No, Asiu! - Marika Krajniewska - ebook
Opis

Ta książka cię zaskoczy!

W życiu Joanny szykują się zmiany. Po latach spędzonych za granicą do Polski wraca Paweł. Czy teraz, gdy nie będzie ich dzieliła ogromna odległość, mężczyzna znajdzie sposób, by pokazać Asi, że jest dla niego wyjątkowa?

Paweł spędza sporo czasu z podopiecznymi domu spokojnej starości, w którym pracuje Joanna. Przerabia ich ubrania na stylowe i niepowtarzalne. Kiedy w kolejce do przymiarki zaczynają się ustawiać nie tylko staruszki, ale też ich wnuczki, Paweł postanawia stworzyć linię ubrań „Warszawski element” i zorganizować pokaz.

Lecz gdy na horyzoncie pojawiają się Maria i Genia, żywiołowe staruszki, które znowu wplątały się w kłopoty, a korytarzami ośrodka sunie gubiąca ubrania zjawa, nawet szarlotka – bez cynamonu, dokładnie tak, jak lubi Joanna – może nie wystarczyć do przywrócenia wszystkim równowagi.

Przekonaj się, że ze świetnymi babkami nie będziesz się nudzić!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Maria Krajniewska, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Aleksandra Deskur

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce:

© photographee.eu, © flibustier,

© Ian Andreiev | Depositphotos

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-106-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

PROLOG

Kowbojskie kapelusze i marlboro. Te dwa elementy łączyły pierwszą ją i drugą ją – dwie kobiety siedzące w milczeniu na ganku drewnianego, pokrytego zieloną farbą domu. Ganek otulał ciepłem, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Wcześniej również się na nim dużo działo i czuło się, że się jest u siebie, ale potem to poczucie przynależności do miejsca znikło. Szybko i niezauważalnie. Jednak to było potem, które szybko stało się „wtedy”. Teraz pierwsza ona poprawiła kapelusz, ponieważ zanadto zsunął się na kark i łaskotał tuż przy kołnierzyku. Zaciągnęła się papierosem i wypuszczając dym, spojrzała na tę drugą. Druga ona udawała, że nic się nie dzieje. Miała uśmiech na twarzy, był on jednak zamglony. Wewnętrznie prosty i zupełnie nieskomplikowany. Nie mówił wiele, ale wystarczająco. Pierwsza ona wiedziała wszystko, druga ona nie chciała wiedzieć więcej. Dym papierosowy znikał w pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca. W powietrzu wyczuwało się kurz. Znajoma woń, dająca poczucie bezpieczeństwa.

Maria siedziała na walizce, lekko uderzając lewą stopą o przesuszoną ziemię. Tuż przy drzewku akacji, które jakiś czas temu straciło swoje kwiaty, tak jak traci się głowę w imię wyższych uczuć i spraw. Czuły się bezpiecznie, może za sprawą świadomości, że za chwilę to wszystko przestanie trwać i rzeczy, ludzie – wszystko wróci na swoje miejsca. Samochód Mrs. Smoke nie rzucał się w oczy. Nawet waniliowy zapach, który roztaczała i zawsze był wyczuwalny w promieniu najbliższych kilkuset metrów, teraz zasnął, nie dając znaku życia.

– Daj mu go, proszę – powiedziała Maria, zdejmując kowbojski kapelusz. Nie patrząc na Steffi, położyła nakrycie głowy na poręczy ganka.

Kiwnięcie głową oznaczało zgodę, ale Maria tego nie zauważyła. Wstała jednak, chwyciła walizkę i powolnym krokiem, bez słowa ruszyła przed siebie.

– Puść mu też dymka – rzuciła, zbliżając się do furtki, pod którą kołował już wóz Mrs. Smoke.

Steffi została sama. Spokój, jaki odczuwała, był ciszą przed burzą. Kolejną tego lata, kolejną w jej życiu. Wciągnęła w płuca zakurzone powietrze odchodzącego upalnego dnia. Podniosła się z miejsca, podeszła do drzwi. Klucz w zamku przekręciła po raz ostatni. Sprawdziła, czy aby na pewno dom został zamknięty, i włożyła klucz pod wielką glinianą donicę stojącą tuż przy drzwiach. Donicę pustą, bez rośliny, bez ziemi, bez życia.

Minęła tabliczkę z napisem „Sprzedane”, by ruszyć przed siebie środkiem pustej drogi, ściskając w ręku kapelusz. Drugi wciąż spoczywał na jej głowie.

Gdy ktoś odchodzi, w jego miejsce pojawia się ktoś nowy. Ta prosta myśl wywołała szeroki uśmiech na jej twarzy. Steffi przystanęła, spojrzała na zachodzące słońce, lekko przysłaniając oczy.

– Jeden – powiedziała po cichu – dwa, trzy, cztery – zaczęła liczyć coraz głośniej – pięć, sześć, siedem – krzyczała na całego, śmiejąc się wniebogłosy – osiem, dziewięć, dziesięć! – Wstrzymała na chwilę oddech, a potem szepnęła: – Już, szukaj!

Ruszyła biegiem. Przed siebie, nie oglądając się wstecz. I tylko czarny kot wyszedł na chodnik, by odprowadzić ją wzrokiem. Ktoś otworzył okno. Ciszę przerwały dźwięki radia. Subtelne słowa sączyły się w duchocie letniego wieczoru: „Take my hand, take my whole life too”[1].

[1] Elvis Presley, Can’t Help Falling In Love.

ROZDZIAŁ I

Wise men say only fools rush in…

Elvis Presley, Can’t Help Falling In Love

Decyzja nie została podjęta pochopnie. Tak sobie wmawiał, siedząc na lotnisku, zagryzając okrągłego pączka z dziurką, nie zważając na całą lawinę okruszków ani cukru pudru zagnieżdżających się w fałdkach swetra, ani na tłuste plamy po tychże smakołykach, na stałe wcierające się w dżinsową tkaninę na jego udach. To dobre posunięcie, powtarzał sobie z każdym gryzem, bezwiednie się oblizując i nie zdając sobie sprawy z tego, że takie zajadanie stresu może się źle skończyć. Z drugiej jednak strony, jak miał sobie ten fakt uświadomić, skoro całym sobą wierzył szczerze, że on to akurat jest ostatnią osobą, która by się stresowała? Zresztą czym? Taką decyzją? Przecież to nie koniec świata. Nic się złego nie dzieje ani nie zadzieje. Rany boskie, też mi coś! W trakcie rozważań skończyły mu się pyszki, a wypada nadmienić, że było ich dziesięć – niemało nawet jak na rosłego mężczyznę u progu swej życiowej decyzji, którą – jak nagle sobie uświadomił po zjedzeniu ostatniego kawałka – podjął i owy próg przekroczył. Oto znalazł się w punkcie bez powrotu, choć próbował się oszukiwać, że wcale tak nie jest.

