym w parku Saskim (2000 m) oraz w biegu ulicznym na 3150 m z okazji Dnia Młodzieży Robotniczej. Zwycięstwami zapracował na przydomek „robotniczy Freyer”. Młokos podziwiał starszego, utytułowanego kolegę i żałował, że nigdy nie wystąpił z nim razem na bieżni. Chciał jednak pozostać sobą – Januszem Kusocińskim, a jeśli miał zostać ofiarą sportowych porównań, marzyła mu się inna łatka. Pragnął być „polskim Nurmim”. Fiński biegacz, multimedalista olimpijski i multirekordzista świata, powoli stawał się obsesją oraz motorem napędowym jego kariery.

W barwach Sarmaty Janusz poznał swojego wielkiego mentora. Objęcie przez Klumberga sterów nad kadrą Biało-Czerwonych było najlepszym, co mogło przytrafić się polskiej lekkiej atletyce. Przed estońskim coachem postawiono cel jak najlepszego przygotowania naszych biegaczy, miotaczy i skoczków do głównej imprezy czterolecia (Amsterdam 1928). Zarząd klubu zadbał o to, aby dobrze rokujący lekkoatleta został włączony do grupy podopiecznych Klumberga. Kusociński pod wpływem rad trenera zmienił trening oraz podejście do startów. Czerpał pełnymi garściami z fińskiej szkoły biegów opartej głównie na gimnastyce (której notabene bardzo nie lubił!) oraz innowacyjnych w tamtych czasach interwałach. Jak wyglądał serwowany mu przez Klumberga rozkład zajęć? Rano – gimnastyka poranna, przynajmniej godzina, później pół godziny jazdy na skonstruowanym przez niego rowerze stacjonarnym (z kołami niedotykającymi podłogi), po południu treningi na bieżni w formule interwałowej polegającej na pokonywaniu wyznaczonych odcinków w jak najwyższym tempie, przeplatanych z tzw. odcinkami odpoczynkowymi, a wszystko uzupełnione na koniec dnia masażami.

„Kochany Klumberg” (po lewej) tłumaczy swojemu podopiecznemu taktyczne zawiłości biegu.

Początkowy strach przed mentorem szybko ustąpił pola sympatii, która przerodziła się w relację typu ojciec – syn. Aleksander był co prawda surowym, ale sprawiedliwym szkoleniowcem, serwującym swoim podopiecznym „końskie” dawki przygotowań. Nikt poza „Kusym” nie był w stanie wytrzymać pełnych obciążeń nakreślonego przez niego planu treningowego. Pozostali adepci szybko się wykruszali, a Janusz pozostał sam z rozpiską na polu walki. Początkowo samo jej czytanie wywoływało u niego mdłości. Przemógł jednak lęk, zaczął wdrażać wszystkie zalecenia trenerskie, a efekty przyszły szybciej, niż przypuszczał.

Klumberg, który na początku swojej przygody z biało-czerwoną reprezentacją słabo mówił po polsku, był typem szczególarza. Dbał o wszystkie, nawet najdrobniejsze elementy biegowego rzemiosła – od sylwetki, przez pracę rąk i wydłużenie kroku, aż po samą strategię. Uważał, że tym, co oddziela wielkich mistrzów od przeciętniaków, jest umiejętność dobierania w każdym biegu odpowiedniej taktyki oraz nielekceważenie nawet najsłabszego przeciwnika. Powtarzał jak mantrę, że rywalizację na dłuższych dystansach wygrywa się nie na pierwszych trzech okrążeniach, ale na ostatnich 200 metrach. Poza stadionem estoński mistrz przybierał inną maskę. Był miłym, empatycznym człowiekiem z dużym dystansem do siebie oraz swoich słabości. Otwarcie mówił o nadużywaniu przez siebie mocnych trunków. Nazywał swojego ucznia „Januszkiem”, a ten wielokrotnie określał go mianem „kochanego Klumberga”. Był kimś więcej niż tylko trenerem. Był nauczycielem, masażystą, powiernikiem i przyjacielem „Kusego”.

Sawaryn wygrywa zawody kontrowersyjnym rzutem na taśmę.

Na wiosnę 1928 roku forma Kusocińskiego mocno zwyżkowała. Sezon zaczął co prawda sportowym rozczarowaniem – dalekim, dziewiątym miejscem w III Biegu Narodowym Naprzełaj na Polu Mokotowskim (7000 m). Prestiżowe zawody wygrał za sprawą dziwnego rzutu na końcowych metrach wielokrotny medalista mistrzostw Polski na stadionie Roman Sawaryn. Zawodnik lwowskiej Pogoni był szybszy od Józefa Jaworskiego z AZS Warszawa, przyszłego wybitnego architekta, o tzw. urzędową pierś. Eksperci zżymali się na nietypowy w tamtych czasach sposób przecięcia przez niego wstęgi poprzez mocne wyrzucenie piersi do przodu. Część z nich uważała, że zwycięzca powinien zostać za to zdyskwalifikowany.

W kolejnych startach gwiazda „Kusego” świeciła już pełnym blaskiem. Wygrał w cuglach prestiżowy bieg przełajowy na terenie warszawskich Łazienek (4000 m). Młodzian złapał wiatr w żagle, a jego talent został dostrzeżony przez trenerów kadry, którzy zakwalifikowali go do drugiej rezerwy olimpijskiej warszawskiego CIWF. Potwierdzeniem jego wysokiej dyspozycji było odbywające się na stadionie stołecznej Skry trzydniowe święto sportu robotniczego. Niespełna 21-letni lekkoatleta zdominował rywalizację na dwóch dystansach 1500 i 5000 m. Był również członkiem zwycięskiej sztafety olimpijskiej (100+200+400+800 m). Koniec sezonu przełajowego ukoronował najniższym stopniem podium w silnie obsadzonym IV Biegu Drużynowym o Puchar Magistratu m.st. Warszawy (2500 m) oraz triumfem w zawodach organizowanych przez Orła Warszawa (3500 m).

Po przejściu na stadion „Kusy” nie utracił swoich walorów, a szczyt formy przyszedł w najbardziej odpowiednim momencie. Najpierw nie miał sobie równych na 800 m w zawodach o puchar Siedleckiego, a dwa tygodnie później zwyciężył w oficjalnych mistrzostwach Warszawy na 5000 m z czasem 16:20. Drugi na mecie Józef Kowalski ze stołecznego Orła stracił do niego dziesięć metrów. Do tego dorzucił srebro na 1500 m (za Feliksem Malanowskim z AZS) oraz czwarte miejsce na nielubianym przez siebie dystansie 800 m. Łatwa wygrana w jego biegowej specjalności potwierdziła skuteczność metod treningowych Klumberga. Cieniem na jego sukcesie położyła się kontuzja nogi, której nabawił się w trakcie zawodów. Kusociński szybko wskazał winnego. Uważał, że odpowiada za nią kierownictwo klubu, które nie zatrudniło masażysty na etat. Lider Sarmaty wielokrotnie apelował o stały dostęp do „eksperta od mięśni”, ale Władysław Wilczyński (kierownik sekcji piłkarskiej) usilnie odmawiał spełnienia jego prośby, wymierzając mu w ten sposób „sprawiedliwość” za wcześniejsze rozstanie z futbolem.

Sukcesy widocznej na zdjęciu Haliny Konopackiej napędzały „Kusego” do cięższej pracy.

Skurcze ścięgien coraz częściej uprzykrzały życie „Kusemu”. Dobra forma z początku wiosny stopniowo ulatywała, a kwalifikacje olimpijskie zakończyły się dla przyszłego mistrza katastrofą. W biegu na 5000 m dotarł do mety czwarty za Sawarynem, Marianem Sarnackim (Warszawianka) i Kowalskim. Pierwsza dwójka uporała się z granicą 16 minut (15:58,0 i 15:59,8), ale do uzyskania minimum uprawniającego do występu w Amsterdamie (15:25) zabrakło im sporo.

Honoru Biało-Czerwonych na Olympisch Stadion w Holandii broniły kobiety. Gwiazda naszej kadry, wszechstronnie, choć nie tylko sportowo uzdolniona Halina Konopacka sięgnęła po historyczny, pierwszy złoty krążek olimpijski dla Polski. Triumf w rzucie dyskiem okrasiła nowym rekordem świata – 39,62 m. Panowie zgodnie przepadali w eliminacjach lub zajmowali odległe lokaty w tych konkurencjach, w których nie wyłaniano finalistów i od razu rozdawano komplet medali.

Ambicja Kusocińskiego została podrażniona. „Przysięgłem sobie, że muszę jej dorównać. Nie będziemy się wlekli w ogonie wyników słabej płci pięknej!” – grzmiał w swojej autobiografii.

Przenosiny do lokalnego rywala – Warszawianki – miały być dla niego przepustką do wielkiej, międzynarodowej kariery. Zmiana barw klubowych wyraźnie mu posłużyła, choć sam „transfer” nie odbył się bez komplikacji. Dwukrotnie składane podanie o zwolnienie spotkało się z brakiem reakcji ze strony władz Sarmaty. Cały proces udało się sfinalizować dopiero po interwencji życzliwego mu kierownika sekcji lekkoatletycznej RKS sprawującego również odpowiedzialną funkcję w strukturach WOZLA (Warszawski Okręgowy Związek Lekkoatletyczny).

Alfred Freyer na trasie biegu ulicznego.

