Opis

Ola, studentka z Warszawy, poznaje w Petersburgu Siergieja. Wówczas nie wie jeszcze, jak bardzo pobyt w tym magicznym mieście odmieni jej życie. Tytułowe Białe noce spędzają razem. Tuż przed powrotem nieoczekiwanie jej serce ponownie zaczyna bić mocniej, ale tym razem do... brata Siergieja, Aleksandra, który właśnie wrócił z wojny w Czeczenii. Książka o skomplikowanych relacjach, odwadze i oddaniu w imię trudnej miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Strona tytułowa

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska

Projekt okładki: Łukasz Różyński

Skład: Izabella Król

Copyright © Marika Krajniewska, 2016

Copyright © Wydawnictwo Papierowy Motyl, 2016

Wydanie pierwsze • Toruń 2016

Wydawnictwo Papierowy Motyl

ul. gen. Józefa Hallera 31 • 87-100 Toruń

www.papierowymotyl.pl

[email protected]

ISBN 978-83-65615-05-3

Publikacja elektroniczna

Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście,

o wiele większe od bólu, który przynosi tęsknota.

Albert Einstein

Wróg zawsze wchodzi, wyważając drzwi

Śniła mi się wojna. Ratowałem dzieci z domu. To był ładny dom, z białymi drzwiami i dużym oknem, za którym widniały pożółkła trawa i kłosy zbóż. Były częściowo zdeptane. Niektóre jeszcze kołysały się na wietrze. Wróg miał nadejść z kierunku, na który wychodziło okno. Nie wiem, kim był ten wróg. W domu były ze mną dzieci. Zamknąłem drzwi na klucz, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że przecież dla wroga to żadna przeszkoda — zamek w drzwiach. I tak tu wejdzie. Wróg zawsze wchodzi, wyważając drzwi. W tym śnie miałem broń. Nigdy wcześniej mi się nie śniła. To był pistolet — nie znam się na tym zupełnie — taki, który można zobaczyć w filmach sprzed lat. Pomyślałem sobie, że wszystko będzie dobrze i wtedy się obudziłem. Za oknem trwała wojna. Jak śnieżna kula — zbierała po drodze coraz większe pokłady wiary, nadziei i miłości. Zabierała je ze sobą i przygniatała, nie zostawiając nic oprócz zatartych śladów naszych stóp. Były tu jeszcze przed chwilą. Wszyscy to widzą, patrząc w ekrany plazmowych telewizorów, dumnie wiszących w salonach, sypialniach, kuchniach i jadalniach. Tam są ślady, które za chwilę zostaną zmiecione z powierzchni ziemi. Wystarczy kilka pocisków, tak jak w Doniecku. Kilka pocisków. Urwane ręce, tułów bez nóg. A jeśli bez nóg, to i śladów już nie będzie. Po tych, co kiedyś razem, wspólnie, w wielkim państwie jak brat z bratem. Razem w dzieciństwie czytali o Mariesjewie. I na trzepakach siedzieli całymi wieczorami, nie zważając, czy to Leningrad, czy Czerkasy. A wiesz co?Ja mam tę wojnę w dupie. Mnie mojej własnej wystarczy. Moja wojna jest głucha. Nie słucha nic, a nic. Tylko się szczerzy i odbija jej się moimi niegdyś podjętymi decyzjami. To ta wojna, moja własna, jest najstraszniejsza. A ty jesteś w tej wojnie wrogiem, brat. Здесь птицы не поют, деревья не растут. И только мы к плечу плечо врастаем в землю тут[1].

Siergiej

Nogi zgniatały bury śnieg i maleńkie kawałki lodu, odskakującego od asfaltu pod wpływem nacisku stopy w zimowych, ciężkich butach. Nikt tego nie zauważał. Każdy patrzył tylko na plecy osoby przed sobą, własnymi plecami zasłaniając się od reszty świata. Świata, który się spieszył tam i tam, i jeszcze dalej. Plecy osoby przed skręcały, przyspieszały, czasem nagle zwalniały, aby w ostatniej zniknąć w mijanym budynku lub ominąć zaznaczoną biało-czerwoną taśmą niebezpieczną przestrzeń. Wejście w tę strefę groziło utratą zdrowia na skutek uderzenia przez gigantyczne sople lodu, złowrogo zwisające z dachów, daszków, rynien i rynienek.