Wpatrywał się w jedno miejsce. Był nim dziób samolotu, raz jednego, raz kolejnego. Nie liczył ich, tylko obserwował niewidzącym wzrokiem. Gdyby spojrzał nieco szerzej, zauważyłby pluchę, prawie zimową aurę, która z piękną słoneczną jesienią, tak krótką tego roku, nie miała już nic wspólnego. Choć wciąż królował październik, było mu jakoś zimno i niemrawo. Wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że miejsce w poczekalni obok niego zostało przez kogoś zajęte. Poczuł wilgoć na nadgarstku i odwrócił się w kierunku jeszcze przed chwilą wolnego krzesła.

– Ochlapałam cię, przepraszam. – Głos miała łagodny, ale też pewny siebie, z delikatną chrypą, jeszcze niedawno stwierdziłby, że seksowny. Zdjęła szary, długi płaszcz i powiesiła go na oparciu siedzenia przed sobą.

– Nie szkodzi – wydukał. – Byłem pewny, że to Anastazja.

– Kim jest dziewczyna o tak pięknym imieniu? – zagadnęła nieznajoma o wąskich oczach, lekko unoszących się po zewnętrznej stronie, i pełnych ustach, pomalowanych delikatną różową szminką. Twarz miała pociągłą. Taką zupełnie inną, przemknęło mu przez myśl. A zaraz potem pojawiło się kolejne pytanie: inną niż czyja? Zanim zdążył sam sobie udzielić odpowiedzi, pospieszył z wyjaśnieniami na zadane mu na głos pytanie.

– Anastazja to moja córka. Kręci się gdzieś tu, czekamy na lot. – Zamknął się, zdając sobie sprawę, że w tym miejscu, na lotnisku, na nic innego czekać by nie mogli, więc jego wyjaśnienia brzmią w jakiś sposób żałośnie i z pewnością lepiej dla wszystkich będzie, jeśli się przymknie, zresztą z jakiej racji rozmawia z nieznajomą, atrakcyjną kobietą, kiedy to…

Ano właśnie! Kiedy co?!

Paweł odruchowo sięgnął do tłustej torebki papierowej, by zagłuszyć pączkiem kiełkujące w głowie myśli, i o mało nie wpadł w panikę, zauważając, że torebka od jakiegoś czasu jest już pusta. Nawet poderwał się z miejsca i stanął na równe nogi, gotowy do walki o kęs słodkiego pączka, zachowując się trochę jak podczas ataku astmy; nie władając sobą, otwierał i zamykał usta, wciągając powietrze.

– Nic ci nie jest? Może cukierka? – Nieznajoma wyciągnęła z torebki małe pudełeczko przypominające starodawne papierośnice, otworzyła je i podała Pawłowi.

Był wdzięczny i skorzystał z pudrowych dropsów, mając nadzieję, że przestanie się trząść.

– Boisz się latać? – spytała i gdy usiadł na wcześniej zajmowanym przez siebie miejscu, położyła dłoń na jego ramieniu. Wzdrygnął się, jakby poczuł lepką mackę ośmiornicy, i znów wstał.

– Nie, nie boi się. – Anastazja zjawiła się w samą porę. Uśmiechała się od ucha do ucha, napawając się komicznym widokiem swojego ojca nieradzącego sobie ostatnimi czasy z pewnymi sytuacjami. Akurat ona doskonale rozumiała przyczynę takiego nieradzenia, ale ojciec nie dawał sobie tego wytłumaczyć.

Usiadła, przeprosiła nieznajomą i spojrzała prosto w oczy taty.

– Ona nie będzie miała nic przeciwko, zresztą nawet jeśli się coś nie uda, to zawsze możemy wrócić. Obiecuję, że będzie dobrze – oznajmiła, a on uświadomił sobie, że ta rozmowa mogłaby mieć miejsce, owszem, ale pod warunkiem, że to on skierowałby usłyszane słowa do niej, a nie na odwrót. Kto to widział, by prawie nastoletnia córka uspokajała rodzica, który to sam, samiusieńki, bez niczyjej pomocy i bez przymusu podjął drugą być może najważniejszą decyzję swojego życia.

– A niech mnie! – wykrzyknął. – Nie o to chodzi!

– Jasne, tatulku, nie o to, a teraz chodź, zapowiedzieli nasz lot.

Walizki mieli już odprawione, musieli dopłacić za dodatkowy bagaż. Wziął niewielką torbę, ona sięgnęła po swój ulubiony plecak, z którym nie rozstawała się od siedmiu już lat. Zrobił go dla niej, kiedy miała trzy latka i zaczęła wręcz błagać ojca, by ją wreszcie wysłał do przedszkola. Zwłaszcza że znajdowało się ono po drugiej stronie ulicy, a panie pracujące tam wydawały się takie miłe. Wiedziała to, ponieważ codziennie o spacerowej porze, przed obiadem, wdrapywała się na parapet w kuchni i patrzyła na swoich rówieśników, których rodzice odznaczali się zdecydowanie wyższym stopniem zaufania do placówek wychowawczych. W kolorowych czapkach, koniecznie na sznurek zawiązywany pod brodą, trzymając się za ręce lub gęsiego, dumnie kroczyli na podwórko lub plac zabaw do pobliskiego parku, a panie – jedna z przodu, druga z tyłu – zachowywały się nad wyraz opiekuńczo. Przynajmniej tak to wyglądało, gdy się klęczało na zimnym parapecie z oskubaną starą farbą i miało się nos przyklejony do szyby. Tato uszył jej więc plecak, w którym mogłaby trzymać swoje skarby i brać do przedszkola wszystkie niezbędne jej rzeczy, bo przecież musiała ich potrzebować, skoro od ósmej do szesnastej miała być poza domem, i to dzień w dzień. I gdy już miała swój plecak i machała mu na do widzenia, kiedy wychodził z przedszkola dziesięć po ósmej, to on sam w porze przed obiadem przyciskał nos do szyby w kuchni i wypatrywał różowej czapki w paski, z wielkim pomponem, którą też sam jej uszył, by wyglądała jak landrynka na tle zimowych szarości miasta.