W trakcie załatwiania formalności związanych z przenosinami klubowymi biegacz skupiał się na treningach. Codziennie pokonywał trasę z rodzinnego Ołtarzewa, gdzie jego ojciec Klemens prowadził niewielkie gospodarstwo rolne, na warszawską Agrykolę. Debiutancki start w barwach Warszawianki przypadł na mistrzostwa Polski, których areną był stołeczny park Sobieskiego. Występ „Kusego” na 5000 m był jednym z niewielu jasnych punktów zmagań o krajowe tytuły. W połowie dystansu przewaga młokosa nad rywalami wynosiła już dziewięć sekund. Siedzący na trybunach Sawaryn krzyczał wniebogłosy, że tylko wariat mógłby wytrzymać takie tempo. Na szczęście na bieżni Janusz miał w sobie coś z szaleńca i do końca wytrzymał „wariacką” intensywność biegu. Na mecie zameldował się w czasie 15:41,0, poprawiając rekord Alfreda Freyera aż o 13 sekund! Jego czas był też dużo lepszy od drugiego na mecie Sarnackiego (16:07) oraz prognoz Klumberga (15:50). „Kusy” dominował, ale prawdziwe sportowe zagrożenie dopiero się zbliżało. Już wkrótce miały się skrzyżować ścieżki biegowe Janusza Kusocińskiego oraz Stanisława Petkiewicza. Wydarzenie to wyznaczyło kierunki karier obu wielkich mistrzów.

Staszek

Stanisław Petkiewicz, a w zasadzie Staņislavs Petkēvičs urodził się w listopadzie 1908 roku w Rydze w rodzinie z polskimi tradycjami, której głową był posiadający „biało-czerwone” obywatelstwo Jāzeps (robotnik, a pod koniec życia dozorca), a szyją matka Jūlija Merkis (gospodyni domowa, a pod koniec życia właścicielka sklepu spożywczego). Familię uzupełniały trzy siostry: Helena, Jadviga i Leonora. Przyszły mistrz bieżni nie był skazany na sportowy sukces. W rodzinie Petkiewiczów nie było tradycji uprawiania aktywności fizycznej. Bakcyla do biegania połknął w latach 20. poprzedniego wieku – najpierw z wypiekami na twarzy śledząc przy radioodbiorniku olimpijską rywalizację w Paryżu, a potem broniąc barw Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA). Przygodę ze sportem kontynuował w miejskim gimnazjum w Rydze, którego mury opuścił jako absolwent wraz z Leonīdsem Jānisem Vedējsem, łotewskim hokeistą, obrońcą, uczestnikiem IV Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 roku. Leonīds pełnił wówczas zaszczytną funkcję kapitana zespołu oraz chorążego reprezentacji swojego kraju. W gmachu tej samej szkoły kształcił się również znany łotewski szachista Władimir Pietrow.

Właśnie tam Petkiewicz poznał słodko-gorzki smak pierwszych sukcesów i porażek. Po wygraniu wewnętrznych eliminacji na 1500 m wystartował w ogólnokrajowych zawodach. Zwyciężył w swoim przedbiegu na dystansie jednego kilometra w czasie 3:03, ale w finale zrezygnował z walki o zwycięstwo po pokonaniu 600 metrów. Szkolni trenerzy szybko dostrzegli jego talent biegowy. Wysoki i szczupły młodzieniec wyróżniał się naturalną wytrzymałością, długim krokiem oraz wyjątkową płynnością ruchów. Gdy pokonywał kolejne odcinki bieżni, wydawało się, że „płynie w powietrzu”. Ojciec Staszka nie był przychylny biegowej pasji swojego syna, ale zgodził się, w drodze wyjątku, na jego poranne treningi (ale tylko przed wyjściem do szkoły). I tylko wtedy, jeśli nie będą one kolidować z ciążącymi na nim obowiązkami (m.in. codzienne dojenie krowy). Dopiero z czasem zaakceptował sportowe zacięcie swojej pociechy.

Na dystansie 5000 m Petkiewicz zadebiutował czasem 17:17. Rok później uzyskał wynik o ponad minutę lepszy (16:13). Jesienią 1925 roku podczas mistrzostw Łotwy wywalczył srebro na 10 000 m i brąz na dwukrotnie krótszym dystansie. Bieganie w jego ojczyźnie nie było popularne, a Staszek mimo wielu osiągnieć pozostawał postacią na wskroś anonimową. Co więcej, dla wielu postronnych obserwatorów jego treningi były przejawem szaleństwa lub w najlepszym wypadku niezrozumiałego hobby. Staszek wspominał, że gdy w długie zimowe wieczory pokonywał kolejne kilometry wzdłuż szosy, padał ofiarą wielu szyderstw.

Pierwszy poważny międzynarodowy sprawdzian Łotysza nastąpił w 1927 roku. Tak jak dla Janusza przełomem w karierze był wyjazd do Pragi, tak dla Petkiewicza „testem prawdy” okazał się wojaż do… Polski! Odbywający się w czwartek 26 maja w Warszawie trójmecz bałtycki pomiędzy Polską, Łotwą i Estonią był długo wyczekiwanym i mocno nagłaśnianym przez prasę wydarzeniem sportowym. Obok igrzysk olimpijskich oraz krajowych mistrzostw to właśnie spotkania międzypaństwowe cieszyły się w tamtych latach największą estymą. Biało-Czerwoni byli faworytem trójstronnej konfrontacji i ze swojej roli wywiązali się bez zarzutu. Zdecydowanie wygrali klasyfikację punktową (Polska – 142, Łotwa – 96, Estonia – 95), ale więcej niż o samym wyniku mówiło się o biegu na 5000 m. Określono go mianem „najciekawszego wydarzenia dwudniowych zawodów”. Zdający w tym czasie maturę 18-latek z Rygi był wyraźnie blady, a jego twarz i sylwetka wyglądały na sparaliżowane strachem. Gdy zmierzał na start, ktoś z tłumu krzyknął w jego kierunku: – Murowany Freyer!

Porównanie go do polskiej legendy biegów wywołało dodatkową presję i spotęgowało stres u nastolatka. Na szczęście po starcie kontrolę nad jego ciałem przejęła adrenalina. Trema momentalnie uleciała, a żywiołowy doping z trybun dodał mu skrzydeł. Staszek pognał do przodu co sił w nogach. Cały dystans pokonał szybkim i równym tempem, unikając poważnych kryzysów oraz momentów słabości. W końcówce skutecznie odpierał ataki doświadczonych rywali. Na metę wpadł jako pierwszy w czasie nowego rekordu Łotwy – 15:40,4. Tuż za nim kreskę przecięli ambitny Estończyk Karl Lausson (15:42,0 – rekord kraju) oraz polski dominator Alfred Freyer (15:46,2 – rekord życiowy). Sukces nastolatka oklaskiwano przez kilka minut na stojąco. W biegu na 1500 m był bliski kolejnego triumfu. Jako jedyny obcokrajowiec w stawce zdołał utrzymać tempo polskich „średniaków”. Niestety na ostatniej rundzie poniosła go młodzieńcza fantazja. Finalny zryw przeprowadził zdecydowanie za wcześnie, około 200 metrów przed metą. Jego przyszli klubowi koledzy z Warszawianki, doświadczeni Feliks Malanowski i Czesław Foryś, nie zwykli marnować takich okazji. Wyczekali na sprzyjający moment, po czym skontrowali i wyprzedzili na ostatniej prostej słabnącego lidera. Petkiewicz mocno przeżył porażkę, ale specjaliści byli zgodni – na ich oczach rodził się wielki talent!

W gronie uczestników trójmeczu poza młodymi wilczkami znaleźli się również starzy wyjadacze z wciąż aktywnym zawodniczo Aleksandrem Klumbergiem na czele. Dziesięcioboista miał mnóstwo roboty. Rywalizował w skoku wzwyż, rzucie dyskiem i skoku o tyczce. W pierwszej ze wspomnianych konkurencji popisał się wyjątkową próżnością. Estoński as zdecydował się oddać szereg skoków próbnych jeszcze przed oficjalnym rozpoczęciem rozgrzewki. W efekcie mocno zadrapał nawierzchnię, co utrudniało innym późniejszą rywalizację. Klumberg skakał w Warszawie pięknie technicznie, ale nisko. Do zwycięstwa wystarczyło mu pokonanie poprzeczki zawieszonej na wysokości 170 cm. Dla porównania ówczesny rekord świata należał do dwukrotnego mistrza olimpijskiego z Paryża (skok wzwyż i dziesięciobój), Amerykanina Harolda Osborna, który trzy lata wcześniej zaliczył udaną próbę na 203 cm.

W kolejnych tygodniach Stanisław nadal błyszczał. W zawodach na otwarcie stadionu w Tallinie zafundował sobie końską dawkę biegania. Trudy podróży „zwalczył” masażem, po którym poczuł się znacznie lepiej. Pierwszego dnia wygrał biegi na 1500 m (4:19,1) oraz 5000 m (16:12,3). Drugiego dorzucił triumf na 3000 m w czasie lepszym od rekordu Estonii (9:11). Emocje na trybunach sięgnęły zenitu. Kilka tysięcy kibiców zaczęło głośno skandować: „Mały Nurmi! Mały Nurmi!”. Staszek nie spoczywał na laurach i rozkręcał się w kolejnych startach.

