Hej, mała! - Marika Krajniewska - ebook
Opis

Rodziny się nie wybiera? A właśnie że tak!
Tych dwoje od dawna coś do siebie czuje, ale brakuje im odwagi, by zrobić kolejny krok. Gdy Asia widzi, że Paweł coś ukrywa, do głowy przychodzą jej najgorsze scenariusze. Czy miejsce u boku ukochanego zajęła inna kobieta, a marzenia o byciu mamą przestaną być realne?
Gdy Paweł jest zajęty swoimi tajemnicami, jego nastoletnia córka Nastka zakłada bloga kulinarnego z przepisami z rodzinnych notatek sprzed wielu lat. W rozwijaniu nowej pasji będą chciały jej pomóc przyszywane babcie, które stanowczo za często pakują się w kłopoty. Co wymyśliły tym razem i jak zareaguje Nastka, gdy się o tym dowie?
To naprawdę niezwykła rodzinka z wyboru. Pokochacie ich, bo wzruszają i bawią do łez!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 320

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Maria Krajniewska, 2019

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © photographee.eu (Katarzyna Białasiewicz) | Depositphotos, © lifeonwhite (Eric Isselée) | Depositphotos, © Tiger Images | Shutterstock

978-83-66381-56-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Gubimy nie po to, by stracić,

lecz by odnaleźć siebie w tu i teraz.

Szmuliki

twaróg – 250 g

masło – 250 g

mąka pszenna – 2 szklanki

żółtka – 2 sztuki

Wszystkie składniki posiekać (pamiętaj, by posiekać, a nie zanurzyć palce i miętosić, jak to mamy w zwyczaju), wyrobić ciasto i włożyć w zimne miejsce na co najmniej godzinę. Ciasto rozwałkować, powycinać szklanką krążki, każdy złożyć na pół i znów na pół i posypać zdrowo cukrem. Zapiekać w piecu, aż się zarumienią.

Lato ponagla. Nieuchronny koniec nastraja melancholijnie. Wyjedziemy – jak zawsze – z sioła, wyjedziemy i przez rok nie będzie widu ani słychu ani o nim, ani o nas. Nie będzie tego smaku, zapachu, nic nie będzie. Nawet tego delikatnego powiewu czegoś, czego nigdy nie rozumiałam. Czas na coś prostego, najprostszego, by zająć dłonie, by nie błądziły. By zająć myśli, by nie zdradziły swoich zamiarów. Mąka mąci. Dźwięk kruszonego cukru brzmi niczym cichy śpiew chrzęstu twardego śniegu najmroźniejszą zimą o dziesiątej rano, gdy spowite nocą ulice miasta wciąż każą spać, zasypiać, zamykać oczy, być w niebycie zatrważającej zimy, powracającej zbyt szybko, zawsze nazbyt szybko. Kruszywo jest delikatne i nietrwałe. Cieszy palce lodowatym dotykiem, przynosi ukojenie, ale znów przywołuje wspomnienie zimy – tej minionej, tej bez niego. Uświadamia, że nasz czas dobiega końca. I tak znowu, i znowu. Kolejny rok, kolejny już rok mija bezpowrotnie. Najgorsze są właśnie te poranki. Bez niego. Dlaczego bez niego, dlaczego znowu bez niego?

Masło wiejskie umizguje się pod palcami. Pociesza. Opuszki ślizgają się niczym my na łyżwach, gdy na Newie spotykamy się w Nowy Rok. Czy to już jest nasza tradycja? Czyli coś niezmiennego, co już tak zostanie na zawsze? Phi, też mi coś. Szklanka zbita – wyślizgnęła się z tłustych dłoni. W niepamięć, puścić to wszystko w niepamięć. Bez skrupułów postawić krzyżyk. Posypać cukrem, choć znów dodałam go do ciasta, znów przesłodziłam pod wpływem tej ostatniej nocy, po której zamiast niego na poduszce leżał liścik. Że kocha. No i co z tego? Posypuję cukrem z każdej strony każdy trójkącik i układam je na blasze, by tego sierpniowego dnia włożyć je do pieca rozgrzanego jak moje serce. By się rumieniły jak moje policzki i kark i pociły jak cała ja, gdy strużki ściekają pomiędzy moimi piersiami pod jego dłońmi i tam wzdłuż kręgosłupa lecą krople, które udaje mu się złapać, coraz bardziej rozpalając wszystkie zaspane członki. Nadgryzam ciasteczko i wiem, że już dziś nie przyjdzie, a ja obejdę się smakiem. Smakiem kruchych szmulików. I udam się na pociąg, który zawiezie mnie do domu. Pustego, cichego i całkiem bez gustu.

– I basta! – powiedziała Nastazja, wychodząc. Nie trzaskała drzwiami, nie miała takiej potrzeby. To zachowania „tych” dorosłych. Najwyraźniej uważają, że mogą sobie pozwolić na ekspresję w wyrażaniu emocji. Ona sobie nie pozwalała. Może dlatego, że nagle polubiła ciszę jeszcze bardziej niż kiedyś. Szukała jej całymi dniami, gdy przebywała w szkole. Znajdowała zazwyczaj w dwóch miejscach. U Ulki w domu, gdy jej matka „sterczała na dachu”, jak to rudowłosa piegowata ujmowała, a także w mieszkaniu Gieni, która chyba ciszę szanowała tak samo jak Nastka. Uciekała więc. I tęskniła jednocześnie.

Pukała coraz głośniej, zastanawiając się, czemu po prostu nie naciśnie klamki i nie wejdzie do środka. Drzwi zazwyczaj nie były zamknięte na zamek. Wejść mógł każdy, kiedy tylko miał na to ochotę. Może właśnie dlatego Anastazja wciąż pukała, czekając cierpliwie, by Gienia chociaż krzyknęła: „Proszę!”. Chodziło tu o to, by nie być tym „każdym”, a taką się właśnie ostatnio czuła.

Anastazja oparła czoło o framugę i znów zapukała. Tym razem delikatnie, z rezygnacją. Gdy przestała, oparła dłoń i zaczęła bezwiednie skrobać farbę na framudze. Ta była zielona, stara i brzydka.

– Czemu zachowujesz się jak mysz? – Gienia stała w otwartych drzwiach i patrzyła na rękę dziewczyny.

Anastazja podskoczyła z zaskoczenia.

– Nie spodziewałaś się, że otworzę? – Gienia zadała kolejne pytanie, nie czekając na odpowiedź na to poprzednie.

– Sama nie wiem – odparła Nastka, nie mogąc się powtrzymać od odrywania z framugi maleńkich fragmentów starej farby.

– Może by to przemalować? Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? Namaluję tu bluszcz, dookoła drzwi, o! Dzięki za podpowiedź. – Gienia powiodła wzrokiem po framudze, pukając przy okazji w drewniany element okalający drzwi.

– Szukasz skarbu? – wydukała Anastazja.

– O, wreszcie przejaw jakiegoś zainteresowania z twojej strony – odparła Gienia. Widząc pytanie malujące się na twarzy dziewczyny, dodała: – Korniki! Szukam, czy są. Nie ma… chyba że są. Właź – zarządziła i zniknęła w mieszkaniu.