Ruszyli ku bramce, by wsiąść do samolotu, nie oglądając się za siebie, jak sobie wspólnie przyrzekali. Anastazja bała się, że ojciec złamie przysięgę, nie odważy się na niespojrzenie wstecz. Ona natomiast, głodna przygód i poznania nowego, była gotowa na wszystko. Przed nią wreszcie roztaczała się znakomita sposobność poznania ostatniego i jedynego elementu układanki, która nazywała się „tato”. Jego życie, prawdziwe życie, które wiódł przed jej narodzinami, nie zaaranżowany świat, jakby wraz z pojawieniem się jej na świecie wkroczył razem z nią na scenę, by po odegraniu przedstawienia zejść, pójść do charakteryzatorni i zmyć z siebie sceniczny makijaż i wrócić do siebie… Tyle tylko, że przedstawienie wciąż trwało, a ongrał, nie pokładając sił, wciągając i ją coraz bardziej w ten wyimaginowany świat.

– No tak! – krzyknął nagle i ponownie poderwał się z miejsca, niemal uderzając głową o półkę na bagaże. Lecieli już jakiś czas, oboje w milczeniu, skupieniu, każde pogrążone we własnych myślach.

– No przecież! – potwierdziła Anastazja, choć nie bardzo na razie wiedziała, o co chodzi ojcu, ale jego entuzjazm zbliżony do tego, który towarzyszył okrzykowi „Eureka” w pradawnych czasach, bardzo jej się spodobał. Spodziewała się nie lada odkrycia.

– Tak – powiedział już ciszej Paweł i zrobił tajemniczą minę… a przynajmniej spróbował taką zrobić, ale wyszedł bliżej nieokreślony grymas. – To dobra decyzja, chociażby dlatego, że będziesz miała dwie babcie. – Uśmiech od ucha do ucha spowodował, że Anastazja nie zgasiła tego entuzjazmu, choć miała na to ochotę. Wałkowali ten temat całe lato, odkąd ojciec wrócił z Warszawy do Sankt Petersburga, w którym to ona z kolei mieszkała całe swoje życie. Z nim, bez matki, przy nieocenionej co prawda, ale tylko pomocy ciotki. Był czas, gdy próbowała na ciocię mówić „mama”, ale ojciec szybko jej wytłumaczył to i owo, więc przestała, a wraz z tym przestała mieć też chęć, by opiekował się nią ktoś poza ojcem. Wystarczał jej, bywał nawet czasami taki „zbyt”. To wtedy, gdy kumulowały się w nim pragnienia zostania ojcem numer jeden i wcielenia się w rolę matki, której Anastazja nigdy nie poznała. Wtedy bywał nie do zniesienia. Teraz przyszły inne obawy, że dwie babcie, o których wspominał tata, nie pierwszy raz zresztą, więc cóż to za odkrycie, będą robiły dokładnie to, co on.

Anastazja nie potrzebowała uzasadnienia, nad którym tak dzielnie rozmyślał Paweł. Skoro przyszła chęć opuszczenia kraju i zamieszkania w innym, to sama już ta chęć jest wystarczającym ku temu powodem. Paweł natomiast najwyraźniej tego uzasadnienia potrzebował. Boza wszelką cenę musiał zdać sobie sprawę, dlaczego taka chęć po tylu latach przyszła. Znalezienie odpowiedzi nie było trudne. Była ona znana chyba każdej z zainteresowanych stron, lecz Paweł szukał innej niż ta, która pojawiała się w głowach wszystkich jako ta pierwsza, podstawowa i niepodważalna.

Wyciągnął telefon i zerknął na wyświetlacz.

– Nie dostaniesz teraz żadnej wiadomości – wyjaśniła Anastazja. – Masz włączony tryb samolotowy.

Paweł kiwnął głową, jakby faktycznie zapomniał o trybie, ale też jakby spodziewał się wiadomości. Było to kiwnięcie dość istotne, ponieważ dopuszczało przyznanie się do tego przed sobą samym. Anastazja zachichotała i odwróciła wzrok, by nie wprawiać ojca w konsternację. A on powędrował po raz kolejny za myślą, że przeprowadzką wygrywa dla swojej córki lepsze rodzinne życie – z babciami, których przedtem nigdy nie miała.

Myśli podążały swoim torem. Zmierzały w stronę lekkiego podenerwowania, które brało się z prawdziwego powodu, zakopywanego głęboko pod natłokiem innych. Usilnie próbował nie dopuszczać ich do głosu. Po co to komu, zastanawiał się, jest jak jest.

– O nie! – wykrzyknął znów, budząc siedzącego przed nim jegomościa, trzymającego dla niepoznaki rozłożoną gazetę, choć okulary dawno spadły z jego nosa, a pochrapywanie zdradzało, że daleki był od lektury.

– Co znowu? – Anastazja nawet nie oderwała oczu od otwartej książki trzymanej tuż przed nosem, jakby zamiast czytania zajmowała się podziwianiem fikuśnych liter.

– Czym ja się tam zajmę? – W głosie Pawła pobrzmiewała komiczna nuta zdenerwowania, takiego prawdziwego, wydobywającego się z mrocznych zakamarków rozumu, które uaktywniało się zawsze wtedy, gdy się wyłaziło wbrew jego woli ze strefy komfortu, panikarza paprykarza, jak często mawiał sam Paweł, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że powiela powiedzonko swojej matki.

– Tym samym, tato.

Spokój córki wcale nie koił, wręcz przeciwnie, działał jakoś irytująco, bo przecież skąd ona – smarkula – miała wiedzieć, jak ważne jest utrzymanie rodziny, i to na obczyźnie!

– Na jakiej obczyźnie? Ty do domu wracasz – wtrąciła Anastazja i wówczas Paweł pojął, że ona wcale nie czyta w jego myślach, to on wypowiada na głos brednie, zupełnie mimowolnie, jak paranoik. Po chwili uświadomił też sobie, że córka wykazała się ogromną dawką miłosierdzia, gdyż przemilczała łaskawie „smarkulę”, którą ślina przyniosła mu na jego własny język.

– No tak – burknął lekko zawstydzony, wyprostował się na fotelu, potem znów się skulił, jakby jednak postanowił się schować przed samym sobą lub przed całym światem, i przymknął oczy.

– Nie jedziesz pod most przecież – wyliczała Anastazja, wciąż wpatrując się w tekst książki, jakby widziała co najmniej dinozaury, a nie litery. – Po co im te ogoniaste i kreskowane badziewia?

– A po co wam te kropki nad literkami i twarde, miękkie znaki? – wypalił Paweł.