W Kopenhadze na międzynarodowych zawodach Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej (YMCA) dobiegł do mety na 5000 m na drugim miejscu w czasie poniżej 16 minut (15:26). Dwa tygodnie później zwyciężył w Kłajpedzie (Litwa) w biegu na 3000 m (9:04,9) podczas imprezy organizowanej przez tamtejszy klub Spielvereinigung Memel w międzynarodowej obsadzie (zawodnicy z Prus Wschodnich, Estonii, Litwy i Łotwy). Jego ostatnie sukcesy zaczęły budzić podziw również poza granicami kraju. Petkiewicz oraz skoczek w dal Arnolds Rudzitis (który dwa lata później jako pierwszy Łotysz przekroczy odległość siedmiu metrów) dostali zaproszenie na międzynarodowy mityng w Królewcu (aktualnie Kaliningrad). Działacze z Rygi nie chcieli zakłócać olimpijskich przygotowań liderów swojej kadry i odrzucili intratną propozycję startu. Staszek powetował sobie zagraniczną absencję podczas IV Łotewskiej Olimpiady i Mistrzostw Lekkoatletycznych, gdzie dokonał historycznego wyczynu – ustrzelił „hat tricka”, zwyciężając na trzech dystansach (1500, 5000 i 10 000 m).

Na początku sierpnia „Mały Nurmi” poznał smak rywalizacji ze swoim „starszym bratem”. „Wielki Niemowa”, jak nazywano w Finlandii Paavo Nurmiego, przyjechał do Rygi sprawdzić możliwości tamtejszych biegaczy. W obawie przed kompromitacją organizatorzy zastosowali sprytny fortel. Namówili reprezentanta kraju Suomi na nietypowy pojedynek na dystansie 3000 m z zespołem sztafetowym (3 × 1000 m) w składzie: Rihards Dekšenieks (późniejszy trener koszykarskiej kadry tego kraju), Nikolajs Mūzis (najlepszy łotewski średniodystansowiec, a później wieloletni dziennikarz sportowy) i Petkiewicz na ostatniej zmianie. Wynik rywalizacji zdawał się z góry przesądzony, ale fiński mistrz z uśmiechem na twarzy przyjął nietypowe wyzwanie. Nurmi robił, co mógł, żeby przeciąć wstęgę jako pierwszy, ale dotarł do mety około 120 metrów za Staszkiem. Po biegu Petkiewicz podszedł do wielkiego rywala i nieśmiało wyciągnął dłoń w jego kierunku. Fin mimo zmęczenia zdobył się na szczery uśmiech i poklepał go koleżeńsko po ramieniu.

Kilka lat po pierwszym starciu Petkiewicz z Nurmim zmierzyli się w Polsce.

Droga do olimpijskiego starcia z Nurmim w Amsterdamie wiodła przez odbywające się w czerwcu 1928 roku krajowe kwalifikacje. Nastolatek miał sporą przewagę nad rywalami, a jego zwycięstwo miało być formalnością. Staszek był jednak daleki od wieszania medali na szyi przed startem. Wiedział, że sport rządzi się swoimi prawami. Wystarczył jeden moment słabości, niespodziewany ból brzucha czy skurcz mięśni, aby zniweczyć trud wielomiesięcznych przygotowań. Na szczęście dla niego bieg na 3000 m przebiegł zgodnie z planem. Petkiewicz wygrał w czasie nowego rekordu Łotwy (8:57,7), pieczetując tym samym swój wyjazd do Holandii. Po otrzymaniu nominacji dołączył do szerokiej lekkoatletycznej kadry Łotwy złożonej ostatecznie z 14 sportowców.

Na starcie olimpijskiego biegu na 10 000 m pojawiło się 24 śmiałków, spośród których Staszek liczył najmniej wiosen. Na najdłuższym ze stadionowych dystansów organizatorzy nie zarządzili eliminacji. Zdecydowano się na jeden wyścig w pełnej obsadzie. Kilkanaście minut przed startem nerwy przejęły pełną kontrolę nad ciałem i umysłem łotewskiego debiutanta. Petkiewicz czuł wielką jak pięść gulę w gardle, a serce waliło mu jak oszalałe. Atmosfera wielkiego olimpijskiego święta od momentu przekroczenia wrót stadionu mocno go przytłaczała. W odróżnieniu od niego Nurmi wydawał się kompletnie niewzruszony powagą imprezy. Tuż przed startem zachowywał stoicki spokój i wyglądał na całkowicie zrelaksowanego – jakby zaraz miał ruszyć na codzienny, poranny rozruch.

Portret Petkiewicza z czasów amsterdamskich igrzysk.

Trwający nieco ponad pół godziny bieg Skandynawowie rozegrali na własnych zasadach. Zgarnęli wszystkie miejsca na podium. Wygrał Paavo Nurmi przed swoim rodakiem Ville Ritolą oraz Szwedem Edvinem Wide. Olimpijski debiut nie ułożył się po myśli Łotysza. Młodzian padł ofiarą swojej… kreatywności. Już na stadionie wpadł mu do głowy szalony pomysł. Tuż przed startem chwycił za nóż i za jego pomocą zdjął skórę z obcasów swoich butów. Kosmetyka obuwia miała poprawić czucie nawierzchni i sposób poruszania się po żużlu.

Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego. Petkiewiczowi z upływem czasu biegło się coraz ciężej. Na domiar złego pomylił się w obliczeniach i zatrzymał się przed ostatnią rundą, sądząc, że ukończył zawody. Od dyskwalifikacji uchronił go jeden z rywali. Łotysz poczuł delikatne uderzenie w ramię. Odwrócił się, a jeden z mijających go zawodników rzucił w jego kierunku, że ten musi pokonać jeszcze jedną pętlę stadionu. Staszek głęboko westchnął. Nie tak wyobrażał sobie olimpijski debiut. Resztką sił zerwał się do biegu, ale przez swoje gapiostwo stracił około 20 sekund. Zmęczony i zrezygnowany dotarł do mety wolnym tempem, bez sprinterskiego finiszu. Uzyskany czas (32:48,6) wystarczył do zajęcia odległej 15. pozycji.

Petkiewicz w momencie startu biegu eliminacyjnego na dystansie 5000 m, czwarty z lewej.

Nastolatek szybko wymazał z głowy nieudany start. Gdy kilka dni później stanął na kresce biegu kwalifikacyjnego na 5000 m, wcześniejsze rozczarowanie zastąpiła sportowa złość. W każdej serii eliminacyjnej awans do finału uzyskiwało pierwszych czterech na mecie. Łotysz nie miał zamiaru kalkulować i wdawać się w niepotrzebne przepychanki w peletonie. Od pierwszych metrów wspólnie z Amerykaninem Leo Lermondem, który kontynuował rodzinne biegowe tradycje (jego brat George startował na igrzyskach w 1924 roku), narzucili szybkie tempo.

Przedstawiciel USA przeciął linię mety jako pierwszy – 0,3 s przed debiutantem. Wynik Petkiewicza (15:02,9 lub 15:03,0 w zależności od źródła) był lepszy od dotychczasowego rekordu Łotwy, ale nie mógł zostać zapisany w krajowych annałach. Wszystko z powodu nielogicznych przepisów tamtejszej federacji, według których rekordy kraju można było bić wyłącznie… na jego terenie! Za Staszkiem do kreski dobiegli Fin Eino Purje (15:03,6) oraz Szwed Ragnar Magnusson (15:03,8) i to oni zdobyli duże „Q”.

Finałowa potyczka o olimpijską chwałę odbyła się trzy dni później, a jej przebieg do złudzenia przypominał ten z dłuższego dystansu. Komplet medali rozdzielili między sobą Skandynawowie. Ritola zrewanżował się Nurmiemu za porażkę sprzed kilku dni. Najniższe miejsce na podium ponownie zagarnął Szwed Edvin Wide. Petkiewicz skutecznie okiełznał swoją emocjonalną, biegową naturę. Wszystkie rundy pokonywał równym tempem, choć rywale wielokrotnie prowokowali go do zrywów swoimi atakami. Do mety dobiegł na siódmym miejscu w czasie 15:04,0.

W Amsterdamie, a właściwie w drodze na igrzyska Petkiewicz rozpoczął swoją przygodę z dziennikarstwem, którą później z powodzeniem kontynuował w Polsce. Wspólnie z dwoma łotewskimi lekkoatletami postanowili zabić nudę, przygotowując i wydając gazetkę ścienną o enigmatycznym tytule „Smutne słowo”. W trzyosobowej redakcji Staszek pełnił odpowiedzialne stanowisko sekretarza.

Ostatnie miesiące przygotowań olimpijskich Petkiewicza nie były wolne od trosk. Łotysz był mocno skonfliktowany ze swoim związkiem. Zatarg przybierał na sile, a nastolatek, nie widząc innej opcji, coraz poważniej rozważał rozbrat ze sportem lub… emigrację. Szansa na zmianę barw narodowych pojawiła się w Amsterdamie. W wiosce olimpijskiej Staszek zaprzyjaźnił się ze specjalistą od krótkiego i przedłużonego sprintu (100, 200 i 400 m) Feliksem Żuberem oraz „średniakiem” Czesławem Forysiem (późniejszym prezesem PZLA). Obaj usilnie namawiali go na przyjęcie polskiego obywatelstwa.

