49,99 zł
Facebook zrewolucjonizował świat. Łączył ludzi, przyspieszał przepływ informacji, znosił tabu i obchodził cenzurę.
Sarah przez ponad rok walczyła o pracę w tej firmie. Chciała być częścią rewolucji i zmieniać świat na lepsze. Nie wiedziała jeszcze, co skrywa się za wzniosłymi ideałami jednego z największych gigantów technologicznych na świecie.
Osiem lat po odejściu z Facebooka ujawnia całą prawdę o pracy u boku Marka Zuckerberga i Sheryl Sandberg.
Mobbing, seksizm i zgniła korpokultura to tylko czubek góry lodowej. Sarah zdradza szczegóły największych afer Facebooka, takich jak:
·kradzież danych, wojna dezinformacji i trolling, które pomogły Trumpowi wygrać wybory prezydenckie,
·przyzwolenie na szerzenie się nienawistnej propagandy, która doprowadziła do przemocy seksualnej i ludobójstwa w Mjanmie,
·udostępnianie danych użytkowników chińskiemu reżimowi i tworzenie narzędzi ułatwiających cenzurę.
Za ujawnienie tego, jak bezwzględnie portal społecznościowy walczy o władzę i pieniądze, Facebook wytoczył Sarah proces. Autorka dostała również zakaz wypowiadania się o książce.
„Nic dziwnego, że Mark Zuckerberg nie chce, byście przeczytali tę książkę. Obraz Zucka i reszty wysoko postawionych menedżerów Facebooka, czyli dzisiejszej Mety, który wyłania się z opowieści Sarah Wynn-Williams, jest wstrząsający. Na czele firmy, która kształtuje świat technologiczno-społeczno-polityczny, stoją niedojrzali, rozpieszczeni i przeceniający swoje zdolności ludzie. Co więcej, chcą oni urządzać życie nam wszystkim” – Sylwia Czubkowska, autorka podcastu Techstorie
„Książka, która ujawnia wszystkie tajemnice” – „Financial Times”
„Tę książkę czyta się jak pikantne biurowe wspomnienia… tylko że twoi współpracownicy latają prywatnymi samolotami, a twój szef żąda wzniecenia zamieszek, w których weźmie udział milion osób” – Ron Charles, „The Washington Post”
„Zaczyna się jak farsa, kończy jak tragedia – mrocznie zabawna i szokująca opowieść, w której Wynn-Williams demaskuje bezwzględnych liderów Facebooka i ujawnia przerażające skutki ich »śmiertelnej lekkomyślności« wobec świata” – Michelle Goldberg, „The New York Times”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 465
Data ważności licencji: 6/15/2031
Tytuł oryginału: Careless People. A Story of Where I Used to Work
First published in the US 2025 by Flatiron Books an imprint of Macmillan Books
First published in the UK 2025 by Macmillan an imprint of Pan Macmillan
Copyright © Sarah Wynn-Williams 2025
Niektóre imiona zostały zmienione.
Copyright © for the translation by Małgorzata Morel
Copyright © for the Polish edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
Projekt okładki
James Annal
Adaptacja okładki oryginalnej
Karolina Korbut
Ilustracje na okładce
© Refox Photos, Zamurovic Brothers | Shutterstock
Projekt typograficzny bloku
Karolina Korbut | Mimoza
Wydawczyni
Olga Orzeł-Wargskog
Redaktorka prowadząca
Wiktoria Wermińska
Opieka redakcyjna
Sylwia Stojak
Adiustacja
Anna Śledzikowska | Wydawnictwo JAK
Korekta
Barbara Gąsiorowska | Wydawnictwo JAK
Łamanie
Andrzej Choczewski | Wydawnictwo JAK
Opieka produkcyjna
Karolina Korbut, Dawid Kwoka
Opieka promocyjna
Marta Greczka
ISBN 978-83-8427-420-0
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla Toma Przepraszam, że cię w to wszystko wciągnęłam. Oraz dla mojej babci Eileen, która regularnie przypomina nam, by wieść zwyczajne życie i cieszyć się dobrymi chwilami.
Nie przejmowali się niczym, Tom i Daisy, niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym.
F. SCOTT FITZGERALD, WIELKI GATSBY (tłum. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz)
Jesteśmy pośrodku stanowiska archeologicznego gdzieś na wybrzeżu Panamy. Ja, dwóch moich współpracowników, grupka prawie nagich ludzi i Mark Zuckerberg. Mark nie jest zadowolony. To 2015 Summit of the Americas, międzynarodowe spotkanie przywódców państw. Podczas tego wydarzenia odbywa się oficjalna kolacja, na którą – poza Markiem – zaproszone są wyłącznie głowy państw: Brazylii, Kolumbii, Kuby, Kanady, Stanów Zjednoczonych, oraz przedstawiciele ponad trzydziestu innych krajów. Załatwiłam Markowi zaproszenie, ponieważ próbuję go przekonać, że powinien nawiązać relacje z tymi ludźmi.
W tym momencie jesteśmy jedynymi gośćmi na tej imprezie.
Pod ciemnym niebem i niskimi chmurami w stronę słabo oświetlonych płonącymi ogniskami ruin rozciąga się czerwony dywan. Po jego bokach stoją strażnicy w starodawnych kostiumach z koronkowymi kołnierzami i w kolorowych jedwabnych spodniach, uzbrojeni w miecze i coś przypominającego topory. Do tego ci nadzy ludzie, którzy, jak się okazuje, są jednak tylko półnadzy, odziani w kuse starożytne kostiumy w kolorze skóry. Po jednej stronie stoi grupa w skąpych przepaskach biodrowych z batami w ręku. Dalej ludzie wyglądający jak członkowie jakiegoś pradawnego Ku Klux Klanu. Wszystko to na tle wiekowych fortyfikacji w miejscu najstarszej osady założonej przez Europejczyków na wybrzeżu Pacyfiku.
– Dlaczego na oficjalnej kolacji są nadzy ludzie? – szepcze Mark.
– Szczerze mówiąc – odpowiadam, próbując wymyślić coś rozsądnego – nie mam pojęcia. To mój pierwszy bankiet z ludźmi bez ubrań.
Suniemy po niekończącym się czerwonym dywanie, mijając dziwaczne sceny rytuałów, handlu, walki i nie wiadomo czego jeszcze. Faceci z Facebooka, którzy mi towarzyszą, odwracają wzrok z powodu nagości. I dlatego, że za każdym razem gdy spojrzysz prosto w oczy któremuś z półnagich statystów, on patrzy na ciebie i nie odwraca wzroku. To niepokojące.
Kiedy docieramy do pustej strefy jadalnej, widzę, kto gdzie siedzi, i jest fatalnie. Mark nie jest głową państwa, więc przydzielono mu miejsce przy stole między dwiema osobami, które wyglądają na przypadkowych krewnych prezydenta Panamy. A może są ministrami. Próbuję ich wygooglować i jednocześnie udaję, że wszystko jest w porządku i całkiem normalnie, a oczywiście nie mam zasięgu, bo jesteśmy pośrodku stanowiska archeologicznego na panamskim wybrzeżu.
Nie widzę innej możliwości, więc niepostrzeżenie zamieniam wizytówkę Marka z mniej ważnym prezydentem przy lepszym stole. Przenoszę wizytówki dyskretnie w torebce, tak żeby kręcący się po sali pracownicy niczego nie zauważyli. Oddycham z ulgą i informuję zespół, co zrobiłam.
– On chce siedzieć obok Castro – mówi Javi.
– Nie ma mowy – odpowiadam.
Javi – Javier Oliván, odpowiedzialny za „wzrost” Facebooka, czyli za to, aby miliardy ludzi, których jeszcze nie ma na platformie, zaczęły z niej korzystać – to mój ulubiony współpracownik tego wieczoru. Jest wyluzowanym Hiszpanem i jedną z niewielu osób z kierownictwa wyższego szczebla z poczuciem humoru.
Kiedy wreszcie zaczynają przybywać głowy państw, moim zadaniem jest odciąganie odpowiednich osób na bok. Pracowałam kiedyś w ambasadzie i tam ta taktyka była powszechna. Należało odciągnąć na bok osobę, z którą chciało się porozmawiać. Mark czeka na uboczu nieprzekonany do tego wszystkiego. W Facebooku zajmuję się polityką międzynarodową, więc muszę zaangażować Marka w politykę i sprawy, z którymi Facebook styka się na świecie i które sam tworzy. Bywają rzeczy, które na arenie międzynarodowej może załatwić tylko dyrektor generalny. Tylko że ten dyrektor generalny nie ma na to ochoty. Mark podchodzi do tego wszystkiego nad wyraz sceptycznie. I najwyraźniej nie sprawia mu to przyjemności.
Moim pierwszym celem jest premier Kanady Stephen Harper.
Biorę głęboki wdech, zbieram się w sobie i podchodzę.
– Dzień dobry, panie premierze – mówię. – Sarah Wynn-Williams z Facebooka. Może mnie pan kojarzy z centrów danych i prywatności?
To nienajlepszy start, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. I tak stwierdzenie „może mnie pan kojarzy” to już spora przesada. Nigdy nie spotkaliśmy się osobiście, a jeśli faktycznie premier pamięta nasze negocjacje w sprawie centrów danych, zapewne uważa, że oszukaliśmy jego rząd. Facebook wynegocjował mnóstwo ustępstw, po czym zbudował centrum danych w Iowa.
Patrzy na mnie beznamiętnie, jakbym była kurzajką na jego stopie. Kątem oka widzę na twarzy Javiego ulgę, że nawiązuję kontakty w imieniu Marka.
– W każdym razie jestem tu z Markiem Zuckerbergiem. – Robię pauzę. Trudno mi odczytać wyraz jego twarzy. – Zastanawiałam się, czy chciałby się pan z nim spotkać.
– Nie – odpowiada stanowczo premier Harper.
Gdzieś obok słyszę głośny okrzyk i zdaję sobie sprawę, że Javi przyprowadził Marka. Mark stoi tuż obok mnie, co oznacza, że słyszał tę wymianę zdań. Premier Harper odchodzi, żeby porozmawiać z innymi przywódcami. A my z Markiem po prostu stoimy i patrzymy na siebie. Odwracam się do Javiego, który oznajmia:
– Idę po mojito. – I rusza do baru, zostawiając nas w niezręcznej ciszy.
– Dla mnie podwójne – wołam w jego kierunku.
Przez resztę tej części wieczoru politycy omijają nas szerokim łukiem.