– O! Teraz to już „wam”? – Anastazja zachichotała. – Przed chwilą z ojczyzny jechałeś na obczyznę, a teraz to już „wam”?!

Zamknęła książkę, oparła głowę na ramieniu ojca i przymknęła powieki.

– Mamy gdzie zamieszkać, mamy dwie babcie, które tęskniły za tobą przez całe twoje życie, a na dodatek jest Joanna, która co najmniej cię lubi po koleżeńsku. Mamy od czego zaczynać, tata.

– Po koleżeńsku co najmniej… – powtórzył po cichu, a uśmiech na twarzy córki wyraźnie się powiększył. Uznała jednak, że nie będzie już ojcu dokuczać komentarzem cisnącym się na usta. Tymczasem Paweł sięgnął do kieszeni kurtki, współdzielącej z nim fotel w samolocie, i wyciągnął notes. Ołówek, wetknięty w gumkę przeznaczoną do tegoż, był małych rozmiarów i wyraźnie było widać, że korzystano z niego dość często. Pustą stronę Paweł otworzył szybko, była bowiem zaznaczona tasiemkową zakładką, napisał kilka słów, a potem wyrwał zapisaną kartkę i po jej złożeniu wsunął ją do kieszeni spodni. Nastazja patrzyła jednym okiem na ruchy ojca, czytając po cichu pojawiające się na kartce słowa:

„Po koleżeńsku co najmniej, z osłoniętymi szalikiem ustami, których nie widzę, lecz wiem dobrze o tym, że są w swym zdziwieniu zatroskane. Zatroskane po trosze sobą, lecz też poniekąd mną. Mina zdumienia i uwielbienia, koleżeńskiego, rzecz jasna, koleżeńskiego co najmniej, zdradzałaby wielki niepokój, lecz zasłoniła się rumieńcem skwapliwym, zachłannym, nierównomiernym, zlewając się z różem wełny szalika”.

ROZDZIAŁ II

…but I can’t help falling in love with you.

Elvis Presley, Can’t Help Falling In Love

To był błąd z rodzaju tych wielkich i niewybaczalnych. Na całe szczęście jej dzieło zostało zauważone w porę. I to przez kogo! Najbardziej wścibską osobę wszech czasów. Czy powinna jej podziękować za tę cechę charakteru, na którą utyskiwała już kolejny rok swojego dorosłego życia? Pytanie z tych retorycznych, ale jednak Joanna wciąż nie potrafiła znaleźć na nie odpowiedzi, a owszem, szukała. Szukała, stojąc przed lustrem i wycierając wacikiem najpierw rozmazany tusz, którego najbardziej zachwalana w reklamach cecha – wodoodporność – rządziła się własnymi prawami i bliżej nieokreślonym widzimisię tegoż. W zależności nie wiadomo od czego raz była na poziomie bliskim zeru, a za innym razem, tak jak chociażby w tej chwili, sięgała zenitu i nie dała się poskromić. Ani ta wodoodporność, ani sam tusz, rozpływający się wylewnie dookoła oczu, na natłuszczonej kremem-cud skórze powiek i pod oczami. Co ją podkusiło, aby się natłuszczać, wiedziała doskonale. I pluła sobie w brodę, że dała się ponieść jakimś miałkim emocjom, chęci na lepszy wygląd, bo co? Bo on miał przyjechać? No błagam!

– No Asiu! Nie upilnowałaś wtedy, nie upilnujesz i teraz – skrzeczała matka, jak zwykle zresztą. Pojawiała się znienacka, jak tylko ona potrafiła, i Joanna z dokładnością co do kropki nad „i” mogła przewidzieć, z czego będzie się składał potok jej kolejnych słów.

– Joanna – burknęła, poprawiając matkę, nie wierząc, by tym razem przyniosło to jakikolwiek rezultat. – Mariolka z Lidla, ty tylko popatrz… a Żaneta, ta z urzędu… – kontynuowała pod nosem, pocierając wacikiem zaczerwienioną skórę wokół oczu.

– Mariolka z Lidla, ty tylko popatrz, znowu ma nowego narzeczonego, ona to ich zmienia jak rękawiczki, a ty, no co z tobą nie tak?

– Ona ich zmienia? A może to oni ją? Mamo! – Pożałowała swoich słów, zanim je wypowiedziała. Tak się działo zawsze, najpierw gadała, później myślała o konsekwencjach, które były przecież niezmienne od dziesięcioleci.

– Ty nie wiesz, co ty mówisz, córko – oznajmiła rodzicielka z pełnym przekonaniem i już miała zacząć opowieść o Żanecie z urzędu, lecz nagle podbiegła do okna, nasłuchując. – Gwiżdże ktoś, córka! Chłop jakiś może! A, zobaczmy!

Gdy odchyliła firankę i otworzyła okno, momentalnie przestała się ekscytować, a jej usta utworzyły dziubek zniechęcenia, pełnego niesmaku.

– Dlaczego ona gwiżdże? – zapytała w otwarte okno na cały głos. – Przecież są na tym świecie domofony.

Joanna podeszła do okna i spojrzała w dół. Maria wyglądała jak zwykle elegancko. Długi, żółty, wełniany płaszcz nadawał jej ekstrawagancji, a delikatny brązowy kapelusz, spod którego wystawały gustownie upięte siwe włosy, i botki o tym samym odcieniu, na niewielkim obcasie, dopełniały całości. Usta pociągnięte pomadką, delikatne brwi. Joanna westchnęła. Nie potrafiła ani tak, ani inaczej, i w ogóle miała tego wszystkiego już serdecznie dość. Tym wszystkim były szminki, cienie do powiek, tusze, do których nie dają instrukcji obsługi, i cały ten przymus społeczny, jaki zaczynała odczuwać, odkąd zaczęło się lato. To lato! I choć na chodnikach pełno było żółto-pomarańczowych liści, a słońce zdecydowanie straciło na sile, przymus zaczynał dopadać ją coraz bardziej.

– Jeszcze chwila! – bardziej syknęła przez okno, niż krzyknęła, i nie doczekawszy się odpowiedzi, pobiegła do łazienki.

– Nie chciałabym się spóźnić, nie przystoi… – zaczęła Maria, składając dłonie w tubę, by jej głos był donośniejszy i przebił się przez szum północnego wiatru.

– A tak gwizdać to przystoi? – warknęła matka Joanny, po czym znów dodała: – Domofon jest przecież!

– Tak jest zabawniej! – krzyknęła Maria, uśmiechając się od ucha do ucha. – Chcesz spróbować?