Perspektywa lepszych warunków treningowych oraz mocniejszych rywali okazała się nader kusząca. Decyzja o emigracji zapadła po powrocie na Łotwę. Petkiewicz podjął starania w celu uzyskania polskiego paszportu. Oficjalnym pretekstem dla jego przenosin była chęć studiowania w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie. We wrześniu 1928 roku olimpijczyk pojawił się w stolicy, zasilając szeregi Warszawianki. Zasłużony klub kompletował prawdziwy lekkoatletyczny dream team, który przez lata miał dominować na krajowej arenie, a Staszek napisać swój piękny biegowy rozdział z olimpijskim happy endem. Życie napisało jednak inny scenariusz.

Zarzewie (1928 rok)

Tragiczna śmierć ośmiokrotnego mistrza kraju Alfreda Freyera wstrząsnęła polską lekkoatletyką. Wybitny sportowiec, czternastokrotny rekordzista kraju na ośmiu dystansach, zginął w pożarze w zamku w Dzikowie (obecnie jedna z dzielnic Tarnobrzegu) w grudniu 1927 roku, próbując ratować bezcenne dzieła literackie z biblioteki należącej do magnackiego rodu Tarnowskich. Powstała wyrwa miała pozostać niezasklepiona przez dłuższy czas, a rekordy Freyera trwać przynajmniej dekadę. W 1928 roku talent „Kusego” eksplodował jednak z niesłychaną mocą. Młody gwiazdor nie miał litości dla świętej pamięci mistrza i w ciągu kilku miesięcy wymazał wszystkie najlepsze osiągnięcia Freyera z krajowych tabel. Na krajowym podwórku nie miał godnych siebie rywali, a jego dominacja była bezsprzeczna.

Szeroko anonsowany w Polsce Petkiewicz miał wejść w buty godnego przeciwnika dla Kusocińskiego. Nic więc dziwnego, że jego przyjazd do stolicy urósł do rangi jednego z najważniejszych wydarzeń sportowych roku, a kibice i dziennikarze odliczali dni do jego przybycia. Po występie w Amsterdamie Staszek zyskał opinię najlepszego europejskiego biegacza poza Skandynawią. „Kusy” i Petkiewicz byli świetni w swoim fachu i na tym właściwie ich podobieństwa się kończyły. Łotewski młodzian szybko zyskał sympatię kibiców oraz przychylność rodzimej prasy. Był sprawnym i cierpliwym rozmówcą, a w wywiadach często podkreślał umiłowanie dla nowej ojczyzny oraz chęć kultywowania używanego w rodzinnym domu języka polskiego. W Rydze nauczył się również języka niemieckiego, a w późniejszym okresie przyswoił podstawy angielskiego i francuskiego, dzięki czemu – jak wspominała jego córka – mógł czytać gazety wydawane w tych językach. Pochodził ze zubożałej szlacheckiej rodziny. Posiadał salonowe obycie, naturalną ogładę oraz gruntowne wykształcenie, co czyniło z niego idealnego kandydata na ulubieńca publiki, czyli dzisiejszego celebrytę. Lubił popularność i łatwo nawiązywał kontakty.

„Kusy” był jego antytezą. Nie lubił się uczyć, a edukację zakończył w Państwowej Średniej Szkole Ogrodniczej bez matury (świadectwo dojrzałości zrobił eksternistycznie dopiero w 1937 roku). Cierpiał na chorobliwą nieśmiałość, co skłaniało go do częstych ucieczek w samotność. Sport był dla niego jedynym skutecznym remedium na głęboko zakorzenione kompleksy. W kontaktach towarzyskich brakowało mu ogłady. Roman Szreniawa, uczestnik powstania warszawskiego, wspominał: – Cóż, moja ciotka Felicja Wójcicka, która bywała na rautach „Warszawianki”, powtarzała, że to nie był łatwy człowiek. Czasem niemiły, nawet opryskliwy.

Różnice uwidaczniał też ich wygląd. Łotysz imponował sylwetką. Był wysokim, szczupłym, a przy tym doskonale umięśnionym atletą z łydkami wprost stworzonymi do trwałego wysiłku. Styl jego biegania przeciwstawiano prymitywnemu sposobowi pokonywania dystansu przez śp. Freyera czy Kusocińskiego, o którym „Przegląd Sportowy” napisał, że… „nie wie co to taktyka, nie wie jakie tempo może wytrzymać, nie umie jednym słowem biegać. Kusociński ma tylko serce, płuca i mięśnie, tak jak miał je Freyer”. Petkiewicz na bieżni przypominał Finów – Nurmiego i Ritolę. Miał długi krok (około 210 cm), wysoko ugięte ręce, co uzupełniał silną pracą bioder przy lekko pochylonej, opadającej na pięty sylwetce. Umiejętność efektywnego i stylowego biegania zawdzięczał pracy z Vilisem Cimmermanisem, łotewskim średnio- i długodystansowcem, uczestnikiem igrzysk w Paryżu (1924) oraz Amsterdamie (1928). Janusz wyróżniał się niskim wzrostem, nieproporcjonalną sylwetką oraz krzywym nosem, który był efektem… jego własnej niefrasobliwości. „Kusy”, jak większość rówieśników, trzymał ręce w kieszeniach i wypychał je różnymi drobiazgami, robiąc w nich dziury. Zapobiegliwa matka zaszyła kieszenie, dlatego Janusz nie miał gdzie trzymać chusteczki. W efekcie zaczął wycierać nos rękawem prawej ręki, przez co ten wykrzywił się w prawą stronę.

Delikatna chrząstka szybko stwardniała, zapewniając mu „pamiątkę” na całe życie. Jego matka próbowała wszelkich sposobów, aby nos syna wrócił na „stare” miejsce. Te jednak – począwszy od kompresów, a skończywszy na tarmoszeniu nosa – okazały się nieskuteczne. Niektórzy twierdzili, że wygląda jak bokser, a nie lekkoatleta. W biegu „Kusy” nie grzeszył gracją, a z zakładanej podczas startów i traktowanej w kategorii talizmanu czapki długo szydzono na łamach gazet. Specyficzne nakrycie głowy w barwach klubowych Warszawianki, do złudzenia przypominające czepek pływacki, zostało uszyte przez kulomiotkę i miotaczkę Irenę Schabińską. Choć u niektórych budziło uśmiech politowania, to i tak nie było w stanie równać się z wcześniejszym nakryciem „Kusego” zrobionym z… damskiej pończochy! Co ciekawe, noszenie przezabawnej czapki doprowadziło biegacza do konfliktu z jednym z działaczy sportowych. Kierownik naszej lekkoatletycznej kadry Franciszek Ślachciak pytał: „Jak w czymś takim można się ludziom pokazywać?”.

Zdjęcie portretowe „Kusego”, na którym widać jego skrzywienie nosa.

Janusz nie przejmował się docinkami i ani myślał rezygnować z tej nietypowej formy zapewnienia sobie pomyślności i szczęścia. Niektórzy twierdzili, że nakrywanie przez niego głowy było próbą wzorowania się na znanej ze swojego nieodłącznego czerwonego beretu Konopackiej, która święciła w tym czasie międzynarodowe triumfy i była jedną ze sportowych inspiracji „Kusego”. Zresztą nie tylko czapka miała zapewnić mu fart. Podobno na późniejsze zagraniczne starty zabierał ze sobą… podkowę! W warszawskich Łazienkach, gdzie pracował jako ogrodnik, znajdowały się stajnie, dlatego możliwe, że akurat w tej anegdocie ukryte jest większe ziarno prawdy.

Koščák nie miał sobie równych w Czechosłowacji na dłuższych dystansach.

Zanim doszło do „bratobójczego”, premierowego pojedynku Kusocińskiego z Petkiewiczem, ten pierwszy sprawdził formę w meczu z Czechosłowacją w Pradze o Puchar Ministra Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Augusta Zaleskiego. Polsko-czeską batalię rozstrzygnęliśmy na naszą korzyść jednym punktem (79:78). Pierwszego dnia Janusz startował na nietypowym dla siebie dystansie 1500 m i dotarł do mety trzeci w czasie 4:14,8. Drugiego dnia jego dominacja była bezsprzeczna. Z rekordowego wyniku na 5000 m urwał kolejnych siedem sekund, uzyskując rezultat 15:34,0. Dodatkowo okrasił go niespodziewanym zwycięstwem nad doświadczonym i uznanym na Starym Kontynencie biegaczem gospodarzy Jozefem Koščákiem, którego ograł też jego rodak – Rudolf Tajbl.

Urodzony w Koszycach lekkoatleta zwany powszechnie „Baraszką” legitymował się lepszą życiówką od „Kusego” aż o 17 sekund, ale w bezpośrednim starciu z Polakiem okazał się bezradny. Koščák, podobnie jak jego pogromca, zaczynał sportową przygodę od piłki nożnej. Później porzucił ją na rzecz kolarstwa i zapasów, aby w końcu trafić w czułe objęcia „królowej sportu”.

W Pradze Kusociński odniósł też inny sukces. Przełamał wrodzoną nieśmiałość i wypił bruderszafta z Klumbergiem, co ostatecznie usankcjonowało ich przyjacielską relację.

Na warszawskim dworcu zebrał się spory tłum gapiów. Wśród oczekujących na przyjazd Staszka byli dziennikarze, kibice, przedstawiciele PZLA oraz część kadry Warszawianki z „Kusym” na czele. Pociąg powolnie wtoczył się na peron, a po chwili z jednego z wagonów wyłoniła się przystojna, budząca sympatię i szybsze bicie serca u kobiet twarz Petkiewicza. „Kusy” przejął obowiązki gospodarza i pewnym krokiem podszedł do nowego klubowego kolegi, ucinając z nim krótką pogawędkę.