Nikt nie podchodzi do Marka. Nie jest do tego przyzwyczajony, zazwyczaj otacza go tłum ludzi przekonanych, że jest najciekawszą osobą w okolicy. Teraz stoi niepewnie pośrodku wystawnego przyjęcia jak ryba wyjęta z wody. We trójkę wypijamy mojito, które przyniósł Javi, po czym posyłam go po następną kolejkę.
Idę jeszcze raz sprawdzić, czy winietka z nazwiskiem Marka jest w odpowiednim miejscu, i odkrywam, że zostałam zdemaskowana, ponieważ ustawienie wróciło do pierwotnej wersji. Próbuję ponownie podmienić wizytówkę z jeszcze mniej znanym prezydentem, ale po kilku minutach wszystko wraca do poprzedniego układu. Światła zaczynają przygasać – sygnał, że czas koktajli dobiega końca i zaraz zacznie się kolacja. Szybko tłumaczę Markowi, co się stało.
– Muszę zostać? – pyta szczerze.
– Nie – odpowiadam, zdając sobie sprawę, że i tak ma za sobą dość dziwny wieczór.
– W takim razie chodźmy.
I właśnie w tym momencie gasną wszystkie światła poza jednym reflektorem skierowanym na tunel niedaleko nas, z którego wyłania się procesja koni przystrojonych w kolorowe jedwabie, dosiadanych przez artystów w fantazyjnych strojach.
Jak się stąd wydostać?
Nie możemy wrócić po tym niekończącym się czerwonym dywanie. Na jego końcu czekają przedstawiciele mediów, a nie chcemy dopuścić do tego, żeby międzynarodowa prasa uwieczniła Marka Zuckerberga uciekającego z państwowej kolacji. Ale nie ma żadnego innego widocznego wyjścia. Wokół tylko ruiny i fortyfikacje – poza czerwonym dywanem i tunelem, z którego wybiegają konie.
Prezydent Panamy wstaje i zaprasza gości do stołu. Rozglądam się ostatni raz i podejmuję fatalną decyzję. Wołam do Marka i ekipy z Facebooka:
– Biegniemy! Za mną!
Biegnę prosto tam, skąd wyłaniają się konie. Wychodzę z założenia, że skoro stamtąd wbiegają, to tam gdzieś musi być wyjście. Ale dopiero gdy widzę przerażone twarze Javiego i Marka, którzy mnie wymijają, zdaję sobie sprawę, że to był błąd. Konie w panice próbują nas ominąć. Są równie zdezorientowane jak my. Pewnie się nie spodziewały, że młody dyrektor generalny firmy technologicznej rzuci się na nie w tunelu jakichś ruin, zamku, kościoła czy fortu, czymkolwiek to jest. To szaleństwo. Wokół świst kopyt, ogony, jedwabie, rozgrzane zwierzęta, strach, gorące oddechy, hiszpańskie okrzyki zaskoczenia. I nagle, cudownie, tunel się kończy. Wybiegamy z drugiej strony prosto w ciemność.
Pochylam się. Udaję, że chcę złapać oddech, ale tak naprawdę boję się spojrzeć Markowi w oczy. Boję się o to, że impreza z tyloma światowymi przywódcami jest tak zabezpieczona, że w każdej chwili możemy zostać zdjęci przez snajperów.
Zmuszam się i podnoszę głowę do góry; widzę, że stoimy pośrodku gigantycznego pola obok jakiegoś starożytnego muru, w pobliżu kilku koni w jedwabiach połyskujących w świetle księżyca. Mark posyła mi blady uśmiech. Nie wiedząc, co robić dalej, ruszamy w naszych odpowiednich na uroczystą galę wieczorowych strojach w ciemność, przez pola, bez zasięgu i bez pojęcia, gdzie jesteśmy – poza tym, że w Panamie. Brniemy przez czarne pustkowie, które wydaje nam się nieskończone, z nadzieją, że natrafimy na jakąś drogę. W końcu na telefonie widzę jedną kreskę zasięgu i dzwonię po samochód. Gdy pada pytanie, dokąd ma przyjechać, odpowiadam:
– Szczerze? Nie mam pojęcia.
Mark to słyszy i zaczyna się śmiać, a pozostali mu wtórują.
Tak mniej więcej wyglądały moje pierwsze lata w Facebooku. Nieustannie angażowaliśmy się w różne przedsięwzięcia, które rzadko kończyły się tak, jak się spodziewaliśmy. Spędziłam tam siedem lat i gdybym miała je podsumować jednym zdaniem, powiedziałabym, że wszystko zaczęło się jak lekka komedia, a skończyło w ciemności i żalu. Doradzałam szefom na najwyższych stanowiskach, Markowi Zuckerbergowi i Sheryl Sandberg, wtedy gdy tworzyli strategie współpracy z rządami na całym świecie. Pod koniec patrzyłam bezradnie, jak ulegają autorytarnym reżimom, takim jak Chiny, i beztrosko wprowadzają opinię publiczną w błąd. Byłam z Markiem w prywatnym odrzutowcu w dniu, kiedy w końcu zrozumiał, że Facebook rzeczywiście pomógł Donaldowi Trumpowi dostać się do Białego Domu, i sam wyciągnął z tego ponure wnioski. Ale przez większość czasu praca nad polityką w Facebooku miała mniej wspólnego z wdrażaniem zasad Machiavellego, bardziej zaś przypominała obserwowanie grupy czternastolatków, którym ktoś dał supermoce i nieludzko dużo pieniędzy, żeby mogli latać po świecie i bawić się w dorosłych.
To jest właśnie historia, którą chcę opowiedzieć.
Do Facebooka zaprowadził mnie idealizm. Patrząc wstecz, trochę się tego wstydzę. Był rok 2009, a wtedy można było patrzeć na Facebooka z optymizmem. W tym niewinnym okresie internet dawał nadzieję.
Trudno przyznać, że chciało się „ratować świat”, nie ujmując tego w cudzysłów, ale właśnie tak myślałam o swojej pracy, odkąd skończyłam dwadzieścia pięć lat. W tamtym czasie byłam dyplomatką Nowej Zelandii w Organizacji Narodów Zjednoczonych.
Dorastałam w Christchurch, miasteczku rolniczym, największym mieście na Wyspie Południowej, wielkości mniej więcej miasta Lincoln w stanie Nebraska. Dla zobrazowania, co to za miejsce: co roku w listopadzie wszyscy obchodzą święto zwane Show Day. Całe miasto się spotyka, żeby oglądać owce i warzywa, są wyścigi konne, pokaz psów i sporo picia. Uwielbiałam Show Day.
Miałam troje rodzeństwa. Byłam najstarsza. Ta odpowiedzialna. Moje dzieciństwo było raczej normalne. No, może poza tym jednym razem, gdy zaatakował mnie rekin.
Miałam wtedy trzynaście lat. Spędzaliśmy wakacje na plaży i co roku w tym samym miejscu rozbijaliśmy namioty. Pamiętam ten moment. Stoję w wodzie z przyjaciółką. Nie widzę go, ale czuję. Siła jest potężna i niespodziewana. Atak rekina przypomina uderzenie nożem przyczepionym do pędzącego pociągu towarowego. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam tak przeszywającego bólu. Czuję, jak zęby rekina zagłębiają się w moje ciało.
Rekin zaciska szczęki wokół mojego tułowia, tuż nad talią, po prawej stronie. Czuję, że próbuje się dostać do środka, wciska się głębiej, jakby chciał rozerwać mój brzuch i wyrwać mi kawałek ciała. Jestem uwięziona. Rekin potrząsa mną jak pies zabawką – tam i z powrotem – próbując wciągnąć mnie pod wodę. Zanurzam się, jednak udaje mi się wydostać na powierzchnię. Sytuacja powtarza się drugi i trzeci raz. Za tym trzecim razem woda dostaje mi się do płuc i myślę: „Aha, rekin chce mnie utopić. Mogę utonąć”. Myślałam, że podczas ataku rekina ginie się od jego ugryzienia, a tymczasem jest jeszcze drugi sposób, o którym wcześniej nie myślałam. Jestem w jego paszczy, uwięziona między zębami, pod wodą. Desperacko potrzebuję powietrza.
Odzywają się moje zwierzęce instynkty. Drapię, kopię, biję, szarpię się – robię wszystko, co mogę, żeby się uwolnić. Dosłownie toczę walkę wręcz. Desperacko próbuję wynurzyć głowę ponad powierzchnię.
Nie wiem, co dokładnie robię, ale jakoś starcza mi siły, żeby wystraszyć rekina. Rekin puszcza mnie i odpływa.
Z trudem zmierzam w stronę brzegu i wysyłam przyjaciółkę po pomoc. Mój kostium kąpielowy jest podarty. Patrzę w dół i widzę dwie duże rany kłute i brakujący kawałek skóry. Krew leje się strumieniami. Boję się, że to zwabi rekina z powrotem, albo nawet inne rekiny, więc mimo bólu brodzę przez wodę. Kiedy docieram na płyciznę, padam i leżę, całkiem sama. Czuję, jak wypływa ze mnie krew, czuję słoną wodę wdzierającą się w dziurę w moim ciele.
Nie wiem, jak długo tam leżę, gdy pojawiają się rybacy.
– Wszystko w porządku? – pytają.
Nie, oczywiście, że nie. Ale pojawia się też inny problem – jestem prawie naga, rekin rozerwał mój kostium kąpielowy na tyle, że zostałam praktycznie bez niczego. Mam trzynaście lat. Więc próbuję im wmówić, że wszystko w porządku, licząc, że sobie pójdą. A oni na to:
– Hmm, nie wyglądasz najlepiej.
– Naprawdę, wszystko okej. Poradzę sobie – odpowiadam.
Może to z powodu krwi albo podartego stroju, lecz nie dają się nabrać.
– Wyciągniemy cię z wody – oświadczają.
A ja nadal im powtarzam, że wszystko w porządku, aż w pewnym momencie przestają negocjować, podnoszą moje półnagie ciało i niosą mnie na brzeg. Umieram ze wstydu. Ku mojemu przerażeniu na plaży zaczyna się zbierać niewielki tłum. Przyjeżdżają moi rodzice i zanoszą mnie na tylne siedzenie naszego rodzinnego samochodu. Znajdujemy się w odludnym miejscu Nowej Zelandii i w pobliżu nie ma szpitala. Wyruszamy do najbliższego miasteczka, które jest oddalone o dwadzieścia minut jazdy.