Anastazja weszła, zamknęła za sobą drzwi, przekręcając klucz w zamku, i pospieszyła do salonu. Rzuciła okiem na stół pokryty starymi gazetami. Ilość plam od farb była niezliczona. Na samym środku prezentował się kamień – hipopotam albo lama, Anastazja nie była tego do końca pewna. Wolała nie pytać Gieni, by nie wprawiać jej w zakłopotanie.

– To Elżbieta – burknęła staruszka, lecz nie dopowiedziała nic więcej, by można było rozwiać wątpliwości co do gatunku zwierzęcia.

– Aha – burknęła Nastka i podeszła do okna. Było otwarte, a aromat świeżo skoszonej trawy miło zaskakiwał w miejscu, w którym zazwyczaj rządził zapach farb.

– No dobrze, mów. – Genowefa rozsiadła się w starym fotelu. A Nastazja pomyślała, że każdy stary człowiek ma w swoim mieszkaniu stary fotel, który starzał się razem ze swoim właścicielem. W sumie nie wyobrażała sobie Gieni w otoczeniu nowoczesnych mebli. Jedyną akceptowalną rzeczą z tak zwanej innej epoki była hulajnoga, z której uparcie korzystała starsza pani.

– Powinnaś zacząć używać elektrycznej – powiedziała Nastazja, nie zdradzając, co ma konkretnie na myśli.

– Nie, bo wtedy lekarz będzie mi kazał chodzić na gimnastykę dla starych pryków. – Gienia chwyciła wszystko w lot. – Ale nie o tym miałaś mówić.

– Aha – burknęła ponownie Nastazja, siadając na parapecie.

– Powtarzasz się. – Babcia uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– A ty stajesz się coraz bardziej podobna do Marysi. – Na buzi dziewczyny też pojawił się uśmiech.

– Ha, dobre! To ona do mnie się najpierw upodobniła. Ja jej tylko oddałam pole do popisu. Na chwilę.

– Długa ta chwila. – Śmiech Nastazji spłoszył gołębie siedzące na lipie za otwartym oknem.

– Dlaczego tak rzadko to robisz? – spytała staruszka, ściskając miękką piłeczkę do rehabilitacji. – Powinnaś…

– Już próbowałam – przerwała Nastka, zgadując, co Gienia chciała jej poradzić. – Ale nie pomogło, tylko zaczęli na mnie dziwnie patrzeć i… – zawahała się, lecz po chwili dokończyła: – Wytykać palcami.

– A więc to o to chodzi? Do buka próbowałaś? Poprawia humor. Zawsze. A na co ci zwracanie uwagi na to, czy wytykają palcami? – Gienia perorowała niestrudzenie, zanurzając się w jeden ze swoich ulubionych tematów: dobroczynne skutki obejmowania drzew.

Nastazja popatrzyła na babcię jak na lekko stukniętą.

– Czego nie rozumiesz? – spytała Gienia, widząc minę nastolatki.

– Łatwo ci mówić.

– Pewnie, że łatwo. Generalnie ty też doskonale władasz polskim, tobie też nie powinno mówienie sprawiać trudności. – Genowefie znudziło się bezczynne siedzenie w fotelu i miętoszenie piłeczki. Czuła się jak psychoanalityk, którym nigdy nie chciała być. Toteż wstała, by przycupnąć na taborecie przy stole i sięgnąć po paletę, pędzel i kamień w kształcie serca.

– O, wróciłaś – skwitowała Nastazja.

Tym razem wyraz twarzy babci prosił o wyjaśnienia. Nastazja znów się roześmiała, lecz tylko machnęła dłonią. Lubiła, gdy to Mryśka zachowywała się tak, jakby pozjadała wszystkie rozumy i aż kipiała ironią, podczas gdy Gienia zgrywała niekumatą starszą panią.

– Topię się – powiedziała dziewczyna po chwili milczenia, gdy śmiech rozszedł się po kościach, a zapach trawy przestawał zaskakiwać przy każdym podmuchu wiatru. Genowefa znieruchomiała. Pędzel przestał tańczyć w jej zreumatyzowanej dłoni. Wyglądało to tak, jakby kolory postanowiły schować się w cień.

– To może jakieś koło ratunkowe? – zagaiła, doskonale wiedząc, że ciągu dalszego dziś nie będzie. Dwa słowa mówiły wszystko. Na więcej nie było czasu ani miejsca. Nie było też potrzeby.

– Nie wiem, czy chcę. – Odpowiedź zaskoczyła je obie. Na tyle, że Anastazja zeskoczyła z parapetu i zaczęła krążyć po pokoju, a Gienia wstała i chwyciła hulajnogę, jakby miała wyruszyć z misją. – Jedziesz dokądś? – spytała zbita z tropu Nastazja.

– A ty za chwilę dasz sygnał do szturmu na Pałac Zimowy? – odparowała Gienia.

– O czym ty mówisz? – Anastazja stanęła na środku pokoju.

– Krążysz jak krążownik po Newie – pospieszyła z wyjaśnieniami babcia.

– Aurora wtedy stała przy brzegu – zaprzeczyła dziewczyna.

– A mniejsza z tym. – Gienia machnęła jedną ręką, drugą wciąż trzymając się kurczowo hulajnogi. – I co teraz? – spytała.

Anastazja wzruszyła ramionami. Zegar wskazywał piętnastą, ale tak naprawdę godzina nie miała żadnego znaczenia. Nic nie miało znaczenia.

– Pójdziesz na dno? – spytała Gienia, lecz Anastazja nie odpowiadała. – No, mała, pomyśl tylko. Pójdziesz na dno i tyle z tego będzie.

– Z czego?

Genowefa nabrała w płuca powietrza, uniosła obie ręce, puszczając hulajnogę, która z hukiem runęła na podłogę i zatoczyła krąg.

– Ze świata – syknęła na wydechu. – Ze świata – powtórzyła łagodniej.

– Z jakiego świata? Gieńka…

Genowefa uniosła brew. Usłyszane słowa zaskakująco przypominały sposób wypowiedzi Marysi i Małej Mi razem wziętych. To było niepokojące i zatrważające. Starsza pani znów usiadła w fotelu i pożałowała, że nie pali. Fajka i kraciasty kaszkiet teraz by się bardzo przydały. Nie zagwarantowałyby jej pewnie przenikliwego umysłu Sherlocka, ale może chociaż poczułaby się pewniej.

– Świata żywych, moja droga – usłyszały obie. Spojrzały na drzwi.

Stała w nich Maria. Miała na sobie długą, kwiecistą sukienkę i słomkowy kapelusz, spod którego wystawał chudy, siwy warkocz.

– Gdybyś była nieco starsza, zaproponowałabym wypicie „za cebulę”, ale w tych okolicznościach chyba musimy przyjąć inną taktykę.

Maria uśmiechała się od ucha do ucha.

– Pierdolić innych! – wypowiedziała, robiąc słodką minę niewiniątka.