Dzień później Staszek przedstawił się stołecznej publice. Nastolatek został zgłoszony do startu na nieolimpijskim dystansie 3000 m podczas zawodów na Agrykoli. Bieg odbywał się poza konkurencją w ramach lekkoatletycznego meczu juniorów stołecznej Polonii z Warszawianką. Forma Petkiewicza stanowiła dla wszystkich zagadkę. Tuż przed podróżą do Polski podczas mistrzostw Łotwy sięgnął po cztery tytuły indywidualne oraz jeden w sztafecie. Sukces kosztował go jednak sporo zdrowia oraz nerwów, niosąc za sobą pokaźny emocjonalny bagaż. Żywiołowo reagujące tłumy znały bowiem kulisy „emigracji” Petkiewicza. Niezadowolone z jego przenosin przez całe zmagania uprzykrzały mu życie głośnym buczeniem oraz gwizdami. Zmęczenie psychiczne w połączeniu z trudami podróży mogły skutkować chwilową obniżką jego sportowej dyspozycji. Problemy nie ominęły też „Kusego”. W dniu zawodów wczesnym rankiem towarzyszył weterynarzowi podczas oględzin konia w stajni na terenie warszawskich Łazienek. Schorowana szkapa nieopatrznie stanęła biegaczowi na stopie, przygniatając jeden z palców. Kontuzja nie była poważna, ale wymagała kilkudniowego „rozbratu” ze sportem. Janusz próbował wymusić u kierownika sekcji lekkoatletycznej Warszawianki Tadeusza Suchorzewskiego zgodę na absencję, ale ten był nieprzejednany, wskazując na propagandowy wymiar ich pojedynku.

Gdy obaj stanęli na kresce i delikatnie pochylili się do przodu, publiczność wstrzymała oddech, a stadion ogarnęła przejmująca, trwająca kilka sekund cisza. Przerwał ją wystrzał pistoletu, po którym oszczędni dotychczas w okazywaniu emocji kibice dali upust niepohamowanej energii. Zaczęli głośno krzyczeć i wiwatować na cześć dwóch śmiałków. Szybciej na wystrzał zareagował Kusociński. Niższy z uczestników spektaklu momentalnie zerwał się do przodu, zapominając o tremie oraz drobnym urazie. „Kusy” prowadził bieg w mocnym tempie, a podążający za nim Staszek z upływem dystansu coraz gorzej znosił trudy pojedynku. Im bliżej mety, tym grymas bólu i zmęczenia na jego twarzy malował się coraz wyraźniej. Na ostatnim wirażu przed finałową „setką” przez trybuny przetoczył się głośny pomruk niezadowolenia. Gasnący w oczach Petkiewicz nagle przeszedł do marszu, a po chwili z głową nisko zwieszoną opuścił bieżnię! „Kusy” nerwowo spojrzał za siebie. Był zdezorientowany i wytrącony z równowagi. Przeszło mu nawet przez myśl, żeby przerwać bieg i zapytać rywala, dlaczego ten poddał starcie bez walki. Szybko jednak odgonił ten pomysł, skupiając się na dalszej rywalizacji. Wciąż dysponował sporym zapasem sił, czemu dał wyraz na ostatniej prostej. Momentalnie przyspieszył, a jego zryw ponownie podniósł temperaturę na trybunach. Na mecie zmierzono mu czas 8:54,2, który był lepszy aż o 14 sekund od dotychczasowego rekordu Polski śp. Freyera.

Grupka dziennikarzy osaczyła po biegu obu mistrzów. Jeden i drugi w wywiadach prześcigali się we wzajemnym komplementowaniu, ale pod maską dyplomacji oraz kurtuazji skrywali budzące się w nich prawdziwe uczucia spowite coraz gęstszą mgiełką chłodu. Potwierdził to „Kusy” w swoich pamiętnikach: „Już pierwsze spojrzenie Petkiewicza, jakim mnie obdarzył, nie wróżyło nic dobrego. Wyczytałem w jego oczach zawiść i zazdrość”.

Tydzień później liderzy Warszawianki mierzyli się w korespondencyjnym pojedynku na dystansie półtora kilometra. Organizowane przez Towarzystwo Eugeniczne propagandowe zawody o Puchar Electroluxu miały szeroką obsadę. Topowych biegaczy przydzielono do trzech różnych serii, a o końcowym triumfie decydował najlepszy rezultat. Nietypowa formuła rywalizacji, popularna głównie w Stanach Zjednoczonych oraz krajach anglosaskich, faworyzowała klasycznych tempowców lubiących i potrafiących samotnie walczyć z upływającymi sekundami. Do mety najszybciej dotarł Kusociński, w czasie 4:10,8. Za jego plecami panował duży ścisk. Drugi Petkiewicz uzyskał wynik 4:11,0, natomiast trzeci Malanowski – 4:12 (inne źródła podają zwycięstwo „Kusego” nad Malanowskim bez udziału Petkiewicza w zawodach).

Forma Janusza stale rosła. W Wilnie podczas meczu między Warszawą a reprezentacją gospodarzy najpierw skonsumował przystawkę do dania głównego, wygrywając rywalizację na 1500 m w czasie 4:06,8 (niewiele gorszym od rekordu Polski Forysia). Natomiast chwilę później oddał się uczcie na swoim koronnym dystansie 5000 m. To, co nie udało mu się w biegu średnim, stało się faktem w jego specjalności. Rekordowy wynik (15:17,8) zapisał się w polskich annałach, nie odstając poziomem od czasów światowej czołówki. Przewaga zwycięzcy na mecie nad drugim w stawce Sarnackim sięgnęła niemal długości całej rundy (dokładnie 360 metrów). Co więcej, rezultat został osiągnięty w warunkach przejmującego chłodu i deszczu, co zmusiło „Kusego” do rozpoczęcia zmagań… w swetrze! Nic więc dziwnego, że początkowo sędziowie podchodzili do jego rekordu z dużą dozą podejrzliwości. „Winą” za doskonały wynik obarczali błędny pomiar czasu bądź pomyłkę przy liczeniu okrążeń. Proces ratyfikacji rekordu trwał dłużej niż powinien, ale w końcu znalazł szczęśliwy finał!

„Kusy” błyszczał, choć systematyczność jego treningów pozostawiała wiele do życzenia. Podczas pełnionej w batalionie administracyjnym 3. Kompanii na Pradze (21. Pułk Piechoty) służby wojskowej nie był w stanie łączyć swoich żołnierskich obowiązków z reżimem regularnych zajęć biegowych. Tymczasem zbliżała się kolejna okazja do potwierdzenia supremacji na bieżni. Otwarcie obiektu sportowego Orła na warszawskim Grochowie miały uświetnić zawody lekkoatletyczne. Boisko piłkarskie z pełnowymiarową i jedyną sześciotorową bieżnią w stolicy, zbudowane według planów inżyniera Serwatyńskiego, prezentowało się naprawdę okazale! Kryte trybuny mogły pomieścić tysiąc widzów. Pod nimi „schowany” był budynek klubowy wraz z szatniami i natryskami. Na terenie obiektu znajdowały się również place do innych gier sportowych. Wygospodarowano też miejsce na korty tenisowe.

Uroczystość otwarcia, na którą składało się szereg przemówień i defilada zawodników, zgromadziła całą rzeszę znamienitych gości ze świata sportu, polityki i kultury. Punktem kulminacyjnym wydarzenia był rewanżowy pojedynek dwóch wielkich mistrzów na dystansie 3000 m. Obaj czuli w nogach trudy całego sezonu, dlatego kilka dni wcześniej ustalili scenariusz rywalizacji! „Kusy” pisał w swoich pamiętnikach, że mieli biec wspólnie w średnim tempie aż do ostatniej prostej, a na finiszu zdać się na los oraz sprinterskie umiejętności. W dniu zawodów w drodze na stadion Janusz próbował potwierdzić z kolegą wcześniejsze ustalenia. Ten jednak zmienił zdanie i odmówił udziału w „reżyserowanym spektaklu”. Stwierdził, że powalczy o dobry wynik, a wszelkie układania się przed startem są według niego sprzeczne z ideą fair play! W Kusocińskim momentalnie narosła złość. Z trudem trzymał nerwy na wodzy, a na usta cisnęło mu się wiele cierpkich i niecenzuralnych słów. Ostatnio mało trenował, jego forma była zatem daleka od życiowej, ale nie zamierzał poddać się bez walki. Postanowił dać z siebie 120 procent, nawet jeśli miałby doprowadzić organizm do skrajnego wycieńczenia. Szykował się pojedynek na śmierć i życie.

Początkowo wszyscy zawodnicy biegli w zwartej grupie. Po dwóch okrążeniach mistrzowie oderwali się od reszty stawki. Na kolejnych rundach zmieniali się na prowadzeniu, ale żaden z nich nie ryzykował poważnych prób ucieczki. Gdy zabrzmiał dzwonek na ostatnią pętlę, w Petkiewicza wstąpiły nowe siły. Łotysz przeszedł do sprintu i 200 metrów przed metą zaczął oddalać się od swojego towarzysza. Niesiony żywiołowym dopingiem przeciął wstęgę w czasie 8:54,2, wyrównując rekord Polski „Kusego”. Dotychczasowy rekordzista zmęczony ciągłymi atakami na wirażach odpuścił końcówkę biegu. Ukończył zmagania sześć sekund za plecami zwycięzcy (9:00,2). Pojedynek na trzeciorzędnym mityngu na Grochowie był przełomem i punktem zwrotnym w ich dotychczasowych relacjach. Sympatia szybko odeszła w zapomnienie. Zastąpiła ją czysta nienawiść. Co gorsza, żadna ze stron nie zamierzała dłużej kryć się ze swoimi prawdziwymi uczuciami. Kusociński i Petkiewicz stanęli na progu otwartej wojny, nie szczędząc sobie przy tym złośliwości. Staszek w kolejnych miesiącach używał szerokiej palety złośliwych przezwisk wobec przeciwnika. W dostępnym arsenale inwektyw znalazły się między innymi: „niedouczony karzeł”, „prymityw”, „krzywy nos”, „zabobonny idiota” czy „brzydki Januszek”. Odbiorca tych epitetów również nie pozostał mu dłużny.