Matka wywróciła oczami i czym prędzej zamknęła okno, zasłaniając je firaną oraz zasłoną (i gdyby miała żaluzje, to pewnie i je by zaciągnęła) na znak swojej dezaprobaty.

– Czy ona musi tu przychodzić? – zapytała, wchodząc tym razem bez pytania do łazienki. Joanna powinna być do tego przyzwyczajona, ale nie była. Nie umiała też się temu przeciwstawić raz a dobrze, i to ją denerwowało jeszcze bardziej.

– Dlaczego mnie o to pytasz? – burknęła.

– Ponieważ przyszła do ciebie, jak mniemam. To nie ja się stroję i gdzieś wychodzę, nie mówiąc nawet własnej matce dokąd.

– Jak się nie stroję, to mówisz, że faceta nie znajdę, a jak się stroję, to też niedobrze?

– Nie histeryzuj, dziecko. Z matką już zupełnie czasu nie spędzasz. Niby żyjemy pod jednym dachem, ale jak pies z kotem. Doprawdy, wiesz, ta Żaneta z urzędu, to mało tego, że sobie z zagranicy znalazła męża, to jeszcze utrzymuje rodziców, i to oboje!

– Żaneta? Z zagranicy? Tego, co to pod barem tam stoi? – Joanna zerknęła przez okienko w łazience, wychodzące na podwórko blokowiska. – Tam jakby tak ukraiński słychać.

– Nic nie wiesz o życiu – warknęła matka i poczłapała do kuchni.

Joanna odetchnęła z ulgą i przypudrowała twarz. Sięgnęła po tusz, lecz ostatecznie i definitywnie zamiast go użyć ponownie, schowała go do najgłębszej szuflady, tam gdzie trzymała leki.

Gdy wyszła z bloku, na ławce przy obnażonym krzaku bzu siedziały Maria i Genowefa, a z ich twarzy nie schodziły grymasy i przez chwilę Joanna się zastanawiała, czy coś je boli, czy się uśmiechają. Po chwili pojęła, że chyba to drugie, i zapewne ten uśmiech jest w jakiś sposób związany z nią.

– Mogę w ogóle nie jechać z wami – burknęła Joanna na powitanie.

– Chyba nie – odezwała się Gienia, trzymająca ręce w kieszeniach kurtki.

– Nie, nie możesz – potwierdziła Maria, machając miniaturową torebką z czerwonej sztucznej skóry.

– Mogę! – Joanna poczuła się jak mała dziewczynka i nawet nogą szurnęła, jakby chciała tupnąć; siłą powstrzymała się od tego ruchu. Miała trzydzieści pięć lat, to nie był zatem dobry pomysł.

Maria szturchnęła łokciem Gienię i zachichotała. Starsze panie wstały, trzymając się siebie nawzajem, i ruszyły naprzód. Joanna przez chwilę stała w miejscu, wreszcie wypaliła:

– A po co tam my wszyscy, jak jakiś komitet powitalny?

– No Asiu! Nie marudź, chodź – Maria odwróciła głowę i puściła do niej oko, nie zatrzymując się wcale. Joanna westchnęła zbyt głośno, by uszło to uwagi babć, i grzecznie podreptała za nimi.

– Gienia! – zagadnęła najmłodsza z kobiet, chcąc załagodzić swoją buńczuczność, by zapobiec dalszym żartom, jakich się spodziewała w związku z sytuacją, która dla niej była ewidentnie niecodzienna… ale ryknęła tonem dyrektorskim tak, że momentalnie poczuła się nie jak Asia, nie jak Joasia, nawet nie jak Joanna, ale zgodnie z ksywką, która przyjęła się i do niej, niestety, pasowała jak ulał: Mała Mi. – Jakiego zwierza targasz w kieszeni? – dokończyła na fali wredności, której nie umiała zmienić na zawołanie.

– Ważkę – odparła Genowefa głosem pełnym spokoju i ufności, nawet nie odwracając się w stronę rozmówczyni. Tym samym dała jej zapewnienie, że niedorzecznie oraz nieco chamsko potraktowała bliźniego swego.

Mała Mi westchnęła i na wydechu poprosiła:

– Pokaż – Po chwili czym prędzej dodała, jakby doganiając słowem słowo: – Proszę, oczywiście proszę.

Marysia szturchnęła Gienię pod żebro, co wywołało syknięcie tej drugiej. Oj, jak ona tego lubiła. A Maria ubóstwiała. Był to, jak tłumaczyła, rodzaj okazywania sympatii, a komu jak komu, ale Gieni będzie okazywać swoje uczucia zawsze. Na nic wypominanie ich relacji sprzed wielkiej przyjaźni, na nic tłumaczenia, że może i owszem było to miłe, ale jakieś dwadzieścia lat temu, a nie teraz, gdy skóra i kości, i reumatyzm, i wszystko inne.

Gienia wyjęła z kieszeni kamień. Jego spód był jeszcze przybrudzony ziemią. Musiała się spieszyć, malując na wierzchu ważkę. Była piękna, łypała na Joannę wielkimi oczami, a jej odwłok zaginał się w dół, na spód kamienia.

– Urocza – szepnęła Joanna, oddając kamień, lecz Genowefa pokręciła głową.

– To dla ciebie, weź.

– O tak, ważki to zmiany – przytaknęła Maria. – Weź, weź.

Wymowne spojrzenie obu starszych pań mówiło samo za siebie.

– Widzisz, co chcesz widzieć – powiedziała Marysia, machając ręką.

Tuż przy nich zatrzymał się stary, żółty volkswagen touran, odmalowany niefabrycznie na taki kolor, by był lepiej widoczny na polskich szarych drogach. Jego dach zdobił wdzięczny napis „Patrycja”, fioletowego koloru. Hultaj, bo tak auto miało na imię (tak, tak, samochody należące do domu opieki „Patrycja” nie pozostawały bezimienne, a to za sprawką patrycjuszy, którzy – jak mniemała Mała Mi – do reszty zdziecinnieli lub nie mieli czym się zająć na stare lata. Tak mawiała dopóty, dopóki sama nie zaczęła wydzwaniać do Stacha i tonem Alexis z Dynastii żądać: „Podstaw Hultaja”), był wyczyszczony na największy połysk, jak zawsze.

– Elegancki jak zwykle – rzekła Maria, gdy już usadowiła się za Stachem w Hultaju i pociągnęła nieco zbyt teatralnie usta szminką.

– Wymaga tego okazja – odpowiedział kierowca, zerkając we wsteczne lusterko.