– Mryśka! – zaczęła Gienia, lecz widząc zataczającą się ze śmiechu Nastkę, machnęła ręką.

– To najlepsza rada, jaką kiedykolwiek usłyszałam! – Dziewczyna nie przestawała się śmiać.

– Mogłam zostać psychologiem – prychnęła Marysia, podchodząc do stołu. – O, hipopotam. – Wskazała na kamień. – Albo lama – dodała, gdyż nie była pewna.

– To Elżbieta! – Anastazja śmiała się jeszcze głośniej i Genowefa zaczęła się obawiać, że ta nieokiełznana radość może zwiastować coś zgoła odmiennego, niż się wszystkim wydaje.

– Elżbieta jest wielbłądem – powiedziała po cichu Gienia, sprawiając, że niekontrolowany wybuch radości Marii i Nastki nie miał się rychło zakończyć. W gruncie rzeczy o to właśnie chodziło, choć wyszło zupełnie niechcący. Gospodyni mieszkania prychnęła teatralnie.

– Sio mi stąd! – warknęła z udawaną złością.

Marysia wzięła Anastazję pod rękę i poprowadziła w kierunku wyjścia.

– Buk! – krzyknęła Gienia. – Tulić co najmniej dwadzieścia minut!

– Daj spokój, Gieńka, ty ze swoimi drzewami! Do chłopa jakiegoś byś się przytuliła. Dwadzieścia minut by ci wystarczyło! – obruszyła się Maria i dodała w pośpiechu: – Nie słuchaj, moje drogie dziecko.

Gdy Maria z Nastazją wyszły z kamienicy w parne sierpniowe powietrze, Gienia sięgała do szuflady. To była jedna z tych wiecznie zacinających się, do których się z reguły nie zaglądało. Gienia szarpnęła kilka razy. Wysuwana szuflada wydała świst i wreszcie ukazała staruszce swoją zawartość.

Gienia trzymała w dłoniach starą fotografię. Sylwetki chłopca prawie nie było widać. Zdjęcie było lekko prześwietlone właśnie w tym miejscu, w którym schylał się, by pogłaskać kota przybłędę. Dziewczynka wyszła lepiej. Stała z wielkim uśmiechem na twarzy, miała rozpuszczone, rozczochrane długie włosy. W ręku trzymała grzebień z powyłamywanymi ząbkami. Miała na sobie znoszoną sukienkę, czego akurat na zdjęciu nie było widać, a obok na wielkim kamieniu leżał słomkowy kapelusz. Tuż obok widać było ramię innej osoby, która nie zmieściła się w kadrze.

– Topię się – powtórzyła Genowefa.

Otworzył usta, by podzielić się z nią tym, na co ma nadzieję, ale nagle zamilkł.

– No mów! – Joanna zauważyła jego próbę.

Machnął ręką na znak, że nie ma o czym, i schylił się do walizki. Po raz kolejny próbował upchnąć tam wszystko to, co przygotował do zabrania ze sobą.

– Siódmy raz – usłyszał. – Liczyłam – doprecyzowała Joanna, by wiedział, że jest obserwowany i nie wywinie się od odpowiedzi.

– No bo się nie mieści – zaczął, lecz Mała Mi nie pozwoliła na więcej. Podeszła do Pawła, podniosła walizkę, wyrzuciła na podłogę jej całą zawartość i pustą położyła na łóżku. – Jak ty się zdołałeś spakować, kiedy wracałeś do Polski po dziesięciu latach? – zastanowiła się na głos. – Ale ja nie o tym! Co tam chciałeś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili zdezerterowałeś?

– Chciałem wyrazić swoją nadzieję. – Paweł skrzyżował ręce na piersi i oparł się o ścianę, obserwując, co też wyprawia Mała Mi. Chciałby ją teraz nazwać Asią. Lubił to imię, lecz w tym akurat momencie stanowczo była Małą Mi, a takie momenty zdarzały się w ich wcale nie wspólnym życiu w dalszym ciągu zbyt często.

– Ach, to faktycznie, lepiej jej nie wyrażaj – skomentowała.

– Boisz się? – zmienił nagle front, uśmiechnął się i spojrzał na Joannę spode łba.

– Chwilunia. – Ta wrzuciła do walizki zdecydowanie „mniejszą połowę” ubrań Pawła i zgrabnie ją zamknęła, resztą rzeczy wciąż leżących na podłodze zupełnie się nie przejmując. – Czy ty masz mi coś do zarzucenia?

– Nie, tylko mam nadzieję, że pod naszą nieobecność nie wydarzy się nic… takiego, no wiesz… – Paweł nie dokończył, wpatrywał się za to w swoje ulubione spodnie, które nie zmieściły się do walizki. – Ale ja je lubię! – Wskazał je ruchem głowy.

– Co by miało się wydarzyć? Zresztą nie będzie nas ledwie chwilunię.

– No, zazwyczaj ktoś znika – przypomniał jej.

– Chciałabym zauważyć, że zniknięcia zazwyczaj miały miejsce w naszej obecności. Tak więc, na logikę, pod naszą nieobecność nie zniknie wreszcie nikt. Słuchaj, a może my powinniśmy częściej wyjeżdżać? – spytała, choć wiedziała doskonale, że to pytanie zawiśnie w powietrzu, aż wreszcie echo po nim, jeśli w ogóle będzie pobrzmiewać, ucichnie na dobre.

Paweł, zgodnie z przewidywaniami, nie odpowiedział. Pokiwał głową, a jego mina wskazywała na to, że w ogóle nie usłyszał wypowiedzianych przez Joasię słów. Kobieta usiadła na parapecie. Dotknęła suchych kwiatów, zerknęła na wazon, w którym stały, i gdy nie dostrzegła w nim ani kropelki wody, westchnęła. Wysuszone kwiaty straszyły, choć kiedyś, przecież jeszcze tydzień temu, były śliczne. Zaskoczyły ją. Zwiastowały poważną rozmowę, w której wyniku została podjęta decyzja o wyjeździe. Kwiaty dostała ona, od Pawła. Nie zaniosła ich jednak do domu. Nie chciała drażnić swojej matki. Gdyby zobaczyła żółte róże, zaczęłaby biadolić, że żółte kwiaty to przecież daje się na pożegnanie. No masz, czemu od razu o tym nie pomyślałam – skarciła się Mała Mi – może on się chce ze mną pożegnać, a żeby było mniej traumatycznie, to zaplanował wyjazd?

Momentalnie się najeżyła. Podkurczyła nogi, rękoma objęła kolana, wcześniej podrapała się po głowie, czochrając nieopatrznie fryzurę. Wyglądała jak wróbel na gzymsie. Spode łba łypała na Pawła. Ten niewzruszony składał ubrania w pedantyczną kostkę, podnosząc je z podłogi, zupełnie nie zwracając uwagi na naburmuszoną Joannę.