Po zawodach na stadionie Orła obaj zostali włączeni do kadry na prestiżowy, wyjazdowy mecz Warszawy z Lwowem. Drugie z miast w pierwszych powojennych latach mocno świeciło na krajowej lekkoatletycznej scenie. Potwierdzeniem lwowskiej dominacji były obfite medalowe plony podczas odbywającego się tam krajowego czempionatu w 1922 roku. Kolejne lata nie były już jednak tak tłuste dla Lwowa. Niedożywianie lokalnej młodzieży oraz zmierzch starej gwardii mistrzów z wybitnym Wacławem Kucharem (wielokrotnym mistrzem Polski w kilku lekkoatletycznych konkurencjach) na czele sprawiły, że szala krajowego prymatu zaczęła stopniowo przechylać się na korzyść stolicy. W kolejnych sezonach klasowych zawodników wywodzących się z tego miasta można było policzyć na palcach jednej ręki.

Przeprowadzenie zawodów organizowanych przez Związek Obrońców Lwowa, celem uczczenia dziesiątej rocznicy obrony tego miasta oraz niepodległości Polski, utrudniała kapryśna aura. Dwudniowa rywalizacja toczona była w niskich temperaturach oraz przy bardzo porywistym wietrze. Niesprzyjające warunki pogodowe, jak i konkurencja w postaci innych wydarzeń sportowych w mieście (między innymi wyścig motocyklowy oraz spotkanie piłkarskie Cracovia – Hasmonea Lwów) nie odstraszyły kibiców, którzy zapełnili stadion Pogoni do ostatniego miejsca. Procedury związane z przyznaniem Staszkowi obywatelstwa przeciągały się w czasie, dlatego Łotysz nie mógł oficjalnie wesprzeć Biało-Czerwonych. W biegu na 5000 m startował poza konkursem.

W pojedynku, którego stawką był prestiż i uwielbienie kibiców, faworyci przez cały dystans nie spuszczali z siebie wzroku. Większość rund pokonali jeden za drugim, depcząc sobie niemal po piętach. Z marazmu pierwszy wyrwał się Petkiewicz. Na ostatniej rundzie wydłużył krok i wielkimi susami oddalił się od słabnącego w oczach rywala. Wygrał w dobrym czasie 15:31,6, lepszym od oficjalnego rekordu kraju. Drugi na mecie Kusociński, czujący w nogach wcześniejszy start na 1500 m (zwycięstwo z przeciętnym rezultatem 4:12,6 i prowadzenie od startu do mety), uzyskał wynik 15:36,0. Za plecami dwójki mistrzów trwał zażarty pojedynek o najniższy stopień pudła pomiędzy Romanem Sawarynem a wchodzącym w najlepszy okres kariery Marianem Sarnackim. Wygrał ten pierwszy, dobiegając do kreski niespełna metr przed konkurentem. W klasyfikacji zespołowej stołeczna ekipa nie miała litości dla gospodarzy, zwyciężając 42,5:27,5 przy punktacji: 3, 2, 1 punkt za pierwsze, drugie i trzecie miejsce. W nagrodę za zwycięstwo goście wrócili do Warszawy z okazałym, wędrownym pucharem ufundowanym przez organizatora zawodów. Natomiast wszyscy uczestnicy rywalizacji otrzymali pamiątkowe żetony.

Sezon powoli zbliżał się do końca, ale kalendarz startów wciąż był napięty. Kolejnym przystankiem na biegowej mapie okazał się debiutujący w roli organizatora wielkiej imprezy Lublin. Mistrzostwa Polski w przełajach (ok. 8000 m) odbywały się w malowniczej scenerii. Uczestnicy biegli głównie przez pola, zamykając pętlę na obiekcie lokalnego Sokoła. Najsłabszym ogniwem zawodów okazali się… jego uczestnicy. Spośród anonsowanych 24 na starcie pojawiło się zaledwie 8 biegaczy! Kilku zawodników nie dopuszczono do udziału z powodu braku ważnej legitymacji PZLA. W ostatniej chwili z występu zrezygnował Petkiewicz. Pod jego nieobecność pierwsze skrzypce grali „Kusy” i Sarnacki, którzy wspólnie pokonali większość trasy. Losy pojedynku rozstrzygnęły się na ostatnim kilometrze. Kusociński zyskał kilkanaście metrów przewagi, ale Sarnacki nie zamierzał łatwo oddać pola. Bieg kończyły trzy rundy na stadionie. W trakcie ich pokonywania doświadczony zawodnik zyskał drugie życie. Nadludzkim wysiłkiem zaczął odrabiać stratę do lidera. Heroiczna postawa na finiszu nie przyniosła mu upragnionego zwycięstwa, ale zmusiła „Kusego” do pełnej mobilizacji. Ostatecznie Sarnacki był wolniejszy od zwycięzcy o 0,4 lub 0,8 sekundy (w zależności od źródła).

Janusz gonił już resztką sił. Mocno eksploatowane mięśnie i ścięgna coraz częściej upominały się o zasłużony wypoczynek. Bieganie po twardych lubelskich ścieżkach pogłębiło drobny uraz mistrza. Zawodnik Warszawianki odparzył sobie stopy i jedyne, o czym myślał, to dłuższa przerwa w startach. Dostał nawet czterodniowe zwolnienie lekarskie. Niestety Suchorzewski miał wobec niego inne plany – wymusił na nim udział w biegu ulicznym. Prestiżowa impreza Wilanów – Warszawa (8000 m), której start w obsadzie 50 śmiałków (w tym 65-letniego szewca Jackowskiego, wielkiego pasjonata biegania, z nieodłączną pałeczką-amuletem w dłoni) zlokalizowany był tuż przed pałacem, dzierżył status drużynowych mistrzostw stolicy. Zmagania na utwardzonym gruncie stały się teatrem jednego, zazwyczaj drugoplanowego aktora. Będący w życiowej formie Sarnacki od razu po starcie wysforował się na czoło peletonu. Pierwszy z czołówki odpadł Kusociński. Z każdym kolejnym krokiem odczuwał coraz większy ból pod kolanem i sprytnie kalkulował. Chciał dobiec do mety i zdobyć cenne punkty dla klubu, ale nie za cenę przewlekłej kontuzji. Kontrolując grupę pościgową za sobą, ukończył zawody na trzecim miejscu, pokonując resztę dystansu w tempie, które nie stwarzało ryzyka pogłębienia urazu.

Końcówka sezonu należała do Sarnackiego. Na zdjęciu przewodzi stawce podczas mistrzostw Polski w 1932 roku.

Na trasie niespodziewany kryzys dopadł Staszka. Lider biegł jak w transie i z zimną krwią wykorzystał słabość faworyzowanego rywala. Sarnacki szybko oddalił się od Petkiewicza i systematycznie aż do mety budował przewagę, która ostatecznie wyniosła 150 metrów. Pełne podium zapewniło ekipie Warszawianki upragniony tytuł najlepszego teamu w stolicy.

Sezon zamykała rywalizacja na stadionie o mistrzostwo Polski na dystansie 3000 m z przeszkodami. „Kusy” nie zamierzał wypuścić z rąk kolejnego tytułu. Na warszawskiej Agrykoli pojawił się z niedoleczoną kontuzją, którą zdiagnozowano jako przemęczenie lewego ścięgna kolanowego, stając w szranki z siedmioma stołecznymi rywalami. Po trzech okrążeniach rozsądek wziął górę nad brawurą. „Kusy” tracił coraz większy dystans do lidera, a pulsujący ból w nodze promieniował na wyższe partie ciała. Janusz przerwał bieg, zacisnął zęby i chwycił się za kolano. Po chwili zszedł z bieżni, kończąc historię swoich startów w 1928 roku. Utrzymujący wysoką dyspozycję Sarnacki zaliczył kolejny zwycięski występ (10:44,2). Na metę dotarł z przewagą 80 metrów nad dwukrotnym olimpijczykiem Stefanem Kostrzewskim (AZS Warszawa), który uprawianie lekkiej atletyki z powodzeniem łączył z koszykówką. Zmagania ukończyło tylko czterech uczestników.

Podczas gdy Kusociński narażał swoje zdrowie na szwank, jego wielki rywal oddawał się nowej pasji. O lekkim piórze i zacięciu dziennikarskim Petkiewicza mogli przekonać się czytelnicy „Przeglądu Sportowego”. Artykuły jego autorstwa opisywały metody treningowe, a także celnie diagnozowały stan oraz wyzwania polskiej „królowej sportu”. Staszek podzielał fascynację „Kusego” fińską szkołą biegów. Świeżo upieczonego redaktora chwalono za obiektywność, styl oraz analityczne podejście do tematu. Mimo pogłębiającej się niechęci potrafił docenić – przynajmniej w publikacjach – kunszt biegowy swojego wielkiego konkurenta. Źródła jego kontuzji doszukiwał się w zbyt forsownym treningu. Człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach i talentach stawał się pupilkiem mediów oraz salonowej „warszawki”. Jego przyszłość sportowa i towarzyska rysowała się w jasnych barwach.