– Czy nie możecie się powstrzymać przy ludziach? – Gienia nie wytrzymała i wydęła pomarszczone usta, dzięki czemu przypominała teraz Benjamina Buttona z okresu wczesnego dojrzewania. Stachu znów się śmiał. Robił to wyłącznie oczami, ponieważ gęsta siwa broda przechodząca w wąsy (lub odwrotnie) zasłaniała pół jego twarzy. Gdyby zamiast powiedzenia „pluć sobie w brodę” można było stosować „śmiać się w brodę”, to z pewnością dotyczyłoby ono Stacha. Jednoznacznie i definitywnie.

Joanna spojrzała z rezerwą na Gienię, a potem szybko przeniosła wzrok na Marysię. Ta jak gdyby nigdy nic patrzyła się przez okno, marszcząc surowo brwi.

– Nic nie rozumiem – burknęła Joasia, i faktycznie nie rozumiała. Jednak to nie słowa Gieni wprawiały ją w dezorientację, tylko jej własne myśli, krążące nawet nie w jej głowie, ale jakby nad nią, zupełnie na podobieństwo jesiennych liści, wirujących w chaotycznym tańcu na wietrze. Chaos to dobre określenie, przyszło na myśl Joannie, która czuła coraz większy… strach?! Nie, to niemożliwe. Owszem, bywało tak, zwłaszcza w dzieciństwie, zwłaszcza w drodze do szkoły, do tablicy, do domu, do sklepu, na chór, tak, ale przyzwyczaiła się do niego, zadomowiła się w nim, a on w niej – już jakiś czas temu. Ten czas, który leci jak szalony i który nie wiedzieć kiedy buchnął jej sprzed nosa trzydzieści pięć lat jej życia, z których ona pamięta tylko i wyłącznie to, że się bała. Ciągle i permanentnie. Ale żeby znów go poczuć? Ten strach, tak w trzewiach? Toniemożliwe.

– Ważkę weź – mruknęła Gienia, odwracając głowę do siedzącej z tyłu Joanny. Ta spojrzała na nią zdziwiona, wyrwana z gonitwy swoich obrzydliwie strasznych myśli. – Wiercisz się jak wrzód na tyłku. Weź ważkę do ręki. Kamień – wyjaśniła, widząc coraz większe zielone oczy Małej Mi. – Uspokoi cię.

– Wrzody się nie wiercą – skarciła przyjaciółkę Marysia, poprawiając kapelusz i zerkając w lusterko wsteczne, szukając, trochę bezwiednie, wzroku Stacha.

Joanna sięgnęła do kieszeni i teraz to ona ściskała kamyk, tak jak to miała w zwyczaju Gienia, a czynność ta Joannie kojarzyła się niestety wyłącznie ze starością, reumatyzmem i innymi bliżej nieokreślonymi „starczymi” sprawami. Wzdrygnęła się na samą myśl, lecz kamyka nie puściła. Mało tego, ścisnęła go mocniej, a ten, rozgrzany jej dotykiem, podziałał kojąco. Ciepło rozeszło się po całym jej ciele i nie miało nic wspólnego z ogrzewaniem w Hultaju, które podkręcił brodaty kierowca.

Joanna wyjęła telefon i zerknęła na wyświetlacz. Żadnej nowej wiadomości. To dobrze, przekonywała samą siebie. To bardzo dobrze. Kliknęła w aplikację z notatkami i – jak jej się zdawało – bezmyślnie wystukała: „Cóż, nie spieszyłeś się za bardzo. Za chwilę jednak będziesz. Czego chcieć? Spokoju może. Bo trudno znieść ten trzepot w piersi”.Spojrzała w okno, na przyklejony do szyby żółty liść. Podniosła dłoń, by oprzeć ją na szybie na jego wysokości. Uśmiechnęła się do siebie, do liścia, do jesieni, a może do zmian, a potem skasowała wszystko, co napisała, i schowała telefon do kieszeni.

– Dlaczego garnitur? – zapytała nagle Joanna.

– Z szacunku – odezwała się Marysia, wchodząc w słowo Staszkowi, kiedy ten ledwie co zdążył otworzyć usta.

– On sam może się wypowiedzieć – burknęła Gienia. To był doskonały moment, aby oddać przyjaciółce szturchnięciem w żebro, żałowała tylko, że nie było to wykonalne. Uniosła palec i pchnęła Marysię, czym naraziła się na złowrogie spojrzenie tejże. – Tak sądzę – dodała pospiesznie, jakby miało to złagodzić urazę.

– No, może. – Maria poprawiła kołnierzyk, który nie wymagał poprawienia, i odwróciła się do okna.

– No właśnie, może.

– No, skoro może, to może odpowie? – zaproponowała Joanna, nie bardzo rozumiejąc, co się właściwie dzieje.

– Może, przecież mówię. – Maria nie próbowała nawet odpuścić.

Gdyby nie milczenie samego zainteresowanego, pewnie by się dalej licytowały, która zakończy tę wypowiedź. Pojawił się też inny, dodatkowy bodziec, który kazał im się lekko zaniepokoić. Dźwięk klaksonu dobiegający z tyłu już nie jawił się im jako wystąpienie solowe. Do ich uszu zaczynały dobiegać nieskładne duety, a nawet zmotoryzowany kwartet. Maria odwróciła się, by spojrzeć w tylną szybę.

– Jedź, Stachu, co tak stoisz? Hultaj się popsuł? – spytała, szarpiąc go za ramię.

– Mryśka… – zaczęła ostrożnie Gienia.

– No jedź, bo oni zaraz tam z tyłu zwariują, światło już się drugi raz na zielone zmieniło – ponaglała.

– Mryśka! – wrzasnęła Gienia, a Joanna podskoczyła na fotelu.

– Ty też chcesz dołączyć do chórku anielskiego na tej pieprzonej warszawskiej ulicy? – Marii udzielił się nastrój, więc nie wytrzymała. Spojrzała na Gienię, a gdy zobaczyła jej pobladłą twarz, momentalnie przeniosła wzrok na Stacha.

Był blady. Nieruchomy. Głowę miał lekko schyloną do kierownicy, a z kącika ust kapała mu ślina.

– Stachu… – powiedziała Maria bezgłośnie, wycierając rękawem łzy.