W miasteczku też nie ma szpitala, więc musimy zadzwonić do miejscowego lekarza, żeby otworzył swój gabinet lekarski w małym parterowym budynku. Kiedy docieramy na miejsce, wszyscy wyraźnie oddychają z ulgą, jakby kryzys już minął. Atmosfera robi się wręcz pogodna, gdy mój tata i lekarz rozmawiają o krykiecie i planach na weekend. Tata z uśmiechem opowiada, że poprzedniego dnia próbowaliśmy uratować wieloryby, które utknęły na pobliskiej plaży, że byłam odpowiedzialna za dwa małe osobniki, które nazwaliśmy Moby i Maybe, bo nie byliśmy pewni, czy ten mniejszy przeżyje. Nikt się nie spieszy. Nikt mnie nie pyta, co się stało. Lekarz oczyszcza ranę, zbliża do siebie skórę wokół śladów po zębach i zszywa ją, tak że nie ma już brakującego kawałka. Daje mi zastrzyk przeciwtężcowy i ostrzega moich rodziców, że tej nocy mogę być trochę niespokojna, bo będę w szoku, ale wszystko skończy się dobrze. Najwyraźniej jestem twardzielką. Wszyscy się śmieją.
Wracamy na kemping. Mogę zostać w przyczepie, choć zazwyczaj śpię z rodzeństwem pod daszkiem, ale tym razem odczuwam ból, o którym wspominał lekarz. Uprzedził mnie i moich rodziców, że mogę odczuwać łagodny ból z powodu założonych szwów. Bardzo szybko zdaję sobie sprawę, że ten ból wcale nie jest łagodny. Jest przeszywający. Zaczynam wymiotować krwią i gęstymi, ciemnymi, lepkimi skrzepami, które wyglądają jak fusy z kawy. Przypuszczam, że to wyściółka żołądka, lecz nic nie wiem o ludzkim ciele. Sięgam po duży czerwony plastikowy kubek, żeby nie pobrudzić wymiocinami kampera.
Wszyscy idziemy spać, ja jednak nie mogę zasnąć. Czuję się coraz gorzej. Mam wrażenie, że płonę. Leżę cicho, żeby nikogo nie obudzić. Po jakimś czasie czerwony kubek jest pełny i sięgam po kolejny. Ból jest niewyobrażalny. W końcu budzę rodziców.
– Płonę. Pali mnie w środku.
– Idź spać. Wszystko będzie dobrze.
I tak przez całą noc: budzę rodziców, a oni powtarzają, że lekarz powiedział, że wszystko będzie w porządku. Dopiero później dowiemy się, co naprawdę się stało. Rekin przegryzł moje jelito w kilku miejscach, więc jest tak, jakbym została wielokrotnie dźgnięta nożem. Krew i zawartość jelita wyciekają do jamy brzusznej i powodują zatrucie organizmu. Mam sepsę i ostre zapalenie otrzewnej. Nadmiar toksycznej cieczy zalewa całe moje ciało i przedostaje się do płuc, co sprawia, że coraz trudniej mi oddychać. Duszę się.
Ponownie budzę rodziców.
– Nie mogę oddychać. Nie mogę oddychać. Nie mogę zaczerpnąć powietrza.
Moja mama, zmęczona nocnym budzeniem, odpowiada stanowczo:
– Użyj siły woli. Przestań tak hiperwentylować.
Po czasie to stwierdzenie stało się rodzinnym żartem. Teraz, gdy ktoś z nas wspomni o przeziębieniu, skaleczeniu czy zapaleniu wyrostka, odpowiadamy: „Użyj siły woli. Przestań tak hiperwentylować”.
Później dowiadujemy się, że moje lewe płuco zapadło się z powodu obrzęku. A prawe jest uszkodzone.
Nad ranem zdaję sobie sprawę, że nie dam już rady. Budzę rodziców ostatni raz i mówię:
– Umieram.
To ich jednak nie przekonuje. A moje życie od tego zależy. Nie mam planu B. Nie mogę prowadzić samochodu. Nie mam własnego telefonu. Jest rok 1993.
Następnego ranka, gdy rodzina wstaje i zaczyna przygotowywać śniadanie, ledwo oddycham. Potem moje oczy przewracają się do tyłu. Mama powiedziała mi później, że kiedy zobaczyła białka moich oczu, poczuła, jakby zapadała się pod ziemię. Wtedy mi uwierzyła. I chciała mnie jak najszybciej zawieźć do lekarza.
Problem w tym, że nie ma mojego taty. Całkowicie nieprzejęty moim stanem, wziął auto i pojechał do rybaków, żeby pokazać im strzępy mojego kostiumu kąpielowego, bo liczył, że pomogą zidentyfikować gatunek rekina. A ja podejrzewam, że po cichu miał nadzieję, że ruszą na jego polowanie.
Kiedy wraca, wsiadamy do samochodu. Z jednym zapadniętym płucem i szybko gromadzącym się płynem w drugim, skupiam się na tym, żeby nie przestać oddychać. Leżę sztywno na tylnym siedzeniu i gdy jedziemy w kierunku miasteczka, po raz pierwszy zaczynam wątpić, czy przeżyję.
Tymczasem mój tata wcale się nie spieszy. Jest zapalonym wędkarzem. Przysięgam, że za każdym razem gdy przejeżdżamy przez most, czuję, jak samochód zwalnia, bo tata rozgląda się za rybami. Zawsze tak robi. Z tylnego siedzenia mama ponagla go, żeby jechał szybciej.
W pewnym momencie tkwimy na drodze za farmerem, który przepędza swoje owce przez most. Normalny widok w Nowej Zelandii. Nie uwzględniłam tego w swoim wyliczeniu, ile mam jeszcze czasu, zanim dotrzemy po pomoc, i w tym momencie tracę kontrolę. Zaczynam tracić przytomność. To jak startowanie w samolocie. Czuję się dobrze, lekko i nie czuję bólu. Odpływam w nieprzytomność, w której nie ma cierpienia. Mimo wszystko wciąż walczę. Myślę, że muszę wrócić.
W końcu docieramy do miasteczka, do tego samego gabinetu lekarskiego, do tego lekarza, który powiedział moim rodzicom, że nic mi nie będzie. W tym momencie nie mogę już mówić, nie mogę się ruszyć, odpływam i tracę przytomność, a po chwili znowu ją odzyskuję. Tata niesie mnie do środka i podchodzi do mnie lekarz, u którego byliśmy dzień wcześniej. Tylko nie on, myślę, gdy kładą mnie na stole. On i dwóch innych lekarzy przepychają się wokół, żeby mnie zbadać, dotykają tu i tam, po czym nagle odchodzą, żeby porozmawiać z moimi rodzicami w rogu pokoju. Słyszę, jak jeden z nich mówi coś, co nie do końca rozumiem, ale brzmi to jak „umiera” albo „nie żyje”.
Mój tata zawodzi:
– Była moją ulubioną córką.
Cieszę się z tego przez chwilę. Mam dwie siostry. Nie mogę się doczekać, żeby im to powiedzieć. Zawsze to podejrzewałam. Potem mama zanosi się płaczem:
– Tak jak kot!
Bo nasz kot Winkels niedawno zginął w tragicznych okolicznościach. Jak to kot. Brutalnie.
Po tych słowach mój tata bardzo się denerwuje. Zaczyna krzyczeć na lekarzy, żeby coś zrobili, żeby odkryli, co poszło nie tak.
Następną rzeczą, jaką pamiętam, jest powrót lekarza. Wyciąga bardzo długie ostrze, przypominające mały toporek, zaczyna nim uderzać i nacina moje lewe ramię. Potem prawe. Tak jakbym była kawałkiem mięsa rozcinanym na kawałki. Bez znieczulenia. Bez ostrzeżenia. Jestem już tak słaba, że nie mam żadnej kontroli nad swoim ciałem. Nie mogę się ruszyć ani odezwać. Nie mogę wezwać pomocy.
Myślałam, że atak rekina to ból większy, niż człowiek jest w stanie znieść, najgorsze, co może się przydarzyć. Myliłam się.
Lekarz przesuwa się w okolice mojej kostki i z całej siły uderza ostrzem, rozcinając skórę, po czym wbija nóż aż do kości. Dlaczego lekarz rozcina mi kostki? Jedynym wytłumaczeniem, jakie potrafię znaleźć, jest to, że myśli, że już nie żyję. Przeżywam własną autopsję. Powraca śmiertelne przerażenie, jakie czułam podczas ataku rekina – to uczucie, że mogę umrzeć w tej sekundzie. Bolesną śmiercią. Rozcięta na kawałki. Co jest dziwniejsze: umrzeć z powodu ataku rekina czy podczas autopsji? Czy w ogóle będą wiedzieć, że mnie zabili? Strach mnie dusi. Czekam na kolejne uderzenie toporkiem w szyję, czaszkę lub inną wrażliwą część ciała – czyli na ostateczny cios.
Zamiast tego następny cios pada na kość w lewej kostce. Ból jest tak ogromny, że moje ciało reaguje gwałtownym skurczem. To wywołuje poruszenie, jakby osoby w pomieszczeniu nagle zobaczyły we mnie człowieka, a nie martwy przedmiot. Zdają sobie sprawę, że żyję. Ktoś wzywa helikopter, żeby zabrał mnie do szpitala.
Później dowiedziałam się, że to nie była autopsja. Wiedzieli, że żyję. Straciłam dużo krwi i lekarze powiedzieli, że jeśli natychmiast nie podadzą mi dożylnie krwi, umrę. W ciężkich przypadkach pourazowych, gdy niemożliwe jest znalezienie żyły z powodu bardzo niskiego ciśnienia krwi, rutynową procedurą na ostrym dyżurze jest nacinanie ramion i kostek, żeby odsłonić żyły. Dlatego mam centymetrowe blizny na ramionach i nogach.
(Są naprawdę delikatne w porównaniu z bliznami na moim brzuchu po śladach szczęk). Nie było czasu na podanie znieczulenia ani na wyjaśnienia. Nie sądzę, żeby lekarze spodziewali się, że przeżyję. Gdy mnie ładowali do helikoptera, nikt na to nie liczył. A później, po wielu godzinach operacji, lekarze w szpitalu powiedzieli moim rodzicom, że prawdopodobnie nie przeżyję. Zaczęli więc planować mój pogrzeb.
Kilka dni później budzę się ze śpiączki na oddziale intensywnej terapii. Słyszę pielęgniarkę, jak woła moją mamę, a ja powoli rozglądam się po pomieszczeniu. Mama pochyla się nade mną, spogląda mi w oczy i mówi:
– Ależ miałaś szczęście, że lekarze cię uratowali.