Końcówka roku zelektryzowała sportowy światek pierwszymi pogłoskami o rzekomym zawodowstwie Nurmiego. W przypadku udowodnienia mu winy „Latający Fin” (kolejny z jego przydomków) zostałby automatycznie wykluczony z walki o kolejne olimpijskie laury. Według prasy „Wielki Niemowa” przyjął ofertę agenta sportowego i menedżera gwiazd Charlesa C. Pyle’a (odpowiadającego za interesy m.in. tenisistki Suzanne Lenglen, zdobywczyni 25 tytułów na kortach Rolanda Garrosa i w Wimbledonie) opiewającą na kwotę 10 tysięcy dolarów za tournée po Ameryce. Sam wielki mistrz nie odcinał się od plotek, czym kierował na siebie kolejne podejrzenia. Przed podróżą do Stanów Zjednoczonych napomknął, że rozważa możliwość opuszczenia na dobre amatorskich szeregów. W rozmowie z prasą nie padały konkretne sumy, ale stwierdzenie, że w ciągu roku mógłby zarobić pieniądze, które zapewnią mu dostatek na resztę życia, pobudzało wyobraźnię reporterów. W prasie pojawiały się wzmianki o kwocie 1000 dolarów za start. Ostatecznie nie zdołano potwierdzić tych skądinąd sensacyjnych doniesień.

Dominacja (1929 rok)

Z Agrykoli Kusociński wrócił do koszar, gdzie odbywał służbę wojskową. Noga tak bardzo napuchła, że bez pomocy kolegów nie był w stanie zdjąć buta. Diagnoza lekarska brzmiała jak wyrok: ostre zapalenie ścięgna i konieczność pilnej hospitalizacji. Po dziewięciu dniach pobytu w szpitalu, podczas którego przeszedł kilkanaście zabiegów, rekonwalescent rozpoczął naukę chodzenia o lasce. Kolejne tygodnie upływały mu na żmudnej rehabilitacji. Kontuzja nie była jedynym zmartwieniem sportowca. Tuż po Nowym Roku rodzinę Kusocińskich dotknęła tragedia. Po tygodniowej chorobie zmarła młodsza siostra biegacza. Rodzice popadli w rozpacz, a depresja odcisnęła piętno również na bracie. Janusz musiał wrócić do służby, w ramach której odbywał zajęcia w szkole podoficerskiej (ukończył ją w marcu w stopniu kaprala z cenzusem z piątą lokatą). Nadmiar obowiązków wciąż kolidował z treningami. Wieczorami topił smutki w alkoholu, co nie uszło uwadze przełożonych i kolegów. Wielokrotnie odwoływano się do jego rozsądku, ale młodzian pozostawał obojętny na głosy krytyki. W końcu miarka się przebrała. Młokos wylądował „na dywaniku”. Po szczerej rozmowie z przełożonym – zawsze przychylnie do niego nastawionym podpułkownikiem Franciszkiem Polniaszkiem – otrzymał zgodę na wznowienie treningów w zakresie, który nie będzie zakłócać jego żołnierskich obowiązków.

Powrót do codziennego reżimu sportowego okazał się skutecznym lekarstwem na żałobę. Biegacz miał spore zaległości treningowe, dlatego z zapałem oddał się regularnej, lekkoatletycznej pracy. Jego postępy dostrzegł sam papa Klumberg. Estoński coach stwierdził w rozmowie z prasą, że jeśli Janusz zdoła utrzymać dotychczasową intensywność ćwiczeń, to już wkrótce może pokusić się o złamanie bariery piętnastu minut na 5000 m. Korzystając z przerwy w startach, Kusociński poszedł w ślady Petkiewicza. Wolny czas poświęcał na „pogłębianie relacji” ze słowem pisanym. Na łamach tygodnika „Stadjon” edukował czytelników między innymi z zimowej zaprawy biegowej.

Wielki rywal Kusocińskiego też nie próżnował. W okresie zimowym oddawał się ciężkim treningom, dzieląc czas między bieganie, pracę oraz studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Jego pracowitość stała się wręcz legendarna. Mimo ujemnych temperatur sięgających nierzadko kilkudziesięciu stopni Petkiewicz nie opuścił nawet jednych zajęć na świeżym powietrzu. Rozpisany przez Klumberga na kartce plan treningowy wykonywał z aptekarską precyzją. Marzył o starcie i dobrym wyniku w zaplanowanym na 5 maja międzynarodowym biegu dookoła Berlina (25 km). Łyżką dziegciu w beczce miodu był przedłużający się proces przyznania mu polskiego obywatelstwa. Urzędnicy uspokajali Petkiewicza, tłumacząc poślizg czasowy zawiłymi procedurami administracyjnymi.

Przed rozpoczęciem sezonu PZLA wykonał kawał dobrej roboty. Na spotkaniu zarządu ustalono regulamin nagrody śp. Alfreda Freyera, której fundatorem była firma złotnicza Nagalski (od nazwiska właściciela). Miała być ona każdorazowo (tj. corocznie) przekazywana zwycięzcom kolejnych biegów o mistrzostwo Polski na 5000 m. Na własność zawodnika miała przejść po jej trzykrotnym zdobyciu, a jeśli nikomu nie udałaby się ta sztuka, to po dziesięciu latach miała trafić do klubu z największą liczbą wygranych na tym dystansie. Podjęto też decyzję o dopuszczeniu członków Związku Strzeleckiego, policji, wojska oraz harcerzy do masowego startu podczas Narodowego Biegu Naprzełaj. Dla każdej z grup zamierzano przygotować oddzielne finisze i mety, co miało ułatwić prowadzenie klasyfikacji w różnych kategoriach. A planowany na tamten rok finał sezonu przełajowego miała poprzedzić uroczysta rewia wojskowa z udziałem prezydenta RP Ignacego Mościckiego.

Karuzela biegowa wystartowała z początkiem kwietnia. Staszek miał już w nogach jeden start w zawodach halowych, choć z uwagi na specyfikę i sposób rozgrywania zawodów trafniejszym określeniem byłyby „testy biegowe”. Zawodnik Warszawianki wziął udział w sztafecie 3 × 1000 metrów, która wraz z konkurencjami technicznymi odbywała się w sali gimnastycznej na drugim piętrze na dębowej posadzce. Trasę biegu rozstawnego sprytnie wyznaczono kredą między słupkami od bumów (przedwojennych urządzeń do ćwiczenia równowagi). Konkurencje techniczne również odbywały się w prowizorycznych warunkach. Pchana przez siłaczy kula lądowała na materacach, na których wysypano piasek z trocinami…

Na premierowe zawody Kusociński z Petkiewiczem wybrali się do Łodzi. Tamtejszy ŁKS organizował doroczny, VI Bieg na przełaj (ok. 5000 m). Jeśli ktoś sądził, że czas uleczył rany, a obaj lekkoatleci po przerwie zimowej zakopią wojenny topór, był w srogim błędzie. Z uwagi na dobre imię Warszawianki biegacze stwarzali pozory wzajemnej życzliwości, ale za fasadą komplementów i uprzejmości kryła się wewnętrzna antypatia oraz coraz silniejsze animozje. W drodze do fabrycznego miasta próbowali ustalić wspólną taktykę na bieg, ale żaden z nich nie dowierzał choćby w jedno słowo swojego rozmówcy.

Na starcie łódzkiego wyścigu stanęło 12 zawodników z pięciu klubów. Pozostałych uczestników wystraszyła kiepska pogoda w postaci silnych podmuchów wiatru oraz zalegającego na trasie błota i resztek topniejącego śniegu. „Kusy” nie zamierzał forsować tempa i po starcie schował się za plecami liderów. Petkiewicz przyjął podobną taktykę. Nie chciał walczyć na łokcie i ryzykować przyjęcia kilku kuksańców. W Łodzi startował po raz pierwszy i nie znał zakamarków mocno pofałdowanej, wypełnionej wieloma rowami oraz zakrętami trasy. Wolał oddać prowadzenie innym. Brak chętnych na przewodzenie stawce wykorzystał Zdzisław Starosta z KP Zjednoczone Łódź (późniejszy KS Włókniarz Łódź). Znany lokalny biegacz, który jeszcze kilka dni wcześniej reprezentował barwy organizatora crossu – tamtejszego ŁKS, czuł się na „własnych śmieciach” jak ryba w wodzie. W poprzednich latach dwukrotnie triumfował w tym biegu (1924, 1926). Łodzianin nadawał szybkie tempo i z łatwością pokonywał kolejne przeszkody w Lesie Karolewskim. Staszek był czujny. Nie śpieszył się, ale utrzymywał lidera w bezpiecznym polu widzenia, w odległości nie większej niż 15–20 metrów. Kilkaset metrów przed metą mocno przyspieszył, mijając Starostę już na bieżni stadionu. Trzeci na kreskę wpadł „Kusy”, około 250 metrów za zwycięzcą. Głowa i serce Janusza pracowały jak nigdy, ale na trudnej, selektywnej trasie nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

Zżerany przez ambicję Kusociński rzucił się w wir biegowej pracy. Okazję do rewanżu stanowił Bieg Magistracki ze startem i metą na stadionie stołecznego Orła (4000 m) oraz nagrodą główną w postaci okazałego pucharu. Do zawodów zgłosiła się rekordowa liczba 300 uczestników, ale na kresce zjawiło się tylko 122 śmiałków. Scenariusz zmagań przypominał ten z Łodzi. Z tą różnicą, że w walkę o zwycięstwo zamiast Starosty włączył się Sarnacki. Petkiewicz ponownie błysnął piorunującym finiszem, dzięki czemu zyskał 20 metrów przewagi nad zaciekle goniącym go rywalem. „Kusy” stracił do zwycięzcy dziewięć sekund. Umiejętności sprinterskie Łotysza powoli stawały się jego wizytówką. W klasyfikacji drużynowej uwzgledniającej wszystkich zawodników, którzy osiągnęli czas poniżej 13 minut, triumfował Orzeł przed Warszawianką i Odrodzeniem Warszawa.