ROZDZIAŁ III

Shall I stay?Would it be a sin

Elvis Presley, Can’t Help Falling In Love

– Siadaj! – rozkazała Maria, gdy wspólnymi siłami położyły nieprzytomnego Stacha na tylnym siedzeniu Hultaja. Joanna wsiadła za kierownicę z zapałem i pełna werwy. Cieszyła się w duchu ze swojego opanowania. Jej strach, taki nonsensowny, zupełnie nie na miejscu, znikł, a jego miejsce zajęły pewność siebie i jakiś rodzaj spokoju, który czasami pomaga nam iść do przodu w trudnych, zaskakujących sytuacjach. Zapewne adrenalina, ale jak zwał, tak zwał. Spojrzała we wsteczne lusterko. Gienia i Maria usadowiły się i zatrzasnęły drzwi.

– Do szpitala! – wrzasnęła Maria. – Szybko!

Przekręcenie kluczyka w stacyjce okazało się nie takie trudne, ale potem, gdy Joanna nawet wyłączyła światła awaryjne, gotowa, by ruszyć, naraz sobie zdała z czegoś sprawę:

– Ja nie mam prawka – wymamrotała.

– Nie zawracaj sobie głowy formalnościami, jedź! – Marysia całą sobą pragnęła wyjść z siebie i stanąć obok, albo przycupnąć co najwyżej, byle się rozdwoić, bo w ten sposób, jak miała wrażenie, mogłaby bardziej pomóc nieprzytomnemu Stachowi. – Ależ nas załatwił! – wymamrotała pod nosem, czując narastający gniew, który chętnie by skierowała w odpowiednią stronę, tyle że nie za bardzo wiedziała, który kierunek byłby tym właściwym.

– Ale ja naprawdę nie mam prawka! – Joanna odwróciła głowę, bojąc się patrzeć na Stacha.

– No i co z tego! – Głos Marii brzmiał jak koguci śpiew o poranku, irytująco i alarmująco jednocześnie.

– Nie mam też umiejętności! – warknęła Joanna, sięgając po telefon. – Wezwę karetkę.

– Oszalałaś, zabijesz go! – Maria zaczęła gramolić się z auta, żywo gestykulując.

– Nie patrz tak na mnie, wiesz, że ja nie umiem. – Gienia podniosła obie ręce, jakby chciała w jednej sekundzie zbudować niewidzialny, ale solidny mur, który oddzieli ją od koszmaru, w którym się znalazła.

– Wezwę. – Joanna czekała na połączenie.

– Wyjdź! – rozkazała Maria i szybko zamieniła się z nią miejscami. Chwyciła kierownicę i zamknęła oczy. Nie było to łatwe. Nie było to nawet trudne. To było nie do zrealizowania.

Najpierw poczuła dreszcz. Taki sam jak kiedyś. Odgoniła szybko wspomnienia; umiała to robić na zawołanie. Ponownie spojrzała we wsteczne, żeby widzieć Stacha. Jego brak, który mógł za chwilę tu się pojawić, jeżeli ona – Marysia – nie zmusi się do tego, by ruszyć z miejsca. W tym momencie nie dochodziły do niej żadne dźwięki z zewnątrz. Była zakleszczona w swoim własnym świecie, który napierał i dusił coraz intensywniej. Wtedy było tak samo. Wtedy, gdy obiecała sobie, że nigdy więcej nie znajdzie się za kierownicą żadnego pojazdu, nawet roweru. Fakt, że tamto wtedy to nie była jej wina, nie pomagał. Wówczas najpierw widziała jakby wodę. Zasłaniała jej widok. Było to zbawienne, ponieważ gdyby nie połączenie kropel potu i łez, zobaczyłaby o wiele gorsze obrazy. Choć z drugiej strony, może by to nie było takie złe? Móc sobie wyobrazić to, co leżało na ulicy; móc sobie to odtworzyć jeden do jednego, a nie wyolbrzymioną wersję podpowiadaną przez własną wyobraźnię, w ślad za którą dudniły słowa psychoterapeutki, które tamta wypowiadała, zapalając papierosa i machając nogą: „Dzieci zawsze wybiegają na ulicę za piłką, to normalne”. I Maria nie wiedziała, czym jest to „normalne”. Siedziała wtedy w wozie, zanim nie przyjechała policja; siedziała w wozie, zanim policja nie odjechała. A potem, gdy się ściemniło, wysiadła, zatrzasnęła drzwi, zabrała z tylnej kanapy śpiącą Glorię i szła, trzymając ją na rękach, kolejne kilometry, aż nad ranem dotarła do domu. Nie pamiętała, czy po samochód ktoś wrócił. Udawała, że ma silnie rozwiniętą niepamięć. I tak było łatwiej.

Oddychała płytko i szybko. Pozwoliła, by pot spłynął po jej czole i ją zaślepił. Zupełnie tak jak wtedy. I gdy przestała widzieć nieruchomą twarz we wstecznym lusterku, rozmytą przez spływające krople, zmieniła bieg i wcisnęła gaz.

– No nareszcie – szepnęła Genowefa, robiąc w powietrzu znak krzyża.

– Nie przedrzeźniaj! – Maria wracała do siebie.

– Kogo? – Przyjaciółka się rozejrzała, spoglądając pytająco na Joannę.

– Alicji – burknęła druga ze staruszek, skupiona na drodze.

– Myślisz, że ona się tam modli? – przyłączyła się Joanna, wspominając zapał swojej byłej pensjonariuszki do wszelkich religijnych obrządków.

– Z pewnością – rzekła Gienia, pokazując palcem w stronę Marii. – Jeśli tylko widzi, co ona wyprawia na drodze. Masz, wsadź sobie to do gęby!

Szybkim ruchem sięgnęła po leżący w Hultaju ołówek i w poprzek włożyła go przyjaciółce w usta. Trzymając się kurczowo kierownicy, Marysia nie miała odwagi wyjąć przedmiotu spomiędzy warg, więc próbowała go zignorować, choć nie było to łatwe. Dobrze, że Stachu tego nie widzi, przeszło jej przez myśl, ale zaraz się zreflektowała i wcisnęła mocniej pedał gazu.

– No, od razu lepiej – rzekła Gienia, a widząc ogromny znak zapytania malujący się na twarzy Joanny, pospieszyła z wyjaśnieniem: – Jak sobie włożysz ołówek do ust, to ciało, rozszerzając te usta, daje sygnał do mózgu, że się uśmiecha, więc mózg reaguje i leci dalej z endorfinami i innymi pomagierami, i zaraz przychodzą spokój, radość, opanowanie, rozumiesz? Nie rozumiesz? No cóż. – Genowefa westchnęła. Chciała gadać, dużo gadać, najlepiej same głupoty, byleby nie kierować wzroku na Stacha i nie sprawdzać co chwila, czy żyje.

– …je? – zapytała Marysia, próbując wypluć ołówek.