Nie mogę mówić, bo jestem podłączona do respiratora, który pomaga mi oddychać. Więc pokazuję, że chcę kartkę i długopis. Nawiązuję z nią kontakt wzrokowy, żeby mieć pewność, że patrzy, i powoli, starannie piszę, podkreślając każde słowo grubą czarną kreską:
SAMA SIĘ URATOWAŁAM
Chyba nie jestem w stanie powiedzieć, w jak wielu aspektach to doświadczenie mnie zmieniło, ale wydaje mi się, że dzięki niemu stałam się odważniejsza. Za każdym razem gdy pojawia się możliwość przeżycia przygody i muszę zdecydować, czy zaryzykować, idę w to.
Zmusiłam się, żeby wrócić do wody na tę samą plażę o tej samej porze dnia rok później. Nie chciałam rezygnować z pływania w oceanie do końca życia. Za bardzo to lubiłam. Można powiedzieć, że stanęłam na nogi.
Kiedy byłam nastolatką, dobrze się bawiłam, śpiewałam w zespołach, spędzałam czas z innymi dzieciakami, które lubiły muzykę, przy czym zawsze towarzyszyło mi pytanie: dlaczego mnie to spotkało? Jeśli przeżyłam mimo wszystkich przeciwności losu, to chyba musiał być jakiś powód? Za każdym razem gdy ktoś mi mówił, że miałam szczęście, bo przeżyłam, myślałam, czy nie powinnam robić czegoś więcej. Może bardziej się poświęcić, żeby zmienić świat? Ale jak to zrobić?
Na studiach prawniczych najbardziej interesowały mnie prawa człowieka i międzynarodowe traktaty dotyczące środowiska. Myślałam, że to może być sposób, żeby coś zmienić. W Nowej Zelandii łatwo się poczuć jak na końcu świata. Strefa czasowa niby przed innymi, a jednak zawsze o krok w tyle. Wszystko kształtują inne państwa. Łatwo poczuć się zagubionym na morzu stworzonym przez innych. Po studiach prawniczych zaczęłam pracę w dyplomacji. Wydawało mi się, że w ten sposób będę mogła zmieniać świat, a poza tym chciałam przeżyć przygodę. Trafiłam do ONZ, ponieważ naprawdę wierzyłam, że to miejsce globalnej władzy. Miejsce, do którego się idzie, jeśli chce się zmienić świat. W rzeczywistości byłam młodą i bardzo naiwną Nowozelandką.
Moje zadania w ONZ? Dużo ochrony. Ochrona bioróżnorodności, oceanów, wielorybów, ochrona gatunków zagrożonych. Zmiany klimatu.
Na początku byłam zachwycona każdą minutą w tej pracy. Mogłam zgłębiać wielkie globalne problemy, które przekraczają granice państw i można je będzie rozwiązać tylko dzięki międzynarodowej współpracy. Po latach niekończących się negocjacji i rozmów, które zdawały się nie przynosić żadnych konkretnych zmian, znalazłam się w nowojorskiej siedzibie ONZ – bezdusznym labiryncie ciasnych sal konferencyjnych z tanimi meblami i przestarzałym wystrojem. Uczestniczyłam w kolejnej męczącej sesji wieczornej na temat ochrony życia oceanicznego. Pracowaliśmy nad rocznym raportem dotyczącym „prawa morza”. Kilkudziesięciu prawników siedziało wokół, podczas gdy delegaci dosłownie spierali się o interpunkcję. Wiem, że to frazes, jednak jest nim nie bez powodu. Norwescy, rosyjscy i chińscy prawnicy kłócili się o to, czy po pewnym słowie w paragrafie w środku dokumentu, którego nikt nigdy nie przeczyta, powinien być średnik czy przecinek.
Nawiązałam dość nietypową znajomość ze starszym argentyńskim dyplomatą, który siedział obok mnie. Podczas przerwy w obradach pochylił się i zapytał mimochodem:
– Wiesz, co w ostatnich latach najbardziej przyczyniło się do ochrony oceanów?
– Trudne pytanie. Masz na myśli jakieś spotkanie ONZ? – powiedziałam.
Mężczyzna się zaśmiał.
– Nie. Nemo.
Pomyślałam, że „Nemo” to jakieś hiszpańskie słowo, którego nie znam, więc też się zaśmiałam, udając, że rozumiem.
– Ryba – dodał. – Ta mała rybka, którą muszą znaleźć.
– Ach. – W końcu zrozumiałam. – Gdzie jest Nemo.
Musiałam przyznać mu rację. System był zepsuty. Jako dwudziestoparolatka marnowałam swoje najlepsze lata, harując z grupą pięćdziesięciolatków, biurokratów u schyłku kariery, którzy spierali się o interpunkcję, przekonując samych siebie, że wszyscy ratujemy środowisko. Kiedy sobie uświadamiasz, że kreskówkowa rybka może osiągnąć więcej niż ONZ, czas zmienić pracę.
Potem pracowałam w Ambasadzie Nowej Zelandii w Waszyngtonie w nadziei, że znajdę się bliżej miejsca, gdzie faktycznie podejmuje się ważne decyzje dotyczące świata. Waszyngton wydawał mi się centrum świata. Najzabawniejsze w tej pracy było to, że urzędnicy państwowi mówili mi: „Wow, świetnie mówisz po angielsku”. Nigdy nie miałam serca im powiedzieć, że to mój język ojczysty. Po prostu przyjmowałam komplement.
Ambasada była małą placówką, pracowało w niej tylko ośmiu dyplomatów. Byłam odpowiedzialna za wszystko, co zrobił Kongres – lub jakakolwiek amerykańska agencja rządowa – a co mogło wpłynąć na Nową Zelandię, z wyjątkiem spraw wojskowych czy wywiadowczych. Szybko odkryłam, że amerykańscy politycy i urzędnicy uważają Nową Zelandię za niegroźne miejsce, które można wskazać jako cel podróży na wakacje, ale bez żadnego znaczenia dla spraw światowych. Tak nas postrzegano. W 2008 roku, po tym jak prezydent Zimbabwe Robert Mugabe odmówił opuszczenia urzędu po przegranych wyborach, Departament Stanu zwołał dyplomatów z wielu krajów do swojej centrali w Foggy Bottom, aby skoordynować działania. W drodze na to spotkanie przeczytałam na głos mojej południowoafrykańskiej odpowiedniczce instrukcje otrzymane od przełożonych. Nakazano Nowej Zelandii zająć wiodącą pozycję w sprzeciwie wobec Mugabe. Śmiała się tak bardzo, że ledwo mogła złapać oddech.
– Ooo. Jestem pewna, że po tylu latach despotycznych rządów Mugabe będzie się trząsł ze strachu! Nowa Zelandia zajmuje wiodącą pozycję w sprzeciwie wobec Mugabego!
Na początku 2009 roku ogarnęło mnie coś, co mogę opisać tylko jako epifanię Facebooka. Zaczęło się niewinnie. Facebook był dla mnie ratunkiem; łączył w sobie wszystko, co było dla mnie ważne. Waszyngton wciąż wydawał mi się obcy, czułam się tam trochę zagubiona. Logowanie się do Facebooka było jak pójście do nowego, ale znajomego miejsca, gdzie byli moi przyjaciele, rodzina i fragmenty dawnego życia. Facebook istniał od 2004 roku, a w 2009 korzystało z niego już około czterystu milionów ludzi na całym świecie. Wciąż było to dość niewielkie, lecz ambitne przedsięwzięcie. Wiele osób postrzegało Facebooka jako miejsce, w którym studenci marnują czas – i właśnie to było w tym wszystkim najbardziej szalone. Namawiałam moje siostry, brata i przyjaciół, którzy jeszcze nie mieli konta na Facebooku, żeby dołączyli. Spędzałam tam coraz więcej czasu, śledziłam znajomych, obserwowałam nowe dzieci, nowe związki i oglądałam zdjęcia z Christchurch. Zauważyłam, kiedy zaczęli się pojawiać politycy. Pamiętam, jak oglądałam zdjęcia z wakacji jednego z nowozelandzkich polityków przedstawiające go z dziećmi. Wydawało się to takie inne. Potem zobaczyłam mojego przyjaciela, Chrisa Hipkinsa, który właśnie został wybrany do parlamentu, jak kontaktuje się ze swoimi wyborcami bezpośrednio na swoim profilu na Facebooku.
Do połowy 2009 roku, kiedy pracowałam w ambasadzie, moja fascynacja Facebookiem przerodziła się w niezachwiane przekonanie, że ta platforma zmieni świat. Jednak nigdy nie udało mi się wyjaśniać tego przeświadczenia. Za każdym razem gdy próbowałam to zrobić, moje słowa wydawały się absurdalne.
Facebook otwierał przed nami cały świat. Wydawało się oczywiste, że polityka przeniesie się na tę platformę, a kiedy już się tam zadomowi, Facebook i ludzie, którzy nim zarządzają, znajdą się w centrum wydarzeń. To oni będą ustalać zasady globalnej rozmowy. Byłam pod wrażeniem wielkiego potencjału Facebooka, choć na początku trudno mi było ubrać to w słowa.
Ogrom informacji, które Facebook miał zbierać, był bezprecedensowy. Dane o wszystkim, dane wcześniej całkowicie prywatne. Dane o obywatelach każdego kraju. Historyczna i niewiarygodnie cenna ilość danych. Informacja to potęga.
W pewnym momencie rządy będą chciały to kontrolować. Widziałam w ONZ, że sprawy przekraczające granice, zwłaszcza te cenne i dotyczące wielu krajów, rodzą pytania w stylu: „Kto ma prawo do ryb w morzu?”. W szczególności dotyczyło to technologii. Kiedy organizmy modyfikowane genetycznie stały się powszechne, ONZ chciała ustalić globalne zasady dla tej nowej, budzącej obawy technologii. Przez lata pracowałam nad traktatami, które miały określić zasady, kto odnosi korzyści, jak zarządzać ryzykiem i kto zapłaci, jeśli coś pójdzie nie tak.
Facebook miał być czymś znacznie większym, zwłaszcza w życiu polityków i ich wyborców. Większym niż zmodyfikowane genetycznie uprawy. Mogłam jedynie wyobrazić sobie skalę globalnej walki o ustanowienie granic, walki, do której z pewnością dojdzie.
Po latach poszukiwań rzeczy, które zmienią świat, myślałam, że znalazłam tę największą. Niczym ewangelista widziałam potęgę Facebooka potwierdzoną w każdej części codziennego życia. Cokolwiek Facebook zdecyduje się zrobić – z głosami, które się tam zbierają – zmieni bieg ludzkich dziejów. Byłam pewna.
To była rewolucja.
Jak reagujesz, gdy widzisz, że nadciąga rewolucja? Ja zdecydowałam, że zrobię wszystko, aby być jej częścią. Znaleźć się w samym centrum wydarzeń. Gdy dostrzegasz rewolucję, nie możesz stać z boku. Bardzo pragnęłam w niej uczestniczyć. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czegoś tak bardzo chciała.