Szedłem stanowczym, szybkim krokiem, starając się nie zwalniać, co jakiś czas wręcz przyspieszałem. Raz po raz zerkałem ukradkiem na urbanistyczny krajobraz, jedyny w swoim rodzaju, ten najważniejszy, bez którego nie wyobrażałem sobie życia. Kiedy kilka lat temu wyjechałem do pracy sezonowej za granicę, brakowało mi tego. Tęskniłem za powietrzem i wodą, która okala miasto, zastygając zimą w mglistym bezruchu. Woda w granicie zaklęta. Tęskniłem za parą wydobywającą się z ust podróżnych stłoczonych na przystankach marszrutek, której kłęby mieszały się ze sobą, naruszając intymność zaspanych studentów, pracowników, próbujących szerzej otworzyć oczy i poczuć, na siłę poczuć coś więcej niż lodowate ostre powietrze ciemnego poranka. Lodowate poranki cięły skórę, haratały usta, doprowadzały do utraty tchu, zmuszały do codziennego obcowania z bólem, którego za każdym razem miało się dość. Ale zapominało się o nim na widok nadjeżdżającego pojazdu, w którym za chwilę, przecisnąwszy się przez tłum ludzi walczących z tym samym bólem, mogłem się schować. Żegnałem się z bólem aż do wieczora, kiedy będzie tak samo zimno i tak samo ciemno. I tak samo pusto — gdzieś w głębi siebie. Ale teraz to nie było ważne. Teraz widziałem plecy tłumu, które niczym boje na bezkresnych wodach prowadziły do celu, którego wcale nie miałem. Brak celu nigdy nie był przeszkodą, by do celu zmierzać. Najwyżej osiągnie się cel zupełnie kogoś innego, tak przy okazji.

Przeszedłem na drugą stronę ulicy, zerkając w lewo i prawo. Potem znowu w lewo. Tłum po lewej poruszał się w tym samym kierunku, depcząc brunatny lód, którego odłamki trafiały prosto do celu. Celu, który znajdował się metr nad ziemią. Na drewnianej deseczce przymocowanej do niewielkich kółek. Cel trzymał zaciśnięte pięści na drewnianych klockach, którymi odpychał się od jezdni. Odpychał się z trudem, ślizgając się na nieodkutym lodzie, czasem podnosząc rękę, próbując uchronić twarz przed lecącym w jej stronę odłamkiem. Twarz znajdującą się niecały metr nad ziemią. Nie umiałem określić jego wieku. Przeszedłem obok, zostawiając go w tyle, ale zawróciłem, wciąż patrząc w dół. Spojrzał na mnie, tocząc swój wózek, i uśmiechnął się, wypowiadając najzwyklejsze na świecie „Nie trzeba, dzięki”, po czym zostawił mnie na środku przejścia dla pieszych, w pozycji nieudolnej chęci niesienia pomocy. Zawsze tak miałem — kiedy nagle mnie oświecało, że wypadałoby komuś pomóc, a ten ktoś nie przyjmował mojej pomocy, czułem się bezbronny. Jakbym przejmował na siebie stan, w jakim miał tkwić człowiek, któremu wcześniej zamierzałem pomóc.

— No chodź — usłyszałem jego głos. Był chropowaty, taki stereotypowy. Szorstki, taki, jaki powinien być. Spojrzałem na drugą stronę jezdni. A tam, metr nad ziemią, machała ręka, próbując ściągnąć mnie z przejścia, do którego zbliżały się trzy rzędy aut.

Gdy dotarłem do chodnika, człowieka na desce zamiast wózka inwalidzkiego już nie było. Zniknął. Tak samo jak znikali wszyscy tacy. Kiedyś. To były piękne czasy. Oddech, wreszcie można było oddychać pełną piersią. I ludzie tak właśnie robili — wciągali w płuca gorące, wciąż zakurzone powietrze i wcale nie spieszyli się z jego wypuszczaniem. To było powietrze, w którym czuło się smak wolności. Albo może tak się tylko wszystkim zdawało. A nawet, jeżeli się zdawało, to co z tego? Przecież tak było łatwiej. Po tylu latach, przejściach, próbach, po licznych stratach i wielkim zwycięstwie. Wielki powrót wyzwolicieli był skąpany w kwiatach. Wtedy chciało się wąchać świeży zapach goździków i bzu. I przymykać oczy na ruiny, te dookoła, które nadawały się do rekonstrukcji, a także te w środku, których już nigdy nie da się odbudować. Teraz świat miał wyglądać pięknie. Planom odnowy towarzyszył entuzjazm. Wszystkich. Na ulicach odradzało się życie. Szpecili tylko ci, którzy wrócili cudem ocaleni. Wyzwoliciele. I z tym sobie szybko poradzono. W jedną noc. Przestali przesiadywać na prowizorycznych wózkach, bez nóg, przestali żebrać w przejściach, przy sklepach i kawiarenkach. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęli. Wszyscy. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, którą miał tylko jeden człowiek. W nocy, żeby ciszej, żeby bez przeszkód i świadków, wrzuceni do pociągów, wyruszyli w podróż tam, skąd nie mieli prawa wrócić. Zapomniani, zabłąkani w swoim szczęśliwym ocaleniu.