– Jesteś pewien? – wydukała, bo musiała dać upust słowom cisnącym się na usta, choć te, które ślina właśnie niosła na język, były zgoła inne niż te wypowiedziane. Paweł nie odpowiadał, co kazało Joannie zastanowić się nad sytuacją jeszcze raz.

– No dobra, nie ma co nigdzie wybywać. Dajesz! – rozkazała, a jej ton, nieznoszący sprzeciwu, wreszcie kazał Pawłowi zostawić koszule na podłodze obok walizki i spojrzeć prosto w wielkie, zielone oczy Małej Mi.

– Jesteś śliczna – powiedział i rozpłynął się w uśmiechu.

– A ty… – zaczęła, lecz urwała, nie znajdując właściwego określenia. Pogubiła się.

– A ja? – Podszedł bliżej, miętosząc spodnie od piżamy.

– A ty – zaczęła ponownie, rozejrzała się w popłochu i szybciutko wyminęła zbliżającego się Pawła, otworzyła drzwi stryszkowego mieszkanka i wychodząc, dokończyła: – A ty masz śmieszne portki.

Paweł westchnął. Spojrzał na piżamę. Miśki i zające na męskich spodniach z pewnością nie były ani seksowne, ani macho, ale żeby od razu wychodzić! I to jeszcze w trakcie pakowania! Już miał lecieć za Joanną, gdy drzwi do mieszkania znów się otworzyły. Rozwichrzona czupryna na wysokości metr pięćdziesiąt zakrywała twarz.

– Nie idź za mną! – wymamrotała Mała Mi i wyciągnęła rękę, wyrażając w ten sposób zakaz zbliżania się do siebie, następnie pogroziła palcem ni to Pawłowi, ni to sobie i zniknęła na dobre.

– No pięknie – burknął Paweł.

Niezdecydowanie było najlepszym określeniem ich związku, jeśli w ogóle tę relację można było w ten sposób nazwać. Zaskakująco przypominali słynne ptaki: żurawia i czaplę, których można było z pewnością wpisać do Księgi Rekordów Guinnessa – z rekordem w kategorii „najdłuższe podchody”. Wszak odkąd drgnęły dwa serca, minęły prawie dwa lata. Tymczasem błądzili i lawirowali, starali się i uciekali. Próbowali pozwolić sobie na zachłyśnięcie się tym czymś, co się dziwnie nazywa: „namiętność”. I pewnie wreszcie wszystkie części tej układanki znalazłyby dla siebie właściwe miejsca, gdyby nie komentarze patrycjuszy. Te podchody od kilku dobrych miesięcy były bowiem tematem numer jeden podejmowanym na korytarzach i w świetlicy domu spokojnej starości. Maria z Genowefą wiodły prym w narzucaniu dywagacji, a nawet – jak się ostatnio dowiedział Paweł, przez przypadek, rzecz jasna – robiły zakłady, czy Paweł z Joanną pójdą ze sobą do łóżka przed wakacjami czy po nich.

Paweł wyjął telefon. Wybrał numer.

– Boisz się – powiedział, gdy usłyszał, że Mała Mi odebrała. – Ja też się boję. A teraz razem zanurkujemy w tę otchłań niewiadomej i zostawimy to całe towarzystwo za nami. Bez tego nie dowiemy się, co i jak.

– Jajuż chcę wiedzieć, co i jak – fuknęła Joanna.

– Jak uszyję sobie piżamę w męską kratę, pojedziesz? – spytał całkiem serio.

– Byle nie w paski – roześmiała się.

– Masz na coś ochotę? – spytał ni z gruszki, ni z pietruszki, a ona się rozłączyła, mimo że wciąż dochodziło do niej echo własnego chichotu.

No i co z tego, że się śmiała. Samą siebie próbowała zaśmiać, zaszczekać – załatwić, krótko mówiąc. Żeby nie wpadać w „myślistwo”, jak to nazywała. Myśli krążyły, nie dając spać. Basta! – mówiła sobie. Pomagało, owszem, ale nie na długo. W dotychczasowym swoim życiu szybko się do takiego stanu przystosowywała, akceptowała go, zżywała się z nim. Teraz nie chciała. Miała wrażenie, że są dwie Joanny. Jedna – zwalczająca niestrudzone uczucie do kogokolwiek, zwłaszcza Pawła, druga – pragnąca go coraz bardziej. Kim właściwie miała być?

Czy masz na coś ochotę? To pytanie przerwało strumień galopujących myśli i spowodowało, że Joanna wstała zza biurka, podeszła do okna i wpatrując się w znajomy krajobraz, nie widziała nic. Ja? Ochotę? Na coś… ale na co właściwie?

Wszystko, na co właśnie spoglądał Stachu, nabierało nowego życia, zaczynało wyznaczać rytm i dyktować tempo. Przysiadł na chwilę na ławce; wtedy ją zauważył. Stała przy oknie, jak zwykle zatroskana. Z coraz większym strapieniem wymalowanym na twarzy. Jak to możliwe? Nawet ksywka Mała Mi już tak jakoś nie pasowała. Kłapouchy, ot co! Podniósł wielką dłoń w ogrodowych rękawicach i jej pomachał. Nie zauważyła, choć patrzyła prosto na niego. Czas na szarlotkę, pomyślał i zaśmiał się w brodę, która również obrodziła tego lata. Mryśka zaczynała każdy kolejny dzień od głaskania bujnego zarostu, by po chwili narzekać, jaki to z niego lump. Trzeba przyznać, że to uwielbiał, dlatego śmiało można go było określić mianem hodowcy brody. Stachu uniósł wzrok. Jabłonka dawała plony. Z tych jabłek szarlotka jest najlepsza, pomyślał. Bez cynamonu, oczywiście.

Paweł spojrzał na zdjęcie córki i stwierdził, że zaczyna się gubić. Jakoś tak daleko, choć przecież tuż obok. Za ścianą, dokładniej rzecz ujmując, a jakby za siedmioma górami, za siedmioma morzami. A to dalej niż na innej planecie. Taki Mars, na przykład – jego odległość od miejsca, w którym właśnie znajdował się Paweł, była przynajmniej dokładnie określona przez naukowców. A to za siedmioma górami – to gdzie jest? Wiedział tylko tyle, że Nastka, jego Nastka, jest właśnie tam i nie ma zamiaru wracać. Ani do niego, ani do nikogo. I basta! Czy dziewczynki zawsze mają tak w wieku dojrzewania? A może istniał zupełnie inny powód takiego oddalenia?

Usłyszał charakterystyczne pukanie, po którym za każdym razem niezwłocznie następowało nucenie melodyjki z Upiora w operze. Choć Maria miała całkiem niezły głos, Pawłowi taka zapowiedź zaczynała działać na nerwy. I to tylko dlatego, że momentalnie podchwytywał upiorną nutę.

– Mryśka! – warknął jakoś tak zbyt stanowczo i władczo.