Ta sama trójka stanęła na pudle również w kolejnym starcie – na stołecznym Grochowie. W drugiej edycji biegu przełajowego o puchar „Wieczora Warszawskiego” (4500 m), organizowanego z inicjatywy najpoczytniejszego stołecznego dziennika, uczestniczyło ponad 200 biegaczy. Podobnie jak tydzień wcześniej obu mistrzów rozdzielił Sarnacki, który stracił do zwycięskiego Petkiewicza około 60 metrów. W klasyfikacji drużynowej triumfował Orzeł przed Warszawianką i lokalnym Strzelcem. Do końcowego wyniku zespołowego wliczano rezultaty tylko tych zawodników, którzy dotarli do mety nie później niż trzy minuty po liderze. W klasyfikacji generalnej uwzględniono ostatecznie 44 biegaczy. Po zmaganiach indywidualnych przyszedł czas na sztafetę. W biegu rozstawnym 4 × 250 m triumfowała Warszawianka z „Kusym” w czasie 2:07 przed kombinowanym teamem Orła oraz ekipą AZS.

Z początkiem maja oczy sportowej Polski skierowane były na Pole Mokotowskie w Warszawie, gdzie rozgrywano IV Bieg Narodowy Naprzełaj – najważniejszą imprezę crossową nad Wisłą. Szumnie zapowiadana frekwencja na poziomie 1000 zawodników ostatecznie skurczyła się do 388 zgłoszonych, z których na starcie zjawiło się 234. Liczba uczestników była daleka od oczekiwanej, co świadczyło o chwilowej „zadyszce” projektu. Dla porównania w niektórych lokalnych biegach potrafiło wziąć udział nawet 600 śmiałków. Narodowy Bieg Naprzełaj na tle konkurencyjnych zawodów wyróżniał się otwartą formułą – obok profesjonalnych biegaczy startowali w nim również amatorzy marzący o wielkich sportowych karierach. Organizacja poprzednich edycji pozostawiała wiele do życzenia, ale czwarta odsłona była już godna swojej rangi. Start miał się odbyć w godzinach popołudniowych, a sama trasa, licząca około 6500 m, pozbawiona była tak nielubianych przez uczestników rowów z wodą, wzniesień i pagórków. Według ekspertów była jednak zbyt łatwa, a tym samym niegodna centralnego crossu. Niemal w całości prowadzona była bowiem po wiejskiej drodze, nie licząc krótkiego odcinka na cywilnym lotnisku. Wśród wielkich nieobecnych na czoło wysuwały się dwa nazwiska – mocnego ostatnio łodzianina Starosty oraz „leczącego rany” po niegroźnym wypadku motocyklowym olimpijczyka z Paryża Juliana Łukaszewicza (Polonia Warszawa). Po mocno spóźnionym starcie (względem planowanej godziny) peleton szybko się rozciągnął. Tempo na zmianę dyktowali Petkiewicz z Sarnackim, a pojedynek rozstrzygnął się pół kilometra przed kreską. Staszek wrzucił „szósty bieg”, oderwał się od czteroosobowej grupy i samotnie pomknął w kierunku mety. Po ukończeniu wyścigu wyglądał na świeżego. Szybko wyrównał oddech i wyprostował sylwetkę, pozując przez kilka minut do zdjęć oraz odpowiadając na pytania dziennikarzy. W rozmowie z prasą wyraził zadowolenie z wyniku, trasy i swojej postawy.

Heroiczną walkę o drugi stopień pudła stoczyli Sarnacki z „Kusym”. Szybszy o blisko trzy sekundy był ten pierwszy, w czym pomógł mu rów z wodą, na którym zyskał kilka metrów przewagi. Drugiego z asów zgubiło gapiostwo. Kusociński planował zerwać się do ataku na ostatniej prostej. Po pokonaniu ostatniego zakrętu ruszył w pogoń za klubowym kolegą, ale meta, czego wcześniej nie zauważył, znajdowała się już po 100 metrach i zabrakło mu czasu na zbliżenie się do Sarnackiego. Czwarty na metę wpadł świetny narciarz Zdzisław Motyka. Klasyfikację drużynową, a tym samym nagrodę ufundowaną przez Związek Strzelców dla klubu z największą ilością zawodników w pierwszej dwudziestce zdobyła Warszawianka. Natomiast wyróżnienie prezesa PZLA kapitana Jerzego Misińskiego dla najlepszego robotniczego zespołu trafiło w ręce przedstawicieli RKS WATT.

Petkiewicz dominuje w Narodowym Biegu Naprzełaj. Ze sporą przewagą zbliża się do mety w dobrej formie.

Apetyt Petkiewicza na wygrane rósł w miarę jedzenia. Łotysz nie czuł sytości, a do stolicy Wielkopolski zmierzał z prostym planem – przedłużyć serię zwycięstw do pięciu i potwierdzić dominację na krajowym podwórku. Niewiele brakowało, a Bieg o Puchar „Kurjera Poznańskiego” (4200 m) w obsadzie 200 zawodników odbyłby się bez głównego aktora. Podczas kontrolnych badań lekarskich doktor zdiagnozował u Staszka… żółtaczkę! Petkiewicz nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

– Ależ panie doktorze, przecież jestem zdrów jak ryba. W ciągu ostatnich dwu dni biegałem dwa razy i czuję się znakomicie – zaklinał się Staszek.

Lekarz kategorycznie odmawiał mu zgody na start, a tym, który wstawił się za Petkiewiczem, zresztą z dobrym skutkiem, był Kusociński!

– Nie może pan przecież, doktorze, dyskwalifikować zwycięzcy, to raczej niech pan nie dopuszcza nas wszystkich. Chory czy zdrów, ale przecież to ogólny faworyt – przekonywał medyka „Kusy”. Ten w końcu dał się przekonać i dopuścił młodszego z biegaczy do startu.

Na trasie Janusz próbował ze wszystkich sił dotrzymać Staszkowi kroku. Na finiszu zabrakło mu jednak paliwa w baku. Sprężysty krok stracił swój rozmach, a sylwetka kąt pionowy. Kusociński wpadł na metę ze spuszczoną głową i wzrokiem utkwionym w bieżnię ze stratą około 80 metrów do zwycięzcy. Początek sezonu należał do Petkiewicza. Bilans jego bezpośrednich pojedynków z rywalem wynosił 5:0.

Po serii crossów zawodnicy zamienili błotniste trasy na bieżnię stadionu w Rydze. Kadra Biało-Czerwonych na trójmecz bałtycki była mocno przetrzebiona. W składzie zabrakło między innymi Petkiewicza, co było pokłosiem niedawnej decyzji Łotewskiej Federacji Lekkoatletycznej (Latvijas Vieglatlētikas savienība – w oryginale). 24 lutego rodzimy związek nałożył na Staszka dyskwalifikację na czas nieograniczony! Wiadomość wywołała konsternację w siedzibie PZLA. Petkiewicz od dziewięciu miesięcy przebywał w Polsce i w opinii naszych władz nie podlegał jurysdykcji swojej macierzystej federacji. Zarzuty brzmiały absurdalnie, ale postanowiono ich nie lekceważyć. Zamierzano dogłębnie zbadać sprawę, a do czasu jej wyjaśnienia nasz mistrz miał embargo na występy z orzełkiem na piersi.

Brak czołowego biegacza odbił się „Kusemu” czkawką. Dzień przed meczem został poinformowany o konieczności startu na trzech dystansach. Lider kadry wzbraniał się przed przyjęciem końskiej dawki biegania (między innymi z powodu słabego stanu nawierzchni stadionu), ale kierownictwo związku było nieprzejednane. Uznano, że poświęcenie „Kusego” jest konieczne, jeśli marzymy o zwycięstwie w prestiżowej, trójstronnej rywalizacji.

Podróż do Rygi nie obyła się bez przygód. W Wilnie naszych kadrowiczów czekała przymusowa przesiadka. Do reprezentacji dołączył papa Klumberg, a wolny czas postanowiono wykorzystać na zjedzenie śniadania. Grupa żywo gestykulujących zawodników wracała z posiłku, gdy kątem oka dostrzegła na dworcu odjeżdżający skład pociągu. W jednym z wagonów mignęły im skonsternowane twarze dwóch członków ekspedycji – majora Mieczysława Łebkowskiego oraz Stefana Kostrzewskiego. Kadrowiczów z opresji uratował porucznik Józef Baran.

„Zbawca” naszej kadry Józef Baran (z prawej). Obok niego Rumun Alexandru Fritz.