Szedłem dalej, próbując uciec przed chłodem, ale jednocześnie napawając się nim. Miałem w sobie wiele sprzeczności, zupełnie tak jak miasto, w którym przyszedłem na świat, w którym się wychowałem. Chowałem w sobie skrajności tego miasta i całego państwa, tego, którym do niedawna było. Pielęgnowałem nieświadomie skrajności wielkiego i potężnego kraju. Spiesząc się, zawsze nuciłem piosenkę, którą pamiętałem z przedszkola. Za nic w świecie nie chciała opuścić mojej głowy. Każdym kolejnym krokiem, stukając podeszwą o zmarznięty asfalt, wybijałem rytm. A słowa same cisnęły się na usta.

Широка страна моя родная, много в ней лесов, полей и рек...[2].

— To już nie jest twój kraj szeroki — miał w zwyczaju mówić Aleksander, mój starszy brat, słysząc znajomą melodię.

— Czy to ma jakieś znaczenie? — zapytałem kiedyś.

— Dla ciebie nie, brat — odpowiedział Aleksander. — Ale dla mnie owszem.

Aleksandra nie było wtedy w domu. Mówił przez telefon, chciał zamienić z matką kilka słów, jak zawsze w niedzielne popołudnie, ale tym razem natknął się na mnie. Matka była na urodzinach swojej koleżanki. Aleksander dzwonił z Groznego. Był na wojnie. Dzisiaj też nie będzie go z nami. Ani ze mną, ani z matką i ojcem. Mimo że dawno osiągnęliśmy wiek pełnoletni, nie wyobrażaliśmy sobie witania Nowego Roku bez rodziców. Na imprezę wyruszaliśmy dopiero po północy. Tak chcieliśmy, my sami. Taką stworzyliśmy sobie tradycję, której dziś jeden z braci nie dotrzyma. A przecież dziś był szczególny Nowy Rok. Zwiastował wielkie zmiany. Jeszcze do dzisiejszego południa te domniemane zmiany, na które czekali chyba wszyscy, wiązały się z nadejściem nowego tysiąclecia. Ale jedno wydarzenie zbiło ludzi z tropu. Zmieniło tor oczekiwań narodu, zaskakując i pozostawiając za pięć dwunasta w stanie zadziwienia i nieeleganckiej poufałości, z którą nie do końca wiadomo, co zrobić. No bo jak tak można? Zmiany miały nadejść o północy. A nie w południe, dwanaście godzin przed Milenium. Nie robi się ludziom takich rzeczy. Nie traktuje się tak całego narodu, zgromadzonego w kuchniach i szykującego się do przywitania nowego tysiąclecia. Jego nadejście mogło się schować ze swoją ważnością.

— Drodzy Rosjanie — powiedział tonem bardzo chorego człowieka. Ledwie można było odróżnić wypowiadane przez niego sylaby. Wypadały z jego ust, jakby bardzo pragnęły wydostać się na wolność, ale były na siłę trzymane w niewoli. Te sylaby na wolności, upragnionej wolności, szybko milkły i traciły sens. Dlatego brzmiały niewyraźnie, a cała dalsza mowa wymagała od telewidzów nie lada skupienia. — Zostało niewiele czasu do nadejścia magicznej daty w naszej historii: rok 2000, nowy wiek, nowe tysiąclecie. Wszyscy próbowaliśmy sobie wyobrazić, najpierw w dzieciństwie, potem jako nieco starsi — ile lat będziemy mieli w 2000 roku, ile lat będzie miała nasza mama, nasze dzieci. Wydawał nam się takim odległym ten niezwykły Nowy Rok. — Jego twarz była ogromna, rysy niezbyt wyraźne, oczy nabrzmiałe, opuchnięte. Mówił z trudem, powoli, choć miałem wrażenie, że chciałby już to mieć z głowy. — ...Dzisiaj ostatni raz przemawiam do was jako prezydent Rosji... — Choinka za plecami Jelcyna wyglądała tak samo kiczowato, jak wszystko, o czym mówi z ekranów telewizorów. Chociaż nie wyglądało to na primaaprilisowy żart, brzmiało podobnie.