– Nie poznaję wnuka! – Zgromiła go wzrokiem, gdy tylko przekroczyła próg mieszkania. – „Mryśka” jest zarezerwowane dla Gieni, bez obrazy – dodała milutko i stanęła pośrodku pokoju. Rozglądała się kilka chwil. Podeszła do okna, wyjrzała, z jakiegoś powodu zerknęła za zasłonę, a potem pod łóżko. Jedno i drugie. W kuchni otworzyła piekarnik, a potem uśmiechnęła się i tanecznym krokiem podeszła do lodówki.

– Aha – powiedziała konspiracyjnym tonem i otworzyła drzwiczki. – No, nie! – zawyrokowała, zamknęła lodówkę i udała się do wyjścia.

– Już po wizycie? – zdziwił się Paweł.

– A co, pośpiewamy razem Upiora?

– Musiałaś mi go znów przypominać? Potem nie może z głowy wylecieć, całymi dniami nucę. – Paweł bezradnie rozłożył ręce.

– Do szycia idealna muza przecież – oznajmiła Maria i już jej nie było.

– No, Presley to to nie jest – fuknął Wnuk wszystkich swoich babć, potarł skroń i dodał: – Ani nawet Nirvana.

Gdyby w mieszkaniu była dwunastoletnia Anastazja, pewnie ostro by mu nawciskała za takie niedorzeczne zestawienie. Tymczasem jedynym odbiorą komunikatu był Fiodor wylegujący się na parapecie w sierpniowym słońcu.

– A tak właściwie, to po co przybyła Maria? – zagaił Paweł do siebie samego, doskonale wiedząc, że w taką pogodę nawet od Fiodora nie doczeka się pospolitego: „Miau!”. Fiodor swoje imię zawdzięczał oczywiście Dostojewskiemu. Od samego początku przebywania w tym miejscu upodobał sobie kącik ze stertą książek. Odkopał łapą Zbrodnię i karę i umościł sobie na niej legowisko. Tak już zostało. Anastazja twierdziła, że jest to prawdziwe następne wcielenie rosyjskiego klasyka. Wystarczy przecież popatrzeć na pyszczek i długie łapy. Paweł nie rozumiał, ale wolał nie dopytywać.

Marysia biegła. Przemierzała korytarz „Patrycji”, stukając niewielkimi, kwadratowymi obcasami sandałków z otwartymi palcami. Pięty trzymała skrzętnie opakowane ekologiczną skórą obuwia, wszak była ostatnią osobą, która miałaby odwagę prezentować starcze tarki pięt.

– O, widzę, że nastała najwyższa pora!

Matylda zjawiła się nagle. Tak zresztą miała w zwyczaju. Jej kocie ruchy, jak na kota przystało, były ciche, ale nie pozbawione dzikości. Piękna jest, skubana – pomyślała Maria i przyspieszyła. Jednak Matylda jakimś dziwnym trafem wciąż pozostawała tuż obok niej. Tylko dlaczego na bluzce Marysi w okolicy pach i piersi robiły się wilgotne plamki, a Matylda, mało tego, że oddychała miarowo, to wciąż wyglądała jak z żurnala? Starczego, bo starczego, ale zawsze.

– Na co? – fuknęła Maria.

– Na ten trucht! Tylko czemu nie na powietrzu i w tym… czymś? – Matylda wskazała na sandałki zapięte wokół kostek Marii cieniutkim paskiem z tycią klamerką. Oj, natrudziła się Maria dziś rano, próbując wetknąć tyci pręcik do jeszcze mniejszej dziureczki.

– Jak to: nie na powietrzu? – zdziwiła się kobieta. – Zobacz, okna pootwierane, a poza tym nie na trucht, ja tu galopuję!

– Niczym nasza szkapa. – Matylda nie lubiła trzymać języka za zębami. Na szczęście Maria potrafiła to docenić. Zatrzymała się. Otarła pot z czoła, odsunęła, jak tylko się dało, materiał bluzki spod pach i powachlowała nim.

– Wisisz mi stówę – powiedziała z lekką zadyszką.

– Bo? – Matylda właśnie zniknęła z pola widzenia Marii. To znaczy przyjęła ulubioną asanę: psa z głową w dół.

– Bo Mała Mi z pewnością jeszcze takiej pozycji nie przećwiczyła z Wnukiem. – Marysia uśmiechała się od ucha do ucha. Ni to z powodu wygranej, jaką zainkasuje od pozostałych podopiecznych domu spokojnej starości, ni to ciesząc się z własnego dowcipu. Prawdopodobnie miało miejsce i jedno, i drugie.

– No, nie byłabym tego taka pewna – wymamrotała siwowłosa staruszka, z gracją wracając do pozycji „normalnego człowieka”.

– Bo? – Tym razem swojego zdziwienia nie omieszkała okazać Marysia, bezwiednie rozciągając uda i łydki, jakby faktycznie przed chwilą przebiegła maraton.

Matylda tymczasem się rozejrzała i wyszeptała:

– Bo w jego obecności poprawiała sobie wciskacze.

– Co takiego?

– No, na gaciach! – Staruszka wykonała bliżej nieokreślony ruch ręką.

– A możesz jaśniej, z łaski swojej? – Maria traciła pewność swojej wygranej, nie rozumiejąc zupełnie nic.

– No wciskacze! Włożyła wczoraj legginsy, na trening najwyraźniej, zaskoczyła mnie tym, ale to też świadczy o tym, że postanowiła się za siebie zabrać, bo chce mu się przypodobać…

– To wiemy, ale mogłabyś tak się streszczać? – fuknęła Marysia, tym razem żegnając swoją anielską cierpliwość.

– No i majtki miała ciasne, że jej się w ten teges, za przeproszeniem, wciskały, i sobie poprawiła, nie krygując się zupełnie.

– O, żeś sobie wymyśliła. Wisisz mi stówę jak nic.

– Udowodnij! – zażądała Matylda.

– U niego wciąż ani śladu po jakimkolwiek jej obcowaniu z nim. A do niej nie mogli sobie pójść; wiesz, jaką ma matkę. Żyć by im nie dała, zresztą jak by się mieli gzić z mamuśką za ścianą, szeptem? – Pytanie nader retoryczne zawisło w powietrzu.

– A co by mogło świadczyć o ich obcowaniu? – Matylda nie dawała za wygraną.

– Wino w lodówce – zaryzykowała Maria.

– Wypili, wyrzucili butelkę – obaliła argument Matylda.

– Gołąbki w garnku – brnęła dalej Marysia.

– Zjedli i pozmywali? – Kolejne pytanie padło z ust Matyldy, która zaczynała się nudzić.

– No… chociaż jakiś bałagan w mieszkaniu? – Maria uniosła ręce w geście poddania się.

– Widzę, że z tą twoją wielką wygraną to jeszcze nic pewnego! – Śmiech staruszki joginki załaskotał Marysię w brzuchu.

– To się jeszcze okaże – szepnęła tamta. – Nie poddam się tak łatwo! – Wystawiła palec wskazujący, pomachała nim Matyldzie przed nosem i zapomniawszy o galopie, dostojnie ruszyła ku schodom.