– Tak, żyje. Jedź.

Joannie nie udało się jej uspokoić. Maria zerkała we wsteczne lusterko raz po raz, zastanawiając się, dlaczego do diabła nigdy nie powiedziała temu facetowi, że jest najprzystojniejszym starym dziadem, jakiego w życiu spotkała.

Gdy wjechała pod szpital i wysiadła z Hultaja, poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Bluzka przyklejona do jej pleców nie zapowiadała możliwości wyschnięcia – nigdy. Płaszcz, niegdyś ulubiony, teraz krępował jej ruchy, kołnierz dusił niczym wąż z obrazka, jaki widziała w gazecie, kiedy była małą dziewczynką.

Stacha już nie było. Zabrali go i pognali w otchłań szpitalnych OIOM-ów. Gienia poczłapała za ratownikami, próbując dogonić Joannę, która dotrzymywała im kroku i jako jedyna przytomnie myśląca osoba z całego towarzystwa zadawała istotne pytania i udzielała niezbędnych odpowiedzi.

A Maria stała przy Hultaju, zaparkowanym tuż przed izbą przyjęć, blokując wjazd dla karetek, które na szczęście w tym momencie nigdzie się nie spieszyły. Stała z opuszczonymi rękoma i ołówkiem trzymanym w poprzek w ustach, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą począć.

Początek października obfitował w słońce, tak jakby wmawiając wszystkim dookoła, że złota polska jesień nie jest pojęciem metaforycznym, a pytania o nią nie należą do tych z gatunku retorycznych. Słońce grzało, usilnie starając się nie udać na zimowy sen na tarczy, nie miało też zamiaru powoływać się na żadną klauzulę sumienia, czyli iść zgodnie z modą zapoczątkowaną przez aptekarzy. Maria splunęła na samą myśl o tym, zaparkowała Hultaja na przyszpitalnym parkingu i usiadła na ławce, starając się w ogóle nie spoglądać w stronę drzwi prowadzących na izbę przyjęć. Nie wiedziała za bardzo, na czym się skupić, toteż pozwoliła, by jej umysł robił kogel-mogel myślowy, zabawiając się jej kosztem.

– Nic mu nie będzie – usłyszała znajomy głos.

Gienia zgarnęła żółte liście z ławki i przycupnęła obok. Maria pokiwała głową, nadal się nie odzywając.

– Pyta o ciebie – przekazała Genowefa z szerokim uśmiechem.

– Co się tak szczerzysz? – Przyjaciółka wróciła najwyraźniej do siebie, nawet jej wzrok się wyostrzył, spojrzenie nabrało blasku, a kąciki ust delikatnie się uniosły, powiększając zmarszczki w dolnej części twarzy.

– A bo ja wiem? – Genowefa parsknęła. – Może dlatego, że umiem – oznajmiła, zupełnie nie zamierzając bawić się w wymianę docinków. Marysia wyglądała jej na pogubioną. – No, idź do niego – powiedziała łagodnie. – Nie będę się z was nabijać, zobaczysz – uspokajała, lekko ją podjudzając.

– Nie tego się boję, Gieńka. – Ton Marysi był poważny, ale spokojny.

– Ty się czegoś boisz? – Tym razem druga ze staruszek roześmiała się na dobre, ale po chwili spoważniała, obserwując przyjaciółkę. Ta drżała na całym ciele, siedząc w ciepłym płaszczu na słońcu.

– No – burknęła Maria.

– A to niespodzianka!

– Srutu pierdutu. – Tym razem burknięcie było nad wyraz emocjonalne.

– Twoja elokwencja jest powalająca, moja droga, ale nie ochronisz się nią niczym wielkim murem, zresztą ten już jakiś czas temu runął, o ile mnie pamięć nie zawodzi. – Genowefa za wszelką cenę próbowała wytrącić Marysię ze stuporu zakotwiczonego w lęku i wypchnąć ją na szerokie wody spokoju oraz wiary w to, że wszystko będzie dobrze. – Idź – powtórzyła wreszcie, lekko podnosząc głos.

– Ty się chyba zapominasz. – Wreszcie Marii udało się sklecić zdanie składające się z więcej niż dwóch słów o wątpliwym znaczeniu. – Ostatnio takim tonem mówiłaś do mnie jakieś pół wieku temu. I ten czas minął bezpowrotnie.

– Tak, tak, miało to związek z moim bratem, twoim byłym mężem i mężem Alicji. Przypadkiem była to jedna i ta sama osoba…

– Ta jedna i ta sama osoba była nieźle zrypana, poza tym od dawna nie żyje, więc może nie przywołujmy tych wątpliwych wspomnień.

– No to idź już do Stacha. On po pierwsze jeszcze żyje, po drugie czeka na ciebie, po trzecie, jeśli wyzbędziesz się tego gówna – Genowefa nie wiedzieć czemu kolejny raz wykonała w powietrzu znak krzyża – to może was czekać jeszcze chwilunia wspólnej przyszłości.

– Czym jest to gówno, okraszone znakiem krzyża? – Maria najwyraźniej poważnie się zainteresowała.

– Strachem – szepnęła Gienia, jakby wypowiedzenie głośno i wyraźnie tego słowa wiązało się z bardzo poważnymi konsekwencjami.

– I chciałaś go ze mnie wypędzić jak szatana?

– No a czym on jest? – Genowefa wskazała rosnącą nieopodal jarzębinę. – Idź do niej, przytul się, podziękuj i weź trochę jagód do kieszeni, zaraz ci strach odejdzie.

– Daj spokój. – Marysia machnęła ręką, ale widząc natarczywe spojrzenie przyjaciółki, posłusznie wykonała polecenie. W tej kwestii żadne dyskusje nie wchodziły w grę, przekonała się już o tym nie raz. Poczłapała zatem pod drzewo i pod wielce zainteresowanymi spojrzeniami przechodniów wlazła za metalową barierkę oddzielającą ścieżkę od trawnika, rozłożyła szeroko ręce i objęła chudy pień.

– Głośniej! – krzyknęła Genowefa – Wszechświat musi cię usłyszeć!

– Ona to robi specjalnie – mruknęła pod nosem Maria, jakby chciała się poskarżyć starej jarzębinie, a potem odfuknęła: – Wszechświat czyta mi w myślach!

– No, jeśli tak jest, to na twoim miejscu faktycznie bym się bała! – Genowefa nie dawała za wygraną. Odwróciła się jednak od Marii, jakby całą sobą chciała zakomunikować, że nie zna tej wariatki, co gada z