Był tylko jeden problem. Nikt w Facebooku nie myśli w ten sposób. Zorientowałam się, że Facebook postrzega siebie jako sposób na marnowanie czasu w internecie. Facebook nie widzi w sobie siły, która zaraz rozerwie i przebuduje politykę na całym świecie. Wydaje się, że nie ma tam nawet ludzi pracujących nad polityką, strategią działań czy relacjami z rządami spoza USA. Facebook nie widzi, że nadchodzi rewolucja i że to właśnie on jest tą rewolucją.
Jak przekonać do tego jego ludzi? Nigdy nie byłam w Dolinie Krzemowej. Nigdy wcześniej nie przewidziałam rewolucji ani nowej formy polityki, jestem jedynie przypadkową Nowozelandką. Więc… jak dotrzeć do ludzi w Facebooku i przekonać ich, aby posłuchali mojej rady? Jak ich namówić, żeby dali mi pracę?
To było zadanie, które sobie wyznaczyłam.
Aplikowanie do pracy w Facebooku nie byłoby możliwe bez Facebooka. Uważam to za kolejny dowód na jego znaczenie. Nigdy wcześniej nie kontaktowałam się z żadnym pracodawcą, żeby zaproponować swoją kandydaturę, więc nie mam pojęcia, jak to się robi, zwłaszcza gdy chodzi o stanowisko, które jeszcze nie istnieje.
Pierwszą przeszkodą jest to, że Facebook szczyci się tym, iż jest trudno dostępny. Ma setki milionów użytkowników i pilnuje, aby żaden z nich nie mógł się skontaktować z jego maleńkim zespołem za pomocą przypadkowych maili czy telefonów. W wolnym czasie zaczynam zatem internetowe śledztwo, tropiąc wszelkie możliwe kontakty: numery telefonów podane na stronie oraz adresy mailowe pracowników choćby luźno powiązanych z tematami, którymi się interesuję.
W zasadzie nie mam się do kogo zwrócić. Jedyni ludzie od polityki zatrudnieni w Facebooku uczą członków Kongresu, jak korzystać z platformy, a to nie jest ta rewolucja, której szukam. Wtedy się dowiaduję, że latem 2010 roku Facebook zatrudnił Marne Levine na stanowisko wiceprezeski do spraw globalnej polityki publicznej. Nie wiem, kim ona jest, ale wiem, że jej pojawienie się oznacza, iż Facebook po raz pierwszy zaczyna poważnie myśleć o polityce. Jestem zachwycona.
Problem polega na tym, że nie sposób się dowiedzieć, jak się z Marne skontaktować. Oczywiście na stronie internetowej nie ma żadnych danych kontaktowych. Spędzam dużo czasu, żeby znaleźć numer telefonu domowego i adres Marne, i rozważam nawet, czy do niej nie zadzwonić. Na szczęście w tej rundzie pojedynku między pragnieniem a rzeczywistością resztki zdrowego rozsądku, ostatnie przebłyski norm społecznych i ten ostateczny strażnik, jakim jest wstyd, powstrzymują mnie przed wykonaniem telefonu.
Nauczyłam się już, że w Ameryce wszystko opiera się na znajomościach. Uzbrojona w tę wiedzę, szukam kogoś, kto jest połączony z Marne i jednocześnie ze mną. Przekopuję całą jej listę znajomych na Facebooku, która na szczęście jest publiczna. (Nie mogę uwierzyć, że Facebook pozwala każdemu przeglądać tak szczegółowo czyjeś kontakty). Mamy jednego wspólnego znajomego. Tylko tyle. Jedna szansa.
Ten wspólny znajomy – Ed Luce – z zaskakującą łatwością zgadza się przedstawić mnie Marne. Oboje pracowali u Larry’ego Summersa w Departamencie Skarbu. Ed oferuje, że może mnie skontaktować z inną byłą koleżanką z resortu, Sheryl Sandberg, która w Facebooku jest numerem dwa, ale po wielu godzinach researchu jestem pewna, że to raczej Marne jest właściwą osobą.
Rozmowa z Edem odbywa się w jego domu w Waszyngtonie. Wiem, że cała sytuacja trochę go bawi – polecać kogoś do pracy, która nie istnieje. Przy zimnym piwie wypytuje mnie, dlaczego tak bardzo zależy mi na pracy w tej firmie, co wiem o jej liderach i dlaczego jestem przekonana, że Facebook zmieni świat. Patrząc wstecz, widzę, że próbował też delikatnie wybadać, czy wiem, w co się pakuję. Najwyraźniej nie wiedziałam.
Ed wysyła nad wyraz wspaniałomyślnego maila do Marne, w którym sugeruje, że mam coś bardzo cennego do zaoferowania Facebookowi, kończąc słowami: „Rozbawi cię pewnie to, że odkryła, iż się znamy, przeglądając listę twoich znajomych na Facebooku!”.
Kiedy nie dostaję od Marne natychmiastowej odpowiedzi, piszę coś w rodzaju manifestu o tym, jak Facebook powinien się angażować politycznie na świecie. Mój chłopak przekonuje mnie, żebym go nie wysyłała. Uważa, że Marne uzna mnie za wariatkę.
Mijają miesiące, odkąd Ed wysłał maila do Marne, a moje ewangeliczne przekonanie, że muszę zajmować się sprawami geopolitycznymi w Facebooku, tylko się pogłębia. Jestem konsekwentna w swoim działaniu, a ono jest konsekwentnie ignorowane. Pod koniec 2010 roku, tuż przed sylwestrem, stoję przed sklepem Loft na Connecticut Avenue. Marne w końcu zgodziła się posłuchać o moim pomyśle, ale jestem przekonana, że to tylko uprzejmość wobec Eda, a nie wyraz jakiegokolwiek zainteresowania tym, co mam do powiedzenia.
Maleńkie biuro Facebooka mieści się na czwartym piętrze budynku, który wygląda bardziej jak zwykły dom niż siedziba prawdziwej firmy. Mieszkam zaledwie trzy przecznice dalej, więc przychodzę zdecydowanie za wcześnie. Przenikliwe podmuchy zimowego wiatru zmuszają mnie do schronienia się w sklepie Loft, gdzie przeglądam kolekcję damskich garniturów – politycznego uniformu kobiet dążących do władzy – starannie dobranych pod gusta klienteli z Waszyngtonu. Dziesięć minut przed umówionym spotkaniem wpisuję kod dostępu do windy i po chwili znajduję się w ciasnym biurze.
Różnica między eleganckimi ambasadami, do których jestem przyzwyczajona, a tym biurem, jest uderzająca. To miejsce nie przypomina biur, jakie dotąd widywałam. W otwartej przestrzeni wszędzie walają się kable, monitory, jedzenie, firmowe gadżety i zabawkowe pistolety Nerf. Przyjazna brunetka z teksańskim akcentem przedstawia się jako Meredith, asystentka Marne, i prowadzi mnie w stronę kanap wepchniętych pod wewnętrzną kolumnę. Spotykamy się kilka dni przed Nowym Rokiem, więc w biurze nie ma nadmiernego ruchu. Widzę kilku facetów w słuchawkach pracujących przy swoich biurkach.
Mam mieszane uczucia. Coś pomiędzy „to szalony pomysł” a „Facebook tego naprawdę potrzebuje”. Jestem zdenerwowana.
Kiedy po raz pierwszy doznałam olśnienia w sprawie Facebooka, założenie, że będę musiała pokonać kolejkę bystrych, dobrze ustawionych Amerykanów, którzy również chcą być częścią tej firmy i jej rewolucji, wydawało mi się oczywiste. Tymczasem to ja muszę tę rewolucję zaproponować Facebookowi.
Kiedy spotykam Marne, uderzają mnie jej oczy. Są piwne, intensywne. Ma blond włosy obcięte w wyrazistego boba. Spędziłam tyle czasu, pochłaniając wszystko, co tylko dało się o niej znaleźć w internecie, że wręcz zaskakuje mnie fakt, że naprawdę siedzę teraz naprzeciwko niej.
Udaje mi się wypowiedzieć początek przygotowanej kwestii:
– Facebook potrzebuje dyplomaty…
Marne przerywa mi i zadaje pierwsze pytanie:
– Co rozumiesz przez „dyplomatę”?
Po czym natychmiast zadaje kolejne:
– Dlaczego Facebook miałby potrzebować kogoś takiego?
I następne:
– Jak oceniłabyś tę potrzebę w porównaniu z innymi potrzebami, które Facebook ma w tym momencie?
Po kilku minutach zaczynam się jej bać. Nadal analizujemy trzy pierwsze słowa mojej wypowiedzi. Marne naprawdę potrafi zadawać pytania i robi to bezlitośnie. Plączę się w odpowiedziach. Ona patrzy na mnie przenikliwie tymi swoimi piwnymi oczami i mam wrażenie, że w ogóle nie mruga. Właściwie omawiamy dużą część mojej propozycji, jednak na jej warunkach. Z aptekarską precyzją rozkłada ją na części pierwsze.
– Kiedy pracowałam w ONZ, państwa spotykały się, żeby ustalić wspólne zasady dotyczące organizmów modyfikowanych genetycznie – mówię. – To była nowa technologia, która w tamtym czasie budziła strach i stanowiła wyzwanie. To samo wydarzy się teraz, gdy rządy zaczną ustalać zasady dotyczące danych, treści i innych kwestii, na których opiera się Facebook. Powstaną przepisy regulujące te sprawy. Facebook musi zdecydować, jakie zajmie stanowisko. Powinien pomóc w ich tworzeniu.
– Dlaczego? – pyta. Jest jak wykrywacz metalu. Skanuje każde moje słowo, jakby chciała znaleźć w nim coś wartościowego.
– Bo Facebook to globalna siła polityczna, która zmieni internet i świat. A to ma znaczenie.
– Dla kogo ma znaczenie? – pyta. Najwyraźniej nie jest przekonana.
– Dla tych, którzy będą ustalać reguły mogące powstrzymać rozwój Facebooka.
To przykuwa jej uwagę. Uświadamiam sobie, że właśnie trafiłam w punkt. Skupiam się na Facebooku jako globalnej sile politycznej; ona patrzy na niego jako na globalną siłę biznesową. Marne najbardziej interesuje to, czy inne kraje będą wspierać jego rozwój, czy też będą próbowały go zatrzymać. Wierzyłam we wszystko, co mówił Mark Zuckerberg, że Facebook nie powstał po to, żeby być firmą, tylko po to, by realizować społeczną misję „czynienia świata bardziej otwartym i połączonym”. Nie pomyślałam, że Marne może postrzegać to zupełnie inaczej.