– A może lubczyk rozwiązałby sprawę? – rozmyślała Matylda, przechodząc przez cały cykl asany powitanie słońca. To, że znajdowała się na korytarzu domu spokojnej starości, z pewnością pod ostrzałem piekielnie ciekawskich par oczu, zupełnie jej nie przeszkadzało. Miała nadzieję, że oczy Muzyka również należą do tych ciekawskich. No, chyba że Historyk z samego rana wyciągnął go na niekończącą się partyjkę domina na łono natury.

Koło ratunkowe, też mi pomysł – powtarzała w myślach Nastka. Właśnie zanurzyła ręce w mące wysypanej prosto na blat stołu. Nos niemiłosiernie swędział, więc najpierw spróbowała go podrapać łokciem, ale na nic się zdały wygibasy. Potem przyszła pora na nadgarstek. Lewy, po nim prawy, a jeszcze później oba naraz.

– No pięknie! – nie wytrzymała dziewczyna i bez otrzepywania dłoni z mąki podrapała się po nosie. Biały ślad na twarzy mało ją w tej chwili obchodził. Co innego, gdyby właśnie była w szkolnej stołówce albo w klasie. Śmiechu by było co niemiara. Oczywiście jej by nie pękał brzuch z tego powodu, już prędzej nabawiłaby się czkawki z przejęcia. Nastka na samą myśl o takiej sytuacji zerknęła na drzwi, jakby spodziewając się nagłego wtargnięcia koleżanek ze szkoły do środka.

Sięgnęła po masło. Było zimne, ale nie zmarznięte. Lekko prężyło się pod naciskiem opuszków palców. Powinna była je posiekać, mieszając w ten sposób razem z mąką, ale chłodna masa pod palcami działała kojąco. Anastazja przechyliła głowę i zatopiła się w wykonywanej czynności. Proszek do pieczenia dodała już wcześniej. Taki miała zwyczaj. Od razu do mąki, by później nie zapomnieć.

Koło ratunkowe, pomyślała ponownie. Wyjęła z lodówki kostkę twarogu. Uśmiechnęła się do niej, przypominając sobie plasterki białego sera przemycane przez ojca do jej jadłospisu. Zazwyczaj chował je pod grubą warstwą konfitury malinowej, którą w trymiga nauczyła się robić jej ciotka, gdy tylko Nastka przyszła na świat i złapała pierwszy katar.

Gdy twaróg został pokruszony na stolnicę, ponownie zanurzyła palce w przygotowanej masie. Poczuła lekkość. I radość. Zapomniała o szkole, która za kilka dni miała ponownie zniewolić oczekiwaniami innych nauczycieli, rówieśników, rodziców. Wieczne przypodobywanie się innym było nie do zniesienia.

Westchnęła. Dodała żółtko do masy i zaczęła ją energicznie ugniatać rękoma. Najchętniej zanurzyłaby się w niej cała, no, chociaż po łokcie, jednak i to było raczej niemożliwe. Ciasto prężyło się niczym Natalka przed Patrykiem z klasy Nastki. Patryk był o rok starszy, przyjechał z Niemiec pięć lat temu i powtarzał rok, by poradzić sobie z polską ortografią. Niemcy byli o wiele milej widziani. Zachód wciąż imponował. Być może wyłącznie dwunastolatkom, które za nic nie mogły przegapić promocji trzy za dwie w Rossmannie; być może.

Anastazja spojrzała na kalendarz. Niecałe dwa tygodnie i znów wpadnie w świat wymuszonych błyszczyków i tuszy do rzęs. Nie podobało jej się to. Nie podobało jej się dojrzewanie, dorastanie, podejmowanie decyzji i ten strach, który powodował poranny ból brzucha.

Ciasto zostało włożone do lodówki. Miała co najmniej dwie godziny, zanim przystąpi do formowania ciastek i posypywania ich cukrem.

Gdy to robiła, drzwi się otworzyły z impetem, a do środka wparowała Maria, tuż za nią zaś Genowefa, która zaparkowała hulajnogę przy szafce na buty. Anastazja nawet nie spojrzała w kierunku kobiet.

– Ty, Gieńka, ona wygląda, jakby… no, jak się to nazywa?

– No piecze laska – odparowała Gienia, spoglądając na Anastazję. – Jest pogrążona.

– No co robi zazwyczaj Matylda? – nie dawała za wygraną Maria.

– Uprawia jogę! – wykrzyknęła triumfująco Gienia i aż przyklasnęła.

– Sama uprawiasz – syknęła druga ze staruszek. – Medytuje – dodała spokojnie, wciąż gapiąc się na rozanieloną buzię Anastazji.

– Kto? – spytała Gienia, zerkając raz na jedną, raz na drugą.

Marysia wzniosła oczy do nieba, potem ręce – w tym samym kierunku. Gdyby umiała doprowadzić do takiej pozycji, zapewne nogi też znalazłyby się gdzieś tam, w górze.

– Nawet nas nie zauważa, niesamowite! – Maria nie mogła wyjść z podziwu. Zaintonowała Hej, sokoły, a gdy i to nie przeszkodziło dziewczynie w pracy, zanuciła coś na kształt kankana, wymachując niezgrabnie nogą.

– Ach, szkoda, że nie nagrałam! – roześmiała się Gienia. – Miałabym czym cię szantażować.

– Jestem spłukana, nic byś nie wskórała. – Maria wydawała się spokojna, choć obie staruszki wiedziały, że prawda była zupełnie inna.

– Stachu by miał coś na poprawę humoru – kontynuowała Gieńka.

– On nie musi sobie niczego poprawiać – sprostowała przyjaciółka.

– Powiadasz…?

– Oj, daj spokój. Zobacz, ona znalazła!

– Kogo? – Wytrzeszcz na twarzy Genowefy zdradzał jej zupełną dezorientację.

– Koło! – Marysia złożyła ręce na piersi i tanecznym krokiem ruszyła do Nastki.

Genowefa się rozejrzała. Chciała to zrobić dyskretnie, a wyszło jak zawsze. Maria tylko pokręciła głową, nie wypowiedziała jednak ani słowa. Mimo to staruszka poczuła, że musi odpowiedzieć na niezadane pytanie.

– No koła szukam.

– Jakiego? – Anastazja stała przy stole, trzymając blachę do pieczenia wypełnioną złożonymi w trójkąty ciasteczkami.

– No ratunkowego – wyjaśniła Maria.

– Naprawdę? – Gienia dała wyraz swojemu zdziwieniu, ale widząc minę przyjaciółki, wolała czym prędzej zmienić temat, plując sobie przy tym w brodę, że znów zaczyna się wycofywać, tracić rezon, zachowywać się niczym mysz pod miotłą. W tym momencie starsza pani wyobraziła sobie siebie jako gryzonia właśnie, ale Marysia w jej wyobraźni jawiła się jako skudlony dachowiec z powyrywanymi wibrysami i rozerwanym lewym uchem.

Nastrój poprawił jej się momentalnie; Gienia wypięła pierś, uniosła głowę i wymijając Marię, podeszła do Nastazji.

– No oczywiście! – wymamrotała, nadal nie wiedząc, o czym mowa. Łypała za to z wielkim apetytem na jeszcze niewypieczone ciasteczka, gotowe do zniknięcia w czeluściach piekarnika.