Dotarłem do celu. Wstukałem kod w domofonie i mocno, porywczo pociągnąłem drewniane drzwi prowadzące do klatki schodowej. W biegu pokonałem kilka schodków, by minąć wielki stary kaloryfer, przymocowany do ściany. Dzisiaj ten kaloryfer był pusty. Wyciągnąłem jednak z kieszeni kurtki foliową torebkę. Wychodząc z domu zapakowałem do niej dwie kromki chleba i jednego mielonego. Zawiesiłem torebkę na grzejniku. Na podłodze zauważyłem nietkniętą butelkę wody i karton soku, a za nim małą buteleczkę szampana. No tak, Nowy Rok.

Wchodząc na właściwe piętro, usłyszałem trzaśnięcie drzwi, a po dłuższej chwili zachrypnięte „dziękuję”, rzucone wcale nie od nie chcenia, ale po cichu, z poczuciem wielkiego wstydu.

Bezdomnych było w Petersburgu bardzo dużo. A ja od dzieciństwa na ich widok płakałem. Matka najpierw się dziwiła, a potem zaczęła nosić ze sobą specjalną chusteczkę do nosa, taką z materiału, nie żadną papierową, do jednorazowego użytku. Ta moja chusteczka była niebieska, z bordowymi rombami na brzegach, nie z żadnymi kwiatuszkami. To była męska chusteczka — tak nazwała ją matka. Nie wiedziałem, czy ta nazwa miała pohamować moje całkiem niemęskie wzruszenie, czy po prostu dodać otuchy, kiedy zaczynałem się rozklejać na widok brudnych, cuchnących obywateli. Zachrypnięte „dziękuję” po cichu wtargnęło do mojego serca, kiedy zamykałem za sobą drzwi.

Wszedłem do środka. Ciasny przedpokój, w którym w zupełnie nieprzewidywalny sposób mieściły się: rower — ustawiony pionowo na tylnym kole, trzylitrowe słoiki z sokiem pomidorowym domowej roboty, dwa kartony z książkami i jeden, zawsze otwarty z wrzucanymi byle jak zimowymi butami. Kilka par szpilek było ustawionych na półce, przymocowanej do pokrytej tapetą ściany. Taki studencki dobytek. Bywałem tu od niedawna. Zawsze starałem się czmychnąć czym prędzej do kuchni, w której przeważnie któryś z domowników albo odwiedzających stał przy garach.

— O, to ty — powiedziała, stojąc wcale nie przy garach, ale na długim stole kuchennym, w szerokim rozkroku, wieszając pranie na rozciągniętych białych linkach tuż nad stołem. — Dlaczego w tym kraju wiesza się pranie akurat nad stołami? — zachichotała. Była piękna. Najpiękniejsza właśnie taka, jak teraz. Bosa, z podwiniętymi do kolan nogawkami spranego szarego dresu, w różowym podkoszulku, pod którymi nie miała stanika. Patrząc na nią, poczułem tęsknotę. Nie wiedziałem, z jakiego powodu. Odwróciła się, łokciem potarła nos i nachyliła się nade mną. Poczułem na czole ciepło jej ust. To miało być urocze, słodkie i niewinne zarazem. Byłoby niewinne, gdyby nie dekolt podkoszulka, który odchylił się, ukazując jej nagie piersi. Uwielbiałem je, ale to nic dziwnego. Zawsze smakowałem je pomału. Jak w dzieciństwie porcję lodów waniliowych w bladym wafelku. Tak zwyczajnie, prawie bez końca. Położyłem dłonie na jej pośladkach i przyciągnąłem do siebie.

— To nie kwestia kraju, moja droga, tylko miejsca, w którym się znajdujemy.

Do kuchni weszła Milena.

— Przeszkodziłam? Proszę wybaczyć, idę z powrotem, zagłębię się w lekturze — oznajmiła, poprawiając okrągłe okulary, zjeżdżające z jej nosa, po czym zrobiła zwrot w tył.

— Poszła sobie — powiedziałem po cichu, mając nadzieję na ciąg dalszy. Przynajmniej na dotknięcie chropowatej skóry piersi swoimi ustami. Ale odwróciła się ode mnie, chwyciła pustą miskę, w której wcześniej leżały wyprane rzeczy, i pobiegła do łazienki.