Przedstawiam swój punkt widzenia, że dla świata ważne jest, by Facebook zaangażował się politycznie – tak jak dyplomata służy krajowi. Mówię o potrzebie chronienia, promowania i bronienia Facebooka, ale wyczuwam, że dla Marne moje słowa są błahe i niepotrzebne. Zwłaszcza gdy padają z ust Nowozelandki, która w swoim CV szczyci się doświadczeniem pracy w ONZ. Facebooka nie dotknęły jeszcze żadne konkretne konsekwencje regulacyjne ani nie miał do czynienia z politykami spoza Stanów Zjednoczonych. A mimo to radzi sobie świetnie. Skoro w USA jest jeszcze tyle do zrobienia, żeby umocnić pozycję firmy, po co martwić się czymś, co jej jeszcze w ogóle nie dotyczy?
Mówię coraz szybciej i szybciej, bo zdaję sobie sprawę, że Marne w każdej chwili może zakończyć nasze spotkanie i wydać werdykt, a ja znów znajdę się na ulicy. To wszystko razem: moja prędkość, nowozelandzki akcent i nerwowość, może być zupełnie niezrozumiałe. Nie dziwię się, gdy mi przerywa.
– Słuchaj – mówi. – To było fascynujące. Dużo się dowiedziałam i masz naprawdę interesujące pomysły, ale – tu robi pauzę, bierze głęboki wdech, a jej ton zmienia się z uprzejmego na taki jak u osoby, która właśnie wysłuchała prezentacji o udziałach w apartamentach wakacyjnych, lecz nigdy nie miała zamiaru ich kupić – ten zespół tonie teraz pod każdym możliwym względem. Jestem tu dopiero od kilku miesięcy, a już miałam Marka w Waszyngtonie na spotkaniu z Senacką Grupą Republikańską do spraw Nowych Technologii i z innymi na Kapitolu. Nasz nowy szef do spraw bezpieczeństwa Joe Sullivan również chodził tam na spotkania. Dostałam listy od Frankena, Benneta, Rockefellera i Schumera oraz pytania od Markeya i Bartona. Zespół pracuje bez przerwy i naprawdę mamy w tej chwili liczne potrzeby, ale powiem ci szczerze, że nowozelandzka dyplomatka Facebooka nie jest jedną z nich.
Z jej zniecierpliwionego tonu przy słowach „dyplomatka Facebooka” jasno wynika, że powinnam natychmiast przestać tak nazywać to stanowisko. Próbuję jej przerwać, żeby to powiedzieć, lecz ona mówi dalej:
– Jesteśmy teraz malutkim zespołem, to dosłownie garstka osób. I potrzebuję, żeby każda z nich była skupiona na Kapitolu, na tym, co się dzieje tutaj. Masz rację, że potrzebujemy więcej ludzi, i mam nadzieję, że z czasem tak się stanie, ale teraz muszą to być osoby znające się na amerykańskim procesie regulacyjnym, znające Federalną Komisję Handlu, Kapitol albo inne instytucje, które faktycznie mogą nas regulować. Jesteśmy amerykańską firmą regulowaną przez Amerykanów. Wiem, że o tym wiesz. To, co mówisz, jest fascynujące, ale to po prostu nie jest nasz priorytet. Dziękuję ci za twój czas. Było świetnie. Masz jakieś plany na sylwestra? Bądźmy w kontakcie.
Zanim się orientuję, znowu stoję na mroźnym wietrze na Connecticut Avenue. Celowo stoję na chodniku, aby nie dać się przygnieść fali przytłaczającej porażki, która powinna zaraz nadejść. Ta jednak nie nadchodzi. Kiedy zaczynam iść te kilka przecznic do swojego mieszkania, mijając grupki ludzi zmierzających na wczesny lunch, czuję dziwny spokój. Przegrałam. Za to dowiedziałam się rzeczy, o których z zewnątrz nie mogłabym się dowiedzieć. Upewniłam się, że nikt wewnątrz Facebooka nie myśli o tych sprawach. Nie wiedzą nic o problemach, z którymi będą się musieli zmierzyć na całym świecie. I dowiedziałam się, że aby ich do tego zmusić, trzeba to przedstawić jako coś, co pomoże rozwijać ich biznes. To jest argument, na jaki mogą zareagować.
Brutalne odrzucenie tylko mnie upewniło w przekonaniu, że muszę podwoić wysiłki i przekonać ich do stworzenia tego stanowiska.
Dlatego jestem zaskoczona i zachwycona, gdy kilka tygodni później zupełnie niespodziewanie dzwoni Marne i rzuca mi koło ratunkowe, zadając więcej pytań.
– Słuchaj – mówi – pewne rzeczy, o których mówiłaś, że mogą się wydarzyć na Bliskim Wschodzie, rzeczywiście zaczynają się dziać, a ludzie mówią już o tym na Facebooku i zastanawiamy się, czy powinniśmy o tym coś powiedzieć. Pojawiają się głosy, że Mark powinien przypisać sobie zasługi, i próbujemy ustalić, czy ma to zrobić.
– Czyli pytasz mnie, czy uważam, że Mark powinien przypisać sobie zasługi za Arabską Wiosnę?
W styczniu 2011 roku w Tunezji rozpoczęły się powstania i protesty uliczne organizowane za pośrednictwem Facebooka, po czym rozprzestrzeniły się na Libię, Jemen, Syrię oraz Egipt. Kiedy spotkałyśmy się miesiąc wcześniej, wspominałam, że ludzie używają Facebooka do organizowania się w państwach autorytarnych na Bliskim Wschodzie. Powiedziałam jej wtedy, że to prędzej czy później doprowadzi do konfliktu z rządami, które spróbują zablokować komunikację, i postawi Facebooka w trudnej sytuacji.
– No tak. Ta sprawa właśnie wypłynęła i media są tym bardzo zainteresowane.
– Cóż, w takim razie chyba musimy porozmawiać o Chinach.
Zapada niezręczna cisza, po której następuje szybka, ledwie uprzejma i wyraźnie nieszczera propozycja, aby porozmawiać o Chinach w innym terminie. Marne próbuje zakończyć rozmowę, przypominając mi, że potrzebuje jedynie odpowiedzi na pytanie, czy Mark powinien sobie przypisać zasługi za Arabską Wiosnę.
– Tak – mówię. – Odpowiedź na to pytanie zależy od tego, jaka jest wasza strategia wobec Chin. Jeśli przypiszecie sobie zasługi za Arabską Wiosnę, jeśli przypiszecie sobie zasługi za rewolucję ludową, to Chiny będą mniej skłonne, by ponownie wpuścić Facebooka do kraju.
– Wydaje mi się, że patrzymy na to jedynie z perspektywy zainteresowania mediów tutaj, w Stanach Zjednoczonych.
Wykorzystuję moment i ponownie próbuję ją nakłonić do stworzenia stanowiska dla osoby zajmującej się globalną strategią we wszystkich rejonach; jej celem byłaby ocena ryzyka geopolitycznego, tak aby Facebook nie podejmował tego typu decyzji w oderwaniu od szerszego kontekstu. Marne szybko odrzuca ten pomysł, ale mimochodem rzuca mi ochłap, mówiąc, że tworzą stanowisko w dziale komunikacji w Australii, które będzie obejmowało również politykę, ponieważ Facebook jest tam pod dużą presją polityczną.
– Z jakiegoś powodu najgorsze rzeczy z internetu kończą na Facebooku w Australii – dodaje.
Mówię, że mnie to nie dziwi.
Marne wyraźnie daje mi do zrozumienia, że to zupełnie inne stanowisko niż to, które ja proponuję.
– Już wiemy, kogo chcemy na to stanowisko – dodaje. – To Australijczyk i myślę, że uda nam się go zatrudnić, ale jeśli chcesz, z przyjemnością dołączę twoje CV. Chciałabym, żebyśmy się dobrze zrozumiały i żebyś nie była rozczarowana. Nie chciałabym, żebyś robiła sobie nadzieje.
Oczywiście moje nadzieje są ogromne. Nie dostaję żadnej odpowiedzi. Nic się nie dzieje. To druzgocące.
W lutym, żeby pomóc mi wyjść z facebookowego doła, w który wpadłam, mój chłopak Tom proponuje, żebym towarzyszyła mu w podróży służbowej do Atlanty. Jestem z Tomem od prawie roku. On powtarza, że poznaliśmy się w barze. Ja twierdzę, że na imprezie. Na tej imprezie w barze uderzyło mnie wrażenie, że myślimy zupełnie tak samo. Tom mówił dokładnie to, co sama chciałabym powiedzieć. Tyle że robił to w błyskotliwy, ujmujący sposób, którego nigdy nie opanowałam. Ma już klucz do mojego mieszkania i właściwie w ogóle nie wraca do swojego. Jest Brytyjczykiem, ma ciemne włosy, zielone oczy, pracuje jako reporter w „Financial Timesie”.
Pędzimy przez lotnisko w Atlancie, próbując zdążyć na nasz lot powrotny, kiedy dzwoni mój telefon. To numer z Nowej Zelandii, ale go nie rozpoznaję. Odbieram, biegnąc dalej, zaskoczona, że słyszę głos mojej siostry.
– Chyba umrę – mówi.
– Co? Czekaj, jestem w Atlancie! – Zatrzymuję się, a Tom zwalnia. Nie chcę krzyczeć, bo jest kilka kroków przede mną i daje mi znaki, że nie rozumie, co się dzieje.
– Nie mogę się dodzwonić do mamy ani taty, ani do nikogo. Pożyczyłam telefon…
– O co chodzi?
– Po prostu powiedz wszystkim, że ich kocham – mówi. – Chyba nie uda nam się stąd wydostać i…
Połączenie się urywa. Tom pogania mnie w stronę bramki, ledwo udaje nam się wejść na pokład. Docieram na swoje miejsce i próbuję oddzwonić do siostry. Nic – nawet dźwięk sygnału po drugiej stronie wydaje się obcy.
– O co chodziło? – pyta Tom.
– To była Ruthie.
Tom patrzy na mnie wyczekująco.
– Tom, powiedziała, że myśli, że umrze, i nie może się dodzwonić do mamy. Mówiła coś o tym, że nie mogą się wydostać… i to nie był jej numer. To wszystko było naprawdę dziwne.
Lot z Atlanty do Waszyngtonu trwa niecałe dwie godziny, ale czuję, jakby ciągnął się bez końca. Słyszę nieustannie głos Ruthie. Czuję fale panicznego strachu rozchodzące się po całym ciele. Dlaczego nie zadzwoniłam do rodziców? Dlaczego w ogóle wsiadłam do samolotu?