– Hej – powiedziała dziewczyna, gdy wynurzyła się z pieca już bez blachy. Otrzepała ręce z mąki, zdjęła fartuch i zaczęła go wesoło podrzucać, co nie uszło uwadze Fiodora. Wyszedł łaskawie spod stołu i uniósł łapę w nadziei, że troczki kuchennej odzieży roboczej falujące przy spadaniu łaskawie same wpadną w jego sidła.

– No dobra, jeszcze nie tak dawno byłaś pozbawiona blasku, a teraz strzelasz nim na wszystkie strony, zupełnie jak Ulka swoimi piegami. – W ten sposób Maria zażądała wyjaśnień, a nawet rozejrzała się, czy aby nastoletnia przyjaciółka z rudymi włosami nie ukryła się gdzieś w pobliżu.

– O czym ty mówisz, babciu? – spytała Anastazja i usłyszawszy dźwięk powiadomienia w telefonie, zerknęła na wyświetlacz. Sekundę później po uśmiechu nie było śladu. Dziewczyna momentalnie zamknęła się w sobie i swojej niemrawej, zupełnie nieprzystającej do pory roku melancholii.

– No masz babo placek! – prychnęła Marysia, mało subtelnie próbując zerknąć na ekran trzymanego przez nastolatkę telefonu.

– Chyba ciastka. – Gienia zarumieniła się tak samo, jak rumieniły się wypieki w piekarniku.

– Spójrz tam! – rozkazała Maria. Wyciągnęła rękę i wskazała piekarnik. Przyjaciółka posłusznie wykonała polecenie. – Nie ty! – warknęła staruszka. – Do Nastki mówię. Przed chwilą biło od ciebie blaskiem, a teraz wyglądasz jak zbity pies. Co tam się wydarzyło w tym telefonie? Zakochałaś się czy co?

Nastazja zamarła. Zakochała? Ona? Co za bzdury. Przecież nie jest ani swoim ojcem, ani Małą Mi. Chodzącymi niezdecydowaniami, absurdalnie zalęknionymi w dodatku. Jej ojciec nigdy nie należał do nazbyt odważnych w kwestii swoich bliskich. Doskonale pamiętała, że z jego troski najpierw wydobywał się ukrywany z mizernym skutkiem strach, a dopiero później wszystko inne. Przerabiała to, będąc małym dzieckiem, przerabia to też teraz. Choć w przypadku relacji ojciec–córka wszystko było o wiele prostsze. Nie wymagała ona bowiem podejmowania żadnych decyzji. Ani aktu wzięcia na siebie odpowiedzialności. To wszystko stało się w momencie przyjścia Nastki na świat i było nie do ruszenia. Tej miłości nie trzeba było się nauczyć, akceptować czy jej szukać ani pragnąć skrycie, zagłuszając ją co dnia. To uczucie Anastazja przykrywała swoją puchową kołdrą i lulała do wiecznego błogiego snu.

Zarumieniła się i zaprzeczyła ruchem głowy.

– Daria z Natalką wrzuciły nowe fotki na insta – oznajmiła.

– Instant? – dopytała Gienia. Wydawało jej się, że źle usłyszała. Nie chciała drążyć, widząc pomarszczone usta Marysi, zbyt nienaturalnie ściągane przez kobietę w ciup.

– Ty już się lepiej, Gieńka, nie odzywaj! – powiedziała przyjaciółka, tym razem łagodnie, choć konstrukcja wypowiedzi mogłaby świadczyć o czymś przeciwnym. – No i co z tego? – zagaiła do Nastazji.

– Kuse spódniczki i podwiązki z logo szkoły… i mają pierdylion serduszek! – zakomunikowała dziewczyna, odkładając telefon, po który niczym błyskawica sięgnęła ręka Gieni, co było wielce dziwne i nieprawdopodobne, gdy wziąć pod uwagę jej wieloletnie zmagania z reumatyzmem.

– Jesteś zazdrosna?! – Okrzyk Marii spadł na wszystkich jak grom z jasnego nieba. Anastazja nawet zrobiła dwa kroki w tył i odwróciła się do piekarnika. Pospiesznie chwyciła rękawice i wyjęła blachę. Aromat maślanych ciasteczek wypełnił mieszkanie po brzegi.

Dziewczyna ziewnęła. W ten sposób reagowała, gdy ktoś zapędził ją w kozi róg. Ziewnęła ponownie i wykładając ciastka do wiklinowego kosza, powiedziała:

– Oszalałaś.

– O, właśnie, nie tylko ja to zauważam! – Gienia z obrzydzeniem odłożyła telefon Nastki na lodówkę, chcąc go stracić z oczu, i zaczęła truchtać w miejscu tuż przy blasze, z której kolejno znikały ciastka. Marysia obserwowała przyjaciółkę z uwagą i skupieniem, pragnąc zdzielić ją chochlą w łeb najmocniej, jak tylko potrafiła, ale żadnego takiego narzędzia nie było na podorędziu. O blasze nie było mowy, wciąż pozostawała gorąca i Marii nie w smak było parzyć sobie przy tej czynności ręce.

– Chcesz być taka jak one? – Wzdrygnęła się.

– O nie! – Genowefa po raz pierwszy trafiła z komentarzem na właściwy moment.

– One mają wszystko – powiedziała na wydechu Anastazja, skubiąc cukier z ciasteczka.

– Zostaw. – Maria pacnęła lekko Nastkę po ręce i zabrała ciastko, które włożyła sobie w całości do ust. – O, jakie dobre! Masz, dziewczyno, talent. I swoje koło ratunkowe. Zajmij się pieczeniem, pichceniem, gotowaniem, a odechce ci się myśleć o tych bździągwach.

– Gotowanie jest popularne – pospieszyła ze swoimi trzema groszami Genowefa. – Możesz nawet założyć bloga i też zbierać żniwa popularności, tak samo jak te… lafiryndy!

Buzia Anastazji się rozpromieniła. Przebiła nawet słońce, grzejące jak oszalałe tego dnia. Rude włosy i piegi Ulki wcale nie były już potrzebne, by rozjaśnić dość ciemne stryszkowe mieszkanko.

– To jest myśl!

– Gienia, muszę przyznać, że mnie zaskoczyłaś – Maria doceniła komentarz przyjaciółki, a nawet poczuła coś w rodzaju ukłucia zazdrości, że te słowa nie padły z jej ust.

– Tylko że… – Anastazja zaczęła ewidentnie wycofywać się z pomysłu.

– O nie! – Tym razem warknięcie Gieni wyprzedziło słowa cisnące się na usta Marysi. – Nie ma żadnych „tylkożebów”! Zacznij, dopiero jak zrobisz wszystko, co w twojej mocy, by zrealizować pomysł, będziesz mogła stwierdzić, czy jakiś „tylkożeb” jest wart zachodu, by rozważać jego rację bytu.

Marysia i Nastazja gapiły się na Genowefę w milczeniu. Pierwsza odezwała się staruszka.