— Zamieszaj barszcz! — krzyknęła, a zaraz potem moich uszu dobiegł szum odkręconej wody.

Rozejrzałem się, chwyciłem chochlę wiszącą przy suszarce do naczyń i zamieszałem barszcz. A potem usiadłem na podłodze, opierając się o lodówkę.

Z łazienki dolatywał szum wody. Zamknąłem oczy. Z uśmiechem wyobraziłem sobie, jak dres spada z jej bioder i ląduje na podłodze, obnażając jasną nagość.

— Co ty na to? — spytała Milena, która znów pojawiła się w drzwiach. Stała wyprostowana, jedną nogę oparła o framugę. Okulary wciąż zjeżdżały z jej nosa.

— Może śrubkę ci dokręcę? — Spojrzałem na te okulary.

— Nie, dzięki, zawsze tak zjeżdżają. Taka już moja uroda. No więc? — w dalszym ciągu czekała na odpowiedź.

— Co ja na co?

— Na przekazanie atomowej walizeczki w dobre ręce. Westchnąłem.

— Idą zmiany — powiedziałem po dłuższej chwili. Automatyczny system sterowania jądrowymi siłami strategicznymi „Kazbeg” był przekazywany z rąk do rąk od 1991 roku, kiedy to 25 grudnia o 19:38 ostatni prezydent Związku Radzieckiego, Michaił Gorbaczow, przekazał swoją spuściznę pierwszemu prezydentowi Rosji — Borysowi Jelcynowi. Pamiętałem, rzecz jasna, tylko te dane i nic więcej. Zauważyłem tylko, że czerwona flaga nad Kremlem już nie była czerwona. W zasadzie nigdy dłużej nie zastanawiałem się nad istnieniem walizki. Raz czy dwa słyszałem jakieś historie, jak to na czas operacji serca Jelcyn przekazał ją Czernomyrdinowi, taka przynajmniej była oficjalna wersja. Podobno tak się jednak nie stało. Podobno oficerowie noszący walizeczkę najzwyczajniej w świecie siedzieli w hallu szpitala, aby zaraz po tym, jak Jelcyn doszedł do siebie, przekazać mu walizkę we władanie. Kazbeg został wdrożony w 1983 roku. Gdybym jednak się nad tym wszystkim zastanowił, zapewne przyszłoby mi do głowy pytanie: Jak można ufać jednej osobie?

Ufałem. Jednej. Bratu. Tak, ufałem bezgranicznie, tak jak ufa się rodzicom w dzieciństwie, kiedy nie zna się strachu. Kiedy dni są beztroskie i idealne. Kiedy zachcianki są spełniane przez los. Kiedy stanie w kolejce po wódkę, bo akurat przywieźli do osiedlowego sklepu, z kartkami na alkohol w garści, przynosiło tylko radość i pozytywne emocje. Bo obok byli koledzy z podwórka, a mama, stojąca nieopodal i rozmawiająca z mamą Pieti lub z babcią Waśki z pierwszej klatki, tak pięknie się uśmiechała. Nieco wcześniej ufałem też rodzicom. Do czasu, kiedy przyłapałem matkę na pokątnych łzach, a ojca na braku zrozumienia. To było chwilowe, choć miało powtarzalną naturę. Mimo wszystko łatwo mi było o tym zapomnieć.

— Jego też będziecie mylić z Bogiem? — pytanie Mileny wyrwało mnie z zadumy.

— Nie, skąd.

— Najpierw car, potem prezydent. Bo Boga u was nie ma — wyjaśniła.

Milczałem. Poczułem zażenowanie, chociaż nie wiedziałem dlaczego. Krępowała mnie ta rozmowa. Nie lubiłem poruszać tematu przywódców, polityków.

Ola wreszcie opuściła łazienkę. Pojawiła się w kuchni z ręcznikiem zawiniętym na włosach. Uśmiechnąłem się lekko. Fascynowały mnie kobiety z mokrymi włosami. Mogły być ubrane od stóp do głów, ale ociekające wodą włosy obnażały je w moich oczach. Bynajmniej nie za sprawą mojej wybujałej wyobraźni czy fantazji. Nie musiałem nic sobie wyobrażać. Wszystko widziałem jak na dłoni. Krople spadające z wilgotnych, zlepionych wodą włosów były bardziej intymne niż łzy. Niektóre doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Inne nie. Trzymały niżej głowę, lekko mrużyły oczy, ich uśmiech był delikatny, taki ledwo widoczny, i tylko unosiły kąciki ust. Różowiły się, patrząc prosto w jego oczy. Ich lekko zaokrąglone plecy zdradzały niepewność, nieśmiałość. Całe ciało wołało: zaopiekuj się mną. Krople spadające z włosów stawiały wielokropek. Nęciły i dopowiadały słowa, których one same nigdy nie wypowiadały. A właśnie te niewypowiedziane słowa zawsze były najważniejsze. Prawda kryje się w milczeniu. To wiedziałem na pewno.