Po wylądowaniu na lotnisku Dulles na moim telefonie zaczynają się pojawiać powiadomienia. Widzę SMS-y i wiadomości od znajomych i rodziny: „Czy ktoś dodzwonił się do Ruthie?”, „Nie mogę się skontaktować z Ruth”, „Czy u was wszystko w porządku?”.
Tom coś googluje.
– W Christchurch było trzęsienie ziemi. Źle to wygląda, Sarah, coś koło 6,3 albo 6,5, albo nawet więcej. Podają różne dane.
Moje rodzinne miasto. Tam mieszkają Ruthie i nasi rodzice. Znów próbuję wybrać numer, z którego do mnie dzwoniła. Nic. Próbuję numer jej komórki. Od razu włącza się poczta głosowa. Dzwonię do obojga rodziców. Bez skutku.
Tom prowadzi mnie do wyjścia z samolotu.
Trudno uwierzyć w pierwsze doniesienia z Christchurch. Wiele znanych mi budynków się zawaliło, w niektórych są uwięzieni ludzie. Wiadomo, że są ofiary śmiertelne, ale trudno oszacować skalę tragedii. Linie telefoniczne nie działają lub są przeciążone. Moja siostra pracuje jako reporterka telewizyjna dla TVNZ w Christchurch, jej stacja, podobnie jak prawie wszystkie inne redakcje w mieście, została uszkodzona. Nagle Facebook wydaje się najlepszym źródłem informacji – ludzie udostępniają relacje, zdjęcia, osobiste aktualizacje, filmy. Przeglądam profile wszystkich znajomych mojej siostry i koncentruję się na jej współpracownikach i najbliższych przyjaciołach, szukając jakichkolwiek wiadomości. Znajduję jedynie posty z pytaniami, czy wszystko z nią w porządku – bez odpowiedzi. W końcu udaje mi się dodzwonić do rodziców. Są cali i zdrowi, lecz żadne z nich nie miało kontaktu z moją siostrą.
Po północy każę Tomowi iść spać, a sama siadam na kanapie i obsesyjnie sprawdzam Facebooka i nowozelandzkie portale informacyjne. Facebook daje mi dostęp do katastrofy w sposób, który wcześniej był niemożliwy.
W końcu, gdy nad Waszyngtonem wschodzi słońce, pojawia się wiadomość, oczywiście na Facebooku:
Kocham cię, straciłam wszystko… prawie zginęłam w tym budynku… jestem przerażona i nie mam pojęcia, gdzie spędzę noc. Jestem zmęczona… ale żyję… mam tu tyle do zrobienia. Wydostanie się z tego budynku było przerażające… nie umiem ci tego opisać… wszędzie kurz i spadające rzeczy… straszny hałas. Mam tyle szczęścia, że żyję… Brzmi jak banał, jednak naprawdę tak jest… Jeden z pracowników powiedział mi właśnie, że wyciągnął mężczyznę bez głowy… widziałam jedno ciało po drugim… przy naszym wozie transmisyjnym jest tymczasowa kostnica. Tu jest strasznie… teraz, gdy piszę, wtórny wstrząs kołysze ciężarówką. Muszę kończyć… Kocham cię i tęsknię.
Widzę, co się dzieje na Facebooku po trzęsieniu ziemi. Ludzie korzystają z platformy, by dać znać rodzinie i znajomym, że są bezpieczni, udostępniają informacje o zamkniętych drogach, koordynują podział zapasów, publikują ostrzeżenia dotyczące wody pitnej, dzielą się wskazówkami, jak radzić sobie z upłynnieniem gruntu – zjawiskiem, o którym wcześniej nie słyszałam, a które polega na tym, że ziemia zaczyna topnieć. Ludzie na Facebooku oferują wolne pokoje i wsparcie najbardziej poszkodowanym. Społeczność, której fizyczna infrastruktura została zniszczona, znalazła nową infrastrukturę w sieci.
Facebook działał na wszystkich poziomach: od znajomego do znajomego, od sąsiada do sąsiada. Był także kanałem, którym rząd mógł przekazywać informacje obywatelom, i miejscem, gdzie społeczności się jednoczyły. Wszystko to wyszło spontanicznie.
To jest to. Widząc to wszystko w praktyce, zyskuję zupełnie nowe spojrzenie na Facebooka i jego możliwości. Miejsce spotkań stworzone przez Facebooka może być używane jako praktyczne narzędzie polityczne – w najbardziej staroświeckim tego słowa znaczeniu. Narzędzie polityczne ery cyfrowej. Nowozelandczycy jednoczą się na tej platformie, aby ustalić, co trzeba zrobić, jak rozdzielić zasoby i informacje i jak połączyć ludzi z tym, czego potrzebują. To jest coś nowego i niezwykle ważnego.
Scrollując po różnych stronach na Facebooku, wiem, że muszę powiedzieć o tym Marne. Chcę podzielić się moim spostrzeżeniem, więc przygotowuję sobie scenariusz rozmowy. Chcę jej pokazać, jak potężnym narzędziem jest Facebook. Jak Facebook mógłby współpracować z rządami po katastrofach, żeby przekazywać kluczowe informacje. Jak Facebook może stać się środkiem łączności ratującym życie.
Nie chcę tego przyznać, ale kiedy tracę kontakt z Ruthie, przypominam sobie, jakie krótkie bywa życie, i myślę, że nie chcę umrzeć z poczuciem żalu. Nawet jeśli jestem pewna, że Marne nie chce już ode mnie niczego słyszeć i wcale nie zamierza mnie zatrudnić w Facebooku, to co gorszego może się jeszcze stać? Jeżeli znowu mnie zignoruje, będę dokładnie w tym samym miejscu, w którym jestem teraz.
Ponieważ nie dostaję odpowiedzi na maila, postanawiam po prostu zadzwonić do niej na komórkę bez wcześniejszego umawiania się. Kiedy słyszy mój głos, jest wyraźnie zaskoczona, ale raczej nie w pozytywny sposób. Jej irytację łagodzą jednak uprzejmość i ciekawość, gdy wyjaśniam, że dzwonię w sprawie trzęsienia ziemi w Christchurch.
Wiem, że muszę mówić szybko. Wcześniej trudno było mi wyrazić, jaką siłę dostrzegam w Facebooku, ale teraz wszystko wypływa ze mnie swobodnie – jest szczere i osobiste. Może nawet zbyt osobiste. Płonę ze wstydu, gdy łamie mi się głos, kiedy opowiadam o tym, jak szukałam swojej siostry. Tłumaczę, jak bardzo się bałam o rodzinę i jak ważną liną ratunkową okazał się Facebook.
Pod koniec tej rozmowy myślę, że wreszcie Marne spojrzy na Facebooka moimi oczami. Zechce zobaczyć, jak Facebook zmienia świat.
Gdy wyznaję Tomowi, że znów zadzwoniłam do Marne w sprawie pracy w Facebooku, jestem zawstydzona. On jest przerażony. Od początku był zdecydowanie przeciw i teraz jest przekonany, że się upokorzyłam. Tom jest Brytyjczykiem, więc jest szczególnie wyczulony na społeczne niezręczności, które go czasem wręcz bulwersują.
Nie dostaję odpowiedzi od Marne. Tom mówi, że czas dać sobie spokój z Facebookiem i iść dalej. Szukam pocieszenia u mojej najlepszej przyjaciółki, narzekam na Toma, po czym się dowiaduję, że ona się z nim zgadza i rozumie jego awersję. Delikatnie przypomina mi, że po ponad roku prób zdobycia wymarzonej pracy wciąż mi się nie udało.
Tydzień po trzęsieniu ziemi dostaję maila od rekruterki w sprawie stanowiska w Australii. To oferta z działu komunikacji i zupełnie mnie nie interesuje, bo nie dotyczy polityki, ale przyjmuję ją z nadzieją, że podczas rozmów kwalifikacyjnych uda mi się przekonać ich do stworzenia odpowiedniego dla mnie stanowiska. Chcę, aby osoba po drugiej stronie dostrzegła problem, potencjał i rozwiązanie, którym jestem ja. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej przedstawiam pomysł na globalną politykę z takim zapałem, że pracownicy Facebooka wydają się zaskoczeni.
Krótko mówiąc: wiele rozmów, i nagle trzy miesiące później niespodziewanie dzwoni Marne.
– Chciałabym zaproponować ci pracę.
– Jaką? – pytam.
– A jaką chcesz? Tę, na którą aplikowałaś, czy tę, którą zaproponowałaś? – W jej głosie słychać nutę niezadowolenia.
– Tę, którą zaproponowałam – odpowiadam bez wahania.
– Nie jestem pewna, czy to tak powinno działać, ale masz ją.
Nie mogę uwierzyć, że mam szansę pracować przy największym w moim życiu narzędziu politycznym. Nie mogę uwierzyć w swoje szczęście, że zostanę częścią Facebooka i zmian, które z pewnością przyniesie. Największa przygoda, jaką mogę sobie wyobrazić, właśnie się zaczyna i nie ma na świecie niczego, co wolałabym robić.
Moje stanowisko będzie się nazywało: menedżer do spraw globalnej polityki publicznej.
– Ale wiesz – dodaje Marne – wciąż nie jestem pewna, czy to w ogóle jest praca.
Zatyka mnie, więc milczę.
– Chodzi mi o to, że wszystko świetnie, ty jesteś świetna i na pewno uda ci się dać nam coś wartościowego. Po prostu nie mam pewności, czy słusznie stworzono to stanowisko. Chyba nie ma aż tyle pracy w tym zakresie. Ale zobaczymy.
Nie miałam pojęcia, w co się pakuję.
Mój pierwszy dzień w Facebooku: 5 lipca 2011 roku. Od mojej ostatniej rozmowy kwalifikacyjnej, która odbyła się tydzień temu, biuro Facebooka w Waszyngtonie przeniosło się do centrum miasta. Wchodzę do minimalistycznej recepcji i jestem strasznie zdenerwowana. Tak jak w kalifornijskich biurach firmy, tak i tutaj, w waszyngtońskim departamencie, rury i kanały wentylacyjne są odsłonięte, wszędzie widzę surowy beton i jaskrawe kolory. Specjalnie zaprojektowane graffiti na ścianach. W Dolinie Krzemowej mogło się to wydawać dziwne, tutaj wygląda absurdalnie. W tym eleganckim budynku biurowym wszystkie biura mają szklane ściany wychodzące na ogromne atrium, więc można zajrzeć do luksusowych wnętrz kancelarii prawnych i firm lobbingowych.