– Ty sama rozumiesz, co mówisz? – spytała.

Gienia właśnie pochłaniała kolejne ciastko, sadowiąc się na krześle przy stole, gdyż jej nogi czuły zbliżającą się zmianę aury.

– Nie bardzo, ale ładnie zabrzmiało – powiedziała, przymykając powieki. – Te ciastka są super.

– A jeśli… – zaczęła znów Nastka.

– Nie! – ryknęły obie staruszki, po czym Maria, nie zważając na coraz szerzej rozdziawiającą się buzię Anastazji, wypchała sobie ciasteczkami kieszenie długiej sukienki i skierowała się ku wyjściu. Genowefa wykaraskała się zza stołu i już miała zrobić to samo, lecz w porę się zreflektowała, że w jej ubraniu brak kieszeni, a ręce musiała mieć wolne, by prowadzić hulajnogę. Zdecydowała się zatem na wetknięcie sobie jednego ciasteczka do ust i skłoniwszy się, oddaliła się wraz ze swoim ulubionym pojazdem.

Dawno, dawno temu…

Przykurzone zachody słońca uderzały do głowy. To był czas pierwszych, nieśmiałych porcji wina, pitego prosto z butelki, z udawaną nonszalancją, którą się wykrzesało z głębi niewidzialnego „ja”, jakim podobno się jest. W głowie kręciło się od upojnego lata i roiło od nadmiaru myśli. Tego lata przyszła melancholia. Zupełnie nie byli na nią gotowi.

– Topię się – powiedziała tak zwyczajnie, gdy potrząsnął nią, jakby chciał, by wreszcie coś zrozumiała, by dotarła do niej jakaś prawda, ale ona tylko mrugała i uśmiechała się od ucha do ucha. Wcale nie zwracała uwagi na przewróconą sztalugę, na paletę farb, która wylądowała w pobliskich krzakach róż, ani na pędzle, które leżały gdzie popadło. Nie zauważała jego silnego dotyku ani tym bardziej zagubionego spojrzenia. Nie widziała zmian, zawsze byli przecież uśmiechnięci, bo tak sobie przyrzekli lata temu, gdy waliło się i paliło, gdy wybuchało i kręciło się w głowie ze strachu.

Chciał ją sprowokować. Pragnął, by wróciła, ale ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Ten proces trwał. Wyczuwał to. Wodził za nią wzrokiem, gdy przeciągała się mniej leniwie i swobodnie niż kiedyś. Koniuszkami palców już nie starała się sięgnąć wiszących nad łóżkiem suchych brzozowych gałęzi. Nie prężyła się jak kotka. Wyglądało na to, że z każdym kolejnym wspólnym porankiem jej ruchy stawały się ciut mniej płynne, mniej swobodne, mniej chętne. Gdy na nią patrzył, kołdra stawała się twardsza, a sen – ten najmocniejszy z możliwych, a tylko taki dotąd znał – nie nadchodził.

– Weź się w garść! – krzyknął.

– Właśnie to robię – wydukała powoli, niepewnie, jakby to nie dotyczyło jej. Przytaknęła skinieniem głowy własnym słowom. Uwierzyła w nie. – Tak – powtórzyła. – Właśnie to robię.

Odeszła wtedy, ale po trzech dniach wróciła. Nie pytał, gdzie spędzała noce, co robiła za dnia. Nie chodziło o to, że nie był zainteresowany. Dał jej czas, dawał jej wolność. Tak sądził, lecz coraz silniej sobie uświadamiał ciężar, którego pragnęła się pozbyć. I wiedział, że jeśli jej na to pozwoli, to przyjmie na siebie taki sam ciężar zmian.

– Zróbmy to – powiedziała. – Razem. Już wystarczy.

Miała na sobie niebieską sukienkę z trzema łatami pod pachami. Śmiali się razem, gdy je przyszywała; zrobiła je z chusteczki do nosa. Oczywiście niebieskiej. Musiały być niewidzialne – jak oni sami. Od lat, od kiedy się poznali.

Od tamtej chwili byli niemal nierozłączni. Starali się dla siebie. Najpierw dlatego, że owo staranie czyniło ich życie potrzebnym, co z kolei dawało namiastkę „niezniszczalności”. To z tego powodu – myśleli oboje – życie dorosłych jest upstrzone obowiązkami. Ciągły ruch i pośpiech gromadził w nich gotowość do działania, eliminował bierność, której efektem mogło by być zatracenie się w rzeczywistości i brak odpowiedniej reakcji obronnej na zagrożenie. Oni nie mogli sobie na to pozwolić już w wieku dziewięciu lat.

– Jak? – spytał. Ona wówczas patrzyła na niego w milczeniu. Stała w progu sutereny, którą zajmowali. Żyli tu całkiem nieźle, choć od jakiegoś czasu ona zaledwie udawała, że wszystko gra, a on, że tego nie zauważa.

– Normalnie – powiedziała, wchodząc i rozglądając się po pomieszczeniu, jakby gościła tu po raz pierwszy. Podeszła do okna, poprawiła zszarzałe firanki. Z komody podniosła szklankę, którą zostawił wczoraj wieczorem, powąchała ją i odsunęła od siebie. Nie sprawdzała go, wiedziała, że mógł chcieć się upić, lecz by sobie na to nie pozwolił. Musiał być zawsze przygotowany, zawsze czujny. Tego też się nauczyli razem, czego ona już miała dość.

– Czym jest ta twoja normalność? – Rozłożył ręce.

Pragnął, by wpadła w jego ramiona. Ona – by to wszystko się wreszcie skończyło. Wzruszyła ramionami, nie ruszyła się z miejsca.

– Hej, mała! Nie znasz jej, tej normalności – dopowiedział.

– Topię się – powtórzyła. Oboje doskonale wiedzieli, że zaczną od nowa, zaczną inaczej, będą błądzić w nieznanym dla nich świecie. – W naszej nieuczciwości. Nie umiem już tak.

– Wyjdź za mnie. – Słowa same się wypowiedziały i rozpłynęły w dusznym powietrzu. Nie odpowiedziała. Nawet nie skinęła głową. Nie postarała się o uśmiech. Odwróciła się po dłuższym czasie do okna. Otworzyła je na oścież, wyjrzała i wyprostowała ręce, tak jak się sprawdza, czy pada, jak łapie się pierwsze krople nieśmiałego deszczu po długiej, męczącej suszy.

Nie czekał. Wstał, założył starą marynarkę i opuścił mieszkanie. Przez otwarte drzwi wdarł się przeciąg. Splótł bezładnie jej kosmyki, zmienił kierunek myśli.

– Tak – odrzekła. – Wyjdę.

Chwyciła z kąta sztalugę. Ze starego, pachnącego farbą kufra wygrzebała pędzle, farby. Wzięła najpotrzebniejsze pod pachę i wyszła z mieszkania. Nigdy nie zamykała drzwi na klucz. Lecz to się musiało zmienić. Tak samo jak ich życie.

Po chwili pobiegła ulicą w dół.