Wziąłem Olę za rękę. Miała szorstką, zimną skórę. Pocałowałem jej nadgarstek, a ona się uśmiechnęła, zaczerwieniła i delikatnie wysunęła dłoń z mojej. Odwróciła się, by zagłuszyć swoje uczucie — mieszając sałatkę, dokładnie już wymieszaną.

Ola była zakochana. Flirtowała, pozwalała się uwodzić. Czuła też, że zaczyna się ze mną zaprzyjaźniać. Nasz dotyk zawsze był delikatny, powolny, sycący. Znaliśmy się od kilku miesięcy, dzieliło nas wszystko, ale snuliśmy plany. Wierzyłem w nie. A ona? A ona po prostu nie zastanawiała się nad tym, co się stanie, kiedy wiosną skończy się stypendium i przyjdzie czas powrotu do Warszawy. Miłość znała z romantycznych powieści, zazwyczaj kończących się happy endem, albo tych o zwiększonej dramaturgii, ale tego nie brała pod uwagę. Była ze mną. Tu i teraz. Bała się myśleć o przyszłości, o której mówiłem, wchodząc w nią, patrząc prosto w jej przymrużone oczy. Zawsze spokojnie, zawsze z namaszczeniem, jakbym się bał spłoszyć, a może nawet znieważyć ją swoją gwałtownością, choć czasem miałem na nią ochotę.

A potem się okazało, że końca świata nie będzie

Wtedy uległem sztucznie wywołanej panice ogółu. Bałem się nawet, że już więcej się nie spotkamy, brat. A potem się okazało, że końca świata nie będzie. Przynajmniej nie teraz. Ale ja już tęskniłem — za tobą, a nie za nią. Pytałem siebie — dlaczego? Czy powodem była odległość, która już teraz nas dzieliła, i wojna, która się toczyła tam, gdzie byłeś? Czy może zaczynałem podsłuchiwać szepty swojej intuicji? Wtedy tak bardzo chciałem ci to powiedzieć. To o miłości i takie tam. Powinieneś był wówczas porozmawiać po męsku z młodszym bratem, poklepać po ramieniu, powiedzieć, że mam szczęście. Powinieneś był trzymać kciuki za moją miłość. Jednak nie powiedziałem ci tego — ani wtedy, przez telefon, kiedy po życzeniach szczęśliwego Nowego Roku, składanych po raz pierwszy całemu państwu przez Putina, zabrzmiały kremlowskie kuranty, ani później, kiedy wreszcie przyjechałeś po zajęciu Groznego, powstrzymując się przed uronieniem łez po tym, jak twoi koledzy przelali krew.Zawsze mam w pamięci słowa dziewczyny, którą spotkałeś w Groznym. Kim ona była? Narodowościową sałatką. Tak mówiła w dzieciństwie jej mama — Rosjanka, żona Czeczena, szczęśliwe małżeństwo z terminem ważności, który minął w 1994 roku. Gdy w centrum miasta, na ulicy Róży Luksemburg, w odległości jednej przecznicy od ulicy Pokoju, zginęli staruszkowie — bohaterowie wojenni. Mieszkali na czwartym piętrze, pociski spadły w nocy. Trzy doby słyszała jęki uwięzionych pod ciężkimi betonowymi płytami, spod których nie było jak ich wyciągnąć. Nawet nie wiem, czy to ważne, czyj samolot wojskowy odpalił pocisk. Istotne jest to, że w ogóle odpalił. A ta dziewczyna — ile miała wtedy lat? Mówiłeś, że dziewięć. Nie umiała jeszcze płakać. Za bardzo się bała, słuchając zawodzenia najbliższych sąsiadów wielu narodowości. A teraz pozdrowiłeś mnie od niej. I powiedziałeś, że jej rodzina jest jedyną rosyjską rodziną, która mieszka w tym bloku w Groznym. Pozostałe albo uciekły, albo zostały zadźgane. Teraz ja też zacząłem się bać, brat, choć moje sprawy były wtedy nieważne. Przecież końca świata miało nie być.

Siergiej