Asystentka Marne, Meredith McCollum, która zajmowała się logistyką podczas moich licznych rozmów kwalifikacyjnych, czeka na mnie. Czuję ulgę, widząc znajomą twarz. Po krótkim oprowadzeniu pokazuje mi białe, całkowicie puste biurko w sali pełnej innych biurek. Przyszłam wcześnie i oprócz nas dwóch w biurze nikogo nie ma.
– Okej – mówi. – Jeśli chcesz, możesz mi dać swój laptop, to go skonfiguruję, zanim wszyscy przyjdą.
– Mój laptop? – Patrzę na Meredith zdezorientowana.
– No tak. Dostałaś go na szkoleniu w Kalifornii, prawda?
Powoli dociera do mnie, że popełniłam straszny błąd.
– Tak, dostałam – odpowiadam możliwie najbardziej neutralnym tonem. – Po prostu myślałam, że to taki domowy laptop.
– Co to jest domowy laptop? – Meredith wygląda na zdziwioną.
– Yyy, no wiesz, do użytku… yyy… w domu – jąkam się, próbując to jakoś wyjaśnić.
– Dlaczego mielibyśmy ci dawać komputer do domu?
– Nie wiem. Myślałam, że tutaj, na biurku, też będzie jakiś. No bo przecież w firmie technologicznej…
– Byłby komputer na biurku, gdybyś przyniosła swój laptop.
Jąkając się, próbuję jej wyjaśnić, że w mojej poprzedniej pracy – w ambasadzie Nowej Zelandii – cała praca na laptopach odbywała się na prywatnym sprzęcie w domu. Nowe technologie w ambasadzie były wdrażane tak powoli, że pracownicy w ogóle nie mieli dostępu do internetu w pracy poza jednym komputerem, z którego wszyscy korzystaliśmy na zmianę. Mówiono nam, że to ze względów bezpieczeństwa. My natomiast podejrzewaliśmy niekompetencję.
W czasie tego szalonego, przypominającego sektę programu szkoleniowego Facebooka wszyscy w kółko powtarzali, jakim hojnym pracodawcą jest Facebook, więc po prostu założyłam, że laptop jest do użytku domowego. Myliłam się.
Meredith mówi, że powinnam szybko wrócić po komputer.
– Marne niedługo tu się pojawi i na pewno będzie się ciebie spodziewała z laptopem.
Wybiegam w pośpiechu, niezdarnie, na obcasach, mijając recepcję, do której jeszcze przed chwilą wchodziłam, wracam na ulicę, a potem do metra. Gdy zbliżam się do domu, wpada na mnie znajomy właśnie wychodzący do pracy.
– Pierwszy dzień nie poszedł za dobrze, co? – mówi z uśmiechem.
Gdy wracam do biura Facebooka, Marne siedzi już przy swoim biurku.
Wita mnie i ponownie przedstawia Meredith, która puszcza do mnie oczko, gdy tylko Marne odchodzi porozmawiać z innymi członkami zespołu. Wygląda na to, że Marne nie ma pojęcia, iż byłam w biurze godzinę wcześniej. Kiedy zostajemy same, proszę Meredith:
– Błagam, nie mów nikomu, że przyszłam do pracy bez komputera.
– Będzie zabawnie – odpowiada, po czym odwraca się i rusza za Marne.
Wiem, na czym powinna polegać ta praca. Oczywiście przez kilka następnych lat Facebook i rządy na całym świecie będą próbowały ustalić zasady działania dla gigantycznych, globalnych firm internetowych. To, co ustalą, zdecyduje o tym, jak media społecznościowe będą wykorzystywane przez kolejne dekady. Od tego zależą przyszłe wybory, prywatność użytkowników, wolność słowa, podatki i wiele innych spraw. Chcę brać w tym udział. Mieć dostęp do debatowania, kształtowania, podejmowania decyzji. Wyobrażam sobie dyskusje podobne do tych, które prowadziliśmy kiedyś w ONZ. Będziemy siadać do rozmów z rządami, żeby wspólnie dochodzić do wniosków, co będzie najlepsze, będziemy ustalać kompromisy, widzieć sprzeczne interesy, badać podział zysków – tego typu sprawy. Musimy to zrobić dobrze z myślą o setkach milionów ludzi, którzy z pewnością będą korzystać z tych platform codziennie przez wiele kolejnych lat.
No dobrze. Ale od czego zacząć? Siadam przy swoim nowym biurku i uświadamiam sobie, że absolutnie nie mam pojęcia, co powinnam teraz zrobić.
Zaczynam pisać wiadomość do moich przełożonych, proponując utworzenie globalnej rady – piętnastu do dwudziestu ekspertów z całego świata, którzy mogliby w razie potrzeby doradzać nam w kwestiach politycznych i strategicznych dotyczących ich krajów. Konsultuję się ze znajomym z Goldman Sachs, który potwierdza, że u nich coś takiego istnieje. Inne międzynarodowe firmy stosują podobne rozwiązania. Ten pomysł zostaje jednak odrzucony w ciągu kilku dni.
– To my sami podejmujemy decyzje – słyszę. Szefostwo nie chce, żeby zewnętrzni doradcy wtrącali się do naszego biznesu.
Tego pierwszego dnia dostaję też zadanie. Marne mówi, że będę odpowiedzialna za jedną z pierwszych wizyt zagranicznego szefa rządu w siedzibie Facebooka w Kalifornii. Traf chciał, że to premier Nowej Zelandii John Key. Idealne zderzenie mojego starego świata z nowym! Facebook wcześniej rzadko organizował takie wizyty, a budowanie relacji z przywódcami państw było częścią oferty, którą przedstawiłam Marne. Chodzi o budowanie więzi, zanim Facebook będzie ich potrzebował.
Pytam, czy Mark Zuckerberg będzie gospodarzem premiera. W mojej poprzedniej pracy w ambasadzie tak właśnie było. Najwyższy rangą przedstawiciel spotykał się z najwyższym przedstawicielem gości. Premier podczas tej wizyty ma się spotkać z prezydentem Obamą, więc pytanie nie wydaje mi się dziwne.
Nikt się w odpowiedzi nie śmieje na głos, ale niewiele brakuje. Bardzo wyraźnie dają mi do zrozumienia, że Mark nie interesuje się polityką ani kwestiami politycznymi – to świat Sheryl – i nie ma zamiaru spotykać się z premierem Nowej Zelandii. Skupia się na inżynierii, a lekceważenie polityki jest dla niego powodem do dumy.
Wydaje mi się to dziwne, biorąc pod uwagę, że stworzył jedno z największych w historii narzędzi politycznych. Jak może nie interesować się polityką? Jestem też rozczarowana, bo od razu wiadomo, co to oznacza. Miałam nadzieję, że Mark po prostu jeszcze się tym nie zajął. Ale jeśli faktycznie dyrektor generalny nie interesuje się polityką, to trudno będzie zrobić w mojej wymarzonej pracy coś więcej, skoro dotyczy ona właśnie polityki i regulacji Facebooka.
Zasugerowano mi delikatnie, że Mark ma tak niewielkie obycie polityczne, że dla dobra firmy byłoby lepiej, by nie reprezentował jej w spotkaniach z głowami państw.
Tymczasem wiem, że Johnowi Keyowi najbardziej zależy na zdjęciu z Markiem Zuckerbergiem. Informuję zespół z Nowej Zelandii, że to się nie uda, lecz mam nadzieję znaleźć kogoś wysokiego szczebla, z kim premier będzie mógł się spotkać. Premier zdążył już poinformować nowozelandzką prasę, że spotka się z górą w Facebooku, więc robię wszystko, żebym to nie była tylko ja. Słyszałam od innych Nowozelandczyków w Facebooku, że Sheryl planuje urlop w Nowej Zelandii pod koniec roku. W desperacji wykorzystuję to jako punkt zaczepienia, by namówić ją do spotkania z premierem. Sheryl niechętnie się zgadza, przy czym jasno daje do zrozumienia, że to Elliot Schrage powinien być gospodarzem spotkania, bo ona jest bardzo zajęta. Mam jedynie wspomnieć, że jest możliwe, iż Sheryl wpadnie na chwilę.
Szefem Marne jest Elliot, który przekazuje wszystko Sheryl, a ona oczywiście zdaje raport Markowi. To jedna z tych osób, z którymi rozmawiam prawie codziennie. Gdybym musiała opisać Elliota, powiedziałabym, że jest niedźwiedziowatym intelektualistą. Charyzmatyczny. Ojcowski. Wysoki. Niesamowicie bystry. Ma zwykle potargane włosy, niechlujne ubranie i nosi okulary.
Elliot kierował działem komunikacji i spraw publicznych w Google’u w jego początkach, zanim przeszedł do Facebooka, by zajmować się tym samym. Rodzinny człowiek, żonaty, z trójką dzieci. Lubię go. Ma w sobie ciepło i ujmujący urok. Ale też twardszą stronę – kiedy ktoś zawali, potrafi szybko rozłożyć go na czynniki pierwsze, punkt po punkcie. Chyba nieustannie ocenia innych i jest w tym świetny. Chcesz, żeby cię polubił.
Nowozelandczycy nie są zachwyceni, że spotkają się z Elliotem, a nie z Markiem czy Sheryl. W służbie dyplomatycznej nauczyłam się, że trzeba brać, co dają. Spotkanie zostaje zatem ustalone.
Kolejnym wyzwaniem jest rozważenie, co właściwie powinno się wydarzyć dalej. Nie istnieje żaden gotowy zestaw punktów do omówienia, które Facebook chciałby przekazać zagranicznym rządom, nie ma mowy o strategii. Po prostu nie ma nic takiego.
Przygotowuję więc briefing dotyczący wizyty premiera dla Sheryl i kilku innych menedżerów wyższego szczebla, wskazując regulacyjne i polityczne tematy, które warto byłoby poruszyć podczas rozmowy. Mam nadzieję, że to wzbudzi zainteresowanie szerszą strategią.
Pojawia się problem, gdy się okazuje, że wielu przypadkowych pracowników Facebooka z Nowej Zelandii chciałoby uczestniczyć w wizycie premiera. Z uwagi na protokół dyplomatyczny odradzam im to. Szefowie państw nie powinni się spotykać z przypadkową grupą ludzi z różnych działów bez konkretnego powodu.
Wtedy dzwoni do mnie Marne i mówi, że wszyscy ci ludzie to „przyjaciele Sheryl” i że powinnam być wyrozumiała. No cóż, myślę, to prywatny sektor. Protokoły rządowe nic nie znaczą. Liczą się przyjaciele Sheryl.
